Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: 1954-58

czwartek, 25 czerwca 2015

 Tadeusz
Autostop to było zjawisko  nadzwyczajne w szarości młodzieżowego życia tamtych czasów. Szarość ta nie była wcale stałą indoktrynacją ideową ani nudą kolonii, obozów, wycieczek zakładowych i szkolnych. Ona wynikała z pełnego ładu organizacyjnego, planowania wydarzeń, przewidywalnego i zaplanowanego przebiegu wolnego czasu. Idee komunistyczne czy religijne nie odróżniały się stopniem tej szarości - rajd szlakiem Lenina  nie był inny niż pielgrzymka do Częstochowy. Autostop to był pierwszy model wakacji dziejących się żywiołowo, ekstrawagancko, nieprzewidywalnie. Czyli tak, jak jest najciekawiej w młodym wieku.
Lech wyręczył mnie w opisywaniu regulaminowego kształtu autostopu, który trzeba przyznać, że był bardzo rozsądny - ubezpieczenie po wykupieniu książeczki, książeczka jako legalizacja zabierania dawnych "łebków", nagrody dla kierowców z wyraźnym uprzywilejowaniem samochodów ciężarowych, nawet okładka jako znak identyfikujący z daleka - to były świetne pomysły. Nie pamiętam książeczki PKO jako warunku, ale zapewne był - Lech ma lepszą ode mnie pamięć. Dziś włos się może jeżyć z przerażenia na myśl o jeździe na pace ciężarówki z niskimi burtami, bez plandeki, bez żadnych zabezpieczeń. Ale wówczas szybkości były mniejsze, młodzież alkoholu od rana nie piła, w efekcie nie pamiętam wypadków spowodowanych takimi jazdami. 
Mój pierwszy autostop był w 1958 roku. To był drugi rok istnienia legalnego autostopu, po udanym debiucie w 1957 stał się on zjawiskiem wręcz masowym. Razem z Ostasiem wybraliśmy się do Sopotu, w którym mieszkała jego ciotka. Zaraz za granicami miasta stały liczne grupy młodych ludzi, z torbami typu listonosz, workami brezentowymi ze sznurem do przewieszania przez ramię, rzadziej  z prawdziwymi plecakami, czasami z gitarami.  Nowi oczekujące już grupy witały, zgodnie szli do przodu czyli na faktyczny koniec kolejki. Samochody osobowe zatrzymywały się rzadko. Ciężarowe, gdy jechały bez ładunku, brały niekiedy po kilkadziesiąt osób! Z burt wystawały wiązki postaci, słychać było śpiewy. Wiele ciężarówek miało dla dzisiejszych samochodziarzy dziwne kierunkowskazy - wyskakiwały z boku przy szoferce małe strzałki z czerwonym światełkiem na końcu, niektóre modele nawet tymi strzałkami machały. Przy mijaniu samochodów z przeciwka, głośne były okrzyki przywitań, machanie rękami, pełna radość istnienia i poczucia wspólnoty. W tych pierwszych latach nie istniał jeszcze zwyczaj wystawiania jednej dziewczyny na wabia z resztą chłopaków ukrytą w rowie. Rozmowy były dość trywialne - cel jazdy, miejsce pochodzenia, ilość przejechanych kilometrów, porady. 
Samochody wysadzały nas gdy skręcały w boczną drogę. To była wersja lepsza - siadaliśmy i czekaliśmy na następną okazję. Wersja gorsza to było zakończenie jazdy w jakimś mieście. Trzeba było pieszo przejść przez całe miasto do szosy wylotowej, znalezienie samochodu na terenie miasta było mało prawdopodobne. Przy deszczu lub upale to było męczące. 
Podczas naszej wyprawy na trasie z Kielc do Sopotu nocowaliśmy trzy razy. Raz w Warszawie u kuzynki Ostasia mieszkającej z koleżanką - nocleg przedłużył się do trzech dni i zaowocował wymalowaniem bitwy pod Grunwaldem na ścianie pokoju dziewcząt. Obaj z Ostasiem mieliśmy duży pociąg do rysowania i malowania, bardzo nas to zbliżało, niestety Ostaś poszedł na AGH. Drugi nocleg był w jakiejś wsi na sianie u gospodarza, który nie bał się wpuścić do stodoły około 10 osób! Była z nami jedna dziewczyna i dostała od gospodarza pierzynę! Bardzo nas prosił byśmy nie palili papierosów. Trzeci nocleg był w Elblągu na brzegu rzeki - jeden z autostopowiczów miał namiot i wziął nas do niego. Było trochę ciasno, zimno i twardo, ale nie to było najgorsze. Były straszne komary! Rano miałem wierzchy dłoni jak bułki i nie mogłem otworzyć oczu - obie górne powieki spuchły bardzo mocno. Chyba wszystkie ukąszenia zebrałem, koledzy byli w lepszym stanie. W ciągu poprzedniego dnia mieliśmy jedną z jazd dość specyficzną - wzięła nas chłodnia. Oczywiście do skrzyni. Zostaliśmy zamknięci w całkowitej ciemności, po podłodze walały się resztki mięsa, śmierdziało okropnie. Kierowca wysadził nas w mieście, wyszliśmy, ostre światło nas raziło. A za nami ciągnęła się smuga smrodu padliny. Wywietrzeliśmy zanim doszliśmy na wylotową drogę. Nie pamiętam miasta. 
W Sopocie mieszkaliśmy parę dni. Poza paroma pobytami na plaży cały czas siedzieliśmy w domu i czytaliśmy kryminały, których ciotka Ostasia miała całą kolekcje. A to był wówczas rarytas. Powrót chyba przebiegał bez problemów, zapamiętałem tylko zakończenie. Samochód wysadził nas około 30 kilometrów przed Kielcami. Poszliśmy do przodu. Zaczęła się ulewa, padało, lało, grzmiało. Przeszliśmy około 20 kilometrów i nie jechało nic. Gdy zaczął deszcz ustawać nadjechał samochód i nas wziął. Do mieszkania Ostasia dotarliśmy tak przemarznięci, że jego rodzice nie puścili mnie do domu, u Ostasia przenocowałem.
W moich wspomnieniach stale zauważam zjawisko dziś niespotykane - brak chamstwa, agresji, wulgaryzmów. Tak też było podczas moich jazd autostopowych.
Autostop zadomowił się w Polsce na dobre. Stopniowo tracił swoją organizacyjną formę, upodobnił się do swego zachodniego wzorca. Jedno moje uczestnictwo z późniejszych lat wbiło mi się w pamięć i kości dokładnie. Jechałem na praktykę studencką do Walimia koło Wałbrzycha. W okolicach Wrocławia zabrała mnie ciężarówka wypełniona żelaznymi prętami do zbrojenia betonu. Kilka godzin, aż do Dzierżoniowa, jechałem na szczycie tej sterty prętów, zdawały się być coraz twardsze, na zakrętach łapałem się drutów spinających by nie spaść. Dzierżoniów, siedziba słynnej, już nie istniejącej "Diory"- producenta doskonałych radioodbiorników, był 14 kilometrów od celu podróży, było już ciemno. Dozorca zakładu, do którego pręty przywieziono, poczęstował mnie gorącą herbatą i bułką ze swojego nocnego prowiantu,  pozwolił  przespać się na ławce w dyżurce. O świcie ruszyłem do Walimia. To teren pięknych Gór Sowich, dużo górek i dolinek, wjazdów i zjazdów. Droga nie była ważna komunikacyjnie, aż do końca nie nadjechał żaden samochód. 

wtorek, 23 czerwca 2015

Lech

Wreszcie nadszedł termin egzaminów. Pierwszy - pisemny z polskiego. Wybrałem temat o Mickiewiczu. Uznałem, że ranga egzaminu zasługuje na 11 stron i zacząłem pisać. Skończyłem, policzyłem zapisane  strony - jedenaście.
Następny był egzamin pisemny z matematyki. Zaskoczyło mnie zadanie jakie rozwiązywaliśmy jeszcze w szkole podstawowej - coś w rodzaju - pociąg wyrusza ze stacji i jedzie z prędkością 60km/godz, 30 minut później wyrusza następny pociąg, który jedzie z prędkością 90 km/godz. Po jakim czasie dogoni on pierwszy pociąg? Nastąpił jakiś blok w mózgu, gorączkowo porównywałem czasy i nic z tego nie wynikało. Pan Bielas zajrzał mi kilka razy przez ramię, wreszcie nie wytrzymał - porównaj odległość - syknął. Oczywiście! Jednak to wydarzenie tak mnie zdeprymowało, że również w innych zadaniach robiłem sporo błędów, wiedziałem, że tu nie będzie dobrego wyniku.

Egzamin ustny - polski - czysta formalność, fizyka - dobrze, historia również. Matematyka - znowu tragedia. Zadanie z trygonometrii było rzeczywiście wyjątkowo trudne i nie dokończyłem go z braku czasu. Drugie pytanie - nie pamiętam jak było sformułowane, ale w ogóle nie rozumiałem o co chodzi. Pan Bielas próbował naprowadzić mnie na właściwą drogę, wreszcie polecił: pisz - limes... Wytrzeszczyłem ze zdumienia oczy - co to znaczy limes? Teraz pan Bielas się zdumiał. Jak to co to znaczy - granica - pisz: limes... - Nie wiem o co chodzi, tego nie przerabialiśmy na lekcji. Pan Bielas zaniemówił. Ostatnie pytanie było formalnością, chyba odpowiedziałem dobrze, ale to już nie miało wielkiego znaczenia. Po kilku dniach rozmawiałem na ten temat z kolegą z klasy. Zadanie z trygonometrii - na moją prośbę spróbował je rozwiązać - zajęło mu to 20 minut. To było jednak za dużo jak na egzamin ustny. Słyszałeś takie słowo - limes? - zapytałem. - A, tak - granica - o tym była jedna lekcja, tam był taki przykład... To był dokładnie przykład z mojego egzaminu. Widocznie opuściłem tę lekcję i nie przyszło mi do głowy dowiedzieć się co było przerabiane.
Wynik końcowy - pięć trójek - w tym z matematyki. Wielkim zaskoczeniem była dla mnie czwórka z rosyjskiego. Wszak w ósmej klasie zostałem według mojej opinii skrzywdzony przez nauczyciela i od tego czasu zupełnie się do tego przedmiotu nie przykładałem i nigdy nie dostałem stopnia lepszego niż trójka. Tę czwórkę uznałem za rekompensatę dawnej niesprawiedliwości, ale może wychowawca podciągnął mi ocenę po prostu z dobrego serca.

Trójka z matematyki - bałem się Matce spojrzeć w oczy. Żeby jej jakoś zrekompensować sprawiony zawód powiedziałem, że za to nie wezmę udziału w balu maturalnym. Teraz z kolei Matka uważała, że jestem zbyt surowy dla siebie. Prawda była taka, że nie miałem żadnej partnerki na bal i nie przychodziło mi do głowy kogo mógłbym zaprosić. 
Oto pamiątkowe zdjęcie - ja, czwarty od lewej w górnym rzędzie, Tadeusz trzeci od lewej (wliczając w to nauczyciela) w środkowym rzędzie...

