Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: gajl

czwartek, 09 lipca 2015

 Tadeusz
Już w liceum zaczęło mi się zarysowywać przypuszczenie, że ze starożytnej triady - dobro, piękno, prawda - to piękno jest wartością nadrzędną, być może nawet elementem definicji człowieczeństwa, jest jedynym pojęciem, którego biologia nie wymaga. By moje rozumowanie wyjaśnić - piękno istnieje wyłącznie w człowieku, w jego osobistym zachwycie, piękno natury ani sztuki nie istnieje poza świadomością człowieka-świadka. Dobro zawsze jest relatywne, wymaga zła dla swego istnienia. Prawda w swej czystej postaci zbędna - przydają się jedynie jej wyselekcjonowane fragmenty, przez brak kontekstu niekoniecznie autentyczne. Podziwianie i upajanie się pięknem to jest punkt widzenia odbiorcy, konsumenta, adresata. Ja na nowych studiach miałem nauczyć się tworzenia przedmiotów pięknych,  stać się ich projektantem, poznać proces tworzenia od strony kuchni, która najczęściej jest stroną  przyziemną i racjonalną. Piękno, rzecz nieuchwytną, niemożliwą do zdefiniowania jednoznacznego, miałem właśnie zacząć definiować. Zdarzają się geniusze, którym tworzenie przychodzi łatwo jak oddychanie, ale w naszej polskiej historii sztuki to mieliśmy tylko Chopina, w malarstwie nikogo na tym najwyższym, boskim poziomie. 

