Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: siedem klas

wtorek, 26 maja 2015

 Tadeusz
Zaćmienie słońca w czerwcu 1954 to znak z kosmosu o moim przejściu od dzieci do młodzieży. Znak formalny to  świadectwo ukończenia szkoły podstawowej. Mądrością dzisiejszego starca mogę na chłodno obejrzeć i ocenić jak zostałem uformowany przez  siedem klas życia. Całkowicie odrzucam analizowanie moich właściwości genetycznych - jakie by nie były, są poza kontrolą i manipulacją. A więc pozostają wpływy środowiskowe. Po namyśle uważam, że byłem indoktrynowany przez cztery centra wpływu i, jakby to nie brzmiało, przemocy psychicznej. Nie jestem oryginalny, takie centra tyczą przeważnie wszystkich, różne tylko bywają ich zakresy i skuteczności.
Centrum pierwsze - Dom
Wychowywany przez trzy, później dwie kobiety, a wszystkie z przegranym życiem, przekonywany byłem, że poza domem, poza nimi kochającymi i oddanymi mi bezgracznie - jestem całkowicie sam. Nie należy mi się, i nikomu nie zależy by to zmienić, absolutnie nic. Wszystko muszę zdobyć. Nie istnieje żadne powoływanie się na przeszłość, pochodzenie, zasługi przodków - to umarło, wszystko zaczynać muszę od nowa. Moja broń to moja nauka, dobre oceny, stawanie się potrzebnym innym. Moje przyszłe szczęście mam zbudować z pracy, skuteczności działania, odpowiedniego zawodu.  Była wdrażana bardzo ważna wytyczna, do dziś podstawa mojej etyki - ja sam oceniam siebie z całą bezwzględnością, przed sobą nie nie mogę nic ukryć ani siebie okłamać, oszukać.   Nie istniało w domu pojęcie grzechu, istniały błędy przeciw mojemu przyszłemu życiu, przeciw szacunkowi ludzi, który mam obowiązek zdobyć, przeciw szacunkowi dla siebie. 
Centrum drugie - Szkoła
Prywatna szkoła zakonna będąca pod srogą kontrolą rządu była oazą prawdziwego czystego chrześcijaństwa. Realizowane to było tak konsekwentnie, że w to wierzyłem. Oczywiste, ale głęboko ukrywane polityczne poglądy,  poczucie wrogości, zagrożenia zakonnic i nauczycielek nie docierały do mnie - bo nie powinny. Chyba nigdy przedtem ani nigdy potem nie uczono dzieci tak czystej doktryny Jezusa, bez ambicji politycznych, oceny władz doczesnych. To był okres gdy na apelach z prasówkami i obchodach świąt państwowych pokornie oddawano cesarzowi co cesarskie. Szkoła, poza normalną nauką, wiedzą wdrażaną starannie, uczyła szacunku do starszych, rodziców, miłości bliźniego. Zło w postaci chciwości, zawiści, klamstwa było złem w sposób naturalny, nie związany z religią. Religia mogła być odczytywana  jako ceremoniał przypominania prawd humanizmu i zapowiadania nagrody wiecznej. Jedynym doktrynalnym wyjątkiem była sprawa seksu - to był element zła bez istotnego ludzkiego uzasadnienia. Co gorsze, był piętnowany, zanim powstała we możliwość jego oceny, a nawet zauważenia. I ten aspekt trochę mi w życiu wewnętrznym popsuł. 
Centrum trzecie - Państwo
W domu odgrodzony byłem od antykomunistycznych nastrojów, nikt nie szeptał mi o Katyniu, morderstwach Stalina, cudownościach utraconej Polski, w szkole te tematy oczywiście nie mogły być poruszane. Państwowa propaganda działała na mnie zarówno w radio, prasie, na capstrzykach i festynach, ale też w szkolnych programach historii. Równość ludzi, walka o sprawiedliwość, pokój - to były hasła zbieżne z naukami Jezusa o ludziach sprawiedliwych, ubogich, pracowitych, uczciwych. Do dziś uważam, że każdemu należy się to, co wypracował, a słabemu należy pomagać. Także dziś jestem pewien, że państwo, niczym ojciec wielkiej rodziny,  powinno troszczyć się o los większości czyli jednak miernot i bronić przed wykorzystywaniem i agresją nielicznych ludzi silnych i uzdolnionych. No cóż, najczęściej poglądy polityczne czy religijne są bliższe marzeniom niż realiom. Zupełnie nie miało na mnie wpływu sienkiewiczowskie nauczanie patriotyzmu - czytałem je jako przygody podobne do indiańskich czy muszkieterskich. Nie chciałem być Stasiem Tarkowskim, który walczył z lwami i Arabami. Wolałem być Timurem - radzieckim chłopcem, który pomagał sąsiadom. Lech trafnie ujrzał we mnie Tomka Sawyera - zwyczajnego chłopca z sąsiedztwa. 
Centrum czwarte - Podwórko
Ono nie ogranicza się do ul. Słowackiego 13. To także koledzy szkolni, znajomi rówieśnicy spotkani na wyjazdach. W tych miejscach nie istniały, przynajmniej ja ich nie zapamiętałem, ideologie, doktryny, światopoglądy, dyskuje na takie tematy. Mam na myśli oczywiście lata szkoły podstawowej! W tym środowisku znajdowałem to, czego zupełnie jako jedynak w domu nie miałem. Kontakt z ludźmi niedorosłymi, takimi jak ja, nie podczas regularnych zajęć szkolnych, ale na wolności. Moje podwórko chyba miałem wyjątkowo szczęśliwie udane. Nie spotkałem zła, przemocy, chamstwa. Nauczyłem się, że razem można zrobić więcej, lepiej, zabawniej, ciekawiej. Podwórko pokazało mi wartość życia zespołowego, a także uznawania hierarchii, kompetencji osobistych, odrębności i zysków dla zespołu z tego wynikających.  Także odpowiedzialności przed innymi i za innych. Chyba nie da się przecenić wartości zdobytych na podwórku - umiejętności życia w społeczności i satysfakcji z tego płynących.