Matura

Po zdjęciu wróciłem do domu. 

Lech

Po prawej moje zdjęcie na świadectwie maturalnym. Niestety kieleccy fryzjerzy w zakładzie pana Sadło nie wiedzieli z której strony zabrać się do (strzyżena) jeża. Brali kolejne kosmyki włosów między dwa palce i cięli je nożyczkami. Wyniki były często dość karykaturalne.

Kilka tygodni po maturze pojechałem do Warszawy na egzamin na Politechnikę. Zamieszkałem u stryja Ziemowita, na Ochocie. Pogody były piękne i sporo czasu spędzałem na basenie Legii. Widziałem, że stryjowi bardzo to się nie podobało, ale stwierdziłem, że generalnie jestem dobrze przygotowany (o maturalnej trójce z matematyki nie powiedziałem) i kilka godzin nauki w niczym mi nie pomoże.
Egzamin pisemny z matematyki. Tym razem byłem jak w transie. Rozwiązałem wszystkie zadania  w czasie krótszym niż godzina i gdy wstałem oddać pracę asystent spytał mnie z troską czy dobrze się czuję i czy może chcę jeszcze sprawdzić swoje rozwiązanie. Nie chciałem. Prosto z uczelni pojechałem na basen.
Egzamin ustny. Matematyka - dobra passa trwała. Pytania wydawały mi się dziecinnie proste. Fizyka - pytania były jeszcze prostsze, za proste. Szykując się do egzaminu rozwiązywałem wiele zadań, niektóre były mocno skomplikowane i na coś takiego byłem nastawiony. Tu nie dostałem żadnego zadania tylko pytania typu - zależność ciśnienia atmosferycznego od wysokości. Coż za pytanie, co to ma wspólnego z elektrycznością? Wiadomo, im wyżej tym ciśnienie niższe - w głowie krążyły mi opowieści o wyprawach himalajskich, atak Polaków na Nanda Devi, Mallory zaginiony podczas zdobywania Mt Everest, sukces Tensinga i Hillarego w 1953 roku - asystent kiwał z uśmiechem głową - tak, maleje gdy wysokość rośnie - proszę mówić dalej. Nie miałem już nic do powiedzenia. Nawet nie poszedłem na basen. Wieczorem wróciłem do Kielc. Po 2 tygodniach nadeszła informacja, że na studia się nie dostałem. 

Dla Matki był to ogromny cios. Było mi Jej bardzo żal. O siebie zbyt się nie martwiłem, po pierwsze i nie wiedziałem co chcę studiować więc nie miałem poczucia żadnej straty, po drugie nie miałem jeszcze skończonych 17 lat więc obowiązkowa służba wojskowa mi nie groziła. Natomiast dla Matki była to porażka i na dodatek wstyd przed braćmi Ojca, którzy wielokrotnie rzucali komentarze, że zbyt mało ode mnie wymaga. 
Według braci Ojca to niepowodzenie powinno wyjść mi na dobre. Teraz powinienem spędzić rok na pracy zarobkowej i ostrym przygotowaniu do egzaminów za rok.

Póki co była dopiero połowa lipca, nie zamierzaliśmy podejmowac żadnych działań do końca wakacji.
Nie minęło wiele czasu a spotkałem na ulicy moją kuzynkę Jagodę - córkę stryja Ziemowita. Jagoda była wyjątkowo serdeczną osobą. Nie wspomniała ani słowem o egzaminach lecz spytała czy nie wybrałbym się na pieszą wycieczkę w Pieniny i Gorce. Wycieczkę organizowała ciocia Jagody, pani Julia Sławoszewska. Państwa Sławoszewskich znałem bardzo dobrze. Miałem w pamięci instrukcję Matki - gdybym umarła to idź do pp. Sławoszewskich, oni będą wiedzieli co zrobić. Mieszkałem u nich kiedyś przez 6 tygodni gdy Matka musiała wyjechać do Gliwic na obowiązkowe szkolenie zawodowe.
Pani Sławoszewsska była nauczycielką, polonistką, w szkole im Królowej Jadwigi w klasach licealnych. Na wycieczkę zabrała ze sobą swoje dwie byłe uczennice, które obecnie już były na studiach.

Kupiłem plecak i za dwa dni pojechaliśmy w piątkę pociągiem do Nowego Targu. Program wędrówki był bardzo ciekawy - Czorsztyn, zamek w Niedzicy, spływ Dunajcem, wejście na Trzy Korony, stamtąd na Turbacz i zejście do Rabki.
Na zamku w Niedzicy spotkaliśmy turystę z Brazylii, który opowiedział nam o skarbach, które ponoć ukryli tu Inkowie - KLIK. W Szczawnicy, w schronisku, w którym mieszkaliśmy miałem okazję zagrać z Jagodą w bridża. W domu jej ojca co roku spędzałem ferie zimowe albo Wielkanocne. Tam grali w bridża podczas każdego spotkania towarzyskiego, ale mnie do gry nie zapraszali. To była moja pierwsza gra z dorosłymi i z radością stwierdziłem, że gram nie gorzej od nich.
Kolejny nocleg był we wsi Ochotnica, u gospodarza. Ze zdziwieniem spostrzegłem, że relacje między panią Sławoszewską a gospodarzem były chyba jak za czasów feudalnych. Nie jestem pewien jak wyglądało rozliczenie finansowe za nocleg i posiłki, ale podejrzewam, że było na zasadzie - co łaska. Z drugiej strony jestem pewien, że p. Sławoszewska wynagrodzila gospodarzy bardzo dobrze.
Również podczas wędrówki do Rabki gdy przechodziliśmy przez wieś zapukaliśmy do jakiejś chaty i już na progu zadysponowaliśmy - gospodarzu, dajcie nam proszę mleka. Trafiliśmy bardzo dobrze gdyż cały ostatni udój się zsiadł. Zsiadłe mleko smakowało doskonale. Gospodarz przyglądał nam się z pewną ironią. Idzie burza to się zsiadło - wyjaśnił. Jedzcie ile chcecie, to wszystko pójdzie i tak dla świń, to nic wam nie policzę. Godzinę póżniej przyszła gwałtowna burza z piorunami. 

Następnego dnia po moim powrocie do Kielc przyszła depesza od stryja Ziemowita - przyjedźcie do Warszawy. Sprawa studiów.

niedziela, 21 czerwca 2015

 Tadeusz
Przygotowanie do matury zaczęło się już we wrześniu 1957 formalną, na piśmie spisaną umową z ciocią Jadzią. Moje zagrożenia z X klasy były w domu znane, stąd różne formy mobilizowania mnie. Stawka była spora z obu stron, kwota do wygrania to około jednej trzeciej ciocinych miesięcznych poborów. Z mojej to dorobek życia filatelistycznego.
 


We wszystkich rodzinnych rozmowach o mojej przyszłości wiadomo było od wielu lat, że mam być inżynierem. Tyle, że nie wiadomo od czego. Nie wiedział tego nikt łącznie ze mną. Byłem tak zwanym uzdolnionym we wszystkich kierunkach i we wszystkich leniwym. Pasje brydżowe, kolekcjonerskie, majsterkowanie, ożywiona skłonność do dziewcząt, ani nawet jałowe filozofowanie o sensie istnienia nie wskazywały na żaden konkretny inżynierski kierunek. W końcu udało mi się wybrać kierunek łączący inżyniera z pięknem wizualnym i wykorzystaniem moich zdolności rysunkowych - to była architektura. Kierunek wówczas tak modny , że zdobycie miejsca na studia graniczyło z cudem. Moje rysowanie było czysto amatorskie, odwzorowywanie natury w sposób bierny, naśladowanie mojej mamy w jej malowidłach i szkicach z wycieczek. Prawdę powiedziawszy to mama była w tym lepsza ode mnie. W szkole były lekcje rysunku, ale polegały one na rysunku technicznym czyli przeważnie widok przedmiotu z trzech stron (tzw. rzuty), aksonometrii czyli perspektywy równoległej i wymiarowaniu. Ale nie ma sie co dziwić, uczył nas profesor od fizyki. Postanowiłem iść na jakieś dodatkowe lekcje rysowania. W kieleckim liceum plastycznym było organizowane kółko zainteresowań przygotowujące do egzaminów wstępnych na architekturę lub ASP.
W tamtych czasach matura była tylko wstępem, jej wyniki nic nie warte, podstawowy egzamin odbywał się na uczelniach. Na początku lipca we wszystkich uczelniach robiona była selekcja pisemna, w drugiej turze ustna. Limit był ograniczony, na modnych kierunkach dochodziło do paruset kandydatów na jedno miejsce. Na architekturę dochodzilo setki. Przedwojenna kadra na uczelniach nie dopuszczała do istotnej deprecjacji studiów przez preferencje polityczne - miejsca rektorskie, pochodzenie robotnicze itp. Tak więc musiałem choć popróbować uzupełnić swoje predyspozycje architektoniczne. Ale wyglądało to żałośnie. Chodziliśmy na kurs z Ostasiem. Trochę było rysowania dzbanków czy krzeseł z natury. Większość czasu zajmowało opowiadanie o historii sztuki, wyświetlanie epidiaskopem obrazów. Wraz Ostasiem byliśmy wówczas w okresie palenia fajki. Zadymialiśmy salę na tyle dokładnie, że ekran był szarawy. Prowadzący nie reagował, palenie poza szkołą nie było czynem nagannym, a my mieliśmy status wolnych ludzi. To była czysta strata czasu, choć towarzysko zabawna.
Przed samą maturą było grupowe uczenie się niektórych przedmiotów - przede wszystkim historii, w niej wszyscy mieli duże zaległości, szczerze powiedziawszy ja nie umiałem prawie nic. Historia zajęła nam non stop ponad dobę wzajemnego referowania, przepytywania, przypominania, uzupełniania. Rzecz oczywista poprzedzone to było przeczytaniem podręczników z czterech lat. Musiałem nauczyć się także gramatyki - pani Felisowa czyli profesorka od polskiego w trzecim okresie specjalnie postawiła mi trójkę, aby mnie do tej gramatyki zmusić - czwórka przez cały rok zwalniała z egzaminu ustnego w wypadku dobrej oceny pisemnej matury. Jestem jej za to wdzięczny - nawet dziś wiem jaka jest struktura języka czy zdania. Inne przedmioty nie wymagały przygotowań, wystarczyło przejrzeć wzory, definicje.
Mama na ten ostatni okres by uciec od zdenerwowania i emocji pojechała na wczasy na dwa tygodnie. 
Sama matura to są wspomnienia raczej przyjemne. Na egzaminie pisemnym z matematyki na sali siedziało przypadkowo trzech dobrych blisko siebie, ja wśród nich. Każdy zrobił po zadaniu, wymieniliśmy się i wyszliśmy po godzinie. Nie mieliśmy z tego powodu żadnego poczucia winy - mieliśmy świadomość, że każdy z nas zrobiłby każde zadanie. Naprzeciw szkoły była wówczas rozgłośnia radiowa. Dziennikarz jako pionierów maturalnych wziął nas na wywiad w radio! Nie zachowaliśmy się przyzwoicie, bo na pytanie komu najbardziej chcielibyśmy podziękować wymieniliśmy profesora Ertla i profesora Górnickiego. Zapomnieliśmy o wychowawcach. Na ustnym (pisemnego nie było) egzaminie z historii dostałem tematy, które akurat bardzo dobrze zapamiętałem. Zdałem na piątkę! Po moich czteroletnich bardzo słabych trójkach na świadectwie maturalnym mam czwórkę. Ale co innego było powodem mojej radości - profesor Górnicki od historii był mrukliwym, wymagającym, ale bardzo życzliwym, sprawiedliwym przedwojennym nauczycielem, czuliśmy, że dużo musi uników robić podczas uczenia historii w tamtym obcym mu ustroju. Później dowiedziałem się, że podczas wojny prowadził tajne nauczanie. A więc cieszyłem się, że dałem mu satysfakcję, że jego nauczanie nie poszło na marne. Fizyka ustna to był obraz mojego podejścia do przedmiotu - trzeba rozumieć zjawiska, użytkowanie tego to rzecz drugorzędna. A więc pytania teoretyczne poszły mi świetnie, ale z zadania to ledwo się wybroniłem. Matura z dodatkowego przedmiotu czyli angielskiego była formalnością. Wszyscy dostali piątki!
Na świadectwie maturalnym mam tylko jedną trójkę - tę z geografii, i jedną piątkę - z angielskiego. Umowa została wykonana, na co poszła wygrana nie pamiętam, może na wyjazd z Ostasiem na autostop?
Zdjęcie jest ze świadectwa maturalnego i z dowodu osobistego, który mi służył aż do lat 90. Miałem potem częste kłopoty np. w bankach z takim zdjęciem przy moim późniejszym wyglądzie. Przy okazji ciekawostka - pod koniec lat 50 do dowodu brane były odciski palców. Jak do Kennkarty w GG. Na początku lat 60. tego zaniechano. 
Czy w owych czasach istniała studniówka to nie pamiętam. Ale bal maturalny oczywiście był. Dla dzisiejszych maturzystów oprawę miał niewyobrażalnie egzotyczną. Zamiast sali dancingowej dwie klasy opróżnione z ławek. Zamiast stolików restauracyjnych bardzo długi stół na korytarzu, siedzieliśmy wraz z nauczycielami po dwóch jego stronach. Jako ludzie już dorośli paliliśmy papierosy częstując także profesorów. Jednak alkoholu oficjalnie nie było. Jedzenie rodzice przygotowali i ustawili. To był najwspanialszy bal maturalny w moim życiu. Bo jedyny.

