Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: Nazaretanki

niedziela, 05 lipca 2015

Lilia  Wiesia

Panowie Tadeusz Gajl i Lech Milewski koledzy ze szkoły podstawowej sióstr Nazaretanek w Kielcach są już w swoich wspomnieniach po maturze, a ja dopiero w prapoczątkach edukacji. Właśnie jestem w klasie, drugiej, może w trzeciej i śpiewam o szewczyku, który butki szył i o balu śnił.
Czy pamiętacie salę gimnastyczną w zimie przystrojoną watą i soplami z celofanu, w której odbywały się w tańce, dla nas najmłodszych w kółkach? Należało uważać, bo wyfroterowana przez zakonnice podłoga była śliska. Na jednym z „balów” dziewczynki wystąpiły w  sukienkach uszytych z materiału ze spadochronów, popiskując - myśmy kotki małe, całe jak śnieg białe.  Słuchały tego śpiewu nie tylko najważniejsze siostry Leonilla, Scholastyka i Narcyza, ale i różni goście z zewnątrz, najważniejszy z nich był miejscowy biskup. Siostrę Narcyzę uważałam za świętą. Nad jej welonem, mogłabym przysiąc, widziałam aureolę. - E tam, dzieci komuny. Żadnej komuny u nas nie było, ale po wojnie, po Jałcie. Musieliśmy przetrwać.

Moja droga do „nazareńskiej” szkoły im. Królowej Jadwigi przy Słowackiego 5, prowadziła z Krakowa, ze szpitala na Czerwonym Prądniku zajętego przez Niemców, przez Gwoździec koło Melsztyna –  tam się ojciec ukrywał i Piaseczno pod Warką.
Pielęgniarka namawiała wcześniaka: essen kleine. Jak tylko niemowlę znalazło się poza szpitalem jego ojciec pod becikiem w wózeczku przewoził broń przechowywaną potem m. in. przy ulicy Pawła Popiela 11. Adres nie był bezpieczny, moja ciotka i matka chrzestna, wspaniała ciocia Józa na śmierć  i życie zakochała się w Niemcu. Cudem nie została za to ogolona. Po wojnie ojciec, który był architektem kierował odbudową wsi Piaseczno zburzoną w stu procentach podczas ofensywy wojsk sowieckich w połowie stycznia 1945 r. Jeden z rosyjskich czołgów, które parły na Grójec i Sochaczew w kierunku broniących się przed okrążeniem Niemców utknął w środku Piaseczna nad stawem i służył za miejsce zabaw dla miejscowej dzieciarni przez kilka lat.
Chłopskie rodziny po kolei wyprowadzały się z ziemnych lepianek do dwupokojowych domków budowanych na koszt państwa. Piaseczno, które znikło w stu procentach z powierzchni i pojawiało się powoli zupełnie inne. Domy rozdawano ludziom za darmo. Były identyczne. Niektóre stoją do dziś. Na otwarcie szkoły przyjechał Bolesław Bierut. Nie dalej niż 300 metrów od niej znajdowała się kryjówka sześciu akowców. Wśród nich był ścigany przez władze brat mojej mamy Tadeusz Juszkiewicz. Pochodził z gór, tam walczył, wywiózł  z Piaseczna do Kielc najładniejszą dziewczynę – Honorkę. Kiedy szła przez wieś  wyprostowana, jak struna, mężczyźni zawzięcie gwizdali. Każdy chciał mieć taką Jagusię.

U Nazaretanek siedziałam w jednej ławce z Anką Borkowską. Anka swojego ojca nigdy nie widziała. Różne rzeczy, podsłuchane z rozmów swojej babci z mamą z gorączką szeptała mi do ucha. Nie za bardzo rozumiałam jej straszne tajemnice. Od razu przypadłyśmy sobie do gustu. Ona wyglądała znacznie lepiej, niż ja, istny wówczas patyk. Widać na grupowym zdjęciu komunijnym, które posłużyło do ilustracji wspomnień z dzieciństwa Tadeuszowi Gajlowi...

Po komunii

Zapytał mnie mailem, bo nie widzieliśmy się od dzieciństwa, która to ja? Ano, w przekrzywionym wianuszku, ze skrzywioną twarzą, jakby kilka gwoździ naraz nieszczęśnicę zaczęło uwierać w bucie.

Tadeusz zaznaczony Nr 1, Lech Nr 2, a dziewczynka w przekrzywionym wianuszku? Zgadujcie Państwo sami - kometarz Lecha.

Przed dniem pierwszej komunii obie z Anką zamartwiałyśmy się, że lilie, które miałyśmy trzymać w rękach podczas komunijnego nabożeństwa w kościele nie chcą się rozwinąć. Pąki kwiatów pękły w ostatnim momencie, pomogło dodanie do flakonów kilka godzin wcześniej tabletek aspiryny.

Tadeusza Gajla zapamiętałam, bo - po pierwsze do dziś mam okładkę jego zeszytu do polskiego, kiedyś żółtą dzisiaj już białą, która po dziesięcioleciach wygląda, jak szmatka, po drugie - ponieważ  wydawało mi się, że na mnie i na niego nauczyciele w szkole krzyczeli częściej niż na inne dzieci. Za nic. Albo tylko tak mi się wydawało. Może na lekcjach za dużo rozmawiałam z Anką? Ale przecież to ona, nie ja gadała jak najęta. Tadeusza strofowano, żeby nie robił tego pod ławką, co robi. Chciałam koniecznie zobaczyć co takiego? Podpatrzyłam - rysował.

Anka, córka oficera, na fotografii komunijnej stoi pewna siebie, tak jak uczyła ją przy mnie jej babcia, przypominając: pamiętaj, ojciec z góry patrzy! Przysięgałyśmy sobie, że będziemy przyjaciółkami. W czwartej klasie, w którąś niedzielę – w sobotę wieczorem, na dobę zabierano nas z internatu - bojąc się okropnie, piknęłyśmy igłą swoje kciuki. Ona mój, ja jej i połączyły wytoczone krople krwi. Pomysł był Anki. Działo się to pod fortepianem, jakiś cudem, przewiezionym gdzieś z daleka. Zajmował prawie cały pokój w  mieszkaniu przy ulicy Słonecznej. Babcia Anki opowiadała nam o swoim ogrodzie, w którym rosły czerwone, białe, a nawet czarne róże o aksamitnych płatkach, nazywała wnuczkę ocalałą perełką.

Ja, moja mama i ojciec, a właściwie my dwie, bo ojciec w Kielcach bywał rzadko,   odbudowywał Warszawę. Przyjeżdżał najczęściej ze swoim przyjacielem cichym i skromnym inżynierem Władysławem Wichrem, który tylko przez kilka miesięcy przesiedział w piwnicy z wodą za działalność w Armii Krajowej, darowano mu, ponieważ był potrzebny jako konsultant w pracowniach architektonicznych. Mieszkaliśmy na tej samej ulicy co Anka pod trzynastym. Mimo zaklęć, że się z Anką nie rozłączymy, znikła nagle z moich oczu i przestałam we wszelkie zaklęcia wierzyć. Pewien pan, którego Anka bardzo nie lubiła zapowiedział, że niedługo zabierze ją, jej babcię i mamę z Kielc do Krakowa i tam się z mamą Anki ożeni. Tak jak Anki babcia uważałyśmy, że jest bardzo brzydki. Babcia Anki powtarzała, że do jej synowej, z różnych względów, zupełnie nie pasuje.

