Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: 1964-71

poniedziałek, 28 września 2015

Lech  Lech

Najpierw to Nowy Świat przybył do nas. Mieszkająca w Nowym Jorku Ciocia Krysia przyjechała w końcu maja na miesiąc do Polski.

Pierwsza sprawa to kwestia mieszkania. Moja Matka chciała w jakiś sposób zrewanżować się za swój pobyt u Cioci więc zdecydowaliśmy oddać nasze mieszkanie do dyspozycji Cioci, moja Matka zamieszkała z nią aby dopilnować gospodarstwa. Sylwia i ja wynajęliśmy pokój w willi należącej do matki naszej znajomej.
Druga sprawa to zorganizowanie pobytu. Oczywiście głównym jego punktem były spotkania rodzinne. Spotkań nie zliczę. Jedno było oficjalne - obiad w Hotelu Europejskim...

Ciocia Krysia

Odbyłem z Ciocią dwie wycieczki. Na Aleję Szucha i do Oświęcimia. Z okazji tej drugiej poleciałem pierwszy raz w życiu samolotem - do Katowic. Oba miejsca wywarły na Cioci wstrząsające wrażenie. Zdziwiłem się nieco - przecież Ciocia spędziła miesiące najpierw w sowieckim więzieniu potem w gułagu na Syberii. Ciocia kręciła przecząco głową - to zupełnie co innego. Tam mieliśmy do czynienia w ludźmi. Strażnicy w gułagu byli w pewnym sensie takimi samymi zesłańcami jak my. Oczywiście często byli okrutni, ale to była jakieś ludzkie, zrozumiałe okrucieństwo, a to... tego nie mogli zrobić ludzie tylko jakieś zaprogramowane automaty.
W sumie Cioci bardzo się w Polsce podobało. Wspominała, że może zachęci męża do przyjazdu, że może ona tu jeszcze wróci. Żaden z tych pomysłów się nie zmaterializował.

Po wyjeździe Cioci weszliśmy wraz Sylwią nasz nowy świat - za kilka tygodni miało urodzić się dziecko. Sylwia bardzo źle czuła się podczas ciąży, ostatnie dwa tygodnie ciąży spędziła w swoim miejscu pracy - Szpital Kliniczny Wojskowej Akademii Medycznej. Byłem tym mocno zdezorientowany. Nieco wcześniej złożyłem wymówienie w pracy więc obowiązki służbowe nie odrywały mnie od ciągłych obaw. Była połowa lipca (1971) , duże upały.  W nagrzanym mieszkaniu trudno było zasnąć, straciłem apetyt, od nadmiaru zimnej wody mineralnej dostałem strasznej chrypy.

Wreszcie nadeszła oczekiwana wiadomość - córka! O odwiedzinach na oddziale porodowym nie było oczywiście mody. Dwa czy trzy dni po porodzie pojechałem odebrać Sylwię i córkę. Wiadomo było, że będzie miała na imię Anna, urodziła się 2 dni przed 26 lipca. Sylwia położyła na stole w poczekalni niewielkie zawiniątko - przypilnuj Ani, ja jeszcze muszę pożegnać się na oddziale. Patrzyłem na to zawiniątko z wielką obawą - zdałem sobie sprawę, że całe moje dotychczasowe życie toczyło się w niezbyt realnym świecie, Tak czy siak, zawsze jakoś tam będzie. Zdałem sobie sprawę, że to małe zawiniątko to ogromny ciężar. Od tej chwili nie może być tak czy siak czy jakoś tam. Na szczęście Sylwia wróciła - pełna energii, optymizmu i pewności siebie.
Natychmiast po przyjeździe do domu Sylwia nakarmiła Anię. Ten sielski widok tak mnie rozczulił, że użaliłem się nad sobą - ja też bym coś zjadł.

Już pierwszego wieczora Sylwia nauczyła mnie kąpać Anię i to było moje stałe zadanie.

Gimnastyka

Ania

Ania i Mama

Po kilku dniach udało mi się nabyć wózek w prywatnym sklepie na Pradze. Na spacery jeździliśmy na Cmentarz Żołnierzy Radzieckich po drugiej stronie Alei Żwirki i Wigury.

Park- cmentarz

Łóżeczko dostaliśmy chyba od Sylwii siostry. Nic więcej nie było trzeba. Sylwia imponowało mi pewnościa siebie i kompetencją we wszystkich sprawach dotyczących dziecka. Nie wszystkie jej pomysły sprawdzały się, ale w każdym przypadku mogłem być pewien, że doprowadzi do rozwiązania problemu. To stwarzało mi duży komfort psychiczny i z chęcią stosowałem się do wszelkich wskazówek i poleceń.

6 tygodni po urodzinach Ani wkroczyłem w zawodowy nowy świat - nowa praca. Znalazłem ją kilka miesięcy wcześniej, złożyłem w Zelmocie regulaminowe 3-miesięczne wypowiedzenie. Zostało przyjęte ze zrozumieniem.
Moja nowa praca była w ETOBie - Centrum Elektronicznej Techniki Obliczeniowej Budownictwa. Centrum właśnie instalowało polski komputer ODRA-1300 - KLIK - budowany na licencji znanej mi firmy ICL. Zostałem zatrudniony w dziale obsługi procesów zarządzania kierowanym przez inż. Kazimierza Husarskiego.
Pierwsze tygodnie w ETOBie to była lekcja pokory. W Zelmocie byłem poza wszelką konkurencją, mogło mi się wydawać, że jestem najlepszy na świecie. Tak jak w tym dialogu:
- Mój tatuś jest najlepszym rewolwerowcem Teksasu! 
- Najlepszym rewolwerowcem Teksasu?
- A tak, w Ostrołęce. 
Już na drugi dzień wezwał mnie dyrektor techniczny - K. Jarosławski. 
- Pan pisze programy w asemblerze?
- Tak... to znaczy w języku PLAN, to jest macro-assembler.
- To powinien pan sobie poradzić. Niech się pan skontaktuje z naszym zakładem obliczeniowym na Woli, oni mają jakieś problemy.
Skontaktowałem się, okazało się, że chodzi o komputer Minsk-32 - KLIK. Mina mi zrzedła, nie po to przenosiłem się do ETOBU. Nie bardzo wiedziałem od czego zacząć. Okazało się, że bez dobrej dokumentacji i zaplecza technicznego jestem bezradny. W rezultacie w niczym nie pomogłem.
Na marginesie wspomnę, że już w Australii spotkałem emigranta ze Związku Radzieckiego, który stwierdził, że MINSK-32 wcale nie ustępował wiele komputerom produkowanym w tym czasie na Zachodzie.
Na drugim marginesie dodam, że dyrektor K. Jarosławski nie miałby problemów z programem w asemblerze, wkrótce porzucił dyrektorską posadę i dołączył do zespołu Jacka Karpińskiego pracującego nad budową komputera K-202 - KLIK.

W ETOBie istniał silny zespół obliczeń inżynierskich. Ci ludzie używali języków dostosowanych do obliczeń - ALGOL i FORTRAN. To była bardzo odległa mi dziedzina.
Mój szef z kolei był pasjonatem system PERT - KLIK - służącego do kontroli dużych projektów. Metodę PERT znałem wprawdzie ze studiów, ale nigdy nie stosowałem jej na komputerze.
Czekałem więc z niecierpliwością na uruchomienie ODRY, wtedy poczuję pewniejszy grunt pod nogami.
W moim zespole pracowały 4 osoby. Dwie z nich były specjalistami od zarządzania budownictwem. Ja i Andrzej M. mieliśmy przekształcać ich idee w systemy komputerowe.
Wreszcie ODRA ruszyła. Rozczarowaniem była jej mała prędkość, pewnie 3 razy wolniej niż ICL. Pociechą było, że całe oprogramowanie ICL funkcjonowało na niej bez zarzutu.  Byłem w domu.

piątek, 25 września 2015

Lech  Lech

narciarka

Początek roku nie zapowiadał żadnych wstrząsów. W lutym pojechaliśmy z Sylwią na narty do Bierutowic. Sylwia postanowiła rozpocząć studia techniczne - inżynierię sanitarną. Czuła, że to było jej powołaniem, ale rodzice nakłonili ją do studiów para-medycznych.
Tak więc, po porannych nartach a następnie obiedzie, Sylwia brała się za naukę a ja za projektowanie kolejnego modułu komputerowego systemu zarządzania produkcją.

Nasze wysiłki nie zaowocowały oczekiwanymi rezultatami.
W okresie egzaminów na Politechnikę Sylwia dostała ostrego zapalenie ucha i musiała pozostać w domu.
Moje projekty komputeryzacji przysporzyły kłopotów mojemu szefowi.
Po pierwsze to byłby za duży szok dla użytkowników. Kilkanaście osób musiałoby całkowicie zmienić sposób pracy a raczej musiałoby odejść z zajmowanych stanowisk i ustąpić miejsca... no właśnie - komu? Trzebaby wyszkolić całkiem nową kadrę. 
Podczas kilku lat pracy w Zelmocie przekonałem się, że robotnicy i związki zawodowe stanowią siłę, z którą trzeba się liczyć. Kiedyś uczestniczyłem w projekcie usprawnienia stanowiska pracy. Bardzo szybko znaleźliśmy stanowisko gdzie, po niewielkiej modyfikacji, wydajność rosła prawie trzykrotnie przy znacznie zmniejszonym wysiłku. Wydawało się, że trafiliśmy w dziesiątkę. Okazało się, że wprost przeciwnie. Pracownicy obsługujący to stanowisko zaprotestowali - jak to, my będziemy dawać 3 razy więcej produkcji za te same pieniądze? Nie ma zgody.
Argumenty, że wysiłek będzie mniejszy nie trafiały do przekonania. Wiedzieliśmy o co chodzi. To stanowisko to było wąskie gardło. Pod koniec miesiąca trzeba było pracować w nadgodzinach na podwyższonej stawce. Próby przekupienia kierownictwa - oddanie im autorstwa tego usprawnienia żeby zgłosili to jako wniosek racjonalizatorski - nie przyniosły rezultatu. To nie przejdzie, robotnicy nas zatłuką na śmierć - argumentowali. Przekupienie robotników - ustalenie stawki akordowej na poziomie zapewniającym wyższy zarobek - też spaliły na panewce. To spowoduje konflikty, każdy będzie chciał obsługiwać to stanowisko. Zresztą po paru miesiącach podkręcicie normę.
W rezultacie pomysł przepadł. To znaczy nie całkiem. Kierownik oddziału doniósł nam, że na trzeciej zmianie, gdy nikt nie widzi, robotnicy stosują nasze usprawnienie. Pracę przewidzianą na całą zmianę wykonują w 3 godziny, pozostałe 5 godzin śpią gdzieś w kącie.
Moje pomysły komputeryzacji spowodowałyby znacznie więcej problemów.
Po drugie (wyliczanka dotyczy moich projektów), to spowodowałoby otwarty konflikt z CROPI. Moje projekty kolidowały z ich planami. Być może były bardziej dostosowane do potrzeb zakładu, za darmo i bliskie ukończenia, ale nie miały żadnego oficjalnego wsparcia podczas gdy CROPI było wsparte autorytetem Ministerstwa.
Po trzecie wreszcie - Ministerstwo było na etapie pertraktacji z firmą IBM, która oferowała szeroko pojętą współpracę - dostawa sprzętu, gotowe systemy zarządzania, konsultacje, szkolenia - również w Austrii.
To wyglądało bardzo nęcąco, ale nie dla mnie. Gdzież tu miejsce dla mnie? - pytałem sam siebie. Oni będą nas szkolić w temacie, który już mam opracowany. Będę musiał pomagać we wdrażaniu systemów opracowanych przez kogoś innego. 
Schowałem swoje projekty do szuflady i postanowiłem szukać innej pracy. To nie było łatwe gdyż mój przyszły pracodawca musi mieć dobry komputer i silny zespół projektowy. Gdzie takiego znaleźć?