piątek, 19 czerwca 2015

Lech  Lech

Znowu zmiana fryzury. Tym razem Fanfana zastąpiła główna gwiazda olimpiady w Melbourne - Bobby Morrow. Pozwolę sobie nadużyć cierpliwość czytelników tego blogu i obejrzeć film z jego występów - KLIK.

W klasie X mój zapał do nauki zaczął przygasać. Składało się na to pewnie wiele przyczyn - frustracje wieku dojrzewania, trudne warunki mieszkaniowe, długie godziny spędzane na słuchaniu radia i czytaniu książek, malejące zainteresowanie nauką. Nawet matematyka i fizyka przestały mnie interesować.
Podczas spotkania w Warszawie z okazji ferii świątecznych stryj Jerzy, z zawodu inżynier elektryk, na wiadomość, że zamierzam studiować inżynierię elektryczną zapytał: To pewnie wiesz jakie są standardowe grubości przewodów elektrycznych? Zdumiałem się - a cóż mnie może obchodzić grubość drucików? - 0.1mm, 0.5 mm. 1.0 mm... recytował stryj. Nabrałem poważnych wątpliwości czy rzeczywiście chcę zostać inżynierem elektrykiem. Czy chcę w ogóle zostać inżynierem. Swoją drogą nic innego nie przychodziło mi do głowy.

Jednym pozytywnym wyjątkiem był język polski. Do tego czasu nauka polskiego nie interesowała mnie. Po pierwsze koncentrowała się na literaturze, która niezbyt mnie interesowała. Głównie polscy klasycy a ja właśnie żyłem emocjami Jana Krzysztofa (Romain Rolland), pasjami Axela Munthe, frustracjami Martina Edena (Jack London), drukowanymi w Przekroju okrutnymi opowiadaniami Curzio Malaparte czy przewrotnymi humoreskami Roalda Dahla. Po drugie nie widziałem sensu w rozpisywaniu się na temat spraw oczywistych. W wypracowaniach i pracach domowych krótko i zwięźle relacjonowałem fakty i kończyłem sakramentanym zdaniem - książka była bardzo pożyteczna i bardzo mi się podobała.
Tadeuszowi zawdzięczam odkrycie, że język polski jest chyba jedyną dziedziną, w której mogę samodzielnie tworzyć. Nasza nauczycielka - pani Felisowa - bardzo lubiła kwieciste zwroty typu: Mickiewicz zbudował sobie swoją twórczością trwały pomnik wdzięczności w sercach rodaków. Tadeusz po lekcjach brał mnie na bok i próbował graficznie zilustrować to wyrażenie. Obaj pękaliśmy ze śmiechu a mnie otworzyły się jakieś klapki w mózgu. Przecież utwór literacki i jego tło historyczne i kulturowe to setki drobnych szczegółów, które mogę swobodnie wybrać i uporządkować w dowolną mozaikę. I na koniec ubarwić wyjątkowo kwiecistą frazą, której nawet Tadek nie potrafi narysować.
Pisanie zaczęło sprawiać mi dużą przyjemność. Wyrobiłem sobie zdolność budowania struktury wypracowania opartej na klasycznych formułach oraz zdecydowanego określania jego rozmiarów. Wkrótce wypracowałem swoiste standardy: praca domowa - 5 stron, godzinne wypracowanie w klasie - 7 stron. Nie musiałem liczyć stron czy zdań, treść układała się automatycznie w ustalone ramy. Od tego czasu regularnie otrzymywałem z polskiego solidną czwórkę. 

Literatura... pisałem już o swoim pozornym zainteresowaniem jazzem. Podobnie było z literaturą. Nagle na półkach pojawiły się niedostępne do tego czasu kryminały i książki pisarzy amerykańskich. Czytałem i powtarzałem wyczytane w Przekroju opinie, ale w rzeczywistości żadna powieść kryminalna czy księga grozy nie dorównywała według mnie utworom A.E. Poe, Hemingway znacznie ustępował Jackowi Londonowi, Faulknera nie rozumiałem a Steinbeck, poza Ulicą Nadbrzeżną, wywoływał wzruszenie ramion. Chyba wtedy złapałem nawyk wielokrotnego wracania do książek już przeczytanych.

Dziecięce zabawy po szkole na podwórku czy w ogrodzie zastąpił bridż. Tadeusz mieszkał najbliżej szkoły, jego mama wracała z pracy dopiero po czwartej mieliśmy więc conajmniej dwie godziny czasu. Trójka graczy była stała: Tadeusz, Andrzej O. czyli Ostaś i ja. Czwartym najczęściej był Adam K. czasami Staszek Ś. Zdarzało się, że graliśmy 5 dni w tygodniu. Nasi rodzice akceptowali naszą grę w bridża choć nie zdawali sobie sprawy z jej częstotliwości. Od czasu do czasu organizowali nam w niedziele bridżowe kolacje.
Któregoś dnia dołączył do nas kolega mieszkający na tej samej ulicy co Tadeusz. Po jednym robrze stwierdził, że bridż to nudna gra i zaproponował, że nauczy nas grać w pokera. Zasady były śmiesznie proste. Równie śmiesznie szybko wygrał nasze drobne oszczędności. Pozostaliśmy wierni bridżowi.

Pewnym urozmaiceniem nauki w ostatniej, XI, klasie były dwie wycieczki szkolne. Pierwsza na Jasną Górę...

Jasna Góra

Strona religijna tej wycieczki była dla mnie dość obojętna natomiast przeżyciem było odwiedzenie miejsc znanych mi z Potopu.
Druga wycieczka - do Warszawy. To z niej pochodzi zdjęcie w nagłówku blogu. Tadeusz wspominał w komentarzach o wizycie w operze, wtedy była to sala Roma na ulicy Nowowiejskiej, i obejrzeniu Cyrulika Sewilskiego. Dla mnie było to również bardzo istotne przeżycie. Wspominałem, że o ile fragmenty opery Carmen przyciągnęły mnie do muzyki o tyle wysłuchanie tej opery w całości okazało się fizycznie niemożliwe, zasnąłem. Podobnie było z innymi operami nadawanymi w radio. Cyrulik Sewilski to była pierwsza opera, w której muzyka, treść i akcja były w zupełnej zgodzie. Po wielu latach okazało się, że był jedyną taką operą.

Niewątpliwie istotnym czynnikiem moich rozterek i frustracji były dziewczęta a raczej ich brak. Tadeusz bardzo ciekawie opisał swoją edukację sentymentalną - KLIK. Jaka szkoda, że mi wtedy tego wszystkiego nie powiedział. W szkole średniej widziałem, że Tadeusz spędza wiele czasu w towarzystwie dziewcząt. Dla mnie było wciąż niejasne co chłopiec może mieć wspólnego z dziewczyną. Jeszcze w Domu Malskiej, w okresie szkoły podstawowej,  na naszym podwórku spotykałem dwie młodsze ode mnie dziewczynki. Nie zauważałem ich gdyż nie interesowały się konstrukcją pistoletów, łuków, struganiem łódek z kory, strzelaniem z klucza. Pierwszy raz zwróciłem na nie uwagę gdy chciałem zrekonstruować scenę egzekucji Milady z Trzech Muszkieterów. Niestety moja wybranka nie czytała tej książki. Wprawdzie poddała się ochoczo egzekucji, ale nie dostarczyło mi to żadnej satysfakcji. Poczułem się jak najemny kat a nie jak mściwy Atos. Natomiast w domu miałem przykład Matki-Polki - wdowa wychowująca samotnie syna dla... No właśnie - dla kogo?

