Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: filmdruk

czwartek, 27 sierpnia 2015

 Tadeusz
Po pierwszym roku trzeba było wybrać specjalizację.
Projektowanie odzieży, tkactwo lub druk na tkaninie. Wszystkie kierunki miały wspólny trzon ogólny, artystyczny - malarstwo z rysunkiem i kompozycję, a także przedmioty  uzupełniające typu estetyka, historia sztuki, zasady projektowania wnętrz z różnymi rodzajami perspektyw, grafika warsztatowa. Także technologia malarstwa - opis technik, materiałów, pigmentów, chemikaliów używanych przez malarzy od początku świata! Moją zmorą było liternictwo - jego część obejmująca pisanie odręczne była dla mnie leworęcznego prawie niewykonalna - pisanie i rysowanie to są dwa zupełnie oddzielne działania dla mózgu.
Specjalizacja to było projektowanie przemysłowe ze wszystkimi jego aspektami technologicznymi. 
Absolwent naszej uczelni musiał być gotowy do podjęcia pracy w zakładzie przemysłowym, powinien znać proces produkcji, prowadzić nadzór autorski itp. To była uczelnia kształcąca kadry w sposób bardzo pragmatyczny, racjonalny. 

Wybrałem druk na tkaninie z racji na jego najbliższy kontakt z malarstwem - i to się okazał bardzo trafny wybór. Przez 4 lata opanowałem technologię druku w takim stopniu, że po absolutorium po V roku mogłem nie tylko projektować nowe wzory, ale też poprowadzić całą prostą drukarnię z filmdrukiem czyli drukiem ręcznym poklatkowym, a po krótkim rozeznaniu sprzętowym także rotacyjnym (przypominał on nanoszenie na ścianę wzoru wałkiem z deseniem). 
Opanowany miałem proces opracowania projektu pod względem technicznym czyli ustawienia modułu powtarzalnego (tzw. raport) tworzącego ciągły wzór, także cały proces przygotowania wyciągów barwnych, szablonów, receptur farb. Miałem rozeznanie o charakterystyce barwników, ich trwałości, celowości stosowania takiej, a nie innej grupy.
Ku memu zaskoczeniu przy pracach nad projektami drugorzędnie traktowane były demonstracje indywidualności, kreatywności. Na każdym początku kolejnych lat przedstawiane były przywożone z różnych wystaw i targów światowych najnowsze tendencje mody.  Do nas należało ich wdrożenie, tworzenie kolekcji wzorów wedle narzuconych wytycznych. Nie było tolerowane osobiste upodobanie, nowatorstwo, eksperymenty, najważniejsza była elastyczność projektanta wobec żądań odbiorców. Projektowanie obejmowało tkaninę zasłonową i odzieżową. O ile ta pierwsza miała swe uniwersalne typy wzorów i zasady, zmienność była powściągliwa niby moda męska, o tyle druga była kapryśna jak kobiece upodobania. Ściślej - jak merkantylne i wyrachowane zasady producentów tendencji w modzie odzieżowej.

Miałem poważne kłopoty z tą odzieżówką - uleganie wytycznym i podleganie cudzym wymaganiom wydawało się dalekie od twórczości i budziło we mnie wewnętrzny sprzeciw. Banalność używanych motywów nie ułatwiała mentalnego zaangażowania. Przez całe moje późniejsze życie zawodowe okazało się, że jednak właśnie umiejętność dostosowania się do wymagań zleceniodawcy jest cechą najcenniejszą - dającą największy zysk.
Po latach dopiero zdałem sobie sprawę jak wielki i decydujący wpływ na moją osobowość i postawę zawodową miała prof. Teresa Tyszkiewicz KLIK prowadząca zajęcia z projektowania tkaniny odzieżowej, ale też podczas zajęć, korekt i rozmów pokazująca nam wzorce postaw estetycznych, etycznych, intelektualnych. Miałem zaszczyt i szczęście mieć z nią parę rozmów prywatnych w jej pracowni. O ile nie podzielałem wtedy jej zachwytu dla muzyki Oliviera Messiaena, to jednak jej stosunek do koncepcji filozoficznych Pierre'a Teilharda de Chardin jest mi nadal bliski i inspirujący. O tym napiszę jednak później. Teresa Tyszkiewicz i Stanisław Fijałkowski to dwie osoby, które do opisanych już przeze mnie wcześniej 4 książek dodały swój udział nadal funkcjonujący. Na zdjęciu oni razem.

