Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: Karpacz Śnieżka

wtorek, 28 lipca 2015

 Tadeusz

Podczas pierwszej przerwy semestralnej  w 1960 r. na studiach w PWSSP dostałem zimowe wczasy w Karpaczu. Dawniej istniały takie formy uprzyjemniania życia studentom.  Kosztowało to tyle co utrzymanie w mieście. Wspominam to po przeczytaniu Lecha opisu jego narciarskich wyczynów. Ja z nartami nie miałem nigdy nic wspólnego. Uprawiałem za to niekiedy ryzykowne samotne wędrówki po lasach i górach. Tak było na koloniach gdy miałem 8 lat. I tak też robiłem w Karpaczu.
Wieczorami to były zabawy, potańcówki, spotkania, także wigilijna kolacja. Dnie natomiast samotnie spędzałem na wędrówkach po różnych trasach, przeważnie oznakowanych. Jedna z wypraw to było zdobywanie Śnieżki. Szlak wyznaczony był tyczkami (jedną z nich pięknie oszronioną Lech pokazuje). Im wyżej szedłem tym tyczki były niższe - opady tamtego roku były obfite. Na domiar złego przyszła mgła i bardzo trudno było wypatrzeć malejący z chwili na chwilę, z metra na metr,  coraz krótszy patyk. Zapadał zmrok, w miarę wznoszenia się mgła rzedła, obawiałem się, że wracając to tyczek już nie wypatrzę i dlatego szedłem w górę i naprzód. Wiedziałem, że na szczycie Śnieżki jest restauracja, pomoc, ludzie.
W pewnym momencie zdarzyło się cudowne zjawisko - wyszedłem z białej mgły i nade mną było czarne niebo, błyszczące miliardy gwiazd i ogromny świecący księżyc w pełni. To jego światło rozjaśniało wcześniej mgłę i nie zauważyłem, że noc nastała! Pode mną oświetlona  warstwa chmur jak kipiące, jarzące się bielą mleko.  Szedłem między miękkim puchem chmur a roziskrzonym czarnym niebem.  Nie było ziemi prócz twardości pod nogami. Chmury tworzyły równy, falujący dywan,  pod nogami było równo, poziomo. Słyszałem tylko chrzęst moich kroków na śniegu, gdy stawałem cisza była absolutna, aksamitna. Postanowiłem iść kierując się gwiazdami w jednym kierunku aby gdzieś dojść, nie wiedziałem dokąd - najgorsze jest błądzenie spowodowane mimowolnym skręcaniem. Byłem tak zafascynowany tym zawieszeniem między chmurami a gwiazdami, że nawet nie zacząłem się bać. Po kwadransie, może dwóch zobaczyłem wystający z chmur malutki budyneczek, jakby betonowy przystanek autobusowy. W nim spotkałem grupę kilku takich jak ja zagubionych młodych turystów. A po chwili nadeszli dwaj żołnierze ze straży granicznej. Szybko, jakimiś stromymi skrótami z żelaznymi poręczami sprowadzili nas na drogę do Karpacza. Dowiedziałem się, że trasa, którą sobie wymyśliłem do marszu pod gwiazdami biegła po szczytach przez kilkanaście kilometrów wzdłuż granicy polsko-czechosłowackiej! Miałem dużo szczęścia!