Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: języki

niedziela, 07 czerwca 2015

 Tadeusz
Profesor Ertel to był rzeczywiście wyjątkowy i prekursorski pedagog! Ja nigdy nie przepadałem za uczeniem się języków (co mam sobie oczywiście za złe), ale on mnie zwyczajnie zagarnął ku sobie i opanował. Lekcje angielskiego nie były lekcjami lecz swoistą przygodą, na którą czekało się do końca zajęć, bo zawsze były po ostatniej lekcji. Nigdy nie mieliśmy podręczników! Z początku były opisane przez Lecha swobodne rozmowy i scenki. Potem czytaliśmy po małym kawałku adaptacje literatury pięknej.  Były to opracowania radzieckie, doskonale przystosowane do poziomu naszego wieku. Pamiętam dwie pozycje: "Słowik i róża" Wilde'a i "Silas Marner" Eliota. Gramatyka była tylko naturalnym uzupełnieniem tekstu.
Profesor Adam Miętus nie wydaje mi się dziś skutecznym pedagogiem, nacisk na ćwiczenia, gramatykę, podręcznikowy rygor i rytm  mocno mnie zniechęcał, miałem też negatywne osobiste uwarunkowania antyniemieckie. Profesor Miętus miał barwny życiorys okupacyjny, prowadził tajne nauczanie, był też żołnierzem NSZ, o czym dowiedziałem się niedawno. Dopiero po latach Gerry Wolff swoją piosenką "Die Rose war rot"  KLIK pokazał mi różne odcienie niemieckiej artykulacji, innej niż te z okupacyjnych filmów. Ale to właśnie prof. Miętus miał na mnie wpływ największy przez swoje lansowanie muzyki klasycznej. Miałem ku niej zawsze jakieś inklinacje. Na lekcjach niemieckiego zostało to jednak uporządkowane. Co tydzień profesor wraz z wybranym uczniem chodził po klasach i rozprowadzał bilety na najbliższy koncert w filharmonii. Na lekcjach dawał się wciągać  w problematykę muzyczną. By zadać pytanie, wciągnąć profesora w dyskusję należało zrobić to w miarę kompetentnie. To wymagało przygotowania zarówno przez zadającego pytanie jak i paru dyskutantów. Dla mnie lekcje  języka niemieckiego stały się forum muzykologicznym. Niemieckiego nie nauczyłem się prawie wcale!
W tym okresie moje słuchanie muzyki rozdzieliło się na dwa sposoby. Jeden, pierwotny, to podkładanie pod muzykę nastroju, marzeń, literatury nawet. Jednak słowa śpiewane tylko mi przeszkadzały, zbyt często nie zgadzały się z moim odczuwaniem, wolałem więc muzykę instrumentalną lub słowa w obcym języku.  Powoli kształtował się drugi sposób słuchania - zestaw dźwięków implikował następny. Ogromną przyjemnością było ( i nadal jest) słuchanie instrumentu lub orkiestry z odrobiną czasowego wyprzedzenia, jakbym tę muzykę tworzył w sobie. Przy utworach słyszanych po raz pierwszy były oczywiście niespodzianki - czasami radosne, czasami zaskakujące, niekiedy nawet przykre, gdy utwór zawodził moje oczekiwania. Kielecka filharmonia nie mogła wydawać mi się słaba czy prowincjonalna. Ona była jedyna, a domowy głośnik radiowy był bardzo marnej jakości. W pamięci zachował mi się jako doskonałość utwór wokalny - Halina Mickiewiczówna śpiewała Arię z Bachianas Brasileiras No 5. Od Bachianas do Bacha był tylko krok. 
Muzyka powoli stawała się moim wzorcem piękna uniwersalnego - obejmowała zarówno piękno matematycznej proporcji jak i witalny urok romantyzmu. Nigdy nie porzuciłem muzyki popularnej, nie odciąłem się od piosenki. W tamtych licealnych czasach królowała piosenka francuska - Piaf, Aznavour - te nazwiska zostały na zawsze w moim wyobrażeniu artystów najwyższej próby. Lech dał przykład muzyczny pieśni z "Podróży zimowej" Schuberta. Bardzo mnie zaskoczyła ta nasza nowa zbieżność upodobań. Obecnie mam swoje dwa ulubione cykle muzyczne, słuchane na zmianę, są kontrowersyjnie zestawione, wręcz prowokacyjnie. To jest właśnie cały cykl "Winterreise" w wykonaniu Pietera Schreiera z akompaniamentem Światosława Richtera i, jako przeciwwaga i kontrast, Sandra ze swymi przebojami z Marią Magdaleną na czele. To jest zestawienie seksu i śmierci. Oba zjawiska fascynujące, wzajemnie się dopełniające. Dodam, że to zestawienie sztuki wysokiej ze szmirą - splecenie przeciwieństw, pokazuje pełnię człowieczego przeżywania, odczuwania piękna,  artystyczna akceptacja motta: Nic co ludzkie nie jest mi obce.
Liźnięcie zaledwie teorii muzyki, zasad harmonii, struktury sonaty, uzmysłowiło mi jak blisko muzyce do matematyki, logiki.
Wzruszenie do łez przy tęsknej arii Pucciniego lub banalnej rosyjskiej czastuszce uzmysłowiło mi jak blisko muzyce do zachwytu życiem czysto biologicznym, subiektywnym, ulotnym i kapryśnym.

