Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: cybernetyka

niedziela, 01 listopada 2015

 Tadeusz
Tematy do pracy magisterskiej z historii sztuki w naszej uczelni to były przeważnie rozważania typu wpływ  Delacroix na impresjonistów, rola światła w baroku i podobne oczywistości wałkowane od lat, na dodatek przeważnie wymyślane przez wykładowcę. Praca magisterska w tym wypadku to nieco przesadny termin - to  było sztampowe wypracowanie na zadany temat. Gdy przyszedłem do profesora z własną propozycją pt. "Malarstwo - kod międzyludzki" i na dodatek z założeniami, że jest to nawiązanie do cybernetyki to spotkałem się z lekkim zdziwieniem. Naszym wykładowcą był prof. Henryk Anders, specjalizujący się w historii sztuki wspólczesnej, autor niektórych haseł w WEP. Zadał parę pytań o przewidziany tok rozważań, weryfikujących moje możliwości i temat zatwierdził. Być może zaufanie do mnie wynikało z mojego egzaminu końcowego na V roku. Między innymi miałem wówczas wykazać jakie kierunki w malarstwie wynikły z rewolucji jaką spowodował  impresjonizm. Nie byłem, jak większość ze studentów, dobry w wiedzy historycznej, ten przedmiot traktowaliśmy nonszalancko jako zmurszałą wiedzę książkową. Wymieniłem dwa czy trzy, po namyśle przytoczyłem założenia kolejnego. Profesor poprosił o przedstawicieli. Nie potrafiłem jednak wymienić odpowiedniego artysty. Zapadła długa  chwila ciężkiej ciszy, poczem profesor uśmiechnął się i powiedział, że takiego nie było, ale byłby logiczną konsekwencją. Szkoda, że nie pamiętam szczegółów.