Kobiety... Matka, przez swoje poświęcenie dla mnie, dawała mi jak najgorszy przykład, ale nie widziałem praktycznego sposobu jak to zmienić. Pani Gajl była całkiem inna. Była kobieca. Zwracała uwagę na wygląd, w jej zachowaniu było trochę kokieterii, nawet w stosunku do własnego syna. Tego mi mocno brakowało.
Kobiety wydawały mi się istotami skazanymi na cierpienie i poświęcenia. Liczne przykłady w rodzinie Matki potwierdzały tę wizję. To było rażąco niesprawiedliwe.
Pozytywnym przykładem była rodzina mojego Ojca. Generacje ludzi dobrze wykształconych, cenionych fachowców, którzy znajdowali uznanie niezależnie od systemów politycznych. Harmonijnie żyjące rodziny, które znajdowały czas na interesujące życie towarzyskie i dyskusje o kulturze.
Konkluzja - pójdę śladami mojego Dziadka, jego braci i synów. Ożenię się z kimś, kto będzie dobrą żoną i matką. Naszą misją będzie zachowanie rodzinnej i narodowej tradycji i przekazanie jej kolejnym pokoleniom. Komuna według oceny mojej Matki potrwa jeszcze 300 lat. Przetrwamy, damy radę.
To był świetny plan, ale co robić teraz?
W żadnej z dziedzin, która mnie interesowała lub była moim obowiązkiem - narty, pływanie, bridż, szkoła - nie było dziewcząt. Jeszcze w szkole podstawowej obserwowałem technikę Tadeusza. Upatrywał sobie ofiarę, na przykład podczas mszy, i natarczywie jej się przyglądał z przylepionym do twarzy zachęcającym uśmiechem - muszę stwierdzić, że zawsze bardzo dobrze wybierał. Pierwsze reagowały koleżanki - śmiały się, pokazywały sobie Tadeusza palcami, starały się zwrócić na niego uwagę jego wybranki. Ja już w tym momencie spaliłbym się ze wstydu zaś Tadeusz trwał a w jego uśmiechu dostrzegałem lekki odcień satysfakcji. Oczywiście wybranka już od dawna widziała te zabiegi, starała się na wszelki sposób to ukryć, ale zdradzał ją rumieniec na twarzy.
To wszystko nie miało dla mnie sensu - chłopak musi zrobić z siebie durnia, ale co otrzymuje w zamian? Kontakt osobisty, tak, ale co wtedy robić, o czym rozmawiać?
Jedyne znane mi istoty płci żeńskiej, poza Matką, z którymi można było rozmawiac o ciekawych sprawach to były trzy córki stryja Ziemowita. Najbliższa była mi środkowa, Anna, jeździła na nartach, wspinała się w Tatrach, doskonale znała wszelkie nowiny wydawnicze i potrafiła tak ciekawie mówić o jazzie, że próbowałem go na nowo polubić. Ale ona były już po studiach. Wniosek - dziewczyny robią się ciekawe dopiero na studiach. A może potrzebna jest do tego atmosfera dużego miasta?
Nawet ten konstruktywny wniosek opierał się na wątłych podstawach. Moją uwagę przyciągnęła dziewczyna z koedukacyjnej szkoły. Ona nie czekała na zaczepki chłopców, sama ich zaczepiała. Czy zauważyłeś moją nową bluzkę? - pytała. Była zawsze otoczona gronem chłopców, którzy nawzajem licytowali się w ich zdaniem dowcipnych odpowiedziach. To była sieć ochronna, otoczenie kolegów dawało pewien relaks, pozwalało na zmiany tematu bez obawy, że zapadnie kłopotliwe milczenie. Ona nie wyróżniała nikogo, nikt nie widział jej nigdy na randce z chłopakiem. A więc jednak z większością dziewczyn nie mam nic wspólnego. To potwierdzało słuszność idei, że jedyną ścieżką jest małżeństwo. Wtedy obowiązki domowe, rodzinne i rodzicielskie doskonale wypełnią czas.

Tadeusz wspomniał o erotyce i groźbie potępienia. To wydawało sie nieunikniowe - potępienie. Jeśli Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo to na pewno wykluczył z tego erotykę i płodzenie potomstwa. Wszak sam nie spłodził swojego Syna lecz uciekł się do jakichś niejasnych sztuczek. Również nie trudził się jego wychowaniem, scedował to na poczciwego rzemieślnika. Dużo bliźsi byli mi bogowie greccy, ale wiedziałem, że to twory ludzkiej fantazji. Bóg judajski był jedynym prawdziwym Bogiem a jedyną szansą na zbawienie było Jego miłosierdzie.

Zdawałem sobie sprawę, że zbliżająca się matura i, zaraz po niej, egzamin na studia całkowicie zmienią styl mojego życia. Czekałem jednak na to dość obojętnie. Nie widziałem żadnej autentycznie atrakcyjnej dla mnie opcji, nie obawiałem się również że moje życie mogłoby się wyraźnie pogorszyć.

środa, 17 czerwca 2015

 Tadeusz
W średniej szkole, po początkowych miesiącach euforii stawania się młodzieżą, moje zainteresowania sporo odskoczyły od szkoły. Lekcje poszły na dalszy plan, przedmioty, zwłaszcza takie jak geografia, chemia, historia, języki czyli wymagające więcej zapamiętywania niż rozumienia stawały się po prostu pracą do odrobienia, polem kalkulacji średniej otrzymanych ocen. Nie przeżywałem zainteresowania biologią, ale nie wiem dlaczego - to były sprawy jednak dość ciekawe, nowe, logiczne, i nawet z materiału zapamiętałem do dziś dużo. Wbrew swej specyfice język polski nie stanowił dla mnie przedmiotu przydatnego do przemyśleń - zupełnie absurdalnie był całkowicie oderwany od książek czytanych poza szkołą. Lektury czytane były na zasadzie odrabiania słupków z działaniami arytmetycznymi w podstawówce. W wypadku wielotomowych lektur moja nonszalancja i lenistwo powodowały czytanie tylko skrajnych tomów! Ale i tak w stosunku do dzisiejszych wymagań to przeczytałem bardzo dużo - podobno teraz trzeba tylko niewielki fragment przeczytać i zrozumieć. Nasze prace domowe były bardzo schematyczne - kolega Krzysiek Zając wywołany do odczytania zadanego wypracowania odczytał tekst z zeszytu choć go w nim nie miał. Zaimprowizował tak skutecznie, że nie został przyłapany. Każdy z nas wiedział kto wielkim poetą był i dlaczego. Przy okazji - Ferdydurke wówczas była znana tylko nielicznym koneserom literatury, a sam Gombrowicz w spisie pisarzy częściowo zakazanych.
Od tych moich karygodnych postaw wobec szkolnej wiedzy humanistycznej  odrębny był stosunek do matematyki i fizyki. Matematyka z całkowitą nowością czyli trygonometrią i jej zastosowaniem do obliczeń przestrzennych dawała poczucie przeżywania przygody, wywoływała ambicje gry z partnerem w postaci zadania - szukania niewiadomych jakiegoś splotu równań lub znalezienia parametrów przestrzennej figury. Oczywiście bez przesady - nie garnąłem się do dodatkowych zadań. 
Fizyka, ściślej jej program szkolny, była w tamtym czasie w fazie jakby dojścia do celu w opowiadaniu świata, jego budowy. Zjawiska elektryczne przy odpowiednim odkryciu analogii do prostej mechaniki stawały się oszałamiająco proste. Atomistyka była klarowna, prosta, piękna w swej zrozumiałej strukturze. Jeszcze do programów szkolnych nie weszły dziwne i do dziś nieukończone odkrycia kwantowe. Zrozumienie świata przy pomocy narzędzi Newtonowskich było dla nastolatka dostępne, medialne nowości były intrygujące. Rozszerzanie wiadomości szkolnych przez systematyczne kupowanie i wręcz studiowanie takich czasopism jak Młody Technik i Radioamator szkołę i dom łączyły, uzupełniały. To był w tamtym czasie mój jedyny teren wspólny uczenia się i rozrywki jednocześnie.
Inne pozaszkolne zajęcia nie miały już tak pożytecznego charakteru. Poza rozrywkami banalnymi jak kino, flirty, poważniejsze książki, ale też kryminały (pojawiły się tłumaczenia np. Conan Doyle'a, seria z kluczykiem itp.) prawdziwie mnie zajmowały, a dokładniej bardzo dużo czasu zabierały brydż i filatelistyka.
O brydżu Lech trochę wspominał. Dodam, że brałem nawet raz udział w zawodach sportowych gdy kielecka drużyna przy Wojewódzkim Domu Kultury miała jakieś kłopoty z zawodnikami. Ale bez sukcesów, które bym zapamiętał. W owym czasie brydż opanował całą populację inteligencji, rodzice grali z dziećmi, różnice w poziomie umiejętności nie zawsze były jaskrawe. Gdzie było to możliwe czytałem teksty o brydżu, jakieś kąciki w czasopismach, fragmenty z podręcznika Ely Culbertsona, nowinki licytacyjne typu pytania o asy Blackwooda. Najważniejszym źródłem zasad gry był jednak Ostaś, jego rodzice byli źródłem pierwotnym - i nic dziwnego bo to było małżeństwo inżyniera i głównej księgowej! Dopiero w 1959 wyszła najlepsza polska książka o brydżu Bogusława Seiferta. Ale na zawsze pozostałem przy naturalnym systemie Culbertsona. Systemy licytacji nowe i sztuczne, skuteczne przy ustalonych składach, uniemożliwiały grę towarzyską z przypadkowymi partnerami. 
Zbieranie znaczków jak to już wspominałem, zaczęło się w szkole podstawowej. Wtedy była to przede wszystkim lekcja geografii i nazw w językach obcych, nieco zwierzątek egzotycznych i portretów monarchów i prezydentów, zabawa egzotycznymi obrazkami. W liceum byłem już członkiem młodzieżowego koła Związku Filatelistów Polskich! Miałem cotygodniowe spotkania, kupowałem rozszerzony abonament polskich nowości. Ale największą zmianą była wymiana listów z zagranicą. Przypadkowo zdobyty adres w jakimś biuletynie owocował dziesiątkami kontaktów. Przeważnie kończyły się one wysłaniem polskich znaczków bez żadnego rewanżu. Niekiedy jednak dochodziło do wielokrotnej korespondencji, wzajemnych drobnych prezentów np. kawy Neski (to była całkowita nowość u nas), wiecznego pióra, no i oczywiście znaczków. Miałem zaprzyjaźnionego filatelistę w Anglii, oto list od niego z sierpnia 1957, na kopercie pełna, nowo wydana seria znaczków. Taka koperta z pierwszego dnia obiegu miała większa wartość nawet niż znaczki niekasowane.


Uczenie się angielskiego dawało owoce, namacalne i konkretne. Parę miesięcy temu dostałem od 
internauty zdjęcie innej koperty będącej spadkiem po jego ojcu - list jest do mnie z 1958 roku!


