Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: fasty

wtorek, 17 listopada 2015

 Tadeusz

Wejście w strukturę dużego zakładu pracy wymaga zdobycia sobie prestiżu - zwłaszcza, jeżeli jest to składnik tej struktury zupełnie nowy. Potrzeba nowego wzornictwa była tu równie problematyczna jak w Walimiu. Jednakże ambicje dyrekcji,  skala możliwości i wpływu w terenie nieporównywalne. Aby zaistnieć jako osoba niezbędna musiałem wymyślić i uruchomić działania znaczące na skalę kombinatu. Siedzenie w komórce wzorcującej i malowanie wzorów było przeraźliwie nudne, nie miało realnego sensu, w efekcie bardzo było nużące i niezauważalne. I ten fabryczny tryb pracy od 7 rano! Postawiłem na propagowanie kultury wśród robotników. To wymagało uruchomienia sposobów i narzędzi. Podstawowym sposobem było wpływanie na naczelnego dyrektora. Był nim członek Komitetu Centralnego PZPR Bronisław Ciuła, człowiek prosty, ale też wrażliwy na dolę tysięcy kobiet oddanych mu pod zarządzanie, przeniesionych z podbiałostockich wsi do miasta, był on skłonny słuchać argumentacji o potrzebie kultury młodej klasy robotniczej. Wizja awansu kulturowego załogi  podobała się także Komitetowi Zakładowemu, bardzo uczulonemu na takie humanizujące działania. Nie było w tym nic zaskakującego - cała niemal załoga to byli ludzie przerobieni z chłopów na robotników, i ten awans powinien mieć jakiś objaw obyczajowy. Nie było to więc  jakieś moje nadzwyczajne odkrycie -  w całym kraju, a nawet całym tzw. obozie socjalistycznym taka tendencja narastała. Nigdy po okresie PRL ludzie sztuki nie byli tak mocno popierani, nagradzani, kokietowani. Stosowano wobec nas bardzo złagodzoną cenzurę, nie wymagano tępej subordynacji ani deklaracji. Tylko jednoznaczny  sprzeciw wobec Partii i ZSRR był zakazany. Wyostrzona uwaga cenzury występowała wobec masowych publikacji. 

W ciągu paru lat odniosłem kilka spektakularnych sukcesów. Uczestniczyłem w stworzeniu radiowęzła, prawie samodzielnie uruchomiłem gazetę zakładową.

Uczestniczyłem w inicjatywie i realizacji budowy pomnika na leśnym cmentarzu  4 tysięcy mieszkańców Białostocczyzny rozstrzelanych przez Niemców. 
Pomnik stoi nadal, zdjęcie z albumu o Białostocczyźnie. Projekt jest mój, ale największym wyzwaniem technicznym było opracowanie sposobu realizacji przez zakładowych specjalistów od remontów. Szalunek brył to było najłatwiejsze zadanie. Problem był z reliefami na kilku bokach. Wpadłem na pomysł robienia osobnego szalunku na każdą z takich zdobnych powierzchni. Sam na płytę nabijałem rysunek przy pomocy pasków klinowych do maszyn. Zużyłem cały zakładowy zapas! Relief miał głębokość ca 2 cm. Najtrudniej szedł napis - paski klinowe są poprzecznie dość sztywne,  a chciałem zachować krągłość liter. To było  zadanie nieco przypominające moje zlecenie na obudowę pieca-kozy dla zakładu metalowców - opisywałem to w komentarzu do Lecha tekstu.  

Rozprowadzaniem biletów na różne imprezy zajmowały się związki zawodowe. Ale niektóre wydarzenia kulturalne ja podpowiadałem. Na koncercie Ewy Demarczyk w Białymstoku spora część sali wykupiona została przez kombinat Fasty! Bardzo nieliczne robotnice wyglądały na zawiedzione, znudzone mimo, że dla większości było to ich pierwsze zetknięcie z wysoką sztuką!     
Takie moje działania w sztandarowym socjalistycznym zakładzie przemysłowym województwa zwracały na mnie uwagę prasy - głównego powszechnego medium. O kulturze robotniczej to niewiele mogłem opowiadać, ale program ambitnej rywalizacji fastowskiego wzornictwa z Paryżem to wymyśliłem bez trudu. Zwłaszcza, że baza sprzętowa czyli bardzo nowoczesna drukarnia była ładnym zapewnieniem deklaratywnie obrzydzanej, ale faktycznie pożądanej kapitalistycznej jakości. Pokazuję początkową stronę z reportażu w miesięczniku "Kontrasty", tekst nie ma znaczenia, ja na zdjęciu też, na okładce pisma nasza najśliczniejsza rysowniczka wyglądająca spoza wyciągu kolorów do szablonów drukarskich. 

