Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: 1947-53

wtorek, 22 września 2015

  Wiesia  Wiesia

Przedmowa Lecha.
W swoim poprzednim wpisie Wiesia wspomniała, że w jej klasie wisiały portrety przywódców PRL - od lewej: premiera Cyrankiewicza, I sekretarza Partii Bieruta i marszałka Rokossowskiego. Poniżej zdjęcie klasy...

 Klasa

Wiesia trzecia od prawej w drugim rzędzie.

W pociągu, który wieczorem wyruszył z Warszawy  do Wrocławia druhna Zosia zaprowadziła mnie do wagonu, w którym przy stoliku nad papierami siedział marszałek Konstanty Rokossowski. Dobrze, że tuż przed wejściem zapytałam, jak się mam się do niego zwracać, towarzyszu Konstanty, a może towarzyszu Marszałku, tak chyba lepiej brzmi?
Druhna Zosia krzyknęła, broń Boże! Żaden Konstanty, żaden  towarzysz! Panie Marszałku za każdym razem masz mówić.
Zapamiętaj: „panie”, nie „towarzyszu”! To jest bohater dwóch narodów, nie taki normalny człowiek, jak towarzysze Edmund, czy  Stach, którzy razem z innymi jadą, żeby pomagać.

Rokossowski

Rokossowski był w mundurze, wyglądał na znużonego, popatrzył w naszą stronę, jakby chciał mieć odwiedziny już za sobą. Po moim dygnięciu i poklepaniu po plecach druhny Zosi wziął mnie na kolana, dostałam paczuszkę z przyborami szkolnymi. Brwi wychodziły mu jeszcze wyżej na czoło, niż widziałam na portretach, z jednym okiem miał chyba coś nie w porządku, bo rzadko, albo nawet wcale go nie przymykał.
Druhna Zosia podawała Marszałkowi przygotowane wcześniej zapisane karteczki. Mówił jakoś sztywnie, niewyraźnie, ale rozumiałam. Pytał, czy szkoła, do której chodzę jest ładna, czy jest w niej sala gimnastyczna i kim w przyszłości chciałabym być?  
Biskupowi Czesławowi Kaczmarkowi w kieleckim Nazarecie powiedziałam, że chcę być zakonnicą, Rokossowskiemu, że nauczycielką. Wiedział, że moja mama pochodzi z Juszkiewiczów i zapytał czy Juszkiewiczowie z mojej rodziny  przybyli skądś w okolice Krakowa?  - bo widzisz, miałem w wojsku przyjaciela Adolfa Juszkiewicza, rewolucjonistę, nigdy go nie zapomnę. Walczyliśmy daleko stąd, robiliśmy razem udane wypady będąc w pododdziale zwiadowczym. Powiem ci, wojna jest ciężką próbą dla ludzi.
- Dlatego my walczymy o pokój – przypomniałam sobie co kazała mi mówić druhna Zosia, a ona dała znak oczami, że dobrze powiedziałam.
Co do moich dziadków mama mi opowiadała, że ich nazwisko pisane było przedtem przez „ż”, a nie przez „sz”, ale ksiądz w księgach parafialnych zmienił Jużkiewiczów na Juszkiewiczów, żeby się lepiej wymawiało. Zapytałam, czy jego przyjaciel pisał się przez „sz”, czy przez „ż”? Nie pamiętał dokładnie. Wspomniał, że to było w innym alfabecie, ale raczej przez „sz”.
Tak, jak mi polecono, wtrąciłam kilka zdań o bohaterskich czynach i talentach dowódczych Marszałka, zaczęłam wyliczać na palcach nadane mu odznaczenia bojowe:  Krzyż Virtuti Militari z Gwiazdą, Krzyż Grunwaldu I  Klasy, Order Świętego Jerzego i to nie jeden raz…  
Roześmiał się, że nie w tej kolejności, ale dziękuje, że wiem i poprosił, żebym to co mi teraz powie zapamiętała, na pewno przyda mi się w życiu.
Mam zapamiętać, że w sytuacjach trudnych, ale nie beznadziejnych, bo o takich w ogóle nie ma co mówić, liczy się nie tylko odwaga, umiejętności, ale przede wszystkim kalkulacja. Zanim człowiek podejmie decyzję należy wszystko przekalkulować i albo przystępuje się do działania, albo nie robi się nic, nieraz taktycznie. A wrogów trzeba usuwać. W wojsku polskim on osób podejrzanych mieć nie może. Rozumiesz?
Po chwili milczenia odparłam, że tak, czym uradowałam uważnie wsłuchującą się w słowa Marszałka druhnę Zosię. Dopowiedziała – otóż to!

Nie było mowy o wtłaczanych mi przez nią do głowy ustaleniach, jakie zapadły w Teheranie, Jałcie, a zwłaszcza w Poczdamie, ani o Trumanie, Churchillu, czy Stalinie - przyjacielu Polski. Całe szczęście, bo mogłam pokręcić, czy to Winston Churchill w Jałcie, czy też następny premier Anglii – Attlee, który Churchilla zastąpił w Poczdamie, nazwał paskudnie Polskę gęsią, która może się udławić, jeżeli nam oddadzą Wrocław oraz inne nasze miasta i ziemie na zachodzie, ale na szczęście Józef Stalin i tak postawił na swoim. Druhna Zosia z przebiegu spotkania z Marszałkiem była zadowolona.

Spałam w następnym wagonie z jakąś dziewczynką, która jak weszłam do przedziału leżała już w łóżku. Zdążyła mi powiedzieć, że mieszka na Woli, a jej blok ciągle nie jest otynkowany i tym się martwi. Jednak gdyby ją ktoś we Wrocławiu  spytał, powie, że jest otynkowany. Mój blok też otynkowany nie był, ale nigdy o tym nie rozmyślałam. Rano konduktorka przyniosła wszystkim w naszym wagonie śniadanie. Druhna Zosia zabrała do Wrocławia  z różnych warszawskich szkół dwadzieścia dziewcząt.

Dwustumetrowa hala Dworca Głównego dosłownie tonęła w czerwonych flagach poprzetykanych flagami biało czerwonymi. Walki o Festung Breslau nie zniszczyły, tak bardzo majestatycznego gmachu, jak całego miasta. Mógł być szybko przystosowany do użytku i przyjął pierwszych podróżnych w czerwcu 1945 r. We Wrocławiu odbył się już Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju, zorganizowano   Wystawę Ziem Odzyskanych. Tym razem Wrocław witał Kongres Ziem Odzyskanych zwołany przez Ogólnopolski Komitet Wyborczy Frontu Narodowego. Kolejny raz miało stąd zabrzmieć, że Ziemie Zachodnie nie czasowo, ale na zawsze są nasze. Druhna Zosia powtarzała mi wiele razy, że nie chodzi o byle co, ale o jedną trzecią terytorium Polski.

