Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: Mozart

piątek, 18 września 2015

 Tadeusz
Rok piąty na studiach to dla wszystkich normalnych studentów rok ostatni. A u mnie to tylko absolutorium. Okazuje się, że sztuki plastyczne są tak złożone i takiego wymagają nakładu czasu przy tworzeniu nowego fachowca co i  medycyna, która jest przecież dziedziną najważniejszą ze wszystkich na świecie. Obok, jak się okazuje, sztuk plastycznych.A ja w ten rok wstąpiłem w roli podwójnej. Zawodowej i prywatnej, rodzinnej.

Pojawił się przedmiot nowy -  tkanina unikatowa. Prowadził ją Lech Kunka, malarz znany, uczeń Legera, ale chyba ani jednej tkaniny nie zrobił. I my też ani jednego projektu tkaniny nie zrobiliśmy, same malarskie projekty, o realizację nie troszcząc się absolutnie. Z mojego ulubionego przedmiotu - kompozycji u prof. Fijałkowskiego - robiłem analizę formalną Piety z Avignonu, arcydzieła, którego autorem był Mistrz Piety z Avignonu. Z niczego innego nie był znany. Arcydzieła potrafią żyć swym życiem bez rodziców! Bardzo mi szkoda, że nie mam żadnej dokumentacji tej pracy. To było kilkanaście par zestawu  dzieła z jego wektorową analizą. Mgliście pamiętam, że to były aspekty wedle poszczególnych osi symetri i przekątnych zestawionych także z negatywami fotograficznymi. Bo analiza dzieła może być interpretowana na różne sposoby. A wszystko w czerni i bieli bo nie mialem możliwości technicznych pokazania koloru - takie to były czasy bez barwnej fotografii. Wyszło dobrze i zdobyłem zaliczenie. Pieta nadal jest dla mnie arcydziełem. W malarstwie w tamtym okresie trochę się zagubiłem. Nigdy nie miałem wizji siebie, bo siebie w tej dziedzinie nigdy nie ceniłem. To nie jest skromność - ani wtedy ani dziś nie widzę indywidualności na miarę światowego twórcy na polskiej arenie sztuki. Gorzej - ja tej indywidualności nie widzę  obecnie nigdzie na świecie! To był okres gdy narastał kryzys dotychczasowego malarskiego ładu i logicznej konsekwencji. A dalej była tylko albo pustka albo cyrk w rodzaju opakowywania papierem toaletowym mostu. Nadchodził dekadencki okres instalacji do dziś trwający. Czułem to i byłem bezradny. 

Prywatnie czekaliśmy na dziecko. Strategiczne decyzje już podczas praktyki w Walimiu zostały podjęte. Widziałem możliwości zostania na uczelni, ale z niską płacą asystenta i, co najważniejsze, bez żadnych szans na mieszkanie. Nie wiedzieliśmy jaka płeć będzie, wówczas jeszcze żadne USG nie istniało. Chłopiec miał być Mateuszem, a dziewczynka? Moja i Elizy przyjaciółka Monika Gawińska, koleżanka ze studiów,  zaproponowała Magdalenę, Magdę. Bardzo nam się spodobało. I w ten sposób stała się cywilną matką chrzestną naszego dziecka.
Wieczorami słuchaliśmy muzyki z nowego adapteru. Prawie codziennym utworem był XX koncert Mozarta na fortepian w wykonaniu Światosława Richtera. Ta płyta nadal u nas jest, link do tego właśnie wykonania KLIK Przez dużą część swego płodowego życia nasze dziecko go słuchało. 
Załóżmy, że dziecko reprezentowane było przez fortepian Richtera - oto jestem, nowe dziecko świata, nowe życie, piękne, harmonijne, czeka i tęskni  do was. A świat czyli orkiestra pod batutą Stanisława Wisłockiego odpowiada - jesteś jak my, czekamy na ciebie, świat jest twój i nasz. Mówimy tym samym jezykiem, piękno twoje jest takie samo jak nasze. Przychodź! Bardzo jestem ciekawy co moja córka na taką interpretację tego koncertu Mozarta odpowie. To chyba niemożliwe by swe życie prenatalne pamiętała!

Muzyka była zawsze moim ideałem sztuki. Całkowicie abstrakcyjna, a realia i realne uczucia wspaniale przekazująca. Czułem się jako plastyk gorszy wobec tamtej dziedziny sztuki.  To był dręczący mnie kompleks. Dopiero po latach znalazlem aspekt nie wyższości, bo to niemożliwe, ale odrębnej wartości - sztuki plastyczne nie wymagają, jak muzyka, zaufania ani zgody - atakują w ułamku sekudy i mogą w tej jednej chwili opanować odbiorcę. 
Chodziliśmy co tydzień na koncerty do filharmonii łódzkiej. Na jednym podczas koncertu skrzypcowego Beethovena dziecko kopnęło żonę tak mocno, że spadła z jej kolan torebka. Nie pamiętamy ani wykonawcy ani dyrygenta. To był luty lub początek marca 1965.  Po latach dziecko okazało się być muzykologiem!