Jako już doświadczony filatelista wybrałem specjalizację - Polska międzywojenna, ściślej - lata 1860-1944. Zbieranie wszystkiego to dziecinada. Najczęstsze było zbieranie jakiegoś tematu np. zwierzęta, sport, kwiaty. Zagraniczne znaczki wymieniałem lub sprzedawałem. Moja kolekcja Polski rosła. Gdy kilkanaście lat temu żegnałem się w okresie kłopotów finansowych ze swym zbiorem, miałem komplet wydań oficjalnych bez 3 pozycji - ale one miały wartość nowego samochodu średniej klasy. Miałem nawet słynny nr 1 czyli znaczek Królestwa Polskiego z 1860 roku! Filatelistyka, jak każde kolekcjonerstwo,  ma tę cechę, że nie ma końca zbierania, po zdobyciu wydań podstawowych dochodzą odmiany, błędy, stemple, datowniki... Ale to temat rzeka i nie nadaje się do wspomnień. 
W przeciwieństwie do Lecha zupełnie nie interesował mnie ani sport ani wydarzenia polityczne. Mgliście pamiętam Królaka, który wygrał Wyścig Pokoju i Sidłę. Imprezy sportowe poznawałem dzięki seriom znaczków z ich okazji wydawanych. Krzesińską znam ponieważ  do serii olimpijskiej z olimpiady w Melbourne dodany został znaczek z  wydrukowanym jej wynikiem w skoku w dal. Oczywiście wówczas wiedziałem o sukcesach, medalach, ale szybko takie informacje wypadały mi z pamięci. 
Rozbuchane rozrywki pozaszkolne zaowocowały bardzo wyraźnie i bardzo boleśnie. W połowie X klasy zorientowałem się, że niemal nieuchronnie  grożą mi trzy dwóje (dzisiejsza jedynka) i pozostanie na drugi rok. To byłaby dla mnie klęska niedopuszczalna, niewyobrażalna. Miałem wpojone przez mamę przeświadczenie, że tym stróżem u Maćka niechybnie zostanę jeżeli szkołę zawalę. W tamtych strasznych komunistycznych czasach podręczniki były szare, brzydkie, marnie oprawione. Ale miały pełną potrzebną wiedzę wymaganą do dowolnie dobrej oceny podaną w sposób jasny, zrozumiały. Wystarczyło się z nich nauczyć! Przysiadłem więc fałdów. Udało się. W X klasie kończyły się dwa przedmioty - chemia i geografia, stopnie z nich przechodziły na świadectwo maturalne. Chemię dociągnąłem do czwórki, ale geografia została jako jedyna trója na maturze. Wyjaśnienie dla młodzieży - wówczas funkcjonowały trzy stopnie pozytywne - trójka, czwórka i piątka.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Lech  Lech

W ciągu dwóch lat przed Olimpiadą 1956 bardzo mocno zainteresowałem się sportem. Kupowałem tygodnik Sportowiec, śledziłem wyniki imprez sportowych, poznałem sporo historii sportu i olimpiad. Sport to była kolejna dziedzina, która nieco wymykała się spod kontroli cenzury. Coraz częściej na łamy prasy docierały informacje o sukcesach sportowców USA. Kolekcjonowałem te informacje i życzyłem Amerykanom wszystkiego najlepszego.
Na naszym, demoludowym, podwórku furorę robiły Węgry. Najpierw było o nich głośno w 1954 roku, przez mistrzostwami świata w piłce nożnej. Węgrzy rozbijali wszystkich, największe wrażenie zrobiło ich zwycięstwo nad Anglią - 6:3 - na stadionie Wembley - KLIK. Byli oczywiście zdecydowanymi faworytami na mistrzostwach świata w Bernie i ogromnym zaskoczeniem było gdy w finale przegrali z Republiką Federalną Niemiec.
Węgry miały zadziwiająco wielu świetnych sportowców jak na tak niewielki kraj. Ich drużyna szermiercza nie miała sobie równych. W boksie brylował Laszlo Papp. Mieli doskonałe gimnastyczki. W lekkiej atletyce trójka węgierskich biegaczy ustanowiła rekordy świata na wszystkich dystansach metrowych i milowych od 1500 m do 10,000 m. W pływaniu błyszczała gwiazda Gyorgi Tumpeka, który bardzo przyczynił się do wyodrębnienia motylka/delfina jako osobnego stylu w pływaniu. W sąsiedniej Czechosłowacji błyszczała gwiazda Emila Zatopka - potrójnego mistrza olimpijskiego z Helsinek. Czytałem jego wspomnienia - miałem pełne uznanie dla charakteru i skromności wielkiej sportowej gwiazdy.
Na naszym polskim podwórku dominowali oczywiście bokserzy wśród nich "czarodziej ringu" Leszek Drogosz z Kielc, mieliśmy doskonałego wioślarza Teodora Kocerkę, świetną drużynę szablistów trenowaną przez Węgra Janosa Kevey'a, obiecujących biegaczy J. Chromika i Z. Krzyszkowiaka oraz dwie złote gwiazdy - Elżbietę Krzesińską, rekordzistkę świata w skoku w dal i Janusza Sidło, rekordzistę świata w rzucie oszczepem.

Tuż przed rozpoczęciem Olimpiady wybuchła węgierska rewolucja krwawo stłumiona przez Związek Radziecki. To miało fatalny wpływ na przebieg Olimpiady - Holandia, Szwajcaria i Hiszpania zbojkotowały igrzyska. Wcześniej bojkot ogłosiły Egipt, Liban i Irak w odpowiedzi na kryzys suezki. Mimo to Olimpiada przebiegała w wyjątkowo sportowej atmosferze. Być może była w tym zasługa cudownych reportaży publikowanych 5 razy w tygodniu w Przeglądzie Sportowym. Trzej panowie T - Tuszyński, Trojanowski i Tomaszewski relacjonowali pojedynki sportowe w stylu godnym Homera. Sport urósł w moich oczach do rangi greckich mitów. Tak, ja też zapragnąłem zostać olimpijczykiem. Z drugiej strony czułem, że to się nie może wydarzyć dwa razy, tak pięknych igrzysk olimpijskich już nie będzie. Po raz pierwszy w życiu poczułem, że już straciłem jakąś szansę.

Wyniki. Najbardziej interesowała mnie lekkoatletyka i pływanie. W tej pierwszej biegi długie zdominował Włodzimierz Kuc ZSRR, węgierscy długodystansowcy nie byli widoczni. Sprinty i konkurencje techniczne zdominowali zawodnicy USA. Największą furorę wzbudził Bobby Morrow, który wygrał 100m, 200m i był członkiem zwycięskiej sztafety 4x100m. 
Polacy. Ogromny zawód sprawili bokserzy. Sprawozdawcy winili sędziów, którzy faworyzowali mocne bicie i nie doceniali techniki Polaków. Wielki sukces odnieśli szabliści dwa srebrne medale - Jerzy Pawłowski indywidualny i drużyna. Rzut oszczepem mężczyzn miał bardzo sensacyjny przebieg. W roku 1956 na arenie pojawil się Amerykanin Held z oszczepem nowej konstrukcji. Pobił jeszcze przedwojenny rekord świata i jako pierwszy przekroczył dystans 80 m. W czerwcu 1956 roku rekord świata ustanowił Sidło 83.66. W finale olimpijskim Sidło w pierwszej kolejce uzyskał odległość 79.98 i wydawało się, że ma złoty medal w kieszeni gdyż takie odległości były poza zasięgiem jego konkurentów. Według polskich sprawozdawców Norweg Danielsen, który rzucał heldowskim oszczepem głośno narzekał, że przy melbourneńskim wietrze jego oszczep zachowuje się jakoś dziwnie. Wówczas Sidło zaproponował - spróbuj mojego oszczepu starej konstrukcji, nie masz przecież nic do stracenia. Danielsen spróbował - 85.71 - rekord świata Sidły pobity o ponad 2 metry. To zapewniło mu złoty medal - rzuty Sidły i Danielsena można zobaczyć tutaj - KLIK. Kilka lat temu szukałem potwierdzenia tej historii na internecie i spotkało mnie duże zaskoczenie - znalazłem informację, że Danielsen korzystał z pożyczonego oszczepu, ale pożyczył mu go radziecki oszczepnik Cybulenko, który zajął w konkursie III miejsce. Pisząc to wspomnienie sprawdziłem jeszcze raz. Mam dwie sprzeczne relacje - węgierska - pożyczył Cybulenko - KLIK i polska czyli Sidło - KLIK. Ta druga opisuje dokładnie przebieg rozmowy z Danielsenem więc wydawała mi się całkowicie przekonująca. Jednak z internetowej sieci nie tak łatwo się wyplątać - oto jeszcze jedno wyjaśnienie całej sprawy, tym razem opracowane przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Historyków Olimpijskich - KLIK. Według niego oszczepy olimpijskie zostały zapewnione przez organizatorów, żaden zawodnik nie mógł nikomu niczego pożyczyć. Danielsen zdecydował się rzucać oszczepem metalowym i taki oszczep mu dostarczono. Przypadek zrządził, że był to oszczep, którym chwilę wcześniej rzucał Cybulenko.
Jak to dobrze, że podczas trwania Olimpiady nie można było niczego sprawdzić. Piękne opowieści polskich sprawozdawców o szlachetnej rywalizacji sportowców podnosiły mi ducha przez wiele lat.
Ukoronowaniem występu Polaków był złoty medal Elżbiety Krzesińskiej w skoku w dal. Złoty medal wręczał książę Filip...

Złota Ela

Poniżej tablica pamiątkowa na ścianie MCG...

Medalistki

Proszę zwrócić uwagę na ilość konkurencji - zaledwie 9. Najdłuższy dystans w biegach - 200m. Obecnie panie mają tyle samo konkurencji co mężczyźni (22), z maratonem włącznie.

A podsłuchani przez mnie w pociągu R. Malcherczyk i A. Wojtaszek? Oboje dostali się do ścisłych finałów w swoich konkurencjach. Ostatecznie R. Malcherczyk zajął 10 miejsce w trójskoku a  A. Wojtaszek 9 miejsce w oszczepie. Sensacja wybuchła kilka dni później - A. Wojtaszek nie wróciła z reprezentacją do Polski, wyszła za mąż i pozostała w Australii. Więc jednak jej wyznanie w pociągu miało poważne podstawy. 

Dość interesującą relację o pobycie polskiej reprezentacji olimpijskiej w Melbourne usłyszałem od tutejszego działacza w polonijnym sporcie. Według niego przyjazd polskich sportowców był dla melbourneńskiej Polonii ogromnym wydarzeniem. Sprawa była na tyle poważna, że wtrącił się w nią ksiądz. Postawił sprawę jasno - okażmy prawdziwą polską gościnność indywidualnym sportowcom, ale w żadnym wypadku nie angażujmy się w imprezy oficjalne polskiej drużyny - pamiętajcie to jest komunistyczny kraj rządzony przez Sowiety i ich pachołków. Jakież było jego zdumienie gdy na niedzielnej mszy w kościele św Ignacego w Richmond większość głównej nawy została zajęta przez polską reprezentację olimpijską w oficjalnych strojach, a w pierwszym rzędzie siedział Włodzimierz Reczek, członek partii, przewodniczący Głównego Komitetu Kultury Fizycznej. Według relacji mojego rozmówcy ksiądz ograniczył kazanie do kilku słów a polonijni działacze sportowi nie słuchali już żadnych zakazów.

