Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: 1972-82

niedziela, 04 października 2015

Lech  Lech

W poprzednim wpisie wspomniałem, że zacząłem pracować w Pracowni EtobSystem i, że jej szef Andrzej Zienkiewicz wiązał z moja osobą duże nadzieje.

Na początek pożyczył mi książkę Roberta Townsenda - Up the Organization: How to Stop the Corporation from Stifling People and Strangling Profits  - KLIK.
Informacja po polsku tutaj - KLIK.

Książka bardzo mi sie podobała jednak oddając ją panu Andrzejowi zwróciłem uwagę, że opisuje ona sytuację w gospodarce wolnorynkowej, w prywatnej firmie. a u nas o wszystkim decyduje Partia.
- A wie pan, że ja jestem bezpartyjny? - spytał pan Andrzej.
Nie wiedziałem.
- A wie pan, ze Jacek Karpiński, który nie tylko jest bezpartyjny, ale deklaruje publicznie swoją niechęć do ustroju jest dyrektorem fabryki produkującej komputery jego własnej konstrukcji?
Wiedziałem.
- No to jak to jest? - zapytałem. 
- Bardzo prosto. Ludzie na wysokich stanowiskach w partii pną się po szczeblach kariery. Muszą być ostrożni żeby nie dać swoim konkurentom jakichś atutów. Z drugiej strony muszą się wykazać jakimiś osiągnięciami. To jest szansa dla nas - my nie stanowimy dla nich konkurencji, nasze sukcesy będą szczeblami w ich karierze. Możemy robić to co lubimy, oni stworzą nam do tego warunki. Karpiński wścieka się na partyjny aparat. Według mnie nie ma racji. Ci ludzie ponoszą duże ryzyko, działają w określonych uwarunkowaniach. Wszak komputery produkuje już Elwro, mówi się o wspólnym komputerze państw RWPG. To jest tak jak walka z wielkimi koncernami w krajach kapitalistycznych. Ktoś toczy tę walkę żeby komputery Karpińskiego były produkowane.

Nieco uspokojony wróciłem do rozważań nad książką. Robert Townsend zadaje pytanie - jeśli obecna praca nie sprawia ci radości albo nie przynosi dużych pieniędzy, to dlaczego jej nie rzucisz?
Tak jest - poznałem już radość pracy i tego szukałem.
Pan Andrzej mi to dostarczył. EtobSystem podpisał bardzo lukratywny kontrakt z rządowym projektem WEKTOR - KLIK
Rząd Gierka, zgodnie z obietnicami, zabrał się bardzo energicznie do inwestycji - huta Katowice, Bełchatów, kombinat miedziowy w Legnicy. To były wielkie projekty i wielkie wydatki, również dewizowe. Rząd potrzebował narzędzi do kontroli postępu prac. 
EtobSystem posiadał kadrę doświadczonych ludzi, którzy potrafili na miejscu ocenić postęp prac i potrzeby. Brak było komputerowego systemu gromadzenia i wstępnego przetwarzania tych informacji. System Wektor kontrolował 300 najważniejszych inwestycji.

Pan Andrzej przedstawił mi sprawę tak: nasz człowiek wizytuje wielką budowę, widzi co zakończono, co jest w toku, co ma się wkrótce zacząć. Potrafi ocenić jakich środków - materiałów, maszyn - potrzeba dla każdego zadania. On powinien móc natychmiast wprowadzić to do komputera. Komputery ODRA są już w prawie każdym wojewódzkim mieście, dostęp nie będzie problemem. Rzecz w tym, że nie wiemy jakiego rodzaju to będą informacje. Potrzebne jest narzędzie, które pozwoli jemu samemu to zdefiniować. Systemu, który przyjmie nieoczekiwane informacje i sporządzi wymyślone na poczekaniu raporty.
Co pan na to?