Nie mam pojęcia czy moje działania kulturotwórcze czy też ranga zakładu spowodowały nagrodę ministra Kultury i Sztuki za działalność kulturalną. (maj 1971) Jestem przekonany, że z pewnością nie było to samo wzornictwo - żaden projekt z naszej komórki wzorcującej (rozrosła się nieco do kilkunastu osób, a komórka stała się wydziałem) nie wszedł do masowej produkcji. 
Natłok prac społecznych odpowiednio pokazywany i podkreślany spowodował zgodę dyrekcji na przeniesienie pracy projektowej do domu, nielimitowany czas pracy, i brak konieczności podpisywania o 7 rano listy obecności - a to była dla mnie zmora zatrudnienia w przemyśle. 
Pomalutku wchodziłem w środowisko dziennikarskie, zacząłem pod pseudonimem pisać recenzje plastyczne. Robić pierwsze satyryczne rysunki do Gazety Białostockiej - jedynej gazety codziennej regionu. Organu partyjnego oczywiście. Technika druku na tkaninie bliska jest poligrafii, zacząłem więc projektować plakaty i okładki do książek.  

Nadszedł czas odnowy - Gierek zamiast Gomółki. Dla Białegostoku zmiana była inna - Zdzisław Kurowski zamiast Arkaszki Łaszewicza. To była zmiana zupełnie radykalna. To była zamiana Azji na Europę. Kurowski, młody i energiczny, był autorem największego skoku cywilizacyjnego i intelektualnego miasta. Skutecznie zainicjował wyznaczenie Białegostoku na gospodarza Dożynek Centralnych 1973 - czysto politycznej imprezy o najwyższej krajowej randze co powodowało duże inwestycje w infrastrukturę, wbrew zgryźliwym uwagom do dziś funkcjonujące. Ściągnął świetnych fachowców od mediów - Janusza Weroniczaka do radia i Klemensa Krzyżagórskiego do prasy kulturalnej. Już nigdy potem nie mieliśmy takiej klasy organizatorów kultury. Z nimi przyszło kilkunastu innych. Jeżeli ktoś powinien mieć ulicę w Białymstoku to Kurowski właśnie, niestety komuch patronem ulicy być nie może. Choć za kilkanaście lat - kto wie? 

niedziela, 08 listopada 2015

 Tadeusz

Walim był osiedlem na 1500 osób. Możliwości zleceń nie było. Jako miejsce rekreacyjne było wspaniałe, jako miejsce do twórczego, aktywnego życia było końcem świata. A to nie były czasy internetu. Rozmowa telefoniczna międzymiastowa wymagala zamówienia, czekania parę godzin i wrzeszczenia w słuchawkę. Po zdobyciu dyplomu szybko zostałem członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków oddziału we Wrocławiu w sekcji malarskiej. W prasie przeczytałem, że w białostockim kombinacie przemysłu bawełnianego Fasty powstaje najnowocześniejsza w Polsce drukarnia filmdruku rotacyjnego. Zupełna technologiczna nowość importowana z Holandii. Dawny płaski szablon z syntetycznej siatki zamieniony zostaje w metalowy ażurowy rulon  z mikroskopijnymi otworami, farba wlewana do środka wyciskana jest jak dawniej raklem w tej rurze działającym, tkanina przesuwa się pod obracającymi się rurami-szablonami.  A wszystko działa w jednym procesie, czyli wszystkie, nawet kilkanaście, kolory jednocześnie są drukowane. Podczas jednej z delegacji do zjednoczenia lniarskiego skręciłem nieco z Łodzi na Białystok. Jeszcze miałem ważną legitymację studencką, w akademiku Akademii Medycznej przenocowano mnie zupełnie sympatycznie i bez żadnych zastrzeżeń za jedyne 10 zł. Rano pojechałem do leżącego na przedmieściach Białegostoku zakładu, a właściwie kompleksu wielu oddziałów produkcyjnych powstających od lat 50. na bazie wyposażenia radzieckiego - krosna tkackie, maszyny wykończalnicze, sama konstrukcja budynków i struktura zakładu.  To był moloch, który w swym największym rozkwicie zatrudniał ponad 6 tysięcy pracowników. Własna przychodnia lekarska, dentystyczna, elektrociepłownia, stołówka, parę ośrodków wczasowych. Pracownicy dowożeni specjalnymi autobusami z każdego większego osiedla. Praca na trzy zmiany.
Przyjęto mnie z otwartymi rękami. Prace montażowe samej drukarni były na ukończeniu, ekipa techniczna była w trakcie kompletowania. Sekcja wzornictwa, jak zwykle bardziej prestiżowa niż potrzebna, nieco zapomniana. A ja byłem stypendystą zjednoczenia bawełnianego - swój człowiek. Uzgodnienia były krótkie i rzeczowe - przyjeżdżam do pracy we wrześniu 1967, mieszkanie na mnie czeka - dwa duże pokoje z kuchnią, łazienka, parkiety, szafy i antresole wbudowane, spora loggia, centralne ogrzewanie, transport rodziny i majątku zapewniony. Stanowisko Kierownika Komórki Wzorcującej, której jestem całą obsadą. Biuro czyli pracownia projektowa czyli gabinet  to była spora pusta sala w cichej i spokojnej części zakładu. Wtedy to skromnie, socjalistycznie wyglądało, dziś zapewne byłbym nazwany dyrektorem do spraw disajnu i oczywiście po angielsku.