Póki co dostałem awans na jakieś fikcyjne stanowisko i korzystałem z drobnych przywilejów szarego pracownika - sporo wolnego czasu, wyjazdy na kursokonferencje.
Te ostatnie odbywały się chyba co kwartał i były znakomitymi imprezami towarzysko-rozrywkowymi. W ten sposób spędziłem kilka miłych dni w Ustroniu (szykowali się do produkcji części do polskiego fiata), w okolicach Kielc, w Augustowie gdzie FSO miało duży dom wczasowy.
Podczas konferencji w okolicach Kielc odwiedziłem Ameliówkę - KLIK. Cóż za zmiany! To nie było już miejsce na wakacje, ale gospodarstwo. Zarządzała nim wspomniana w zlinkowanym wpisie Ewa, która mieszkała w Ameliówce wraz z matką i córką. Wokół kręciło się kilku najemnych pracowników. Robota wrzała, nie było atmosfery do wspomnień.
Przy okazji konferencji w Augustowie odwiedziłem Tadeusza i Elizę, którzy mieszkali w Fastach koło Białegostoku. Dużą cżęść wieczoru spędziliśmy słuchając muzyki z bogatej kolekcji płyt gramofonowych. Teraz wiem, że były odtwarzane na adapterze Ziphona.

Wypadki Grudniowe

W takiej atmosferze doczekaliśmy grudnia 1970 roku.
12 grudnia ogłoszono informację o podwyżkach cen żywności, głównie mięsa. Przyjęliśmy to spokojnie, przyzwyczailiśmy się do tego rodzaju podwyżek rekompensowanych obniżką cen parowozów. Rozruchy robotnicze w Gdańsku były dla nas zupełnym zaskoczeniem.
Nie tylko sam fakt rozruchów, ile ich gwałtowność i rozmiary. O żądaniach robotników dowiadywaliśmy się oczywiście tylko z nieoficjalnych źródeł. W większości wydawały się być słuszne. Dla mnie oczywiste było na przykład żądanie zrównania praw pracowników fizycznych i umysłowych. Już wspominałem, jakim zaskoczeniem była dla mnie informacja, że w Polsce Ludowej obowiązuje przedwojenny kodeks pracy, który dyskryminuje rządzącą klasę robotniczą w dziedzinie praw do urlopu i zwolnień chorobowych. 
Prasa donosiła o podpaleniu siedziby Komitetu Partii, o rabunkach - to nie mogło zakończyć się ugodą. Odpowiedź władzy nastąpiła 17 grudnia - w Gdańsku zginęło 16 osób - pełna relacja tutaj - KLIK.
Oczywiste było, że po takich wydarzeniach musiały nastąpić poważne zmiany w rządzie. Od marca 1968 roku Władysław Gomułka stał się bardzo niepopularny...

Gomułka

...ludzie czekali na jego odejście, w ramach partii powstały rywalizujące ugrupowania, przyszła okazja żeby to wszystko rozładować.

Już 20 grudnia 1970 roku I sekretarzem partii został wybrany Edward Gierek - KLIK. Zewnętrznie była to duża zmiana na lepsze. Wyglądem przypominał popularnego autora i wykonawcę piosenek...

GierekMłynarski

To znaczy wykonawca piosenek z upływem lat nabrał gierkowskiego, godnego, wyglądu.
Swych uczuć do przywódców Związku Radzieckiego nie demonstrował tak spontanicznie jak Gomułka...

GomułkaGierek

Życiorys miał równiez nietypowy - zamiast praktyki w moskiewskim Kominternie praca w kopalniach we Francji i Belgii.
Do tego silny, spokojny głos ze śląskim akcentem. Na pytanie - pomożecie? - ludzie odpowiedzieli potakująco.
Nikt nie miał wtedy złudzeń, że zasady systemu mogą się zmienić. Sprawy ofiar grudnia 1970 i los osób aresztowanych podczas rozruchów zostały zamiecione pod dywan.
Już 2 miesiące po zmianie władzy nastąpiły kolejne masowe protesty i rząd wycofał się z grudniowych podwyżek cen. Wycofanie się pod naciskiem robotników - to było cos nowego.

Kolejne działania Edwarda Gierka zyskały mu popularność. 
Mnie bardzo zaimponowało zniesienie w pierwszej połowie 1971 roku podatku od wynagrodzeń dla osób zatrudnionych w przedsiębiorstwach państwowych. Uważałem to za dowód operacyjnej wyższości systemu dyktatorskiego nad demokracją. Logika była prosta: cały efekt ekonomiczny działalności przedsiębiorstwa trafia do skarbu państwa. Jaki jest sens zmniejszać ten efekt płacąc ludziom pensje brutto a potem odzyskiwać część pieniędzy w formie podatku?
Zmiana bardzo upraszczała system obliczania zarobków i teoretycznie powinna była zaowocować istotną redukcją biurokracji.
Zarobki zostały zredukowane do wartości otrzymywanej poprzednio po potrąceniu podatku, ale na dłuższą metę korzyść pracowników była oczywista. 

Gierek planował znaczne polepszenie dobrobytu społeczeństwa i nie były to czcze obietnice.

Ale wybiegam w przyszłość. Dla nas końcówka 1970 roku przyniosła bardzo istotną zmianę - Sylwia była w ciąży!

niedziela, 20 września 2015

Lech  Lech

Po przyjeździe do Polski wróciłem natychmiast do pracy.  Wydaje mi się, że wiele osób było zaskoczonych, że nie przedłużyłem urlopu. Dwaj koledzy, którzy wyjechali do Danii w tym samym okresie co ja, przedłużyli urlopy o miesiąc czy dwa i wrócili do Polski z używanymi samochodami.

W pracy rzuciłem się w wir komputeryzacji. W Zelmocie utworzono osobny dział Przetwarzania Danych. Kierownikiem zostal pan Marian L. Już sam wybór kierownika świadczył o poważnym traktowaniu tematu. Pan Marian zajmował przedtem bardzo ważne stanowisko Głównego Technologa i cieszył się w Zelmocie dużym respektem.
W dziale na początku było nas 5 osób w tym 2 koleżanki, które ukończyły ten sam wydział co ja. Systemy projektował dla nas nadal Centralny Resortowy Ośrodek Przetwarzania Informacji (CROPI). Nasza rola polegała na współpracy przy analizie zagadnień i formułowaniu rozwiązań, a następnie wdrażanie i eksploatacja systemu.

System był przetwarzany na angielskim komputerze ICL 1900 zlokalizowanym w zakładach radiowych im. Marcina Kasprzaka. Podstawowym nośnikiem informacji były nadal karty perforowane. 
Eksploatacja systemu wyglądała w następujacy sposób - najpierw wszelkie informacje wejściowe były dziurkowane na kartach. Po wydziurkowaniu każda karta była powtórnie "dziurkowana" na sprawdzarce. Sprawdzarka sygnalizowała przypadki gdy wprowadzane dane nie zgadzały się z pierwotnym dziurkowaniem. Wówczas kartę trzeba było porównać z dokumentem źródłowym i ewentualnie wydziurkować od nowa.
Następnie karty były sortowane na sorterze, który układał je w kolejności zgodnej z logiką przetwarzania - według numerów części, według daty, itp. Wprawdzie komputer potrafił szybko posortować dane z kart, ale jednak jego czas był wydzielany bardzo oszczędnie więc opłacało się poświęcić pół godziny na sortowanie żeby oszczędzić 5 minut czasu komputera na bardziej istotne czynności.
Teraz można było jechać do Kasprzaka na przetwarzanie. 

ICL 1900

Komputer ICL 1900 to było kilka wielkich szaf umieszczonych w klimatyzowanej sali. Prócz tego była tam konsola operatora, czytnik taśmy perforowanej, czytnik kart i drukarka. Pamięć operacyjna komputera liczyła sobie 96 kB czyli tyle ile zajmuje zdjęcie w nagłówku tego blogu. Komputer nie był wyposażony w dyski, nośnikiem informacji była taśma magnetyczna. To tłumaczy dlaczego tak istotne było właściwe kodowanie a następnie sortowanie informacji. Żeby dotrzeć do informacji na taśmie trzeba ją przewinąć do właściwej pozycji co zajmuje sporo czasu. Logiczne jest przewijanie tylko w jedną stronę. Cofanie taśmy bardzo zwalnia przetwarzanie, a zbyt częste grozi jej uszkodzeniem.
Nie pamiętam jaka była szybkość procesora, pewnie kilkadziesiąt tysięcy operacji na sekundę. To była zawrotna szybkość, 90% czasu przetwarzanua zajmowało wczytywanie kart, organizacja informacji na taśmach magnetycznych i drukowanie wyników.

Dygresja - wpółczesny czytelnik może roześmiać się - komputer o pamięci 96kB, procesor o szybkości kilkudziesięciu tysięcy operacji na sekundę. Odpowiem słowami Gogola - z kogo się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie.
Powyższe możliwości są całkiem wystarczające do przetwarzania informacji dla przedsiębiorstwa średniej wielkości. Wszystko ponad to, to jest "user friendly interface" czyli umizgiwanie się do użytkownika.

Pierwszym etapem przetwarzania było formalne sprawdzenie danych na kartach - czy użyto właściwych kodów, poprawność dat, itp. Na ogół program znajdowal jakieś błędy i na tym sesja się kończyła. Jeśli błędów było niewiele a ich poprawa oczywista to była szansa wykonać poprawki na miejcu i ubłagać operatorkę żeby przetworzyła jeszcze raz. Najczęściej jednak trzeba było wrócić do zakładu, poprawić dane i czekać na kolejny dostęp do komputera.
Komputer pracował całą dobę. Oczywiście pierwszeństwo miał jego właściciel, użytkownicy zewnętrzni mieli przydzielany czas po godzinach pracy. Sesje dłuższe niż godzina były naogół przydzielane w nocy. W poczekalni dla użytkowników poznałem sporo ciekawych osób z instytucji o bardzo róznorodnym profilu. Niektóre znajomości twają do dzisiaj.

Płynny czas pracy otworzył przede mną nowe możliwości. Przyjąłem propozycję pracy na pół etatu w Warszawskich Zakładach Mechanicznych (WZM) na Czerniakowie. Moim zadaniem było opracowanie projektu komputeryzacji zakładu. 

