Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: Słowackiego13

piątek, 22 maja 2015

 Tadeusz
Dzięki dokładnemu opisaniu przez Lecha naszego świata politycznego i tła ustrojowego,  mogę się spokojnie ograniczyć do pokazania detali materialnych tych naszych lat pięćdziesiątych. 
Po śmierci babci miałem aż do powrotu mamy z pracy całe mieszkanie dla siebie. Po opisie podwórka i ogrodu pora na pokazanie mojej kuchni. Poza zlewem już opisanym i piecem kuchennym z duchówką, w którego palenisku eksplodował mi pocisk świetlny, najważniejszą częścią był stół. Nad nim wisiała lampa. Była ona jedynym źródłem energii elektrycznej. A więc musiała być do niej wkręcona złodziejka czyli rozgałęziacz między oprawką i żarówką. Dziś takie urządzenie jest trudno dostępne i uchodzi za muzealne. Spod żarówki więc zwisał kabel zasilający maszynkę elektryczną do gotowania. Poranny pośpiech śniadaniowy nie pozwalał na rozniecanie ognia w piecu, maszynka była więc rozwiązaniem. Również szybkim, ale jednak wolniejszym w uruchamianiu, sposobem był prymus - bardzo ciekawe urządzenie na naftę, z efektownym rozpalaniem płonącym denaturatem, drucikiem do każdorazowego przetykania dyszy, z pompką do nafty i głośnym, dźwięcznym szumem palącego się palnika - to był starodawny prototyp obecnej gazowej kuchenki turystycznej. 
Moje zainteresowanie wzbudzała jednak tylko maszynka. Miała odkrytą spiralę żarzącą się na czerwono. Ułożone na pokrywce od jakiegoś blaszanego pudełka kawałki ołowiu dawały się stopić. Gdy spirala ulegała przepaleniu skręcałem końce i znów wszystko działało. 
Podręcznik do fizyki pokazał mi schematyczny rysunek elektrycznego dzwonka. Uznałem, że warto sobie taki dzwonek zrobić. Rdzeń elektromagnesu był jak podkowa, a najbliższy jej kształtu był skobel. Owinąłem go więc posiadanym drutem, zwój przy zwoju jak rysunek pokazywał, skonstruowałem blaszkę z przerywnikiem, zgodnie ze schematem przewody połączyłem i podłączyłem do gniazdka w złodziejce. Niestety spaliły się korki. Naprawiałem je z wprawą - wystarczył kawałek drutu. Miałem świadomość, że nie może być gruby. Próby z dzwonkiem spełzły jednak na niczym.
Następnym eksperymentem była lampa łukowa. Dwa pręciki węglowe ze starych bateryjek węglowo-cynkowych na elektrody nadawały się świetnie. Niestety korki znów poszły. Prawo Ohma podpowiedziało - za mały opór, robi się krótkie spięcie! Połączyłem szeregowo z maszynką do gotowania. Rewelacja! Trochę prób z bezpiecznym, bo przez szmatkę, uzyskiwaniem odstępu elektrod i łuk świecił niby domowe słońce, pięknie syczał. Zapach ozonu rozchodził się po domu - choć jeszcze nie wiedziałem co to ozon. Łuk był niestabilny, krótkotrwały, sypał czasem iskrami - nie wiedziałem, że prąd zmienny słabo się do tego nadaje. Prawdę powiedziawszy prądy zmiennego tośmy jeszcze wtedy nie przerabiali na lekcjach. Nikt jakoś nie zauważył zużycia prądu po moich badania świata elektryczności. Korki czyli bezpieczniki, były reperowane po kilka razy dziennie. Automatyczne wówczas jeszcze nie istniały.
Galwanotechnika skończyła się całkowitą klęską, prąd zmienny się do niej nie nadawał, baterie były zbyt drogie. Kto jeszcze pamięta typową baterię płaską 4,5 V, podstawę energii do latarek. Radia na baterie jeszcze nie istniały. Latarka  z taką baterią świeciła tylko parę godzin. 
W pokoju nęcącym i intrygującym przedmiotem był głośnik. Wierzyłem, że istnieje możliwość przeróbki takiej, by można było odbierać inne stacje. Próby skończyły się na  równoległym doprowadzeniu przewodu od gniazdka głośnikowego do słuchawki telefonicznej zawieszonej na dywanie przy łóżku. Mogłem słuchać  w łóżku nawet przy wyłączonym głośniku głównym! Chyba doszedłem do fazy zastosowania potencjometru.