Więcej o zakładzie można poczytać w pliku, który niedawno w internecie znalazłem. W nim, prócz historii, rozmowy z dawnymi pracownikami, aż z trzema znaliśmy się dobrze, można powiedzieć, że byliśmy zaprzyjaźnieni. To Adam Karwowski, Jurek Jamiołkowski i Antoni Chodorowski. Na zdjęciu na stronie 7, takim z Moskwy, nawet ja jestem - pierwszy od lewej. KLIK  Publikacja - praca licealistów -  powstała w 2000 r., bardzo obiektywnie jednak stare peerelowskie stosunki pracy zostały pokazane! Zapewne to zasługa nadzoru do dziś znanego i cenionego licealnego nauczyciela historii, nawet mój wnuk do niego na korepetycje chodził.
We wrześniu z mieszkaniem był mały poślizg. Musiałem cały tydzień czekać w pokoju gościnnym na skończenie remontu po poprzednikach. Bo to były tzw. bloki awaryjne przy samym zakładzie. Komendant  straży pożarnej, specjaliści od ciepłownictwa, wodociągów, elektrowni zakładowej, straży przemysłowej, kierowcy czyli  niezbędne podręczne zaplecze techniczne fabryki.  Mój majątek czyli parę mebli i książki przyjechał przed żoną z dzieckiem, która u rodziców się parę dni w Krakowie przechowywała. Przyjechała do Białegostoku całkiem w ciemno, nigdy tego miasta wcześniej nie widziała.  
Wrażenia po Walimiu - jak tu dużo nieba, jak tu płasko!
Na jednym z pierwszych spacerów z wózkiem dziecinnym i małą Magdą idąca z przeciwka młoda kobieta syknęła do Elizy: ty polka job twoju mać. Szokujące i zupełnie absurdalne, nigdy się potem z takim potraktowaniem nie spotkaliśmy. To było pechowe zdarzenie, które na bardzo wiele lat wyrobiło w nas poczucie obcości, ale też sporej nieufności do tego miasta. Być może incydent był jakimś odpryskiem nastrojów narodowościowych województwa. I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR był wówczas  Arkadiusz Łaszewicz, Białorusin. Wpadały w ucho plotki lub przecieki, że zgłosił on stronie radzieckiej pomysł przyłączenia wschodniej Białostocczyzny do Białoruskiej Republiki Radzieckiej. Gdy po latach w jakiejś konkretnej sytuacji określono mnie jako zwolennika Białorusinów, to aż się roześmiałem - nie bym przeczył, albo się zgadzał, ale z powodu łaciatości i płytkości ludzkich ocen. 
Z naszego mieszkania na przedmieściu był tylko jeden miejski autobus nie jeżdżący zbyt często. Załoga była przecież przywożona specjalnymi autobusami. Trasa biegła przez  osiedla drewnianych domków, ale też wzdłuż łąk i pastwisk. Pewnego razu dwuletnia Magda wyglądająca przez okno  wrzasnęła na cały autobus: - Mamo, patrz, słoń! - To była pierwsza krowa przez nią widziana.

Tagi: 1967 fasty
11:48, tg1940
Link Komentarze (4) »