Na krańcach długiej linii piękna uniwersalnego, powszechnego, obejmującego wszystkie dziedziny tak sztuki jak i życia, ustawiłem czysto osobiste, umowne dwa symbole -
twierdzenie Pitagorasa
i Brigitte Bardot.
Można je nazwać ogólniej:
wzór i powab.
W samym centrum linii piękna jest Toccata i fuga d-moll Bacha. Mój od chłopięcych lat ulubiony pisarz Stanisław Lem słowami swych astronautów słuchających tego utworu pytał: skąd ten stary, sprzed wieków, Bach wiedział jak wielki, nieskończony i wspaniały jest wszechświat? KLIK

piątek, 05 czerwca 2015

Lech Lech

W programie liceum były dwa nowe języki obce - niemiecki i angielski. Zasługą wykładowców jest, że oba te przedmioty są najmilej przez mnie wspominanym wydarzeniem szkoły średniej.

Niemiecki - pan Adam Miętus. Poliglota, prócz niemieckiego uczył łaciny w klasie A, mógłby równieć uczyć starożytnej Greki. Zawsze ogolony na wysoki połysk, starannie uczesany, elegancko ubrany. Lekcje prowadził też starannie i z solidną elegancją. Czasami wtrącał archaiczne słowa, na przykład - proszę teraz wyjąć preparacje - chodziło o zeszyty.
Jeśli miałbym określić naukę niemieckiego jednym słowem to powiedziałbym - gramatyka.
Koniugacja - ich sage, du sagst, er/sie/es sagt, wir sagen, ihr sagt, sie sagen. Deklinacja - der,des,dem,den... To było logiczne prawie jak tabliczka mnożenia i łatwo wchodziło mi do głowy. Podobnie zasady wymowy. Pan Miętus nie poprzestawał na nauce suchych reguł, bardzo istotny był dla niego kontekst kulturowy języka. A więc literatura niemiecka, poezja, Goethe, Schiller. Często zadawał wiersze - Erlkonig, Schatzgraeber, Am Brunnen vor dem Tore... KLIK. Fragment wielu wierszy pamiętam do dzisiaj. Widziałem radość w jego oczach gdy uczniowie dobrze nauczyli się jakiegoś wiersza. Niestety kończyło się to zazwyczaj niemiło. Pan Miętus zastanawiał się chwilę i wreszcie proponował - a może wyrecytujecie to razem całą klasą. Tylko na to czekaliśmy. Zaczynaliśmy bardzo równo I poprawnie, pan Miętus z błyskiem w oczach dyrygował zgranym chórem, kiwał głową potakująco I wtedy zaczynał się chaos - jedni zaczynali recytowac wiersz niesłychanie szybko,, gdy dobijali do końca zaczynali od początku, inni zwalniali tempo, jeszcze inni powtzrali w kółko jedno słowo albo tylko jeden dźwięk. Pan Miętus próbował przez chwilę to opanować, ale nie miał szans - rozpędzona klasa dostawała amoku - niektórzy zaczynali piszczeć, inni stukali w ławki, tupali. Stop, koniec - nauczyciel machał rozpaczliwie rękoma, ale trzeba było kilku minut aby to wszystko ucichło. A jednak za jaki czas próbował znowu.
Osobna sprawa to zamiłowanie pana Miętusa do muzyki klasycznej. Często poruszał jakieś tematy z tej dziedziny. Tutaj trafił celnie. Wraz z Tadeuszem zaczęłiśmy właśnie wkraczać w ten świat. Nie wystarczała już muzyka z głośnika czy radia, zaczęliśmy chodzić na koncerty naszej , dośc skromnej, Wojewódzkiej Orkiestry Symfonicznej. Słuchaliśmy więc z duzym zainteresowanie, zadawaliśmy pytania, na które pan Miętus udzielał obszernych odpowiedzi. Klasa wykorzystywała to bezlitośnie. Nie raz dostawałem zadanie żeby zagadać nauczyciela przynajmniej na 20 minut to nie zdąży sprawdzić prac domowych. Prawie zawsze się udawało. Język niemiecki nieco mi pomógł w pewnych sprawach zawodowych. Muzyka stała się koniecznym elementem życia.