Przede mną było 6 lat  uczenia  się rzemiosła, od czeladnika do mistrza czyli magistra sztuki (5 lat studiów plus rok dyplomowy, bardzo długie studia). Na zdjęciu z google-view stary budynek uczelni z czasów moich studiów, nasza pracownia malarska była na 2 piętrze, na rogu.
Moje podejście do siebie jako artysty było pełne pokory i należytego dystansu do swej wątpliwej wyjątkowości. Już na pierwszym roku, na zajęciach z rysunku poznałem jednak zasady dające twórcy techniczną kontrolę nad odbiorcą, możliwościami manipulowania jego przeżywaniem odbiorem. Zasady kształtowania rysunku światłocieniem były, są, aż zaskakująco proste. Miejsce o największym kontraście walorów czyli w uproszczeniu czerni i bieli każe, w zgodzie z fizjologią widzenia, najpierw spojrzeć w to właśnie miejsce, kontrasty nieco mniejsze ustawiają w ordynku 
kolejne spojrzenia. Stopień złożoności detalu, miejsca, fragmentu - powoduje zatrzymanie uwagi tym dłużej im miejsce bardziej skomplikowane, dokładniej pokazane. Tworząc rysunek ustalić można kolejność oglądania fragmentów i długość ich kontemplowania. W rysunku realistycznym takie ustalanie kolejności i zatrzymywania uwagi to tworzenie procesu narracyjnego, niemalże opowieści literackiej. Odbiorca reaguje na scenariusz twórcy zupełnie nieświadomie, idzie po sznurku intencji rysownika. To jest wąski i dość prosty aspekt sztuk plastycznych, ale skuteczny do uczenia zasad klasycznej estetyki. Z wielu środków kreowania dzieła plastycznego wybrany został jeden - światłocień - i na tym bardzo prostym modelu prowadzone było uczenie procesu tworzenia. Zadaniem studenta nie było jednak tworzenie narracji, lecz obserwacja i powtórzenie zauważonych zjawisk - wciąż jednak mając na uwadze jednorodność środka kreującego, rugowanie środków innych, np. koloru lokalnego. Obiektem była naga kobieta. Zjawisko u wielu wywołujące emocje erotyczne, musiało stać się bryłą, na której światło wywoduje kontrasty, linie graniczne światła i cienia, ich intensywność i złożoność. Zwracanie uwagi na czerń wzgórka łonowego lub włosów na głowie było oczywistym błędem - kolor lokalny był cechą odrzuconą, nieistotną. Traktowanie kobiecego ciała jako gry światłocieni było dla naszych znajomych spoza uczelni czymś niezrozumiałym. A dla nas, młodych studentów, nowością, której uczyliśmy się przez pierwsze miesiące. Odcienie szarości i ich faktury osiągane były całym wachlarzem ołówków o różnej twardości. Zamiast zwykłego ołówka o średniej twardości używaliśmy po kilka typu H i B. W ciągu 1 roku zrobiliśmy po 2 rysunki, po jednym na semestr. Z wymagań przy pracy pomijam  zgodność proporcji, podobieństwa układu sylwetki, ciała - to jest aspekt oczywisty nawet dla amatora. 
Równoległe z rysunkiem były zajęcia z malarstwa. Łódzka uczelnia była wyjątkowa pod względem systemu nauczania malarstwa. Nie istniało na początku coś, co można by nazwać indywidualnością. Przez pierwszy rok malowaliśmy jeden obraz  wykonywany w technice malarstwa renesansowego. To była technika najbardziej wyrafinowana i pracochłonna w historii. Pierwsza faza to był malowany na białym płótnie jednobarwny układ  światłocieni - czarną lub brązową farbą olejną. Był to więc rysunek ale malowany. Zajęcia malarstwa i rysunku w tej fazie różniły się jedynie techniką - ołówki w jednym, a farba i pędzle w drugim wypadku, Jednak przewidywane barwy nieco zmieniały traktowanie walorów czyli stopnia ciemności płaszczyzn. Modelem był stary nagi mężczyzna siedzący na krześle. Po zrobieniu tego rysunkowego podkładu, szkieletu przyszłego obrazu, zaczęliśmy nakładać barwne cienkie warstwy koloru półprzezroczystymi farbami. I wtedy zaczęło się studiowanie cech kolorów. Ich podstawowych składowych - trójkąta barw, temperatury, waloru, nasycenia, czystości. Także farb - stopnia krycia, składu chemicznego, spoiwa. Przygotowywania blejtramu, naciągania płótna, gruntowania uczono nas niejako mimochodem - to był taki typowo rzemieślniczy zasób wiedzy. Technika laserunkowa była bardzo przemyślaną decyzją, bo w niej wszystkie cechy farby i koloru musiały być świadomie dobrane, stosowane. Ta technika pozwala na oddzielenie  troski o kształt od wyglądu barw. Przez cały 1 rok namalowaliśmy jeden obraz! Przez cały ten rok trwały korekty i wskazówki profesora, adiunkta i asystenta - w pracowni było nas 15 osób i każdy miał kontakt z nimi na każdej sesji malarstwa lub rysunku. 
Trzecim przedmiotem, najważniejszym do prawdziwego kreowania dzieła plastycznego była kompozycja. Prowadził ją Stanisław Fijałkowski (zdjęcie obok z 1964) , to on miał największy wpływ na całe moje życie zawodowe, twórcze. Był wówczas adiunktem u prowadzącego malarstwo i rysunek prof. Romana Modzelewskiego. Już po moim skończeniu studiów został profesorem i jednym z najwyżej cenionych, choć hermetycznym intelektualnie malarzem polskim KLIK
Kompozycja to zasady układania figur w taki sposób by wszystkie pasowały do siebie i wzajemnie się uzupełniały oraz by te kształty niosły treści i intencje artysty zgodne z ludzką fizjologią widzenia. To bardzo uproszczone określenie. W istocie malowanie obrazu czy robienie grafiki to jest sztuka zakomponowania płaszczyzny - reszta to literatura, anegdota, uroda przedmiotu pokazanego. Dobra kompozycja jest dobra niezależnie czy jest oglądana z boku, do góry nogami, czy z boku drugiego. Ale znaczyć, wywoływać emocje może za każdym razem inne. Przez pierwszy rok studiów badaliśmy takie dzielenie kwadratu liniami o różnych grubościach i kierunkach aby powstały największe kontrasty tak tych linii jak i powstałych przez podziały barwnych pól.

    W efekcie powstawały obrazy przypominające Mondriana (jego obraz obok), ale z mocno zróżnicowanymi grubościami linii dzielących na pola. Dopracowywany miesiącami projekt należało namalować na płótnie temperami - zrobienie temperą równej płaszczyzny to dość trudne technicznie zadanie. To było czysto warsztatowe zakończenie długich spekulacji na prostych abstrakcyjnych elementach. 
Poza tymi trzema zasadniczymi przedmiotami były też dla nas drugoplanowe: filozofia, historia sztuki, lektorat.
Nie pamiętam ocen na zaliczeniach kończących pierwszy i drugi semestr, chyba były zupełnie dobre. Pamiętam natomiast zafascynowanie metodami teoretycznymi tworzenia układów pięknych, otwierał mi się zupełnie nowy świat logiczny niczym matematyka, ale mogący służyć pokazaniu ponadczasowej, uniwersalnej Wenus. 