To było to. Pierwsza sprawa to nazwa systemu. Rządowy system zbierania danych miał nazwę AWIZO-MOC więc najlepszy był SEZAM - oficjalnie tłumaczyło się to jako System Eksploatacji Zbiorów Awizo Mocy, ale dla mnie to było to bajkowe doświadczenie.
Druga sprawa to zespół. Na początek dostałem do pomocy dwie wspaniałe osoby - wspomnianego wcześniej Andrzeja M - świetnego kolegę i bardzo inteligentnego programistę i Janka R - doskonałego projektanta systemów. 

Praca toczyła się na dwóch płaszczyznach - z jednej strony konstrukcja dość złożonego systemu, z drugiej - co miesiąc, dwa, musieliśmy dać użytkownikom jakąś funkcjonującą cząstkę systemu. Na początek było to oczywiście wprowadzanie informacji źródłowych. Docierały one do nas i trzeba było szybko przekształcić je w raporty dla systemy WEKTOR, w jaki sposób to już nasz kłopot.

Wspomniałem, że kontrakt z WEKTOREM był lukratywny. Tak, nasze premie przekraczały 100% wynagrodzenia.
Tu znowu refleksja pana Andrzeja. Dobra praca to taka, którą chętnie by się robiło nawet za darmo. Sprawą kierownictwa jest wynagradzać dobrych ludzi tak żeby nigdy nie musieli ubiegać się o podwyżkę.
W EtobSystemia tak właśnie w tym czasie było. 

W polskiej informatyce działo się wiele. We Wrocławiu produkowano seryjnie komputery ODRA, zaczynała działać fabryka komputerów K-202 konstrukcji inż Jacka Karpińskiego, firma IBM zdołała zainstalowac kilka komputerów w krajowej sieć ośrodków obliczeniowych ZETO. Wydaje mi się, że angielska firma ICL postawiła na budownictwo. W ETOBie zaczęli się pojawiać konsultanci z tej firmy, szukali ścieżki do nawiązania współpracy na zasadach partnerstwa. Nie łudziłem się myślą, że o partnerstwo tu chodzi. Oni wiedzieli, że status partnera ułatwi naszej dyrekcji uzasadnienie wniosku o zakup komputera.

Na razie skorzystałem na tym ja. 
Współpraca z rządowym systemem WEKTOR dodała nam wiele autorytetu. Anglicy zaproponowali żeby ktoś z naszej pracowni opracował referat na temat sterowania wielkimi inwestycjami i wygłosił go na konferecji w Londynie. Referat opracował nasz czołowy konsultant Jurek W. a mnie przypadła rola przetłumaczenie go na angielski i wygłoszenia na konferencji.

Konferencja miała tytuł - Profitable computing in building industry. Pojechaliśmy na nią obaj. Zamieszkaliśmy w bardzo dobrym hotelu. W recepcji zauważyłem informację, że załatwiają bilety na musical Jesus Christ Superstar. Kupiliśmy.
Trzeba przedtem coś zjeść. Jurek wskazał na hotelową restaurację. Ceny były bardzo wysokie - niech dopiszą do rachunku za hotel - zdecydował Jurek. Obiad był pewnie bardzo dobry, ale mieliśmy zbyt mało czasu żeby to docenić. Pobiegliśmy do teatru, na szczęście było dość blisko.
4 lata wcześniej zachwycił mnie w Londynie musical Fiddler on the roof tym razem wrażenia były jeszcze lepsze, przede wszystkim pod wzgledem muzycznym (Andrew Webber)  - KLIK.
Powyższy link to fragment z filmu. Na scenie było to o wiele lepsze, właśnie z powodu ograniczeń sceny teatralnej.