Rajmund Ertel

Angielski - pan Rajmund Ertel - zdjęcie skopiowane ze strony Rodzina Hoffmanów - http://genus.boo.pl/albumh/slides/158h.html  -
podobnie do pana Miętusa bardzo elegancki w ubiorze i zachowaniu, ale z "typowo" angielskim dystansem i pozorną niedbałością. Typowo umieściłem w cudzysłowie gdyż nie miałem pojęcia jak zachowuje się i wygląda typowy Anglik (o ile taki w ogóle istnieje), ale po lekturze Dzieci kapitana Granta i obejrzeniu filmów z Alec Guinnessem, wiedziałem, że właśnie tak jak pan Ertel.

Pan Ertel był również poliglotą - uczył francuskiego w równoległej klasie A (do roku 1955), wiem że uczył też niemieckiego. 
Na lekcjach wprowadził nieznany mi dotąd bezpośredni kontakt z uczniami. Krążył po klasie, zagadywał do uczniów po angielsku i zachęcał do odpowiedzi. Potrafił to robić w taki sposób, że już po kilku lekcjach czułem wymierne rezultaty - mogłem rozmawiać z kimś po angielsku. Jeśli więc miałbym okreslić jednym słowem nauke angielskiego to powiedziałbym - konwersacja.
Mój zasób słów w rosyjskim był dużo bogatszy, w niemieckim podobny jak w angielskim, ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że mogę z kimś prowadzić konwersację w tych językach.
Pan Ertel inscenizował ad hoc scenki rodzajowe, w które wciągał najmniej się tego spodziewających. I stawiał stopnie, wyjątkowo wiele stopni, nie za tylko za formalne odpowiedzi, ale również za takie przypadkowe sprawdziany.
W naszej klasie był jeden kolega odstający od wszystkich. Duży, ponury chłopak, chyba sporo od nas starszy, ubrany niezmiennie w zielonawą kurtkę z amerykańskiego demobilu. Nie miał żadnego kontaktu z klasą, nauczyciele chyba trochę się go bali bo nie pamiętam żeby wywoływali go do odpowiedzi. Rezultat był jednak łatwy do przewidzenia - niechętne spojrzenie spode łba, wzruszenie ramionami, nie wiem.
Jednak udziału w scenkach organizowanych przez pana Ertla nie dało się uniknąć. Nawet Duży obserwował je z rozbawieniem i nie zauważył jak w którejś sam wziął udział. Doskonale - klasnął w dłonie pan Ertel - piątka! - Jak to piątka? - w oczach Dużego widziałem pełne zaskoczenie. Bardzo dobrze - piątka - potwierdził pan Ertel i pospieszył do stolika żeby wpisać ocenę do dziennika. Była to pewnie pierwsza piątka w szkolnej karierze Dużego. Kręcił z niedowierzaniem głową. Niestety pozostało niewiele czasu do końca roku szkonego, zresztą Duży zniknął ze szkoły przed tym końcem.
Jak wspominałem w innym miejscu, po roku nauki zmieniono program nauczania i angielski odpadł. Dzięki inicjatywie rodziców i dyrektora szkoły kontynuowaliśmy naukę dalej i to w większym wymiarze godzin i w zmniejszonej liczebnie klasie. Poczułem, że ta nauka może zakończyć się praktyczną umiejętnością.
Pan Ertel zachęcił nas również już na wczesnym etapie nauki do czytania angielskich książek, oczywiście w skróconym i uproszczonym formacie. Zarówno odwaga do podjęcia konwersacji jak i lektura bardzo mi pomogły gdy skończyła się regularna nauka języka.