Na zapleczu wielkiej kongresowej hali, gdzie stałam z innymi dziewczętami myślałam o jednym - żeby jej nie zawieść. Jako pierwszy wystąpił premier Józef Cyrankiewicz, powiedział, że Ziemie Odzyskane to kawał serca każdego Polaka i Polski, święta sprawa dla Ojczyzny. Kiedy skończył druhna Zosia dała znać dziewczynkom, żeby tak, jak było wcześniej umówione, wbiegły za stół prezydialny i po kolei na szyjach gości zawiązały czerwone chusty. Czekałam na sygnał, kiedy ja mam wejść. Po zapowiedzi, że wystąpi ktoś, kogo Wrocław na pewno gorąco powita, druhna Zosia kiwnęła na mnie ręką. Wkroczyłam odważnie, ale kiedy stanęłam i zobaczyłam przed sobą falującą mgłę z głów, aż po horyzont, poczułam się nieswojo...

Na ZjeździeKopia zdjęcia zamieszczonego w tygodniku Świat - źródło - Archiwum Biblioteko Narodowej.
 
Wydawało mi się, że zapomniałam pierwszego zdania, ale jakoś samo, automatycznie znalazło się na końcu języka.  Kiedy powiedziałam „w imieniu dzieci walczących w Warszawie…”  sala wydała jakiś przeciągły jęk, potem nastąpił moment ciszy, po nim huk braw. Dalsze słowa uwięzły mi w gardle, szum zagłuszał to co mówiłam. Zamiast normalnym głosem beznadziejnie piszczałam o tym, że wszyscy w Polsce tak samo kochają Wrocław, jak Warszawę.
Zaczęłam cienko skandować po-kój! po-kój, a ludzie razem ze mną. Głos zabrał Marszałek Rokossowski. Zapewniał, że nie ma takiej siły, która mogłaby wydrzeć naszemu narodowi owoce tak krwawo okupionego zwycięstwa nad hitleryzmem.
Edward Ochab, późniejszy sekretarz KC PZPR, zapamiętany przez mojego ojca z tego, że podczas obrad Krajowej Rady Narodowej we wrześniu 1944 r. chciał, żeby w nowo organizującym się demokratycznym państwie dawne chwasty nie tylko nie mogły działać, ale przestały fizycznie istnieć, zaatakował businessmenów z Wall Street i imperialistów amerykańskich, niedawnych protektorów Hitlera za ich knowania przeciwko Polsce i pokojowi.
Wicepremier Stefan Jędrychowski przypomniał, że pół miliona rodzin chłopskich otrzymało od państwa na Ziemiach Odzyskanych ponad 4 mln ha ziemi, powstało prawie 4,5 tys. PGR-ów, odbudowaliśmy Pa-Fa-Wag we Wrocławiu. W mieście kształci studentów, byłych żołnierzy synów robotników i chłopów kilka wyższych uczelni. Oświadczył, że w ten sposób  pokazujemy siedmioletnim dorobkiem całemu światu co znaczy Polnische Volkswirtschaft. Zapowiedział, że w  województwie opolskim powstanie wielki zakład benzyny syntetycznej oparty na uwodornieniu węgla, zbudujemy kanał Wisła – Odra, pogłębiony zostanie tor wodny od Szczecina do Świnoujścia. Powstaną nowe linie kolejowe, drogi, domy towarowe, stołówki. Polska stanie się krajem wysoko uprzemysłowionym. Taki jest program wyborczy Frontu Narodowego – zakończył.

Reportaż Polskiej Kroniki Filmowej ze Zjazdu Ziem Odzyskanych tutaj - KLIK.

Zostałyśmy wyprowadzone zza kulis przed stół prezydialny, machałyśmy czerwonymi chustami do tysięcy zgromadzonych na sali ludzi. Rozległy się okrzyki na cześć Bieruta, Stalina i ludu pracującego. Zaraz po manifestacji z druhną Zosią i kilkoma jej przyjaciółmi przydzielonymi druhnie do pomocy poszłyśmy zwiedzić wrocławskie ZOO. Gromada osób z aparatami fotograficznymi wybiegła za nami, ale wszystkich przepędzono. Znajdowałam się w samym środku grupy. O tym, żeby ze mną  ktoś mógł porozmawiać nie było mowy.

08:52, pharlap
Link Komentarze (8) »
niedziela, 13 września 2015

Wiesia  Wiesia

Nasza pani dyrektor biegła truchtem przez hall. Gdy znalazłam się blisko, gwałtownie wyhamowała, chwyciła mnie za ramię, burknęła coś pod nosem, wyjęła z torebki grzebień, przyczesała moje włosy, kazała porządnie obciągnąć szkolny fartuch i zaprowadziła do pokoju nauczycielskiego. Nie wiedziałam o co chodzi?  Siedzieli tam dwaj panowie i pani, a przed nimi koleżanka z młodszej niż ja klasy, która poprzedniego dnia podczas uroczystości rozpoczęcia roku recytowała wiersz o Warszawie śpiewnym głosem. Goście polecili jej wrócić na lekcje. Kiedy wyszła grymasili, że za dobrze wygląda, poza tym zaciąga i dlatego absolutnie się nie nadaje. No to macie taką – westchnęła dyrektorka lekko popychając mnie w ich kierunku. Kazali mi się obrócić się dookoła, zbliżyć bardziej do siebie, popatrzyli po kolei prosto w twarz, potem musiałam coś czytać, deklamowałam. Dyrektorka dawała znaki, żebym wykonywała polecenia gości.

Zaczęli wypytywać o mojego ojca i mamę, o to gdzie spędziłam wakacje? Mniej ja mówiłam, więcej pani dyrektor, o tym, że przyjechałam do Warszawy dopiero do piątej klasy, a przedtem nigdy w Warszawie nie byłam. Rodzice też nie stąd, matka jest urzędniczką w banku, pochodzi ze wsi, ojciec inżynier architekt z Krakowa został pełnomocnikiem ministra do spraw budownictwa z gliny, są w porządku, a ja urodziłam się w Krakowie, uczę się nieźle, ale jeszcze ze mnie dzieciuch. Dobrze, bardzo dobrze, o to nam chodzi – odezwał się jeden z przybyłych. Kazali mi się przechodzić do drzwi i z powrotem. Kobieta, którą miałam nazywać druhną Zosią podeszła do mnie, pochyliła się i obejrzała odrapania na wystających kolanach, poczułam muśnięcie jej czarnych włosów po moim policzku. Pogładziła mnie po głowie.
 Tak, jak chcieli zaczęłam opowiadać o wakacjach u babci i dziadka Juszkiewiczów w Gwoźdźcu, panowie coś szybko zapisali, ale zaraz przestały  ich obchodzić moje wakacje, zaczęli dopytywać co wiem o Warszawie, czy ktoś mi opowiadał co się tutaj działo w czasie wojny? Może z rodziny?  Odpowiedziałam już nie speszona, ale poirytowana, że wszyscy wiedzą co się działo, bo słyszeli - Warszawę zburzyli Niemcy. Ale jak to było, po kolei, może wiesz?  – dociekali. Zrzucali bomby, podpalali domy, strzelali – spojrzałam zdesperowana na panią dyrektor, a potem na druhnę Zosię. Nasza dyrektorka milczała. Ani na moment nie usiadła na krześle, cały czas stała. Druhna Zosia zadowolona uśmiechała się do mnie i z aprobatą kiwała głową. No to ją zabieramy – oświadczyli goście. Pani dyrektor zwolniła mnie z wszystkich lekcji, a w następnych dniach, zaraz po obiedzie w szkolnej stołówce, spod szkoły miała mnie zabierać ze sobą druhna Zosia. Dyrektorka obiecała osobiście zawiadomić moich rodziców, że przez kilkanaście dni wracać będę trochę później i ich zapewnić, że jestem pod dobrą opieką.  Razem z druhną Zosią popołudniami przyjeżdżać będę samochodem w to samo miejsce przed szkołą na Nowolipiu 8, z którego zostałam zabrana i pójdę  sobie spokojnie do domu. Do odwołania byłam zwolniona z odrabiania lekcji ze wszystkich przedmiotów.
Znaleźliśmy się pokoju z dywanem i palmą w wielkim gmachu w alei Szucha 25 (dziś siedziba Ministerstwa Edukacji Narodowej)...  