Artykuł prof. Henryka Greniewskiego (pisałem o nim w poprzednim odcinku wspomnień) wykazywał zbieżność zawartości i struktury kodu i języka. Kod jako dowolny sposób przekazywania informacji stanowi wobec języka strukturę nadrzędną, ogólną. To nasunęło mi pytanie, czy analogiczny proces mogę wykazać wobec malarstwa - rozsądnie ograniczyłem się wyodrębniając  je z ogółu sztuk plastycznych. Należy je rozłożyć wedle schematu przedstawionego przez profesora na czynniki pierwsze, jakby cząstki elementarne, skatalogować, znaleźć zasady wzajemnych zależności tych elementów. Tym samym magiczny, mistyczny niemal owoc twórczości uczynić mechanicznym działaniem podlegającym prawom obiektywnego sterowania informacjami. Wybrany przeze mnie temat nie miał na celu zrobienie dyplomu, to miała być korzyść uboczna, wykorzystanie okazji. W istocie od lat nurtowała mnie obsesja znalezienia mechanizmu, zasad obiektywnych, czysto biologicznych uwarunkowań istnienia sztuki. Sztuka to jest jedyna dziedzina działalności człowieka zbędna z punktu widzenia potrzeb biologicznych, ewolucyjnych, zasad przetrwania gatunku itp. Jestem pewien, że ona właśnie jest niezbędna do zdefiniowania istoty człowieczeństwa. Paradoksalnie takie zagadnienia bardzo ogólne, filozoficzne, należy jednak zaczynać od przyziemnej inwentaryzacji barw lub relacji wektorów lub też znaczeń góra-dół, prawa-lewa. Byłem na samym początku swoich teoretycznych, formalnych, a w istocie egzystencjalnych rozważań i wiedziałem, że należy rozpoczynać od niezdarnie pisanego "a". 
Dla większości ludzi cybernetyka i  informatyka to kraina magiczna, mroczna, skomplikowana, hermetyczna. W istocie jest to rozkładanie każdej wiedzy, faktu, procesu na miliony elementarnych pytań: tak czy nie - zero czy jeden. Przypomina to zabawę w odgadywanie pojęcia przez zadawanie pytań. Albo wędrówkę przez labirynt z rozgałęzionymi korytarzami. Mądrością cybernetyki jest sformułowanie problemu i wykorzystanie odpowiedzi w praktyce. To co jest między pytaniem a odpowiedzią to informatyczne rzemiosło.
Zadziwiające, że cybernetyka obecnie skryta jest medialnie. Być może duży w tym udział ma lobby psychologów, którym cybernetyczne podejście prof. Mariana Mazura KLIK do psychologii wyrywa swym obiektywizmem i precyzją grunt spod nóg.
Pokrewna informatyka zatraciła swą jednoznaczność terminologiczną, zbanalizowała się i weszła pod strzechy. Kto komputer włączyć umie to za informatyka się ma, a przynajmniej niezadługo nim zostanie. Pojawił się zawód programisty, ale w powszechnym odbiorze ma on nieco mętne znaczenie.
Bardzo jestem ciekawy oceny mojego amatorskiego opisania cybernetyki i informatyki przez fachowca z najwyższej półki czyli Lecha. Rozziew między naszymi kompetencjami jest ogromny. Ale to czasami pozwala na świeże spojrzenie z dystansu skrajnie dużego. W metodzie szukania rozwiązań nowych problemów istnieje, a może tylko dawniej istniała, metoda analizy wartości funkcji. Czyli pełna dowolność w rozwiązaniu realizacji potrzebnej funkcji bez żadnych ograniczeń technicznych, procesowych, finansowych itp. Jedną z jej faz jest tzw. burza mózgów. Polega to na zaproszeniu do dyskusji nad rozwiązaniem grupy osób bez rozeznania zawodowego, ale z fantazją, np. dzieci. I one czasem wpadają na rozwiązania wydające się absurdalne fachowcom ograniczonych rutynową praktyką, a jednak skuteczne.  