Echa Olimpiady.
Rok 1996 - w zimie byłem w Estonii gdzie brałem udział w maratonie narciarskim. W przeddzień wyścigu odbył się piękny festyn na stadionie. To piękno było jednak trochę stonowane bardzo niską temparatura -28C. Założyłem wszystkie ubrania, ale mimo to nie mogłem wytrzymać na trybunach dłużej niż 15 minut. Wbiegałem wtedy na koronę stadionu gdzie płonęły ogromne ogniska przy których można było się rozgrzać. Podczas takiej rozgrzewki ktoś do mnie zagadał i spytał skąd jestem - Melbourne, Australia - odpowiedziałem. Na te słowa podbiegł do mnie olbrzymi mężczyzna, chwycił moje dłonie w żelazny uścisk - ty jesteś z Melbourne? To najpiękniejsze miasto na świecie! - A co, byłeś w Melbourne? - zapytałem. - Byłem, grałem w koszykówkę na olimpiadzie.
Szybko przeszukałem pamięć - to wspaniałe, zdobyliście przecież srebrny medal.
- Tak - olbrzym nagle posmutniał -  Związek Radziecki zdobył srebrny medal, ale - ścisnął moje dłonie silniej - ja grałem dla Estonii. Rozumiesz?! - na policzkach zamarzały mu łzy.
Rok 2004 - zauważyłem gdzieś informację o masowym biegu ulicznym na dystansie 10 km - to The G - tak uwielbiający skróty Australijczycy nazywają swój największy stadion - MCG - Melbourne Cricket Ground. Meta biegu na stadionie moich wspomnień. Przecież pisałem, że już w 1956 roku miałem poczucie straconej szansy bo tak pięknej olimpiady jak ta w Melbourne już nigdy nie będzie. Nie na darmo jednak Australia nosi miano kraju drugiej szansy - jest moja druga szansa - będę finiszował na tym samym stadionie co moi bohaterowie sprzed wielu lat. Trudno to było nazwać finiszem, ale te 300 m na bieżni MCG były dla mnie niezapomnianym przeżyciem.
Poniżej, po biegu, szukam w tłumie znajomych twarzy sprzed lat...

Run to the G

Tagi: 1954-58
04:42, pharlap
Link Komentarze (8) »
sobota, 13 czerwca 2015

Lech  Lech.

Na początku roku odbył się w Moskwie XX Zjazd KPZR. Pewnie minęłoby to bez większego echa gdyby nie fakt, że kilka tygodni po zakończeniu zjazdu zmarł przebywający wciąż w Moskwie Bolesław Bierut - sekretarz PZPR. Ludzie skojarzyli to natychmiast z faktem, że kilka dni po pogrzebie Stalina (rok 1953) zmarł w Moskwie sekretarz Komunistycznej Partii Czechosłowacji - Klement Gottwald. Wiecie, że Moskwa zmieniła nazwę? - teraz nazywa się Często-chowa.

Podobnie jak po śmierci Stalina w szkole była długa transmisja z pogrzebu. Oczywiście marsz żałobny Chopina. Tadeusz słuchał z uśmiechem - do jakiej kategorii muzyki zaliczyłbyś marsza? - zapytał. Nie znajdowałem odpowiedzi. - Według mnie jest to muzyka rozrywkowa - odpowiedział Tadeusz i pogrążył się w radosnej kontemplacji utworu.

Szkoły średnie musiały chyba raz w miesiącu uczestniczyć w wiecu organizowanym na Placu Obrońców Stalingradu. Wiec rozpoczynał się oficjalnym przemówieniem, po którym młodzież maszerowała główną ulica Kielc, ulicą Sienkiewicza, do stacji kolejowej. Moją zmorą było niesienie szturmówki, którą zawsze wręczali mi czujni koledzy należący do ZMP. Matka podsunęła pomysł żebym płacił 2 zł któremuś koledze żeby mnie wyręczył. Czekałem do chwili formowania kolumny marszowej i wtedy dokonywaliśmy tranzakcji. Cóż kiedy moi prześladowcy zawsze to zauważali i po zakończeniu pochodu przydzielali mi szturmówkę, albo i kilka, z zadaniem odniesienia ich do szkoły. To było jeszcze gorsze gdyż powrót wieczorem z kolegami przez park był sympatyczną stroną tej imprezy.

W szkole, chyba na historii, przerabialiśmy Krótki kurs historii WK(b) - Wszechzwiązkowek Komunistycznej Partii (Bolszewików). Ku mojemu zaskoczeniu to okazało się być interesujące. Moja wiedza o Rewolucji Październikowej opierała się do tego czasu na dyktowanych nam rokrocznie przed kolejnymi rocznicami wybuchu rewolucji okolicznościowych tekstach oraz artykułach w gazetach. To były zbiory sloganów propagandowych. Krótki kurs historii WKP(b) oceniany jest obecnie również jako czysto propagandowy podręcznik, ale w tamtych czasach mieliśmy chyba jakiś instynkt, który pozwolił wywęszyć odłamki prawdy w propagandowym tekście i perfidne idee w pozornie niewinnej piosence. Przykładem tego drugiego może być komentowana przeze mnie piosenka Die Rose war rot. Jeśli chodzi o Krótki kurs to zawierał sporo faktów na temat wydarzeń przez wybuchem rewolucji. To nie był czarno-biały obraz. Dekabryści nie byli tacy piękni jak malował to Mickiewicz, Kapitał Marksa nie taki głupi jak to przedstawiala Matka, I Wojna gorsza niż w powieści Remarque'a, a proces zdobywania władzy przez komunistów całkiem ciekawy. 

Wkrótce po pogrzebie Bieruta pierwszym sekretarzem partii został Edward Ochab, wszystko toczyło się po staremu.
Pod koniec czerwca 1956 roku pojawiły się informacje o rozruchach w Poznaniu. Potwierdzeniem było przemówienie radiowe premiera Cyrankiewicz i pamiętne słowa: ...kto odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie!.
To nie były żarty. Wprawdzie powstanie poznańskie stłumiono, ale na szczytach włady coś się zakolebało. Rozbiegła sie wiadomość, że z więzienia wypuszczono Wiesława Gomułkę. Nie miałem pojęcia kto to był W. Gomułka ani dlaczego znalazł się w więzieniu, ale to były poważne wydarzenia. W połowie października Gomułka został wybrany I sekretarzem partii. Kilka dni później wygłosił płomienne przemówienie, które zyskało mu wielu zwolenników. Pamiętam, że nawet moja Matka uznała to za wyraźną zmianę na lepsze. Za przemówieniem poszły konkretne kroki - wycofanie do baz oddziałów radzieckich szykujących się do ataku na Warszawę.  

Kilka dni po przemówieniu Gomułki wybuchło powstanie na Węgrzech. To nie były żarty, stary świat zatrząsł się w posadach. Ku powszechnemu zaskoczeniu wydarzenia węgierskie nie spotkały się z wyraźną reakcją świata zachodniego. USA i Anglia były dużo bardziej zainteresowane kryzysem sueskim - rezultatem upaństwowienia kanału Sueskiego przez Egipt. Spotykałem się z opiniami, że Polska powinna była przyjść Węgrom z oficjalną pomocą. Tak się jednak nie stało. Krążyło powiedzenie - Węgrzy zachowali się jak Polacy, Polacy jak Czesi, a Czesi jak świnie. Nie wiem jak zachowali się Czesi. Natomiast nieoficjalne poparcie dla Węgrów było ogromne. Nie tylko moralne. Wikipedia podaje, że pochodząca głównie z prywatnych źródeł pomoc materialna z Polski była znacznie większa niż pomoc rządu USA.

Kolejnymi odczuwalnymi wydarzeniami była likwidacja ZMP i wskrzeszenie harcerstwa. Kolega, który kilka miesięcy wcześniej groził, że nie dostanę się na studia, zmienił barwy organizacyjne. Groźba przestała nas gnębić.

Pismo młodzieżowe Sztandar Młodych wprowadziło w lecie 1957 roku akcję Austostop. Świetnie zorganizowana akcja. Każdy chętny mógł za kilka złotych kupić książeczkę autostop, która z jednej strony zawierała ubezpieczenie na okoliczność wypadku drogowych a z drugiej kupony dla kierowcy zabierającego austostopowicza. Zdobywcy największej ilości kuponów otrzymywali nagrody. Nagle cała Polska stanęła otworem. Na praktyczne skorzystanie z tej możliwości musiałem poczekać 2 lata, do pierwszych wakacji w czasie studiów.

Moje zainteresowanie wzbudził wydawany już od 1954 roku tygodnik Dookoła Świata. To było okno na świat za żelazną kurtyną. Reporterzy pisma publikowali atrakcyjne relacje z wielu miejsc na świecie. W 1956 roku odniosłem wrażenie, że te relacje stały się bardziej zrelaksowane. Dodatkową atrakcją był kącik z adresami młodych osób chętnych do korespondencji. Najwięcej chętnych było chyba ze Szwecji. Oczywiście zacząłem i ja pisać. Po pierwsze był to sprawdzian i ćwiczenie w języku angielskim. Po drugie osobisty kontakt z osobą żyjącą w "wolnym" kraju. Po trzecie kontakt z rówieśnicami. Rówieśnicami gdyż znakomita większość chętnych do korespondecji to były dziewczyny. Niestety po wymianie dwóch-trzech listów zaczynało brakować tematu i korespondencja usychała. Na marginesie dodam, że zniesiono już obowiązek pokazywania na poczcie listów przeznaczonych do wysłania za granicę. List wrzucało sie normalnie do skrzynki pocztowej. W Dookoła Świata opublikowano list jakiegoś korespondenta z Hawajów, który napisał, że po otrzymaniu kilku listów z Polski został odwiedzony przez agentów CIA i musiał wyjaśniać o czym pisze. No, ale mnie CIA nie zagrażało. Wśród osób chętnych do korespondencji nie zauważyłem nikogo z USA więc i ja nie narażałem nikogo na ryzyko.

Po Październiku przestano organizować wiece, o których wspominałem w pierwszej części wpisu. 

Przed 1 maja 1957 roku dyrektor naszej szkoły poprosił uczniów o wzięcie udziału w pochodzie. Udział jest dobrowolny, podkreślił. Nie będzie sprawdzana żadna lista. To będzie wskaźnik dojrzałości uczniów naszej szkoły. Przy tej okazji dostaliśmy tarcze szkolne. Też nie były obowiązkowe - jeśli jesteś dumny ze swojej szkoły to pokaż swoje kolory.
Oczywiście wziąłem udział w pochodzie i nosiłem tarczę.