Następnego dnia poszliśmy posłuchać konferencyjnych obrad. Mina mi zrzedła. Referaty były ciekawe, świetnie przygotowane i prezentowane, dyskusja ostra. Jeszcze bardziej mi zrzedła po  prezentacji jakiegoś Francuza. W dyskusji zarzucono mu, że właściwie niczego nie zaprezentował tylko wygłosił truizmy.
Po obradach spotkaliśmy naszego opiekuna z ICL, minę miał równie ponurą jak ja. Po pierwsze chyba zaniepokoiły go koszty nazego obiadu dopisane do rachunku hotelowego. Zaprosił nas na obiad do jakiejs egzotycznej restauracji i wielokrotnie zapewniał, że to większa atrakcja niż jedzenie w hotelu. Po drugie zaproponował żeby zrobić próbę generalną mojej prezentacji, przyprowadzi na nią polskiego doktoranta, specjalistę od budownictwa.
Doktorant przydał się gdyż uzgodniłem z nim angielskie terminy dla kilku specjalistycznych zwrotów poczym nastąpiła próba generalna.  Wygłosiłem otwierające zdanie i poczułem tak wielkie znużenie, że stwierdziłem, że nie jestem w stanie kontynuować. Nastąpiła zupełna konsternacja. Muszę przyznać, że przedstawiciel ICL zachował się jak gentlemen - życzył mi dobrego wypoczynku i udanej prezentacji.
Pierwsza część życzenia nie spełniła się, prawie wcale nie spałem, w kółko przypominał mi się mój próbny występ - jedno zdanie i zupełna pustka w mózgu.

Na prezentacji jednak czułem w sobie jakąś nieznaną mi dotąd energię. Żeby oswoić się z salą zrobiłem krótką próbę rzutnika i w tym czasie spostrzegłem na widowni starszego pana, który patrzył na mnie z życzliwym uśmiechem. Zrobło mi się ciepło na sercu - będę mówił tylko dla niego! Wszystko poszło jak z płatka, pan nadal sympatyznie się uśmiechał i potakiwał, kątem oka zauważyłem, że przedstawiciel ICL potakiwał z wielkim entuzjazmem.
Zadano mi kilka całkiem sensownych pytań, Jurek odpowiedział, ja przetłumaczyłem. Jedno pytanie zapamiętałem na długo - nie zauważyłem w waszym systemie żadnej troski o koszty inwestycji. Tu nie musiałem prosić Jurka o odpowiedź gdyż mogłem zacytować słowa pana Andrzeja Z. - kopalnia miedzi w Lubinie wydobędzie dziennie materiał wartości ponad miliona dolarów. Przyspieszenie jej uruchomienia zrekompensuje wszelkie koszty. Pożegnano mnie brawami.
Ciekaw jestem czy ktoś pamiętał moją wypowiedż kilka lat później kiedy inwestycje w Polsce stanęły a rząd Gierka ugrzązł w długach.
Na marginesie dodam, że doświadczenie z tej prezentacji przydało mi się podczas późniejszych interview u sprawie pracy a było ich wielu. Po pierwsze znaleźć w komisji sympatyczną osobę i mówić do niej i dla niej. 30 lat później dowiedziałem się, że jest to naukowo potwierdzona metoda. Po drugie - żadnych prób generalnych - prezentacja musi być spontaniczna. To już moja osobista specyfika niezgodna z poglądami specjalistów.

Nadeszło lato. Sylwia znalazła prywatną kwaterę w Rybienku w okolicach Wyszkowa. Ania miała już 2 lata, powinienem dać sobie z nią radę. A zatem Sylwia i ja przydzieliliśmy sobie po 2 tygodnie urlopu. Najpierw pojechałem ja - na spływ kajakowy PTTK na Mazury. Gdy wróciłem Sylwia pojechała na obóz wedrowny PTTK w Beskid Sądecki.

Z Anią nie miałem problemu. Natychmiast po wyjeździe Sylwii przyjechala moja Matka. Obiady mieliśmy załatwione w prywatnej jadłodajni. 

RybienkoRybienko

środa, 30 września 2015

Lech  Lech

Szybko wdrożyliśmy się w nowy rytm życia. Mój udział był skromny i prosty. Po przyjściu z pracy wychodziłem z Anią na spacer. Wieczorem kąpałem ją, prałem pieluchy.

W pracy też było spokojnie. Jak dla mnie trochę za spokojnie. Niewielkie projekty dla budowlanej biurokracji nudziły mnie. Wolny czas wypełniałem zapoznawaniem się z bardzo bogatą biblioteką aplikacji opracowanych przez ICL. Był tam oczywiśćie konik naszego szefa - PERT, były systemy wyszukiwania informacji, optymalizacji, wiele systemów inżynierskich.