W Nazarecie podczas uroczystości nie nosiłyśmy fartuchów, tylko białe bluzy z granatowymi marynarskimi kołnierzami obszyte czterema rzędami czarnych tasiemek, a nie białych, jak  w innych szkołach. Do tego granatowe, plisowane spódniczki. Na beretach lśniły porcelanowe krzyżyki ze złotym napisem Nazaret. Internat, zorganizowany przez siostry tylko dla dziewcząt, na spacery wychodził w parach. Kielczanie swoje zakonnice zawsze pozdrawiali. Mali chłopcy biegli obok nas, po ulicach, po parku i pokrzykiwali Nazaretanki! Nazaretanki! Do szkoły wchodziło się przez furtę. Stała w niej siostra, która sprawdzała, czy kapcie są w workach. Dziewczynek z internatu to nie dotyczyło. Od porannej modlitwy kapcie miałyśmy na nogach, potem mycie, czesanie. Siostry nowicjuszki zbyt ciasno zaplatały moje warkocze, bolało.
Nabożeństwo w kaplicy, po nim śniadanie. Zjeść należało wszystko. Masło dostawałyśmy w krążkach, siostry ostrzegały: wszystkie krążki masła powinny zniknąć z talerzy, bo inaczej dostaniecie anemii. Łykałam je, żeby ominąć karmienie. W końcu jakaś przyjemność, lekcje. Pisanie, czytanie, rysowanie, śpiew, od czasu do czasu wycieczki. Ale dobre się kończyło. Najgorsze było przymusowe picie tranu. Codziennie łyżka stołowa. Do picia należało ustawić się w kolejce, siostry przeliczały, czy któraś z kolejki nie uciekła. Mimo zagryzania tranu kawałkiem posolonego chleba, okropnie mną wstrząsało. Żadna chyba tak nie cierpiała, jak ja. Coś gęstego, paskudnego rozlewało mi się w ustach i dochodziło do czubków palców u nóg. Obrzydliwy smak. Urodziłam się bezrybna.
Były dni, w których na obiady przychodzili księża. Siostra Scholastyka dawała ich za przykład. Mówiła, że księża jedzą ryby, dlatego są mądrzy. A ja każdego dnia od rana sprawdzałam, czy z kuchni nie zalatuje czasem rybi zapach, kiedy tak było, chodziłam struta.
W internacie po odrobieniu lekcji, a właściwie przedłużeniu szkolnej nauki, czekała nas frajda. Siostry nowicjuszki, po kryjomu, chętnie umawiały się z nami, na późnowieczorne spotkania w sali gimnastycznej, opowiadały o duchach. Po powrocie do łóżek odmawiałyśmy krótką modlitwę o dobry Boże kładę się spać i nic mi złego nie może się stać, mam na obronę znak krzyża Twego w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego amen. Marzyłam przed snem, że noszę okulary, takie, jak nosi Ewa Łabęcka, której mama mieszkała w Warszawie, dlatego nawet na niedziele Ewa zostawała w internacie. W okularach w czarnej oprawce wyglądała pięknie! Jej łóżko w wieloosobowej sali stało w pobliżu mojego. Udawałam przez jakiś czas, że niezbyt dobrze widzę, ale okulista, którego wezwały siostry, z miejsca mnie rozpracował. Obiektem innych moich gorących marzeń była też broszka wystawiona w witrynie sklepowej w centrum miasta. Miała kształt owalny i prześliczną wiewiórkę pośrodku. Marzyłam o niej, chociaż wiedziałam, że jej nigdy nie dostanę.  O broszce nie powiedziałam nikomu, o okularach  wiedziała Anka, uważała, że w takich, jak ma Ewa byłby mi do twarzy.

Trwały przygotowania do bierzmowania. Przyjęłam imię Teresa, tak jak większość bierzmowanych wtedy dziewczynek. Prawie wszystkie w przyszłości chciałyśmy zostać zakonnicami. Sakramentu udzielał biskup kielecki Czesław Kaczmarek, mówił o konieczności umacniania wiary. To on, poprosił  wiosną w 1939 r., żeby Nazaretanki założyły w Kielcach szkołę. Dysponowały dwoma gmachami i kadrą nauczycielską. W czasie wojny budynki, poza wydzieloną niedużą ich częścią przeznaczoną na klauzurę zajęli Niemcy. Po wojnie zostały wyremontowane i połączone. Przygotowano sale lekcyjne, świetlicę, kaplicę, pomieszczenie dla internatu. Katolicka szkoła w roku 1950/51, przyjęła ok. 1000 uczniów do podstawówki i liceum. Groźba zamknięcia placówki wisiała nad Nazaretankami cały czas, oddalała się także dlatego, że u kieleckich zakonnic mieszkały i uczyły się podobno również dzieci warszawskich dygnitarzy pod zmienionymi nazwiskami. Sterowane zewnątrz władze centralne naciskały na władze lokalne, by zakonnice odsunąć od oświaty i tak się stało. Już mnie wtedy w Kielcach nie było.
Ostatnie wakacje z Nazaretankami spędzałam w ich domu w Sitkówce. Dworek otoczony był kępami wysokich, srebrnych świerków. Pewnego dnia do Sitkówki przyjechali chłopcy – uczniowie z Nazaretu, żeby zagrać z dziewczynkami w dwa ognie, także z mojej czwartej klasy, rozpoznałam niektórych patrząc przez okno. Siostry wytypowały do gry kilka, mnie nie.

Pod koniec sierpnia mieszkałam już w Warszawie na Muranowie. Za parę dni rozpoczęłam naukę w bezwyznaniowej Szkole Podstawowej TPD nr. 11 na Nowolipiu. Zbudowana została na gruzach getta. Pani dyrektor zapowiedziała na apelu, że nowy, piękny gmach będzie służył zdobywaniu wiedzy i zwalczaniu religijnej ciemnoty. Musimy jej i nauczycieli dla naszego dobra bezwzględnie słuchać. Podczas lekcji w klasie pytała każdego skąd do Warszawy przyjechał. Ja odpowiedziałam, że z Kielc, poprawiła mnie, że z Krakowa, ma przecież zapisane w dzienniku, że urodziłam się w Krakowie, czy nie tak? Tak, wydusiłam.

poniedziałek, 25 maja 2015

Pharlap  Lech

Nazaretanki to była prywatna szkoła więc na zakończenie edukacji podstawowej (klasa VII) musieliśmy zdawać egzaminy z wszystkich przedmiotów oprócz W.F i religii. Taka próba bardzo zmotywowała mnie i wydaje mi się, że zdałem z wynikiem lepszym niż moje stopnie w szkole. Wydaje mi się gdyż niestety moje świadectwo VII zostało przekazane gimnazjum i nie mam go w soich zbiorach.

Po egzaminach pozostało jeszcze kilkanaście dni roku szkolnego, ale nie było się już czego uczyć. Nasz nauczyciel W.F. zorganizowal nam zawody pływackie. W programie 4 dystanse stylem dowolnym i 100m stylem klasycznym. W stylu klasycznym startowal chyba tylko Staszek Ś. W stylu dowolnym wygrałem wszystkie konkurencje. Nasz nauczyciel był mocno zaskoczony, przecież z W.F. miałem tylko trójkę.

Komitet Rodzicielski planował imprezę na koniec roku szkolnego. Dla nas, chłopców, był to przecież koniec nauki w tej szkole. Rozważali wycieczkę. Zaskoczył nas Staszek Ś, który zaproponował zabawę taneczną z koleżankami z równoległej klasy. Przecież my żyjemy w izolacji od dziewcząt - argumentował - teraz wchodzimy w nowy etap życia i większośc nie wie jak się zachować w towarzystwie dziewcząt. Proponował kilka sesji lekcji tańca i bal. Muszę przyznać, że bardzo mi zaimponował - tak, on był jak Staś Tarkowski. Po cichu przyznawałem mu rację, ale głośno skwitowałem tę propozycję tak jak większość kolegów - śmiechem - kto by tam się chcial bawić z dziewczynami.
Skończyło się na wspólnym podwieczorku i towarzyskim meczu siatkówki. Oto połaczone klasy siódme i grono pedagogiczne...

Ostatnia klasa

Ja - w dolnym rzędzie z lewej, Tadeusz - 4 pozycje w prawo ode mnie, trochę z tyłu.

W Kielcach były chyba 4 szkoły średnie ogólnokształcące i kilka techników, ale mnie znana była tylko jedna szkoła - Liceum im Stefana Żeromskiego. Znaczna większość moich kolegów wybrała tę właśnie szkołę. Kolejna decycja to - którą klasę wybrać - łacina, francuski czy niemiecki, angielski. Dla mnie jako kandydata na inżyniera wybór byl prosty - tę drugą. Ostatecznie klasę "humanistyczną', z łaciną, wybrało chyba 12 kolegów. Klasę "techniczną" tylko trzech - Tadek, Andrzej Paszkiewicz (najbardziej po prawej w pierwszym rzedzie) i ja.

środa, 20 maja 2015

Lech   Lech

Nie bardzo potrafię rozróżnić czego uczyliśmy się w poszczególnych klasach od piątej do siódmej, ale pamiętam, że poczułem duży szacunek do wiedzy.

