Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: Liceum Żeromskiego

wtorek, 23 czerwca 2015

Lech

Wreszcie nadszedł termin egzaminów. Pierwszy - pisemny z polskiego. Wybrałem temat o Mickiewiczu. Uznałem, że ranga egzaminu zasługuje na 11 stron i zacząłem pisać. Skończyłem, policzyłem zapisane  strony - jedenaście.
Następny był egzamin pisemny z matematyki. Zaskoczyło mnie zadanie jakie rozwiązywaliśmy jeszcze w szkole podstawowej - coś w rodzaju - pociąg wyrusza ze stacji i jedzie z prędkością 60km/godz, 30 minut później wyrusza następny pociąg, który jedzie z prędkością 90 km/godz. Po jakim czasie dogoni on pierwszy pociąg? Nastąpił jakiś blok w mózgu, gorączkowo porównywałem czasy i nic z tego nie wynikało. Pan Bielas zajrzał mi kilka razy przez ramię, wreszcie nie wytrzymał - porównaj odległość - syknął. Oczywiście! Jednak to wydarzenie tak mnie zdeprymowało, że również w innych zadaniach robiłem sporo błędów, wiedziałem, że tu nie będzie dobrego wyniku.

Egzamin ustny - polski - czysta formalność, fizyka - dobrze, historia również. Matematyka - znowu tragedia. Zadanie z trygonometrii było rzeczywiście wyjątkowo trudne i nie dokończyłem go z braku czasu. Drugie pytanie - nie pamiętam jak było sformułowane, ale w ogóle nie rozumiałem o co chodzi. Pan Bielas próbował naprowadzić mnie na właściwą drogę, wreszcie polecił: pisz - limes... Wytrzeszczyłem ze zdumienia oczy - co to znaczy limes? Teraz pan Bielas się zdumiał. Jak to co to znaczy - granica - pisz: limes... - Nie wiem o co chodzi, tego nie przerabialiśmy na lekcji. Pan Bielas zaniemówił. Ostatnie pytanie było formalnością, chyba odpowiedziałem dobrze, ale to już nie miało wielkiego znaczenia. Po kilku dniach rozmawiałem na ten temat z kolegą z klasy. Zadanie z trygonometrii - na moją prośbę spróbował je rozwiązać - zajęło mu to 20 minut. To było jednak za dużo jak na egzamin ustny. Słyszałeś takie słowo - limes? - zapytałem. - A, tak - granica - o tym była jedna lekcja, tam był taki przykład... To był dokładnie przykład z mojego egzaminu. Widocznie opuściłem tę lekcję i nie przyszło mi do głowy dowiedzieć się co było przerabiane.
Wynik końcowy - pięć trójek - w tym z matematyki. Wielkim zaskoczeniem była dla mnie czwórka z rosyjskiego. Wszak w ósmej klasie zostałem według mojej opinii skrzywdzony przez nauczyciela i od tego czasu zupełnie się do tego przedmiotu nie przykładałem i nigdy nie dostałem stopnia lepszego niż trójka. Tę czwórkę uznałem za rekompensatę dawnej niesprawiedliwości, ale może wychowawca podciągnął mi ocenę po prostu z dobrego serca.

Trójka z matematyki - bałem się Matce spojrzeć w oczy. Żeby jej jakoś zrekompensować sprawiony zawód powiedziałem, że za to nie wezmę udziału w balu maturalnym. Teraz z kolei Matka uważała, że jestem zbyt surowy dla siebie. Prawda była taka, że nie miałem żadnej partnerki na bal i nie przychodziło mi do głowy kogo mógłbym zaprosić. 
Oto pamiątkowe zdjęcie - ja, czwarty od lewej w górnym rzędzie, Tadeusz trzeci od lewej (wliczając w to nauczyciela) w środkowym rzędzie...

Matura

Po zdjęciu wróciłem do domu. 

Lech

Po prawej moje zdjęcie na świadectwie maturalnym. Niestety kieleccy fryzjerzy w zakładzie pana Sadło nie wiedzieli z której strony zabrać się do (strzyżena) jeża. Brali kolejne kosmyki włosów między dwa palce i cięli je nożyczkami. Wyniki były często dość karykaturalne.

Kilka tygodni po maturze pojechałem do Warszawy na egzamin na Politechnikę. Zamieszkałem u stryja Ziemowita, na Ochocie. Pogody były piękne i sporo czasu spędzałem na basenie Legii. Widziałem, że stryjowi bardzo to się nie podobało, ale stwierdziłem, że generalnie jestem dobrze przygotowany (o maturalnej trójce z matematyki nie powiedziałem) i kilka godzin nauki w niczym mi nie pomoże.
Egzamin pisemny z matematyki. Tym razem byłem jak w transie. Rozwiązałem wszystkie zadania  w czasie krótszym niż godzina i gdy wstałem oddać pracę asystent spytał mnie z troską czy dobrze się czuję i czy może chcę jeszcze sprawdzić swoje rozwiązanie. Nie chciałem. Prosto z uczelni pojechałem na basen.
Egzamin ustny. Matematyka - dobra passa trwała. Pytania wydawały mi się dziecinnie proste. Fizyka - pytania były jeszcze prostsze, za proste. Szykując się do egzaminu rozwiązywałem wiele zadań, niektóre były mocno skomplikowane i na coś takiego byłem nastawiony. Tu nie dostałem żadnego zadania tylko pytania typu - zależność ciśnienia atmosferycznego od wysokości. Coż za pytanie, co to ma wspólnego z elektrycznością? Wiadomo, im wyżej tym ciśnienie niższe - w głowie krążyły mi opowieści o wyprawach himalajskich, atak Polaków na Nanda Devi, Mallory zaginiony podczas zdobywania Mt Everest, sukces Tensinga i Hillarego w 1953 roku - asystent kiwał z uśmiechem głową - tak, maleje gdy wysokość rośnie - proszę mówić dalej. Nie miałem już nic do powiedzenia. Nawet nie poszedłem na basen. Wieczorem wróciłem do Kielc. Po 2 tygodniach nadeszła informacja, że na studia się nie dostałem. 

Dla Matki był to ogromny cios. Było mi Jej bardzo żal. O siebie zbyt się nie martwiłem, po pierwsze i nie wiedziałem co chcę studiować więc nie miałem poczucia żadnej straty, po drugie nie miałem jeszcze skończonych 17 lat więc obowiązkowa służba wojskowa mi nie groziła. Natomiast dla Matki była to porażka i na dodatek wstyd przed braćmi Ojca, którzy wielokrotnie rzucali komentarze, że zbyt mało ode mnie wymaga. 
Według braci Ojca to niepowodzenie powinno wyjść mi na dobre. Teraz powinienem spędzić rok na pracy zarobkowej i ostrym przygotowaniu do egzaminów za rok.

Póki co była dopiero połowa lipca, nie zamierzaliśmy podejmowac żadnych działań do końca wakacji.
Nie minęło wiele czasu a spotkałem na ulicy moją kuzynkę Jagodę - córkę stryja Ziemowita. Jagoda była wyjątkowo serdeczną osobą. Nie wspomniała ani słowem o egzaminach lecz spytała czy nie wybrałbym się na pieszą wycieczkę w Pieniny i Gorce. Wycieczkę organizowała ciocia Jagody, pani Julia Sławoszewska. Państwa Sławoszewskich znałem bardzo dobrze. Miałem w pamięci instrukcję Matki - gdybym umarła to idź do pp. Sławoszewskich, oni będą wiedzieli co zrobić. Mieszkałem u nich kiedyś przez 6 tygodni gdy Matka musiała wyjechać do Gliwic na obowiązkowe szkolenie zawodowe.
Pani Sławoszewsska była nauczycielką, polonistką, w szkole im Królowej Jadwigi w klasach licealnych. Na wycieczkę zabrała ze sobą swoje dwie byłe uczennice, które obecnie już były na studiach.