Parę lat później zacząłem kupować Radioamator - miesięcznik dla chcących budować własne radio, nawet miałem już kupione 2 lampy 3S4T - niektórzy przypomną sobie takie coś. Ale na tym się skończyło - chassis, zasilacz, potencjometry, kondensatory itp to przekraczało moje możliwości. Ale działanie triody potrafię wytłumaczyć nawet dziś. 
Naprzeciw stołu w kuchni stało łóżko. Do 1952 spała na nim babcia. Żelazne, czarne, z wysokimi poręczami i stalową siatką. Na niej leżał siennik czyli wielka koperta, poszwa z grubego szarego płótna wypchana słomą. Każdego końca lata, po żniwach, kupowaliśmy snopek słomy, wówczas długiej ponad metr. Była ona łamana, zgniatana, skręcana, mierzwiona i wciskana do siennika. Na to derka, prześcieradło. Kołdra, kapa. Taki materac był jakiś czas bardzo sprężysty. Pokojowe materace były dwojakiej jakości. Gorsze wypchane tzw. trawą morską. Lepsze, dziś już zupełnie unikalne i bajońsko zapewne drogie - włosiem końskim. 
Ciocia Jadzia, siostra mamy, pracowała w izbie skarbowej. Nie istniały wówczas maszyny liczące w biurach. Gdy przychodził okres bilansu nie starczało czasu biurowego na wszystkie obliczenia. Ciocia przynosiła do domu sterty dokumentów i w kuchni, czasem do rana, stukała liczydłami - sumy z różnych źródeł musiały się zgodzić, bywało, że szukanie 1 grosza zabierało wiele godzin pracy. Czasami, gdyśmy spać już poszli, ciocia zabierała się do grania na gitarze, przypominała sobie lata dawne. To były różne tęskne melodie, zbiór nut jeszcze mam, tylko "oczy czarne" z tytułu pamiętam. Gitara była piękna, 7-strunowa, inkrustowana masą perłową. Obecnie wisi na ścianie u córki. Ciocia była panną, i aż do śmierci nalegała by tak się do niej zwracano  - panno Jadziu. Była zgorzkniała, sentymentalna i religijna. Za młodu bardzo ładna. Miała narzeczonego, który został jedną z ofiar przewrotu majowego z 1926 r. Poległ po stronie rządowej więc nienawidziła Piłsudskiego. A jej siostra była żoną legionisty z 5 pułku piechoty, a brat ułanem u Beliny Prażmowskiego - obie formacje z I Brygady. 
Na zdjęciu obok - Jadwiga Malanowska w wieku 20 lat.
To tyle o kuchni na ul. Słowackiego 13 m. 5.

Trzy grosze Lecha... Doskonale pamiętam tę lampę łukową. Nazywałem ją łukiem Volty.  Oprócz prętów węglowych z baterii próbowałem również używać grafity z ołówka - wychodziło całkiem efektownie. Oczywiście było wiele przypadków spalonych korków, nie raz kopnął mnie prąd. Istny cud, że to nie zakończyło się tragicznie.
"Ciocię Jadzię" też dobrze pamiętam. Moja Matka również pracowała jako księgowa, ale pani Jadwiga pracowała chyba na wyższym stanowisku gdyż Matka wyrażała się z wielkim szacunkiem o Jej znajomości tematu. Pamiętam ją jako piękną kobietę naznaczoną wielką tragedią osobistą.

czwartek, 21 maja 2015

 Tadeusz
Schody w końcu podwórka prowadziły do ogrodu. Ciągnął się on aż do ulicy Śniadeckich, zakończony  drewnianym płotem, wysokim na 2-2,5 m z wąskich, poczerniałych sztachet. Wciskając stopę miedzy sztachety i skręcając ją wchodziliśmy na plot jak na drabinę. Ogród był długi na prawie 60 m, szeroki około 20 m. Po bokach miał płoty następnych ogrodów, rzadko odwiedzanych. Tak więc wykorzystując parę odchylanych sztachet całość naszego królestwa to było niemal pół hektara terenu z drzewami, krzewami, zaroślami, rzadkimi grządkami.
Nasz ogród miał środkiem alejkę z piwoniami, po bokach grządki lokatorów z jarzynami, kwiatami, zajmowały one około 1/3 po środku ogrodu. Moja rodzina grządek nie miała ponieważ zamieszkaliśmy tu za późno. Do chłopięcej  dyspozycji był teren na początku i na końcu ogrodu. Na początku, tuż za schodami były bzy, walące się komórki, dwa duże orzechy włoskie, których cień nie pozwalał na żadne uprawy. Dach drwalek pod moim balkonem był nad ziemią  w ogrodzie tylko na pól metra, tędy do ogrodu chodziłem. 
