Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: 1958-63

czwartek, 30 lipca 2015

Lato 1963 roku zapowiadało się interesująco.

Rozpoczęło się w szpitalu na ul Barskiej. Przepuklina to bardzo prosta operacja, ale w tym czasie wymagała 10-dniowego pobytu w szpitalu po operacji żeby pacjent nie wykonał jakiegoś wysiłku, który mógłby zniweczyć trud chirurga.
Potrzebny był równiez 2-dniowy pobyt w szpitalu przed operacją żeby wykonać wszystkie potrzebne badania. Dlaczego nie można było wykonać tych badań przed wizytą w szpitalu? Dobrze poinformowani twierdzili, że w ten sposób szpital poprawia wskaźniki ekonomiczne - łóżko zajęte a koszt obsługi pacjenta żaden.
Ze mnie szpital odniósł dodatkowe korzyści. Na mojej sali oprócz mnie leżały trzy osoby operowane na wrzód dwunastnicy. Po tej operacji pacjenci ciepieli mocno a pielęgniarka obsługiwała kilka sal.
- Panie student, czy to tak ładnie? Pan się wyleguje, ja mam ręce pełne roboty a koledzy się męczą. - Przyznałem, że nieładnie. Przydzieliła mi dwa zadania - pierwsze - zwilżać chorym usta wodą przy pomocy szpatułki owiniętej gazą. Drugie - pomagać im oddać mocz do "kaczki".
- Chyba bardziej przystoi żeby to kolega trzymał koledze fajfusa - uzasadniała pielęgniarka.
Pacjenci gorączkowali, mieli kłopoty z oddaniem moczu, miałem więc sporo zajęcia.

Wreszcie operacja pod znieczuleniem miejscowym. Chirurg podźgał mi trochę brzuch strzykawką a potem już nic nie czułem. Następnie 10 dni leżenia na plecach w bezruchu. To było bardzo ciężkie, ale jakoś minęło. Pod reką miałem długi bandaż przywiązany do przeciwnej poręczy łóżka. Nazywano to lejcami - dzięki nim mogłem się podciągnąć do pozycji siedzącej. Gdy zobaczyl to mój współlokator Wiesiek to zaproponował - chcesz, załatwimy ci wczasy hippiczne?

Lech

Zamiast wczasów w siodle miałem obóz za kierownicą. Przypomnę, służyłem w wojskach samochodowych. Trzeba przyznać, że treningu za kierownicą nam nie brakowało. W Warszawie były to samochody osobowe. Zmorą było zapalanie silnika na korbę. Szczególnie gdy silnik zgasł podczas przejazdu przez tory tramwajowe w godzinach szczytu. Patrzyłem błagalnie na instruktora żeby pozwolił użyć startera, ale on patrzył w niebo. Wysiadałem z samochodu z korbą i kręciłem. Tramwaj dzwonił, pasażerowie na stopniach wygrażali mi a silnik ani mru-mru. Spoglądałem pytająco na instruktora a on coś pokazywał na migi.
- Wyłączyłem stacyjkę bo zostawiłeś silnik na biegu.
Na obozie w Ostródzie prowadziliśmy ciężarówki i ćwiczyliśmy bardziej specjalistyczne operacje - jazda w kolumnie, jazda nocna, wjazd ciężarówką na wagon kolejowy. Wszyscy zdali egzamin bez problemów. Dostałem zawodowe prawo jazdy. Powyżej fotografia z prawa jazdy.

Po obozie miałem chyba 3 tygodnie wolnego, potem wycieczka. Było nas około 30 osób. Wycieczka odbywała się na zasadzie bezdewizowej wymiany z jakąś austriacką organizacją studencką. Oni zapewniali nam transport, zwiedzanie, wyżywienie i noclegi. W zamian za to ich wycieczka zwiedzała Polskę na takich samych zasadach. Mogliśmy wykupić kieszonkowe 200 szylingów czyli około 8 dolarów.
W wycieczce brały udział jeszcze dwie osoby z naszego wydziału. To mnie zdziwiło - nie widziałem was na liście kandydatów. A bo myśmy się zakwalifikowali w ramach puli rady naczelnej. A więc byli równi i równiejsi.
Sporym przeżyciem było podwójne przekraczanie granicy czechosłowackiej. Kilkugodzinna kontrola pociągu, psy, strażnicy z przemyślnymi lusterkami na kółkach, które wsuwali pod siedzenia żeby sprawdić czy czegoś tam nie ukryliśmy. Przed granicą czesko-austracką do pociągu wsiedli jacyś panowie w nieznanych nam mundurach i obserwowali z ironicznym uśmiechem te procedury kontrolne. Wreszczie pociąg ruszył, przekroczył żelazną kurtynę a panowie przypięli piękne odznaki austrackiej straży granicznej - witamy w wolnej Austrii. Moi towarzysze w przedziale zrelaksowali się. Wszyscy zaczęłi wyciągać ukryte dotąd dolary. Byłem chyba jedynym, który zadowolił się kieszonkowym. Zaczęły się rozmowy na tematy handlowe. Co też warto w Wiedniu kupić i gdzie. Co do ostatniego pytania odpowiedzi były zgodne - u Skoczylasa (a może Szumilasa?), WipplingerStrasse 11. Zorientowałem się, że para studentów z mojego wydziału (małżeństwo) ma duże doświadczenie handlowe - z Bułgarii kożuszki, z Turcji skórzane kurtki. A co z Austrii? Ortalionowe płaszcze i koszule non-iron - brzmiała poprawna odpowiedź.

W Wiedniu zamieszkaliśmy w domu akademickim na Pfeilgasse gdzie dostawaliśmy raczej skromne śniadania i kolacje. Na gorący posiłek popołudniowy jeździliśmy do stołówki Mensa*.
Pierwszego ranka po przyjeżdzie stałem się dość popularną osobą - tłumaczem w banku gdzie wszyscy wymieniali dolary na szylingi. A zatem wymaganie znajomości języka obcego nie było decydującym kryterium kwalifikacyjnym, ważniejszy był kontakt w Radzie Naczelnej.
Poszedłem też z moimi towarzyszami do sklepu na WipplingerStrasse. Obsługiwał nas sam pan Szumilas (a może Skoczylas?), ponoć przed 1956 rokiem był wyższym urzędnikiem w jakimś ministerstwie w Polsce.
- Witamy przedstawicieli klasy robotniczej - pozdrawiała nas kasjerka.
- To nie klasa robotnicza pani Irenko, to jest już czerwona burżuazja - korygował ją właściciel. Miał rację.
Podliczyłem moje zapasy waluty. Płaszcz ortalionowy był poza moim zasięgiem - chyba 130 szylingów (5 dolarów) - po 1300 zł w Polsce - komentowała koleżanka z wydziału. Kupiłem nylonowe pończochy dla Matki i Sylwii oraz koszulę non-iron dla siebie. Pozostała mi jeszcze połowa kieszonkowego.

Pierwsza wizyta w stołówce Mensa była dla mnie pamiętna. Mogliśmy wybrać jedno gorące danie i jedną butelkę napoju - woda mineralna, lemoniada, Coca Cola. Coca Cola? - toż to był symbol zgniłego kapitalizmu. Piłem ją z nabożeństwenm i pewnym niepokojem - czy też to mi nie przewróci w głowie? Nie przewróciło. Po powrocie do Polski znalazłem gdzieś doskonałą charakterystykę tego napoju - jakbyś łykał piłeczki pinpongowe.

Naszym głównym zajęciem było zwiedzanie Wiednia, ale to trudniej opisac niż drobne scenki rodzajowe. Zwiedziliśmy cesarski pałac, letnią rezydencję Schönbrunn - KLIK, kilka kościołów i muzeów. Podczas zwiedzania katedry św Stefana zauważyłem ogłoszenie o wieczornym koncercie organowym. Opuściłem kolację żeby go wysłuchać. Innym wydarzeniemn muzycznym był koncert symfoniczny w sali ratuszowej. Grali nieznaną mi do tego czasu VII symfonię Beethovena.

Oczywiście nie obyło się bez porównań warunków życia. Wiedeń nie ucierpiał wiele podczas wojny więc nie było można porównywac go do Warszawy. Do Krakowa dał się jednak porównać. Oczywiście budynki na miarę wielkiego cesarstwa, ale to zasługa dawnych czasów. Zdecydowaną różnicą była ilość samochodów i ruch na ulicach. Dużo sklepów, ładne wystawy, dużo reklam - tego można było się spodziewać.
Amerykański dolar był wart około 25 szylingów. W tym samym czasie oficjalny kurs dolara w Polsce, po którym kupowałem swoje kieszonkowe wynosił 24 zł. Patrząc na ceny na wystawach odnosiłem wrażenie, że są bardzo podobne do tych w Polsce. Pozostawało pytanie - jakie są tu zarobki? Niestety nie mieliśmy kontaktu z nikim z miejscowych więc nie znaliśmy odpowiedzi. Nasi przewodnicy unikali dyskusji na takie tematy.
Na marginesie dodam,  że istniał rówież jeszcze bardziej oficjalny kurs dolara - 4 zł, ale nie wiem w jakich przypadkach był stosowany. Na czarnyn rynku kurs dolara wynosił około 100 zł. W 1972 roku utworzono sklepy Pewex, które skupowały dolary po 72 zł.

Kolejnym etapem był Linz. Jedynym uzasadnieniem pobytu w tym mieście była chyba wizyta w hucie i obejrzenie spustu surówki z wielkiego pieca. Tak jak w Nowej Hucie. W Linzu doszło do niemiłego incydentu. Obiad dostaliśmy w zakładowej stołówce a tam napoje można było sobie kupić w automacie. Kilka osób podniosło wielki krzyk - co za traktowanie!? Nasi przewodnicy zauważyli, że po pierwsze na stołach są dzbanki z wodą a po drugie właśnie na ten cel mamy kieszonkowe. Krzykacze nie ucichli - o chlebie i wodzie nas tutaj trzymają. Na szczęście nie umieli tego powiedziec w żadnym jezyku obcym a ja uchyliłem się od tłumaczenia. Oczywiście najwiecej krzyku podnieśli ci, którzy przewieźli do Austrii najwięcej dewiz.

Następny etap - Salzburg...

Salzburg

Tu spędzilismy chyba dwa dni. Oczywiście odwiedziliśmy dom rodzinny Mozarta. Mieszkaliśmy w hotelu młodzieżowym (Jugend Herberge) w pobliżu lotniska. Było tam pianino. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności zagrania menueta Mozarta. Moja pycha została ukarana, nie mogłem żadnego sobie przypomnieć, skończyło się na uproszczonej wersji Serenady Schuberta.

Następnego dnia pojechaliśmy do Zell am See. Kierowca autobusu wybrał krótszą trasę, która przechodziła przez Niemcy Zachodnie. Jakież było jego zdumienie gdy dowiedział się, że my nie możemy wjechac do NRF (nawet na 20 minut) bez wizy. Jechaliśmy więc dłuższą trasą przez Austrię, sceneria jak w bajce. Oto cel podróży...

Zell am See

Odbyliśmy wycieczki na lodowiec Kaprun i na Schmittenhohe. Drugiego dnia pobytu w Zell am See wypadał 1 września. Nagle zdałem sobie sprawę, że to przecież rocznica wybuchu II Wojny Światowej. Usłyszałem język niemiecki, wesołe śmiechy. W Polsce ten dzień nie robił na mnie specjalnego wrażenia, ale tutaj tak. Poczułem zażenowanie, że właśnie w tym dniu wypoczywam w tak pięknym miejscu w towarzystwie beztroskich ludzi mówiących po niemiecku. 1 września 1939 roku pewnie było tu tak samo jak teraz. Jakąś rekompensatą było wspomnienie odwiedzonego kilka dni wcześniej w Wiedniu pomnika ku czci żołnierzy radzieckich - KLIK
Pobyt dobiegał końca a mnie zostało pół kieszonkowego. Wydałem je bardzo rozsądnie. W Zell am See poszedłem do kawiarni w której występowali jodłujący śpiewacy i tancerze w krótkich skórzanych spodniach - KLIK. Niemiecka wersja tutaj - KLIK. Zostało mi kilka szylingów na zakup butelki Coca-Cola żeby mieć przy czym opowiadać Sylwii o moich wrażeniach.

Ostatniego dnia spędziliśmy jeszcze kilka godzin w Wiedniu - kolacja w restauracji pod gołym niebem na Grinzingu. Podawali młode wino, orkiestra grała walce i polki. Wielu gości częstowało muzyków winem i obawiałem się, że orkiestra szybko wymknie się spod kontroli. Nie ma obaw, muzycy tylko maczali usta w szklance i przelewali zawartość do dzbanów pod krzesłami.

* Mensa to organizacja zrzeszająca osoby o wysokim IQ - KLIK. Polecam test podany na zlinkowanej stronie. 

niedziela, 26 lipca 2015

Lech  Lech

Nowy rok akademicki (1962/63) zacząłem z dużym entuzjazmem. Po pierwsze wróciłem do akademika przy placu Narutowicza. Po drugie wskoczyłem w normalny rytm studiów w związku z czym przysługiwało mi stypendium. Jednocześnie stworzono nową możliwość - stypendia fundowane. Te stypendia przyznawał wybrany przez studenta zakład pracy. W zamian za to student po ukończeniu studiów musiał odpracować u swojego sponsora conajmniej okres pobierania stypendium. Studenci, którzy pozostawali na stypendiach uczelnianych dostawali po ukończeniu studiów nakaz pracy we wskazanej przez uczelnię instytucji. Dodatkową zaletą stypendiów fundowanych był fakt, że były wyższe - chyba 650 zł.

W związku z opisanymi wcześniej rozterkami na temat sensu organizacji pracy w fabryce oraz przyczepioną do naszego kierunku etykietą - szkoła dyrektorów - szukałem sponsora innego niż zakład przemysłowy. Znalazłem - Centrala Handlu Zagranicznego Metalexport. Nie miałem pojęcia co też mogę robić w centrali handlowej, ale to był już ich problem - płacą to niech się martwią jak mnie wykorzystać. Oczywiście atrakcją była wizja wyjazdów zagranicznych.
Spotkanie w dziale kadr Metalexportu wypadło bardzo dobrze, pochwaliłem się znajomością języków obcych, moi rozmówcy byli inteligentni i eleganccy w zachowaniu. Podpisaliśmy umowę.

Moim współlokatorem w pokoju był Wiesiek K., który był przewodniczącym Związku Młodzieży Socjalistycznej (ZMS) na naszym wydziale. To mnie trochę zmroziło jednak już po klku dniach lody prysły. Po pierwsze fakt, że Wiesiek mieszka w pokoju 4-osobowym oznaczał, że nie wykorzystuje swojego stanowiska dla celów osobistych, po drugie był wyjątkowo koleżeński i wkładał wiele autentycznego trudu w działalność społeczną. Nie minęło wiele czasu gdy Wiesiek zapytał dlaczego ja nie włączam się do żadnych prac społecznych. Na pewno nie zapiszę się do ZMS - warknąłem. A kto mówi o ZMS, jest jeszcze ZSP, radiowęzeł, gazeta Politechnik.  Tyle rzeczy do zrobienia a w nagrodę można dostać atrakcyjne wczasy, nawet zagraniczne - kusił. Ten ostatni argument zastanowił mnie - jaką działalność byś mi sugerował? Sąd koleżeński - odpowiedział Wiesiek - tam poznasz dużo osób, zorientujesz się jak wyglądają inne rodzaje działalności. Zgodziłem się, właśnie zbliżał się termin wyborów, zostałem wybrany jakąś astronomiczną ilością głosów. To dlatego, że nikt cię nie zna - śmiał się Wiesiek - im więcej działasz tym większa szansa, że komuś podpadniesz.