Frania

Moje dochody stały się całkiem pokaźne. Pensja w Zelmocie ponad 3,000 zł, do tego szkoła zawodowa - kilkaset złotych miesięcznie, pół etatu w WZM - 1,800 zł.
Nie było wielkich możliwości wydawania pieniędzy. Żywność nie była zbyt droga, mieszkanie było niewielkie więc nie stwarzało pokusy do ulepszania zresztą nie było wielkiego wyboru mebli ani sprzętu domowego. O przepraszam - udało nam się kupić lodówkę i mechaniczną pralkę Frania - zdjęcie ze strony Legendy-PRL.pl
Książki i rozrywki kulturalne były tanie. 

Nowe mieszkanie miało pewne minusy. Było na X piętrze, na szczęście winda działała dość sprawnie i tylko kilka razy trzeba było wdrapywać się po schodach. Natomiast poważnym minusem było oszczędnościowe ogrzewanie centralne. Nie wiem zresztą czy było oszczędnościowe gdyż oszczędzono tylko na kranach - nie było ich - a zatem kaloryfera nie można było regulować ani wyłączyć. Przez cały sezon grzewczy kaloryfery grzały całą parą. U nas, na najwyższym piętrze, były oczywiście najgorętsze. Trzeba było mieć przez cały sezon grzewczy otwarte lub przynajmniej uchylone okna, Podczas deszczu czy silnego wiatru trzeba je było jednak przymykać. Prócz tego trzeba było trzymać pod kaloryferem pojemniki z wodą gdyż powietrze było zbyt wysuszone. Do tego doszły stuki w kaloryferach. To rezultat zapowietrzenia. Jednak żeby odpowietrzyć trzeba było prosić Spółdzielnię o pomoc, to trwało kilka dni. W rezultacie, przed pójściem spać, schodziłem do piwnicy i zakręcałem kaloryfery w całym naszym pionie. Rano, natychmiast po wstaniu je odkręcałem - wtedy dopiero słychać było stuki. Wstawałem dość wcześnie, ale pewnie niejedna osoba budziła się przede mną, w wyziębionym mieszkaniu. Niektórzy lokatorzy składali skargi, dozorczyni patrzyła na mnie dość podejrzliwie, ale ona patrzyła na każdego podejrzliwie, więc sądzę, że nie zostałem zdemaskowany.
Oczywiście złożyłem w tej sprawie zażalenie i prośbę o kolejną wymianę wadliwego mieszkania. Wydaje mi się, że nadmiar zajęć w pracy nie pozwolił mi nadać tej sprawie właściwego rozgłosu i wytrzymaliśmy w tym mieszkaniu chyba 4 lata.

Wspominałem, że podczas mojego pobytu w Anglii Syiwia pojechała na wczasy do Bierutowic. Poznała tam bardzo sympatyczną parę - Bożenę i Krzysztofa. To znaczy na początku pobytu nie byli oni jeszcze parą, dopiero pod okiem Sylwii ich znajomość zakwitła. Po kilku latach pobrali się.
Nasz pierwszy bliższy kontakt to był wspólny wyjazd do Zakopanego na narty na Wielkanoc 1969 roku. Śniegu była masa. Bożena i Krzysztof jeździli na nartach bardzo dobrze, Sylwia też zrobiła pewne postępy. Jeździliśmy głównie na Kalatówkach gdyż o wjeździe kolejką na Kasprowy można było tylko pomarzyć. Jednak raz wdrapaliśmy się z Krzysztofem przez Boczań na Halę Gasiennicową.

Zakopane

Znajomość z Bożeną to było dla mnie odkrycie nowego świata. Jej ojciec prowadził prywatny zakład naprawy maszyn liczących, posiadał autoryzacje wszystkich poważnych producentów tych maszyn. Rodzice mieli elegancką willę na Mokotowie w sąsiedztwie rezydencji zagranicznych dyplomatów. Siostra Bożeny mieszkała na stałe w Szwajcarii. Do tego czasu słowo "prywaciarz" podobnie jak "badylarz" miało dla mnie pejoratywny charakter. Okazało się, że w polskiej komunie można było prowadzić zaawansowaną technicznie, nowoczesną i zyskowną działalność. Oczywiście nad każdym "prywaciarzem" wisiała groźba domiaru ze strony wszechmocnego urzędu podatkowego. Ojciec Bożeny żartował, że dobrze mieć samochód podrapany z jednej strony i tak go parkować pod urzędem podatkowym  żeby właśnie ta strona była widoczna z okien.
Bożena przebywała jakiś czas w Anglii, pracowała, zarobiła na samochód - volkswagen garbus. 

Wspominałem, że umiałem programować i na prośbę użytkowników dopisywałem do opracowanego przez CROPI systemu dodatkowe programy. Gdy projekt wkroczył w sferę planowania i rozliczenia produkcji zacząłem projektować i programować całe moduły systemu. Zacząłem również ulepszać istniejące programy. Jeden z nich, planowanie kosztów materiałowych produkcji, przekraczał możliwości komputera niewyposażonego w dyski. Program przewijał wielokrotnie taśmę i chyba nigdy nie zakończył swojej pracy sukcesem. Zmieniłem całkowicie koncepcję programu i udało mi się skrócić jego pracę do kilkunastu minut i do jednego przewinięcia taśmy.
W tym okresie czułem, że potrafiłbym opracować systemy bardziej przydatne dla Zelmotu niż robiło to CROPI, ten przypadek to udowodnił. Moje usprawnienie nagrodzono wieloma pochwałami, ale to mi nie wystarczało - przecież CROPI dostało dużo pieniędzy za ten system, skoro tak to mnie należy się przynajmniej nagroda za racjonalizację. Mój szef mnie poparł, wysokość nagrody 10,000 zł. Okazało się jednak, że przepisy dotyczące wynalazczości i racjonalizacji nadążały za postępem - dodano jednoznaczny przepis, że usprawnienia programów komputerowych nie zaliczają się do racjonalizacji. Podziwiam wytrwałość mojego szefa, który wymógł na dyrekcji przyznanie mi nagrody, nie wiem z jakiego konta.

Od tej chwili wyznaczono mi znacznie szersze pole działania i w każdej wolnej chwili, nawet w niedziele i podczas urlopu, wymyślałem coraz to nowe zastosowania komputera. Zorientowałem się, że praca dla zakładu przemysłowego średniej wielkości, do tego nie posiadającego własnego komputera, to dla mnie za mało. Zacząłem rozglądać się za inną pracą. W międzyczasie napisałem cykl artykułów o moich projektach, które zostały opublikowane w miesięczniku Organizacja i Zarządzanie. Honoraria były całkiem wysokie, pieniądze pchały się do mnie drzwiami i oknami. 
Przyznam się do jeszcze jednego, moralnie podejrzanego, czynu - napisałem dla kogoś pracę magisterską. Moja praca dyplomowa została nagrodzona. Podobno prof. Chajtman prezentował jej fragmenty na wykładach. Nic dziwnego, że zrobił mi reklamę. Nie miałem wielkich wyrzutów sumienia gdyż mój klient był już inżynierem i wiedziałem, że jest dobrym fachowcem. Tytuł magisterski był mu potrzebny do otrzymania dodatku do pensji.

A propos tytuł magisterski. Kierownik działu administracyjnego Zelmotu zawsze pamiętał o tytule osoby, z którą rozmawiał. Gdy zrobiłem dyplom zaczął mnie tytułować inżynierem magistrem.
- Ja wiem, że poprawnie mówi się magister inżynier - tłumaczył - ale dla mnie jednak inżynier to jest inżynier. Rozumiemy się panie inżynierze magistrze? Bo magister to już nie wiadomo. Na przykład ten P. M-a-g-i-s-t-e-r P. Skąd on ma ten tytuł? Skąd on ma to nazwisko? Rozumiemy się panie inżynierze magistrze? My, ludzie z cenzusem, musimy trzymać się razem. Niech pan do mnie wpadnie to panu dam kalendarz TENO. One są tylko dla dyrekcji, ale mam kilka dodatkowych, Dla pana, dla magistra W (pana Tadeusza). Dla ludzi z cenzusem. Rozumie pan.

Mimo pewnych zapasów finansowych nie chciałem słyszeć o kupnie samochodu czy jakiejś podmiejskiej działki. Posiadanie nieruchomości przerażalo mnie, posiadanie samochodu również - wydawało mi się, że jest to uzależnienie się od niezbyt uczciwych mechaników samochodowych. Dużo bardziej wolałem spędzać czas nad projektowaniem i projektowaniem. Wyrosłem na idealne dziecko komuny - od każdego według jego możliwości - tak, czułem w sobie duży potencjał i szukałem kogoś kto zechce i potrafi to wykorzystać.
Co do drugiej strony medalu - każdemu według jego potrzeb - nie miałem jasnego stanowiska. Wydaje mi się, że byłbym w stanie zaakceptowac tę zasadę gdyby była powszechnie stosowana. Tak jak akceptowałem powojenną biedę, która była udziałem wszystkich znanych mi osób.

Tagi: 1964-71 praca
09:16, pharlap
Link Komentarze (8) »
środa, 16 września 2015

Lech  Lech

Jagoda i jej mąż obracali się głównie w polskim środowisku. Pamiętam, że raz zaproszono nas na brydża. Wśród gości było sporo starej Polonii, chyba był nawet jakiś minister Rządu Londyńskiego. Oczywiście grali stosując zapis polski. Ja też uczyłem się brydża w tym systemie, ale w 1955 roku brydż został zaakceptowany w Polsce jako dobry sposób spędzania czasu, powstały kluby brydżowe, pojawił się brydż sportowy i wraz z nim zapis międzynarodowy, który bardziej faworyzował precyzję gry podczas gdy zapis polski zachęcał do ryzyka.
Grałem z dużym przejęciem gdyż gospodarz zaprosił mnie do stołu słowami - zobaczmy czy też nowe, wychowane w Polsce, pokolenie jeszcze umie grać w brydża. Chyba sprostałem wyzwaniu.

Innym pamiętnym spotkaniem była wizyta pana zatrudniownego w sekcji polskiej radia BBC. Bardzo kulturalny i elokwentny, z przyjemnością go słuchałem - pięknie budowane zdania, świetna dykcja. Temat rozmowy był też ciekawy - planowanie edukacji dzieci. Pan Wojciech (mąż Jagody) przykładał wielką wagę do zachowania przez Kasię czystego polskiego języka. W związku z tym planował, ze Kasia pójdzie do francuskiego przedszkola a potem do francuskiej szkoły. Dzięki temu złapie poprawny francuski akcent a równocześnie jej polszczyzna nie zostanie zdominowana przez wszechobecny angielski. Jego rozmówca gorąco popierał tę koncepcję.
Słuchałem tego jak opowieści z innej planety. Dla mnie oczywiste było, że przedszkole i szkoła są państwowe i zrejonizowane. Wszystko ponadto to był dla mnie kaprys.