piątek, 03 lipca 2015

 Tadeusz
Po zdanym egzaminie do wyższej uczelni artystycznej uczułem, że wkraczam na zupełnie nową drogę. Przed rozpoczęciem roku akademickiego miałem jeszcze bardzo dobry wypoczynek po moich nazbyt urozmaiconych ostatnich kilku miesiącach. Pojechałem do sanatorium w Szczawnie-Zdroju. Standardowe sanatorium to było darmowe 28 dni pobytu oraz  zwrot kosztów przejazdu. W PRL dla studentów istniała bardzo dobrze zorganizowana służba zdrowia. W Łodzi do dyspozycji były specjalistyczne przychodnie najlepszej medycznej uczelni czyli Wojskowej Akademii Medycznej. Otrzymanie miejsca w sanatorium w czasie letnim to była oczywistość. Przychodnie stomatologiczne były na najwyższym poziomie. Popularnie nazywaliśmy to "palmą" - Pomoc Lekarska Młodzieży Akademickiej. Formalnie byłem nadal studentem Uniwersytetu, stąd miejsce dla mnie znalazło się jeszcze przed przed rozpoczęciem toku studiów w nowej uczelni.  W sanatorium ze wskazaniem na leczenie kamicy i ogólnego mnie wzmocnienia miałem zlecone wiele zabiegów balneologicznych, ale większość opuszczałem.  Najprzyjemniejsze było granie w brydża w doskonalym gronie imponujących partnerów z elit warszawskich uczelni - były wakacje i szacowni profesorowie mieli swój czas na bywanie u wód. Byłem beniaminkiem brydżystów - jako bardzo młody, a jednak grać umiejący. Bardzo to bechtało moją ambicję. Najlepszy dom zdrojowy, którego byłem pacjentem, główne pomieszczenie socjalne czyli odpowiednik swietlicy miał w sali balowej z kilkunastoma stolikami do gry w brydża pokrytymi zielonym suknem, z pięknymi fotelami i dwiema popielniczkami na stojaczkach na  dwóch rogach stolika. Najciekawszym zabiegiem na moje kamienie nerkowe było picie na czczo wody mineralnej, piwa i dodatkowo zastrzyk rozkurczowy. Niewiele to jednak pomogło, dopiero w następnych latach, gdy zawitał u nas rock-and-roll podlany alkoholem spowodował on upragniony poród.  Zabiegiem powszechnie zalecanym w tamtych czasach, a dziś traktowanym jako zabójcze działanie, były naświetlania lampami kwarcowymi dające poza wytworzeniem witaminy D, piękną opaleniznę. Ponieważ tragicznych skutków naświelania promieniami UV jeszcze nie znano więc zaszkodzić mi nie mogły, to i nie zaszkodziły. Naświetlania kwarcówkami nie były jednak tylko obrazem nieświadomości i staroświeckości tamtej medycyny. Aż do lat sześćdziesiątych krzywica, obok gruźlicy, była bardzo powszechnym schorzeniem, spowodowanym właśnie brakiem witaminy D. Dzieciaki bardzo często miały sterczące dolne żebra - taki typowy, prócz krzywych nóg, symptom tej choroby. 
Po sanatorium posiedziałem 2 tygodnie u brata mamy, wujka Czesława, pracownika służby celnej w Małaszewiczach. Obsługiwał stację przeładunków ropy z ZSRR i mieszkał w przepięknym zbudowanym z dala od innych siedzib osiedlu malutkich, zgrabnych domków jednorodzinnych. Wujek Czesław był jednym z tych, którzy gdy Piłsudski wkroczył do Kielc w 1914 roku to do niego dołączyli - znalazł się w słynnej I Brygadzie wśród ułanów Beliny-Prażmowskiego.