Kupiłem plecak i za dwa dni pojechaliśmy w piątkę pociągiem do Nowego Targu. Program wędrówki był bardzo ciekawy - Czorsztyn, zamek w Niedzicy, spływ Dunajcem, wejście na Trzy Korony, stamtąd na Turbacz i zejście do Rabki.
Na zamku w Niedzicy spotkaliśmy turystę z Brazylii, który opowiedział nam o skarbach, które ponoć ukryli tu Inkowie - KLIK. W Szczawnicy, w schronisku, w którym mieszkaliśmy miałem okazję zagrać z Jagodą w bridża. W domu jej ojca co roku spędzałem ferie zimowe albo Wielkanocne. Tam grali w bridża podczas każdego spotkania towarzyskiego, ale mnie do gry nie zapraszali. To była moja pierwsza gra z dorosłymi i z radością stwierdziłem, że gram nie gorzej od nich.
Kolejny nocleg był we wsi Ochotnica, u gospodarza. Ze zdziwieniem spostrzegłem, że relacje między panią Sławoszewską a gospodarzem były chyba jak za czasów feudalnych. Nie jestem pewien jak wyglądało rozliczenie finansowe za nocleg i posiłki, ale podejrzewam, że było na zasadzie - co łaska. Z drugiej strony jestem pewien, że p. Sławoszewska wynagrodzila gospodarzy bardzo dobrze.
Również podczas wędrówki do Rabki gdy przechodziliśmy przez wieś zapukaliśmy do jakiejś chaty i już na progu zadysponowaliśmy - gospodarzu, dajcie nam proszę mleka. Trafiliśmy bardzo dobrze gdyż cały ostatni udój się zsiadł. Zsiadłe mleko smakowało doskonale. Gospodarz przyglądał nam się z pewną ironią. Idzie burza to się zsiadło - wyjaśnił. Jedzcie ile chcecie, to wszystko pójdzie i tak dla świń, to nic wam nie policzę. Godzinę póżniej przyszła gwałtowna burza z piorunami. 

Następnego dnia po moim powrocie do Kielc przyszła depesza od stryja Ziemowita - przyjedźcie do Warszawy. Sprawa studiów.

niedziela, 21 czerwca 2015

 Tadeusz
Przygotowanie do matury zaczęło się już we wrześniu 1957 formalną, na piśmie spisaną umową z ciocią Jadzią. Moje zagrożenia z X klasy były w domu znane, stąd różne formy mobilizowania mnie. Stawka była spora z obu stron, kwota do wygrania to około jednej trzeciej ciocinych miesięcznych poborów. Z mojej to dorobek życia filatelistycznego.
 


We wszystkich rodzinnych rozmowach o mojej przyszłości wiadomo było od wielu lat, że mam być inżynierem. Tyle, że nie wiadomo od czego. Nie wiedział tego nikt łącznie ze mną. Byłem tak zwanym uzdolnionym we wszystkich kierunkach i we wszystkich leniwym. Pasje brydżowe, kolekcjonerskie, majsterkowanie, ożywiona skłonność do dziewcząt, ani nawet jałowe filozofowanie o sensie istnienia nie wskazywały na żaden konkretny inżynierski kierunek. W końcu udało mi się wybrać kierunek łączący inżyniera z pięknem wizualnym i wykorzystaniem moich zdolności rysunkowych - to była architektura. Kierunek wówczas tak modny , że zdobycie miejsca na studia graniczyło z cudem. Moje rysowanie było czysto amatorskie, odwzorowywanie natury w sposób bierny, naśladowanie mojej mamy w jej malowidłach i szkicach z wycieczek. Prawdę powiedziawszy to mama była w tym lepsza ode mnie. W szkole były lekcje rysunku, ale polegały one na rysunku technicznym czyli przeważnie widok przedmiotu z trzech stron (tzw. rzuty), aksonometrii czyli perspektywy równoległej i wymiarowaniu. Ale nie ma sie co dziwić, uczył nas profesor od fizyki. Postanowiłem iść na jakieś dodatkowe lekcje rysowania. W kieleckim liceum plastycznym było organizowane kółko zainteresowań przygotowujące do egzaminów wstępnych na architekturę lub ASP.
W tamtych czasach matura była tylko wstępem, jej wyniki nic nie warte, podstawowy egzamin odbywał się na uczelniach. Na początku lipca we wszystkich uczelniach robiona była selekcja pisemna, w drugiej turze ustna. Limit był ograniczony, na modnych kierunkach dochodziło do paruset kandydatów na jedno miejsce. Na architekturę dochodzilo setki. Przedwojenna kadra na uczelniach nie dopuszczała do istotnej deprecjacji studiów przez preferencje polityczne - miejsca rektorskie, pochodzenie robotnicze itp. Tak więc musiałem choć popróbować uzupełnić swoje predyspozycje architektoniczne. Ale wyglądało to żałośnie. Chodziliśmy na kurs z Ostasiem. Trochę było rysowania dzbanków czy krzeseł z natury. Większość czasu zajmowało opowiadanie o historii sztuki, wyświetlanie epidiaskopem obrazów. Wraz Ostasiem byliśmy wówczas w okresie palenia fajki. Zadymialiśmy salę na tyle dokładnie, że ekran był szarawy. Prowadzący nie reagował, palenie poza szkołą nie było czynem nagannym, a my mieliśmy status wolnych ludzi. To była czysta strata czasu, choć towarzysko zabawna.
Przed samą maturą było grupowe uczenie się niektórych przedmiotów - przede wszystkim historii, w niej wszyscy mieli duże zaległości, szczerze powiedziawszy ja nie umiałem prawie nic. Historia zajęła nam non stop ponad dobę wzajemnego referowania, przepytywania, przypominania, uzupełniania. Rzecz oczywista poprzedzone to było przeczytaniem podręczników z czterech lat. Musiałem nauczyć się także gramatyki - pani Felisowa czyli profesorka od polskiego w trzecim okresie specjalnie postawiła mi trójkę, aby mnie do tej gramatyki zmusić - czwórka przez cały rok zwalniała z egzaminu ustnego w wypadku dobrej oceny pisemnej matury. Jestem jej za to wdzięczny - nawet dziś wiem jaka jest struktura języka czy zdania. Inne przedmioty nie wymagały przygotowań, wystarczyło przejrzeć wzory, definicje.
Mama na ten ostatni okres by uciec od zdenerwowania i emocji pojechała na wczasy na dwa tygodnie. 
Sama matura to są wspomnienia raczej przyjemne. Na egzaminie pisemnym z matematyki na sali siedziało przypadkowo trzech dobrych blisko siebie, ja wśród nich. Każdy zrobił po zadaniu, wymieniliśmy się i wyszliśmy po godzinie. Nie mieliśmy z tego powodu żadnego poczucia winy - mieliśmy świadomość, że każdy z nas zrobiłby każde zadanie. Naprzeciw szkoły była wówczas rozgłośnia radiowa. Dziennikarz jako pionierów maturalnych wziął nas na wywiad w radio! Nie zachowaliśmy się przyzwoicie, bo na pytanie komu najbardziej chcielibyśmy podziękować wymieniliśmy profesora Ertla i profesora Górnickiego. Zapomnieliśmy o wychowawcach. Na ustnym (pisemnego nie było) egzaminie z historii dostałem tematy, które akurat bardzo dobrze zapamiętałem. Zdałem na piątkę! Po moich czteroletnich bardzo słabych trójkach na świadectwie maturalnym mam czwórkę. Ale co innego było powodem mojej radości - profesor Górnicki od historii był mrukliwym, wymagającym, ale bardzo życzliwym, sprawiedliwym przedwojennym nauczycielem, czuliśmy, że dużo musi uników robić podczas uczenia historii w tamtym obcym mu ustroju. Później dowiedziałem się, że podczas wojny prowadził tajne nauczanie. A więc cieszyłem się, że dałem mu satysfakcję, że jego nauczanie nie poszło na marne. Fizyka ustna to był obraz mojego podejścia do przedmiotu - trzeba rozumieć zjawiska, użytkowanie tego to rzecz drugorzędna. A więc pytania teoretyczne poszły mi świetnie, ale z zadania to ledwo się wybroniłem. Matura z dodatkowego przedmiotu czyli angielskiego była formalnością. Wszyscy dostali piątki!
Na świadectwie maturalnym mam tylko jedną trójkę - tę z geografii, i jedną piątkę - z angielskiego. Umowa została wykonana, na co poszła wygrana nie pamiętam, może na wyjazd z Ostasiem na autostop?
Zdjęcie jest ze świadectwa maturalnego i z dowodu osobistego, który mi służył aż do lat 90. Miałem potem częste kłopoty np. w bankach z takim zdjęciem przy moim późniejszym wyglądzie. Przy okazji ciekawostka - pod koniec lat 50 do dowodu brane były odciski palców. Jak do Kennkarty w GG. Na początku lat 60. tego zaniechano. 
Czy w owych czasach istniała studniówka to nie pamiętam. Ale bal maturalny oczywiście był. Dla dzisiejszych maturzystów oprawę miał niewyobrażalnie egzotyczną. Zamiast sali dancingowej dwie klasy opróżnione z ławek. Zamiast stolików restauracyjnych bardzo długi stół na korytarzu, siedzieliśmy wraz z nauczycielami po dwóch jego stronach. Jako ludzie już dorośli paliliśmy papierosy częstując także profesorów. Jednak alkoholu oficjalnie nie było. Jedzenie rodzice przygotowali i ustawili. To był najwspanialszy bal maturalny w moim życiu. Bo jedyny.

piątek, 19 czerwca 2015

Lech  Lech

Znowu zmiana fryzury. Tym razem Fanfana zastąpiła główna gwiazda olimpiady w Melbourne - Bobby Morrow. Pozwolę sobie nadużyć cierpliwość czytelników tego blogu i obejrzeć film z jego występów - KLIK.