Na marginesie studiów... wspomnienie z 1961 roku... do Warszawy przyjechał słynny zespół zawodowych koszykarzy - Harlem Globetrotters. Postanowiliśmy wraz z jednym z kolegów iść na ich występ na Torwarze. Wcześnie rano pospieszyłem do kas Orbisu na Brackiej. Była tam już spora kolejka. Czekając na otwarcie kas nawiązałem całkiem miłą rozmowę ze stojącym obok mnie chłopakiem. Nagle rozeszła się pogłoska, że bilety są już sprzedawane w kasach na Stadionie X-lecia. W kolejce zapanowała konsternacja, niektóre osoby pobiegły do tramwaju.
- Może jeden z nas skoczy na stadion i w razie czego kupi dla nas dwóch? - zaproponowałem mojemy przypadkowemu towarzyszowi.
- Bardzo dobrze, tylko wiesz, ja mam tylko 50zł, na jeden bilet. Jakbyś ty mógł pojechać i kupić bilet dla mnie za swoje pieniądze a ja tu bedę trzymał kolejkę.
- Świetnie, ale jakbyś doszedł do kasy zanim ja wrócę to kupisz bilet dla mnie - podsumowałem.
- Ale ja mam tylko na jeden bilet - chłopak rozłożył bezradnie ręce. Dałem mu więc 50 zł i pojechałem na stadion. Tam też kasy były zamknięte a przed nimi kolejka. Godzina 9, kasy nadal zamknięte. Za kilkanaście minut pojawił się ktoś z komunikatem - na Brackiej otworzyli już kasy i sprzedają bilety. Popędziłem więc spowrotem i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że dałem 50 zł zupełnie przypadkowej osobie na ulicy i na dodatek nie mogę sobie przypomnieć jak ona wygląda. Jeśli ten chłopak nie da mi jakiegoś znaku (o ile jeszcze tam jest) to pieniądze stracone. Dał znak, był już bardzo blisko kasy i wyglądał mnie z niecierpliwością.
Sam występ Harlemu mocno mnie rozczarował. Pokazali kilka tricków, które już widziałem na kronice filmowej. Potem rozegrali pokazowy mecz z towarzyszącą im zawodową drużyną, ale to nie budziło żadnych emocji. To było moje pożegnanie z oglądaniem imprez sportowych.

Studia nie były zbyt intensywne. W programie studiów było wiele jednosemestrowych przedmiotów, których nie traktowaliśmy zbyt poważnie. Między innymi prawo pracy. Zaskoczeniem był dla mnie fakt, że było ono w całości oparte na prawie pracy z 1935 roku czyli okresu wyzysku klasy robotniczej. Wyzysk nadal trwał - pracownicy fizyczni dopiero po 10 latach pracy uzyskiwali prawo do miesięcznego urlopu.
Powtarzając rok zaliczyłem kilka przedmiotów z wyższego roku. Wolny czas postanowiłem wykorzystać na naukę gry na pianinie. Zapisałem się do Ogniska Muzycznego do pierwszej klasy. Lekcje odbywały się w mieszkaniu mojej nauczycielki, bardzo blisko akademika. W akademiku przy ul Akademickiej, w świetlicach, były dwa pianina. Do tego jeszcze jedno na moim wydziale. Ćwiczyłem więc codziennie, czasem po kilka godzin. Na wyniki nie trzeba było czekać. W styczniu odbył się półroczny popis, na którym wystąpili uczniowie klas 1-3 czyli dzieci w wieku 7-10 lat. Gdy czekałem na swoją kolej zagadnęła mnie jedna z matek - a która to pana pociecha? Ja sam jestem swoją pociechą - odpowiedziałem. Mój występ wypadł bardzo dobrze, awansowałem chyba do 3 klasy. Widzicie państwo co to znaczy przyłożyć się do ćwiczeń - dwie klasy w ciągu pół roku - pochwaliła mnie przewodnicząca komisji egzaminacyjnej. Rodzice i ich pociechy pożegnali mnie bardzo niechętnym spojrzeniem.

Sylwia i jej rodzice nie mieli jasnego poglądu na temat jej przyszłości zawodowej i po wakacjach zaczęła naukę w szkole techników fizjoterapii. Nasza znajomość ustabilizowała się. Spotykaliśmy się dośc często, chodziliśmy razem do teatru, do kina i na koncerty a w świecie muzycznym działo się dużo. W Filharmonii Narodowej występowali doskonali dyrygenci i soliści, największe wrażenie zrobił na mnie Igor Markevitch, który dyrygował Świętem Wiosny Strawińskiego. O utworze tym naczytałem się w książce Stefana Kisielewsiego - Gwiazdozbiór muzyczny i nie zawiodłem się. Gwiazdozbiór muzyczny bardzo wpłynął na mój sposób odbioru muzyki. Inny pamiętny występ to recital fortepianowy Światosława Richtera. W operze, która jeszcze rezydowała w sali Roma kierownictwo objął Bohdan Wodiczko i on też wprowadził do repertuaru utwory Strawińskiego czy Bartoka. 

W lutym 1963 roku, podczas przerwy międzysemestralnej, pojechałem na wczasy zimowe do Karpacza. Tym razem trafiłem na doskonałe warunki śniegowe, tak dobre, że ogłoszono zimę stulecia i przedłużono nam przerwę międzysemetralną do 4 tygodni.
W naszym turnusie znalazło sie kilku zapaleńców narciarstwa. Codziennie rano spieszyliśmy do stacji wyciągu na Kopę. Po wjeździe na górę lepiej było nie zjeżdżać na dół gdyż oznaczało to ponad godzinę czekania w kolejce do wyciągu. Wędrowaliśmy więc do schroniska Strzecha Akademicka...

Strzecha Akademicka

... skąd zjeżdżaliśmy do pobliskiego schroniska Samotnia...

Samotnia

Tu można było pozjeżdżać na krótkich, ale bardzo stromych trasach, oczywiście nie było tam żadnych wyciągów. Kolejny etap prowadził do nieistniejacego obecnie schroniska im Bronisława Czecha. Stamtąd można było zjechać do dolnej stacji wyciągu na Kopę w nadziei, że kolejka zmalała, albo powędrować do nieistniejących już z nazwy Bierutowic, w których wyróżniał się kościółek Wang sprowadzony tutaj w połowie XIX wieku z Norwegii - KLIK.
Gdy relacjonowałem potem mój pobyt znajomi dziwili się - jak to przez prawie 4 tygodnie codziennie ta sama trasa? To chyba nudne. To nie było nudne. Równia pod Śnieżką to była galeria niezwykłych śnieżnych rzeźb, codziennie innych... 

Równia pod Śniezką

Wędrówka na nartach w terenie nigdy nie jest nudna. Ta prawda powróciła do mnie prawie 30 lat później.

Pobyt w Karpaczu miał również muzyczne akcenty. Po pierwsze w świetlicy było pianino więc codziennie wstawałem przed 7. żeby trochę poćwiczyć. Po drugie w turnusie znalazł się domorosły pianista, który potrafił z każdej melodii zrobić doskonały utwór do tańca. Postukał chwilę na klawiaturze jednym palcem, spróbował kilku akordów - gotowe. Któregoś ranka zastał mnie przy pianinie, popatrzył na rozłożone nuty - nie potrafię grać z nut - stwierdził. Ogromnie mnie to sfrustrowało - ileż ja bym dał żeby grać tak jak on. Po trzecie w turnusie była osoba studiująca kompozycję w Krakowie - Anna. Ona potrafiłaby zagrać wszystko, ale nie grała. Opowiadała mi trochę o swoich studiach. Dowiedziałem się, że na pierwszym roku od każdego studenta kompozycji oczekuje się, że napisze barokową fugę. Taką jakiej nie powstydziłby się J.S. Bach. Gdzie ja jestem z moimi pilnymi ćwiczeniami na pianinie? Chyba jednak wśród 10-letnich dzieci.
Pewną pociechą była nabyta w Karpaczu książka - Mozart autorstwa Karola Stromengera. 

Praca w sądzie koleżeńskim nie była zbyt wymagająca. Na ogół wystarczało jedno zebranie na miesiąc, na którym rozpatrywaliśmy zgłoszone sprawy. W większości były to skargi na niewłaściwe zachowanie w domu akademickim i nasza rola ograniczała się do rozmowy z zainteresowanymi. To właściwie nie była rola sądu, ale to przynosiło jakiś pożytek. Właściwą rolą sądu było rozpatrywanie zachowań, które naruszały statut organizacji, ale ta sfera wydawała nam się zbyt abstrakcyjna. Na naszych spotkaniach raziły mnie popisy oratorskie niektórych kolegów. W końcu byliśmy w małym gronie i mieliśmy konkretne sprawy do omówienia. Uznałem, że to może być jakiś rodzaj rekompensaty dla osób, które czuły się powołane do działania na ważniejszej arenie.

W drugim semestrze mieliśmy znowu do wykonania pracę przejściową. Po temat zgłosiłem się do Metalexportu. Zasugerowali mi analizę importu maszym włokienniczych. Temat okazał się ciekawy. Technologia produkcji syntetycznych włókien wydała mi się ciekawsza niż skrawanie czy spawanie, promotor był zadowolony z moich postępów, ale na końcu spotkało mnie rozczarowanie. Złozyłem zakończony projekt do oceny. Po kilku dniach mój promotor wezwał mnie na rozmowę i nieco zażenowony oznajmił, że przeoczyliśmy jedną sprawę. W tym projekcie oczekuje się, że student wykona szkicowy plan zakładu przemysłowego a ja tego nie zrobiłem. Zdziwiłem się - przecież moja praca była o imporcie więc o jakim zakładzie tu mowa. Promotor przyznał mi rację i przeprosił gdyż to on przeoczył to wymaganie, ale jednak muszę ten kawałek dorobić, w końcu to nie taki wielki wysiłek. Dorobiłem, ale po pierwsze straciłem kojejny kawałek ufności w wartość moich studiów a po drugie nabrałem obaw czy przy pracy dyplomowej nie wystąpią podobne nieporozumienia.

W okolicach Wielkanocy dotarła do mnie wiadomość o organizowanych przez ZSP wycieczkach zagranicznych. Jedna z nich wyglądała nadzwyczaj atrakcyjnie - 2 tygodnie w Austrii - Wiedeń-Salzburg-Alpy. Złożyłem podanie. Konieczne było zdanie egzaminu z języka obcego. Zdałem z angielskiego na 5 i z niemieckiego na 4. Egzamin z języka okazał się trudnym progiem i w rezultacie pozostało bardzo niewielu kandydatów - zakwalifikowałem się.

W maju odbyły się badania lekarskie przed czekającym nas w lipcu obozem wojskowym. Wyglądało na bardzo powierzchowne - trzeba było nago podejść do stołu komisji lekarskiej, odwrócić się do niej tyłem, pokazać spody obu stóp i wypiąć się na komsję. Jednak jeszcze zanim się odwróciłem jeden z lekarzy zadał mi szokujące pytanie:
- A wy podchorąży, czemu to wyglądacie jak panienka?
Jak panienka? Oblałem się rumieńcem (jak panienka) i to mnie jeszcze bardziej zdeprymowało. Reszta komisji zainteresowała się moja osobą, kazali podejść bliżej i stwierdzili, że mam przepuklinę pachwinową.
- Zgłoście się natychmiast do szpitala na operację to zdążycie się wykurować do lipca, bo inaczej możecie stracić rok.
Najbliższy szpital był przy ulicy Barskiej.

czwartek, 23 lipca 2015

Lech  Lech

Po wakacjach 1961 przydzielono mi mieszkanie w akademiku na Jelonkach - KLIK. To była poważna zmiana. Czas dojazdu na uczelnię zwiększył się prawie o godzinę. Mieszkaliśmy w drewnianych domkach zbudowanych kiedyś dla budowniczych Pałacu Kultury. Dodatnią stroną były przestronne pokoje, ujemną - zawężenie kontaktów koleżeńskich. Chyba nie mieszkał tam nikt z mojej inżynieryjno-ekonomicznej grupy. 4-osobowy pokój dzieliłem z dobrze znanymi mi kolegami i ceniłem sobie ich towarzystwo.

Mieszkając z dala od miasta i jego atrakcji spędzałem więcej czasu w dobrze zaopatrzonej bibliotece. Tam dotarłem 3 lata później od Tadeusza do książek Władysława Tatarkiewicza na tematy filozoficzne. Erudycja i pomysłowość filozofów zaimponowały mi, ale dużo większe wrażenie wywarła na mnie Czarodziejska Góra Tomasza Manna. W szkole średniej na liście lektur figurowali Buddenbrookowie tego autora, ale nie potrafiłem tego strawić. Już wtedy Matka wspominała o Czarodziejskiej Górze, ale jakoś ta książka nie wpadła w moje ręce. Teraz wpadła... a może to ja wpadłem? Do tego stopnia, że w roku 2003 czyli 42 lata (6 x 7) po zapoznaniu się z książką odwiedziłem Davos żeby pospacerowć ścieżkami wydeptanymi przez Hansa Castorpa...

Davos Dorf.

Kliknięcie w powyższe zdjęcie stacji Davos-Dorf wyświetli moja relację.

Innym sympatycznym przerywnikiem w studiach było uczęszczanie na wykłady muzykologii dla amatorów prowadzone w Pałacu Kultury przez profesora Stefana Śledzińskiego - KLIK. To był cudowny człowiek. Na wykładach niewiele mówił - krótko tłumaczył strukturę dzieła, zwracał uwagę na proste tajniki sztuki kompozytorskiej i puszczał stosowną muzykę z płyty. Odczuwałem wyraźną przyjemność słuchania świetnej muzyki właśnie w jego towarzystwie.

Osobna sprawa to zabawy taneczne. Na moim wydziale przy ul. Narbutta odbywały się zabawy taneczne organizowane przez ZMS, ale wydawały mi sie zbyt prymitywne. Odbywały się również w akademiku przy ul. Akademckiej, ale ich atmosfera - tłok, hałas - nie odpowiadała mi. Na Jelonkach atmosfera była bardziej stonowana, było dużo miejsca, można było nie tylko tańczyć, ale również porozmawiać i to było dla mnie bardziej istotne. Wspominałem już o swoich rozterkach towarzyszących kontaktom z dziewczynami - KLIK. Taniec był wygodną ścieżką do nawiązania kontaktu. Zorientowałem się, że dziewczyny są gotowe dać mi szansę na przedstawienie się. Oczywiście nie przedstawiałem siebie tylko swoje aktualne myśli. Na przykład rozważania pana Naphty na temat humanistycznej wyższości systemu geocentrycznego nad heliocentrycznym. Z osobnikiem płci męskiej nigdy bym się nie odważył poruszyć takiego tematu, dziewczyny były dużo bardziej tolerancyjne. Nie byłem jednak na tyle naiwny żeby łudzić się, że ktoś będzie skłonny spędzać ze mną długie godziny nad wspólną wiwisekcją Czarodziejskiej Góry. Co ja mogę dać jej w zamian? - myślałem gorączkowo i nic nie przychodziło mi do głowy a dziewczyny najwidoczniej uważały, że chłopak powinien takie rzeczy wiedzieć. Podobnie było z koncertami w Filharmonii. Wystarczała drobna wzmianka a dziewczyna stwierdzała, że ma ochotę iść. Ale przecież wyraźnie czułem, że nie jest to jej ulubione miejsce, że robi to że względu na mnie. Przypominały mi się rozważania Sartre'a na temat miłości: "...z randki wracałem z zaschniętymi ustami, mięśniami twarzy zmęczonymi od ciągłych uśmiechów i głosem, który jeszcze ociekał miodem..." - KLIK. Czy to jedyna droga?