W maju zrywaliśmy wszystkie kwiaty bzów, dzieliśmy na bukiety i zanosiliśmy do każdego lokatora po jednym. W czerwcu przy schodkach zakwitał na różowo kwitnący stary głóg, wyrastający ponad nasze domy.  Jesienią strząsane i zrywane były orzechy. Dzielone na równe kupki i jak bukiety bzów po wszystkich rodzinach roznoszone. To był okres czarnych rąk od zrywania łupin z orzechów. Nie pamiętam żadnego trybu nacisku, dozoru doroslych. Stefek mówil: no to dziś zbieramy orzechy. I zbieraliśmy. 
Zabawy w chowanego, podchody, strzelanie - to była codzienność. Zimą lepienie bałwanów, fortec - zawsze na koniec dnia  burzonych. 
Każdy znany nam dorosły mężczyzna w tamtych czasach palił papierosy - a więc i my podejmowaliśmy takie próby. Jednak papierosów nie kupowaliśmy, lecz robiliśmy je z suszonych liści różnych roślin. Najlepsze okazywały się te z orzecha. Oczywiście nie było mowy o jakimkolwiek zaciąganiu się, również oczywiste, że mam na myśli okres wczesny, z podstawówki. Ceremonia przebierania liści, darcia gazet, skręcania papierosów, w końcu palenia, nie mogły rzucać się w oczy więc robiliśmy sobie kryjówki. 
Kryjówka  to właściwie była nasza obsesja stała, niezależnie od papierosów. Często to był szałas z oberwanych gałęzi. Czasem zbita z desek od walącej się komórki nowa komórka. Czasem gęsto rozrośnięte krzaki tuż za płotem w ogrodzie obok.  Częstą kryjówką była korona któregoś drzewa, szczególnie dużego klonu na końcu ogrodu, obok gruszy, śliwy, drugiego klonu. W kryjówce omawiane były nowe wiadomości, komentowane wydarzenia, wyniki gier - pod orzechami na gołej, płaskiej ziemi graliśmy w państwa, gra była z rysowaniem granic, zakreślaniem ich zmian, wedle reguł, których już nie pamiętam. W kryjówce pokazywaliśmy sobie zdobycze, znaleziska: pociski, czubki, łuski, planowaliśmy ich wykorzystanie, wymianę. Różne maszyny i ich fragmenty dobre do rozkręcania i ponownego składania, stare transformatory, z których miedziany drut był skarbem do wielu zastosowań - choćby do obciążania czubków strzał do łuku lub kuszy. Zdobyty nabój od rakietnicy to było zajęcie na wiele dni. Rozbieranie, próbne zapalanie prochu, kawałków kostek na kolorowo płonących i rozrzucających iskry. W okolicy kryjówki robione były skrytki do takich zabawek.
Przez jakiś czas mieliśmy mały rewolwer bez okładek na kolbie, iglicy i sprężyny. Był fascynujący, malutki, chromowany, tylko nieco zardzewiały. Z bębenkiem na chyba 5 naboi.  Po parodniowej, burzliwej dyskusji wrzuciliśmy go do jedynej dostępnej studni - u kolegi z ulicy Śniadeckich - Marka Bieńkowskiego. Do niego była droga prosta - przez płot, ulicę i już. Jego dom był własnością jego rodziny. Ogród przypominał nasz, ale dom już był inny. Był ze wszystkim wewnątrz jeszcze sprzed wojny i mieszkała w nim jedna rodzina! Najważniejsza była szafka z książkami! Same wydania sprzed wojny. Różne Verny, Guliwery, Robinsony, baśnie, dziesiątki tytułów, których nie pamiętam choć wszystkie przeczytałem. 
Jedna z kryjówek była najwspanialsza, ale też bardzo naganna, wręcz przestępcza. Ściana murowanej szopy z sąsiedniej posesji wychodziła na ogród i miała na stryszku małe okrągłe okienko. Wiele tygodni, wspinając się po stercie gałęzi i chwastów, nożami, drutami, gwoźdźmi wydłubywaliśmy cegły aby otwór powiększyć. W końcu dostaliśmy się na pusty niski stryszek. Mogliśmy tam posiedzieć, odczekać deszcz, poszeptać - pod podłogą z desek była ubikacja często odwiedzana i drwalki. Ale strych był nasz!