Po najechaniu myszą na powyższe zdjęcie powinno pojawić się zdjęcie tego budynku podczas okupacji.

Druhna Zosia przedstawiła mi panów poznanych w szkole, jako towarzyszy Stacha i Edmunda, tak miałam się do nich od tej pory zwracać. Powiedziała, że to są jej i moi przyjaciele, wspaniali ludzie, można im zaufać, patrioci – internacjonaliści. Mają wielkie serca, kochają  Ojczyznę z jej prastarymi, polskimi Ziemiami Odzyskanymi, które wróciły do Polski. Zapytała, co wiem o Ziemiach Odzyskanych? Nie wiedziałam nic. Nie szkodzi, dowiesz się od nas, zobaczysz filmy, jak były zrujnowane po wojnie i jak je Polacy szybko odbudowują. Otóż moi przyjaciele, a teraz także i twoi zrobią dla Polski wszystko, są gotowi i dla nas na każde poświęcenie. Kochają proletariat i Związek Radziecki. Wiedzą co naprawdę jest dobre, a co złe. W tym wieku co ty dziewczyna ma prawo w czymś pogubić, czegoś nie rozumieć,  nie przejmuj się tym, pytaj bez skrępowania Stacha, Edmunda, albo mnie. Wytłumaczmy. Poprosiła, żebym kilkakrotnie powtórzyła słowa: patriota, internacjonalista, proletariat. Nie miałam z tym problemu. Druhna zaznaczyła, że nie jest patriotą ten, kto nie jest internacjonalistą, a internacjonalistą ten, kto nie jest patriotą.
Towarzysz Edmund wskazał palcem portrety w pokoju na ścianie. Zapytał, czy wiem kim są ci panowie? Odpowiedziałam: w środku wisi Bolesław Bierut - prezydent, obok niego Józef Cyrankiewicz – premier, z drugiej strony Konstanty Rokossowski – marszałek. Tacy sami wiszą u nas w klasie...

Portrety 

Na powyższym zdjęciu nie ma marszałka Rokossowskiego.

Chyba teraz zajmiemy się ich życiorysami, zaproponował, ale druhna Zosia mocno się żachnęła. Nie wiesz po co? Wystarczy powiedzieć jej tyle co można o Rokossowskim. Towarzysz Edmund upierał się, że powinnam przynajmniej wiedzieć, że Bierut jest nie tylko prezydentem, ale również stoi na czele KC PZPR i że niedługo odbędą się w naszym demokratycznym państwie wybory do Sejmu,  wysuwani są kandydaci na posłów, a jako pierwszy na każdym zebraniu Bolesław Bierut. Druhna  Zofia kazała mu się puknąć  w czoło. Jej grafik przewidywał za pół godziny spacer ze mną po Łazienkach. Upierała że nie przedłuży rozmów nawet o minutę. Usłyszałam, że na świeżym powietrzu przebywać trochę muszę, żebym zaczęła wyglądać na żywą istotę, a nie na ducha z powstania, bo patrząc na mnie ktoś tak może pomyśleć.
Nie wiedziałam o tym, że zostałam wytypowana, żeby przemawiać na Kongresie Ziem Odzyskanych w Wrocławiu, jako dziecko urodzone w Warszawie, które przeżyło Powstanie Warszawskie.  Towarzysz Stach, który albo ziewał, albo przypalał papierosa od papierosa był ciekawy kto ten zwariowany, spektakl wymyślił? I kto przydzielił im do wykonania zadania tego żałosnego Edmunda? Popatrywał w sufit, albo na druhnę Zosię. Zdecydował, że na spacer pójdziemy zaraz we trójkę, bo w takim napięciu bez spaceru przez tyle godzin pracować nie sposób. Rokossowski miał być potem.

środa, 02 września 2015

Wiesia w Gwoźdźcu

  .....