Tak doczekaliśmy zimy. Ponieważ teraz nie mieliśmy szansy wyjścia na imprezy kulturalne kupiliśmy telewizor. Pamiętam, że pierwszym filmem jaki obejrzeliśmy było Pozegnanie z bronia w G. Peckiem w roli głównej. Strasznie długi film, poszliśmy spać grubo po północy. Następnego dnia, popołudniu, Sylwia poszła z koleżanką na łyżwy. Zima była mroźna i na pobliskim stadionie Gwardii wylali wodę i zrobili sporą ślizgawkę. Panie wróciły dopiero po kilku godzinach - Sylwia z ręką w gipsie - złamanie w nadgarstku.

To był ogromny kłopot - jak sobie poradzić z niemowlęciem? Pracowałem dopiero kilka miesięcy i nie należał mi się urlop. Wydawało mi się oczywiste, że powinienem dostać zwolnienie lekarskie na opiekę nad żoną i dzieckiem. Nie dostałem. Dwa czy trzy dni coś tam pokombinowałem, ale na dłuższą metę to nie było możliwe. Sylwia z Anią przeniosły się do mieszkania Sylwii rodziców. Tam też nie było łatwo gdyż matka Sylwii była po wylewie i miała mocno ograniczoną ruchliwość.
Wydawało mi się to jawną niesprawiedliwością a przecież mieliśmy ustrój sprawiedliwości społecznej.

Interwencja

Postanowiłem zadziałać, zadzwoniłem do ministerstwa zdrowia. Tam kolejno w kilku działach dostawałem tę samą odpowiedź - nie możemy wydać zwolnienia lekarskiego zdrowej osobie. Próba połączenia się z ministrem zdrowia nie powiodła się. Postanowiłem zapukać o piętro wyżej - zadzwoniłem do gabinetu premiera (Jaroszewicza). Połączono mnie z osobistą sekretarką premiera. Brzmiała inteligentnie, głęboki głos przypominający czołową spikerkę telewizji, Irenę Dziedzic. Zrelacjonowałem sprawę krótko, zgodnie z prawdą i bardzo dramatycznie. Moja rozmówczyni była wstrząśnieta - jutro niedziela - do poniedziałku coś w tej sprawie zrobimy.
Rzeczywiście, całkiem wcześnie w niedzielę ktoś zadzwonił do drzwi, Elegancki pan, naczelnik jakiegoś departamentu w Ministerstwie Zdrowia. Wysłuchał sprawy i rozłożył bezradnie ręce -  nie możemy wydać zwolnienia zdrowej osobie - powtórzył znany mi argument. Pan powienien wziąć urlop. 
- Jaki urlop? Może bezpłatny? To z czego my będziemy żyć?
To czywiście nie była prawda, mieliśmy pewne zasoby gotówki, ale uważałem się za osobę głeboko skrzywdzoną przez biurokratyczny system.
Proszę przyjść jutro rano do rejonowej przychodni - zdecydował urzędnik - my tam przeprowadzimy kontrolę czy pana właściwie potraktowano. Poszedłem. Nie miałem zastrzeżeń co do zachowania lekarza, uważałem tylko, że przepisy nie były dość elastyczne. Chyba dali mi zwolnienie na 3 dni. Pojechałem dostarczyć je do pracy. Okazało się, że w dziale kadr też już mieli ministerialną kontrolę.
- Dlaczego pan ze mną o tym wszystkim nie porozmawiał - żaliła się kierowniczka kadr - znaleźlibyśmy jakieś wyjście. 
W rezultacie dostałem kilka dni urlopu wypoczynkowego, kilka dni urlopu bezpłatnego. Kilka dni Sywia z Anią spędziły u teściów i jakoś doczekaliśmy zdjęcia gipsu. Sylwia bardzo mężnie znosiła ból w nadgarstku. Mnie zrobiło się wstyd, że narobiłem tyle rabanu w sprawie, którą można było ugodowo załatwić. Ku mojemu zaskoczeniu, zamiast stać się pośmiewiskiem w pracy zyskałem spore uznanie...
- To jest facet, który, jeśli mu na czymś zależy, to potrafi nawet do premiera dotrzeć.