Kilka razy pomagałem nieco panu Wojciechowi; drobne prace gdy z jakiegoś mieszkania wyprowadzili się lokatorzy. Przy tej okazji obejrzałem te mieszkania. Pojedyńcze spore pokoje w dużych ładnych willach. W każdym mieszkaniu indywidualny licznik zużycia eletryczności i gazu. Do licznika trzeba było wrzucić monety, gdy kredyt się wyczerpał światło gasło.
Pewnego razu odwiedziliśmy jedngo z lokatorów - emerytowany oficer, który większość służby odbył w Indiach. Bardzo elegancki i dystyngowany pan. Przy szklance whisky zebrało mu się na wspomnienia.
Wiele razy wysyłano mnie z misją przygotowania gruntu na dla nowego zarządcy miasta czy rejonu. Poprzedni zarządca się wypalił - pił, nie pilnował dyscypliny, wojsko i urzędnicy się zdemoralizowali, miejscowa ludność zaczynała się buntować.
Przyjeżdżałem razem z kompanią wojska. Starą kompanię natychmiast odsyłaliśmy do macierzystej jednostki wojskowej. Oddział żołnierzy hinduskich zostawał rozwiązany. Zarządca już był zawieszony w obowiązkach, przejmowałem jego rolę. Następnego dnia, w południe, przy największym upale, maszerowałem na czele kompanii główną ulica miasta. Uroczystość przejęcia terenu. Na zakończenie ogłaszaliśmy werbunek ochotników. Zgłaszali się chętnie gdyż oferowaliśmy niezłe warunki. Nowoprzyjęci byli poddawani twardej dyscyplinie i wielogodzinnej musztrze. Słabsi szybko się wykruszali. W tych, którzy wytrzymali staraliśmy się wyrobić poczucie wyższości nad niezdyscyplinowanym tłumem. Udawało się. Po 2 tygodniach mogłem powiadomić centralę , że teren jest gotowy na przybycie nowego zarządcy.
Na pytanie jak znosił gorący klimat miał prostą odpowiedź - mocna, gorąca herbata i whisky.
Po wizycie wyraziłem zdziwienie, że człowiek po takiej karierze nie ma własnego domu.
- Żona złamała mu karierę - wyjaśnił pan Wojciech.
- Żona? W jaki sposób? To przecież bardzo elegancka i inteligentna kobieta.
Pan Wojciech spojrzał na mnie jak na kogoś dziwnego.
- Jak to? Nie rozumie pan? Hinduska.

Odnosiłem wrażenie, że Jagoda i jej mąż byli ciekawi czy podejmę jakieś starania o pracę. Chyba z myślą o tym skontaktowali mnie z Polakiem, który podobno chciał się ze mną spotkać i ewentualnie skorzystać z mojej pomocy. Był to bardzo kulturalny pan, który zaprosił mnie na lunch i pogawędkę. Na wstępie spytał czy mógłbym mu pomóc w czyszczeniu dywanów. Dla mnie, który wynegocjował wymianę mieszkania z powodu złej jakości dywanów, było to ciekawe doświadczenie. Dywany były dużo lepszej jakości niż te na Radarowej i dużo staranniej położone. Czyszczenie polegało na spryskaniu dywanu pianą i odkurzeniu go gdy piana dobrze wyschnie. Do oczyszczenia były chyba 2 pokoje i zajęło mi to pewnie pół godziny czasu nie licząc przerwy na schnięcie podczas której gospodarz poczęstował mnie herbatą. Nieco zażenowało mnie, że mój gospodarz nalegał żebym przyjął zapłatę za ten niewieki wysiłek. Nie chciałem jej przyjąć, ale odniosłem wrażenie, że dla niego było to dość istotne więc w końcu przyjąłem.
Na lunch pojechaliśmy do POSK (Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny) - KLIK. Tam mój gospodarz zapoznał mnie z panią Moniką, młodą dziewczyną, która przyjechała tu z Polski kilka miesięcy temu i miała dobre rozeznanie w możliwościach pracy. Pani Monika też była bardzo miła i rzeczywiście znała się na rzeczy. Najpopularniejszym zajęciem były renowacje domów i mieszkań. Zaoferowała mi kontakt z właściwymi osobami, zapewniła, że mój brak jakiegokolwiek doświadczenia nie jest przeszkodą. Ona pracowała w zespole remontowym a prócz tego w restauracji jako kelnerka. Twierdziła, że oficjalny, wpisany w wizę, zakaz pracy nie jest żadnym problemem. Mieszkała w sporym mieszkaniu wynajętym przez sporą grupę Polaków. Przypomniał mi się dowcip opowiadany przez Joyce:
- Straszny wypadek, zagniotło 12 Pakistańczyków.
- Co się stało?
- Łóżko się zawaliło.
Czyżby ta, rozpoczynąjąca się literą P, narodowość ofiar to była jakaś aluzja?

Po kilku dniach pobytu wybrałem się z wizytą do Joyce. Mieszkała w niewielkim domku w dzielnicy Pinner. Rzeczywiście trudno było tam kogoś ugościć. Ich syn Stefan był młodszym oficerem na staku pasażerskim i w lutym miał być na morzu, jednak z powodu choroby był w domu tak, że jego sypialnia była zajęta.
Joyce była typową Angielką, jakby wyjęta ze znanych mi angielskich filmów. Stefan był bardzo przystojnym mężczyzną, z długimi włosami wyglądał jak któryś z Beatlesów. Poznałem też jego narzeczoną - Lynne - też zgadzała się ze stereotypem atrakcyjnej młodej Angielki. Pojechaliśmy obejrzeć zamek Windsor - tylko z zewnatrz. Wstąpiliśmy na piwo do pubu, poszliśmy chyba do kina na jakiś popularny właśnie film.

Po kilku tygodniach przyjechał wujek Rysiek i w tym czasie odwiedziłem ich kilka razy...

Wujek Rysiek

Rozmawialiśmy o rodzinie, o pracy wujka. Wujek mówił, że nie spodziewa się żeby Stefan został na stałe na morzu, choćby ze względu na Lynne.  Widziałem, że wujek czuje się w domu trochę jak gość. Joyce urządziła wszystko po swojemu, w końcu ona spędzała tu cały czas. Wujek wspomniał żartem, że Stefan ma zdolności do gier hazardowych. Nawet miał z tego powodu kłopoty w szkole gdyż organizował różnego rodzaju totalizatory.
Życie potwierdziło przydatność tych zainteresowań. Stefan zaczął pracowac jako makler w bardzo szacownej firmie Furness Withy - KLIK i doszedł tam do stanowiska dyrektora naczelnego. Ożenił się z Lynne.
Któregoś dnia wybraliśmy się samochodem do centrum Londynu. Objechaliśmy znane mi już z pieszych wędrówek trasy, odwiedziliśmy opactwo Westminster i katedrę św Pawła. W katedrze Joyce zwróciła moją uwagę na malutki fragment witraża - sylwetka samolotu myśliwskiego i polska flaga. To uhonorowanie udziału Polaków w Bitwie o Anglię - oznajmiła. Pewnie wybrzydzam, ale odniosłem wrażenie, że Czesi dostali większy kawałek witraża.
W internecie znalazłem wizerunki kilku witraży katedry St Paul z polską tematyką...

Witraże

... ale chyba powstały już po mojej wizycie.

Wstąpiliśmy też na piwo do słynnego pubu - Prospect of Withby - KLIK.

Pamiętnym wydarzeniem była wizyta z Wukiem i Joyce w teatrze na musicalu Fiddler on the Roof. Do tego czasu znałem musicale amerykańskie w wersji filmowej - Walking in the Rain, Amerykanin w Paryżu. Musical na scenie to było coś nowego, do tego z wielką ilością żydowsko-polsko-kresowego folkloru - choćby wioska Anatewka - KLIK (właściwa piosenka zaczyna się po 1 minucie). Podany link to fragment filmowej wersji, według mnie znacznie słabszej od żywego i bardzo zwartego przedstawienia na scenie tetralnej.
W teatrze niemile zaskoczył mnie brak szatni. Była zima. Prawdopodobnie zakładano, że do teatru przyjeżdża się samochodem. Jednak większość ludzi miała ze sobą płaszcze, kapelusze, parasole. Niby elegancki teatr a dopóki nie zgaszono świateł to miałem wrażenie, że jestem w poczekalni na dworcu. W Australii zastałem podobne obyczaje chociaż w ostatnich latach szatnie robią się coraz popularniejsze. W większości przypadków są darmowe. W tym punkcie komuna była daleko do przodu - szatnie były ogromne, płatne i chyba przynosiły więcej dochodu netto niż bilety.

Od Sylwii dostałem list z informacją, że w Anglii właśnie przebywa jej kuzynka i dobra przyjaciółka z dziecinnych lat, poleciła mi skontaktować się z nią. Zadzwoniłem - okazało się, że Basia przebywa na stałe w Australii, do Anglii przyjechali na dwa, trzy lata, jej mąż - dentysta - ma tu dobry kontrakt. Mieli dwuletnią córkę - Iwonkę. Przyjechali po mnie czerwonym jaguarem i spędziłem z nimi jeden dzień. Mieszkali w Basingstoke - 70 km od Londynu gdzie Janusz pracował.

Basia i Janusz

W drodze zwiedziliśmy katedrę w Winchester. Wiele czasu spędziliśmy na wzajemnym przedstawianiu się - pokrewieństwo Basi z Sylwią, jak dostali się do Australii, skąd ja znalazłem się w ich rodzinie i w Londynie. Było to znamienne spotkanie - po latach nasze ścieżki życiowe zbiegły się bardzo blisko.

Wspominałem, że śwital mi w głowie pomysł pracy w Anglii. Jedyna praca, która mnie interesowała to programowanie komputerów. Ku mojemu zaskoczeniu ogłoszeń o pracy nie było zbyt wiele a co gorsza przeważająca większość dotyczyła programowania komputerów IBM w nieznanym mi języku PL1. Pan Wojciech bardzo sceptycznie odnosił się do moich poszukiwań.
- Tu jest recesja, bezrobocie. Jeśli już zatrudnią obcokrajowca to tylko jakiegoś wybitnego specjalistę z USA. Ja panu radzę rozważyć działalność marketingową na rynku polskim.
- ????
- Oni szukają nowych rynków zbytu. Czują potencjał w krajach komunistycznych, ale nie znają lokalnych warunków, boją się. Pan ma szanse wzbudzic ich zaufanie
- Ale co mam im zaoferować? Pomoc w sprzedaży komputerów w Polsce? Przecież to absolutnie poza moją strefą działania.
- Nic nie oferować. Po prostu przedstawić się. Niech oni myślą jak wykorzystać pański potencjał.
Muszę przyznać, że ta idea ogromnie mnie rozbawiła i postanowiłem spróbować. Znana mi firma ICL miała już przedstawicielstwo w Warszawie, IBM to była za duża ryba, wybrałem firmę Honeywell. Pan Wojciech osobiście wyekwipował mnie na tę wizytę. Pierwsza sprawa to musi pan mieć porządną teczkę a w niej sporo papierów. Umówiłem się telefonicznie i o wyznaczonym czasie pojawiłem się w sekretariacie z bardzo elegancką teczką. Przedstawiłem się zgodnie z prawdą jako zapaleniec komputeryzacji, który chciałby pracować na nowoczesnych komputerach. Wspomniałem, że zainstalowane w Polsce komputery ICL i IBM nie spełniają moich oczekiwań więc, po pierwsze - czy Honeywell ma jakieś koncepcje, po drugie - czy mógłbym być w jakiś sposób przydatny we wprowadzeniu ich na polski rynek.
Trafiłem w dziesiątkę. Najpierw poświęcili sporo czasu na przedstawienie mi swoich produktów. To było naprawdę ciekawe. Potem spotkałem się z ludźmi z marketingu. Zaczęli omawiać ze mną różne możliwości działania. W tym momencie ogarnął mnie strach. To przybierało realne kształty. Oczyma wyobraźni widziałem jakie podejrzenia mogę wzbudzić u polskich władz, jakich deklaracji lojalnosci mogą ode mnie zażądać. A przede wszystkim - w tym były może pieniądze i wyjazdy zagraniczne, ale nie było tego o co mi chodziło - programowania komputerów. Ostatnia godzina to było dyplomatyczne rozwadnianie całej sprawy. Mam nadzieję, że mi się udało i że nie pozostawiłem po sobie złego wrażenia.
Komputery Honeywell dotarły do Polski i dzięki Bogu nie miałem z tym nic wspólnego, ale o tym dopiero za 5 lat.