Większą część ferii zimowych postanowiłem spędzić, podobnie jak rok wcześniej, na nartach. Tym razem załatwiłem sobie wczasy studenckie w Nawojowej koło Starego Sącza. Ze śniegiem było jeszcze gorzej niż rok wcześniej natomiast nieoczekiwaną atrakcją była obecność chóru Unwersytetu Warszawskiego. Cały budynek rozbrzmiewał śpiewem. Nie mogąc korzystać zbyt wiele z nart kręciłem się koło chóru, przysłuchiwałem się próbom.
W przeddzień Sylwestra zorganizowano nam wycieczkę do Bukowiny Tatrzańskiej. Po raz pierwszy widziałem Tatry z bliska, poczułem ich przyciąganie. Tuż przed powrotem chórzyści urządzili bitwę na śnieżki. W którymś momencie cała śnieżna kanonada skoncentrowała się na jednej osobie - Sylwii.
Sylwii trudno było nie zauważyć w naszej rezydencji. Wszędzie było jej pełno, zawsze pierwsza do wygłupów i psot. Nic dziwnego, że stała się ofiarą masowego ataku. Nie uczestniczyłem w nim, nigdy nie lubiłem akcji typu wszyscy na jednego. Dopiero gdy po ostatecznym wezwaniu do autobusu kanonada ustała a jej uczestnicy otrzepali się ze śniegu, uformowałem dużą pigułę i rzuciłem. Nie liczyłem na to, ze trafię, było zbyt daleko, nie celowałem zbyt dokładnie, a jednak trafiłem. Teraz cała uwaga skupiła się na mnie...

Bukowina

Dzięki tej celnej pigule, po powrocie do Nawojowej, miałem pierwszą okazję zamienić z Sylwią kilka słów. Ku mojemu zaskoczeniu zaproponowała żebyśmy siedzieli razem na zabawie sylwestrowej. Nowy rok - 1962 - rozpocząłem w stanie głębokiego zakochania.

Po powrocie do Warszawy zadzwoniłem do Sylwii i zaproponowałem żebyśmy poszli razem na koncert do Flharmonii. Zgodziła się, ale najpierw zaprosiła mnie do domu żeby przedstawić mnie rodzicom. Okazało się, że Sylwia nie jest jeszcze studentką, jest w maturalnej klasie w szkole im N. Żmichowskiej. Dołączyła do uniwersyteckiego chóru gdyż śpiewała w nim jej siostra Roma - studentka fizyki. Jej rodzice byli mocno tradycyjni i chcieli znać towarzystwo w jakim obracają się ich córki.
W Filharmonii głównym punktem programu były kadryle Mozarta. Z przyjemnością stwierdziłem, że Sylwia żywo reaguje na muzykę i chętnie rozmawia na tematy muzyczne. Nie zwleka również z poruszeniem innych tematów. Po raz pierwszy nie musiałem się głowić jak zrekompensować dziewczynie jej cierpliwość w wysłuchaniu moich rozważań. 
Spotykaliśmy się niezbyt często gdyż Sylwia była zajęta przygotowaniem do matury. Udało nam się jednak jeszcze kilka razy odwiedzić Filharmonię. Tam miałem okazję przedstawić Sylwię mojemu regularnemu towarzyszowi na koncertach - Ryszardowi. Widziałem, że zaaprobował mój wybór.

Z nadejściem wiosny odwiedzaliśmy czasem Łazienki gdzie Sylwia pozorowała naukę...

Nauka

Proszę połaskotać zdjęcie myszą, może się uśmiechnie?

Podczas najbliższego spotkania z Matką opowiedziałem jej o Sylwii i zażartowałem, że jeśli Sylwia nie zda matury to się z nią ożenię - to dopiero będzie heca gdy będę chodził na wywiadówki swojej żony.
Nadeszła matura, Matka w liście wspomniała, że zapaliła w kościele świeczkę za pomyślnośc egzaminów. Zrozumiałem aluzję - tu nie chodziło o zdanie egzaminów lecz o to żebym się nie ożenił. Sylwia zdała maturę. Na cały lipiec wybierała się wraz z siostrą do Zakopanego gdzie miały zatrzymać się u wujka. Wybrałem się  więc tam i ja.

Noclegi załatwiłem sobie w wieloosobowym pokoju w Domu Turysty. Pewną niewygodą był fakt, że maksymalna długość pobytu była ograniczona do 3 dni. A więc po każdym trzecim noclegu ustawiałem się w kolejce do recepcji żeby zapisać się na nowo.
W Zakopanem przebywał również Krzysztof - chłopak Romy, siostry Sylwii. Była więc nas całkiem zgrana czwórka i przez miesiąc obeszliśmy chyba wszystkie trasy górskie dostępne dla turystów amatorów. Najbardziej pamiętna była chyba Orla Perć gdzie złapała nas gwatłowna burza z piorunami bijącymi w pobliskie szczyty górskie.

Orla Perc

W Zakopanem przytrafiła mi się również dość dziwna przygoda. Któregoś dnia spotkałem w Domu Turysty znajomego ze studiów. W Warszawie spotkałem go chyba tylko dwa razy i to przelotem, ale zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie - bardzo kulturalny, inteligentny, elokwetny. Wydaje mi się, że należał do Klubu Inteligencji Katolickiej bo poznałem go przez kolegów, którzy do KIK należeli. Teraz, wspominając te spotkania, zastanowiłem się dlaczego ja do tego klubu nie należałem? Chyba tylko dlatego, że niezbyt lubiłem kolegę, który mi o KIK wspomniał. Gdybym wtedy natrafił na tego kolegę spotkanego teraz w Zakopanem na pewno bym się zapisał.
Tym razem sprawa wyglądała dość tajemniczo. Kolega spytał czy mam następny dzień wolny. To było do uzgodnienia. Drugie pytanie brzmiało - czy mam pewne alibi na dzień wczorajszy? Miałem. W takim razie czy pomógłbym mu w odszukaniu plecaków pozostawionych ostatniej nocy na hali Ornak? To było dość dziwne, ale dzień spędzony w jego towarzystwie wydawał mi się atrakcyjnym przerywnikiem, zgodziłem się. Wtedy dorzucił jeszcze jeden, mocno podejrzany, szczegół - dostanę za to 100 zł. Co jest w tych plecakach - zapytałem. Tego nie mogę Ci powiedzieć, ale zapewniam cię, że nic ci nie grozi. Powiadomiłem dość enigmatycznie Sylwię, że następnego dnia idę z kolegą do Doliny Kościeliskiej.
Ruszyliśmy koło południa następnego dnia. U wejścia do Doliny Kościeliskiej kolega wręczyl mi obiecane 100 zł. Dość szybko doszliśmy do Hali Ornak i tu kolega zarządził dłuższą przerwę. Musimy poczekać do godziny - nie pamiętam której - wtedy zmieniają się strażnicy. Podczas oczekiwania wyjaśnił mi, że przedostatniej nocy przechodził wraz z kolegą nielegalnie przez granicę i zauważyła ich straż graniczna. Żeby uniknąć złapania porzucili plecaki, które bardzo zwalniały ucieczkę. Ot wszystko. Specjalnie przyszliśmy tu dzisiaj wcześniej żeby straż przyzwyczaiła się do naszego widoku. Kiedy straż będzie się zmieniać my szybko znajdziemy plecaki i powędrujemy jak gdyby nigdy nic w drogę powrotną. Tak też się stało. Dostałem mniejszy plecak i ugiąłem się pod jego ciężarem. Patrzyłem z podziwem na kolegę, który zarzucił sobie na plecy większy plecak. Co było w środku? To zdecydowanie nie wyglądało na sprzęt turystyczny. Doszedłem do wniosku, że to były jakieś materiały drukowane, ale nie było sensu pytać.

Lipiec dobiegał końca. Sylwia z siostrą miały spędzic następny miesiąc z rodzicami nad morzem, ja wróciłem do Kielc.

wtorek, 21 lipca 2015

Lech

Po zamieszaniach 1956 roku sytuacja po obu stronach żelaznej kurtyny ustabilizowała się.

Gomułka

Władysław Gomułka, który w roku 1956 został wybrany przez TIME człowiekiem roku, utracił sporo ze swojej charyzmy, ale nikt nie oczekiwał cudów. Uniknęłiśmy sowieckiej interwencji jaka doświadczyła Węgrów, zlikwidowano siejący postrach Urząd Bezpieczeństwa (UB), niektórzy jego pracownicy zostali ukarani, wypuszczono z więzień wiele niesłusznie skazanych osób, zwolniono z internowania kardynała Wyszyńskiego. 

Pochody 1-majowe nie były obowiązkowe i podczas studiów nie brałem nigdy w nich udziału.
W miejsce ZMP powstał Związek Młodzieży Socjalistycznej (ZMS). ZMS nie walczył z analfabetyzmem ani z kułakami, raczej sugerował, że lojalność wobec partii może zostać nagrodzona. Bardzo niewielu z moich kolegów zapisało się do tej organizacji.

Do sejmu zostało dopuszczone 5-osobowe koło poselskie Znak reprezentujące środowisko katolickie. Przewodniczący koła Jerzy Zawieyski był również członkiem Rady Państwa. W sejmie zasiadł Stefan Kisielewski, nieco później dołączył do niego Tadeusz Mazowiecki. Rząd głosił toleracyjną dewizę - kto nie jest przeciwko nam ten jest z nami. Ludzie mogli odetchnąć i zająć się własnym zyciem. Najpilniejszą sprawą były mieszkania. Zielone światło dostały spółdzielnie mieszkaniowe. Wszystko szło we właściwym kierunku.

Chruszczow

Na arenie międzynarodowej triumfy święcił Nikita Chruszczow. Sympatyczna twarz, patrzył prosto w oczy, uśmiech zwiastujący dowcip i chłopski spryt. Chętnie wyjeżdżal za granicę, spotykał się z politykami i z dziennikarzami. Tych ostatnich potrafił zadziwić celną ripostą. Polityków zresztą też. Maj 1960, 2 tygodnie przed konferencją pokojową w Paryżu Chruszczow zarzucił prezydentowi Eisenhowerowi, że samoloty USA odbywają loty szpiegowskie nad terytorium ZSRR. Eisenhower, po skonsultowaniu sprawy z CIA, kategorycznie zaprzeczył. Następnego dnia, w Moskwie, zaproszono dziennikarzy na konferencję prasową, na której pokazano zdjęcia strąconego samolotu szpiegowskiego U2 oraz zaprezentowano Gary Powersa - pilota niefortunnego samolotu - KLIK. Prasa grzmiała - kto właściwie rządzi w USA - prezydent czy kompleks militarno- szpiegowski? Ten temat jest zresztą aktualny do dziś. Chruszczow i delegacja radziecka nie wzięły udziału w paryskiej konferencji.

Jakimś rewanżem Zachodu była sprawa rozmieszczenia radzieckich rakiet na Kubie. Sytuacja stała się bardzo krytyczna, wojna nuklearna wisiała na włosku. Chruszczow nie zawahał się ustąpić. Z jednej strony ludzie mrugali do siebie radośnie - Amerykanie pogonili Rusków, z drugiej strony... rozmawiałem na ten temat z Matką - oni (Amerykanie) nie zawahaliby się nas wszystkich pozabijać, to jednak Chruszczow wykazał troskę o ludzi.
Sensację budził incydent w ONZ - Chruszczow tak się zdenerwował, że zaczął wymachiwać butem - KLIK. Z jednej strony lekceważące uśmiechy - co za prostak, wiadomo - ruski. Z drugiej strony jednak pewne uznanie - autentyczny, emocjonalnie reagujący człowiek.
Tutaj film pokazujący Chruszczowa w akcji - KLIK - 2:08 - koniec, mogiła kolonialnemu niewolnictwu!

Ludzie zaczęli wyjeżdżać za granicę, do Bułgarii, Rumunii, na Węgry. Znajomi, którzy mieli okazję odwiedzić Węgry donosili, że reżim Kadara nie jest taki straszny jak się wydawało, ludzie nie są zastraszeni, stopa życiowa chyba wyższa niż w Polsce.
Wyjeżdżali nie tylko do krajów demoludu. Wszak moja Matka bez problemu dostała paszport i wyjechała do USA. Druga żona stryja Ziemowita (pierwsza zmarła w czasie okupacji) - ciocia Ania - pracowała w Orbisie i prowadziła wycieczki do Francji, Belgii, Holandii. Najstarsza córka Stryja - Jagoda - pracowała w centrali handlu zagranicznego i często wyjeżdżała służbowo na Zachód. Termin żelazna kurtyna nabierał raczej symbolicznego znaczenia.

Wyścig w kosmos to była osobna sprawa. Najpierw sputnik w październiku 1957 roku... 

Sputnik

Niecałe 4 lata później pierwszy człowiek w kosmosie... 

Gagarin

System komunistyczny jawił się jako równorzędna alternatywa dla wolnego rynku. Wolny rynek - wszystko na sprzedaż - wy sprzedacie nam sznurek, na którym was powiesimy - to oczywiście Chruszczow.

Wydarzeniem, które zapamiętałem była wojna domowa w Kongo, nieudana interwencja ONZ, egzekucja Patryka Lumumby - KLIK.
To wydarzyło sie w sierpniu 1961r, podczas wakacji.  Na początku października ZMP zorganizowało masowy protest studentów pod ambasadą belgijską . Nie wziąłem udziału. Po proteście okazało się, że odbył się w niewłaściwym miejscu - pod ambasadą holenderską, której budynek znajdował się niedaleko od belgijskiej.

Mnie bardziej interesowały wydarzenia kulturalne. Teatr Dramatyczny wystawiał świetne sztuki Durrenmatta. Wystawił również Policjantów Sławomira Mrożka - cenzura okazała się być bardzo dobrotliwa. W Filharmonii Narodowej obywał się co roku festiwal muzyki nowoczesnej - Warszawska Jesień.  

W tym państwie dało się żyć.

środa, 15 lipca 2015

Lech  Lech

Po wakacjach 1960 roku wrócilem do akademika. Kolega działający w akademickim radiowęźle zaproponował mi żebym zamieszkał z nim w 2-osobowym pokoju. Zgodziłem się.

Trzeci rok studiów. Zanim przejdę do studiów mała dygresja -  w akademiku była sala telewizyjna i miałem tam okazję obejrzeć kilka relacji z olimpiady w Rzymie. To było duże rozczarowanie. Sport odarty z dramatyzmu inscenizowanego przez utalentowanych sprawozdawców sportowych pism utracił wiele uroku. Obraz nie dorównywał słowom.
Co innego mecz lekkoatletyczny Polska-NRF rozegrany na Stadionie X-lecia - KLIK. Oglądałem go razem z moim partnerem do słuchania muzyki - Ryśkiem K. Szybkie tempo imprezy - pełen program olimpijski w ciągu niespełna 3 godzin - bezpośrednia rywalizacja drużynowa, wypełniony do ostatniego miejsca stadion. To były niezapomniane emocje. Polska zdecydowanie wygrała. Z nieoficjalnych kanałów dochodziły informacje, że Polski Związek Lekkiej Atletyki nie zgodził się na rozegranie podobnego meczu z drużyną NRD. Uzasadnienie - za słaby przeciwnik. 10 lat później to NRD nie mogło znaleźć w Europie równorzędnego przeciwnika.

Na trzecim roku studiów do głosu doszła moja specjalizacja - studia inżynieryjno-ekonomiczne. Nasza katedra znajdowała się na końcu korytarza w północnym skrzydle budynku. Przed drzwiami sekretariatu zawsze wysiadywała gromadka rozplotkowanych studentów. Pierwsza informacja o mojej specjalizacji była dla mnie szokująca - katedra jest całkowicie opanowana przez Żydów!
Nie rozumiałem co to może znaczyć. Zawsze wydawało mi się, że w Polsce żyją tylko Polacy. Pisząc o wakacjach 1959 roku wspomniałem jakim zaskoczeniem było dla mnie napotkanie ludzi, którzy uważali się za Niemców. Ale przecież pracownicy mojej katedry nie kwestionowali swojej polskości. Zignorowałem więc ten komentarz. Dopiero w 1968 roku zdałem sobie sprawę, że niektórzy Polacy mieli problem.