Czasami na niebie pojawiał się samolot - to był kukuruźnik czyli dwupłatowiec z płóciennym obiciem kadłuba i wielkim śmigłem - biegliśmy na podwórko, gdzie niebo nie było gałęziami przysłonięte i wrzeszczeliśmy: Lotnik, lotnik, puść ulotki. I zdarzało się, że puszczał. Chmura kartek frunęła po niebie niczym stado gołębi, spadała na ulice, dachy, z rzadka nawet jakaś spadła do nas. Młody historyk ująłby to jako poniżające, haniebne wtłaczanie komunistycznej propagandy do domów i umysłów zniszczonej wojną i zatrwożonej nowym reżimem ludności. A myśmy się z tej żółtawej przeważnie kartki cieszyli jak z trofeum i chowali do swych skrytek nawet nie czytając. 
Mimo mieszanego składu urzędniczo-robotniczego sąsiadów nie poznałem wówczas żadnych wulgaryzmów. Najgorszymi przekleństwami były cholera jasna i psiakrew. Wśród kobiet nadużywane było zawołanie dziś już zapomniane całkowicie: Matko Boska! albo Jezus Maria! Wiejskie Olaboga znam tylko z literatury. Moja jedna z pierwszych miłości, Iwonka, jeszcze z podstawówki, mówiła "o jeżuś", co mnie bardzo urzekało. Nie pamiętam żadnej podwórkowej terminologii genitalnej - prócz bardzo zabawnego palca bez paznokcia. No i picki Jadźki  spod Marzysza.
Siedząc na progu, na którym przeważnie pan Siekański rozwarstwiał opony, 30 czerwca 1954 roku (sprawdziłem w Wikipedii) oglądaliśmy prawie całkowite zaćmienie słońca. Przygotowania do niego trwały parę dni. Błony od zdjęć rentgenowskich dobre do obserwacji były już dawno zużyte. To były błony celuloidowe doskonale do robienia rakiet, palące się gwałtownie niczym proch wydobywany z pocisków. A więc musieliśmy zrobić filtry z szyb osmalanych sadzą. Problem polegał na osmaleniu zanim szyba pękła od gorąca  płomienia świecy. To nie było łatwe i wiele szyb zmarnowaliśmy. Samo zaćmienie było zwyczajne, jak to zaćmienie - zapowiedziane, zrozumiałe, oczywiste, tylko trochę ciemniej się stało.
To był koniec szkoły podstawowej.
Wołania nas przez matki do domu było rzeczą równie nieprzyjemną jak gimnastyka poranna w radio o godzinie 7. Czasami tylko kończyło się powrotem do ogrodu z kromką chleba ze smalcem, albo nawet garścią bobu lub kilkoma plackami ziemniaczanymi  do podziału.
Pewnego dnia, już w czasach liceum, tuż za bzami postawiono gęsty wysoki parkan. Rozpoczęła się budowa milicyjnej siedziby.  
Na zdjęciu z 2008 r. za schodami widać jasny optymistyczny budynek. To był nasz mroczny koniec chłopięcego raju. Widać też wystający i chyba właśnie kwitnący głóg.

wtorek, 19 maja 2015

 Tadeusz
Większość ulic kieleckich poza ścisłym śródmieściem miała charakter wsi ulicówki.   Czyli dom od frontu, za nim jakieś budynki typu oficyna albo szopa, drwalki, potem ciągnący się aż do następnej równoległej ulicy ogród. Od wsi różniły się tym, że przeważnie były murowane.Taka też była posesja na ul. Słowackiego 13. Była ona własnością miasta, prawdopodobnie pozostałość po wymordowanych Żydach. Jest to tylko moje przypuszczenie, ale nie widzę innego wytłumaczenia zamieszkiwania przez kilkanaście przypadkowych rodzin, z których żadna nie była właścicielem. Od ulicy parterowy budynek z trzema rodzinami. Wielka, dziś już nie istniejąca dwuskrzydłowa drewniana brama z drzwiami w jednym skrzydle. Po obu stronach wybrukowanego okrągłymi kamieniami podwórka stały piętrowe oficyny. Lewa była większa, stykała się z frontowym budynkiem. To moja. Mieszkałem na 1 piętrze, w głębi. Drewniane schody, okno na klatce schodowej, a po jego bokach szafki służące za spiżarki. Drewniane drzwi zamykane na zamek z wielkim kluczem i dodatkowo na kłódkę. Oba klucze od śmierci babci nosiłem na sznurku na szyi, pod swetrem. Na drzwiach był okrągły dzwonek -  z pokrętłem z zewnątrz, a od wewnątrz czaszą dzwonka i młoteczkami w kształcie kółek - to działało  jak ręczny dzwonek do roweru. Kuchnia z kranem i zlewem przy oknie. Charakterystyczny był zlew, dziś już takiego kształtu nie spotykam. Pozioma dolna ćwiartka  kuli o średnicy pół metra, zewnątrz matowa, czarna, wewnątrz pożółkła emalia, z tyłu zlew zamknięty ścianką wychodzącą  ponad jego krawędź około 40 cm. Odpływ to kilkanaście dziurek. Kran oczywiście mosiężny, nigdy nie psuły się w nim uszczelki! 