Gwoździec

Gwoździec - źródło: wikipedia

Wkrótce znalazłam się w zabitym gwoździami Gwoźdźcu, w którym nigdy nie było prądu, u babci i dziadka Juszkiewiczów. Przez kilka lat od zakończenia wojny zdołano zelektryfikować ponad 40 tys. 500 wsi, Gwoźdźca ciągle nie, czekał wśród 1 tys. 260 wsi na swoją kolej. Żaden dom nie miał piorunochronu, a burze bywały potężne i często gdzieś się paliło. U kogo tym razem – oto było pytanie, gdy rozrywało się niebo. Trzeci dom od Babci płonął w czasie moich wakacji dwa razy.  Ludzie dla ochrony przed piorunami wystawiali w oknach figurki, albo obrazy Matki Boskiej. Cała gromada chłopaków z Gwoźdźca i okolicznych wsi Jaworska, Niedźwiedzy, Melsztyna, w którym było dużo małych gospodarstw, a rodziny liczne, wyjechała budować na lessowych polach Pleszewa i Mogiły Nową Hutę, o której tyle się nasłuchałam u rodziny w Krakowie. Zachęcały do wyjazdów rozklejane po wsiach plakaty i ksiądz na kazaniach. Gwoździeccy, tak jak inni, zostawali junakami Powszechnej Organizacji Służba Polsce. Przechodząc dwumiesięczne przeszkolenie mogli zarobić po parę złotych przy pracach ziemnych i wesprzeć rodziców. Mogli też związać się z junacką roczną, albo trzyletnią brygadą ZMP. Kiedy przyjeżdżali do swoich pomóc w żniwach zasypywano ich pytaniami - jak im tam jest? Mówili, że najpierw mieszkali w namiotach, teraz w barakach, a jak dalej starać się będą w robocie dostaną mieszkania. Pytano, czy w Hucie, podobnie jak tu, w górach, ludzie na umór piją? Przytakiwali. 
Przyjezdni byli całkowicie odizolowani od autochtonicznych mieszkańców wsi, na terenie których wznoszono Hutę. Skarżyli się, że miejscowi chłopi nazywają ich huciorzami i biją, a radę dać im trudno, są od nich silniejsi, bo lepiej odżywieni. Słuchałam takich rozmów siedząc przy chyboczącym się stoliku podczas niedzielnych festynów z muzyką i tańcami. Pod budowę huty i kombinatu zabrano szmat ziemi, wywłaszczając 13 tys. osób. Napływowych nie znosił Kraków, wywłaszczeni nienawidzili. Wśród budowniczych najpierw miasta, potem kombinatu młodzież z województwa krakowskiego, a więc i z tych okolic, stanowiła prawie 51 proc., drugie miejsce zajmowało województwo rzeszowskie - ok. 12 proc. W gazetach można było przeczytać, że „nowa socjalistyczna nowohucka treść orzeźwia Kraków”. Pisano też z detalami o odpowiedzialnej, trudnej  robocie mniej więcej tak:  murarz kładzie cement na kielnię, z kielni na cegłę, cegłę kładzie na murze, stuka w cegłę kielnią i chwyta dłonią następną cegłę. I to jest to. Ale, żeby człowieka zauważyli, trzeba ułożyć 20 tys., albo więcej cegieł w osiem godzin. Wtedy miasto rośnie w mgnieniu oka, bije się rekordy!
 Na festyny w Gwoźdźcu biletów nie trzeba było kupować, jeśli zamówiło  się oranżadę. Siedziałam, słuchałam, muzycy rzępolili, ale jak ktoś z bawiących się zaśpiewał, mocnym białym głosem, powietrze drgało. W Krakowie, czy Warszawie, włączając radio i można było usłyszeć piosenkę o Nowej Hucie znaną w całej Polsce:  nad Wisłą, nad Wisłą szeroką murarzy rozchodzi się śpiew…, ale nie w Gwoźdźcu, w którym nie było prądu. Głos wiejskiego solisty po oranżadzie znad festynowego stolika niósł się daleko, gdzieś odbijał i powracał prowadząc silną melodię „idź dziewce do duuuumu niech cie Bóg prowadziiiiiii , idź dziewce spokojnie Jurek cie nie zdradziiiiii… Słowa nie były przypadkowe, z festynów w Gwoźdźcu należało uciekać, póki było widno, bo mogło zrobić się niebezpiecznie. Nie przychodziłam tam sama, zawsze razem z ciotką Halą starszą ode mnie o kilka lat, która uczyła się w Wojniczu i na świadectwach przynosiła same bardzo dobre. Była zorganizowana, podczas wakacji pracowała w gospodarstwie od rana do wieczora i w ogóle nie czuła zmęczenia. Adorował ją Gustek Kubis, kiedyś najlepszy uczeń szkoły powszechnej w Gwoźdźcu, który z wyróżnieniem zdał maturę w Krakowie, a jego rodzice nie mieli nic przeciwko temu, żeby uczył się dalej, jeżeli rzeczywiście tak, jak w Krakowie obiecali, nie będzie to ich nic kosztowało. Po wsi chodziła plotka, że Gustka chcą wziąć na nauki do Moskwy, może dlatego, że ciotkę Halę nazywał Nataszą, Babcia aż się żegnała.
 Czekałam na niedziele, kiedy naród szedł gęsiego poboczem gościńca na mszę. Wiele osób niosło buty i wkładało je dopiero przed wejściem do kościoła. W szkole na Muranowie słyszałam, że tak było przed wojną, tutaj - nadal. W niedziele rano Babcia szykowała dla rodziny nadziewane kurczęta, ziemniaki i mizerię na obiad, na podwórku czekały konie zaprzężone w chłopski wóz, na który wsiadali Juszkiewiczowie. Jechaliśmy do kościoła. Znajdował się od domu najwyżej dziesięć minut drogi pieszo. W kościele pod wezwaniem świętej Katarzyny babcia przed mszą energicznie wpychała mnie na ławkę za balustradę, przy której ksiądz w czasie nabożeństwa udzielał komunii świętej. Ławka znajdowała się blisko ołtarza, na podwyższeniu, widać z niej było zgromadzonych wiernych. Znajdowali się wśród nich sąsiedzi Babci – Łośkowie, nie mający uprawnień do takiej ławki, co Babcia podkreślała. Modlili się razem z dwoma córkami, na wydaniu ubranymi na niedzielne msze w długie suknie, najczęściej jedna w niebieską, druga w różową. Babcię te suknie denerwowały.  Juszkiewiczowa i Łośkowa toczyły od lat spory o miedzę. Mężczyźni z obu rodzin do sąsiedzkich kłótni rzadko się wtrącali. Gdy kobiety ich przyłapały na przyjaznych pogawędkach przez płot dostawali w domu bury.
Babcia i Dziadek wynajmowali ludzi do pracy w polu. Razem z Babcią i ciotką Halą z nosiłam  im w dzbanach mleko do picia, chleb i bułki, siadałam pod snopkami na wiązce słomy i w pachnącej duchocie zboża z apetytem jadłam. Po pracy żniwiarze przychodzili na posiłek do kuchni. Prawie wszyscy umieli już czytać i pisać. Z półtora miliona analfabetów po wojnie w wieku od 14 do 50 lat zostało niecałe pięćset tysięcy. Miejscowa stara szkoła nie była czteroklasowa jak kiedyś, można  w niej było skończyć całą podstawówkę. Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych masowo produkowały tanie podręczniki. Dziadkowie i przed wojną i po wojnie nie mieli najgorzej. Brat dziadka – Jan Juszkiewicz, zmordowany przez Niemców był inżynierem. Moja Mama mieszkała u niego w Tarnowie do matury. W Gwoźdźcu wujek  Mamy postawił modrzewiowy, letni dom z basenem, w którym po wojnie zrobiono na dole pocztę, a basen zasypano ziemią. Dziadek od swojego brata dostał osiemset sadzonek drzew owocowych. Rosły w ogrodzie i wzdłuż wszystkich dróg prowadzących do pól uprawnych. Drogi wiły się ostro w górę i w dół, przy łąkach biły źródła, w których pojono krowy. Przeróżnych owoców było zatrzęsienie. Mogły się nimi najeść dzieci z całej wsi, ale Babcia na to nie pozwalała, skarmiano nimi świnie, a i tak zostawało.
 Reforma rolna Dziadka nie objęła, na tych terenach reformie podlegały nieruchomości ziemskie o powierzchni ponad 50 ha. Dziadek miał ziemni mniej, nawet razem z lasem. Do władz ustosunkowany był wrogo. Znał się z Wincentym Witosem, jeździł do niego do Wierzchosławic, związał się z PSL Piast i Stronnictwem Ludowym, a Babcia nie zapomniała, że Witos gonił za kobietami i jej zdaniem miał zły wpływ na Dziadka. Tak, jak Witos był wysoki, postawny. Mama odziedziczyła po nim niebieskie oczy. Pięknie kaligrafował i znał trochę węgierski, walczył w pierwszej wojnie światowej z Rosjanami po stronie Austriaków na białą broń. Śmiał się długo, kiedy zobaczył plakat z ufryzowaną kobietą na traktorze z podpisem „naprzód do walki o szczęśliwą, socjalistyczną wieś polską”,  który został przypięty na drzwiach sklepu spółdzielczego. Wymieniałam w nim całe kosze jajek na naftę do lampy, kakao dosypywane do kogla – mogla i na to co chciałam.
 Nie spotkałam nikogo w Gwoźdźcu, popierającego kolektywizację wsi i kołchozy. Nawet najbiedniejsza Rąpalina, która posiadała tylko łąkę i gęsi wygrażała, że bezbożnym komunistom pokaże. Przychodziłam do niej z dziećmi letników, czekała na te odwiedziny.  Za jajka, czy parę złotych rozwijała przy nas brudne bandaże i pokazywała rany na nogach z sączącą się ropą, aż nam ciarki przechodziły po plecach. Chodziliśmy też oglądać małego Stalina, tak na wsi mówili o dziecku, które urodziło się z dużą, prawie kwadratową głową. W skrzyni na strychu, w której babcia przechowywała zboże dla kur, znalazłam przysypane ziarnem różne książki i broszury, m. in. o zarazie bolszewickiej i początkach telewizji  w Stanach Zjednoczonych, a także mnóstwo przedwojennych obligacji wystawionych na dziadka – Babcia wskazując na nie mówiła, że Dziadek lubił kupować głupoty. Obligacjami bawiłam się z koleżanką ze wsi Lusią w sklep, Babcia wrzucała je do ogniska, kiedy piekłyśmy ziemniaki. W lecie dzień trwa długo i można było naczytać się książek ile dusza zapragnie i bez światła elektrycznego. Wypożyczałam je od księdza.