Mój pobyt dobiegał końca. Droga powrotna przebiegła bez żadnych wydarzeń i emocji. Wróciłem do domu syty wrażeń i z wielkim sentymentem do Londynu.
Uwaga końcowa - wydaje mi się, ze moje wszystkie wydatki w Londynie nie przekroczyły $120. To były dolary.

środa, 09 września 2015

Lech  Lech

Zadzwoniłem do Jagody - o to ty - ucieszyła się. A wiesz wczoraj dostaliśmy list od Twojej cioci, spodziewałam się, że zadzwonisz.
- No i co ciocia pisze?
- Leszuńcia, przyjeżdżaj do nas to sobie przeczytasz.
- Zaczekaj, otwórz list i przeczytaj mi go teraz.
- Leszuńcia, jak nie odbiera telefonu, to i tak musisz do nas przyjechać - wsiądź w pociąg do Ealing, stamtąd kilka minut piechotą. - taka była Jagoda.
Mieszkała z mężem, córką i teściową w ładnym starym domu. Chyba w tym...

Woodville Gdns

Męża poznała w Południowej Afryce gdzie przebywał od czasów wojny. Niecałe dwa lata temu zdecydowali przenieść się do Anglii. Mąż Jagody, pan Wojciech Ż., to był typowy przedwojenny inteligent. W Afryce Południowej zajmował się byznesem. Po przeniesieniu się do Anglii kupił kilka domów, w których wynajmował pokoje. Od kilku lat w Angli rządziła Partia Pracy pod przywództwem Harolda Wilsona - KLIK - gospodarka przechodziła poważny kryzys, ceny nieruchomości spadały co spędzało panu Wojciechowi sen z oczu.
Córka Jagody - Kasia - miała około 2 lat. Płynnie mówiła po polsku. Na przywitanie "przeczytała" mi z pamięci bajkę o wróbelu elemelu.

Czym prędzej przeczytałem list Joyce. Wyjaśniała w nim, że wujek Rysiek jest obecnie na morzu za to w domu, niespodziewanie, jest ich syn, Stefan, który jest chory. Gdy nas odwiedzisz to sam zobaczysz, że w takich warunkach nikt dodatkowy nie może u nas zamieszkać.
Na szczęście teściowa Jagody - z domu hrabina Rzewuska - ze stoickim spokojem przyjmowała kolejne zrządzenia losu i nie miała nic przeciwko temu żebym nocował w salonie na łóżku polowym, które na dzień chowałem do komórki.

Londyn mnie oczarował, ileż tu się działo, mógłbym spędzić tu z łatwością rok. Większość czasu spędzałem poza domem. Wydeptałem chodniki w śródmieściu, odwiedziłem wiele słynnych miejsc. Prawie w każdy czwartek odwiedzałem National Gallery gdyż w czwarki wstęp był bezpłatny. W British Museum podziwiałem nowatorskie ekspozycje, które pozwalały widzowi na samodzielne badania lub eksperymenty. Odwiedziłem gabinet figur woskowych Madame Tussaud - to nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia. Co innego speakers corner w Hyde Parku. Trafiłem na wystąpienie jakiegoś Murzyna, który stojąc na drewnianym pudle wygłosił gorące przemówienie na temat wyższości czarnej rasy. Niezbyt liczni słuchacze, sami biali, słuchali pogodnie i często potakiwali.
Odwiedziłem teatr - sztuka Żołnierze niemieckiego pisarza Rolfa Hochhutha - KLIK - , o której sporo pisała prasa w Polsce. Pisano, że wzbudziła kontrowersje w Anglii z powodu oskarżenia Churchilla o zaplanowanie wypadku, w którym zginął generał Sikorski. Nawet dziwiłem się dlaczego nie wystawiono sztuki w Polsce. Gdy zobaczyłem zrozumiałem - powodem domniemanego zamachu na Sikorskiego była jego nieugięta postawa w sprawie Katynia - oskarżanie ZSRR, które było w tym okresie kluczowym partnerem antyhitlerowskiej koalicji. Dla Anglików bolesne musiało być oskarżenie o zbrodnie wojenne w Niemczech - bombardowanie Hamburga. Jak wynika z wikipedii Rolf Hochhuth to dość podejrzana osoba.

Zadomowiłem się w Londynie do tego stopnia, że kilka razy poszedłem pojeździć na łyżwach na lodowisku Crystal Palace Ice Rink...

Crystal Palace

Odwiedziłem znany mi z historii olimpiad stadion White City - KLIK. Akurat rozgrywano na nim wyścigi psów. To też była ciekawa impreza. Wyścigi i psy niezbyt mnie interesowały natomiast fascynowały mnie poczynania bookmacherów. Chyba każdy miał pomocnika, który miał dłonie obandażowane prawie do łokci. Co kilka minut pomocnik machał dłońmi, wyraźnie był to jakis język migowy. Żeby wzmocnić efekt bookmacher oświetlał te obandażowane dłonie latarką. Po nadaniu komunikatu bookmacher chwytał za lornetkę i wpatrywał się w przeciwległy koniec stadionu. Stamtąd nadawano mu jakąś odpowiedź. Niewątpiwie istotną gdyż natychmiast zmieniał wypisane na tablicy stawki wygranych.

Lunch najczęściej jadłem w Wimpy Bar - KLIK...

Wimpy bar

To było coś bardzo podobnego do MacDonalda, którego w Londynie jakoś wtedy nie zauważyłem.

Osobna sprwa to angielska waluta - funt nie był jeszcze zdecymalizowany i składał się z 20 szylingów a każdy szyling z 12 pensów. Wart był ponad 3.5 dolara amerykańskiego. Żeby było jeszcze ciekawiej to używano również terminu gwinea chociaż taki banknot/moneta fizycznie nie istniał (1 funt + 1 szyling) oraz półkorona (2 szylingi i 6 pensów). Uwielbiałem obliczać w pamięci koszt zakupów - na przykład: 2s6p + 3s6p + 10p + 12p. Ile reszty powinienem dostać jeśli dam kasjerce 1 funta? Proszę spróbować policzyć.

O spotkaniach rodzinnych napiszę w kolejnym odcinku.

07:03, pharlap
Link Komentarze (2) »
piątek, 04 września 2015

Lech  Lech

Miałem dwa rodzinne kontakty w Londynie - wujek Rysiek, brat Matki i Jagoda, moja stryjeczna siostra. Z Norwegii przywiozłem legalnie trochę gotówki, którą mogłem zabrać ze sobą, ale nie wystarczyłoby to na długo. Skontaktowałem się listownie z wujkiem i otrzymałem od niego oficjalne zaproszenie, które było konieczne do uzyskania paszportu i, co równie ważne, informację, że będę mógł przez jakiś czas u niego zamieszkać. Zdawałem sobie sprawę, że wujek jako kapitan statku rzadko bywa w domu a zatem panuje tam jego żona - Joyce, Angielka. Podziękowałem za możliwośc zatrzymania się w ich domu, zapewniłem, że w zasadzie jestem finansowo samowystarczalny i że na pewno nie zamierzam przedłużać planowanego na 1 miesiąc pobytu w Anglii.

Sylwia załatwiła sobie zimowe wczasy w Bierutowicach. Poprzednio byliśmy już dwa razy na wczasach zimowych. Miałem nadzieję, że zarażę Sylwię bakcylem narciarstwa. Jednak pierwszym razem, w Wiśle, trafiliśmy na dwa tygodnie odwilży, nie było wcale śniegu. Rok później, w Bierutowicach, był śnieg, ale jednak bakcyla narciarstwa najłatwiej było złapać w dzieciństwie. Narciarstwo to był bardzo niewdzięczny wysiłek - słabej jakości sprzęt, brak przygotowanych tras narciarskich, brak wyciągów, brak atrakcyjnych kursów narciarskich. Doprawdy trzeba było być naiwnym dzieckiem żeby to polubić. Szczęśliwi naiwni :) 

Po otrzymaniu paszportu i wizy napisałem list do Joyce powiadamiając ją o dacie przyjazdu. Na wszelki wypadek podałem jej adres Jagody.
Wyjechałem na początku lutego. Pierwszym celem był Frankfurt nad Menem gdzie mieszkała moja wieloletnia korespondencyjna znajoma - Inge.

W pociągu było zupełnie pusto. Wybrałem przedział, w którym podróżowała jakaś starsza pani z ogromną ilością bagaży. Okazało się, że emigruje na stałe do rodziny w Brazylii, zabiera z sobą cały dobytek, przede wszystkim pierzynę. Jej stacją docelowa była Genua, stamtąd popłynie statkiem do San Paulo. 
Granica NRD i znana mi procedura dokładnej kontroli pociagu i pasażerów. Mocno zdenerwowało mnie gdy polski celnik, a może to był strażnik, zaczął kartkować mój kalendarzyk i przepisywać niektóre z zapisanych tam adresów.
Wreszcie pociąg ruszył, wkrótce dojechaliśmy do Berlina Wschodniego. W tym czasie można było wymienić na marki 300 zł. Oczywiście zrobiłem to jeszcze w Warszawie i liczyłem na to, że podczas 3-godzinnego postoju pokręcę się trochę po dworcu, zjem coś gorącego, napiję piwa. Zaoferowałem się kupić coś do jedzenie mojej współpasażerce. Na razie czekałem aż pociąg zakotwiczy w stałym miejscu. W którymś momencie do wagonu wszedł starszy pan w mundurze, z karabinem i stanął przed naszym przedziałem. Wyjawiłem mu swoje zamiary na co odpowiedział, że nasz wagon zostanie odholowany na boczny tor, nie wolno nigdzie wychodzić, on tu jest po to, żeby nas pilnować.
Nie było rady. Na bocznym torze wagon nie był ogrzewany. Może trzeba było zaprosić strażnika do przedziału to w trójkę byłoby nam cieplej.