Z kuchni wejście do sporego pokoju, ca 4 na 5 m.  Dwa okna na podwórko i wyjście na balkon bez balustrady, ale wprost na dach drwalek. 
Wszystkie okna  podwójne, z oberluftami, skrzydła zewnętrzne otwierane na zewnątrz - mycie było niebezpieczne.
Pod nami mieszkała rodzina z dwoma synami - młodszym i starszym ode mnie. Sporo starszy Stefek był naszym przywódcą, ale nie powodowało to żadnych sytuacji konfliktowych, przykrych, po prostu lepiej wiedział od maluchów co i jak należy robić.
Ich ojciec był robotnikiem lub dozorcą. Całe pogodne popołudnia spędzał na progu wejścia i rozdzielał stare opony na warstwy. To była złożona procedura, na którą patrzyliśmy jak zafascynowani. Najpierw przy pomocy długiego noża i młotka odcinanie brzegowych utwardzonych drutem obręczy. Trudne  oddzielanie pierwszych centymetrów, odciąganie obcęgami jedną ręką, drugą nacinanie. Potem płat unieruchamiany był w odchyleniu dłonią, łokciem. Częste ostrzenie szewskiego noża na osełce. Warstwy gumy grubości do pół centymetra, grubość kontrolowana przez pojawianie się nicianego wzmocnienia. Płaty były dostarczane do wytwórców kapci na podeszwy. To była najtańsza ale też najtrwalsza forma obuwia letniego i domowego, kupowana na straganach na rynku. 
Naprzeciw, też na parterze mieszkał Andrzej - późniejszy kolega z liceum, rok ode mnie młodszy. Czterech chłopców na jednym podwórku, żadnej dziewczynki. Byliśmy bardzo zgraną grupą. Dołączał do nas syn stolarza z sutereny sąsiedniego domu, tego w którym mieszkał dr Krasowski. Dzięki niemu mieliśmy dostęp do narzędzi stolarskich. 
Oficyna prawa był krótsza, mieszkania mniejsze. Nie było w nich żadnych dzieci. Z piątki lokatorów dwoje było ciekawych. Na piętrze w głębi mieszkało małżeństwo, ona była podobno w młodości cyrkówką, jedynym tego potwierdzeniem było wychodzenie przez okno na dach innych drwalek i opalanie się tam lub rozwieszanie prania. On natomiast po swej biurowej pracy, miał konika - dziś hobby - oprawiał książki. U niego poznałem podstawy introligatorstwa - rozdzielanie na arkusze, podklejanie, szycie na specjalnym urządzeniu z deseczek, oprawa twarda i łączenie jej ze zszytym blokiem. Mam kilka książek, które sam po tamtych lekcjach, już po wielu latach, sobie oprawiłem. 
Również na piętrze, w pojedynczym pokoju mieszkała mocno zdziwaczała pani. Miała trzy koty, kurę i bardzo zniszczony dziecinny wózek. Codziennie koty zamykała, a kurę sadzała na krawędzi wózka i jechała z nią na jakieś działki czyli ogródki uprawne. Wracała wieczorem, z kurą i pękami roślin - marchwi, buraków. W domu słyszałem rozmowę, że ona jest koleżanką mamy i cioci z gimnazjum pani Krzyżanowskiej - prywatnej szkoły z czasów tuż przed i po I W.Ś. Poznały to po nazwisku i śladach podobieństwa. Ale nie chciały się jej przypominać, chyba bały się kłopotliwego nawiązania bliższych stosunków.  
Niedawno natrafiłem w internecie na stronę: KLIK
tam jest zdjęcie (mylnie datowane na 1920, w istocie to okolica 1914) z panną Wandą Kozierkiewicz. Wśród uczennic siedzi ksiądz. Mam zdjęcie klasowe mojej mamy z tym samym księdzem! A więc podsłuchane wiadomości o koleżance były prawdziwe. 



Na zdjęciu z 2008 r. widać podwórko, już z cementową peerelowską nowoczesnością zamiast bruku. Prawa oficyna zasłonięta budą, której nie było. Okno od pani Kozierkiewicz otwarte, bez szyb, chyba nikt nie mieszka. W głębi widać schody. To wejście do ogrodu, na zdjęciu zamiast niego gmach milicji, teraz policji. Nowy temat, nasz chłopięcy świat.