07:09, pharlap
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 sierpnia 2015

Wiesia  Wiesia

W Polonii, repertuar zmieniano zazwyczaj co miesiąc. Do kina wchodziło się od Pięknej. Bileterki i kasjerki dobrze znały takich zawziętych kinowidzów,  jak ja, którzy każdy film oglądali do końca. Kino mieściło się w przedwojennej kamienicy Kohnów z adresem Marszałkowska 56, istniało przed wojną, w czasie wojny i po wojnie, ale już nie go ma.
Z dawnego  Kina Polonia znajdującego się w obrębie Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej ( MDM w maju tego roku wpisana została do rejestru zabytków), pół kroku na Plac Konstytucji. W czerwcu 1952 r. po zakończeniu roku szkolnego, jako osoba nawykła do częstych podróży tramwajem i pieszo z Muranowa do  Śródmieścia, bywałam w tych okolicach niemal każdego dnia. Lato smażyło, lubiłam upał. W domu myśleli, że jestem w Ogrodzie Saskim razem z koleżankami i siedzimy razem gdzieś koło stawu, albo fontanny, a ja przez godzinę, albo i dwie obserwowałam, jak wielki warszawski  Plac wyłania się zza  gorącej mgły wapiennego kurzu, którego zapach z przyjemnością wdychałam. Pachniało chemiczną czystością i farbami. Mniej obchodziły mnie monumentalne domy z wysokimi podcieniami, potężne kandelabry - na moich oczach robotnicy okładali je płytami z piaskowca -  czy wyjątkowo ogromne rzeźby, ale to, że powietrze rosnącego MDM pachnie inaczej, niż reszta miasta.

Warszawa ciągle była miastem gruzów i baraków, na Placu Konstytucji, jeszcze bez nazwy, szalał rozmach. O MDM układano wiersze, Chór Czejanda ćwiczył pieśń: bo MDM, bo MDM rośnie w górę z każdym dniem. Na dole piach, na dole gruz, a tu piętro widać już - KLIK !Dopóki stałam przy szaflikach z jakimiś białymi płynami różnej gęstości, które robotnicy porywali na rusztowania, jakby mnie nikt nie zauważał, ale kiedy próbowałam wejść na Plac głębiej, wyrzucano stamtąd bez ceregieli, jak wielu innych gapiów.

 Dzięki sztandarowej inwestycji lud pracujący miał zamieszkać w Śródmieściu. Przed wojną – słyszałam w radio – było ono parterowe, kapitalistyczne, handlarskie, jubilerskie, teraz będzie podobne do ulicy Gorkiego w Moskwie. Dzielnica miała być większa, niż powstała, planowano, ze obejmie m. in. ulicę Lwowską i że zamieszka w niej  45 tys. ludzi.  Nie wyszło, ponieważ zabrakło pieniędzy. Struktura oddawanych mieszkań wyglądała następująco:  20 proc. kawalerek, 25 proc mieszkań składających się z dwóch pokoi i kuchni, 25 proc. mieszkań dwupokojowych z niszami w kuchniach dla służących i 5 proc. lokali dużo większych, niestandardowych. Tak to socjalistycznie w praktyce wyglądało. Pierwszy etap budowy MDM  od Wilczej do Placu Zbawiciela na 22 lipca nie był w pełni zrealizowany, ale Plac Konstytucji czekając na uroczystości i oficjalne nadanie nazwy stał biały i gotowy. W relacji dziennikarza Expressu Wieczornego  tego dnia na Plac Konstytucji „wlał się falujący tłum, kandelabry lśniły, jak klejnoty, błyszczał po deszczu asfalt”. Nie byłam tam, wyjechałam z Warszawy na wakacje. Pierwszy tydzień miałam spędzić u Babci w Krakowie, potem miesiąc w rodzinnej wiosce Mamy – Gwoźdźcu, z którego podobno niektórzy widywali przy bardzo ładnej pogodzie Tatry.

U Babci w Krakowie spałam na mięciutkim łóżku w pokoju pod lampą z wiszącymi kryształkami. Na ścianie wśród obrazów znajdowała się moja duża fotografia  w złotych, szerokich ramach, lekko ręcznie podkolorowana przez ciocię Józę. Miałam na niej bladoniebieską kokardę na czubku głowy. Dzieło mojego wujka, brata Babci – dwumetrowego  Adama Karasia, legendarnego krakowskiego fotografa z ulicy Szewskiej, farbującego sobie włosy na zielono i  różowo, i jak tylko chciał. W wielkim dziwacznym atelier  pomalowanym piekielnymi kolorami czerwonym i czarnym zbierali się artyści krakowscy. Żona wujka, ciotka Henia, która przez niego swoje wycierpiała, bo ją często zdradzał, a potem na klęczkach przepraszał, zawsze miała później w garnku trochę kaszy dla całej Piwnicy pod Baranami. Ewa Demarczyk i inni urządzali u Karasiów swoje przyjęcia. Wujek wykpiwał krakowskie mieszczaństwo i bez pardonu atakował rodzinkę, którą kochał. Tutaj nie można było się nudzić, ani myśleć o MDM. Nie lubiano w Krakowie Warszawy, prawie tak, jak Nowej Huty. Babcia mówiła, że jacyś przodownicy pracy z Huty przepasani szarfami z krepiny, na których im wypisano, że wyrobili  po 400, 500 proc. normy i inne bzdury zasiadają w lożach Teatru Słowackiego i to  jest skandal. Przypomniałam sobie, ze przy budowie MDM cieśla Tomaszewski wyrabiał 200 proc. normy, a robotnik Piechociński – 352 proc. Obaj w nagrodę dostali dwupokojowe mieszkania, bez niszy w kuchniach, wszyscy tam o nich mówili, ale nie bąknęłam na ten temat ani słowa.