W chwili stawania się młodzieżą  do głowy by mi nie przyszło, że tak można by moją osobowość opisać i na czynniki pierwsze rozłożyć. Bardzo skracając - miałem już w sobie zasiane najważniejsze cechy mojej osobowości - samokrytycyzm i odpowiedzialność. Obie dające więcej memu otoczeniu niż mnie. Dom, szkoła, państwo - żadne nie mówiło o szczęściu, przyjemności, pojawiała się  w to miejsce satysfakcja. Tylko podwórko odrabiało w sporym stopniu te zaniedbania.
Czytając niektóre wspomnienia Lecha zauważam, jak zdeformowane są wiedzą dziesiątków lat późniejszych. Na początku uzgadniania zasad naszych pamiętnikow Lech zakładał, że pisać będzie z punktu widzenia dziecka czy młodzieńca. Ale to jest  zupełnie niemożliwe. Tamtej osobowości już od dawna nie ma. Każdy z nas jest budynkiem wielokrotnie przebudowywanym, przerabianym, unowocześnianym. Pisząc wspomnienia mam wrażenie grzebania w piwnicach by dotrzeć do najstarszych fundamentów.

poniedziałek, 25 maja 2015

Pharlap  Lech

Nazaretanki to była prywatna szkoła więc na zakończenie edukacji podstawowej (klasa VII) musieliśmy zdawać egzaminy z wszystkich przedmiotów oprócz W.F i religii. Taka próba bardzo zmotywowała mnie i wydaje mi się, że zdałem z wynikiem lepszym niż moje stopnie w szkole. Wydaje mi się gdyż niestety moje świadectwo VII zostało przekazane gimnazjum i nie mam go w soich zbiorach.

Po egzaminach pozostało jeszcze kilkanaście dni roku szkolnego, ale nie było się już czego uczyć. Nasz nauczyciel W.F. zorganizowal nam zawody pływackie. W programie 4 dystanse stylem dowolnym i 100m stylem klasycznym. W stylu klasycznym startowal chyba tylko Staszek Ś. W stylu dowolnym wygrałem wszystkie konkurencje. Nasz nauczyciel był mocno zaskoczony, przecież z W.F. miałem tylko trójkę.

Komitet Rodzicielski planował imprezę na koniec roku szkolnego. Dla nas, chłopców, był to przecież koniec nauki w tej szkole. Rozważali wycieczkę. Zaskoczył nas Staszek Ś, który zaproponował zabawę taneczną z koleżankami z równoległej klasy. Przecież my żyjemy w izolacji od dziewcząt - argumentował - teraz wchodzimy w nowy etap życia i większośc nie wie jak się zachować w towarzystwie dziewcząt. Proponował kilka sesji lekcji tańca i bal. Muszę przyznać, że bardzo mi zaimponował - tak, on był jak Staś Tarkowski. Po cichu przyznawałem mu rację, ale głośno skwitowałem tę propozycję tak jak większość kolegów - śmiechem - kto by tam się chcial bawić z dziewczynami.
Skończyło się na wspólnym podwieczorku i towarzyskim meczu siatkówki. Oto połaczone klasy siódme i grono pedagogiczne...

Ostatnia klasa

Ja - w dolnym rzędzie z lewej, Tadeusz - 4 pozycje w prawo ode mnie, trochę z tyłu.

W Kielcach były chyba 4 szkoły średnie ogólnokształcące i kilka techników, ale mnie znana była tylko jedna szkoła - Liceum im Stefana Żeromskiego. Znaczna większość moich kolegów wybrała tę właśnie szkołę. Kolejna decycja to - którą klasę wybrać - łacina, francuski czy niemiecki, angielski. Dla mnie jako kandydata na inżyniera wybór byl prosty - tę drugą. Ostatecznie klasę "humanistyczną', z łaciną, wybrało chyba 12 kolegów. Klasę "techniczną" tylko trzech - Tadek, Andrzej Paszkiewicz (najbardziej po prawej w pierwszym rzedzie) i ja.