W klasie X mój zapał do nauki zaczął przygasać. Składało się na to pewnie wiele przyczyn - frustracje wieku dojrzewania, trudne warunki mieszkaniowe, długie godziny spędzane na słuchaniu radia i czytaniu książek, malejące zainteresowanie nauką. Nawet matematyka i fizyka przestały mnie interesować.
Podczas spotkania w Warszawie z okazji ferii świątecznych stryj Jerzy, z zawodu inżynier elektryk, na wiadomość, że zamierzam studiować inżynierię elektryczną zapytał: To pewnie wiesz jakie są standardowe grubości przewodów elektrycznych? Zdumiałem się - a cóż mnie może obchodzić grubość drucików? - 0.1mm, 0.5 mm. 1.0 mm... recytował stryj. Nabrałem poważnych wątpliwości czy rzeczywiście chcę zostać inżynierem elektrykiem. Czy chcę w ogóle zostać inżynierem. Swoją drogą nic innego nie przychodziło mi do głowy.

Jednym pozytywnym wyjątkiem był język polski. Do tego czasu nauka polskiego nie interesowała mnie. Po pierwsze koncentrowała się na literaturze, która niezbyt mnie interesowała. Głównie polscy klasycy a ja właśnie żyłem emocjami Jana Krzysztofa (Romain Rolland), pasjami Axela Munthe, frustracjami Martina Edena (Jack London), drukowanymi w Przekroju okrutnymi opowiadaniami Curzio Malaparte czy przewrotnymi humoreskami Roalda Dahla. Po drugie nie widziałem sensu w rozpisywaniu się na temat spraw oczywistych. W wypracowaniach i pracach domowych krótko i zwięźle relacjonowałem fakty i kończyłem sakramentanym zdaniem - książka była bardzo pożyteczna i bardzo mi się podobała.
Tadeuszowi zawdzięczam odkrycie, że język polski jest chyba jedyną dziedziną, w której mogę samodzielnie tworzyć. Nasza nauczycielka - pani Felisowa - bardzo lubiła kwieciste zwroty typu: Mickiewicz zbudował sobie swoją twórczością trwały pomnik wdzięczności w sercach rodaków. Tadeusz po lekcjach brał mnie na bok i próbował graficznie zilustrować to wyrażenie. Obaj pękaliśmy ze śmiechu a mnie otworzyły się jakieś klapki w mózgu. Przecież utwór literacki i jego tło historyczne i kulturowe to setki drobnych szczegółów, które mogę swobodnie wybrać i uporządkować w dowolną mozaikę. I na koniec ubarwić wyjątkowo kwiecistą frazą, której nawet Tadek nie potrafi narysować.
Pisanie zaczęło sprawiać mi dużą przyjemność. Wyrobiłem sobie zdolność budowania struktury wypracowania opartej na klasycznych formułach oraz zdecydowanego określania jego rozmiarów. Wkrótce wypracowałem swoiste standardy: praca domowa - 5 stron, godzinne wypracowanie w klasie - 7 stron. Nie musiałem liczyć stron czy zdań, treść układała się automatycznie w ustalone ramy. Od tego czasu regularnie otrzymywałem z polskiego solidną czwórkę. 

Literatura... pisałem już o swoim pozornym zainteresowaniem jazzem. Podobnie było z literaturą. Nagle na półkach pojawiły się niedostępne do tego czasu kryminały i książki pisarzy amerykańskich. Czytałem i powtarzałem wyczytane w Przekroju opinie, ale w rzeczywistości żadna powieść kryminalna czy księga grozy nie dorównywała według mnie utworom A.E. Poe, Hemingway znacznie ustępował Jackowi Londonowi, Faulknera nie rozumiałem a Steinbeck, poza Ulicą Nadbrzeżną, wywoływał wzruszenie ramion. Chyba wtedy złapałem nawyk wielokrotnego wracania do książek już przeczytanych.

Dziecięce zabawy po szkole na podwórku czy w ogrodzie zastąpił bridż. Tadeusz mieszkał najbliżej szkoły, jego mama wracała z pracy dopiero po czwartej mieliśmy więc conajmniej dwie godziny czasu. Trójka graczy była stała: Tadeusz, Andrzej O. czyli Ostaś i ja. Czwartym najczęściej był Adam K. czasami Staszek Ś. Zdarzało się, że graliśmy 5 dni w tygodniu. Nasi rodzice akceptowali naszą grę w bridża choć nie zdawali sobie sprawy z jej częstotliwości. Od czasu do czasu organizowali nam w niedziele bridżowe kolacje.
Któregoś dnia dołączył do nas kolega mieszkający na tej samej ulicy co Tadeusz. Po jednym robrze stwierdził, że bridż to nudna gra i zaproponował, że nauczy nas grać w pokera. Zasady były śmiesznie proste. Równie śmiesznie szybko wygrał nasze drobne oszczędności. Pozostaliśmy wierni bridżowi.

Pewnym urozmaiceniem nauki w ostatniej, XI, klasie były dwie wycieczki szkolne. Pierwsza na Jasną Górę...

Jasna Góra

Strona religijna tej wycieczki była dla mnie dość obojętna natomiast przeżyciem było odwiedzenie miejsc znanych mi z Potopu.
Druga wycieczka - do Warszawy. To z niej pochodzi zdjęcie w nagłówku blogu. Tadeusz wspominał w komentarzach o wizycie w operze, wtedy była to sala Roma na ulicy Nowowiejskiej, i obejrzeniu Cyrulika Sewilskiego. Dla mnie było to również bardzo istotne przeżycie. Wspominałem, że o ile fragmenty opery Carmen przyciągnęły mnie do muzyki o tyle wysłuchanie tej opery w całości okazało się fizycznie niemożliwe, zasnąłem. Podobnie było z innymi operami nadawanymi w radio. Cyrulik Sewilski to była pierwsza opera, w której muzyka, treść i akcja były w zupełnej zgodzie. Po wielu latach okazało się, że był jedyną taką operą.

Niewątpliwie istotnym czynnikiem moich rozterek i frustracji były dziewczęta a raczej ich brak. Tadeusz bardzo ciekawie opisał swoją edukację sentymentalną - KLIK. Jaka szkoda, że mi wtedy tego wszystkiego nie powiedział. W szkole średniej widziałem, że Tadeusz spędza wiele czasu w towarzystwie dziewcząt. Dla mnie było wciąż niejasne co chłopiec może mieć wspólnego z dziewczyną. Jeszcze w Domu Malskiej, w okresie szkoły podstawowej,  na naszym podwórku spotykałem dwie młodsze ode mnie dziewczynki. Nie zauważałem ich gdyż nie interesowały się konstrukcją pistoletów, łuków, struganiem łódek z kory, strzelaniem z klucza. Pierwszy raz zwróciłem na nie uwagę gdy chciałem zrekonstruować scenę egzekucji Milady z Trzech Muszkieterów. Niestety moja wybranka nie czytała tej książki. Wprawdzie poddała się ochoczo egzekucji, ale nie dostarczyło mi to żadnej satysfakcji. Poczułem się jak najemny kat a nie jak mściwy Atos. Natomiast w domu miałem przykład Matki-Polki - wdowa wychowująca samotnie syna dla... No właśnie - dla kogo?