Kierownikiem katedry był profesor Chajtman - KLIK. Wykładał główny przedmiot - organizacja w przemyśle maszynowym. Ten przedmiot budził we mnie poważne wątpliwości. Profesor wielokrotnie podkreślał, że organizacja jest nauką z czym trudno było mi się zgodzić. Nauka to było dla mnie coś gdzie niewiele się gadało a wnioski były wynikiem obliczeń. Zaś organizacja... pionier tej dyscypliny - H. Emerson - KLIK - zasłynął z 12 zasad. Pierwsza zasada - cel jasny i prosty. Uporządkowany zbiór truizmów - to miała być nauka? Trochę lepsze wrażenie robił F.W. Taylor - KLIK. Oto cytat ze zlinkowanej strony: "Ustalając dokładnie wszystkie szczegóły procesu ładowania przez robotników surówki żelaza na wagony m.in. kształt szufli, długość trzonka, kąt nachylenia łopaty przy nabieraniu surówki i jej wychylenia przy wyrzucaniu na wagon, a nawet sposób ustawienia stóp pracownika doprowadził do 3,8-krotnego zwiększenia wydajności pracy ładowaczy". To było imponujące. Zakładam, że ładowacz osiągał ten efekt przy niezwiększonym wysiłku. Dla mnie to była racjonalizacja pracy, o której tyle się nasłuchałem na kronikach filmowych - Pstrowski, Saja, Kolesow. Ale przecież nie nauka. Efektem tayloryzmu była praca przy taśmie. Rozbicie procesu budowy na elementy, które można a nawet trzeba wykonywać całkiem bezmyślnie. To pasowało do dzikiego kapitalizmu z opowiadań Jacka Londona, ale u nas człowiek miało brzmieć dumnie.
Osobna sprawa do arogancja z jaką Taylor traktuje pracowników - większość robotników nie rozumie czynności, którą wykonują, powtarzają bezmyślnie przekazane im przez kogoś procedury - patrz anglojęzyczna strona wikipedii.
Na marginesie wspomnę, że podobną arogancję wykazałem również i ja gdy po wielu rozterkach znalazłem wreszcie swoje powołanie.
Poznaliśmy różne techniki obserwacji i analizy pracy. To było nawet ciekawe. W wielu przypadkach usprawnienia były oczywiste. Osobnym tematem była motywacja pracowników zredukowana do systemu płacy - akord i róźne jego odmiany. To również było oczywiste, ale jak to się miało do zasady każdemu według potrzeb?  Czy nasz, wykształcony w ZSRR profesor, nie widział tej sprzeczności?

Inne istotne przedmioty to rachunkowość wykładana przez profesora Haendla i ekonomia, z której ćwiczenia prowadził dr M. Weiss. Podstawą był Kapitał Marksa. Ekonomia kapitalizmu to było coś oczywistego. Oczywistego jak akord i praca przy taśmie. Ekonomia socjalizmu wyglądała przy niej jak zbiór dobrych intencji.

Na trzecim roku musieliśmy wykonac t.zw. przejściówkę czyli spory projekt. To był mój ostatni kontakt z inżynierią. Większość kolegów wybrało dźwignice czyli obliczenie sił i naprężeń w przęśle mostu czy ramieniu dźwigu. To mnie nawet trochę kusiło gdyż pozwalało wykorzystać graficzną metodę obliczeń o dźwięcznej nazwie Cremona - KLIK

krzyz maltanskiJeszcze bardziej jednak kusiła mnie teoria mechanizmów i maszyn. To była dla mnie kwintesencja inżynierii - poznanie i zrozumienie zasad funkcjonowania tak zmyślnych mechanizmów jak czółenko tkackie, korbowód, zamek karabinu czy krzyż maltański.
Krzyż Maltański? Jakichże to maszyn używali dzielni rycerze krzyżowi? Nie o krucjaty tu jednak chodziło tylko o kinematografię. Żeby przy pomocy aparatu fotograficznego stworzyć złudzenie ruchu należy wykonać całą serię fotografii. Serię fotografii - czyli trzeba przesunąć taśmę filmową, zrobić zdjęcie, przesunąć taśmę... i tak dalej 10 klatek na sekundę. To samo trzeba wykonać przy projekcji filmu. Kamery filmowe i projektory napędzane są silnikiem, który kręci szpulę z taśmą. Czyli silnik musi się zatrzymać 10 razy na sekundę. Jak to zrobić? Mechanizm krzyża maltańskiego pozwala przesuwać i zatrzymywać taśmę podczas gdy silnik kręci się ze stałą prękością - proszę kliknąć w zdjęcie krzyża żeby zobaczyć jak.
Analiza działania tego mechanizmu była przedmiotem mojej przejściówki robionej pod kierownictwem docenta A. Olędzkiego - KLIK. Współpracowało nam się dobrze, docent Olędzki był osobą o wysokiej kulturze osobistej i świetnym poczuciu humoru. Niestety projekt zakończył się niepowodzeniem. Wszystko szło dobrze aż do momentu kiedy trzeba było wykonać pomiary naprężeń w zmodyfikowanej przez mojego promotora konstrukcji krzyża. W tym celu pojechałem do zakładu techniki filmowej w Łodzi gdzie mieli prototyp mechanizmu. Zapomniałem o wspomnianej nie tak dawno regule, że metoda badania musi być delikatniejsza niż badany obiekt i prototyp rozleciał się na kawałki. Docent Olędzki bardzo zdenerwował się tą wiadomością a ja tak się speszyłem, że zacząłem go unikać. Nadszedł koniec semestru i nieuniknione konsekwecje - przejściówka niezaliczona. Dostałem warunkową rejestrację na następny semestr. Tym razem już nie eksperymentowałem - wybrałem przejściówkę z dźwignic. Po jakimś czasie spotkałem doc. Olędzkiego na korytarzu - co się z panem stało? - zapytał - przecież miał pan właściwie skończony projekt. Wystarczyło dopisać końcowe wnioski i bym go panu zaliczył. Z tej niezdolności przyznania się do niepowodzenia wyleczyłem się dopiero w Australii.
Przejściówkę z dźwignic zrobiłem z łatwością, ale pierwszy wyłom w ciągłości studiów został dokonany, w ciągu następnych 18 miesięcy jakoś zgubiłem jeden rok.  

A tymczasem w USA...
Listy od Matki otrzymywałem co dwa tygodnie. Jej relacje nie były zbyt radosne. Ciocia Krysia przeżywała kryzys psychiczny. Złożyło się na to wiele czynników - brak dzieci, brak bliskiego kontaktu z mężem, poczucie osamotnienia. Ciocia poznała swojego obecnego męża - Janka - w Teheranie. Pochodził z Baranowicz, wraz z rodziną wyemigrował przed wojną do USA, w czasie wojny powołano go do wojska. Ciocia dotarła do Teheranu z armią Andersa po prawie 2 latach sowieckiego wiezienia i łagru. Okoliczności sprzyjały rozkwitnięciu uczucia. Pobrali się. Po zakończeniu wojny wrócili do USA. Janek był dokonałym piekarzem a gdy pojawiła się astma został cieślą na budowach. Ciocia pracowała jako urzędniczka w liniach lotniczych. Szybko kupili dom - nadszedł czas stabilizacji. Janek pasował do USA - wesoły, beztroski, towarzyski, interesował się baseballem i amerykańskim rugby. Ciocia była jego przeciwieństwem. 
Matka skarżyła się na całonocne smutne rozmowy a właściwie wysłuchiwanie żalów Cioci.
Ciocia z mężem mieli sporo znajomych Polaków, ale według Matki było to bardzo nieciekawe towarzystwo. Nie obyło się bez próby wyswatania Matki za jakiegoś samotnego Polonusa. Już tęsknię do swoich koleżanek z pracy i wyziębionego domku w Kielcach, pisała Matka.

W listach naogół orzymywałem banknot 5 dolarowy. To było istotne gdyż w związku z opóźnieniami na studiach utraciłem stypendium.

Zbliżało się Boże Narodzenie i dość późno zorientowałem się, że nie mam żadnego planu na spędzenie ferii zimowych. Związek Studentów Polskich (ZSP) organizował wczasy zimowe, ale przespałem termin składania podań. Znalazłem wczasy narciarskie organizowane przez PTTK w Łopusznej koło Nowego Targu. Wprawdzie marzyło mi się Zakopane, ale Święta się zbliżały nie było co przebierać. Na wczasach spotkałem chyba dwóch rówieśników. Reszta to młodzi ludzie po studiach, głównie z Krakowa i Łodzi. Warunki śniegowe były bardzo słabe. Pierwszego dnia wybrałem się pieszo w góry i znalazłem niewielką polanę z dobrą pokrywą śniegu. Następnego dnia zaprowadziłem tam całą grupę i to było nasze miejsce ćwiczeń narciarskich. Polana była oddalona dobrą godzinę marszu od schroniska. Na szczęście było to takie pustkowie, że zostawialiśmy narty ukryte wśród drzew i nie musieliśmy ich codziennie dźwigać. Naszym instruktorem był Marek Tarnowski z Krakowa. Cóż to był za cudowny narciarz i człowiek - KLIK.

Pod koniec zimy Matka wróciła do Polski, nieco wcześniej niż planowano. Bardzo zeszczuplała, była pełna energii. Pierwsza sprawa, znalezienie pracy trwało ponad 2 tygodnie. Potem wszystko wróciło do normy.
Wakacje 1961 roku - jeden miesiąc - praktyka w Warszawskiej Fabryce Motocylki (WFM). Pracowaliśmy w dziale normowania i tam miałem okazję zastosować w praktyce naukowe metody analizy pracy. Nasi opiekunowie nie kryli, że nasza pomoc była bardzo przydatna. Wy sobie za miesiąc pójdziecie, gdybyśmy my to robili to robotnicy pamiętali by nas przez długi czas i nie bylibyśmy bezpieczni. 

Drugi miesiąc wakacji spędziłem głównie w Kielcach z Matką.

poniedziałek, 13 lipca 2015

 Tadeusz
Wakacje po pierwszym roku zaczęły się podczas przerwy międzysemestralnej. Po pierwszym semestrze pod koniec marca 1961 postanowiłem jechać do Kielc bezpośrednim nocnym pociągiem. Na dworcu Łódź Kaliska byłem z kolegą. Bardzo nam się spodobała przechodząca dziewczyna. Czekając na peronie łatwo nawiązać rozmowę. No więc nawiązaliśmy. Także do Kielc jechała, studentka politechniki. Nadjechał pociąg jak zwykle bardzo przepełniony. Wcisnęliśmy się na korytarz, stanęliśmy przy oknie. Podczas rozmowy dziewczyna wyraźnie ignorowała kolegę mimo, że miał ze sobą gitarę. My dwoje mieliśmy sobie jakby więcej do powiedzenia. Kolega wyraźnie czuł się lekceważony. Ze złości ściągnął mi z głowy beret by pokazać, że jestem łysawy facet. Ale to nie pomogło, dziewczyna nadal mnie wolała. Kolega w końcu poszedł szukać jakiegoś miejsca do siedzenia i już nie wrócił. Gdy konduktor sprawdzał bilety powiedział do dziewczyny, że ona ma bilet 1 klasy, a tam są miejsca wolne. Ale nie chciała iść. I tak rozmawialiśmy stojąc aż do rana, do samych Kielc. Dla niej to był strzał Amora w samą dziesiątkę. Moja miłość dojrzewała dużo wolniej. Dopiero po trzech miesiącach wzięliśmy ślub. Zanim do niego doszło spotykaliśmy się w Kielcach i w Łodzi, rozmowom nie było końca, wyraźnie pasowaliśmy do siebie. Gdy mamie powiedziałem o małżeńskich planach to wpadła w rozpacz - jestem jeszcze dziecko, 21 lat, bez zawodu, dopiero zaczęte studia. Ciocia Jadzia podeszła do sprawy inaczej - będzie z jedną, a nie z wieloma, będzie pilnowany, może tak będzie lepiej. Przekonała mamę. Rodzice dziewczyny byli w trakcie przeprowadzki z Kielc do Krakowa, i mam wrażenie, że niezbyt się córką interesowali, matka była jeszcze w starym mieszkaniu, ojciec już w nowym. Poznałem trzech szwagrów, od najstarszego - 19 lat - nawet buty na ślub pożyczyłem. Ślub był dość skromny - tylko para młoda i świadkowie: koleżanka mamy i Ostaś

(zabawne, że wyciąg z aktu ślubu podpisała Jadwiga Tobera, ta sama, która była naszym świadkiem). Ze strony żony nikogo. Wesele w tym samym składzie czyli obiad w restauracji.


A potem wsiedliśmy do pociągu, bilety z tego przejazdu to właściwie jedyna pamiątka ślubna. W Krakowie na dworcu poznałem zupełnie nowiutkiego teścia. Inżynier kolejowy, vicedyrektor krakowskiej DOKP - to dlatego Eliza miała ulgę 80% na PKP. Załatwił nam apartament poślubny na dworcu Kraków Główny. To był służbowy pokój gościnny. Przez okno zaglądał do nas zegar dworcowy z podświetlaną tarczą, słychać było zapowiedzi pociągów. Przez prawie dwa tygodnie zwiedzaliśmy miasto, chodziliśmy do teatrów, spacerowaliśmy po ulicach Krakowa, jakiego już nie ma - romantyczny, nieco senny Rynek, żadnych turystów, popękane tynki na domach, zapuszczone podwórka starych kamieniczek, nostalgiczny nastrój Krakowa sprzed wojen. Byliśmy też z teściem na drugim weselu u Wierzynka.
Dalszy ciąg miesiąca miodowego spędziliśmy w Noclegowni Drużyn Konduktorskich w Zakopanem. Noclegownia była prawdziwa, ale tylko na parterze i I piętrze, na II były pokoje dla dyrekcji. Pierwszy raz wędrowałem po tatrzańskich szlakach, nie wchodziliśmy jednak na szczyty, bardziej od wyczynowych działań zajmowała nas kontemplacja krajobrazu i my w nim. To były wspaniałe chwile, dni, pogoda też nas rozpieszczała. Na trzecim weselu byliśmy już sami i za swoje pieniądze u Poraja na smażonych rydzach - smakowite cudo to było. W tamtych latach restauracja Poraja nie była aż tak snobistyczna jak obecnie, a więc i nie tak droga.
Sporo czasu zajmowały nam dyskusje przeradzające się niekiedy w kłótnie -  wciąż o te same problemy - co ważniejsze: miłość czy rozum, co lepsze: poezja czy proza. Przez następne lata szliśmy wedle tych własnych priorytetów - żona rzuciła studia i zdała się na mnie całkowicie, a ja wsiąkłem w prozę rzetelnego studiowania i pracy. 
Teść stanął na wysokości zadania i znalazł dla nas mieszkanie w Łodzi, dokładniej to pokój na poddaszu małego domku jednorodzinnego na przedmieściach - dzielnica Stoki, ulica Skalna. I nawet za pierwsze miesiące zapłacił - to była pierwsza pomoc finansowa z jego strony, na drugą to musieliśmy poczekać kilka lat.  