Tak nieco na marginesie. Dzieci, przeciętnie do lat 12, mają zdolność rysowania, malowania  w sposób zaskakująco poprawny z formalnego punktu widzenia. Potem zdolności te przeważnie zanikają. Istnieje koncepcja, że to jest presja konserwatywnego narzucania wzorców przez nauczycieli, rodziców, środowiska by naśladować postawy konformistyczne, zastane, a porzucić zdolności wrodzone, fizjologiczne. To temat bardzo nęcący do studiów, badań. Ale pozornie nie niosący nadziei na dochody, a więc zaniedbany. Piszę - pozornie - bo to co oparte jest na fizjologii ma skuteczność największą, bo poza świadomą kontrolą. 

Rozpocząłem  pracę nad abecadłem czyli wprowadzaniem elementów malarstwa do podanego przez cybernetyka schematu kodu. Był rok 1965, społeczne rozeznanie o cybernetyce było zerowe. A ja byłem ze środowiska artystycznego, może orto, a może parahumanistycznego. 
Pamiętając o Fidiaszu, Giotto, Rembrandcie, Mondrianie, Van Goghu, Kandińskim trudno uwierzyć, że definiowanie kodu malarskiego to pytania tak proste:
Kto do kogo wysyła informacje?
Jakimi środkami materialnymi się posługuje?
Jaki jest spis barw, kształtów, relacji?
Jakie skojarzenia nieostre, zawodne statystycznie lecz skuteczniejsze środowiskowo są używane?
Ale fascynujące problemy pojawiły się zakresie interpretacji znaku. Okazało się, a przynajmniej ja tak to odebrałem, że interpretacja informacji może zależeć przede wszystkim od budowy siatkówki oka, mózgu człowieka, a to może znaczyć, że pojęcie piękna wynika z fizjologii czyli praw podobnych do trawienia czy poczucia zimna i dreszczy. 
Ten aspekt pozostawiłem sobie na później, to przecież był ocean możliwości, pytań, problemów niezbadanych bo interdyscyplinarnych - na styku dwóch przeciwnych światów - nauki i sztuki. Już po dyplomie zacząłem studiować książki o psychofizjologii widzenia i sporo medycznych faktów sugerowało mi, że niebiańskie zachwyty generowane bywają przez chemicznie określone hormony, fizycznie mierzalne potencjały elektryczne czy pawłowowskie odruchy warunkowe. Estetyka jako funkcja fizjologiczna -  jakże ponura wizja boskości sztuki.  
Napisałem prosty szkic mający jednak dla mnie duże mentalne konsekwencje w podejściu do rozważań o możliwościach, roli i zastosowaniach malarstwa, a nawet całej sztuki. Dziś, po 50 latach ta moja praca wygląda dość prymitywnie. Wówczas jednak była cenna na tyle, że została opublikowana w najważniejszym polskim miesięczniku popularno-naukowym. Kto zdzierży nudnawą narrację pierwocin cybernetycznej pracy plastyka to może przeczytać KLIK To jest link do mojego prywatnego magazynu plików, w internecie nie ma cyfrowego zapisu miesięcznika "Problemy" z tamtych lat. Na wszelki wypadek podaję go w wersji bez klikania: https://dl.dropboxusercontent.com/u/14970732/problemy-9-1967.pdf