Tales z Miletu

Wydaje mi się, że głównym tego sprawcą był Tales z Miletu.
Zaczęliśmy właśnie naukę geometrii a tam wszystko zaczynało się od Talesa, przede wszystkim definicja trójkąta. Następnie twierdzenia Talesa - KLIK.
Przy tej okazji poznaliśmy klasyczną strukturę logicznego dowodu: przedstaw założenia, sformułuj tezę, przeprowadź dowód. Istotnym zastosowaniem było twierdzenie Pitagorasa. 
Do tego Archimedes i Euklides. A to wszystko tuż po poznaniu historii starożytnej Grecji. Mitologiczni herosi przybrali postać naukowców i filozofów.
Jeśli do tego dodać podstawy astronomii, prostotę i logikę układu heliocentrycznego i piękno rzeźb Fidiasza to trudno było oprzeć się złudzeniu, że wszystko jest ze soba spójne a umysł ludzki potrafi rozwiązać wszystkie problemy.
W programie matematyki, poza geometrią, było rozwiązywanie równań z jedną niewiadomą. W programie fizyki masa, przyspieszenie, siła, moc, praca, energia. Wszystko tak proste i logiczne.
Nawet język polski był w zgodzie z naukami ścisłymi. Na przykładzie komedii Moliera uczono nas struktury klasycznej tragedii: jedność czasu, jedność miejsca, jedność akcji. Do tego struktura dramatu bardzo przypominająca matematyczny dowód: przedstawienie postaci, konflikt, rozwiązanie. 
Oczywiście nie zdawałem sobie sprawy z tych analogii ani nikt nie zwrócił mi na nie uwagi, ale to tak pięknie układało się w głowie.
Ciekawostka. Bardzo dobrze pamiętam, że nasza polonistka wielokrotnie wspominała nazwisko Boileau jako teoretyka teatru na dworze Ludwika XIV i twórcę wspomnianych wyżej tetralnych teorii. Poszukałem potwierdzenia w google. Dostałem natychmiast kontakt na facebook z panem Francois Boileau, wyższym komisarzem EU do spraw językowych, natomiast wikipedia twierdzi, że teoretykiem teatru na dworze Króla-Słońce był niejaki Francois Hedelin - KLIK
Nicolasa Boileau znalazłem dopiero w Encyclopedia Britannica - KLIK. Okazuje się, że rzeczywiście napisał on wysoko kiedyś ceniony traktat na temat zasad klasycznej poezji, ale - cytuję: "Boileau did not create the rules of Classical drama and poetry, although it was long assumed that he had—a misunderstanding he did little to dispel". Boileau nie stworzył zasad klasycznego dramatu i poezji choć długo mu to przypisywano - nieporozumienie, któremu nie usiłował położyć kresu. Rzeczywiście długo - 300 lat.

Tylko biologia i chemia nie pasowały mi jakoś do klasycznej formuły. Biologia wydawała mi się czysto pamięciowym przedmiotem. Nauczycielka prowadziła nas wiosną na Psie Górki i kazała by jej wskazać gdzie rośnie zboże jare a gdzie ozime. To było ponad moje zdolności obserwacji przyrody.
Chemia - początki były nawet dobre - tablica Mendelejewa, symbole, masy atomowe - to było jak matematyka. Ale potem wychodził z tego śmierdzący siarkowodór i żrący kwas siarkowy. 

Z tego wszystkiego wywiodłem praktyczną konkluzję, że zostanę inżynierem elektrykiem. Że zostanę inzynierem to wiedziałem od początku, przecież Ojciec był inżynierem. Po lekturze Strasznego dziadunia M. Rodziewiczówny nęciła mnie kariera inżyniera budowniczego mostów, ale elektryczność przeważyła. To było takie czyste, niewidoczne i potężne. Na lekcji fizyki dowiedziałem się, że moc to iloczyn napięcia i natężenia. O ile to prostsze niż masa, przyspieszenie, droga, praca, czas. Wraz z Tadkiem projektowaliśmy łódź podwodną wzorowaną na Verne'owskim Nautilusie. Tadek rysował a ja starałem się wymyślić sposób jakby tu zmanipulowac działanie transformatora aby uzyskać perpetuum mobile.

W tym czasie jeden ze stryjów dał mi w prezencie książkę E. Rheina - Ty i elektryczność. W życiu nie czytałem lepszej książki popularno-naukowej. Wydana we Wrocławiu w 1949 roku. Nie wznowiono jej.
Poszukałem na internecie. Jest! Znalazłem kogoś kto odebrał tę książkę tak samo jak ja - KLIK. Ten pan został elektrykiem, publikuje, jest działaczem Stowarzyszenia Elektryków Polskich. Moja kariera zawodowa ułożyła się zupelnie inaczej.

Wspominałem o bardzo słabych stopniach na świadectwie V klasy. W klasie VI poprawiło się - same czwórki. Piątka tylko ze sprawowania, trójki z rosyjskiego i W.F.

środa, 13 maja 2015

Jeśliś mazgaj, szczerze wstydź się,
ale lepiej natychmiast weź się w garść.
Hej, kolego, więcej życia, równaj krok,
podnieś wzrok i naprzód marsz!
Aby ciało twe i duch były młode wciąż,
były młode wciąż, były młode wciąż
Czy to upał, czy to mróz, ty do celu dąż:
hartuj ciało jak stal!
Niech żyje sport! Niech żyje sport,
sport, sport żyje nam!
Więc dzielnie broń boiska dziś bram
i wiedz, że silną musisz mieć dłoń,
byś udźwignął i broń, i młot i broń.

Lech  Lech

Sport.  Przez długie lata nie interesowałem się sportem.
Matka z jednej strony opowiadała mi o sportach królów - nartach, tenisie, "jachtingu". Z drugiej zniechęcała do sportów, z którymi spotykałem się na codzień.
Piłka nozna - to gra pospólstwa. Wszyscy piłkarze mają krzywe nogi.
Rower - dopiero jak ci się wzmocni kręgosłup, jak zaczniesz teraz to będziesz garbaty. Tu nie musiała mnie przekonywać. Nie spotykało się wtedy rowerów dziecięcych rozmiarów. Chłopcy z sąsiedztwa jeździli na męskim rowerze z ramą. Oczywiście nie byli w stanie przełożyć nad nią nogi. Przekładali więc nogę pod ramą i pedałowali przedziwnie wygięci.
Biegi - w żadnym wypadku - sforsujesz serce.

BSPO

Bodźcem do uprawiania sportu była odznaka BSPO - Bądź Sprawny do Pracy i Obrony, którą powinniśmy byli zdobyć chyba w VI klasie.
Zdjęcie skopiowane ze strony http://myvimu.com/

Warunkiem zdobycia odznaki było: bieg na 60m w czasie poniżej 11.5 sekundy, rzut piłeczką palantową, skok w dal i skok wzwyż. Nie pamiętam norm dla rzutu i skoków, pamiętam, że liczyła się suma rzutów prawą i lewą ręką oraz skoku w dal z lewej i prawej nogi.
Z biegiem i skokiem wzwyż miałem ogromne problemy, ale sport dawał mi bardzo prostą motywację - trenuj!
To było takie proste. Żeby biec szybciej nie musiałem niczego podpatrywać - po prostu biegać. Po kilku tygodniach starań stałem się dumnym posiadaczem odznaki. Oczywiście przy najbliższej okazji poprosiłem Staszka Ś o trochę rtęci i posrebrzyłem odznakę.
Pływanie to była osobna sprawa. W Kielcach nie było wiele możliwości uprawiania tego sportu. Był tylko jeden basen, oczywiście odkryty i w związku z tym czynny tylko w lecie. A wtedy ja byłem na wakacjach poza Kielcami. Miłym zaskoczeniem było dla mnie, że w tej dziedzinie byłem lepszy od moich kolegów.
Zainteresowałem się również historią sportu, olimpiadami. Postacie takie jak Paavo Nurmi czy Jesse Owens urosły do rangi greckich herosów.
Osobny temat to narciarstwo. Warunki terenowe w okolicach Kielc były wymarzone do narciarstwa terenowego, ale takie pojęcie nie było wtedy znane. Narciarstwo jako sport miało dwie kategorie - klasyczne (biegi i skoki) i alpejskie (zjazd i slalom). Alpejskie - czyli Zachód - wybór był oczywisty. Tym bardziej, że w biegach pojawili się zawodnicy radzieccy. Biegłem więc na nartach na górę Telegraf - około 3 km - tam udawało mi się zjechać raz albo dwa przed zapadnięciem zmroku i znowu biegiem do domu. Takie były moje Alpy.
40 lat później, w Australii, kraju drugiej szansy, rozpocząłem całkiem na serio karierę biegacza narciarskiego.

Głośnik. Popularnym środkiem masowego przekazu był wtedy głośnik. Poprawna nazwa to pewnie radiofonia przewodowa. Ja ją jednak dostosowałem do obecnych warunków. Otóż gdy ktoś mnie pyta czy mam kablową telewizję lub internet to odpowiadam, że nie, ale już 65 lat temu, w Polsce, miałem kablowe radio. To robi pewne wrażenie.
W głośniku nie było możliwości wyboru radiostacji, nadawali program Polskiego Radia (był wtedy tylko jeden), czasami wtrącali komunikaty lokalne. Głośniki były zainstalowane w miejscach publicznych, na przykład na Placu Obrońców Stalingradu, i grały tam przez cały dzień.
Miłym zaskoczeniem był dla mnie pobyt w Kremnicy na Słowacji, w 1998 roku. Tam już był kapitalizm całą gębą, ale w miasteczku funkcjonowały nadal głośniki, jak za dawnych lat.