Mama Moniki Gawińskiej była lekarzem, a więc zaprotegowała nas do najlepszej wówczas kliniki porodowej w Łodzi czyli milicyjnej. Żona była tam traktowana prawie jak zaprzyjaźniona osoba, lekarze wiedzieli nawet jakie przewidziane są imiona. Noc porodu spędziłem u Moniki.  Miała telefon co nie było częste w tamtych czasach.  Wieczorem usłyszałem wiadomość, że Eliza właśnie poszła na porodową salę. To był ten moment, który wywoływał we mnie poczucie inności i gorszości jednocześnie. My mężczyźni rodzić nie możemy. To było magiczne poczucie wyobcowania z jakiejś nadzwyczajnej metafizycznej czynności.

Po paru godzinach wiadomość - ma pan córkę.
To było o północy 13 marca 1965. Mogło być 14, ale żona wybrała tę datę bo 13 lubimy.  Poród był długi, męczący, ale normalny.
Pierwsze słowa odbierającego poród lekarza to - Jest Magda!
Pierwszymi słowami żony było: Dajcie papierosa!
Dnia następnego szedłem rozsłonecznioną ulicą w wiosenny marcowy poranek i nagle poczułem, że jestem człowiekiem dorosłym. Nie boję się niczego, wszystkiemu dam radę. Odpowiadam za życie nowego człowieka, muszę mu zapewnić bezpieczeństwo i zrobię to. Pierwszy raz w życiu miałem przekonanie, że jestem dla kogoś, a nie dla siebie! Odpowiedzialność - cecha, która we mnie tylko nieśmiało pączkowała stała się jedną z najważniejszych.

Potem to było normalne życie. Jako małżeństwo studenckie dostaliśmy darmową wyprawkę. Dwa kaftaniki dla noworodka i kapturek by uszy nie odstawały - ze zwykłego pościelowego szorstkiego płótna, żadne dzisiejsze delikatności i batysty. 12 pieluszek tetrowych - norma w tamtych czasach. Musieliśmy dokupić jeszcze dwa  tuziny. Kocyk flanelowy. Ceratka.  
Przez pierwsze dni przychodziła położna i pokazywała jak dziecko kąpać, przewijać, trzymać do beknięcia po karmieniu.  Potem sam wszystkiego się nauczyłem. Także prać pieluchy - czynność dziś zapewne nieznana. Wychodziło do 20 pieluch dziennie.  Wieczorne kąpanie było w miednicy o średnicy około 60 cm. Pożyczyliśmy ją od sąsiadki. Fajnie było trzymać plecy niemowlęcia w rozpostartych palcach i z opartą na nadgarstku jego główką i jednocześnie myć resztę - to wymagało uwagi i staranności. 
Magda nie miała łóżeczka dziecinnego. Spała w wiklinowym koszu na bieliznę. Takim owalnym, z uchwytami na końcach. Wieczorami sporo pracowałem przy projektach, rysunkach. Lampę osłaniałem szmatką by dziecka światło nie raziło. Ale dym z papierosów - paliliśmy sporo, zwłaszcza ja przy pracy - otaczał dziecko bez przerwy. Nie było wówczas powszechnej świadomości szkodliwości palenia, walka z papierosami rozpoczęła się dopiero po latach. 

Była coraz cieplejsza wiosna i zaczęliśmy starania o wózek. Polegało to na pytaniu czy ktoś wie o wózku, który już przestał być potrzebny. Znajomi znaleźli znajomych, którzy za ćwierć ceny nowego sprzedali nam pojazd, Magda była dopiero trzecim jego użytkownikiem. Brakowało mu jednego resoru, ale uzupełniłem to sznurkiem. Poza spacerami specjalnymi było codzienne wędrowanie do stołówki na obiad. W obie strony około 3-4 kilometrów. W czasie naszego obiadu wózek z dzieckiem zostawał na dziedzińcu przy wejściu - stołówka była w suterenie. Prawie każda muzyczka, plastyczka czy aktorka - bo taki był zestaw studentów - przed zejściem na obiad do wózka zaglądała i uśmiechała się. Nigdy nie musieliśmy biec do płaczącego dziecka. Chłopcy byli mniej aktywni w okazywaniu sympatii stołówkowej maskotce.
To były najpiękniejsze miesiące roku - kwiecień, maj, czerwiec. Ostatnie dni naszego pobytu w Łodzi. 

P.S. Od Lecha - Pieta z Avinionu - to chyba to:

Pieta

Proszę kliknąć w obraz żeby przeczytać informacje w wikipedii.


 PS od Tadeusza: Światosław Richter zdominował  komentarze więc dodaję moją karykaturę z lutego  1977 przy recenzji z koncertu w Białymstoku.
 Ś.  Richter słynął z wielkich, ciężkich dłoni.