Wszystkie cztery człony pracy dyplomowej były kilkakrotnie w ciągu ostatnich miesięcy  konsultowane, uzgadniane. Sama obrona polegająca na obejrzeniu przez komisję mojej wystawy prac  i krótkiej rozmowy była już tylko formalnością. Wszystko poszło dobrze.

Wieczorem spotkaliśmy się z naszym profesorem od malarstwa i rysunku Romanem Modzelewskim KLIK  w jego pracowni i wypiliśmy gremialny bruderszaft. Jedna z ponętnych koleżanek nawet na trochę z nim zamieszkała.
Byliśmy już dyplomowanymi plastykami, co znaczyło, że będziemy członkami ZPAP. A członkowie tego związku powstałego na początku XX wieku wszyscy byli na ty niezależnie od wieku i statusu. Dziś to nie do pomyślenia. Ale i Związek nie ten.

czwartek, 15 października 2015

 Tadeusz
Musiałem w urzędowy sposób zdobyć papiery mistrzowskie artysty plastyka. 
Praca dyplomowa w mojej uczelni miała postać złożoną. Składała się z czterech niezależnych członów. Dwa przedmioty czysto zawodowe, zgodne ze specjalizacją, to zestawy projektów drukowanych tkanin odzieżowych i tkanin dekoracyjnych. Każdemu zestawowi towarzyszyła jedna realizacja czyli wydrukowana tkanina. Zestaw projektów sukienkowych potraktowałem czysto rutynowo - parę z kwiatami, parę z fakturami, trochę wzorów tureckich z pieprzami i owocami granatu - te klasyczne lubiłem najbardziej. Po konsultacjach jeden wzór z kilkudziesięciu został przez prof. Teresę Tyszkiewicz wybrany do realizacji. Zakład pracy poszedł mi na rękę i tkaninę wydrukował. Mgliście pamiętam, że to było coś z drobnymi kwiatkami w gamie pomarańczowej. Nie miałem serca do tej części dyplomu i zapewne dlatego uciekła z mojej pamięci. 
Tkanina dekoracyjna czyli mówiąc potocznie po prostu na zasłony do okien cieszyła się moim większym zainteresowaniem. Wybrałem sobie jako temat wiodący wzornictwo koptyjskie. Tkaniny koptyjskie to piękny rozdział w historii tkaniny. Przetworzenie tych zabytkowych, ręcznie tkanych wzorów z  wczesnego  średniowiecza na technikę filmdruku to była degradacja,  przerabianie dzieła sztuki na współczesną tandetę. Ale współczesność cała jest tandetna. Wybrany do realizacji projekt przedstawiłem na komisji weryfikującej zjednoczenia. Został przyjęty jako dopuszczony do puli oferty Zjednoczenia Przemysłu Lniarskiego. Już bez żadnej łaski i przychylności został wydrukowany w moim zakładzie pracy. Mam dzięki temu jego zdjęcie. Oczywiście bez kolorów, a były one gamą brązów, żółcieni i oranżów. 
Głównym zestawem prac było malarstwo. W pracy nad tą częścią dyplomu miałem trzy utrudniające aspekty. 
Pierwszy był czysto techniczny. Jeżdżenie na korekty z Walimia do Łodzi determinowało poręczny w autobusie, pociągu i podczas przesiadek format i ciężar. Porównując do muzyki przesiadłem się z form symfonicznych na kameralistykę. Takie podejście powodowało zwiększanie uwagi na intelektualną zawartość, ostrzejszą kontrolę przekazu, nacisk na wiedzę, a nie emocje. Moje prace były bardzo zimne, oschłe, pokazywały co wiem o malowanym przedmiocie, przemyślane oceny, a nie moje uczucia. A wszystko wedle nauczonych zasad kompozycji - logicznych, obiektywnych, naukowych. Zachowało mi się zdjęcie pracy z tego zestawu. Kolorystyka zredukowana do minimum. Techniczne wymiarowanie elementów. Niemal matematyczne tworzenie przeciwieństw, kontrastów, dopełnień. Portret J. S. Bacha to wręcz przykładowa wizja muzyki pozbawionej emocji, a wypełnionej idealną formalną prawidłowością. To była bardzo wybiórcza, okrojona wersja opisania osobowości Bacha. Obrazek - format ca 30 x 40 - jest już po dyplomie sygnowany bo zawiozłem go w prezencie do przyjaciół w Moskwie. 
Drugim utrudnieniem nad tworzeniem obrazów było moje odczuwanie atmosfery dekadencji malarstwa światowego, w konsekwencji także we mnie nie było koncepcji kreacji czegoś istotnie nowego, kroku naprzód. Byłem przekonany, że modne trendy w świecie typu  op-artu, malarstwa gestu czy różne land-arty wydawały mi się konwulsjami umierającego procesu rozwoju sztuki rozpoczętego kilkanaście tysięcy lat wcześniej. Czysto subiektywnie odczuwałem smutek, że uczestniczę w tym grzebaniu pięknego procesu od neolitu do pierwszej połowy XX wieku. Dziś sądzę, że moje obawy potwierdziły się. Sztuki plastyczne poszły dwoma nurtami - działalność pogrobowców mniej lub bardziej naiwnego realizmu i nonszalanckie sugerowanie egzystencjalnej głębi przez pokazanie banalnych zdarzeń bądź też przez szokowanie odbiorcy drastycznym komunikatem. Mętne intencje twórców utożsamiane są z wartościami artystycznymi - po prostu koszmar!
Po latach, gdy już pracowałem w dziennikarstwie, nowe sztuki plastyczne nazwałem egomanieryzmem. Przy takiej postawie praca nad dziełami malarskimi była trudna, żaru artystycznego mocno brakowało. 
Trzecie utrudnienie pracy twórczej wynikało z mojego nazbyt teoretycznego podejścia do sztuk wizualnych. A spowodował to czwarty składnik pracy dyplomowej - praca z historii sztuki. W lecie 1965 przeczytałem w miesięczniku "Problemy"  artykuł prof. Henryka Greniewskiego pt. Język czy kod (gdy Lech wspomniał to nazwisko pomyślałem, że to ten sam tylko imię mi się pomyliło - ale to jednak inny Greniewski KLIK ). W artykule klarownie opisane cechy kodu - typowego narzędzia stosowanego przez cybernetykę KLIK 
Moje wyobrażenie ideałów piękna opisałem parę miesięcy temu  KLIK .
BB miałem przy sobie, o swoje upomniał się Pitagoras.