Lech

Lech wtrąca swoje trzy grosze.
Uważni czytelnicy pewnie spostrzegli - dzisiaj - 13 lipca - wypada kolejna rocznica tego wydarzenia. Fakt, że ten wpis został opublikowany właśnie w rocznicowym dniu jest absolutnym zbiegiem okoliczności.
Gratuluję Wam Tadku i Elizo tylu pięknych lat razem i życzę żeby nachodzące lata obfitowały w same pomyślne zbiegi okoliczności.

sobota, 11 lipca 2015

Lech  Lech

Wakacje 1960 roku. W lipcu pojechałem na wyprawę rowerową. Moim towarzyszem był Marek K. kolega z sekcji pływackiej. Potrzebny ekwipunek zapakowałem do plecaka, który przywiązałem sznurkiem do bagażnika. Najpierw musiałem dojechać sam do Łodzi, tam miał do mnie dołączyć Marek. Dystans trochę ponad 150 km. Postanowiłem rozbić to na 2 etapy, pierwszy do Piotrkowa Trybunalskiego.
Po godzinie złapał mnie silny deszcz. W tych czasach nie istniały plastikowe torby czy płachty, założyłem brezentowy skafander, plecak był tylko trochę nieprzemakalny. Na dodatek pojawiły się dość strome wzniesienia. Przypominam - rower nie miał przerzutki. Po drugiej godzinie jazdy miałem już tego dosyć. Przejeżdżałem przez jakąś wioskę, pamiętając doświadczenia sprzed 2 lat zapukałem do pierwszej z brzegu chaty - gospodarzu, a nie macie tam czasem mleka?
Gospodarz spojrzał na mnie spode łba - a co to do mnie pukacie, czy tu bar mleczny czy co? 
Czy to czasy tak się zmieniły czy może Dziecko Komuny nie powinno oczekiwać, że będzie traktowane tak jak przedwojenna Pani?
W rezultacie postanowiłm zakończyć etap w Końskich, zaledwie 50 km od startu. Nawet nie próbowałem szukać noclegu w stodole, znalazłem miejsce w hotelu, znalazłem bar mleczny. Po odpoczynku poszedłem do kina gdzie wyświetlali właśnie film - Do widzenia, do jutra - KLIK. W tym filmie również jakieś dziecko komuny nie miało szans. Ogarnęły mnie wątpliwości na temat tej wyprawy i całego mojego losu. Dzień dłużył się niesamowicie.

Następnego dnia zaświeciło słońce, postanowiłem jechać ile dam radę, może aż do Łodzi - 105 km. Połykając kilometry nie zatrzymałem się w Piotrkowie Trybunalskim, pedałowałem aż na horyzoncie pokazały się zabudowania Łodzi a przy szosie zauważyłem stodołę z napisem - Autostop - Noclegi.
To było coś nowego - autostop zmienił oblicze. Gospodyni spojrzała na mnie podejrzliwie - a pan nie autostopowicz. Zdziwiło mnie to, wydawało mi się, że zwiedzanie Polski na rowerze powinno budzić większy respekt niż jazda samochodem na łebka. Na szczęście miałem również książeczkę autostopu, to rozwiało wątpliwości. Gospodyni zabierała książeczkę na czas pobytu. Nie pamiętam czy pobierała opłaty za nocleg w stodole natomiast pobierała je za skromną kolację. Skorzystałem, nogi się pode mną uginały.
Z dalszej jazdy pamiętam bardzo mało. Spojrzałem na mapę i przypomniały mi się główne punkty na trasie: Turek-Konin-Września-Gniezno-Bydgoszcz i dalej, do Gdańska. Jedynym miejscem, którego zwiedzanie pamiętam to katedra gnieźnieńska. Cały czas zajmowała jazda i odpoczynek. Z noclegami w stodołach nie było żadnych problemów. Na szosach było dość pusto i raczej bezpiecznie. Nie spotkaliśmy rowerzystów podobnych do nas. W Gdańsku Marek kończył swoją jazdę, pozostawał tu na jakiś czas u swojej cioci. Ja pojechałem do Sopotu i przenocowałem u znanego dobrze z poprzednich wakacji stryja Władka. Minęło zaledwie 3 lata od moich ostatnich wakacji w Sopocie, ale wydało mi się, ze miasto bardzo się zmieniło na niekorzyść. Wszędzie tłok. Mimo zaproszenia stryja nie zostałem tu dłużej. Następnego dnia pojechałem w stronę Kaszub. Tam odwiedziłem ciocię Stasię. Nie pamiętam ani nazwy miejscowości ani jakiego rodzaju była to instytucja, musiała mieć jakieś powiązania z seminarium duchownym gdyż pamiętam dobrze wyposażona bibliotekę i ciekawe dyskusje z księżmi. W bibliotece były roczniki Tygodnika Powszechnego a w nich felietony Stefana Kisielewskiego, które bardzo przypadły mi do gustu.
Droga powrotne do Kielc również nie pozostawiła żadnych wspomnień. W sumie przejechałem blisko 1,800 km. Po kilku dniach odpoczynku w Kielcach pojechałem do Rzeszowa na obóz wojskowy.

To do tego miesiąca ćwiczeń wojskowych odnosi się tytuł wpisu. Jest to również tytuł piosenki zespołu Trubadurzy - KLIK.

Do Rzeszowa przyjechałem pociągiem o wczesnym świcie. Na dworcu spotkałem wielu kolegów. O 7 rano stanęliśmy przed bramą jednostki wojsk samochodowych. Dostaliśmy mundury, oddaliśmy swój dobytek do magazynu. Podzielono nas na plutony - pluton liczył około 20 osób. Nasz pluton miał dwóch dowódców - sierżanta Gibadło i kaprala Słowika.
- Kapralu Słowik, dajcie no tym studentom taką szkołę żeby śpiewali jak słowiki - powiedział dowódca jednostki.
- Rozkaz obywatelu pułkowniku!
Pierwszym zadaniem było przygotowanie sobie łóżek. Kapral Słowik pokazał nam jak ma wyglądać żołnierskie łóżko. Siennik wypchany bardzo dokładnie słomą miał być prosty i kanciasty jak pudełko od zapałek. Do tego twardy jak kamień. Dostaliśmy puste wory sienników żeby je napełnić słomą. Uwaga - brać tylko suchą słomę. W magazynie trochę przecieka, tej mokrej słomy pod żadnym pozorem nie brać. Suchej słomy było jak na lekarstwo. Wpychaliśmy do sienników co wpadło w ręce starając się żeby na powierzchni kłaść względnie suchą słomę. Dowódcy stali w drzwiach i poganiali. Ledwie zanieśliśmy sienniki do sypialni usłyszeliśmy rozkaz - sprzątanie terenu. Klatka schodowa i korytarze były zasypane kawałkami słomy. Zamietliśmy, pospieszylismy do sypialni - wszystkie łóżka były puste. Żaden siennik nie spełniał wymagań i dowódcy wyrzucili je przez okno. Przez następne kilka godzin na przemian wnosiliśmy sienniki na górę i sprzątaliśmy klatkę schodową. Myślę, że to wielokrotne wyrzucanie sienników przez okno przyspieszyło wysychanie mokrej słomy. W międzyczasie dostaliśmy obiad. Wszyscy bylo okropnie zmęczeni. Ktoś obznajmiony z wojskowymi praktykami pocieszył nas, że to nie może trwać dłużej niż do 10 wieczorem. Przed 10 odbywa się apel wieczorny, potem toaleta i punktualnie o 10 wojsko musi spać. Czekaliśmy więc tego apelu jak zbawienia. Kapral Słowik szkolił nas jak należy w wojsku spać. Zarówno kładzenie się do łóżka jak i wstawanie z niego odbywało się na trzy tempa.
Wstawanie:
1. komenda - Pobudka - usiąść w łóżku.
2. komenda - pobudka - odwinąć koc i spuścić stopy na podłogę.
3. komenda - wstać - stanąć przy łózku.
Kładzenie się:
1. komenda - Na komendę - stanąć przy łóżku.
2. komenda - do łóżka - odchylić koc i usiąść na łóżku trzymając stopy na podłodze.
3. komenda - spać - położyć się na wznak i nakryć kocem.
Teraz, wcześniej wyznaczona osoba musiała odśpiewać capsztyk. Purystów językowych proszę o niezabieranie głosu. Tu nie ma pomyłki - w latach 1960-63 w wojsku odśpiewywało się CAPSZTYK i basta! Wyznaczony kolega stawał na krześle i śpiewał wątłym głosem - caaaaaaaapsztyk. Następnie kładł się do łóżka a kapral Słowik dodawał jeszcze swoją własną komendę: w prawo zwrot! Prawa ręka na sercu, lewa ręka na sęku. Gasił światło i wychodził.
Byliśmy tak zmęczeni, że każdy natychmiast zasnął. Po kilku minutach obudził nas huk otwieranych gwałtownie drzwi, zapalone światło i komenda: pobudka-pobudka-wstać! Sprzątanie terenu! Oczywiście - wojsko musi o 22 iść spać, ale porządek musi jednak być. Po godzinie wróciliśmy do łóżek, ale wezwano nas do sprzątania jeszcze dwa razy tej nocy.

Pobudka poranna o 6, kilkanaście minut później półgodzinna gimnastyka poranna. Trudno to było nazwać gimnastyką. Po kilku wymachach ramion ustawialiśmy się czwórkami i biegaliśmy wokół placu alarmowego. Po gimnastyce toaleta poranna. Po powrocie do sypialni okazało się, że kilka łóżek straciło przez noc swój regulaminowy wygląd - sienniki wyleciały przez okno. Znowu upychanie sienników i sprzątanie terenu. Na szczęście o 8 zaczynały się zajęcia.
Kapral Słowik narzekał - to żadne wojsko - rekrut musi ćwiczony minimum pół roku, bez żadnych przerw, inaczej to jest zabawa.
- E tam wojsko, wojsko, to i tak ruskie wojsko - odpowiadali niektórzy.
- Ruskie, polskie czy carskie, dla chłopa ze wsi to żadna różnica - odcinał się kapral. 
Czas wolny po zajęciach zajmowało nam nieustanne porządkowanie terenu. Już po dwóch dniach rozpracowaliśmy system. Trzeba było mieć zawsze przy sobie jakąś szmatę. Gdy wpadał któryś z dowódców trzeba było udawać, że się coś wyciera. Dobrym miejscem była klatka schodowa gdyż był czas na zajęcie właściwej pozycji. Najlepszym miejscem była ubikacja. Tu należało mieć pod ręką wiadro pełne wody. Ilekroć ktoś wchodził chlustało się tą wodą pod nogi przybysza - nikt nie miał wątpliwości, że tu robota wre. Byle do przysięgi -  mówili lepiej poinformowani.

Po dwóch dniach kilku kolegów rzuciło propozycję, że sami poprowadzimy gimnastykę poranną - pokażemy im bezsens tego biegania w kółko. Propozycja została przyjęta entuzjastycznie. Ku naszemu zaskoczeniu dowództwo przychyliło się do naszej prośby. Następnego dnia inicjator pomysłu przejął komendę. Wymachy ramion, skłony, przysiady. Niestety wielu kolegów tylko markowało ćwiczenia, nie trzymali tempa, niektórzy nie ćwiczyli wcale. Po kilku minutach prowadzący ćwiczenia zaciął się. - Chłopaki, co teraz? - padło kilka propozycji, ale generalnie zapanowało zupełne rozprzężenie.
- Kompania, na moją komendę - w czwórki w prawo zwrot! Biegiem naprzód - marsz! - zakomenderował kapral Słowik. Wszyscy równo wykonali rozkaz. Nikt już nie zgłaszał żadnych inicjatyw.

Wreszcie nadszedł dzień przysięgi. Już od kilku dni poświęcaliśmy wiele czasu na musztrę, parady i krok defiladowy.
- Chłopaki - pamiętajcie, podczas przysięgi, przed każdym zdaniem mówcie po cichu - nie - radzili domorośli eksperci.
Sama ceremonia nie pozostawiła zadnych wrażeń. Nasi bezpośredni dowódcy dziwili się, że na przysięgi nie przyjechali nasi najbliźsi. 
- Przysięga, to przysięga. Dopiero po przysiędze człowiek ma prawdziwy honor i nikt mu nie ubliży. To jest bardzo ważny dzień, ważniejszy niż bierzmowanie.
- Człowiek ma zawsze honor - oponowaliśmy.
Kapral Słowik i sierżant Gibadło kręcili z powątpiewaniem głowami - nie macie pojęcia jacy ludzie sa ciemni i niepozbierani. Dopiero w wojsku uczą się jak się przedstawić, jak utrzymać rzeczy osobiste w porządku, że trzeba mieć plan dnia, że na pytania trzeba odpowiadać krótko i na temat.
Honor - wyście wszyscy tacy honorowi a niech tylko kula świśnie nad głową to każdy tylko o swojej d... myśli. Człowiek musi dostać dobrze w kość żeby wykonał rozkaz w każdych warunkach.

Po przysiędze wszyscy dostaliśmy przepustki. Ruszyliśmy ławą do miasta. Po chwili potworzyły się mniejsze grupki, które zakotwiczyły się w mijanych kawiarniach i restauracjach. Piliśmy wino, zerkaliśmy na siedzące przy sąsiednich stolikach dziewczęta. Niektórzy ruszyli do tańca. Powrócili do stolików z informacją, że cały Rzeszów wie o naszej przysiędze, wszystkie dziewczyny na nas czekają. Chyba tak było, na parkiecie zaroiło się. Dziewczęta były przesadnie wymalowane i wyperfumowane. Nowoupieczeni zołnierze pili zbyt dużo wina. Ostrzeżono nas, że lepiej nie chodzić do baru gdyż ten jest zdominowany przez długoterminowych, poborowych, ktorzy szukają okazji do bójki. Nie czułem się zbyt dobrze w takiej atmosferze. Do koszar wróciłem przed czasem. Nie wykorzystałem okazji do wyjścia na następną przepustkę.

Nasze ćwiczenia obejmowały jazdę samochodem, pracę w warzsztacie samochodowym, zajęcia z taktyki. Do naszego stałego wyposażenia należały maski gazowe i mieliśmy kilka okazji z nich skorzystać. Do tego przeznaczony był osobny, szczelny namiot, w którym rozpylono gaz łzawiąco-krztuszący. Do namiotu wbiegaliśmy bez masek na twarzach grupkami po 4 osoby. Musieliśmy dobiec do jakiegoś stołu i dopiero tam wolno było założyć maskę. Każdy posmakował nieco gazu, niektórzy zbyt wiele. To było ohydne doświadczenie.
Natomiast dużą atrakcją było strzelanie. Wielkie ciężkie karabiny pamiętające II Wojnę zastąpił pistolet maszynowy, popularny do dzisiaj, kałaszników czyli AK-47... 

AK47
Ja w głębi, na pierwszym planie Daniel - mój partner z praktyki w Nowej Hucie i kajakowania na Mazurach.

Po pierwsze niezwykla prosta konstrukcja. Zmorą jeszcze z czasów szkolnego przysposobiania wojskowego było zapamiętanie opisu pracy zamka karabinowego - "...pazur wyrzutnika łuski śłizga się skośnie po gładzi komory nabojowej...". W AK-47 zamek składal się z niewielu części, opis działania mieścił się w jednej linijce. Po drugie - skuteczność. Świetnie skonstruowane elementy celownicze, trudno było nie trafić do celu. Chyba wszyscy uzyskali na strzelaniu wyniki conajmniej dobre.