Kobiety... Matka, przez swoje poświęcenie dla mnie, dawała mi jak najgorszy przykład, ale nie widziałem praktycznego sposobu jak to zmienić. Pani Gajl była całkiem inna. Była kobieca. Zwracała uwagę na wygląd, w jej zachowaniu było trochę kokieterii, nawet w stosunku do własnego syna. Tego mi mocno brakowało.
Kobiety wydawały mi się istotami skazanymi na cierpienie i poświęcenia. Liczne przykłady w rodzinie Matki potwierdzały tę wizję. To było rażąco niesprawiedliwe.
Pozytywnym przykładem była rodzina mojego Ojca. Generacje ludzi dobrze wykształconych, cenionych fachowców, którzy znajdowali uznanie niezależnie od systemów politycznych. Harmonijnie żyjące rodziny, które znajdowały czas na interesujące życie towarzyskie i dyskusje o kulturze.
Konkluzja - pójdę śladami mojego Dziadka, jego braci i synów. Ożenię się z kimś, kto będzie dobrą żoną i matką. Naszą misją będzie zachowanie rodzinnej i narodowej tradycji i przekazanie jej kolejnym pokoleniom. Komuna według oceny mojej Matki potrwa jeszcze 300 lat. Przetrwamy, damy radę.
To był świetny plan, ale co robić teraz?
W żadnej z dziedzin, która mnie interesowała lub była moim obowiązkiem - narty, pływanie, bridż, szkoła - nie było dziewcząt. Jeszcze w szkole podstawowej obserwowałem technikę Tadeusza. Upatrywał sobie ofiarę, na przykład podczas mszy, i natarczywie jej się przyglądał z przylepionym do twarzy zachęcającym uśmiechem - muszę stwierdzić, że zawsze bardzo dobrze wybierał. Pierwsze reagowały koleżanki - śmiały się, pokazywały sobie Tadeusza palcami, starały się zwrócić na niego uwagę jego wybranki. Ja już w tym momencie spaliłbym się ze wstydu zaś Tadeusz trwał a w jego uśmiechu dostrzegałem lekki odcień satysfakcji. Oczywiście wybranka już od dawna widziała te zabiegi, starała się na wszelki sposób to ukryć, ale zdradzał ją rumieniec na twarzy.
To wszystko nie miało dla mnie sensu - chłopak musi zrobić z siebie durnia, ale co otrzymuje w zamian? Kontakt osobisty, tak, ale co wtedy robić, o czym rozmawiać?
Jedyne znane mi istoty płci żeńskiej, poza Matką, z którymi można było rozmawiac o ciekawych sprawach to były trzy córki stryja Ziemowita. Najbliższa była mi środkowa, Anna, jeździła na nartach, wspinała się w Tatrach, doskonale znała wszelkie nowiny wydawnicze i potrafiła tak ciekawie mówić o jazzie, że próbowałem go na nowo polubić. Ale ona były już po studiach. Wniosek - dziewczyny robią się ciekawe dopiero na studiach. A może potrzebna jest do tego atmosfera dużego miasta?
Nawet ten konstruktywny wniosek opierał się na wątłych podstawach. Moją uwagę przyciągnęła dziewczyna z koedukacyjnej szkoły. Ona nie czekała na zaczepki chłopców, sama ich zaczepiała. Czy zauważyłeś moją nową bluzkę? - pytała. Była zawsze otoczona gronem chłopców, którzy nawzajem licytowali się w ich zdaniem dowcipnych odpowiedziach. To była sieć ochronna, otoczenie kolegów dawało pewien relaks, pozwalało na zmiany tematu bez obawy, że zapadnie kłopotliwe milczenie. Ona nie wyróżniała nikogo, nikt nie widział jej nigdy na randce z chłopakiem. A więc jednak z większością dziewczyn nie mam nic wspólnego. To potwierdzało słuszność idei, że jedyną ścieżką jest małżeństwo. Wtedy obowiązki domowe, rodzinne i rodzicielskie doskonale wypełnią czas.

Tadeusz wspomniał o erotyce i groźbie potępienia. To wydawało sie nieunikniowe - potępienie. Jeśli Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo to na pewno wykluczył z tego erotykę i płodzenie potomstwa. Wszak sam nie spłodził swojego Syna lecz uciekł się do jakichś niejasnych sztuczek. Również nie trudził się jego wychowaniem, scedował to na poczciwego rzemieślnika. Dużo bliźsi byli mi bogowie greccy, ale wiedziałem, że to twory ludzkiej fantazji. Bóg judajski był jedynym prawdziwym Bogiem a jedyną szansą na zbawienie było Jego miłosierdzie.

Zdawałem sobie sprawę, że zbliżająca się matura i, zaraz po niej, egzamin na studia całkowicie zmienią styl mojego życia. Czekałem jednak na to dość obojętnie. Nie widziałem żadnej autentycznie atrakcyjnej dla mnie opcji, nie obawiałem się również że moje życie mogłoby się wyraźnie pogorszyć.

środa, 17 czerwca 2015

 Tadeusz
W średniej szkole, po początkowych miesiącach euforii stawania się młodzieżą, moje zainteresowania sporo odskoczyły od szkoły. Lekcje poszły na dalszy plan, przedmioty, zwłaszcza takie jak geografia, chemia, historia, języki czyli wymagające więcej zapamiętywania niż rozumienia stawały się po prostu pracą do odrobienia, polem kalkulacji średniej otrzymanych ocen. Nie przeżywałem zainteresowania biologią, ale nie wiem dlaczego - to były sprawy jednak dość ciekawe, nowe, logiczne, i nawet z materiału zapamiętałem do dziś dużo. Wbrew swej specyfice język polski nie stanowił dla mnie przedmiotu przydatnego do przemyśleń - zupełnie absurdalnie był całkowicie oderwany od książek czytanych poza szkołą. Lektury czytane były na zasadzie odrabiania słupków z działaniami arytmetycznymi w podstawówce. W wypadku wielotomowych lektur moja nonszalancja i lenistwo powodowały czytanie tylko skrajnych tomów! Ale i tak w stosunku do dzisiejszych wymagań to przeczytałem bardzo dużo - podobno teraz trzeba tylko niewielki fragment przeczytać i zrozumieć. Nasze prace domowe były bardzo schematyczne - kolega Krzysiek Zając wywołany do odczytania zadanego wypracowania odczytał tekst z zeszytu choć go w nim nie miał. Zaimprowizował tak skutecznie, że nie został przyłapany. Każdy z nas wiedział kto wielkim poetą był i dlaczego. Przy okazji - Ferdydurke wówczas była znana tylko nielicznym koneserom literatury, a sam Gombrowicz w spisie pisarzy częściowo zakazanych.
Od tych moich karygodnych postaw wobec szkolnej wiedzy humanistycznej  odrębny był stosunek do matematyki i fizyki. Matematyka z całkowitą nowością czyli trygonometrią i jej zastosowaniem do obliczeń przestrzennych dawała poczucie przeżywania przygody, wywoływała ambicje gry z partnerem w postaci zadania - szukania niewiadomych jakiegoś splotu równań lub znalezienia parametrów przestrzennej figury. Oczywiście bez przesady - nie garnąłem się do dodatkowych zadań. 
Fizyka, ściślej jej program szkolny, była w tamtym czasie w fazie jakby dojścia do celu w opowiadaniu świata, jego budowy. Zjawiska elektryczne przy odpowiednim odkryciu analogii do prostej mechaniki stawały się oszałamiająco proste. Atomistyka była klarowna, prosta, piękna w swej zrozumiałej strukturze. Jeszcze do programów szkolnych nie weszły dziwne i do dziś nieukończone odkrycia kwantowe. Zrozumienie świata przy pomocy narzędzi Newtonowskich było dla nastolatka dostępne, medialne nowości były intrygujące. Rozszerzanie wiadomości szkolnych przez systematyczne kupowanie i wręcz studiowanie takich czasopism jak Młody Technik i Radioamator szkołę i dom łączyły, uzupełniały. To był w tamtym czasie mój jedyny teren wspólny uczenia się i rozrywki jednocześnie.
Inne pozaszkolne zajęcia nie miały już tak pożytecznego charakteru. Poza rozrywkami banalnymi jak kino, flirty, poważniejsze książki, ale też kryminały (pojawiły się tłumaczenia np. Conan Doyle'a, seria z kluczykiem itp.) prawdziwie mnie zajmowały, a dokładniej bardzo dużo czasu zabierały brydż i filatelistyka.
O brydżu Lech trochę wspominał. Dodam, że brałem nawet raz udział w zawodach sportowych gdy kielecka drużyna przy Wojewódzkim Domu Kultury miała jakieś kłopoty z zawodnikami. Ale bez sukcesów, które bym zapamiętał. W owym czasie brydż opanował całą populację inteligencji, rodzice grali z dziećmi, różnice w poziomie umiejętności nie zawsze były jaskrawe. Gdzie było to możliwe czytałem teksty o brydżu, jakieś kąciki w czasopismach, fragmenty z podręcznika Ely Culbertsona, nowinki licytacyjne typu pytania o asy Blackwooda. Najważniejszym źródłem zasad gry był jednak Ostaś, jego rodzice byli źródłem pierwotnym - i nic dziwnego bo to było małżeństwo inżyniera i głównej księgowej! Dopiero w 1959 wyszła najlepsza polska książka o brydżu Bogusława Seiferta. Ale na zawsze pozostałem przy naturalnym systemie Culbertsona. Systemy licytacji nowe i sztuczne, skuteczne przy ustalonych składach, uniemożliwiały grę towarzyską z przypadkowymi partnerami. 
Zbieranie znaczków jak to już wspominałem, zaczęło się w szkole podstawowej. Wtedy była to przede wszystkim lekcja geografii i nazw w językach obcych, nieco zwierzątek egzotycznych i portretów monarchów i prezydentów, zabawa egzotycznymi obrazkami. W liceum byłem już członkiem młodzieżowego koła Związku Filatelistów Polskich! Miałem cotygodniowe spotkania, kupowałem rozszerzony abonament polskich nowości. Ale największą zmianą była wymiana listów z zagranicą. Przypadkowo zdobyty adres w jakimś biuletynie owocował dziesiątkami kontaktów. Przeważnie kończyły się one wysłaniem polskich znaczków bez żadnego rewanżu. Niekiedy jednak dochodziło do wielokrotnej korespondencji, wzajemnych drobnych prezentów np. kawy Neski (to była całkowita nowość u nas), wiecznego pióra, no i oczywiście znaczków. Miałem zaprzyjaźnionego filatelistę w Anglii, oto list od niego z sierpnia 1957, na kopercie pełna, nowo wydana seria znaczków. Taka koperta z pierwszego dnia obiegu miała większa wartość nawet niż znaczki niekasowane.