W Domu Malskiej była możliwość założenia głośnika, ale Matka sprzeciwiała się - nie będziemy słuchali tej szczekaczki, tam tylko komunistyczna propaganda. Przełom nastąpił podczas wizyty u pani Gajl. Włączyła go żeby nam zademonstrować a tam akurat grali uwerturę do opery Carmen - KLIK. Zamarłem. Więc my tracimy coś takiego!  Za kilka dni mieliśmy głośnik i słuchałem go godzinami.
Czegoż tam nie było: audycja z życia Związku Radzieckiego anonsowana początkowymi taktami koncertu fortepianowego Czajkowskiego, koncert Chopinowski chyba co niedzielę o 3., koncert życzeń. Ja oczywiście czekałem na Carmen Bizeta. W końcu doczekałem się - całej opery. Słuchając jej zasnąłem. W późniejszych latach próbowałem się lepiej skupić, ale Carmen jako całość nie miała u mnie szczęścia.
Było równiez sporo transmisji sportowych. W 1953 roku w Warszawie odbyły się mistrzostwa Europy i Polacy zdobyli 5 złotych medali. Sport okazał się jakąś furtka do manifestowania patriotyzmu.

Kino. W Kielcach były początkowo dwa kina - Moskwa i Warszawa, nieco później uruchomiono trzecie, Robotnik w Wojewódzkim Domu Kultury (WKD). Matka z lekceważeniem mówiła o kinie jako podrzędnym gatuku kultury, powoływała się na słowa Lenina: Ze wszystkich sztuk najważniejszy jest dla NAS film. Chodziło o to NAS - komunistyczna propaganda - ostrzegała Matka. Ale chodziliśmy na prawie wszystkie filmy. Oczywiście większość to były filmy radzieckie. Na pewno było w nich wiele propagandy, ale ja zwracałem głównie uwagę na akcję i na wątki dramatyczne. Były oczywiście ulubione przeze mnie filmy czeskie, dotąd pamiętam tytuł jednego z nich - Trójka trefl. Mało tego, w sieci znalazłem krótką recenzję - KLIK.
Pojawiały się również filmy zachodnie, głównie włoskie i francuskie. W tej pierwszej kategorii filmy Vittorio de Sica.
Wielkie wrażenie zrobił na mnie film Nędznicy wyprodukowany w 1934 roku z Harrym Baur w roli Jean Valjean - KLIK. Los Fantine i jej córki Cosette wyjątkowo przemawiały do mojej wyobraźni. Fantine sprzedaje swoje włosy a potem zęby żeby ratować się z biedy. Sprzedać zęby - z przerażeniem patrzyłem na Matkę - tak, ona byłaby zdolna to zrobić dla mnie. Nam nie grozi taka bieda Mamusiu? - pytałem. Nie, nie mogą nas wyrzucić na bruk, muszą mi dać pracę, damy sobie radę.
Po zakończeniu filmu szliśmy spacerem do domu. Matka jeszcze w drzwiach kina wyciągała papierosa. Szliśmy przez ciemny park i rozmawialiśmy o filmie. To lubiłem najbardziej. Ciemny park, zapach papierosowego dymu i rozmowę. Właściwie to opowiadaliśmy sobie film nawzajem, każde wtrącało swoje uwagi. Matka sprawdzała czy i jak zrozumialem film. 
Prawie 60 lat później spacerowaliśmy z Tadkiem po Puszczy Białowieskiej, nagle Tadek wybuchnął śmiechem - ty się nic nie zmieniłeś. Spojrzałem pytająco - opowiadasz mi film, tak jak w Kielcach. Ano rzeczywiście - taka chwila szczerości.

Teatr. W Kielcach był jeden teatr - im. Stefana Żeromskiego. Matka opowiadała mi wiele o teatrze, o przedwojennych sławach - Jaracz, Zelwerowicz, Solski, Ćwiklińska. O swojej siotrze Stanisławie. Uważała teatr za najwyższą ze sztuk i czekała kiedy dojrzeję wystarcząjaco aby iść do teatru. Pierwsza sztuka jaką obejrzałem to było Nie igra się z miłością Alfreda de Musset. Podobała mi się, ale nie widziałem przewagi teatru nad kinem. Na to musiałem poczekać kilka lat.
Teatr kielecki to był bardzo dobry teatr. Kilka sztuk tam wystawianych zrobiło na mnie większe wrażenie niż inscenizacje w Warszawie. W pamięci utkwiło mi szczególnie Tango Mrożka. W roli Edka wystąpił WItold Strzemień, mój kolega ze szkoły podstawowej. A była to najmocniejsza rola w tej sztuce. Razem z Matka byliśmy mocno poruszeni. 

Książki. O tym nie wspomnę. Książki to nie była rozrywka. To był sposób życia.

środa, 29 kwietnia 2015

Lech  Lech

Piąta klasa to był ogromny przełom.
Po pierwsze - doprawdy trudno mi ustalić właściwy priorytet zacznę więc od sprawy formalnej - oddzielono nas, chłopców, od dziewcząt. Byliśmy w klasie Vb.
Prawdę mówiąc dopóki klasa była koedukacyjna nie zwracałem na dziewczęta specjalnej uwagi. Po rozdzieleniu uświadomiłem sobie, że coś się zmieniło. Nie tylko w liczebności klasy.
Po drugie doszły nowe, poważne, przedmioty - biologia, geografia, fizyka.
Po trzecie - religii zaczął uczyć nas ksiądz.
Po czwarte -  jeszcze jeden nowy przedmiot, ale o specjalnym znaczeniu - język rosyjski.

Nasza klasa zrobiła się nagle bardzo mała. Wydaje mi się, że nie przekraczała 20 uczniów. Rezultatem było bliższe poznanie się i nawiązanie głębszych związków.
Wiekszośc chłopców miała pseudonimy, najczęściej pochodzące od nazwiska. A więc:
Andrzej Paszkiewicz - Pasztet,
Janusz Gutwiński - Gucio,
Ryszard Ćwiąkała - Ćwikła,
Andrzej Ostaszewski - Ostaś.
Andrzej Wójcik - Wujo. I tak dalej.
Wyjątkiem był Staszek Śłósarczyk, którego przezywaliśmy Gasia. To było imię psa z jakiejś czytanki szkolnej i Staszek chyba naśladował tego psa na lekcji.
Mnie nazywano Miluch.
A Tadka Gajla? Jego nazwisko nie wpasowywało się w język potoczny. Korzystaliśmy więc z postaci historycznych, i tak Gaius Julius Caesar stawał się Gajlusem zaś gdy w wyższej klasie, na chemii, poznaliśmy prawo Gay-Lussaca, przezywaliśmy Tadka Gajlusak. 

Rysiek "Ćwikła" był niekwestionowanym prymusem.  Nie wiem czy widział w swoim szkolnym życiu stopień inny niż piątka. Był to drobny chłopiec, spokojny cichy i bardzo koleżeński. Chociaż nie wiem czy dawał komuś ściągawki. 
Jego mama była bardzo aktywna w komitecie rodzicielskim i wydaje mi się, że organizowała dyskretną pomoc dla chłopców z ubogich rodzin. Często z własnej kieszeni. Jej mąż był lekarzem.
Państwo Ćwiąkała organizowali Ryśkowi imieniny, na które zapraszali chyba całą klasę. Bardzo popularnym napojem był wtedy "Płynny owoc". Na pierwszych imieninach Ryśka jeden z kolegów wpadł w taki dobry humor, że mama solenizanta poprosiła męża żeby sprawdził czy w Płynnym owocu jest alkohol.

Drugą wyróżniającą się osobą był "Gasia". On wydawał mi się dużo bardziej dojrzały od reszty klasy. I to dojrzały w jakiś taki szlachetny, "przedwojenny", sposób. Czasami, gdy przypominałem sobie sceny z W pustyni i puszczy, odczuwałem pewien smutek gdyż to nie ja, ale właśnie Staszek lepiej nadawał się do roli Stasia Tarkowskiego.
To Staszek przynosił do klasy rtęć używaną do posrebrzania monet i odznak. Jego ojciec był dentystą więc miał ten materiał w gabinecie.