Najbardziej czekaliśmy oczywiście na naukę jazdy. Do dyspozycji mieliśmy stare i ciężkie ciężarówki ził. Największym problemem było wrzucić drugi bieg. Sprzęgła były dość kapryśne, jazdy odbywały się na wyboistym terenie, wydawało się, że wystarczy na chwilę zdjąć nogę z gazu a samochód się zatrzyma. Jechaliśmy więc przy ogłuszającym ryku silnika na pierwszym biegu czekając aż będzie trochę z górki i samochód się rozpędzi. Prowadzony przeze mnie samochód już po minucie wpadł do rowu. Było pod górkę i pod słońce, nic nie widziałem. Wyskoczyliśmy z samochodu, ja bardzo przestraszony, instruktor okropnie zmieszany. Po chwili podjechał do nas gazik - co się gapicie poborowy, wskakujcie szybko czas jazdy wam ucieka. Zawieźli do mnie do następnego samochodu. Mój instruktor dostał za karę 3 dni ZOK - zakazu opuszczania koszar. Samochód miał złamany resor i w czasie wolnym pomagałem mojemu niefortunnemu instruktorowi w jego wymianie.

 Wreszcie oczekiwany koniec ćwiczeń, jeszcze tylko zdjęcie pamiątkowe...

Do cywila

W środku nasi bezpośredni dowódcy, sierżant Gibadło i kapral Słowik.

wtorek, 07 lipca 2015

Lech Lech

Byłem więc na drugim roku studiów. Nie musiałem już się obawiać, że mnie wyrzucą z uczelni, zostanę inżynierem.

Pierwsza sprawa to akademik, który będzie moim domem przez następne 4 lata, a może i dłużej. Przydzielono mi miejsce w 4-osobowym pokoju nr 836, na 8. piętrze. Pokój miał powierzcjnię około 14 m2. Wejście prowadziło do malutkiego przedpokoju, w którym był wieszak na wierzchnie ubrania. Po jednej stronie przedpokoju wnęka z umywalką, tylko zimna woda, po drugiej szafki na ubrania.
W pokoju dwa piętrowe łózka. Między łóżkami a wnękami po jednej stronie stół, po drugiej półka na ksiązki itp. Na każdym piętrze była wieloosobowa toaleta oraz kuchnia i pralnia. Pościel prała nam administracja akademika, koszule oddawałem do prywatnej pralni na ul. Filtrowej.
Koszt mieszkania - 140 zł miesięcznie, ale każdy mieszkaniec, który nie powtarzał roku, otrzymywał stypendium mieszkaniowe w wysokości 120 zł. Przyznano mi również pełne stypendium pieniężne - 450 zł i stypendium stołówkowe. Stypendium stołówkowe oznaczało, że miesięcznie za posiłki musiałem zapłacić około 360zł. Jego wartość praktyczna była ogromna. Moja sytuacja finansowa była lepsza niż mojej Matki.
Wielka stołówka mieściła się na parterze. Śniadanie - płatki owsiane, kawa lub herbata, chleb, masło, ser żółty i dżem. W niedzielę nie było płatków owsianych, za to były wędliny i jajka. Obiad - zupa, drugie danie, kompot. Kolacja - pewnie podobna do śniadania tylko bez zupy mlecznej. Życie bez stołówki trudno było sobie wyobrazić gdyż w naszych pokojach nie było warunków do przechowywania żywności ani do spożywania posiłków.

Moimi wspólokatorami byli koledzy z tego samego roku. Najbardziej zaprzyjaźniłem się z Ryszardem K., który zaczął towarzyszyć mi w wizytach do Filharmonii Narodowej. Nikt z nas nie palił. Byłem przyzwyczajony do dymu papierosowego gdyż paliła moja Matka jednak w pokojach, w których palili wszyscy mieszkańcy, trudno było oddychać. Nie graliśmy w pokoju w karty, chyba nie piliśmy alkoholu, idealne warunki do studiów.
Nasz pokój był po zewnętrznej stronie budynku. Korytarz oddzielał go od pokoi po wewnętrzej stronie, których okna wychodziły na głęboki i ponury dziedziniec - studnię. Pokoje wewnętrzne były dwuosobowe i mieszkali w nich studenci wyższych lat. Studnia nie była bezpiecznym ani spokojnym miejscem. Niektórzy wyrzucali tam butelki po winie. Często sfrustrowany student otwierał okno i dzielił się z innymi swoją złością wrzeszcząc na cały głos - LEOOON! Wybór właśnie tego imienia wynikał pewnie z jego echotwórczych właściwości. Na ten okrzyk otwierały się inne okna i podchwytywały imię. To trwało dobre kilka minut.

Druga bardzo istotna zmiana to pojawienie się w programie studiów służby wojskowej. Studenci unikali poboru do wojska. Zamiast tego mieli przez 3 lata jeden dzień w tygodniu przeznaczony na zajęcia w Studium Wojskowym, które mieściło się przy ulicy Koszykowej, zaledwie 3 przystanki tramwajowe od akademika. My, jako studenci wydziału mechanicznego, zostaliśmy przydzieleni do służby samochodowej. Po ukończeniu Studium studenci zostawali przeniesieni do rezerwy ze stopniem podporucznika.
Studium wojskowe obowiązywało tylko mężczyzn, nasze koleżanki miały jakieś zajęcia z samoobrony, ale przez większość studiów miały jeden dzień wolny w tygodniu.
Otrzymaliśmy mundury - buty, brezentowe spodnie i bluza, pas, wełniany płaszcz i czapka. To musieliśmy przechowywać w domu. Fasonem było traktować zajęcia wojskowe z wyższością. Po pierwsze - nie dbać o mundur. A zatem nie czyścić butów,nie przyszywać urwanych guzików przy płaszczu, mocować je na zapałkach. nie prać bluzy i spodni.
Po drugie - traktować naszych wykładowców z lekceważeniem. Na internecie można znaleźć całe strony pełne dowcipów ze studium wojskowego. Niektóre całkiem dobre, nic dziwnego - tworzyli je od początku do końca dowcipni studenci - w praktyce takie sytuacje zdarzały się rzadko.
Nasi wykładowcy byli w większości inteligentnymi, wykształconymi, ludźmi. Dobrze przygotowani do wykładów, chętni do podzielenia się ze studentami swoją wiedzą i doświadczeniem. Niestety nie było chętnych odbiorców. To była trzecia reguła - na zajęciach drzemać. Sprzyjało temu zawiesiste powietrze w salach wykładowych - efekt nieprania mundurów.
Jako przyszła służba samochodowa mieliśmy sporo wykładów na temat budowy i konserwacji samochodu. Na trzecim roku studiów, na zajęciach z termodynamiki, wdałem się w dyskusję z wykładowcą. Słuchał mnie z uznaniem. Skąd pan to wie? - zapytał - pan powtarza rok?
- Nie, nam to wykładali na studium wojskowym - odpowiedziałem.
Wykładowca był chyba trochę niemile zaskoczony. Na sali rozległy się nieprzyjazne komentarze - on nie spał na wojsku.
Mieliśmy dwa przedmoty praktyczne - musztra i strzelanie. Do obu byłem przygotowany podczas 3 lat Przysposobienia Wojskowego w szkole średniej. 45 minut musztry było dobrym odprężeniem i okazją do odetchnięcia świeżym powietrzem. Strzelanie to było całkiem nowe doświadczenie. W szkole strzelaliśmy z karabinków sportowych - kbks, tu dostaliśmy do ręki pełnowymiarowy karabin. Pierwsze strzelanie było w pozycji leżącej, trzeba było oddać 3 strzały do tarczy. Szykowałem się do strzału gdy nagle wydało mi się, że ktoś walnął mnie pałką w głowę - dzwonienie w uszach, gwiazdy przed oczami. Nikt mnie nie uderzył, to strzelił kolega z prawej strony. Więc to tak mocno bije, przycisnąłen kolbę do ramienia z całej siły żeby uniknąć kopnięcia przy odrzucie, wymierzyłem - walnięcie z lewej strony. Znowu potrzebuję trochę czasu żeby odzyskać równowagę i wzrok. Strzeliłem prawie bez celowania gdyż obawiałem się, że kolejne strzały nigdy nie dopuszczą mnie do głosu.
Strzelaliśmy również z pistoletu TT. Pistolet trzeba było bardzo mocno ściskać w dłoni żeby odrzut go nie wyrwał. Okazało się, że niełatwo jest uniknąć drgania ręki. Koledzy nauczyli nas sprytnego tricku - razem z kolbą pistoletu chwycić w dłoń skrawek rękawa - to stabilizowało rękę.  Nie wiem dlaczego nasi instruktorzy pilnowali zebyśmy nie stosowali tego oczywistego ułatwienia.

Na drugim roku zdecydowanie przeważały przedmioty inżynierskie, jedynym przedmiotem "szkolnym" była matematyka. Ona jednak wkroczyła w niedostępne dla mnie rejony - transformacja Fouriera, równania Cauchy-Riemanna. Nasza pani wykładowca żmudnie przepisywała swoje notatki na tablicę, studenci kopiowali, nie pamiętam zbyt wielu dyskusji na przerabiane tematy. Nie było więc rady - na egzaminie trzeba było korzystać z gotowców. Tu nie było żadnych karteczek, temat dyktowano nam na egzaminie. Tematów egzaminacyjnych było około 20, mieliśmy więc przygotowane gotowce na każdy z nich. Ktoś w ostatnim rzędzie szybko wertował ukryte w torbie gotowce. Gdy znalazł ten wybrany na egzamin informował kolegów - numer 17. Przez następną godzinę lub więcej trzeba było czymś zapełniać kartki papieru, po tym czasie wystarczyło odliczyć 17 gotowców (wszyscy mieli je ułożone w tej samej koleności) i dokonać podmiany.

Młotek

Mieliśmy także warsztaty mechaniczne. Tu zetknęliśmy się praktycznie z obróbką skrawaniem. Praca na wiertarce, tokarce, frezarce. Zobaczyliśmy w akcji nóż Kolesowa, obiekt zachwytów propagandy lat 50. Jednak najpierw musieliśmy własnoręcznie wykonać głowicę młotka. Najtrudniejszą sprawą było spiłowanie górnej części młotka - usunięcie części materiału zakreskowanej na rysunku. Robiliśmy to ręcznie, pilnikami. Piłowanie twardej stali to była ciężka praca i tylko niewielu z nas udało się to dobrze zrobić. 

Trzy przedmioty inżynierskie miały charakter teoretyczny - wytrzymałość materiałów, metaloznawstwo, teoria mechanizmów i maszyn. Pozostałe to były już specyficzne technologie - spawanie, odlewnictwo, obróbka skrawaniem, obróbka plastyczna, budowa obrabiarek. Pod koniec drugiego roku studenci wybierali technologie, w której zamierzali się specjalizować. Ja i koledzy z mojej grupy dokonaliśmy wyboru przed rozpoczęciem studiów - organizacja i ekonomia.
Większość z nas czuła pewną zadrość. Kierunki technologiczne prowadzili wspaniali specjaliści - odlewnictwo prof Skarbińśki i dr Murza-Mucha, obrabiarki prof Gwiazdowski, spawanie prof Nekanda-Trepka, obróbka plastyczna prof Pełczyński. O naszej specjalności nie wiedziano nic - szkoła dyrektorów żartowali z nas koledzy.
Inna rzecz, że zdawałem sobie sprawę, że sztuka inżynieryjna daje imponujące efekty i jest bardzo ciekawa przy pierwszych kontaktach. Diabeł tkwi w szczegółach. To jest podobne do matematyki - pasjonuje na etapie równań z jedną lub kilkoma niewiadomymi a w zanadrzu chowa Fourriera i Cauchy-Riemanna.

Znamiennym spotkaniem ze sztuką inżynierską był przedmiot Tolerancje i pasowania. Podstawy były ciekawe - czy można jakąś część maszyny wykonać dokładnie według rysunku, na przykład pręt o średnicy 5 mm? Nie można. Chwileczkę - czy można tę średnicę dokładnie zmierzyć? Nie można. Wniosek - przyrząd pomiarowy musi być wykonany z większą dokładnością niż przedmioty, do których mierzenia jest przeznaczony. To nie koniec, zależy co mierzymy. Średnica pręta nie stwarza problemu, ale na przykład twardość materiału na jego powierzchni. Na powierzchni? A gdzie jest ta powierzchnia - spójrzcie przez mikroskop - powierzchnia tego, dokładnie wyszlifowanego pręta, przypomina może nie Alpy, ale conajmniej Góry Świętokrzyskie. Więc gdzie zaczyna się jego powierzchnia? Na szczytach? Jedyne wyjście to wbić przyrząd pomiarowy w tę powierzchnię, tak żeby poczuć opór. Ale uwaga - nie za głęboko bo powstaje ryzyko, że proces pomiaru zniekształci mierzony obiekt, mierzymy już nie to co było naszym zamiarem.
Konkluzja - konieczna jest tolerancja. Tolerancja zależna od przeznaczenia przedmiotu. Część nie musi byc wykonana dokładnie, musi być wykonana nie gorzej niż na to pozwala tolerancja.
Pasowanie - pręt ma być na siłę wciśnięty w otwór. Co to znaczy na siłę? Na jaką siłę? Znowu tolerancja. Powiedzmy, że pręt powinien być o 0.1 mm grubszy niż średnica otworu - z tolerancją 0.05 mm. W takim razie jakie tolerancje zastosować do pręta i do otworu? Czyżby 0.025 - połowę tego 0.05mm? Nie, wystarczy tolerancja 0.1 dla każdej części z osobna, trzeba je tylko dopasować. 
Przekładałem to na sytuacje życiowe - "nie gorszy niż" to było jakieś równanie w dół. Powierzchnia - gdzie zaczyna się sfera osobista człowieka? U niektórych osób już w promieniu pół kilometra. Jak bardzo trzeba się zbliżyć do innej osoby żeby ją poznać? Czy trzeba nacisnąć tak żeby poczuć ból? Czy za bliskie poznanie grozi zniszczeniem związku? Dopasowanie - czy to należy tłumaczyć na - każda potwora znajdzie swego amatora?
Profesor Wolniewicz wyrywał mnie z tych rozważań - do tego są tablice norm. Polskie Normy nie są zbyt szczegółowe, często korzystamy z radzieckich norm GOST - KLIK. Radzieckie normy - to rozwiązywało wiele problemów. Również tych życiowych.

Na marginesie studiów była nauka języków. Niemieckiego uczyłem się na lektoracie. Lektorka - pani Rosemary Tertel - była sympatyczna i miała duże poczucie humoru. Nie wymagała od studentów zbyt wiele, ale było mi przyjemnie zaskoczyć ją swoimi postępami. Przy okazji stwierdziłem, że chyba górowałem swoimi umiejętnościami nad resztą grupy, profesor Miętus dał mi dobre podstawy.
Angielski - starałem się wykorzytać każdą możliwą okazję by z niego korzystać. W Klubie Międzynarodowej Książki i Prasy były dostępne pisma angielskie i amerykańskie - The Times, The Guardian, New York Herald Tribune. Z tej ostatniej pamiętam felietony Arta Buchwalda - KLIK - takie teksty mogłyby ukazać się w naszej Polityce, a więc żyjemy w normalnym świecie.
Nadal próbowałem korepondować z osobami, których adresy podawało najpierw Dookoła Świata a potem pismo Radar. Wspominałem już, że takie kontakty kończyły się po wymianie 3-4 listów. Jednak jeden przetrwał aż do dziś - tak - 55 lat!