Uczenie się angielskiego dawało owoce, namacalne i konkretne. Parę miesięcy temu dostałem od 
internauty zdjęcie innej koperty będącej spadkiem po jego ojcu - list jest do mnie z 1958 roku!


Jako już doświadczony filatelista wybrałem specjalizację - Polska międzywojenna, ściślej - lata 1860-1944. Zbieranie wszystkiego to dziecinada. Najczęstsze było zbieranie jakiegoś tematu np. zwierzęta, sport, kwiaty. Zagraniczne znaczki wymieniałem lub sprzedawałem. Moja kolekcja Polski rosła. Gdy kilkanaście lat temu żegnałem się w okresie kłopotów finansowych ze swym zbiorem, miałem komplet wydań oficjalnych bez 3 pozycji - ale one miały wartość nowego samochodu średniej klasy. Miałem nawet słynny nr 1 czyli znaczek Królestwa Polskiego z 1860 roku! Filatelistyka, jak każde kolekcjonerstwo,  ma tę cechę, że nie ma końca zbierania, po zdobyciu wydań podstawowych dochodzą odmiany, błędy, stemple, datowniki... Ale to temat rzeka i nie nadaje się do wspomnień. 
W przeciwieństwie do Lecha zupełnie nie interesował mnie ani sport ani wydarzenia polityczne. Mgliście pamiętam Królaka, który wygrał Wyścig Pokoju i Sidłę. Imprezy sportowe poznawałem dzięki seriom znaczków z ich okazji wydawanych. Krzesińską znam ponieważ  do serii olimpijskiej z olimpiady w Melbourne dodany został znaczek z  wydrukowanym jej wynikiem w skoku w dal. Oczywiście wówczas wiedziałem o sukcesach, medalach, ale szybko takie informacje wypadały mi z pamięci. 
Rozbuchane rozrywki pozaszkolne zaowocowały bardzo wyraźnie i bardzo boleśnie. W połowie X klasy zorientowałem się, że niemal nieuchronnie  grożą mi trzy dwóje (dzisiejsza jedynka) i pozostanie na drugi rok. To byłaby dla mnie klęska niedopuszczalna, niewyobrażalna. Miałem wpojone przez mamę przeświadczenie, że tym stróżem u Maćka niechybnie zostanę jeżeli szkołę zawalę. W tamtych strasznych komunistycznych czasach podręczniki były szare, brzydkie, marnie oprawione. Ale miały pełną potrzebną wiedzę wymaganą do dowolnie dobrej oceny podaną w sposób jasny, zrozumiały. Wystarczyło się z nich nauczyć! Przysiadłem więc fałdów. Udało się. W X klasie kończyły się dwa przedmioty - chemia i geografia, stopnie z nich przechodziły na świadectwo maturalne. Chemię dociągnąłem do czwórki, ale geografia została jako jedyna trója na maturze. Wyjaśnienie dla młodzieży - wówczas funkcjonowały trzy stopnie pozytywne - trójka, czwórka i piątka.

niedziela, 07 czerwca 2015

 Tadeusz
Profesor Ertel to był rzeczywiście wyjątkowy i prekursorski pedagog! Ja nigdy nie przepadałem za uczeniem się języków (co mam sobie oczywiście za złe), ale on mnie zwyczajnie zagarnął ku sobie i opanował. Lekcje angielskiego nie były lekcjami lecz swoistą przygodą, na którą czekało się do końca zajęć, bo zawsze były po ostatniej lekcji. Nigdy nie mieliśmy podręczników! Z początku były opisane przez Lecha swobodne rozmowy i scenki. Potem czytaliśmy po małym kawałku adaptacje literatury pięknej.  Były to opracowania radzieckie, doskonale przystosowane do poziomu naszego wieku. Pamiętam dwie pozycje: "Słowik i róża" Wilde'a i "Silas Marner" Eliota. Gramatyka była tylko naturalnym uzupełnieniem tekstu.
Profesor Adam Miętus nie wydaje mi się dziś skutecznym pedagogiem, nacisk na ćwiczenia, gramatykę, podręcznikowy rygor i rytm  mocno mnie zniechęcał, miałem też negatywne osobiste uwarunkowania antyniemieckie. Profesor Miętus miał barwny życiorys okupacyjny, prowadził tajne nauczanie, był też żołnierzem NSZ, o czym dowiedziałem się niedawno. Dopiero po latach Gerry Wolff swoją piosenką "Die Rose war rot"  KLIK pokazał mi różne odcienie niemieckiej artykulacji, innej niż te z okupacyjnych filmów. Ale to właśnie prof. Miętus miał na mnie wpływ największy przez swoje lansowanie muzyki klasycznej. Miałem ku niej zawsze jakieś inklinacje. Na lekcjach niemieckiego zostało to jednak uporządkowane. Co tydzień profesor wraz z wybranym uczniem chodził po klasach i rozprowadzał bilety na najbliższy koncert w filharmonii. Na lekcjach dawał się wciągać  w problematykę muzyczną. By zadać pytanie, wciągnąć profesora w dyskusję należało zrobić to w miarę kompetentnie. To wymagało przygotowania zarówno przez zadającego pytanie jak i paru dyskutantów. Dla mnie lekcje  języka niemieckiego stały się forum muzykologicznym. Niemieckiego nie nauczyłem się prawie wcale!
W tym okresie moje słuchanie muzyki rozdzieliło się na dwa sposoby. Jeden, pierwotny, to podkładanie pod muzykę nastroju, marzeń, literatury nawet. Jednak słowa śpiewane tylko mi przeszkadzały, zbyt często nie zgadzały się z moim odczuwaniem, wolałem więc muzykę instrumentalną lub słowa w obcym języku.  Powoli kształtował się drugi sposób słuchania - zestaw dźwięków implikował następny. Ogromną przyjemnością było ( i nadal jest) słuchanie instrumentu lub orkiestry z odrobiną czasowego wyprzedzenia, jakbym tę muzykę tworzył w sobie. Przy utworach słyszanych po raz pierwszy były oczywiście niespodzianki - czasami radosne, czasami zaskakujące, niekiedy nawet przykre, gdy utwór zawodził moje oczekiwania. Kielecka filharmonia nie mogła wydawać mi się słaba czy prowincjonalna. Ona była jedyna, a domowy głośnik radiowy był bardzo marnej jakości. W pamięci zachował mi się jako doskonałość utwór wokalny - Halina Mickiewiczówna śpiewała Arię z Bachianas Brasileiras No 5. Od Bachianas do Bacha był tylko krok. 
Muzyka powoli stawała się moim wzorcem piękna uniwersalnego - obejmowała zarówno piękno matematycznej proporcji jak i witalny urok romantyzmu. Nigdy nie porzuciłem muzyki popularnej, nie odciąłem się od piosenki. W tamtych licealnych czasach królowała piosenka francuska - Piaf, Aznavour - te nazwiska zostały na zawsze w moim wyobrażeniu artystów najwyższej próby. Lech dał przykład muzyczny pieśni z "Podróży zimowej" Schuberta. Bardzo mnie zaskoczyła ta nasza nowa zbieżność upodobań. Obecnie mam swoje dwa ulubione cykle muzyczne, słuchane na zmianę, są kontrowersyjnie zestawione, wręcz prowokacyjnie. To jest właśnie cały cykl "Winterreise" w wykonaniu Pietera Schreiera z akompaniamentem Światosława Richtera i, jako przeciwwaga i kontrast, Sandra ze swymi przebojami z Marią Magdaleną na czele. To jest zestawienie seksu i śmierci. Oba zjawiska fascynujące, wzajemnie się dopełniające. Dodam, że to zestawienie sztuki wysokiej ze szmirą - splecenie przeciwieństw, pokazuje pełnię człowieczego przeżywania, odczuwania piękna,  artystyczna akceptacja motta: Nic co ludzkie nie jest mi obce.
Liźnięcie zaledwie teorii muzyki, zasad harmonii, struktury sonaty, uzmysłowiło mi jak blisko muzyce do matematyki, logiki.
Wzruszenie do łez przy tęsknej arii Pucciniego lub banalnej rosyjskiej czastuszce uzmysłowiło mi jak blisko muzyce do zachwytu życiem czysto biologicznym, subiektywnym, ulotnym i kapryśnym.