Już wkrótce przyszły efekty.

Andrzej ZienkiewiczW ETOB-ie funcjonowal zespół kontroli dużych projektów inwestycyjnych. Nie spotykało się tych ludzi często gdyż większość czasu spędzali w terenie. Ich kierownikiem był Andrzej Zienkiewicz. Ten człowiek promieniował energią i optymizmem. Przypominał mi ZMP-owców obudowujących Polskę i zwalczających analfabetyzm. 

Wyraźnie nie mieścił się z biurokratycznej strukturze ETOBu i postawnowił utworzyć niezależną pracownię na własnym rozrachunku. Tak powstała Pracownia EtobSystem. Nie minęło wiele czasu gdy zaproponowal mi pracę. Nie bardzo wiedziałem na czym będzie polegać ta praca, ale osobowość pana Andrzeja była magnetyczna. Postanowiłem to przedyskutować z moim szefem - inż. Husarskim. To był bardzo inteligentny i kulturalny człowiek, chyba żywił do mnie pewną sympatię, przypominał mi pana Tadeusza W. z Zelmotu, wiedziałem, że da mi dobrą radę. Poradził przyjąć propozycję. 
Pierwsza zmiana to system wynagrodzenia. Pracownia stosowała system biur projektów czyli niezbyt wysoka pensja plus premia zależna od wyników finansowych przedsiębiorstwa. W ETOB-ie dostawałem całkiem dobrą pensję - około 4,500 zł. Została chyba trochę zredukowana, ale na koniec kwartału wypłacono nam ponad 70% premii. Na marginesie dodam, że nadal kontynuowałem pracę na pół etatu w WZM. 

Zespół A. Zienkiewicza stosował do tego czasu tylko jeden system komputerowy - PROKOM - kontrola dużych projektów. System funkcjonowal na polskich komputerach ZAM, należało przenieść go na ODRĘ. Zaoponowałem - przecież tu funkcjonuje PERT, który na pewno spełni wszelkie wymagania użytkowników. Pan Andrzej tarł czoło - musimy się nad tym zastanowić, na razie mam dla pana kilka drobnych programów, ale pomyślimy o czymś większym.

A tymczasem w rodzinnym gnieździe... 
Wszystko biegło jednostajnym rytmem. Ania nie sprawiała wiele kłopotu, Sylwia starała się ją wdrożyć w regularny rytm posiłków, snu, spacerów. Zdawało to egzamin. Pamiętam nasze wysiłki by zapobiec ssaniu palca. Ania dostawała smoczek do ssania, ale w nocy gubiła go i ssała palec. Sylwia nie ustąpiła - dyżurowała przy łóżeczku i gdy Ania ssała palec podtykała jej smoczek. Poprosiła mnie o pomoc, ale oczywiście przespałem krytyczny moment i zostałem usunięty z tej funkcji.

Dla mojej Matki narodziny Ani były dużym wydarzeniem. Po pierwsze cieszyła się, po drugie i ważniejsze martwiła się, że na mnie spadły dodatkowe obowiązki, po trzecie - najmniejszy płacz czy krzyk Ani ogromnie ją niepokoił i sceptycznie odnosiła się do metod stosowanych przez Sylwię. W efekcie każda wizyta Babci była dość stresująca dla wszystkich stron.

Nadeszło lato. Nie należał mi się jeszcze urlop więc Sylwia i Ania spędziły 2 tygodnie lata w Bierutowicach w zaprzyjaźnionym domu wczasowym...

BierutowiceI krok

Reszte lata spędziły u Sylwii cioci we Włocławku. Stosunki Sylwii z ciocią były bardzo serdeczne, na dodatek córka cioci też miała córkę w wieku podobnym do Ani więc łatwiej było podzielić się obowiązkami. Ja dojeżdżałem tam na niedziele...

Włocławek

P.S. Polecam wspomnienie o A. Zienkiewiczu napisane przez jednego z jego najbliższych współpracowników - KLIK.