W Krakowie był inny świat. Babcia napominała mnie, żebym nigdy do teatru nie przychodziła w stroju dwuczęściowym, „jak te z Huty” tylko w sukience. Kuliłam się w sobie, bo mama przysłała mnie do Krakowa w znoszonej spódnicy i nędznej bluzce, wiedziała, że moje ubranie u Babci wyląduje w śmietniku, ale ja strasznie się wstydziłam. Babcia i siostry Ojca zaczynały od rozebrania mnie do naga i przebrania w inną delikatniejszą bieliznę, sukienkę oraz nowe, odpowiednie dla Krakowa skarpety i buty. Słyszałam strzępki rozmów pomiędzy ciotkami: popatrzcie, jaka ona jest zaniedbana, czegoś takiego u nas nie może nosić! Po dwóch, trzech dniach wszystko miałam nowe, a proste włosy w lokach. Jadłam pyszności na porcelanie, posrebrzanymi  sztućcami, nie to co w domu i w stołówce szkolnej. Wieczorem przyjęcie u cioci Lonki, rudowłosej krakowskiej piękności w ogromnym mieszkaniu, do którego wchodzili w parach państwo mecenasostwo, profesorstwo i inni tacy, byłam im przedstawiana, jako córka brata, niestety, widzicie po niej – z  Warszawy. Przybyli państwo Pindelscy, którzy mieli coś wspólnego z filmem z dwoma rozbuchanymi chłopakami  mniej więcej w moim wieku. Musiałam  przed wszystkimi i dygać, na szczęście  dygania nauczyły mnie zakonnice w kieleckim Nazarecie, ciotki  z tego były zadowolone. Obok mnie siedziały siostry cioteczne, ubrane tak pięknie, że opisać się nie da: żorżety, tiule, muśliny, jedna z nich była szczupła, druga grubiutka, najbardziej z nas inteligentna i wygadana (pierwsza została lekarzem pediatrą, druga sędzią). Babcia  z włosami upiętymi do góry i broszką ze sztucznym diamentem pod brodą biegała między wnuczkami i przestrzegała, jak zwykle: dziewczynki pamiętajcie, tylko z Bogiem, z czcią, z honorem. Długo nie wiedziałam o co chodzi.

niedziela, 09 sierpnia 2015

Wiesia  Wiesia

Przeczytałam „Faraona. Odkryłam, że w starożytnym Egipcie nie rządził faraon, ani Ramzes XIII, ani jego ojciec, ale arcykapłan i minister wojny Herhor dążący do uzyskania pełni władzy nad duszami i ciałami. Dlatego mu się to co chciał udało, ponieważ egipskie chłopstwo ciemniejsze było od czarnej dziury, o której wówczas nie miałam bladego pojęcia. Sceny spotkań Ramzesa z Sarą zaznaczyłam ołówkiem i ciągle do nich wracałam. Biedna Sara żyjąc w egipskim feudalizmie nie wiedziała, że im kobieta szlachetniejsza, tym ma gorzej. Szczególnie intrygował mnie Lykon i zjawisko hipnozy. Co za diabelska broń, przy pomocy której można z człowieka uczynić maszynę, mordercę, bez jego wiedzy i woli. Ksiądz na lekcjach religii w kościele na Lesznie mówił o danej nam wszystkim wolnej woli. O tym, że sami odpowiadamy za to co robimy. Zahipnotyzowanemu sobowtórowi Ramzesa wolna wola została zabrana.
Więc jak to jest – mamy wolną wolę, czy nie, a jeśli kogoś zahipnotyzują, to co? – zastanawiałam się z Maliną. Jej mama Janina Marcinkowska wróciła z pracy, przebrała się po domowemu i przygotowała dla nas podwieczorek: chleb z miodem i po jabłku. Zaczęłyśmy wątpić, czy pisarz hipnozy czasem sobie nie wymyślił, czy nie jest bajką?  A nawet gdyby hipnoza nią była, uznałyśmy obie, że nas nikt nie dałby rady tak otumanić,  jak Lykona, zbyt mocno czułyśmy w sobie wolną wolę. Malina sarkała, po co czytam te bzdury?

Pani Marcinkowska  wtrąciła krótko, że hipnoza istnieje. Ale zahipnotyzować można tylko kogoś, kto tego chce. Miała bladą, przezroczystą cerę, ciemne oczy i zawsze się uśmiechała, kiedy słyszała muzykę. Czasem podnosiła rękę z niewidzialną batutą i dyrygowała niewidzialną orkiestrą. Malina w ogóle nie była do niej podobna. Zastanawiała się, czy jest jej córką, więc i ja zaczęłam myśleć  w tym duchu o sobie.
W nerwowe rozważania, kim właściwie jesteśmy, wprawił nas chłopak z naszej klasy, który ojca nazywał Hitlerkiem. Kiedy go zapytaliśmy dlaczego, wyjaśnił, że ojciec po jakiejś domowej kłótni wydał matkę Niemcom i  Niemcy ją zastrzelili. Ciotka mu o tym powiedziała. Teraz ma macochę.
Mama Maliny przypomniała, że czas wziąć się za odrabianie lekcji, bo nową wiedzę można budować tylko na tej, którą już posiadamy, albo komuś mózg się rozwinie, albo nie. Zadane miałyśmy niewiele, skupiłyśmy się na doskonaleniu czytania po rosyjsku. Nie szło najlepiej, dukałyśmy, chociaż nauczycielka rosyjskiego obiecała, że każdy w klasie, kto opanuje jako tako czytanie, dostane adres koleżanki, albo kolegi z Moskwy i będziemy do siebie pieriepisywatsja, jak przyjaciel do przyjaciela, przyjaciółka do przyjaciółki. Ona  będzie nam w pisaniu listów do nich pomagała.  
Mama Maliny koniecznie chciała  uczyć nas francuskiego, który doskonale znała, była tłumaczką w Polskim Radio, ale i tym razem obie nie zamierzałyśmy marnować czasu i dość dobitnie powiedziałyśmy jej, że za nic. Malina nie chciała też za żadne skarby ćwiczyć na pianinie. Kiedy wprawki jej nie szły matka wpadała w furię, zdarzało się, że rzucała wiekiem od pianina, kiedy Malinie nie wychodziło, ale nigdy przy mnie. Dobrze, że byłam, bo gdyby została z nią sama, mimo posiadania wolnej woli, do ćwiczeń zostałaby zmuszona. Nie miała z tym pianinem lepiej, niż ze skrzypcami jej krewna Wanda Wiłkomirska, której za lenistwo w graniu wymyślali w domu różne tortury.