czwartek, 11 czerwca 2015

 Tadeusz
Z rodziną taty mieliśmy bardzo rzadki kontakt. Ale gdy skończyłem 14 lat do moich opiekunek dołączyła Jadwiga Cyrańska KLIK stryjeczna siostra mojego taty. Nie lubiła dzieci, pasjonowała się wychowywaniem młodzieży. Jako młodzieniec to zostałem już całkowicie zaakceptowany, na rodzinne wakacje w Rajcu Szlacheckim zapraszany. Rajec pod Radomiem to była pozostałość po przedwojennym majątku - drobnoszlachecki dworek, słomą kryty, ale z gankiem, pokoikiem nad nim, mosiężnymi zdobnymi klamkami, pięknymi meblami sprzed I WŚ - obecnie trochę mam ich u siebie. Parę hektarów z pięknym parkiem i domem było oddane w dzierżawę dawnemu pracownikowi, ale kilka pokoi wydzielone z użytkowania dzierżawców. Rytm życia wakacyjnego był tam niczym w dawnych opowieściach. Nie było elektryczności. Kuchnią zajmowała się pani Maria, gospodyni ojca cioci Cyrańskiej jeszcze sprzed wojny. Celebrowane były śniadania z różnymi na miejscu robionymi specjałami - dżemy, bułeczki, mleko z kawą, miód itp. Drugie śniadanie z jakimiś słodkościami. Podwieczorek to było albo kakao albo drożdże fermentujące z miodem. Jadło się oczywiście w salonie, zawsze serweta, ładne sztućce. Oczywiście łokcie musiałem trzymać przy bokach, z pełnymi ustami nie mówić, po potrawy nikomu przed nosem nie sięgać, łyżeczką w szklance nie dzwonić ani jej w niej nie zostawiać.  
Park był parkiem - stare dęby, jesiony, duży białodrzew, pod dębami rosły prawdziwki. Ogród z jarzynowymi grzędami i owocowymi drzewami był z innej strony domu. Nie było kwiatów, klombów ponieważ ciocia przebywała tam tylko w czasie wakacji, a dzierżawcy takimi zbędnymi z ich punktu widzenia roślinami nie zajmowali się. Drewniana ubikacja dość odległa, przy oborze, wchodziło się do niej po schodach, żadna tam sławojka. Studnia z korbą i łańcuchem. Podczas jej czyszczenia wyciągnięty został z mułem pistolet browning. Czyściłem go długo i mozolnie, wszystko było sprawne, tylko okładziny kolby przegniły, no i wżery z rdzy spore. Miałem go aż do stanu wojennego w 1981 - wówczas jako poważne zagrożenie podczas przewidywanej rewizji wyrzuciłem go do rzeki.
Latem 1957 w Rajcu w bezchmurne noce oglądałem kometę Arenda-Rolanda. To była chyba najjaśniejsza kometa XX wieku. Gołym okiem widoczna gwiazda z ogonem, o jasności dużych planet - Jowisza czy Saturna. Po zaćmieniu słońca to już drugie unikalne zjawisko astronomiczne, które pamiętam Następne było po wielu latach - całkowite zaćmienie Księżyca, który stał się ciemno pomarańczowy, niby groźna planeta z powieści s-f. 
Moją rolą gospodarską było rąbanie drzewa. W istocie tylko uzupełniałem rąbanie dzierżawcy. Całe drzewo z pniem nawet o średnicy 15-20 cm przywiezione z lasu musiałem podzielić na kawałki nadające się do kuchennego pieca. To nie było łatwe bez piły! Z dzielenia wzdłużnego dwiema siekierami byłem dumny! Mimo pięciu posiłków nawet trochę przez wakacje chudłem. 

Czasami odwiedzała nas łódzka część rodziny - mój prastryjeczny brat Janusz Gajl (stoi z lewej) wykładowca z politechniki z żoną Natalią (siedzi z lewej, obok jej matka) KLIK i dziećmi Kariną (po turecku) i Olafem (z rowerem) KLIK Ja stoję w środku. Janusz był ode mnie na tyle starszy, że nawet zdążył wziąć udział w stopniu strzelca w Powstaniu Warszawskim, był ciężko ranny KLIK

W niedzielę rano szliśmy wszyscy ponad kilometr do wiejskiego kościoła. Po drodze mijani chłopi kłaniali się niedawnej pani dziedziczce, ciocia wszystkich poznawała, zagadywała, opowiadała mi kto gdzie pracował we dworze, kim jest teraz. Z ciocią mieliśmy różne długie egzystencjalne rozmowy, o życiu, filozofii, rodzinie, ale tematy religijne ucinała krótko - do kościoła trzeba chodzić by pokazać ludności, że tak należy. 
Aby móc przejść na emeryturę ciocia musiała posiadłość sprzedać - posiadanie ziemi w tamtych latach pozbawiało prawa do emerytury. To była dla niej bardzo dramatyczna decyzja - tam się urodziła, sama dęby sadziła, wszystkie wspomnienia... Meble ja dostałem, u córki wiszą piękne, z końca XIX wieku, duże fotograficzne portrety rodziców cioci. Moja córka jest podobna do tej z portretu Cyrańskiej z Gajlów. 
Poza Rajcem na wakacje jeździłem z mamą na wczasy. To były takie typowe wczasy pracownicze, dwa pełne tygodnie, opłacony przejazd, niewiele kosztowały, nie wymagały większych starań ani żadnych przywilejów - dziś w kapitalizmie nie do pomyślenia. Byłem w Zakopanem, Krynicy, Lądku-Zdroju. Wędrówki po okolicach, koncerty orkiestry zdrojowej, spotkania z rówieśnikami, flirty z dziewczętami - to wszystko nie było niczym wyróżniającym się. 
Po IX klasie, latem 1956 dostałem propozycję bycia druhem na koloniach. Kolonie dla dzieci pracowników trwały cały miesiąc i były dla rodziców bardzo tanie. Status druha był jasno określony - pomocnik wychowawcy. Wolontariat - dziś można by określić. Albo może raczej barter: za pomoc - utrzymanie i kwatera. Do obowiązków należała kontrola w nocy czyli spanie z chłopcami, koleżanka druhna z dziewczynkami  (sale po kilkanaście łóżek - klasy szkolne, bo to był budynek sporej wiejskiej szkoły), nadzór podczas spacerów, kąpieli, wolnego czasu, zwoływanie na posiłki itp. Wieczorami usypiałem dzieci opowiadaniem różnych wymyślanych ad hoc historyjek. Dzieci miały od 7 do 14 lat, zwyczajne bajki starszych by nie zainteresowały. Nie pamiętam żadnej opowieści, a mogło być czasami niepedagogicznie. Pewnej niedzieli kilkanaścioro dzieci poprosiło mnie o zaprowadzenie do kościoła na mszę. Zaprowadziłem, na mszy byliśmy, przyprowadziłem, normalnie. Jesienią mama dostała informację, że moje zachowanie było nieodpowiednie - propagowałem religię wśród dzieci. Przed maturą mama dostała z kręgów kościelnych propozycję, by namówiła mnie na seminarium duchowne. Opowiadam o tym, bo to pięknie obrazuje powszechne przepływanie informacji w społeczeństwie w różnych kierunkach. W tym wypadku wywiad kościelny i państwowy zadziałały równolegle.
Stałe przebywanie z dziećmi, ich nieustanny hałas początkowo były dla mnie bardzo męczące. Powoli się przyzwyczajałem. Po miesiącu, już w domu, odczuwałem przez czas jakiś irracjonalną pustkę, brak tych wrzeszczących dzieciaków! Gdy wychowawczynie prowadziły jakieś zajęcia, albo gdy dzieci posnęły, my z druhną Wenantą (jest takie imię!) uczyliśmy się z pomocą jednej z wychowawczyń palić papierosy z zaciąganiem się. Pierwsza lekcja skończyła się u mnie zatruciem. Potem szło lepiej, wtedy pomalutku zacząłem wpadać w nałóg na prawie 40 lat. 
Osobnym tematem wakacyjnym był autostop. Ale to było zjawisko warte osobnego opowiadania.

wtorek, 09 czerwca 2015

Lech

Wspominałem jak to dzięki głośnikowi muzyka zagościła w naszym domu. Wkrótce wyprowadziła mnie z domu na koncerty Wojewódzkiej Orkiestry Symfonicznej, które odbywały się w skromnej sali koncertowej lub w Teatrze im St. Żeromskiego. Z programu tych koncertów zapamiętałem melodyjne utwory a więc Franza von Suppe uwerturę do opery Lekka Kawaleria lub Carl Marii Webera Zaproszenie do tańca czy Mascagniego uwerturę do opery Rycerskość wieśniacza. Kilka razu odwiedziła Kielce Maria Fołtyn wykonując pieśni Moniuszki i na bis L. Delibesa Dziewczęta z Kadyksu.
W głośniku, a potem w radio, słuchałem dość ambitnego repertuaru w wykonaniu orkiestry Filharmonii Narodowej czy Orkiestry Polskiego Radia w Katowicach.
Coraz częściej docierała do mnie również muzyka rozrywkowa. Były to orkiestra Glenna Millera i latynoskie orkiestry Jerry Mango czy Xaviera Cougata. Według mnie nie ustepowała im orkiestra Waldemara Kazaneckiego z Katowic. Zauważyłem też progamy słowno-muzyczne Muzyka i Aktualności czy Rewia Piosenek prowadzona przez Lucjana Kydryńskiego. Miały one urok owocu może nie tyle zakazanego co przemyconego pod niezbyt czujnym okiem władz. Muzyka rozrywkowa podobala mi się, rejestrowałem nazwy żeby móc uchodzić za człowieka obeznanego z tematem, ale szybko doszedłem do wniosku, że to nie jest dla mnie satysfakcjonująca strawa. To było dobre jako szybki relaks, ja czułem potrzebę czegoś co dostarczy trwałe emocje i znajdowałem to w muzyce klasycznej.

Wakacje 1955 i 1956 roku to był znowu Sopot i zapylanie kwiatów ziemniaka. Przypomnę, że pracowałem rano i na plażę docierałem dopiero po drugiej. Samotny chłopiec na plaży - znowu wzbudziłem czyjeś niezdrowe zainteresowanie. Tym razem byli to nauczyciele. Po doświadczeniu ze studentem medycyny reagowałem szybko i dość ostro.
Natomiast nie nabrałem żadnych podejrzeń gdy na kilka dni dokwaterowano mi dwóch lokatorów - księdza z ministrantem. Korzyści były wymierne. Po pierwsze znaczna redukcja opłaty, po drugie ksiądz ze swoim podopieczuym jadali śniadania w dobrej restauracji i zapraszali mnie na nie. Gruby plaster szynki i jajka w szklance to było miłe urozmaicenie mojej diety. Ksiądz byl bardzo miły i dowcipny i ubierał się "po cywilnemu". Po śniadaniu gdzieś znikali i pojawiali się dopiero wieczorem na nocleg.

Lech

W 1956 roku, podczas pobytu w Sopocie, zmieniłem fryzurę. Kazałem się ostrzyc na fanfana.
Tego roku spędzilem w Sopocie tylko lipiec, w sierpniu pojechałem na obóz pływacki nad jeziorem Garczyn w okolicach Kościerzyny na Pojezierzu Kaszubskim. Obóz trwal miesiąc, jego celem było wyszkolić nas na instruktorów pływania. Do Garczyna dotarliśmy chłodnego i deszczowego ranka po całonocnej podróży. Po śniadaniu odbyły się testy pływackie w prowizorycznym basenie przy brzegu jeziora. Zakwalifikowałem się do drugiej grupy i wyznaczono mnie na drużynowego. Każda grupa liczyła chyba 16 chłopców i zajmowała osobny drewniany barak. W baraku były metalowe łóżka, przy każdym niewielka szafka na rzeczy osobiste. Program dnia był mocno wypełniony zajęciami różnego rodzaju - metodyka nauki pływania, doskonalenie stylu pływania, lekkatletyka, gry zespołowe. Nie pozostawało więcej niż 2 godziny wolnego, które najczęściej spędzaliśmy leżąc na łózkach i snując opowieści. Przez cały czas obozu pogoda była bardzo kiepska. Któregoś dnia doszło do małej tragedii. Była niedziela, w planie wycieczka piesza do Kościerzyny i udział w pikniku. W drodze złapała nas ogromna ulewa i burza z piorunami. Kierownictwo ogłosiło odwrót, każdy na własną rękę. Wszyscy rzucili się pędem do obozu. Ja dotarłem dość późno i przed sąsiednim barakiem zauważyłem kilku wijących się z bólu chłopców.  Według relacji ich kolegi dobiegli całą grupą do baraku, byli przemoczeni i spoceni otworzyli więc okno i drzwi żeby był przeciąg i rzucili się na łóżka. Wielu z nich oparło stopy na poręczach łóżek. Właśnie wtedy w stojącą przy baraku brzozę uderzył piorun - kula ognia wpadła przez okno, przepłynęła po metalowych poręczach łóżek i wypadła przez drzwi. Wszyscy chłopcy, którzy mieli stopy oparte na poręczach zostali dotkliwie porażeni prądem. Chłopiec, który zdawał relację trzymał nogi na łóżku. Chyba trzech z nich zabrało pogotowie i już nie wrócili na obóz.