A Tadek? On przyciągał wielu chłopców swoimi praktycznymi osiągnięciami. Tadek wspominał na tym blogu wcześniej o pasji zbierania i wymieniania się znaczkami pocztowymi oraz o próbach robienia odlewów z ołowiu.
Tadek potrafił bardzo fachowo mówić o znaczkach, chyba nawet przyniósł do szkoły stary katalog Zumsteina. Nasza naiwna pasja nabrała nagle nowego wymiaru, To znaczy, my zbieraliśmy tak jak przedtem, ale mieliśmy świadomość, że Tadek posiada wyższy stopień wtajemniczenia.
Jesli chodzi o odlewy z ołowiu to uczestniczyłem w tym projekcie ale jako materiał. Któregoś dnia Tadek zaproponował mi wymianę kilkunastu ołowianych żołnierzy na jakiś znaczek. Postawił warunek że muszę tych żołnierzy pociąć na drobne kawałki. Myslałem, że to ma być śrut do jego procy. Tymczasem za kilka dni Tadek pokazał mi niewielką siekierę odlaną z ołowiu.
Siekiera! Wprawdzie nie był to tomahawk, ale wszystko jedno. Jedyne znane mi osoby, które miały siekierę to traperzy z powieści Curwooda. Musiałem ją mieć. Nie pamiętam jaką cenę zapłaciłem ani co się z tą siekierą stało. Pewnie, gdy mi się znudziła, Tadek wymienił mi ją na jakiś drobiazg.
Jeśli Staszek "Gasia" przypominał mi Stasia Tarkowskiego to Tadek Gajl przypominał mi Tomka Sawyera. Nie przypominał - on był Tomkiem Sawyerem.

Osobnym atutem Tadka było to, że mieszkał bardzo blisko szkoły, na tej samej ulicy, a przy jego domu był spory ogród. To było najczęstsze miejsce naszych zabaw po lekcjach. Tadek prezentował swoje najnowsze wyroby - proce, pistolety, łuki. Dawal praktyczne rady.
Tam też próbowalismy palić papierosy. Ja byłem głównym dostawcą. Na początku podkradałem kilka sztuk Matce. Potem, gdy bylo więcej zainteresowanych, robiliśmy składkę i ja szedłem kupić je w kiosku mówiąć, że to dla Matki.
Najczęściej były to papierosy Sport, ale pamiętam też papierosy Mewa o delikatnym waniliowym zapachu. Uczyliśmy się zaciągać się, puszczać dym nosem. Było sporo łez i krztuszenia się. Chyba nikt z nas nie popadł w nałóg.

Tadek wspominał również bardzo popularną zabawę w państwo, miasto, rzeka, góry... Wygrywał ten, kto podał nazwy największej ilości obiektów na zadaną literę.
Któregoś dnia Rysiek "Ćwikła" przyniósł do klasy zasilane baterią urządzenie do tej gry. Na tablicę kontrolną nakładało się planszę, na przykład geografia, na której na marginesie były pytania a na środku wiele odpowiedzi do wyboru. Gracz wtykał jedną końcówke przewodu w otwór przy pytaniu a drugą w dziurkę przy porawnej według niego odpowiedzi. Jesli odpowiedź była prawidłowa - zapalało się światło. Byliśmy zachwyceni.
Po lekcjach Tadek poprosił Ryśka żeby pożyczył mu tę grę na jeden dzień. Następnego dnia Tadek oddał grę a przy okazji przyniósł komplet zrobionych przez siebie plansz. Tam były pytania i odpowiedzi dotyczące naszej klasy, nauczycieli, ulic i placów w Kielcach. Lampka zapalała się gdzie było trzeba. Magia!!! Toż to był prekursor dzisiejszych hackerów!

Religia prowadzona przez księdza - o tym będzie osobny wpis.

Nowe przedmioty. Do tego też jeszcze wrócimy, teraz wspomnę tylko o rosyjskim.
To była sprawa polityczna. Matka złorzeczyła w domu komunistom, wspominała rusyfikację z czasów carskich. Konkluzja była taka - należy się uczyć języka naszych wrogów żeby im się potrafić przeciwstawić.
Niestety bardzo mi się nie podobała nasza nauczycielka. Miała chyba jakąś drobną wadę wymowy i przez to jej mowa brzmiała jakoś niesympatycznie. Natomiast bardzo podobała mi się cyrylica. Nie tyle same litery ile to, że wystarczył niewielki wysiłek żeby mieć bardzo dobre wyniki z dyktanda. Dyktand chyba nie było zbyt wiele gdyż na moim świadectwie pojawiła się pierwsza trójka.

Poza szkołą również nastąpił przełom - Matka kupiła mi narty.

BirkrbeinerNarty! Wszak wspominałem, że Rodzice poznali się w Zakopanem i tam spędzili miesiąc miodowy. Oboje jeździli na nartach. Ojciec był członkiem Polskiego Związku Narciarskiego, mam Jego legitymację ze składkami opłaconymi do paźdiernika 1939 roku.
Matka nazywała narty sportem królów.
Wprawdzie bohaterowie książek Curwooda i Londona nie używali nart tylko śnieżnych rakiet - karpli, ale właśnie wtedy zacząłem czytać książki o podróżnikach polarnych - Nansen, Amundsen - oczywiście, że potomkowie wikingów zamienili rakiety na śmigłe narty.

Poniżej Psie Górki - niecały kilometr od naszego domu - mogłem tam dotrzeć na nartach...

Psie Górki

To było zbyt nęcące. Bardzo lubiłem szkołę i swoją klasę, ale zacząłem chodzić na wagary, na narty lub łyżwy.

Najlepszym narciarzem w klasie był Andrzej Paszkiewicz - Pasztet. W mistrzostwach szkoły - bieg narciarski dookoła Nowego Cmentarza - zajął drugie miejsce ulegając tylko jednemu zawodnikowi z dużo starszej klasy.
Andrzej poprowadził mnie na ambitniejsze trasy - Telegraf, Skocznia. Do narciarstwa pewnie jeszcze niejeden raz tu wrócę.

Moje świadectwo na koniec roku odpowiada tytułowi tego wpisu - pięć trójek, sześć czwórek i tylko dwie piątki, w tym jedna niezbyt zasłużona - ze sprawowania.

sobota, 25 kwietnia 2015

Lech  Lech

Kilka dni temu pisałem o łyżwach śnieżkach, głównie o braku informacji o nich.
Tadek natychmiast znalazł właściwe zdjęcie. 
Dzisiaj otrzymałem wsparcie od szkolnej koleżanki i sąsiadki - Ewy - wspomnianej w drugim wpisie. Też znalazła łyżwy śnieżki... 

Śnieżki

.. nawet z korbką do zaciskania uchwytów.

Bardzo dziękuję.

05:36, pharlap
Link Komentarze (1) »
czwartek, 23 kwietnia 2015

Lech 1949 Lech

Zima.
Och co to były za zimy! Poważne opady śniegu zaczynały się w połowie grudnia. Na Święta wszystko było przykryte grubą warstwą śniegu. Mielśmy podwójne okna. Na tych zewnętrznych zakwitały lodowe kwiaty. Trzeba było w nich wyskrobać niewielką szczelinę żeby zobaczyć wskazania termometru.
Na ulicach brzęczały dzwonki sań. Nikt nie zawracał sobie głowy odśnieżaniem ulic czy chodników. Droga do szkoły to była jedna wielka ślizgawka. Nie trzeba było wiele. Dzieci idące do szkoły co chwila podbiegały kilka kroków i śilzgały się po śniegu. Po kilkunastu minutach takiego traktowania wyślizgany śnieg zamieniał się w czarny, błyszczący lód. Podczas powrotu do domu miałem na trasie kilkanaście pięknych ślizgawek.
Na Placu Obrońców Stalingradu była jeszcze większa atrakcja. Na wschodniej stronie placu było spore wzniesienie, na którym powstawało kilka całkiem długich ślizgawek, na których można było rozwinąć sporą prędkość.
W czwartej klasie dostałem łyżwy śnieżki...

Łyżwy

Źródło: Wikipedia.

Nie, nie, źle! Google - najwyższy autorytet w dziedzinie faktów - nie potrafił znaleźć śladu informacji o łyżwach śnieżkach.
A były. A więc UWAGA - tego czym TUTAJ piszę możecie dowiedzieć się tylko w tym miejscu! Również Tadek relacjonował to kilka dni temu w komentarzu.
Moje łyżwy i buty były podobne do tych na zdjęciu, ale były mocowane do obasa w inny sposób. W obcasie szewc robił spore wglębienie i przybijał na nim blaszkę. Łyżwa miała z tyłu specjalną końcówke, którą wkładało się w otwór w blaszce, przekręcało się łyżwę i trzymała się jak przykuta.
Szczękowe uchwyty obcasów, takie jak na powyższym zdjęciu, spotykało się w łyżwach śnieżkach nieco innego kształtu. Matka nazywała je turfle. Google nazywa je uparcie mutant Ninja turtles.