Wolne, jak ptaki przebiegłyśmy na przeciwną stronę Nowolipek do bliźniaczek z tej samej co my szkoły, z równoległej klasy. Blok, w których mieszkały, wybudowany jak nasze z wymęczonych, sinawo różowych cegieł, zajmowali  przede wszystkim wojskowi. Rodzice bliźniaczek mieli encyklopedię. Zamykali ją w wielkim kredensie, ale dziewczyny wiedziały, gdzie jest do niego klucz. Natychmiast wyciągnęły odpowiedni tom. Nie ten, z którego mogłybyśmy się dowiedzieć czegoś o hipnozie, o której po drodze do nich zupełnie zapomniałyśmy,  już trzeci raz z bliźniaczkami zgłębiałyśmy budowę kobiety i mężczyzny. Bliźniaczki miały całe półki dżemów wyjadałyśmy je ze słoików łyżeczkami, czasem palcami. Ilustracje w encyklopedii na tym ucierpiały. Mężczyźni są obrzydliwi – stwierdziła nasza czwórka to samo trzeci raz. Bliźniaczki, podobne do jasnowłosych aniołków, opowiadały, jak zwykle, jedna przez drugą, identycznymi głosikami, co ostatnio usłyszały i zobaczyły podsłuchując i podglądając w nocy rodziców. Ojciec do ich matki mówił, że jest inna, niż inne i o wiele bardziej mu się podoba. Jest najpiękniejsza. Mówi  o tym za każdym razem – zauważyła Malina, ale za chwilę dowiedziałyśmy się takich rzeczy, że aż zrobiło się nam gorąco.  Byłyśmy czerwone i oburzone, a one chichocząc powtarzały:  tak było !
Po wyjściu od bliźniaczek stwierdziłam, że wolałabym się napić tranu, niż tknąć chłopaka, a Malina, że wolałaby zjeść wielką żabę.

Jak już zahaczyłyśmy o żabę, natychmiast przypomniała nam się Monika, którą ostatnio dokooptowano do naszej klasy.  Czy rzeczywiście te żaby jej smakują? Jak było cieplej mnóstwo żab rechotało w stawie Ogrodu Krasińskich.
Monika przyjechała niedawno do Polski z Francji, z kraju w którym przysmakiem są żaby, o tym wiedziałyśmy. Siedziała w ławce przed nami miękka, pachnąca, śliczna i przerażona. Język polski znała słabo, nie wymawiała poprawnie rrr. Kiedyś  zwierzyła się, że bahdzo chciałby zjeść  fhytki , albo banana, ale my nie wiedziałyśmy co to takiego. W domu zamiast frytek Monika dostawała chleb ze smalcem posypany cukrem. Dziwiłyśmy się, bo my jadłyśmy chleb lekko skropiony wodą posypany cukrem, albo z masłem i cukrem, a chleb ze smalcem matki posypywały nam solą. Smakowało. Monika urodziła się we Francji, mieszkała w departamencie Pas de Calais. Tam Polaków było najwięcej blisko 90 tys. (dept. Nord  56 tys., Seine 34 tys., w Paryżu ok. 25 tys.), część komunizowała. Jej rodzina nie przyjęła francuskiego obywatelstwa. Kiedy władzom francuskim nie spodobało się, że ojciec Moniki zbyt energicznie działa w polskiej grupie Francuskiej Partii Komunistycznej  kazali mu się wynosić do kraju pochodzenia w ciągu tygodnia. Partyjni koledzy ojca Moniki, którzy byli Francuzami trafili do więzień.
Trzy lata wcześniej rozpoczął się taniec Świętego Wita Paryża z Warszawą i na odwrót, który trwał, łapano szpiegów.  Na Okęciu, tuż przed wejściem do samolotu aresztowano Andre  Simon Gustave Robienau, pracownika Instytutu Francuskiego posądzonego o szpiegostwo na rzecz Francji. Wyrok 12 lat, wyszedł po trzech. Sokół - Klimczak sądzony w tym samym procesie nie miał takiego szczęścia, skazano go na karę śmierci, wyrok wykonano. Władze francuskie nakazały przeszukać lokale organizacji  powiązanych z Ambasadą Polską i aresztowały kilka osób, kilka ekspulsowały. Zatrzymano stypendystę rządu polskiego, slawistę Etienne Decaux za szpiegostwo na rzecz  Polski (czytaj Rosji). Kleszcze wielkiej polityki objęły małą Monikę, młodszą od nas, bo we Francji obowiązek szkolny zaczynał się już wtedy w wieku sześciu lat, a ona poszła do pierwszej klasy kiedy miała pięć i pół. Po pobycie w hotelu w Świdrze jej czteroosobowa rodzina - Monika miała starszego brata - dostała przydział na pokój z kuchnią w bloku na Nowolipkach. Z jednego okna widzieli budujący się Pałac Kultury z drugiego ciągnące się długim ogonem tzw. piaski, późniejszą ulicę Marchlewskiego (dziś Jana Pawła). Z tego okna co wychodziło „na piaski” oglądali rosnący dom, z miejscem na sklep spożywczy na parterze.  Bardzo się z tego mama Moniki cieszyła, miała nadzieję, że będą niedługo wiedzieć, kiedy do sklepu dotrą ziemniaki. W przedziwny sposób rodzice Moniki nie mogli kupić ziemniaków, co jak co, ale ziemniaki, chleb i inne podstawowe produkty były. Ziemniaków można było przywieźć  całą piwnicę od podwarszawskich chłopów, w sklepach na kilogramy mało kto je kupował. Ojciec Moniki na wszelkie bóle rodziny odpowiadał, że to przejściowe trudności. Są w socjalistycznej Polsce i z tego powinni się cieszyć. Monice w szatni szkolnej poginęły  ładniejsze rzeczy, kolorowe czapeczki, szaliki, w klasie wyparowało pudło z francuskimi farbami, zagraniczne ołówki, kredki. Sprzed bloku zginął rower (były na talony). Jej mama kiwała głową, mówiła, że córka będzie odtąd wyglądała jak my wszystkie, szaro. Monika płakała.