Po 2 godzinach stuknęły zderzaki, zaszumiał kaloryfer, potoczyliśmy się w kierunku peronu dworcowego. Tam wsiadł konduktor i groźnym głosem oświadczył, że moja współpasażerka jest w niewłaściwym pociągu i musi wysiąść w Berlinie Zachodnim. Okazało sie, że francuskie wizy tranzytowe określają miejsce wjazdu do Francji. Ta pani ma wjechać do Francji przez Strasburg a nasz pociąg jedzie przez Metz. Starsza pani w płacz. Proponowałem żeby wysiadła teraz i poczekała kilka godzin w Berlinie Wschodnim, chciałem jej dać moje marki. Konduktor zareagował ostro - nie potrzebujemy tutaj waszego polskiego bałaganu.

Granica między Wschodnim a Zachodnim Berlinem. Znowu bardzo dokładna kontrola. W wagonie było kilku nowych pasażerów, jeden z nich - Amerykanin - skomentował: oni łączą rosyjską podejrzliwość z niemiecką dokładnością.
Konduktor pilnował żeby starsza pani przygotowała się do wysiadania. Pomogłem jej wystawić wszystkie bagaże w pobliże drzwi. Wyglądałem przez okno czy jest jakieś ciepłe miejsce gdzie mogłaby przeczekać. Już z daleka zauważyłem kilka osób z opaskami Czerwonego Krzyża. Konduktor zamachał w ich kierunku. Pociąg zatrzymał się a pod drzwi wagonu podjechał wózek bagażowy. Załadowali jej bagaż na wózek. Proszę jej powiedzieć, że zabierzemy ją do wygodnej poczekalni, będzie mogła położyć się, dostanie gorący posiłek i dopilnujemy, żeby wsiadła do właściwego pociągu. 
- Skąd wiedzieliście o niej? - dziwiłem się - konduktor was powiadomił?
- Mamy dyżur przy każdym pociągu przybywającym z Polski. Takie przypadki zdarzają się codziennie.

Wkrótce kolejna granica - między Berlinem Zachodnim a NRD. A potem jeszcze jedna - między NRD i NRF. Wieczorem dojechałem do Frankfurtu. Inge i jej mąż Norbert czekali na mnie na stacji.
Przyglądaliśmy się sobie z ciekawością - spotkanie po 9 latach korespondencji. Inge ukończyła konserwatorium, klasę śpiewu. Śpiewała jednak tylko dorywczo w operze i regularnie amatorskim chórze, zarabiała jako nauczycielka gry na pianinie. Norbert był ekonomistą zatrudnionym na uniwersytecie. Mieli półroczną córkę Norę. W domu przywitała mnie dość ozięble teściowa Inge, która opiekowała się Nora podczas nieobecności rodziców. Czekał na mnie obiad. Był chyba schabowy z kapustą i, specjalnie dla mnie, przeogromna porcja ziemniaków. 
Rozmowa była sympatyczna, Norbert dyskutował ze mną bardzo uczenie o socjalistycznej ekonomii.
Do poduszki dali mi lekturę - książkę Rosemary's baby - autor Ira Levin. Spędziłem nad nią większość nocy.
Następny dzień spędziłem z Inge i Norą - poszliśmy na spacer, drobne zakupy, powspominaliśmy sprawy, o których pisaliśmy przez te 9 lat. Przy okazji zorientowałem się, że Inge nawiązała ze mną kontakt w ramach akcji jakiegoś stowarzyszenia charytatywnego. Celem było udzielenie materialnej pomocy Polakom. Z podtekstu zrozumiałem, że Inge pomagała komuś w Polsce. Na szczęście w korepondencji ze mna dominowały tak abstrakcyjne tematy, że nie miała śmiałości oferować mi pomocy. Wieczorem Norbert zawiózł mnie na dworzec.

Kolejna stacja docelowa to Hoek van Holland. W wagonie było wielu podróżnych, głównie Hiszpanie pracujący w Holandii. W którymś momencie wstrząs, pociąg zaczął gwałtownie hamować. Z sąsiedniego przedziału dobiegł mnie okrzyk: Ewuniu, co ja narobiłam! Ja tylko chciałam światło zgasić.
- Jakaś kobieta pociągnęła za hamulec - dziwowali się Hiszpanie. Wiesz może w jakim języku ona mówi? Korciło mnie żeby powiedzieć, że po rosyjsku, ale rozłożyłem bezradnie ręce - nie wiem. Za chwilę przyszedł konduktor zorientował się co się wydarzyło, pociąg ruszył w drogę. Po kilku godzinach przekraczaliśmy granicę holenderską, bardzo powierzchowne sprawdzenie dokumentów przy świetle latarki, nawet nie zapalali światła w przedziale. Za chwilę zajrzeli ponownie do naszego przedziału - czy mógłby pan nam pomóc, w tamtym przedziale jedzie pana rodaczka, ona nie ma wizy i jest w niewłaściwym pociągu. 
Okazało się, że kobieta powinna była jechać przez Frankfurt i Metz, tym pociągiem, którym wczoraj jechała emigrantka do Brazylii. Zamiast tego dojechała do Monachium a tam wsiadła znowu w niewłaściwy pociąg. Tu nie było Czerwonego Krzyża. Strażnicy zapewnili mnie, że zorganizują jej względnie wygodne miejsce do przeczekania kilku godzin i dopilnują żeby wsiadła do pociągu do Frankfurtu, ale tam będzie musiała się przesiąść. To było trudne do wytłumaczenia. Młoda kobieta płakała - jak ja mam rozbudzić teraz córkę? Pozwólcie mi zostać w pociągu choć do rana. W końcu wysiadła.
W przedziale czekali już na mnie rozbudzeni Hiszpanie - a mówiłeś, że nie rozumiesz jej języka.
- Ona używała lokalnego dialektu, który słabo rozumiem - tłumaczyłem się, ale było mi smutno. Wyparłem się rodaczki z powodu źle zrozumianej dumy narodowej. Ale dlaczego przegapili to w NRD? Gdzie był zachodnio-niemiecki Czerwony Krzyż? To ich wina.

W Hoek van Holland przesiadłem się na prom do Harwich. Chyba 8 godzin żeglugi i wreszcie Anglia. Tu bardzo dokładna kontrola wizy. Zorientowałem się, że pieczęć przybita w angielskiej ambasadzie to nie była właściwa wiza, tę przybija dopiero urzędnik na granicy. Moja wiza była aż na 8 tygodni z uwagą, że nie wolno mi podjąć żadnej pracy, płatnej ani bezpłatnej. Pociąg do Londynu, późnym popołudniem dotarłem wreszcie na dworzec Victoria..

Victoria Station

Tłum, gwar. ZNalazłem automat telefoniczny i zadzwoniłem do Joyce. Nikt nie podnosił słuchawki. Spróbowałem jeszcze dwa razy - to samo. Oblał mnie zimny pot.

sobota, 29 sierpnia 2015

Lech  Lech

Rok 1968 rozpoczął się w listopadzie 1967 roku wystawieniem przez Kazimierza Dejmka Dziadów Mickiewicza w Teatrze Narodowym - KLIK. Polecam zlinkowany artykuł, według mnie rzuca nowe światło na bardzo ważne wydarzenie.
Tak jak wszyscy dookoła słyszałem, że sztuka wywołała skandal polityczny, że ambasador radziecki był oburzony, że ambasada zażądała zdjęcia sztuki ze sceny, że... Okazuje się, że było dokładnie odwrotnie, ale ponieważ wszyscy słyszeli to co ja to sprawa nabrała politycznego wymiaru, teatr zamienil się w miejsce patriotycznych i antyradzieckich demonstracji i w rezultacie stało się to co ludzie wykrakali - władze zdjęły sztukę ze sceny.
Nastąpiły protesty, demonstracje, ostra reakcja władz - spirala gniewu sama się nakręcała. Wielu studentów aresztowano, wiele osób zapłaciło za to karierą zawodową a w Polsce rozpętała się kampania antysemicka. I pomyśleć, że to wszystko w wyniku plotki. Aria o plotce tutaj - KLIK.

W ramach kampanii antysemickiej pracę utraciły dwie znane mi osoby - mój profesor S. Chajtman, który był pochodzenia żydowskiego i wspomniany niedawno W. Matwin, który odmówił zwolnienia z pracy ludzi o żydowskim pochodzeniu.

Na marginesie dodam, że wprawdzie wydarzenia marcowe okazały się być wynikiem nieporozumienia, ale to była tylko kwestia czasu, zgodnie z marksistowską dialektyką były one nieuniknione.
Wspominałem, że już w 1964 roku dowiedziałem się, że w partii istniały dwa ugrupowania - chamy i Żydzi. Po 6-dniowej wojnie w czerwcu 1967 roku - KLIK, podczas której kraje komunistyczne popierały stronę arabską, zwrócono uwagę na fakt, że wiele istotnych stanowisk w polskiej służbie zagranicznej i wywiadzie zajmowały osoby o żydowskim pochodzeniu. "Chamy" złapały wiatr w żagle.
Jeśli chodzi o nastroje społeczne, to może się mylę, ale mam wrażenie, że w roku 1967 nie były one jeszcze antysemickie. Sukces Izraela w wojnie 6-dniowej ludzie przyjęli z zaskoczeniem, ale i z pewnym uznaniem. Co do czystki w sferach rządowych to po pierwsze była ona robiona pod naciskiem Związku Radzieckiego, po drugie, w środowisku bezpartyjnych było to traktowane jako wewnętrzne rozgrywki rządzacej mafii. Dopiero gdy M. Moczar zaczął prowadzić swoją nacjonalistyczną i antysemicką kampanię zyskiwała ona popularność.
Osobna sprawa to znużenie ludzi rządami Gomułki. Właściwie nie można tym rządom wiele zarzucić - kilka podwyżek cen żywności rekompensowanych obniżką cen parowozów, opóźnienia w budowie mieszkań. Jednak po euforii wydarzeń 1956 roku ludzie oczekiwali czegoś więcej.
Przy okazji wspomnę, że w tym czasie Polska nie miała ani grosza długu. 

Zelmot jako bastion klasy robotniczej nie mógł pozostać obojętny. Mój partyjny kolega brał udział w "spontanicznej reakcji klasy robotniczej". Spędzili cały dzień w kinie czekając na manifestację studencką gdyż ich zadaniem było wyjście na ulice z kontrmanifestacją. Ale akurat w tym dniu manifestacji nie było. Takie są kaprysy historii.

Rok 1968 musiał być naładowany elektrycznością gdyż w styczniu rozpoczęła się "praska wiosna" - KLIK  - a w maju wybuchły bardzo poważne rozruchy we Francji - KLIK

Naszą prywatną rewolucją była przeprowadzka w połowie sierpnia 1968 roku do nowego mieszkania - ul. Racławicka 142...