Ferie zimowe spędziłem w Kielcach. Przed Świętami nadeszła sensacyjna wiadomość - ciocia Krysia, siostra Matki mieszkająca w Nowym Jorku, zaprosiła Matkę do siebie na rok. Czytaliśmy ten list z niedowierzaniem - wróźby się spełniają. Kilkanaście lat wcześniej, jeszcze zanim zacząłem uczęszczać do szkoły, przysiadła się do nas w parku znajoma Matki, bardzo elegancka pani. W którymś momencie spytała - czy ja mogę państwu powróżyć z ręki? Proszę nikomu o tym nie mówić, ale ja mam zdolności w tym kierunku. Oczywiście nie biorę żadnych pieniędzy. Najpierw wróżyła Matce. Po chwili skrzywiła się - pani pojedzie za wielką wodę, ale to nie będzie dobra podróż. Potem wróżyła mnie - ależ urozmaicone życie, podróże, podróże na koniec świata. Matka była bardzo zadowolona z wróżby dla mnie, ale potraktowała cały incydent sceptycznie - nie ma co robić tylko ludziom bajki opowiada, wszyscy odbędą dalekie podróże, jakie to naiwne. W tym czasie nie wiedzieliśmy jeszcze, że ciocia Krysia przebywa w USA.
Teraz wróżba stała się faktem. Do listu załączone było formalne zaproszenie. Ciocia zarezerwowała bilet na statek Batory na marzec. Nie było co się zastanawiać nad ostrzeżeniem wróżki, Matka złożyła podanie o paszport. Wyjechała przed Wielkanocą.

MöveWielkanoc spędziłem w Kielcach pod opieką gastronomiczną naszej sąsiadki. Od cioci Krysi dostałem w prezencie rower. Kolejny przykład niepraktycznego podejścia Cioci. W Polsce można było dostać bardzo przyzwoite rowery produkowane w Bydgoszczy. Taki rower kosztowałby poniżej 20$ sprzedanych na czarnym rynku. Ciocia zapłaciła około 35$. Decyzji ofiarodawcy nie można było zmienić, dostałem rower Möve produkcji NRD. Bardzo solidny, oczywiście bez przerzutki. Przez 3 dni wyprowadzałem rower wieczorem do pobliskiego lasu i tam, w ukryciu, uczyłem się jeździć. Po trzech dniach wyszedłem na szosę i przejechałem około 50 km. To otwierało nowe możliwości, przyszedł mi pomysł żeby spędzić na rowerze miesiąc wakacji. Drugi miesiąc był zarezerwowany na obóz wojskowy.

piątek, 03 lipca 2015

 Tadeusz
Po zdanym egzaminie do wyższej uczelni artystycznej uczułem, że wkraczam na zupełnie nową drogę. Przed rozpoczęciem roku akademickiego miałem jeszcze bardzo dobry wypoczynek po moich nazbyt urozmaiconych ostatnich kilku miesiącach. Pojechałem do sanatorium w Szczawnie-Zdroju. Standardowe sanatorium to było darmowe 28 dni pobytu oraz  zwrot kosztów przejazdu. W PRL dla studentów istniała bardzo dobrze zorganizowana służba zdrowia. W Łodzi do dyspozycji były specjalistyczne przychodnie najlepszej medycznej uczelni czyli Wojskowej Akademii Medycznej. Otrzymanie miejsca w sanatorium w czasie letnim to była oczywistość. Przychodnie stomatologiczne były na najwyższym poziomie. Popularnie nazywaliśmy to "palmą" - Pomoc Lekarska Młodzieży Akademickiej. Formalnie byłem nadal studentem Uniwersytetu, stąd miejsce dla mnie znalazło się jeszcze przed przed rozpoczęciem toku studiów w nowej uczelni.  W sanatorium ze wskazaniem na leczenie kamicy i ogólnego mnie wzmocnienia miałem zlecone wiele zabiegów balneologicznych, ale większość opuszczałem.  Najprzyjemniejsze było granie w brydża w doskonalym gronie imponujących partnerów z elit warszawskich uczelni - były wakacje i szacowni profesorowie mieli swój czas na bywanie u wód. Byłem beniaminkiem brydżystów - jako bardzo młody, a jednak grać umiejący. Bardzo to bechtało moją ambicję. Najlepszy dom zdrojowy, którego byłem pacjentem, główne pomieszczenie socjalne czyli odpowiednik swietlicy miał w sali balowej z kilkunastoma stolikami do gry w brydża pokrytymi zielonym suknem, z pięknymi fotelami i dwiema popielniczkami na stojaczkach na  dwóch rogach stolika. Najciekawszym zabiegiem na moje kamienie nerkowe było picie na czczo wody mineralnej, piwa i dodatkowo zastrzyk rozkurczowy. Niewiele to jednak pomogło, dopiero w następnych latach, gdy zawitał u nas rock-and-roll podlany alkoholem spowodował on upragniony poród.  Zabiegiem powszechnie zalecanym w tamtych czasach, a dziś traktowanym jako zabójcze działanie, były naświetlania lampami kwarcowymi dające poza wytworzeniem witaminy D, piękną opaleniznę. Ponieważ tragicznych skutków naświelania promieniami UV jeszcze nie znano więc zaszkodzić mi nie mogły, to i nie zaszkodziły. Naświetlania kwarcówkami nie były jednak tylko obrazem nieświadomości i staroświeckości tamtej medycyny. Aż do lat sześćdziesiątych krzywica, obok gruźlicy, była bardzo powszechnym schorzeniem, spowodowanym właśnie brakiem witaminy D. Dzieciaki bardzo często miały sterczące dolne żebra - taki typowy, prócz krzywych nóg, symptom tej choroby. 
Po sanatorium posiedziałem 2 tygodnie u brata mamy, wujka Czesława, pracownika służby celnej w Małaszewiczach. Obsługiwał stację przeładunków ropy z ZSRR i mieszkał w przepięknym zbudowanym z dala od innych siedzib osiedlu malutkich, zgrabnych domków jednorodzinnych. Wujek Czesław był jednym z tych, którzy gdy Piłsudski wkroczył do Kielc w 1914 roku to do niego dołączyli - znalazł się w słynnej I Brygadzie wśród ułanów Beliny-Prażmowskiego.


Sprawował się tam na tyle walecznie, że Krzyż Walecznych otrzymał. Wujek Czesiek był idealnym przykładem weterana, który w cywilu niezbyt się znajduje i dawne wojskowe obyczaje chciałby na starość zachować. 
Początek roku akademickiego był radosny. Dostałem stypendium 500 zł. Miejsce w akademiku i wszystkie posiłki w stołówce - łączne koszty niewiele przekraczały stypendium. Akademik mieścił się w starej kamienicy na Bałutach - taki odpowiednik ówczesnej warszawskiej Pragi. Pokój dla trzech studentów  około 14 m2, umywalka z zimną wodą, piec kaflowy (rano przychodziła kobieta paląca w nim), 2 biurowe szafy na ubrania, podłoga drewniana - deski, na ścianie wisiał głośnik radiofonii bezprzewodowej, taki, jaki miałem w Kielcach. Ubikacja na piętrze jedna, obok niej kuchenka gazowa, prysznic w piwnicy z wyznaczonymi godzinami ciepłej wody, której ostatnim użytkownikom  to już brakowało.  Rzecz oczywista - akademik męski. Skład był bardzo zróżnicowany ponieważ to był akademik szkół artystycznych. Aktorzy byli największą atrakcją ponieważ wspaniale umieli opowiadać dowcipy i zwyczajne opowieści, z tych do dziś znanych pamiętam Malanowicza, Bukowskiego, Rajzachera. Najbardziej uciążliwi byli muzycy, ktorzy ćwiczyli na swych instrumentach - wyganianie ich do piwnicy nie likwidowało strasznych dźwięków powtarzanych gam. My plastycy najczęściej graliśmy w kanastę lub brydża. Przed sesją, gdy już należało wykonać "artystyczne" prace, albo wkuć jakieś techniczne szczegóły, dla przerwania passy karcianej ustawiliśmy na podłodze domek z kart i podpaliliśmy. W moim pokoju było nas trzech z różnych lat. Jednakże ponieważ najważniejsza część przedmiotów była ta sama - malarstwo, rysunek, kompozycja - nie było ani hierarchii ani animozji. Dziewczyny nas odwiedzające musiały w portierni na dole zostawiać legitymacje, po 22 były głośno przez portiera wywoływane i  wypraszane. Nie pamiętam ani jednego incydentu, wrzasków ani awantur alkoholowych - choć wino pite było - najbardziej lubiliśmy różne wytrawne węgierskie i tuniską Gelalę. Na piwo jeszcze moda nie nastała. Stołówka akademicka była dla tej samej artystycznej braci. Znajdowała się w suterenie pięknej, ale wówczas mocno zaniedbanej, pałacowej siedziby szkoły aktorskiej i muzycznej. Tu były już obie płcie i ta druga ozdabiała szarą, piwniczną atmosferę buziami pięknej Poli Raksy, Joanny Jędryki czy Starosteckiej - dziewcząt wtedy bardzo bezpretensjonalnych i koleżeńskich. Przy aktorkach nasze i muzyczne koleżanki były trochę myszowate.
Jedzenie było takie sobie, najgorszy był w poniedziałki na obiad surowy śledź z kartoflami i kiszoną kapustą (w PRL piątki bezmięsne były w poniedziałki). Można było dostać dolewkę zupy i dodatkowe kromki chleba - to była też rezerwa wykorzystywana przez kolegów, którzy obiadów akurat nie wykupili. Po obiedzie czasami, gdy nie mieliśmy popołudniowych zajęć, stołówka służyła jako klub, rozmowy przy stoliku, dyskusje, granie w zapałki, dopóki nas kucharki nie wyprosiły. Palenie oczywiście wszędzie dozwolone. Śniadań nie pamiętam, chyba robiliśmy sobie byle co w akademiku. 
Dojazd tramwajem był dość długi. Tramwaje  tamtych czasów miały swoją specyfikę, zupełnie poza tematem studiów. W okresie dużego ruchu były zapchane i przy wejściach wisiały winogrona czyli grupki pasażerów stojących jedną stopą na progu, i jedną ręką trzymających się jakiejś poręczy. Drzwi tramwaju przeważnie były otwarte podczas jazdy. W każdym wagonie był konduktor, który sprzedawał i kasował bilety.  Jazda na gapę była praktycznie niemożliwa (poza wiszeniem przy wejściu na zewnątrz). Ale bilet kosztował tylko 15 groszy - ulgowy oczywiście, normalny całe 45. Grą na przetrwanie było dobieganie do jadącego tramwaju i wskoczenie na skrawek stopnia łapiąc się jednocześnie jakiegoś wystającego fragmentu, czasem dłoni kolegi.  Wyskakiwanie w biegu także wymagało wprawy - należało gwałtownie przed skokiem odrzucić się do tyłu - szybkość odrzutu odejmowała się od szybkości pojazdu i lądowanie było stosunkowo bezawaryjne. Te metody stosowane były także przy pociągach. Przy wskakiwaniu do rozpędzonego już pociągu zginął we Wrocławiu Zbyszek Cybulski. 
Taki jest mój wakacyjny i socjalny wstęp do opisu nowych studiów.

środa, 01 lipca 2015

Lech  Lech

Praktyka robotnicza w Nowej Hucie. Pojechałem na nią razem z Danielem, kielczaninem, którego poznałem dopiero na studiach. To było w jakiś sposób spełnienie moich dziecinnych tęsknot gdy oglądałem reportaże o dzielnych brygadach młodzieżowych budujących nowe miasto. Nowa Huta nie rozczarowała mnie...

Nowa Huta

... szerokie ulice, sporo zieleni, nowe domy przypominające MDM. Dostaliśmy zakwaterowanie w czteroosobowym pokoju w hotelu robotniczym. Nasi współlokatorzy odbywali taką samą praktykę. Przed 6 rano zabierał nas do pracy autobus. Huta robiła dużo większe wrażenie niż na kronikach filmowych. Potężne urządzenia, płynne żeliwo i stal, rozgrzane do białości stalowe płyty pędzące po wirujących walcach, białe węże walcowanych prętów. To budziło respekt, kroniki nie kłamały.
Nasza praktyka odbywała się na odlewni żeliwa. Jednym z naszych zadań była pomoc w przygotowaniu form odlewniczych w ziemi. Ziemia w odlewni była wilgotna i kleista. Odlewano w niej elementy dużych konstrukcji. Kopano dół, w którym umieszczano drewniany model. Po wyjęciu modelu trzeba było utwardzić powierzchnię formy szkłem wodnym. Po kilku godzinach zalewano formę płynnym żeliwem. Po dwóch dniach odlew stygł na tyle, że można było go odkopać i oczyścić. Współraca z robotnikami układała się dobrze. Nadzór techniczny troszczył się o naszą wiedzę. Wykłady profesora Szczawińskiego nabierały właściwej barwy, chyba potrafię zdać ten egzamin bez pomocy gotowców.
Za pracę w warunkach szkodliwych dla zdrowia każdy z nas otrzymywał przydział 2 litry mleka dziennie. Odkryliśmy, że mleko wlane do butelki po wodzie sodowej bardzo szybko kwaśniało, doskonały dodatek do kolacji. Pracę kończylismy o 2, potem obiad w zakładowej stołówce. Lipiec był słoneczny więc często chodziliśmy na basen. Tam okazało się, że Daniel nie umie pływać, niezła rekomendacja dla partnera do wycieczki kajakowej po mazurskich jeziorach.
Podczas pobytu w Krakowie zauważyłem plakat informujący, że wkrótce odbędzie się przedstawienie dyplomowe Wyższej Szkoły Teatralnej - Pies Ogrodnika Lope de Vega a wystąpi w nim córka stryja Ziemowita - Anna. Anna ukończyła historię sztuki i jej późniejsze studia aktorskie były rodzinną sensacją. Moja Matka nie wróżyła jej sukcesów - ma niezbyt mocny głos i jest przeintelektualizowana - stwierdziła - nie będzie miała wystarczającej spontaniczności. Jednak w roli hrabiny Diany Anna wypadła bardzo dobrze. Widząc jej kapryśne igraszki z wieloma zalotnikami nie miałem śmiałości odwiedzić jej po przedstawieniu.

Do Kielc wracaliśmy autostopem. Autobusem dojechaliśmy na obrzeża Krakowa poczym długie godziny czekania przy szosie. Robiło sie ciemno gdy zabrała nas jakaś ciężarówka, ale tylko do Jędrzejowa. Dojechaliśmy późną nocą, do Kielc pozostawało prawie 40 km. Po chwili dołaczyło do nas dwóch komandosów, Czerwone Berety. Ucieszyliśmy się - jak panowie staną na szosie to każdy samochód się zatrzyma. - Stanąć na szosie? Nie ma mowy.
Okazało się, że cała ich kompania dostała zadanie przedostać się w ciągu 2 dni z okolic Nowego Targu gdzieś w okolice Słupska. Jednocześnie WSW czyli rodzaj wojskowej milicji dostało zadanie aby ich łapać. Za każdego złapanego komandosa patrol WSW dostanie 1 dzień dodatkowego urlopu. Złapany komandos dostanie tydzień aresztu na gołych deskach o chlebie i wodzie.
- Panowie zatrzymujcie samochody a dopiero jak się okaże nie ma tam żadnej zasadzki to my doskoczymy - oświadczyli komadosi.
Samochód pojawił się dopiero koło północy. Zdesperowani stanęłiśmy z Danielem na szosie - musi się zatrzymać. Zatrzymał się, kierowca dał znak żeby wsiadać, nasi towarzysze wyskoczyli z krzaków i przed nami wskoczyli do skrzyni ciężarówki. W tym samym momencie ze skrzyni wyskoczyło dwóch czy trzech żołnierzy. To byli też komandosi, gdy zobaczyli ludzi w mundurach myśleli, że to wojskowa milicja. Nie pomogło nawoływanie, że tu sami swoi, zniknęli na dobre w lesie. Wreszcie i my wsiedliśmy do samochodu. Nasza radość zupełnie nie pasowała do sytuacji. W skrzyni ciężarówki stała trumna, u jej szczytu paliły się świeczki. Na ławach siedzieli smutni ludzie w czarnych ubraniach. Po pewnym czasie napięta początkowo atmosfera  poprawiła się i dowiedzieliśmy się, że wracają z wesela. Człowek w trumnie to ojciec pana młodego zabity podczas bójki.
- Czternaście nożów dostał i jeszcze się ruszał -  wspominał z dumą któryś z żałobników.