Na krańcach długiej linii piękna uniwersalnego, powszechnego, obejmującego wszystkie dziedziny tak sztuki jak i życia, ustawiłem czysto osobiste, umowne dwa symbole -
twierdzenie Pitagorasa
i Brigitte Bardot.
Można je nazwać ogólniej:
wzór i powab.
W samym centrum linii piękna jest Toccata i fuga d-moll Bacha. Mój od chłopięcych lat ulubiony pisarz Stanisław Lem słowami swych astronautów słuchających tego utworu pytał: skąd ten stary, sprzed wieków, Bach wiedział jak wielki, nieskończony i wspaniały jest wszechświat? KLIK

piątek, 05 czerwca 2015

Lech Lech

W programie liceum były dwa nowe języki obce - niemiecki i angielski. Zasługą wykładowców jest, że oba te przedmioty są najmilej przez mnie wspominanym wydarzeniem szkoły średniej.

Niemiecki - pan Adam Miętus. Poliglota, prócz niemieckiego uczył łaciny w klasie A, mógłby równieć uczyć starożytnej Greki. Zawsze ogolony na wysoki połysk, starannie uczesany, elegancko ubrany. Lekcje prowadził też starannie i z solidną elegancją. Czasami wtrącał archaiczne słowa, na przykład - proszę teraz wyjąć preparacje - chodziło o zeszyty.
Jeśli miałbym określić naukę niemieckiego jednym słowem to powiedziałbym - gramatyka.
Koniugacja - ich sage, du sagst, er/sie/es sagt, wir sagen, ihr sagt, sie sagen. Deklinacja - der,des,dem,den... To było logiczne prawie jak tabliczka mnożenia i łatwo wchodziło mi do głowy. Podobnie zasady wymowy. Pan Miętus nie poprzestawał na nauce suchych reguł, bardzo istotny był dla niego kontekst kulturowy języka. A więc literatura niemiecka, poezja, Goethe, Schiller. Często zadawał wiersze - Erlkonig, Schatzgraeber, Am Brunnen vor dem Tore... KLIK. Fragment wielu wierszy pamiętam do dzisiaj. Widziałem radość w jego oczach gdy uczniowie dobrze nauczyli się jakiegoś wiersza. Niestety kończyło się to zazwyczaj niemiło. Pan Miętus zastanawiał się chwilę i wreszcie proponował - a może wyrecytujecie to razem całą klasą. Tylko na to czekaliśmy. Zaczynaliśmy bardzo równo I poprawnie, pan Miętus z błyskiem w oczach dyrygował zgranym chórem, kiwał głową potakująco I wtedy zaczynał się chaos - jedni zaczynali recytowac wiersz niesłychanie szybko,, gdy dobijali do końca zaczynali od początku, inni zwalniali tempo, jeszcze inni powtzrali w kółko jedno słowo albo tylko jeden dźwięk. Pan Miętus próbował przez chwilę to opanować, ale nie miał szans - rozpędzona klasa dostawała amoku - niektórzy zaczynali piszczeć, inni stukali w ławki, tupali. Stop, koniec - nauczyciel machał rozpaczliwie rękoma, ale trzeba było kilku minut aby to wszystko ucichło. A jednak za jaki czas próbował znowu.
Osobna sprawa to zamiłowanie pana Miętusa do muzyki klasycznej. Często poruszał jakieś tematy z tej dziedziny. Tutaj trafił celnie. Wraz z Tadeuszem zaczęłiśmy właśnie wkraczać w ten świat. Nie wystarczała już muzyka z głośnika czy radia, zaczęliśmy chodzić na koncerty naszej , dośc skromnej, Wojewódzkiej Orkiestry Symfonicznej. Słuchaliśmy więc z duzym zainteresowanie, zadawaliśmy pytania, na które pan Miętus udzielał obszernych odpowiedzi. Klasa wykorzystywała to bezlitośnie. Nie raz dostawałem zadanie żeby zagadać nauczyciela przynajmniej na 20 minut to nie zdąży sprawdzić prac domowych. Prawie zawsze się udawało. Język niemiecki nieco mi pomógł w pewnych sprawach zawodowych. Muzyka stała się koniecznym elementem życia.

Rajmund Ertel

Angielski - pan Rajmund Ertel - zdjęcie skopiowane ze strony Rodzina Hoffmanów - http://genus.boo.pl/albumh/slides/158h.html  -
podobnie do pana Miętusa bardzo elegancki w ubiorze i zachowaniu, ale z "typowo" angielskim dystansem i pozorną niedbałością. Typowo umieściłem w cudzysłowie gdyż nie miałem pojęcia jak zachowuje się i wygląda typowy Anglik (o ile taki w ogóle istnieje), ale po lekturze Dzieci kapitana Granta i obejrzeniu filmów z Alec Guinnessem, wiedziałem, że właśnie tak jak pan Ertel.

Pan Ertel był również poliglotą - uczył francuskiego w równoległej klasie A (do roku 1955), wiem że uczył też niemieckiego. 
Na lekcjach wprowadził nieznany mi dotąd bezpośredni kontakt z uczniami. Krążył po klasie, zagadywał do uczniów po angielsku i zachęcał do odpowiedzi. Potrafił to robić w taki sposób, że już po kilku lekcjach czułem wymierne rezultaty - mogłem rozmawiać z kimś po angielsku. Jeśli więc miałbym okreslić jednym słowem nauke angielskiego to powiedziałbym - konwersacja.
Mój zasób słów w rosyjskim był dużo bogatszy, w niemieckim podobny jak w angielskim, ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że mogę z kimś prowadzić konwersację w tych językach.
Pan Ertel inscenizował ad hoc scenki rodzajowe, w które wciągał najmniej się tego spodziewających. I stawiał stopnie, wyjątkowo wiele stopni, nie za tylko za formalne odpowiedzi, ale również za takie przypadkowe sprawdziany.
W naszej klasie był jeden kolega odstający od wszystkich. Duży, ponury chłopak, chyba sporo od nas starszy, ubrany niezmiennie w zielonawą kurtkę z amerykańskiego demobilu. Nie miał żadnego kontaktu z klasą, nauczyciele chyba trochę się go bali bo nie pamiętam żeby wywoływali go do odpowiedzi. Rezultat był jednak łatwy do przewidzenia - niechętne spojrzenie spode łba, wzruszenie ramionami, nie wiem.
Jednak udziału w scenkach organizowanych przez pana Ertla nie dało się uniknąć. Nawet Duży obserwował je z rozbawieniem i nie zauważył jak w którejś sam wziął udział. Doskonale - klasnął w dłonie pan Ertel - piątka! - Jak to piątka? - w oczach Dużego widziałem pełne zaskoczenie. Bardzo dobrze - piątka - potwierdził pan Ertel i pospieszył do stolika żeby wpisać ocenę do dziennika. Była to pewnie pierwsza piątka w szkolnej karierze Dużego. Kręcił z niedowierzaniem głową. Niestety pozostało niewiele czasu do końca roku szkonego, zresztą Duży zniknął ze szkoły przed tym końcem.
Jak wspominałem w innym miejscu, po roku nauki zmieniono program nauczania i angielski odpadł. Dzięki inicjatywie rodziców i dyrektora szkoły kontynuowaliśmy naukę dalej i to w większym wymiarze godzin i w zmniejszonej liczebnie klasie. Poczułem, że ta nauka może zakończyć się praktyczną umiejętnością.
Pan Ertel zachęcił nas również już na wczesnym etapie nauki do czytania angielskich książek, oczywiście w skróconym i uproszczonym formacie. Zarówno odwaga do podjęcia konwersacji jak i lektura bardzo mi pomogły gdy skończyła się regularna nauka języka.