Racławicka 142

Mieszkanie było na najwyższym (X) piętrze - lewy górny róg na tym zdjęciu z google street view. Koszt przeprowadzki pokryła Spółdzienia.
Przeprowadzka wypadła w okresie planowanego urlopu, Sylwia wyjechała już do Kudowy gdzie przebywał jej ojciec. Cały dzień spędziłem pakując nasz dobytek. Z samej przeprowadzki pamiętam tylko, że jeden z pracowników zainteresował się moją biblioteką - książką Stefana Kisielewskiego - Gwiazdozbiór Muzyczny. 
- Czy to ten Kisielewski, o którym mówił towarzysz Gomułka?
- Ten sam - zapewniłem. Wyjaśnię, że pierwszy zabrał głos Kisielewski nazywając władzę dyktaturą ciemniaków. Gomułka odpowiedział przemówieniem, w którym zjadliwie używał zwrotu "wielebny poseł Kisielewski". Władza odpowiedziała pobiciem Kisielewskiego na ulicy przez "nieznanych sprawców".
- Skoro pana to interesuje, to mam tu jeszcze książki Pawła Jasienicy - KLIK - dodałem. Mój rozmówca spojrzal na mnie z lękiem - to Jasienica jakieś książki pisał? Ja myślałem, że on tylko walczył w bandach.
To również nawiązanie do przemówienia W. Gomułki, który sugerował, że Jasienica nie poniósł konsekwencji za walkę w jednostce AK gdyż zgodził się na współpracę ze służbami bezpieczeństwa.
Mimo tych przerywników przeprowadzka przebiegła sprawnie. Nowe mieszkanie miało podobne rozmiary jak poprzednie (35 m2), lecz układ był bardziej praktyczny. Kuchnia była mniejsza, 4.5 m2, nie było pomieszczenia w korytarzu, za to mniejszy pokój miał aż 10 m2. Pierwszej nocy prawie nie spałem. Mieszkanie na najwyższym piętrze było mocno nagrzane, ale gdy otworzyłem wszystkie okna hulał w nim nadmiernie wiatr. Następnego dnia byłem w pracy a w nocy pojechałem pociągiem do Kudowy.

To było dla mnie odkrycie. Cały pierwszy dzień spędziliśmy gubiąc się w Błędnych Skałkach...

Błędne Skałki

Następnego dnia dotarliśmy na Szczeliniec gdzie spędziliśmy noc...

Szczeliniec

Kolejny etap to Wambierzyce - KLIK. To było dla mnie zaskoczenie - ogromny teren poświęcony na liczne obiekty sakralne - wambierzycka Kalwaria. W kościele gabloty wypełnione wotami na pamiątkę licznych cudów.
- Panie, jak ktoś jedzie całą noc pociągiem a potem przez cały dzień, na głodniaka, chodzi w procesjach to wieczorem, jak tu organy zagrają, to co drugi widzi jakieś cuda - komentował jakiś miejscowy.
Dla mnie cudem było, że w komuniźmie mogły istnieć tak ogromne obiekty poświęcone praktykom religijnym.
W Wambierzycach nocowaliśmy w jakimś schronisku we wspólnej sali. Naszymi towarzyszami była wycieczka szkolna. Chłopcy hałasowali po ciemku - opowiedz im jakiś film albo książkę to się uspokoją - doradziła Sylwia. Poskutkowało aż za dobrze. Chłopcy błyskawicznie zasnęli, ale zaczęli okropnie chrapać. Niestety mnie nikt nie uśpił.  

I na koniec Duszniki...

Duszniki

Byłem oczarowany tymi okolicami i mocno zawstydzony, że właściwie cała moja znajomość Polski ogranicza się do czterech czy pięciu miejsc.

Do Kudowy wróciliśmy zapewne 22 sierpnia gdyż zastaliśmy ojca Sylwii przy odbiorniku radiowym - zbrojna interwencja w Czechosłowacji, koniec praskiej wiosny. W Kudowie można było złapać audycje nadawane przez lokalne czeskie stacje radiowe. Niektóre były dramatyczne - widzę, że pod nasz budynek podjeżda czołg, forsuje bramę... nie - zatrzymał się, wyskakują dwaj żołnierze. Pojeżdża ciężarówka z wojskiem... Za chwilę będę musiał przerwać... nie zapomnijcie o nas!
Ojciec Sylwii odwiedził przejście graniczne w okolicach Kudowy. Było zamknięte. Niektórzy Polacy przynieśli na granicę kwiaty.

A przecież my, podczas naszych beztroskich wędrówek po górach i lasach, napotkaliśmy w lesie jakiś oddział wojska przykryty siatkami maskującymi. Nawet zastanawialiśmy się, czy nie zachowywaliśmy się zbyt swobodnie pod okiem wojskowych zwiadowców. 

Pisałem na wstępie, że rok 1968 musiał być naładowany jakąś energią. Mnie też to się udzieliło - pod koniec roku postanowiłem wybrać się na miesiąc do Anglii. Może sprzykrzyło mi się, że już od 4 lat nie byłem za granicą. Może, wzorem Niemców spotkanych w Goeteborgu, liczyłem że załatwię sobie pracę jako programista, wrócę do Polski załatwić formalności i wyjadę legalnie do pracy. 
Ciekawe, że dwóch kolegów z Zelmotu wyjeżdżało w tym samym okresie na urlop do Danii. Jednak ten rok musiał coś w sobie mieć. 

niedziela, 23 sierpnia 2015

Lech  Lech

Po uzyskaniu dyplomu otrzymałem podwyżkę pensji - 2,400 zł. Pan Tadeusz znalazł dla mnie natychmiast dodatkowe źródło dochodów - przyzakładowa szkoła zawodowa. Uczyłem dwóch przedmiotów - organizacji pracy i maszynoznawstwa - dwa razy w tygodniu po dwie godziny. Oczywiście "odrabiałem" ten czas po godzinach.
Praca w szkole była dla mnie sporym wyzwaniem. To nie była łatwa młodzież, grozą przejęła mnie relacja, że nauczycielkę rosyjskiego wystawili wraz z krzesłem przez okno na podwórko - szkoła mieściła się w parterowym baraku.
Nie czułem w sobie charyzmy, nie znałem sposobu utrzymania młodzieży w dyscyplinie. Postanowiłem zastosować metodę mojego nauczyciela angielskiego - pana Ertla - włączyć młodzież do udziału w lekcji, często testować i stawiać dużo stopni - najlepiej dobrych. Wymagało to sporo pracy nad przygotowaniem każdej lekcji, ale zdawało dość dobrze egzamin.

Natomiast moja podstawowa praca nie zdawała egzaminu. Stawałem się urzędnikiem. Czasem trafial się jakiś organizacyjny temat - wprowadzenie na taśmie akordu zespołowego, modyfikacja jakiegoś stanowiska roboczego, ale to były wyjątki. Najczęściej wraz z panem Tadeuszem redagowaliśmy odpowiedzi dyrekcji na liczne pisma przychodzące z jednostki nadrzędnej. Bardzo szybko osiągnąłem w tej dziedzinie dużą wprawę.
Przychodziło na przykład zarządzenie opracowania planu przygotowania zakładu na wypadek poważnych zakłóceń w dostawie energii. Nie ma problem - za kilka godzin plan był gotowy. Zastanawiało nas, że nikt nigdy nie zwrócił uwagi na to, że skoro tak dobrze by nam szło przy braku prądu elektrycznego to dlaczego co kwartał mamy tyle problemów z wykonaniem planu, mimo że prąd dostarczany jest bez zakłóceń.

Nie było mi jednak wesoło - ta praca nie miała sensu podobnie jak całe moje wykształcenie. Powróciły refleksje na temat celu życia. Jak wspominałem w poprzednim wpisie czas wolny spędzaliśmy dość atrakcyjnie, ale to mi nie wystarczało. Nie zapowiadało się żeby w najbliższym czasie przyszły dzieci - co więc robić?

Nie pierwszy raz dopisało mi szczęście - w przemyśle motoryzacyjnym zaczęto wprowadzać informatykę. Termin informatyka nie był wtedy jeszcze znany. Działalność zaczęła się od zastosowania kart perforowanych...

karta perforowana

Fabryka Samochodów Osobowych na Żeraniu (FSO) używała takich kart do rozliczeń materiałowych i miała ambicje stać się ośrodkiem resortowym stąd propozycja dla Zelmotu, żeby się do nich dołączyć. Na karcie można było wydziurkować tylko informacje numeryczne. Uwaga: na pokazanej powyżej karcie widać w niektórych kolumnach więcej niż jedną dziurkę a zatem jest to karta alfanumeryczna - to już bardziej zaawansowana technologia. Zadaniem, które mi przypadło było numeryczne zakodowanie wszelkich używanych przez system symboli - numery części, indeks materiałowy, symbole wydziałów i magazynów, itp. Po zakończeniu miesiąca wszystkie dokumenty związane z ruchem materiałów były dziurkowane na kartach i wysyłane do FSO do przetworzenia. Przetwarzanie nie odbywało się na komputerze, ale na zestawie maszyn analityczno-liczących - KLIK. O tych maszynach uczono mnie na studiach, ale ten przedmiot nie wzbudził we mnie zainteresowania.

Nasza jednostka nadrzędna - Zjednoczenie Przemysły Motoryzacyjnego - zainteresowała się tematyką organizacji i zarządzania. Dyrektor Zelmotu został wysłany na kurs managerski prowadzony przez Centralny Ośrodek Kadr Kierowniczych - CODKK. Wykładowcami byli konsultanci z Anglii. Na koniec uczestnicy uczestniczyli w grach kierowniczych. Nasz ówczesny dyrektor robił na mnie wrażenie bardzo prostego człowieka byłem więc ciekaw jego wrażeń z tego kursu.
- Panie, to łatwizna. Zamawiasz pan materiały a one dostarczane są w terminie. Potrzebne pieniądze - bierzesz pan kredyt w banku. Trzeba tylko pilnować żeby produkcja szła i spłacać kredyty w terminie. To dziecinna zabawka. Ileż ja tu muszę się naużerać z dostawcami, transportem, zjednoczeniem.
Pytałem więc Anglików o opinię.
- Jesteśmy mile zaskoczeni. Wasi dyrektorzy uzyskują w testach wyniki lepsze niż angielscy kierownicy.
- No to dlaczego tu takie problemy z wykonaniem planu?
- Za bardzo zcentralizowany system - odpowiadali - narzekacie na biurokrację. To nieunikniowe w wielkich instytucjach. Problem w tym, że u was są tylko wielkie instytucje.
To zgadzało się z prawem Parkinsona, o którym dowiedziałem się w tym czasie - KLIK

Przy tej okazji poznałem dyrektora CODKK - Władysława Matwina. Władysław Matwin - doskonale pamiętałem to nazwisko - KLIK - przyjaciel młodzieży, wieloletni przewodniczący Związku Młodzieży Polskiej (ZMP). Przy spotkaniu osobistym zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, czuć było nieprzeciętna osobowość. Mówił niewiele, słuchał uważnie, rzucał krótkie, bardzo celne uwagi. Pod jego skrzydłami działali ludzie, którzy zamierzali wprowadzić cybernetykę do procesów zarządzania na przykład Marek Greniewski - KLIK. Cybernetyka w zarządzaniu - muszę przyznać, że robiło to na mnie wrażenie pięknosłowia. 