Na łyżwach śnieżkach można było w zimie jeździć wszędzie. Oczywiście jeździłem na nich do szkoły. Jeździło się po chodniku. Na jezdnię zjeżdżało się gdy była okazja doczepić się z tyłu do sań.
Tadek już pisał o tym w komentarzu, ale to są informacje tak cenne, że przeniosłem je do wpisu - może teraz google znajdzie.
Oczywiście najlepiej było jeździć na ubitym i wyślizganym zboczu na Placu Obrońców Stalingradu.

W czwartej klasie po raz pierwszy doczekałem w szkole do końca roku i rozdania świadectw. Po raz pierwszy na świadectwie były oceny inne niż bardzo dobry - KLIK.

Ciocia Stasia uznała, że wakacje w gronie dzieci opóźnionych umysłowo już nie dla mnie i Matka miała kłopot ze znalezieniem innego miejca. W końcu pani Sz, u której się stołowałem załatwiła mi wakacje u swojej rodziny zamieszkałej w Pieszycach na Dolnym Śląsku.

Rano przyjechaliśmy do Pieszyc. Pierwsza rzecz jaką zauważyłem to, że na słupach ogłoszeniowych, obok oficjalnych komunikatów w języku polskim, wisiały ogłoszenia drukowane jakimiś kanciastymi hieroglifami.
- To po niemiecku? - spytałem.
- Nie, to po żydowsku - brzmiała odpowiedź, która mnie bardzo zdziwiła.

Pieszyce nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Wiele lat później dowiedziałem się, że wraz z sąsiednim Dzierżoniowem i Bielawą tworzą one trójmiasto, któremu nadano pieszczotliwą nazwę - PierDzieLawa.

Na miejscu okazało, że moi opiekunowie mają syna - chyba Andrzeja - starszego ode mnie o dwa lata. Andrzej już mnie wyczekiwał i wkrótce wziął mnie na eskapadę do miejscowego zamku - KLIK.
Celem wyprawy było wypróbowanie modelu samolotu zbudowanego przez Andrzeja. Zamek był najwyższym budynkiem w Pieszycach i Andrzej chciał puścić samolot z wieży.
Zamek był zamknięty, ale Andrzej znał wejście do piwnic przez rozbite okno. Z piwnicy dostaliśmy się na salony. Bardzo obawiałem się, że zaraz ktoś nas złapie, Anrzej uspokajał mnie zapewniając, że zamek jest całkiem opuszczony
Przechodziliśmy przez ogromną salę, pewnie sala balowa. Dekoracyjne parkiety a na nich składnica maszyn rolniczych.
Wdrapaliśmy się na najwyższą wieżę, otworzyliśmy okno i Andrzej puścił swój model. Niestety samolot był chyba za ciężki bo szybko stracił nośność i spadł na dach. Nie było sposobu żeby go odzyskać.

Za kilka dni dołączył do nas kuzyn Andrzeja i razem spędzaliśmy czas.
Jak? Nie pamiętam, ąle na pewno byłem z ich towarzystwa zadowolony. Obaj lubili książki i podsunęli mi nowe lektury. Sporo z nich to były książki radzieckich autorów, jedyna która pamiętam to Opowieść o prawdziwym człowieku - KLIK - historia lotnika z czasów II Wojny Światowej, który pilotowal samolot mimo amputacji obu nóg.

Pamiętam, że chodzilismy razem do kina. A pamiętam dlatego, że któregoś dnia Andzrej przybiegł zdenerowowany - musimy koniecznie zobaczyć film, który właśnie grają bo to jest ostatni czeski film.
Ostatni czeski film? To była smutna wiadomość, czeskie filmy bardzo mi się podobały. Nie bardzo wierzyłem, ale gdy pospieszyliśmy pod kino na plakacie widniało czarne na białym -Statni Cesky Film *. Obejrzeliśmy, Andrzej chyba nawet dwa razy. Bardzo się zdziwiłem gdy kilka miesięcy później, w Kielcach, zobaczyłem plakat innego czeskiego filmu. I też był "ostatni". Uznałem to za typowo czeski trick reklamowy.

W Pieszycach nabyłem ważną umiejętność - nauczyłem się pływać.
Do tego czasu nie miałem wiele kontaktu z wodą i brak umiejętnoścui pływania mi nie przeszkadzał. W Pieszycach mieszkał z nami wujek Andrzeja i on zaczął mnie uczyć bardzo systematycznie.
Najpierw strzałka, potem nurkowanie. A potem wystarczy tylko dodać ruchy rąk i płynąłem. Nie mogłem uwierzyć, że to takie proste. Byłem bardzo dumny - opanowałem wysoko cenioną wśród moich kolegów umiejętność. I to naprawdę dobrze opanowałem.
Przywiązałem się też do tego wujka. Chyba wtedy po raz pierwszy poczułem, że dobrze byłoby mieć w gronie bliskich osób jakiegoś mentora - mężczyznę.

* Statni znaczy po czesku państwowy.

środa, 22 kwietnia 2015

Lech 1949 Lech

"Cóż to jest?
Żyd jaśnie panie. Lecz w literę go przerobię".
--- Aleksander Fredro - Zemsta.

Kontynuacja wczorajszego wpisu...

Absolutnie nie zgadzam się z szyderczym rymem w tytule. Klasa czwarta była pierwszą, która zakotwiczyła się w mojej świadomości.
Przedmiotem szkolnym, który szczególnie zapamiętałem była historia, zresztą może to było już w trzeciej klasie. Historia Polski będąca odwzorowaniem pocztu królów Polski. Daty, bitwy, koligacje - to jakoś łatwo układało się w głowie.
W poprzednim wpisie Tadek pisze o kilku tomach podręcznika do historii. Tu nasze wspomnienia się różnią, ale właśnie dlatego zaprosiłem Tadka do współpracy.

Chyba nie było podręcznika do historii Polski - to zrozumiałe - podręcznik historii kraju ojczystego zmienia się wraz ze zmianą sytuacji politycznej. Pamiętam więc jak Pani dyktowała (pewnie z przedwojennego podręcznika) całe strony zeszytu. Pamiętam zaś dlatego, że zapisywałem je długopisem.
Od klasy drugiej pisaliśmy piórami. Ze stalówką, maczanymi w kałamarzu.
To była nie lada sztuka.
Po pierwsze były różne rodzaje stalówek. Najpopularniejsza to chyba serek. Prócz niej pamiętam, że była rondówka i krzyżyk.
Po drugie stalówkę należało czyścić po pisaniu. Gdy się tego nie zrobiło stalówka czasem odmawiała posłuszeństwa a czasem robiła paskudne kleksy - patrz motto.

Po trzecie - atrament. Podejrzewaliśmy, że woźny uzupełniając atrament w kałamarzach dolewał do niego wody.
Osobna sprawa to psikusy kolegów. Niepisaną zasadą było, że uczeń, który pierwszy przyszedł rano do klasy najpierw wyszukiwał kałamarz z najlepszym atramentem i przenosił go na swoją ławkę. Następnie zaś psuł atrament w kałamarzach kolegów, z którymi mial na pieńku. Wrzucał tam zdechłe muchy czy pająki albo włosy.
Atrament wysychał nie tak szybki a zatem - po czwarte - konieczna była jeszcze bibuła.

Wiecznych piór nie wolno było używać w niższych klasach gdyż panowało przekonanie, że mogą one raz na zawsze popsuć uczniowi charakter (pisma).
Pewną konsternacje wzbudzały pióra ala-wieczne czyli mające obsadki w kształcie wiecznych piór.
W takim klimacie pojawił się mój długopis otrzymany od cioci Krysi.
Moim głównym argumentem było, że to jest produkt amerykański. I chyba to przeważyło na moją korzyść. Widocznie w tej szkole uważano, że amerykański produkt nie może popsuc charakteru. Niestety po kilku tygodniach w długopisie skończył się tusz a nie było wtedy można go doładować. Wróciłem do stalówki.

Ciocia Krysia przysłała nam nie tylko długopis. Kilka razy przysłała wieczne pióra. Marki Parker, ze złotą stalówką. Oczywiście Matka je sprzedawała i nie pozwoliła mi o nich nikomu mówić.

W czwartej klasie zacząłem czytać książki, które nadal pamiętam, które chętnie i teraz czytam. Choćby Szara Wilczyca Curwooda.
Curwood był ulubionym pisarzem wielu moich kolegów. Kolejne książki to: Bari syn Szarej Wilczycy, Łowcy wilków, Łowcy złota, Włóczęgi Północy.