sobota, 30 maja 2015

 Tadeusz
Pierwsze wrażenie w liceum: wróciła sytuacja sprzed lat - jestem w grupie najmłodszych, smarkaczy, po korytarzu chodzą prawie dorośli koledzy ze starszych klas. Drugie: jestem w liceum, w gronie młodzieży, to już nie dzieci z podstawówki. Ambiwalencja,  relatywizm - to moje zmory i błogosławieństwa. Budynek i klasy jakby prymitywniejsze, surowe w nastroju, mniej eleganckie od nazaretańskich, ale wyraźnie dostojniejsze. Czuło się czas, który w tym budynku upłynął. Jeszcze nie miałem świadomości jacy wspaniali ludzie przede mną w tych ławkach siedzieli, po tych podłogach biegali. Lech opisał strukturę - 2 kondygnacje, 2 korytarze i klasy po bokach, dobudowany segment stanowił szatnię, klatkę schodową i dwie pracownie - biologiczną i fizyczną. Na końcu górnego korytarza była lada, za nią na stołku wiadro z chochlą, para unosiła się, na ladzie emaliowane szare talerze, aluminiowe  łyżki i miska z kromkami chleba. Na dużej przerwie sprzedawana była bardzo tanio zupa, dzieci wedle klucza sierocego dostawały za darmo. Ja dostawałem. Smakował mi kapuśniak i krupnik, mniej ogórkowa. Nie były wodniste. Zupę jedliśmy stojąc przy oknach z szerokimi parapetami. Mury były grube na pół metra, to i parapety jak stoły rozległe.
Po korytarzu chodzili, biegali, rozmawiali uczniowie ze wszystkich klas. Stale chodził też któryś z nauczycieli.  Profesor Zdzisław Bielas, ktorego Lech już wymienił,  chodził zawsze z zapalonym papierosem. Już po naszym skończeniu szkoły, w 1978, umarł na raka płuc. Wśród uczniów zdarzały się bójki, zupełnie na serio, ale wedle sportowych, bokserskich zasad. Także mocowanie się, zapasy. Zawsze wewnątrz klasowe, nie było dominacji starszych nad młodszymi  (a może ja nie zauważyłem). Kopanie było niedopuszczalne, dwóch na jednego przyniosło by wstyd. Nie zdarzały się żadne wulgarne wyrazy. Starsi byli szanowani! Młodsi nie byli pomiatani, chociaż traktowani nieco protekcjonalnie! Dziwne czasy, niespotykane dziś maniery. 
Na pierwszych lekcjach z polskiego był sprawdzian naszych umiejętności. Chyba było dyktando. Ale mnie w pamięci zaryło się zwyczajne czytanie. Każdy po kolei, uczeń po uczniu po kilka zdań. Kilku uczniów sylabizowało - przeważnie to absolwenci szkół wiejskich. Większość czytała wolno ale płynnie. Parę osób tekst interpretowało czyli rozumiało treść już przed jego głośnym odczytaniem. Z klasy na klasę było nas mniej, stopniowo ilość zmniejsza się, mimo że repetujący z klas wyższych przybywają. Dwie klasy VIII czyli pierwsze w liceum miały w sumie ponad 60 uczniów. Maturę zdała połowa. Spory odsiew. Lekcje były od 8 rano. Po południu w naszym budynku funkcjonowała szkoła dla pielęgniarek. Czasami wychodząc po ostatniej lekcji spotykaliśmy się na schodach. Ale nie w szatni - nie wiem jak to było zorganizowane. 
Podczas karnawału organizowane były zabawy taneczne, zapraszane były dziewczęta z innych szkół. Grała malutka orkiestra, na podium było pianino, wówczas nie istniały magnetofony, gramofony nie miały wzmacniaczy do nagłośnienia sali. Pod ścianami stały krzesła. Nasze sukcesy taneczne były bardzo nieporadne. Pierwsze kroki do walca i tanga mieliśmy jeszcze w podstawówce na WF, ale to było takie odrabianie ćwiczeń, po dwóch chłopców niechętnie udawało, że tańczy. Na początku liceum rozróżniałem 4 tańce: tango, walca, fokstrota i polkę. Walc był najtrudniejszy, nigdy nie nauczyłem się go tańczyć w lewo. Oczywiście tango było najbardziej lubiane, bo pozwalało na przytulanki. Było też białe tango - dziewczęta prosiły chłopców. Nie wiem czy to jeszcze bywa praktykowane. Ze szkoły poprzedniej został mi wyrażający szacunek dystans do dziewcząt. Bywały więc sytuacje trochę groteskowe, gdy przy namiętnym tangu doły ciał się przytulały, a góry zwracały per koleżanko, kolego. Dziewczęta trzymały w mankietach rękawów chusteczki pachnące perfumami. Po zabawie, już w domu, wąchałem swoje dłonie i czułem ten dziewczęcy zapach. W starszych klasach chodziliśmy na zabawy do liceów żeńskich. Mieliśmy dwa zaprzyjaźnione. Liceum Królowej Jadwigi czyli doroślejsza wersja naszej zakonnej podstawówki. Tam był zawsze świetny poczęstunek - kanapki, ciasta, oranżady, kompoty. Tańce były w tej samej sali, w której przed laty, w II lub III klasie tańczyłem trojaka i kujawiaka  na jedynej ćwiczonej przez parę tygodni zabawie. Na następnej ulicy było liceum Królowej Kingi, jego 
właściwa powojenna nazwa to imienia Śniadeckich. Tam były ładniejsze, liczniejsze i łatwiejsze w kontakcie dziewczęta. Bywało, że najadaliśmy się w jednym miejscu i szliśmy do drugiego. To nie było ładne - ale nie będę ukrywał - pamiętniki powinny zawierać nieco szczerości. Szukam w pamięci strojów na, jakby nie było, dancingach (dziś słowo już chyba nie funkcjonuje). I tylko białe bluzki i plisowane granatowe spódniczki kryjące kolana przychodzą na myśl. Ale marynarskich kołnierzy to już nie było. Nie istniały jeszcze rajstopy, wyłącznie pończochy z podwiązkami. Oczywiście żadnych szpilek! Chłopcy również zwyczajnie, codziennie ubrani, ja parę razy byłem w butach narciarskich. 
Z Kingą raz na Prima Aprilis zrobiliśmy doskonały kawał. Zamieniliśmy się klasami. Nie chce mi się dziś wierzyć, że kadra nauczycielska nie zauważyła przemieszczania się chłopaków w żeńskiej szkole, ani dziewcząt u nas. Tym bardziej w takim dniu o wzmożonej podejrzliwości i czujności. Ale nic po sobie poznać nie dali. Nasza lekcja u Kingi była krótka, ale zupełnie sympatyczna, bez wyrzutów czy złości. Natomiast dziewczęta trafiły na naszego profesora od Przysposobienia Obronnego - Wrońskiego. To był weteran z wojsk Andersa, rubaszny facet z dziobatą twarzą. Na widok dziewczyn podobno wpadł w zachwyt, tryskał zarówno dowcipami jak i anegdotami z wojny. Nauczycielki z Kingi zabrały swe uczennice tak szybko, jak tylko mogły. To był dowcip, który z pewnością spodobał się wszystkim stronom. Tak przy okazji - bardzo źle wypadłem na pierwszej lekcji z profesorem Wrońskim. Na pytanie z czego składa się nabój karabinowy powiedziałem, że z czubka, łuski i kapiszonu. Ani jedna nazwa nie była prawidłowa!
Na lekcjach dwa zwyczaje wydają mi się już całkowicie historyczne. Podczas klasówek polegających na pisaniu wypracowań, rozwiązywaniu szeregu zadań, opisywaniu procesów - wybieranie odpowiedzi z podanych czyli obecne testy jeszcze nie były stosowane - czasami komuś brakło atramentu w wiecznym piórze. Dochodziło wtedy do procedury pożyczania z pióra do pióra po kropelce na stalówkę. Oczywiście pod bacznym okiem profesora. 
Drugie zjawisko wynikało z rzadkości posiadania zegarków. W naszej klasie był chyba jeden szczęśliwiec, niestety nie pamiętam kto. Był on bardzo nagabywany by na palcach pokazywać ile minut do końca lekcji pozostawało. Swój pierwszy zegarek miałem w maturalnej już klasie po naprawie u zegarmistrza starej Cymy taty. Rodzinna relikwia po ojcu, niestety już zawodna. Przed samą maturą dostałem Roamera - zegarek wysokiej jakości, do dziś jest sprawny. To był prezent od stryja z Anglii. 