Po dniu odpoczynku w Kielcach ruszyliśmy również autostopem do Warszawy. Nocowaliśmy w noclegowni dla autostopowiczów zorganizowanej w salach gimnastycznych w naszym akademiku. Następnego dnia poszliśmy na plażę nad Wisłą. Naszą uwagę zwrócił statek pasażerski odbywający rejsy do Gdańska. Postanowiliśmy pojechać nim to Torunia a dalej, na Mazury, autostopem.
Mazury właśnie stawały się bardzo modne. Autostop okrzepł przed dwa lata i był bardzo popularny. To była mieszanka wybuchowa. Przy mazurskich szosach koczowały ogromne grupy autostopowiczów. Nie pozostawało nic innego tylko do nich dołączyć. Czekając na samochód słuchaliśmy niezwykłych opowieści. Dla niektórych autostop stał się sposobem życia, jechali przed siebie bez żadnego celu, tylko żeby pokonywać kilometry. Nasz sąsiad w rowie wyjeździł od początku roku prawie 15 tysięcy kilometrów. Opowiadano o kierowcach, którzy aby uzbierać dużo kuponów robią dodatkowe "puste" kursy ze skrzynią pełną autostopowiczów. Wreszcie udało nam się wcisnąć do jakiejś ciężarówki. To nie było sympatyczne doświadczenie. Do skrzyni wepchnnęło się chyba 40 osób, wszyscy stalismy, niektórzy jechali niebezpiecznie wychyleni, inni wymachiwali nad głowami kijami a może nawet maczetami. Kierowca wysadził nas koło jakiejś niewielkiej miejscowości. Kilkanaście osób pozostało przy szosie czekając na kolejną okazję, my dołączyliśmy do grupy szukającej noclegu. Kto przyjmie na nocleg taką bandę - zastanawialiśmy się z Danielem. - Niech spróbuje odmówić, zadepczemy mu pole - warczeli bardziej zdeterminowani. Nie odmówił tylko błagał żeby nikt nie palił papierosów.
- Panowie, nie palimy, gospodarza trzeba uszanować - zaanonsował samozwańczy lider. - A teraz trzeba poszukać coś do zjedzenia, ale pamiętajcie - swojego gospodarza szanujemy.
- Coś do jedzenia? W małej wsi w środku nocy? - wyszliśmy z innymi przed stodołę. - O tam, to wygląda jak kukurydza, może gdzieś znajdzie się rzepa. Tylko pamiętajcie - z pola naszego gospodarza nic nie brać. Ze wstydem przyznaję, że urwaliśmy po kolbie kukurydzy. Następnego dnia dojechaliśmy do celu, do Giżycka nad jeziorem Niegocin. 

Wypożyczyliśmy kajak i ruszyliśmy na północ w kierunku Węgorzewa. Późnym popołudniem dotarliśmy do jakiegoś dużego gospodarstwa, to był PGR. Poprosiliśmy o nocleg w stodole, kajak zostawiliśmy na brzegu.
Następnego ranka po kajaku nie było ani śladu. Pracownicy PGR udawali Greków - zostawiliście kajak na brzegu? No to każdy mógł go ukraść. Zdecydowaliśmy powiadomić milicję. W tym celu trzeba było jechać do Węgorzewa. Uczynni gospodarze zaoferowali rower. Kto jedzie? To było dobre pytanie - nie umiałem jeździć na rowerze. Daniel proponował losowanie, ale wykręciłem się tłumacząc, że boli mnie noga. On pojechał a ja włóczyłem się po okolicznym lesie. Tam spotkałem starszą kobietę, która pokiwała do mnie palcem żebym podszedł bliżej, rozejrzała się czy nikt nas nie widzi i szeptem poinstruowała gdzie szukać kajaka. Był niezbyt daleko, dobrze ukryty pod gałęziami. Przyholowałem kajak do zabudowań, w tym samym czasie Daniel wrócił z Gizycka. Było zbyt późno żeby wiosłować gdzieś dalej więc poprosiliśmy o zgodę na kolejny nocleg. Nasi gospodarze przyjęli bardzo obojętnie fakt znalezienia kajaka i zgodzili się. Tym razem wciągnęliśmy kajak do stodoły.

Następnego dnia trzeba było znowu pojechać do Węgorzewa, powiadomić milicję, że kajak się znalazł. Mnie nadal "bolała noga". Po powrocie Daniela ruszyliśmy w drogę. Pierwsza rzecz to w jakiś sposób zemścić się na naszych gospodarzach. Sposób był pod ręką - stado kaczek w jeziorze. Sprawdziliśmy, że nikt nas nie obserwuje z brzegu, odpędziliśmy jedną z kaczek nieco dalej od stada, i łaps! Ofiara tak się wystraszyła, że zabrudziła nam kajak. Ukręciliśmy jej łeb i wiosłowalismy dalej zastanawiając się co też teraz z tym łupem zrobić. Zdecydowaliśmy zatrzymać się w jakimś gospodarstwie na obrzeżach Węgorzewa, blisko lasu, żeby móc w ukryciu oporządzić naszą zdobycz. Mimochodem spytaliśmy gospodynię jak najłatwiej usmażyć gęś. Poradziła kupić w Węgorzewie smalec.
Po smalec powiosłowaliśmy następnego dnia. Było bardzo gorąco, owinięty w papier smalec roztapiał się nam w dłoniach. Włożyliśmy więc paczkę ze smalcem do jeziora, zasłoniliśmy ją kajakiem żeby nie odpłynęła i poszliśmy zwiedzać miasteczko. Nie było niczego do zwiedzania, nie spotkaliśmy żadnych żeglarzy ani wioślarzy. Jedynym wartościowym nabytkiem była gazeta Sztandar Młodych a w niej publikowana w odcinkach książka Sławomira Mrożka - Ucieczka na południe. Wikipedia podaje 1961 jako rok publikacji tej książki. Chodzi oczywiście o wydanie książkowe, my czytaliśmy to w odcinkach latem 1959 roku. Prasę dostarczano do kiosku co kilka dni więc mogłem kupić jeszcze kilka starych numerów gazety. Wróciliśmy do przystani - smalec zniknął. Całe szczęście, że nie kajak bo przecież był przywiązany do przystani kawałkiem linki.
Jedyne osoby w pobliżu to jakiś wędkarz z dziewczyną. Daniel był bardzo zasadniczym człowiekiem więc zaczął go dość ostro wypytywać. - Jaki smalec? Nie widziałem żadnego smalcu - oponował wędkarz. Daniel nie ustawał w pytaniach. Wtrąciła się dziewczyna wędkarza - ja widziałam, połknęła go ryba, taaaka wielka ryba - rozłożyła szeroko ręce. Rzeczywiście była wielka. Wędkarz patrzył na swoją dziewczynę z podziwem. Wróciliśmy do sklepu, na szczęście smalcu nie zabrakło. Mieliśmy ze sobą menażkę więc nalaliśmy wody, włożyliśmy w nią paczkę ze smalcem i powiosłowaliśmy do miejsca zamieszkania. 
W lesie oskubaliśmy kaczkę i wypatroszyliśmy ją. Zakopaliśmy wszystko w głębokim dole i zabraliśmy się do smażenia. Kaczka była chuda i żylasta. Nie jestem pewien czy mieliśmy choćby sól, ale wystarczał nam smak zemsty.

Następnego dnia ruszyliśmy w drogę powrotną. Zostało nam trochę kaczki na obiad i sporo smalcu. Włożyliśmy go znowu do menażki wypełnionej wodą, którą co pewien czas zmienialiśmy żeby była chłodna. Przed Giżyckiem zauważyliśmy przybrzeżny basen. Zatrzymaliśmy się na kąpiel. Ugotowaliśmy zupę w proszku i zjedliśmy na zimno resztki kaczki. Przy okazji stwierdziliśmy, że smalec w menażce całkiem się roztopił i zmieszał z wodą tworząc dość gęstą ciecz. Z północy wiał lekki wiatr, na jeziorze robiły się fale. Przypomniałem sobie sytuację z powieści podróżniczej - chyba 15-letni kapitan J. Verne - burza na morzu, ogromne fale, kapitan kazał rozbić beczki z tranem gdyż tłuszcz uspokoi wzburzone morze. Spytałem Daniela czy to zna. Nie znał. - A może by tak teraz spróbować? Popłynęliśmy nieco na północ i wlaliśmy do jeziora zawartość menażki. Wielka tłusta plama wolno popłynęła w stronę basenu. Fale się nie zmniejszyły za to po chwili od strony basenu dobiegły nas rozpaczliwe krzyki. Powiosłowaliśmy energicznie dalej.
Kolejną noc spędziliśmy w stodole u bardzo miłego gospodarza. Nikt nikomu niczego nie ukradł.

Następnego dnia wypłynęliśmy na jezioro Niegocin kierując się na południe, do Mikołajek...

Niegocin

To było ogromne jezioro, jak morze. Niepokoiła mnie nieco świadomość, że Daniel nie umie pływać, ale liczyłem na to, że w przypadku wywrotki kajak utrzyma się na powierzchni wody i przyjdzie nam z pomocą jakaś żagłówka, których było w pobliżu sporo. Północny wiatr nam sprzyjał, kajak ślizgał się po falach jakby miał żagiel - sama radość. Kanałami dopłynęliśmy do niewielkiego jeziora Tałtowisko a następnie do jeziora Tałty. Tam dogoniła nas wielka ulewa. Mijaliśmy osadę Tałty więc postanowiliśmy tam się zatrzymać. Dostaliśmy nocleg w stodole, gospodarz pozwolił nam wciągnąć do środka kajak. Zdziwiło nas, że dość słabo i z wyraźną niechęcią mówił po polsku. W osadzie nie było żadnego sklepu, do Mikołajek było około 6 km. Nie mieliśmy ze sobą żadnych zapasów żywności oprócz płatków owsianych, zupy w proszku i dżemu. Na obiadokolację zjedliśmy więc zupę mocno zagęszczoną płatkami a na deser płatki z dżemem.

Następnego dnia nadal lał okropny deszcz. Iść na piechotę 6 km do Mikołajek a potem wracać, woleliśmy płatki w dwóch postaciach. Zastukaliśmy do kilku chałup z pytaniem czy ktoś nie odstąpi nam mleka i choć dwie kromki chleba. Wszędzie spotykała nas niechęć, odmowa i komentarze po niemiecku. Daniel aż się gotował ze złości, szczególnie na ten niemiecki. Swoje pretensje wylał na naszego gospodarza - jesteście Polakami, jak możecie mówić w języku naszych niedawnych okupantów?
- Jakimi Polakami - odparował gospodarz - my jesteśmy Niemcy.
- Jak czujecie się Niemcami to jedźcie do Niemiec.
- Toż my o to od lat prosimy, ale Polska nas nie wypuszcza.
To było zupełne zaskoczenie - skuliliśmy ogony pod siebie i zabraliśmy się za gotowanie płatków.
Następnego dnia deszcz nieco zelżał więc poszliśmy do Mikołajek. Podobnie jak przedtem Węgorzewo Mikołajki wydawały się być wymarłe. Żadnych ludzi, żadnych turystów. Nawet z zakupem chleba były kłopoty. Większość dnia spędziliśmy w barze mlecznym posilając się i czytając kolejne odcinki Podróży na południe.

Wreszcie deszcz ustał, rano obudził nas silny wiatr. Zapakowaliśmy kajak i ruszyliśmy w drogę powrotną. Dość szybko dojechaliśmy do jeziora Niegocin i miny nam zrzedły. To było rozszalałe morze. Giżycka nie było nawet widać, przeciwny wiatr, ogromne fale toczyły się w naszą stronę. Zaatakowaliśmy je. Fale były wysokości ponad metr. Gdy kajak znajdował się w dołku to z każdej strony górowały nam nami masy wody. Przechylaliśmy się do tyłu żeby odciążyć przód kajaka i wiosłowałiśmy jak szaleni by wspiąć się na szczyt fali. Przez chwilę dziób kajaka wisiał nad przepaścią poczym zaczynał się zjazd. Fale były krótkie więc dziób wbijał się w nadchodzącą fale i znikał pod wodą. To była chwila grozy - podniesie się do góry czy wciągnie nas pod nadchodzącą falę? Znowu rozpaczliwe przechyły do tyłu i wiosłowanie. Nie wiem jak długo to wytrzymaliśmy, wydaje mi się, że dość długo, ale było wiadomo, że w ten sposób nie dopłyniemy do celu, wcześniej lub później nastąpi katastrofa. Zresztą zabraknie nam sił. Woda była ciepła więc perspektywa dopłynięcia do brzegu nie przestraszała mnie. Na treningach przepływałem regularnie ponad 2 km, pływanie na falach było mi znane z pobytów w Sopocie. Ale Daniel nie umiał pływać. Zostawić go przy podtopionym kajaku i wzywac pomocy? Na jeziorze nie było widać żadnej łodzi, wezwanie pomocy z Giżycka zajmie  kilka godzin, gdzie wtedy szukać przewróconego kajaka o ile jeszcze nie pójdzie na dno.
Zdecydowaliśmy skręcić w prawo - na wschód i dopłynąć do brzegu. Płynięcie  bokiem do fal było jak balansowanie na linie, ale dopłynęliśmy. W najbliższym gospodarstwie zostawiliśmy nasze bagaże żeby odciążyc kajak i ruszyliśmy w drogę wzdłuż brzegu. Tu nie było już żadnego niebezpieczeństwa, ale wiosłowanie było jeszcze trudniejsze bo fale łamały się przy brzegu. Nie wiem dlaczego nie wpadliśmy na oczywisty pomysł - odczekać do następnego dnia - lecz zdecydowaliśmy, że Daniel pobiegnie do Giżycka żeby nie zamknęli nam przed nosem wypożyczalni kajaków a ja będe wiosłował sam. To było bardzo długie wiosłowanie, ale w Giżycku przywitali mnie jak bohatera. Daniel przybył tam ponad godzinę wcześniej i jego opowieści wzbudziły sensację. Takiej wichury dawno tu nie było. Kilka żaglowek, które wiatr zaskoczył na jeziorze, wywróciło się. Zabroniono wypływania na jezioro. Byliśmy jedyną jednostką pływającą, która pokonała jezioro w tym dniu. W restauracji każdy chciał poczęstować nas piwem, z trudem znaleźliśmy naszą stodołę.

Powrót autostopem do Kielc nie pozostawił żadnych wspomnień. W Kielcach byłem bohaterem z innego powodu. Matka była niezmiernie dumna z moich akademickich sukcesów. Odwiedzała ze mną swoje koleżanki i mimochodem wspominała - Lech jest już na drugim roku Politechniki. Koszmar senny - zdał wszystkie egzaminy, ale go wyrzucili ze studiów - dręczył mnie coraz częściej. Przygotowanie się do egzaminów w Kielcach nie było możliwe. Dla większośći przedmiotów nie było żadnych podręczników, polegaliśmy tylko na notatkach swoich i kolegów. Nieocenione były rady starszych kolegów. Rwałem się do Warszawy, miejsce w akademiku czekało na mnie już od 1 wrzesnia. 
- Wyskoczysz do Warszawy na dwa-trzy dni - przecież to tylko jeden egzamin -  planowała na głos Matka. Nie pamiętam jakich argumentów użyłem - wyjechałem 17 września.
W ciągu następnych 10 dni zdałem wszystkie trzy egzaminy. Te oblane w czerwcu zdałem dokładnie na taką ocenę jaką podałem wcześniej w listach do Matki.

09:06, pharlap
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2