Do dziś istniejąca pozostałość z mojego romansu z robieniem projektów na sukienkowe wzory jest moje zainteresowanie roślinami. Bo kwiaty i liście były podstawą ówczesnego projektowania. Dla czystej satysfakcji uczyłem się nazw i wyglądu roślin, kupowałem atlasy, naukowe spisy i opisy, rośliny fascynowały mnie. Po latach, w czasie trudnego do zdobywania zleceń okresu stanu wojennego, te zainteresowania pozwoliły na stworzenie katalogu roślin leczniczych wydanego jako dodatek do Zielonego Sztandaru (organ ZSL - olbrzymi nakład!) poradnika zielarskiego.
Dał on mnie i grupie współpracowników, zakamuflowanych opozycjonistów, utrzymanie na parę lat. A i dziś mogę zobaczyć na trawniku żółte kwiatki i powiedzieć, że to pięciornik gęsi, a tam pięciornik kurze ziele. Że o tojeści - przepięknym chwaście, lub rzadkim arcydzięglu i storczyku kukawce i wielu, wielu innych, po łąkach i lasach chodząc, nie wspomnę. Ulubioną moją rodziną roślin są baldaszkowate. Każdy zna kwiatostany kopru, podobne są marchwi i pietruszki, ale rzadko dopuszcza się do ich rozkwitnięcia. Ciekawostka taka: w środku białego baldacha u marchwi jest jeden malutki bordowy kwiatek! W tej rodzinie są też dwie rosnące i u nas rośliny bardzo silnie trujące: cykuta i szczwół - podobno wbrew powszechnej opinii tą drugą, a nie pierwszą otruto Sokratesa. 
Samo projektowanie to była tylko artystyczna podstawa naszej edukacji. Były też warsztaty, na których ręcznie, pędzelkiem nanosząc wyciąg koloru na siatkę robiliśmy szablony  - w semestrze każdy miał swej własnej tkaniny parometrowy wydruk - jednej sukienkowej i jednej zasłonowej. Oczywiście technologia przygotowania i druku była najtańsza, bez profesjonalnego, przemysłowego zaplecza, farby pigmentowe mało odporne na ścieranie i spieranie. W naszym wynajętym pokoju na oknie wisiały zasłony mojego projektu. To była satysfakcja! Sukienek z moimi wzorami żona nie nosiła, zapewne z powodu tandetnej tkaniny użytej do produkcji.

Podczas wakacji mieliśmy praktyki w zakładach włókienniczych. Polegały one jednak nie na konkretnej pracy, ale na patrzeniu, pytaniu, podglądaniu sztuczek produkcyjnych, zwiedzaniu oddziałów przygotowujących tkaniny, a potem wykończających. 
Pierwsza praktyka była w Zakładach Przemysłu Bawełnianego im. J. Marchlewskiego w Łodzi - (dawne zakłady Poznańskiego). To był chyba największy zakład włókienniczy w Polsce. Na IV roku dostałem od nich stypendium fundowane. Tym samym, prócz 650 zł. na miesiąc czyli o 150 więcej od stypendium państwowego,  zagwarantowane miałem miejsce pracy po studiach. Tam po raz pierwszy zetknąłem się z prawdziwą klasą robotniczą. Ale też z jej rozwarstwieniem. Otumanione hałasem, niecierpliwie czekające końca zmiany snowaczki, natykaczki, prządki i tkaczki (dużo było zawodów o dość unikalnych nazwach) z jednej strony, z drugiej przedwojenni specjaliści robiący stalowe elementy do szablonów do druku wielkoseryjnych produkcji tkanin o drobnych wzorach, konserwatorzy maszyn, ślusarze precyzyjni umiejący dorobić zużytą część. Kółka w produkcyjnej machinie i fachowcy - rzemieślnicy.
Najsilniejsze i najbardziej przygnębiające wrażenie zrobiły na mnie dwa oddziały.
Bielnik czyli XIX -wieczna ciemna, duszna, mokra hala z latającymi z maszyny do maszyny taśmami tkanin bielonych po utkaniu, gryzący zapach podchlorynu. Widok bielnika w tych zakładach był miejscem kręcenia scen filmu "Ziemia obiecana" Wajdy, nie było potrzeby robienia scenografii.
Oddział drugi to tkalnia z setkami warczących i dudniących krosien, między którymi biegały i pochylały się szaro ubrane kobiety - każda obsługiwała po kilka krosien, często musiały wiązać urwany wątek lub osnowę. Takiego poziomu nieustającego, monotonnego hałasu nie spotkałem nigdzie. A jednak bardzo niechętnie tkaczki nakładały ochraniacze na uszy. 

Druga praktyka była po IV roku w Zakładach Przemysłu Lniarskiego w Walimiu koło Wałbrzycha. Stary, z XIX w. niemiecki zakład jedwabniczy, maszyny tkackie, także żakardowe czyli robiące tkane wzory, tak zużyte, że zamiast cienkiego jedwabiu luzy w ruchomych częściach pozwalały jedynie na grube nici lniane.
To było miejsce wymarzone pod względem piękna okolicy - dolina wśród Gór Sowich. Ale też moich kompetencji - tamtą drukarnię filmdruku potrafiłbym sam prowadzić. Felerem był brak potrzeb projektowych, cała produkcja szła na eksport wedle przesłanych wzorów. PRL była słynna z polskich tkanin lnianych, lnem obsiane było 100 tysięcy hektarów.  Atutem zakładu była potrzeba posiadania własnej komórki wzorcującej czyli atrybutu potwierdzającego rzetelny status i prestiż  zakładu włókienniczego. I ten atut wiązał się z nowymi wydarzeniami mojego życia, co skwapliwie po roku wykorzystałem. 

Specjalizacja zawodowa, rzemieślnicza, była prozą moich studiów i chlebem powszednim. Poezją lub raczej magią albo też omastą smakowitą były sprawy sztuki czystej - a więc malarstwo z rysunkiem i kompozycja. To osobny nurt studiów, z którego rzemiosło tylko częściowo czerpało.