Lech

Lech dodaje swoje trzy grosze...
Jak to dobrze móc porównać z kolegą swoje wspomnienia. Prawie żadnego z podanych przez Tadeusza wydarzeń nie pamiętałem, ale gdy o nich przeczytałem to przypomniałem sobie. Tak własnie było.
Jedna uwaga - bójki - wydaje mi się, że bójki na pięści miały miejsce głównie w szkole podstawowej. W Liceum chyba tylko w pierwszym roku. Zasadą było - walka do pierwszej krwi. Pamiętam jak raz, chyba w VI klasie, dostałem niezłe lanie a krew nie chciała lecieć, ani z nosa, ani z wargi. Musiałem dalej trwać.
Opowiadałem o tym synowi - był przerażony - Tatusiu, biłeś się na pięści? w katolickiej szkole? Spojrzałem na niego ze smutkiem - takie istotne doświadczenie życiowe go ominęło. 

 Tadeusz dodaje następne trzy grosze...
Z tymi bójkami to nie było tak świetlanie jak Lech pamięta. W X klasie jeden z kolegów pobity przez drugiego nosił kilka tygodni gips bo miał złamaną szczękę, ale że nie wykazano złej woli sprawcy obyło się bez poważniejszych dyrektorskich konsekwencji.  Ja też w tym okresie walczyłem w przejściu obok szkoły. Gdy byłem już wygrany przeciwnik sięgnął po kamień brukowy i zamierzył się. Stanąłem prosto, ręce opuściłem. Zreflektował się i kamień odrzucił, szlachetny etos walki zwyciężył :).

piątek, 29 maja 2015

Lech

We wrześniu 1954 roku rozpoczęłiśmy naukę w Liceum im. Stefana Żeromskiego. Szkoła założona w 1737 roku przez księży komunistów. Nawet nie księży-patriotów, ale po prostu - komunistów - KLIK.

Liceum

To była szkoła męska, ale tym razy było nas w klasie około 30. Program klasy VIII nie różnił się wiele od ostatnich lat szkoły podstawowej, przybyły tylko dwa języki - niemiecki i angielski. Mimo, że szkoła była państwowa to mieliśmy nadal lekcje religii.
Największą zmianą był skład grona pedagogicznego - przeważali mężczyźni. Pierwszy z nich to nasz wychowawca - pan Wypych, który również uczył języka rosyjskiego - ten pan w jasnym płaszczu na zdjęciu w czołówce blogu. Moim pierwszym wrażeniem było, że to jest rodowity Rosjanin, ale jednocześnie było to wrażenie sympatyczne. Pan Wypych budził autorytet, potrafił dobrze organizować klasę, świetnie prowadził lekcje, ładnie śpiewał. Po szkole podstawowej potrafiłem dobrze pisać i czytać po rosyjsku i z chęcią zabrałem się do nauki. Pod koniec pierwszego okresu pan Wypych zapowiedział sprawdzian z całego przerobionego materiału i nastąpił zimny prysznic. Nauczyciel wezwał mnie do odpowiedzi i polecił wyrecytować wiersz, którego uczyliśmy się na początku okresu. Bardzo łatwo uczyłem się wierszy na pamięć i równie ławo je zapominałem. Z tego wiersza pamiętałem tylko jedną linijkę - ...liogkuju pachodku Lenina. Ale na lekkim kroku Lenina daleko nie zajechałem - dwójka. Uznałem to za okropną niesprawiedliwość tym bardziej, że nikt inny z klasy nie został wezwany do recytacji tego wiersza. Od tego czasu miałem do wychowawcy duży i trwały żal. Nadal go lubiłem, ale już tylko na dystans.
Drugi nauczyciel, którego dobrze zapamiętałem to pan Bielas - matematyk.  Pod koniec przerwy ktoś z kolegów wycierał na sucho tablicę i nie oparł się pokusie żeby taką, pełną kredowego pyłu, szmatą w kogoś rzucić, ten rzucił w następnego. Wchodzi nauczyciel, wszyscy wstają a ja mam w dłoni tę nieszczęsną szmatę. Czymprędzej rzuciłem ją w stronę tablicy i trafiła w ramię pana Bielasa, który niespodziewanie szybko przeszedł od drzwi do stolika. Wielka biała plama na ramieniu, klasa zamarła. Kto to rzucił? - spytał pan Bielas. Nie było co się ukrywać - ja. Pan Bielas popatrzył mi długo w oczy, słusznie uznał, że był to przypadek, otrzepał marynarkę i wezwał dyżurnego żeby wypłukał szmatę.

Program nauczania nieco mnie rozczarował. Każdy przedmiot poza matematyką to było powtórzenie materiału znanego nam ze szkoły podstawowej. Oczywiście było to powtórzenie pogłębione i rozszerzone, ale właśnie to mnie zniechęcało. Geografia to nie było już odwiedzanie miejsc znanych mi z książek podróżniczych lecz wiadomości o gospodarce i bogactwach mineralnych. Historia to nie były wizyty na królewskich dworach i emocjonujące bitwy lecz polityka i walka klas. Jedynie pogłębianie wiadomości z fizyki było dla mnie interesujące.

Koledzy... 30 chłopców w klasie, tylko dwóch z nich znałem ze szkoły postawowej. Zaskoczyło mnie, że w nowym towarzystwie czułem się bardzo dobrze. Chodząc do prywatnej szkoły miałem poczucie pewnej elitarności, okazało się że chłopcy z innych szkół niczym się od nas nie różnili. Poziom był mniej więcej wyrównany, nie było zdecydowanego prymusa, nie było oferm klasowych. Oczywiście utrzymywaliśmy nadal bliski kontakt z naszymi kolegami, którzy wybrali klasę z łaciną. Wszystko było w porządku.

W szkole średniej działał Związek Młodzieży Polskiej - ZMP. Muszę przyznać, że czułem sympatię do tej organizacji. Na kronikach filmowych oglądałem dziarskich Zetempowców jak pomagali przy żniwach, walczyli z analfabetyzmem, pomagali na wielkich budowach socjalizmu. Ja też chciałem coś takiego robić. Miałem świadomość, że Matka izoluje mnie od trudów życia. Widziałem też, że za tym trudem kryje się radość i satysfakcja. Jednak ZMP był nie do zaakceptowania ze względów ideowych. Swoją drogą spora ilość jego członków to byli moi starsi koledzy z Nazaretanek.

Szkoła... trzon szkoły to był stary budynek sprzed 150 lat. Długi korytarz, po obu stronach spore klasy. Po północnej stronie był dobudowany nowszy segment, w którego dolnej części miesciła się szatnia.
Szkoła nie miała sali gimnastycznej i w zimie chodziliśmy na lekcje W.F. do sportowej hali Wojewódzkiego Domu Kultury (WDK). Tam poznałem grę w koszykówkę. Bardzo mi się spodobała - byłem chyba najwyższym uczniem w klasie więc nieco łatwiej było mi trafić do kosza.

Nowe przedmioty - niemiecki i angielski - o tym w osobnym wpisie.

PS. Jak widać w czołówce wpisu zmieniłem uczesanie na bardziej dorosłe.