W 1968 roku zgłosił się do Zelmotu Centralny Resortowy Ośrodek Przetwarzania Informacji - CROPI - z propozycją opracowania i wdrożenia systemu rozliczeń materiałowych przy zastosowaniu komputera. Propozycję przyjęto a mnie wysłano na kurs programowania angielskiego komputera ICL-1900. To było TO! Tworzenie programu komputerowego miało w sobie jakiś boski wymiar - tworzę coś z niczego i zyskuję w jakimś sensie władzę nad użytkownikami systemu. Na dodatek, w przeciwieństwie do inżynierii, nie wymagało to żadnych materiałów poza papierem. Błąd inżynierski groził natychmiast wymiernymi stratami. Konsekwencją błędu w programie była tylko strata mojego czasu a tym się nie martwiłem.

CROPI dostarczyło nam kompletny system, ale wkrótce użytkownicy zwrócili się do mnie z prośbą o napisanie dodatkowych programów. Zaczęły mi się marzyć nowe systemy szczególnie w dziedzinie planowania produkcji. Nareszcie moja praca zaczynała nabierać sensu.

Tagi: 1964-71
07:25, pharlap
Link Komentarze (3) »
środa, 19 sierpnia 2015

Lech  Lech

Jak to było z tym mieszkaniem? Gdy wpisano mnie na listę oczekujących obiecywano, że będzie gotowe w roku 1966. W związku z tym zamieszkaliśmy u rodziców Sylwii gdzie na noc odgradzaliśmy się od reszty domu kotarą. Ta prowizorka trwała jednak ponad rok.

Moja Matka wyprzedziła nas, dostała mieszkanie spółdzielcze pod koniec 1964 roku. W 1966 przeszła na emeryturę i twierdziła, że nie ma problemów finansowych. W jej sąsiedztwie mieszkało kilka koleżanek z pracy więc nie była samotna.

Na początku roku 1967 spółdzielnia mieszkaniowa (WSM) zaprosiła przyszłych lokatorów na zebranie, na którym poinformowano nas o nowinkach technicznych, które będą zastosowane w naszym domu - na podłodze dywany zamiast klepki, na ścianach suche tynki. Podobnie jak inni podnieśliśmy okropny krzyk - ryzykowne eksperymenty! Ja posunąłem się krok dalej, nie na darmo w Zelmocie, pod okiem pana Tadeusza, nauczyłem się pisać pisma urzędowe w wydawałoby się beznadziejnych sprawach. Napisałem list do pisma Sztandar Młodych przedstawiając dramat młodego małżeństwa na dorobku, które już na progu nowego, wspólnego, życia dośwadcza takiego rozczarowania. Sztandar Młodych opublikował mój list.
Mając taki atut udałem się do zarządu Spółdzielni i poprosiłem o udzielenie mi pisemnej gwarancji, że jeśli nowe technologie nie sprawdza się to otrzymamy w trybie pilnym nowe mieszkanie a przeprowadzka odbędzie się na koszt Spółdzielni. 
Ta sprawa przeciągała się nieco, ale zadowoliłem się wysyłaniem co miesiąc listem poleconym pism stwierdzających, że brak odpowiedzi uważamy za akceptację naszych żądań.

Latem 1967 roku otrzymaliśmy mieszkanie w bloku pod adresem ulica Radarowa 2a...

Radarowa 2a

Powyższe zdjęcie pochodzi z google street view, za naszych czasów blok nie wyglądał tak ładnie.

Nasze mieszkanie mieściło się na 4. piętrze, okna wychodziły na południe. Było to tak zwane mieszkanie rozwojowe - M3 dla młodego małżeństwa. Składało się z kuchni 6 m2, łazienki, dużego pokoju i śmiesznie małego pokoiku - chyba 5 m2. W sumie 35 m2. Prócz tego była jeszcze mała komórka, w którą wbudowałem półki i mieściły się tam wszystkie ubrania, pościel itp.

W dużym pokoju była nasza, już dwuletnia, wersalka i półki z książkami. W malutkim pokoiku wstawiliśmy kanapkę gdyż nic użytecznego tam się nie mieściło. W kuchni był stół i tam spożywaliśmy posiłki. Nie potrzebowaliśmy niczego więcej.

Chyba wszyscy lokatorzy byli pracownikami Zelmotu, lecz stosunki miedzysąsiedzkie były bardzo luźne. Prawdziwie serdeczny był tylko pan K. - sekretarz partii na jednym z wydziałów produkcyjnych. Gdy tylko się urządził zaprosił nas do siebie. Okazało się, że w tym malutkim pokoju urządził kaplicę - nakryty białym obrusem stolik, kryż, świeże kwiaty. Na ścianach świątobliwe obrazki. Przed stolikiem dywanik - tylko się modlić. Oczywiście mieszkanie zostało już poświęcone przez księdza. Nam nie przyszło to do głowy - poczułem się człowiekiem bardzo małej wiary - mieli rację, że nie przyjęli mnie do Partii.

Dywan na podłodze był szary i zgrzebny, nie rokowaliśmy mu długiego żywota. Z naszego mieszkania ja miałem 10 minut piechotą do pracy, Sylwia bardzo długą jazdę tramwajem. Wprawdzie pracowała tylko 5 godzin, ale wliczając dojazdy praca zajmowała jej tyle samo czasu co mnie. W szpitalu była dobra stołówka więc przywoziła z pracy obiady i dla mnie. W ten sposób już przed godziną 4 byliśmy oboje po pracy, po obiedzie - można było zaczynać życie. A więc we wtorki koncert w Sali Kameralnej Filharmonii, soboty - koncert w dużej sali, kino, teatr, opera, bridż. Dzieci jakoś nie kwapiły się  z przyjściem na świat.

jarzębiak

Od czasu do czasu urządzaliśmy prywatki. Najpopularnieszym napojem był jarzębiak. Do tego robiło się niezliczoną ilość kanapek, w zimie Sylwia raczyła gości bigosem. Zachęcaliśmy gości do tańca żeby przetestować wykładzinę dywanową. Zdarzało się, że któryś z gości zasypiał w wannie.

Z nadejściem jesieni i jesiennych deszczy okazało się, że drzwi od symbolicznego balkonu nie są szczelne, na wykładzinie dywanowej zrobiła się brązowawa plama. Również w niektórych miejscach dywan porozciągał się, porobiły się fałdy. Na początku roku 1968 odkleiła się z jednej strony płyta tynkowa na suficie w kuchni. Spółdzielnia podparła płytę drewnianym słupkiem w samym środku kuchni.
Uznałem, że teczka w moimi listami i reklamacjami urosła do wystarczających rozmiarów i udałem się do zarządu WSM na Żoliborzu z żądaniem wymiany mieszkania.
Przyjął mnie starszy pan, który działał w Spółdzieni jeszcze przed wojną. Gdy pokazałem mu zawartość mojej teczki - katalog wszystkich wysłanych listów oraz ich kopie, każda z potwierdzeniem wysyłki listem polecony - złapał się z podziwu za głowę. 
- Panie, gdzie pan pracuje? Ja chętnie pana zatrudnię jako kierownika kancelarii.
Co do meritum sprawy ogłosił pełną kapitulację - nie ma co gadać zawaliliśmy sprawę. Za kilka miesięcy wykończymy duży blok przy ulicy Racławickiej, dostaniecie tam państwo mieszkanie.

Tagi: 1964-71
08:13, pharlap
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Lech  Lech

Już od kilku dni oczekiwałem tego wezwania i zastanawiałem się jak rozegrać  rozmowę. Jedno wiedziałem na pewno - nie wstąpię.
Znałem najprostszą wymówkę - nie stać mnie na płacenie składek. Nie  wiedziałem jakiej wysokości były te składki, ale argument wydawał mi się bezsensowny. Przecież przynależność do parti politycznej to deklaracja chęci działania dla jakiejś idei. Mam ochotę działać, ale mnie na to nie stać? To było może dobre tłumaczenie dla klubu jachtowego. Jednak podobno partia akceptowała takie tłumaczenie. Przypomniało mi się jak Matka odmówiła przyjęcia zwolnienia lekarskiego gdy zamiast na wycieczkę szkolną poszedłem na procesję Bożego Ciała - to będzie znak, że się ich boję. To im wystarczy. Do czasu.
No więc co powiedzieć? Że religia mi nie pozwala? Że idea jest mi obca? Że...?

Towarzysz Trzciński przyjął mnie bardzo grzeczne, Pogratulował zakończenia studiów. Sączyliśmy kawę, prowadziliśmy grzecznościową rozmowę. Siedziałem jak na szpilkach. Wreszcie przeszedł do sedna sprawy:
- Pan wie dlaczego tu pana poprosiłem?
- Domyślam się.
- To mój obowiązek. Mam obowiązek proponować wstąpienie do partii każdemu wartościowemu pracownikowi zakładu a pana uważam za bardzo wartościowego.
Skłoniłem głowę.
- Widzi pan - ciągnął Sekretarz - ja mam ogromny szacunek dla tej partii. Moi rodzice żyli w tej okolicy ( Okęcie ) przed wojną. Nie mieli żadnego zawodu. Pracowali dorywczo gdzie popadnie, byli traktowani przez pracodawców bardzo podle. Nawet nie myśleli jaki los czeka ich na starość. Po wojnie ta partia umożliwiła im ukończenie szkoły podstawowej i kursów zawodowych. Dostali pracę w fabryce, dostęp do opieki lekarskiej, edukację dla dzieci, emeryturę. Ja ukończyłem technikum. Obserwuję pana i wiem, że pan wychował się w zupełnie innym środowisku i ma pan pewnie inne poglądy niż ja i prawdopodobnie nie przyjąłby pan mojej propozycji. W związku z tym ja jej panu nie złożę. Dlatego, że za bardzo pana cenię żeby pana wystawiać na takie próby i za bardzo cenię moją partię żeby doświadczać jej odrzucenia.
Sekretarz wstał. Wstałem i ja. Uścinął mi dłoń - proszę pamiętać moje słowa - będzie dla mnie ogromną radością jeśli pan z własnej woli wstąpi do partii.

Zaskoczene mieszało mi się ze wzruszeniem - ktoś traktuje mnie i swoją misję na serio.
Pan Tadeusz oczekiwał niecierpliwie mojego powrotu. Gdy zdałem mu relację z rozmowy był bardzo zaskoczony
- Porządny człowiek ten Trzciński - skomentował 

Za niecały rok skończyła się kadencja pierwszego sekretarza. Pan Trzciński wrócił do swoich obowiązków zawodowych (elektryk). Sekretarzem partii został młody i bardzo sympatyczny ekonomista z wyższym wykształceniem, pokolenie ZMS-owców brało ster w swoje ręce, ale nie wydawało mi się żeby partia stawała się przez to lepsza.

Tagi: 1964-71
07:05, pharlap
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2