Krążyły wśród nas pogłoski, że absolutnie najlepszą książką Curwooda są Łowcy przygód, ale nikt tej książki nie czytał ani nie widział.
Sprawdziłem w wikipedii. Na liście dzieł autora brak takiej książki natomiast dowiedziałem się, że w chwili śmierci - rok 1927 - J.O. Curwood był najwyżej płatnym od słowa autorem na świecie - KLIK.

Biblioteka szkolna była dość dobrze zaopatrzona. Idąc śladem Curwooda natrafiłem na inne książki o zimowych przygodach, przede wszystkim Jacka Londona - Biały kieł, Zew krwi. Jackowi Londonowi zostałem zresztą wierny przez długie lata i jeszcze do jego książek wrócę.
Inni ważni autorzy to Władysław Umiński - brak pokrewieństwa z rodziną mojej Matki i oczywiście J. Verne.
Natomiast przygody Robin Hooda poznałem z książek Tadeusza Kraszewskiego. Gdy kilka lat później trafiłem na tłumaczenie książki angielskiego autora wydało mi się to bardzo słabe. Robin Hood Kraszewskiego żył w słowiańskim borze i byl mi bliski.

Książki indiańskie. Pierwsza jaką przeczytałem to Kiddi, dziecię obozu - R.Leightona. Spodobała mi się ogromnie bardziej niż jakakolwiek inna książka o tej tematyce. Książki Karola Maya nie były wtedy dostępne. Oczywiście słyszałem zachwyty nad przygodami Winnetou. Gdy wreszcie ta książka trafiła w moje ręce po 1956 roku wydała mi się żałośnie sztuczna i nie mogłem jej czytać.

Tadek wspomniał książki Sienkiewicza. Na pewno Matka czytała mi W pustyni i w puszczy, potem przeczytałem tę książkę sam. Staś Tarkowski imponował mi pod każdym względem, właśnie taki chciałem być. Kolejną książką byli Krzyżacy, czytani chyba w tym roky gdy w programie szkolnym była historia Polski. Trylogia przyszła trochę później. Najpierw Potop. Wydaje mi się, że Ogniem i mieczem zostało wydane znacznie później, historia polskich kresów nie wpasowywała się w nowe sojusze.

W szkole podczas przerw bawiliśmy się w berka, przewracanki, graliśmy w hacele, moja Matka nazywała tę grę ciupy - KLIK. Tu link do pokazu gry - KLIK.
Zadziwił mnie ten film - gra w hacele przy stole? Nie, w hacele grało się tylko na podłodze, siedząc po turecku.
Pierwszy mój komplet haceli, a raczej ciup, to były niewielkie kamyki. To było dobre tylko na użytek domowy. Wkrótce uzbierałem z ulicznego bruku komplet prawdziwych haceli i mogłem je pokazać w szkole.

Tadek wspomniał o cymbergaju. Tak, to była ciekawa gra, ale wymagała stołu lub szkolnej ławki a my podczas przerwy musieliśmy wyjść z klasy.

Tu jeszcze jedna uwaga. W szkole trzeba było chodzić w kapciach, które przynosiliśmy w worku. Te worki były doskonałym narzędziem walki po wyjściu ze szkoły.
Moja Matka przykłada wielką wage do jakości obuwia. O butach zimowych pisałem przy okazji wymiany pieniędzy. W lecie podstawowym obuwiem były bardzo proste sandały, też robione na zamówienie. Prócz tego pewnie miałem jakieś półbuty, pewnie kupne.
Pamiętnym dla mnie wydarzeniem było pojawienie się w państwowym sklepie trampek. Po raz pierwszy zwróciłem uwagę na to jak ubierają się inni. Trampki to było TO! Matka uległa moim prośbom, ale pilnowała żebym nie nosił ich zbyt długo - guma, stopa nie oddycha.

Zakończenie czwartej klasy jutro,

wtorek, 21 kwietnia 2015

Tadeusz Tadeusz

IV klasa wbiła mi się w pamięć mocno. Strasznym przedmiotem była historia. Były do niej aż 4 tomy podręczników, takie po  centymetrze grubości, żółte okładki bez żadnych ozdób, sam tytuł. W środku żadnych ilustracji.  Zakresu całości nie pamiętam, ale wiem, że były wszystkie ruchy robotnicze. Język był trudny i podobnie jak u Lecha mama mi pisała wyciągi  zwykłym językiem ułożone. Po paru latach przyszło nam znów uczyć się o historii komunizmu. ale już z wzorcowego dzieła samego Towarzysza Generalissimusa Józefa Wissarionowicza - Krótka historia WKPb. W tej klasie bardzo dużo chorowałem na dziecinne grypy, odry itp. W sumie opuściłem 90 dni! I dziwnym trafem była to jedyna klasa po której dostałem nagrodę za same piątki! Lubilem chorować, a ścisłej zdrowieć po gorączkowym początku. Mama była nadopiekuńcza (to dzisiejszy termin wtedy nieznany) i katar mógł powodować tygodniowe siedzenie w domu.Czytałem całymi dniami. Wtedy poznałem nie tylko Ducha puszczy, Tomka Sawyera, ale też całą Trylogię. Czytanie było bardzo ważnym zajęciem chłopców w naszym wieku. Omawialiśmy akcje między sobą, polecaliśmy tytuły. Może i byłem dobry w rysowaniu, ale nic nie moglo przebić Lecha zdolności do opowiadania książek, które czytał. Od niego najpierw usłyszałem streszczenia,  potem pożyczałem np.  Robin Hooda wraz z żoną Marianną - te dwa tomy są dziś chyba zupełnie nieznane. On opowiadał Trzech muszkieterów, potem Klub Pickwicka. No i fascynujacego Edgara Alana Poe - miał te słynne dwa tomy opowiadań.  Były też czytane opracowania dla 

młodzieży skrócone wersje np. Przygód Gulliwera.

Nasze zabawy prócz tych ogrodowych były różne. Od intelektualnych gier w państwa-miasta-rzeki-itp (z tych czasów znam ptaka na E, góry na D...), planszowe chińczyki, okręty, szubienice, aż po dość ryzykowne strzelanie z łuków i z proc. W domu miałem strzelnicę - z jednego końca mieszkania do najdalszego przy drzwiach, na których zaznaczony cel, naboje do procy to była plastelina, nie dało się oszukać nic, plastelina przylepiała się. Strzały do łuków miały albo 
okręcane drutem czubki, albo też płaszcze pocisków karabinowych, ołów był wytopiony na kuchennym piecu. Raz zdobyłem pocisk większy od innych, cieszyłem się jak dużo ołowiu z niego będzie. Czekałem w napięciu kiedy stopiony metal wycieknie do pudełka blaszanego. I nagle kuchenny piec stał się kulą ognia jaskrawego i barwnego. To był świetlny pocisk.  Nie pamiętam by ktokolwiek strzelał do zwierząt, choć kotów i ptaków było sporo. Ale czasem strzelaliśmy do szyb... 
Ołów był naszym dość częstym materiałem do zabawy, najczęściej sciągany z kabli telefonicznych. Odlewałem z niego odciśnięte w plastelinie figurki zwierzątek - maminych ozdób, szpilek do kapeluszy itp. Częste były też zabawy rtęcią. Aż dziw, że nie było zatruć. Kulki rtęci były turlane, przenoszone w dłoniach, trzymane w słoiczkach. Mosiężne odznaki pocierało się o rtęć i stawały się srebrzyste! Na drugi dzień już szarzały i trzeba było zanurzanie w rtęci powtarzać. Strzelanie było lubiana zabawą. Z desek wycinalo się karabin, kolega syn stolarza udostępniał specjalny 
hebel do robienia rowka na strzałę, powstawała jakby kusza, której łuk zastępowała guma z rowerowej dętki,  jak do procy. Inne było strzelanie z kluczy, takich z dziurką na końcu. Wypełniało się ją siarką z zapałek, zatykało, nacelowywało i podgrzewało świeczką. 
Huk był ale celności nie było. Prostsze było wkładanie w otwór gwoździa i uderzanie - takze był huk.   Klucze z otworem na bolec to były bardzo pożądaną zdobyczą! Były też bardzo popularne pistolety kupowane na kapiszony i korki. Strzał z korka był dość bolesny gdy w nogę trafił. A wówczas wszyscy chłopcy chodzili, gdy nie było zimy, w bardzo krótkich spodenkach. 

Były też zabawy klasowe, na przerwach. To przede wszystkim cymbergaj. Dwie monety- gracze, moneta mniejsza - piłka, ławka jako boisko. Napędem był grzebień. Drugą były hacele - 5 sztuk rozrzucane na podłodze i potem odpowiednio podrzucane, łapane, popychane. Hacele były znajdowane na bruku gdy wypadały koniom z podków, te były starte, nierówne, małe. Drugie były kupowane - nowiutkie, błyszczące. Myślę, ze jeśli dziś ktoś wie co to są hacele 
albo hufnale to albo jeżdzi konno albo jest stary.