Sprawował się tam na tyle walecznie, że Krzyż Walecznych otrzymał. Wujek Czesiek był idealnym przykładem weterana, który w cywilu niezbyt się znajduje i dawne wojskowe obyczaje chciałby na starość zachować. 
Początek roku akademickiego był radosny. Dostałem stypendium 500 zł. Miejsce w akademiku i wszystkie posiłki w stołówce - łączne koszty niewiele przekraczały stypendium. Akademik mieścił się w starej kamienicy na Bałutach - taki odpowiednik ówczesnej warszawskiej Pragi. Pokój dla trzech studentów  około 14 m2, umywalka z zimną wodą, piec kaflowy (rano przychodziła kobieta paląca w nim), 2 biurowe szafy na ubrania, podłoga drewniana - deski, na ścianie wisiał głośnik radiofonii bezprzewodowej, taki, jaki miałem w Kielcach. Ubikacja na piętrze jedna, obok niej kuchenka gazowa, prysznic w piwnicy z wyznaczonymi godzinami ciepłej wody, której ostatnim użytkownikom  to już brakowało.  Rzecz oczywista - akademik męski. Skład był bardzo zróżnicowany ponieważ to był akademik szkół artystycznych. Aktorzy byli największą atrakcją ponieważ wspaniale umieli opowiadać dowcipy i zwyczajne opowieści, z tych do dziś znanych pamiętam Malanowicza, Bukowskiego, Rajzachera. Najbardziej uciążliwi byli muzycy, ktorzy ćwiczyli na swych instrumentach - wyganianie ich do piwnicy nie likwidowało strasznych dźwięków powtarzanych gam. My plastycy najczęściej graliśmy w kanastę lub brydża. Przed sesją, gdy już należało wykonać "artystyczne" prace, albo wkuć jakieś techniczne szczegóły, dla przerwania passy karcianej ustawiliśmy na podłodze domek z kart i podpaliliśmy. W moim pokoju było nas trzech z różnych lat. Jednakże ponieważ najważniejsza część przedmiotów była ta sama - malarstwo, rysunek, kompozycja - nie było ani hierarchii ani animozji. Dziewczyny nas odwiedzające musiały w portierni na dole zostawiać legitymacje, po 22 były głośno przez portiera wywoływane i  wypraszane. Nie pamiętam ani jednego incydentu, wrzasków ani awantur alkoholowych - choć wino pite było - najbardziej lubiliśmy różne wytrawne węgierskie i tuniską Gelalę. Na piwo jeszcze moda nie nastała. Stołówka akademicka była dla tej samej artystycznej braci. Znajdowała się w suterenie pięknej, ale wówczas mocno zaniedbanej, pałacowej siedziby szkoły aktorskiej i muzycznej. Tu były już obie płcie i ta druga ozdabiała szarą, piwniczną atmosferę buziami pięknej Poli Raksy, Joanny Jędryki czy Starosteckiej - dziewcząt wtedy bardzo bezpretensjonalnych i koleżeńskich. Przy aktorkach nasze i muzyczne koleżanki były trochę myszowate.
Jedzenie było takie sobie, najgorszy był w poniedziałki na obiad surowy śledź z kartoflami i kiszoną kapustą (w PRL piątki bezmięsne były w poniedziałki). Można było dostać dolewkę zupy i dodatkowe kromki chleba - to była też rezerwa wykorzystywana przez kolegów, którzy obiadów akurat nie wykupili. Po obiedzie czasami, gdy nie mieliśmy popołudniowych zajęć, stołówka służyła jako klub, rozmowy przy stoliku, dyskusje, granie w zapałki, dopóki nas kucharki nie wyprosiły. Palenie oczywiście wszędzie dozwolone. Śniadań nie pamiętam, chyba robiliśmy sobie byle co w akademiku. 
Dojazd tramwajem był dość długi. Tramwaje  tamtych czasów miały swoją specyfikę, zupełnie poza tematem studiów. W okresie dużego ruchu były zapchane i przy wejściach wisiały winogrona czyli grupki pasażerów stojących jedną stopą na progu, i jedną ręką trzymających się jakiejś poręczy. Drzwi tramwaju przeważnie były otwarte podczas jazdy. W każdym wagonie był konduktor, który sprzedawał i kasował bilety.  Jazda na gapę była praktycznie niemożliwa (poza wiszeniem przy wejściu na zewnątrz). Ale bilet kosztował tylko 15 groszy - ulgowy oczywiście, normalny całe 45. Grą na przetrwanie było dobieganie do jadącego tramwaju i wskoczenie na skrawek stopnia łapiąc się jednocześnie jakiegoś wystającego fragmentu, czasem dłoni kolegi.  Wyskakiwanie w biegu także wymagało wprawy - należało gwałtownie przed skokiem odrzucić się do tyłu - szybkość odrzutu odejmowała się od szybkości pojazdu i lądowanie było stosunkowo bezawaryjne. Te metody stosowane były także przy pociągach. Przy wskakiwaniu do rozpędzonego już pociągu zginął we Wrocławiu Zbyszek Cybulski. 
Taki jest mój wakacyjny i socjalny wstęp do opisu nowych studiów.