Droga powrotna do domu... koniec sierpnia, okropnie zatłoczony pociąg, do Warszawy jechałem stojąc w korytarzu. Tuż obok mnie stały dwie osoby, których twarze i nazwiska znałem ze sportowych gazet - trójskoczek Ryszard Malcherczyk i oszczepniczka Anna Wojtaszek - reprezentanci Polski na zbliżające się igrzyska olimpijskie w Melbourne. Olimpijczycy i tak jak ja stoją w tłoku, czułem się znobilitowany. Przysunąłem się bliżej. Bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie poziom ich rozmowy, to byli kulturalni, myślący, ładnie się wyrażający ludzie. Rozmawiali głównie o sporcie. Moją uwagę zwróciły słowa Anny Wojtaszek, że ten wyjazd ma dla niej wyjątkowo duże znaczenie. To było przecież oczywiste - olimpiada - jakże mogłoby byc inaczej? Nawet pan Malcherczyk nieco się zdziwił tym wyznaniem.

Obóz pływacki pamiętam z jeszcze jednego powodu - przez ten obóz nie było mnie w Sopocie w okresie pierwszego Festiwalu Jazzowego. Oczywiście robiłem minę męczennika i ogromnie narzekałem na los. Po powrocie do domu zainteresowałem się głębiej tym tematem. Prawdę mówiąc to jazz robił na mnie jeszcze mniejsze wrażenie niż wspomniana na wstępie muzyka rozrywkowa, ale poczułem, że jest to temat, którego znajomość dodaje powagi i autorytetu więc poświęciłem mu sporo uwagi i wysiłku. Przy okazji było to drobne ćwiczenie w języku angielskim - wymowa nazwisk muzyków i zepołów, nazwy styli jazzowych.
W 1957 roku byłem znowu na wakacjach w Sopocie i tym razem miałem okazję uczestniczyć w festiwalu. Nie wiem czy informacje o festiwalu w 1956 roku były mocno przesadzone, czy po jednym roku entuzjazm wygasł, ale to nie była już impreza, która narzucałaby całemu Trójmiastu swój klimat. Byłem na koncercie w hali Stoczni Gdańskiej i na Jam Session w Operze Leśnej. Na jam session krążyła po widowni taca z kromkami chleba posmarowanymi dżemem śliwkowym a na scenie orkiestra Karela Vlacha grała bardzo popularny przebój - Wiśniowy sad - KLIK. Oczywiście wywyższałem się z powodu tych doświadczeń niesamowicie, ale tak naprawdę tylko kilka pierwszych taktów dixielandu wzbudzało we mnie jakieś emocje - KLIK.

Bardziej pamiętne są dla mnie rozgrywane w Sopocie turnieje tenisowe. Pamiętam, że moimi towarzyszami był kolega szkolny Andrzej Sz. wraz z ojcem i siostrą. To był tenis o jakim opowiadała mi Matka - sport królów. Wszyscy zawodnicy i zawodniczki ubrani na biało. Sporo mężczyzn grało w długich spodniach. W przerwach podawano zawodnikom gorącą herbatę. W turnieju występowała przedwojenna gwiazda polskiego tenisa Jadwiga Jedrzejowska i dość łatwo pokonywała o połowę młodsze rywalki. W konkursie męskim sensację budził Władysław Skonecki, który w poprzednich latach święcił spore triumfy w tenisie zawodowym. Do Polski wrócił wyraźnie na sportową emeryturę. Wprawdzie nadal błyszczał, szczególnie w grze przy siatce, to jednak w długich tenisowych pojedynkach ulegał młodszym zawodnikom z lepszą kondycją - Andrzejowi Licisowi czy Wiesławowi Gąsiorkowi.

Jeszcze inne wspomnienie z roku 1956 w Sopocie to występ Kazimierza Krukowskiego w koncercie wspomnień o kabarecie Qui pro Quo. Tę nazwę znałem z opowiadań Matki i to zwabiło mnie na występ. To było duże rozczarowanie. Więc moi Rodzice pasjonowali się czymś takim? Wprawdzie prowadzący program i moja Matka zapewniali, że tego nie da się powtórzyć, że to trzeba było osobiście przeżyć, ale niezbyt mnie to przekonywało.

niedziela, 07 czerwca 2015

 Tadeusz
Profesor Ertel to był rzeczywiście wyjątkowy i prekursorski pedagog! Ja nigdy nie przepadałem za uczeniem się języków (co mam sobie oczywiście za złe), ale on mnie zwyczajnie zagarnął ku sobie i opanował. Lekcje angielskiego nie były lekcjami lecz swoistą przygodą, na którą czekało się do końca zajęć, bo zawsze były po ostatniej lekcji. Nigdy nie mieliśmy podręczników! Z początku były opisane przez Lecha swobodne rozmowy i scenki. Potem czytaliśmy po małym kawałku adaptacje literatury pięknej.  Były to opracowania radzieckie, doskonale przystosowane do poziomu naszego wieku. Pamiętam dwie pozycje: "Słowik i róża" Wilde'a i "Silas Marner" Eliota. Gramatyka była tylko naturalnym uzupełnieniem tekstu.
Profesor Adam Miętus nie wydaje mi się dziś skutecznym pedagogiem, nacisk na ćwiczenia, gramatykę, podręcznikowy rygor i rytm  mocno mnie zniechęcał, miałem też negatywne osobiste uwarunkowania antyniemieckie. Profesor Miętus miał barwny życiorys okupacyjny, prowadził tajne nauczanie, był też żołnierzem NSZ, o czym dowiedziałem się niedawno. Dopiero po latach Gerry Wolff swoją piosenką "Die Rose war rot"  KLIK pokazał mi różne odcienie niemieckiej artykulacji, innej niż te z okupacyjnych filmów. Ale to właśnie prof. Miętus miał na mnie wpływ największy przez swoje lansowanie muzyki klasycznej. Miałem ku niej zawsze jakieś inklinacje. Na lekcjach niemieckiego zostało to jednak uporządkowane. Co tydzień profesor wraz z wybranym uczniem chodził po klasach i rozprowadzał bilety na najbliższy koncert w filharmonii. Na lekcjach dawał się wciągać  w problematykę muzyczną. By zadać pytanie, wciągnąć profesora w dyskusję należało zrobić to w miarę kompetentnie. To wymagało przygotowania zarówno przez zadającego pytanie jak i paru dyskutantów. Dla mnie lekcje  języka niemieckiego stały się forum muzykologicznym. Niemieckiego nie nauczyłem się prawie wcale!
W tym okresie moje słuchanie muzyki rozdzieliło się na dwa sposoby. Jeden, pierwotny, to podkładanie pod muzykę nastroju, marzeń, literatury nawet. Jednak słowa śpiewane tylko mi przeszkadzały, zbyt często nie zgadzały się z moim odczuwaniem, wolałem więc muzykę instrumentalną lub słowa w obcym języku.  Powoli kształtował się drugi sposób słuchania - zestaw dźwięków implikował następny. Ogromną przyjemnością było ( i nadal jest) słuchanie instrumentu lub orkiestry z odrobiną czasowego wyprzedzenia, jakbym tę muzykę tworzył w sobie. Przy utworach słyszanych po raz pierwszy były oczywiście niespodzianki - czasami radosne, czasami zaskakujące, niekiedy nawet przykre, gdy utwór zawodził moje oczekiwania. Kielecka filharmonia nie mogła wydawać mi się słaba czy prowincjonalna. Ona była jedyna, a domowy głośnik radiowy był bardzo marnej jakości. W pamięci zachował mi się jako doskonałość utwór wokalny - Halina Mickiewiczówna śpiewała Arię z Bachianas Brasileiras No 5. Od Bachianas do Bacha był tylko krok. 
Muzyka powoli stawała się moim wzorcem piękna uniwersalnego - obejmowała zarówno piękno matematycznej proporcji jak i witalny urok romantyzmu. Nigdy nie porzuciłem muzyki popularnej, nie odciąłem się od piosenki. W tamtych licealnych czasach królowała piosenka francuska - Piaf, Aznavour - te nazwiska zostały na zawsze w moim wyobrażeniu artystów najwyższej próby. Lech dał przykład muzyczny pieśni z "Podróży zimowej" Schuberta. Bardzo mnie zaskoczyła ta nasza nowa zbieżność upodobań. Obecnie mam swoje dwa ulubione cykle muzyczne, słuchane na zmianę, są kontrowersyjnie zestawione, wręcz prowokacyjnie. To jest właśnie cały cykl "Winterreise" w wykonaniu Pietera Schreiera z akompaniamentem Światosława Richtera i, jako przeciwwaga i kontrast, Sandra ze swymi przebojami z Marią Magdaleną na czele. To jest zestawienie seksu i śmierci. Oba zjawiska fascynujące, wzajemnie się dopełniające. Dodam, że to zestawienie sztuki wysokiej ze szmirą - splecenie przeciwieństw, pokazuje pełnię człowieczego przeżywania, odczuwania piękna,  artystyczna akceptacja motta: Nic co ludzkie nie jest mi obce.
Liźnięcie zaledwie teorii muzyki, zasad harmonii, struktury sonaty, uzmysłowiło mi jak blisko muzyce do matematyki, logiki.
Wzruszenie do łez przy tęsknej arii Pucciniego lub banalnej rosyjskiej czastuszce uzmysłowiło mi jak blisko muzyce do zachwytu życiem czysto biologicznym, subiektywnym, ulotnym i kapryśnym.

Na krańcach długiej linii piękna uniwersalnego, powszechnego, obejmującego wszystkie dziedziny tak sztuki jak i życia, ustawiłem czysto osobiste, umowne dwa symbole -
twierdzenie Pitagorasa
i Brigitte Bardot.
Można je nazwać ogólniej:
wzór i powab.
W samym centrum linii piękna jest Toccata i fuga d-moll Bacha. Mój od chłopięcych lat ulubiony pisarz Stanisław Lem słowami swych astronautów słuchających tego utworu pytał: skąd ten stary, sprzed wieków, Bach wiedział jak wielki, nieskończony i wspaniały jest wszechświat? KLIK

 
1 , 2