Kolejnym szkolnym ale i domowym zajęciem większości chłopcow było zbieranie znaczkow pocztowych. To była pasja rozbudzana pojawianiem się pozostałości  przedwojennych koników tatusiów (słowo hobby pojawilo się po latach). To były różne Tanganiki, Epiry, Srby, Chrwaty i Slovenagi (!), Cypry i święte Heleny. Ale też znaczki od rodzin zza granicy przede wszystkim angielskie i amerykańskie. Na przerwach kwitła wymiana i prezentacja. Albumy jeszcze 
nie istniały u nas, kartki zeszytów zginane były w trójkąty, jedna kartka - jedno państwo.
Ech Lechu, w coś Ty mnie wrobił, jak tu przestać pisać chociaż prace czekają!!!

Ciąg dalszy jutro.

piątek, 10 kwietnia 2015

We wrześniu 1947 roku poszedłem pierwszy raz do szkoły. Była to prywatna szkoła im. Królowej Jadwigi powadzona przez zakonnice, siostry Nazaretanki - KLIK.
A więc krąg zakonnic wokół mnie - Sercanki w domu, Nazaretanki w szkole i Samarytanki podczas wakacji.
Do szkoły szedłem mocno zdenerwowany. Pierwsze spotkanie z kolegami zwiększyło stan niepewności - wszyscy umieli coś tam napisać, niektórzy całe swoje imię i nazwisko. Ja nie znałem nawet liter.
Na szczęście okazało się, że naukę zaczynamy wszyscy od tego samego punktu, od początku. Pierwszych kilka dni mieliśmy zadawane do domu pisać ciągi jednakowych znaków. Cała strona połączonych ze sobą liter u, albo l, albo a. I tak dalej 
Dopiero wtedy odkryliśmy, że byłem mańkutem, pisałem lewą ręką. Gdy odkryła to nauczycielka - pani Łucja Korycka - sytuacja stała się poważna.
Prywatna szkoła prowadzona przez zakonnice - w szkole starano się ściśle przestrzegać wszelkich przepisów w obawie, że drobny pretekst może wystarczyć do upaństwowienia szkoły.
Postawiono nam warunek albo opanuję do Świąt pisanie prawą ręką albo zostanę usunięty ze szkoły. Wszak zacząłem naukę o rok za wcześnie, to nie opóźni mojej edukacji.
To były ciężkie 3 miesiące. Jak wspominała moja Matka płakaliśmy oboje. Żeby wyćwiczyć prawą rękę odrabiałem zadane pisanie dwa razy.
Cel został osiągnięty, w grudniu pisałem swobodnie prawą ręką. Zdolność posługiwania się lewą ręką zatraciłem całkowicie.

Poszedłem do szkoły a zatem Matka mogła zacząć pracę. Znalazła ją bardzo blisko domu. W prywatnym tartaku na naszej ulicy, która po wojnie zmieniła nazwę na ulicę Księcia J. Poniatowskiego.
Lekcje klasy pierwszej zaczynały się w południe więc Matka załatwiła opiekunkę, której zadaiem było dopilnowanie żebym zjadł śniadanie i zaprowadzenie mnie do szkoły.
Moją opiekunka była mieszkająca w naszym domy pani Gawecka. Bardzo starannie ubrana starsza pani. Szczególnie imponowały mi jej zawsze idealnie wypastowane i wyszczotkowane czarne buty.
Poza tym jednak nie lubiłem jej. Denerwowało mnie już jej pierwsze pytanie:
- Czy piłeś już śniadanie?
Piłeś śniadanie! Byłem dla niej bardzo niemiły i chyba kilka razy chciała zrezygnować z opieki nade mną.

Pierwsze trzy lata nauki odbywały się w klasie koedukacyjnej, ale dziewczynki siedziały w osobnych ławkach.
Mnie los przydzielił jako ławkowego towarzysza Tadka Gajla. On był jednym z tych, którzy pierwszego dnia szkoły popisywali się umiejętnością pisania. Posiadał wiele innych umiejętności, którymi mi bardzo imponował.

Jedną z nich była umiejętność rysowania. W tym kierunku miał niezaprzeczalny talent.
Któregoś dnia mieliśmy za zadanie narysować na lekcji dom, w którym mieszkamy. To było łatwe zadanie, kształt Domu Malskiej pamiętałem bardzo dobrze. Było ono jednak bardzo żmudne. Dom był ceglany, nieotynkowany, i ja rysowałem te wszystkie cegły. Ufff,
Jakaż była moja zgroza gdy następnego dnia dostaliśmy za zadanie narysować miejsce pracy swojego ojca.
To nie był najlepszy pomysł gdyż wiele dzieci, włączając mnie i Tadka, było półsierotami, ale ja miałem dodatkowy kłopot. Mój ojciec był przecież inżynierem i prowadził budowy. Przed oczami stanęła mi perspektywa ponownego rysowania domu i wszystkich cegieł.
Nie, nigdy w  życiu. Zajrzałem do kajetu Tadka.
Tadek rysował wartownię, jego ojciec był kiedyś żołnierzem - oficerem, legionistą.
Olśnienie! Przecież mój ojciec też był kiedyś żołnierzem, mam jego zdjęcie w mundurze z 1920 roku...

Lech M

Starannie skopiowałem wartownię narysowaną przez Tadka. Po lekcji nauczycielka wywiesiła na  ścianie najlepsze rysunki. Oczywiście była tam wartownia narysowana przez Tadka, nic dziwnego, jego rysunki były zawsze najlepsze. Ale tuż obok, co za radość, po raz pierwszy mój rysunek na wystawie. Taka sama, choć pewnie nie aż tak dobra, wartownia.
Po lekcjach doszło między nami do bitki. Biłem się chyba pierwszy raz w życiu. Byłem wyższy od Tadka, ale on przerastał mnie umiejętnościami. Miałem łzy w oczach i rozglądałem się desperacko dokoła żeby ktoś przerwał tę walkę. Nikogo nie było więc trwałem dalej. Walkę przerwało dopiero pojawienie się naszych Matek.
Pani Gajl zażartowała, że to pewnie znak, że zostaniemy dobrymi kolegami. Sprawdziło się, jesteśmy w bliskim kontakcie do dziś.

60 lat później... podczas zjazdu koleżeńskiego z okazji 50-lecia matury okazało się, że kopiowanie rysunków Tadka było moim nałogiem.
Wielu z nas prowadziło pamiętniki. Pamiętnik dawało się znajomym do wpisania się. Naogół był to rysunek i pozdrowienia. Mój pamiętnik zaginął ale pamiętam, że Andrzej Weychert narysował mi czarnym i czerwonym tuszem piękną myszkę Miki.
Na zjeździe okazało się, że Rysiek Ćwiąkała zachował swój pamiętnik, a tam...

 Pamiętnik

Proszę najechać myszą na powyższe zdjęcie a po chwili pokaże się mój wpis.
Zaskoczył mnie ten wpis. Rok 1955, to już szkoła średnia. Wydawało mi się, że wtedy już nikt nie prowadził pamiętnika. Wydawało mi się też, że wtedy byłem już bardziej niezależny. 
Wspomnienia przynoszą wiele niespodzienek.
Tym razem obyło się bez bitki.

Jedynym istotnym wydarzeniem jakie pamiętam z klasy pierwszej (a może to była już druga klasa) była Pierwsza Komunia. W maju 1948 (albo 1949) roku.
Dziewczynki miały być ubrane na biało a chłopcy - porządnie plus biała lilia w dłoni.
Lilia. Wiosna była zimna, w Kielcach nie można było dostać kwiatów. Komitet rodzicielski zdecydował wysłać dwie panie do Krakowa po zakup lilii. Lilia plus udział w kosztach podróży to był poważny wydatek. Matka spytała mnie niepewnie czy zadowolę się lilią z papieru.
Oczywiście, że się zadowolę, kwiaty były dla mnie czymś bardzo odległym. Okazało się, że Tadek wystąpił również z papierową lilią...

 Komunia

Ja jestem ten wyższy po prawej. Jak widać czesałem się wtedy na bok. Nazywało się to - na poleczkę. Moje bujne włosy trzeba było trzymać w ładzie spinką.

Po komunii sprawdziła się przepowiednia, że ostatni będą pierwszymi. Po części oficjalnej rozoczęły się zabawy i oczywiście doszło do walki na lilie. Nasze, papierowe na drucie, wytrzymały wszelkie ataki. Naturalne lilie, pocięte i połamane, walały się po podłodze.