Razem z Maliną przygotowałyśmy klasowe mikołajki . Każdą paczka miała przywiązaną na wierzchu pokaźną rózgę. Służyły za nie witki brzóz, zerwane przez nas w Ogrodzie Krasińskich. Park był dziki. Pałac Krasińskich stał osowiały za rozbitą fontanną z setkami dziur po ostrzałach. Wspominałyśmy w zimie naszą letnią kryjówkę w „Kraśniaku”, teraz dobrze widoczną, bo pozbawioną liści. Znalazłyśmy w parku kilka drzew morwowych. Kryjówka znajdowała się w konarach jednego z nich. Siedząc koło siebie na drzewie lizałyśmy leciutko swoje zęby, ona moje proste na dole, a jej równiuteńkie na górze, pachniały morwami.
Święty Mikołaj w szkole TPD nr. 11 w Warszawie  szóstego grudnia przyszedł do wszystkich w klasie, losowaliśmy paczki z prezentami podczas godziny wychowawczej. Starałyśmy się z Maliną, żeby prezenty były dowcipne – najpierw każdy coś przyniósł, z tego zrobiłyśmy paczuszki.  
Impreza noworoczna niecały miesiąc później miała rozmach. Z naszej szkoły słychać było śpiewy i śmiech na pół Muranowa, którego gruzy, wydawało się nie do pokonania, pokrył śnieg. Szkoła wypełniała się młodzieżą  przez dwa tygodnie nie tylko z Warszawy. Pełniliśmy funkcję dyżurnych według grafiku, każdy chciał mieć tych dyżurów jak najwięcej, żeby się znaleźć w krainie czarów. Udekorowana i oświetlona choinka stała na środku hallu, przy niej w czerwonym kapturze, z kosturem, siedział na krześle Dziad Mróz i rozdawał garściami cukierki. Ale był przy nim tłok! Chyba miał worek bez dna. Klasy zamieniły się w gabinety  luster, baj, strachów. Stołówka stała się salą filmową, wyświetlano w niej obok filmów rysunkowych rosyjskich, po raz pierwszy chyba w Polsce, filmy z Kaczorem Donaldem. Komu udało się do niej wcisnąć, nie chciał wyjść.

PS. Informacja o procesie Robineau tutaj - KLIK.

09:34, pharlap
Link Komentarze (2) »
sobota, 01 sierpnia 2015

Wiesia  Wiesia 

Było zimno, a  ja marnie ubrana. Zanim wyruszyliśmy sprzed szkoły na Pragę z wiązankami  goździków, moim obowiązkiem było sprawdzić, czy wszyscy uczniowie mają  porządnie założone czerwone chusty. Tych, którzy chust zapomnieli  kazano mi odsyłać do domu. Potem pani dyrektor miała się z nimi policzyć. Kwiaty mieliśmy złożyć pod Pomnikiem Braterstwa Broni, pierwszym pomniku  wzniesionym  w Warszawie po wojnie, jako dowód wdzięczności.
Mieszkańcy stolicy mówili , że za Wisłą stanęło czterech śpiących.  Przed wymarszem przypomniano nam, że to Dzień Ludowego Wojska Polskiego, obchodzony 12 października, dlatego, gdyż w tym dniu w roku 1943 r. żołnierze polscy i radzieccy odnieśli ogromny sukces pod Lenino. Razem pokonali okopaną tam niemiecką bestię. Polacy bili się  z furią, wykonali przeznaczone dla nich specjalne zadanie, przełamując obronę przeciwnika w okolicach wioski Połzuchy. Przeszli bagniska i rzekę Miereję,  dzielnie szli pod niemieckie kule. Nie szczędzili życia i zyskali zaufanie  władz radzieckich. Obserwujący szturm 1 Dywizji Piechoty  im. Tadeusza Kościuszki żołnierze Armii Czerwonej chwalili „Poliaki mołodcy, idut kak morjaki”, co było najwyższym wyróżnieniem. Złóżmy  hołd bohaterom i za Lenino i za to, że dzięki braterstwu polsko radzieckiemu  na polu walki możemy być tutaj  – mówiła jedna z nauczycielek. Uratowano nam życie. Musimy pamiętać, że w planach Hitlera Polacy znajdowali się  jako drudzy w kolejce, do zagazowania i spalenia.
Ruszyliśmy w milczeniu wydostając się z muranowskich gruzów, przyprawiających mnie o mdłości. W mieście różnych zwalisk znajdowało się mnóstwo. Płaty pokawałkowanych kamienic zwisały na zbrojeniach w całym śródmieściu. Nieraz wybierałam specjalne miejsce, gdzie gruzowiska widać było mniej, zasłaniałam sobie ręką jedno oko, żeby tym drugim móc oglądać świat bez gruzów. Minęliśmy  odbudowany  pałacyk, którego ostatnim przedwojennym  właścicielem był Janusz Radziwiłł, dlatego mówiło się o pałacu  Radziwiłła, chociaż był już państwowy, to znaczy nas wszystkich. Doszliśmy do tunelu przekopanego pod Krakowskim Przedmieściem oraz ulicami Senatorską i  Miodową. W związku z uroczystością na trasie do pomnika  wstrzymany został ruch i przemaszerowaliśmy pod nim swobodnie. Na Moście Śląsko – Dąbrowskim  osadzonym na ocalałych filarach mostu Kierbedzia  już za naszą  TPD numer  11 formowały się pochody innych szkół.  Przy wybiegu dla niedźwiedzi stali ludzie i rzucali zwierzętom jedzenie, każdy chciałby tam trochę postać,  ale nam nie wolno było się zatrzymywać , musieliśmy być przed pomnikiem na czas.

Pomnik Braterstwa Broni

Stanął na skrzyżowaniu ulicy Targowej z aleją Świerczewskiego. Wiedzieliśmy, że początkowo był z gipsu, ale teraz jest już z brązu, dla pokoleń. Odlew pomnika wykonany został w Berlinie z przetopionej niemieckiej amunicji. Czterej, jakby śpiący żołnierze ze zwieszonymi głowami  znajdowali się nisko w narożnikach. Dwóch z nich miało polskie czapki z orzełkami. Trójkę żołnierzy radzieckich przedstawiono zupełnie inaczej - w akcji bojowej. Jeden wychylił się do rzutu granatem. Przygnębiające wrażenie… Długo było słychać męski głos w megafonie,  który  chwalił upór kościuszkowców sformowanych pospiesznie w  wojsko w Sielcach nad Oką. Nazwa dla Polaków brzmiała swojsko, miejscowość znajdowała się 150 km od Moskwy. Polska dywizja pod Lenino dołączona została do składu radzieckiej 33 Armii. Usłyszeliśmy, że aż 600 tys. żołnierzy radzieckich zginęło na polskich ziemiach po to, żebyśmy byli wolni. Już wcześniej, przy wybiegu  dla niedźwiedzi  słychać  było niosącą się marszową  pieśń, trochę wyciszoną podczas przemówienia. Szumi dokoła las, czy to jawa czy sen? Co ci przypomina, co ci przypomina widok znajomy ten? Żółty wiślany piach, wioski słomiany dach, płynie, płynie Oka, jak Wisła szeroka, jak Wisła głęboka… KLIK. 
Po uroczystościach już nie wróciliśmy do szkoły, mieliśmy wolne.Każdy wracał, jak chciał. Wiadomo, pobiegliśmy na pierwsze w Polsce ruchome schody, które łączyły aleję Świerczewskiego z Placem Zamkowym. Stanowiły wielką atrakcję, każda wycieczka do Warszawy zwiedzała cud techniki radzieckiej zaprojektowany w moskiewskim Mietroprojekcie i wykonany w ZSRR. Po drodze, z wysokości mostu po prawej stronie można było podziwiać  odbudowany Pałac Pod Blachą, był zrujnowaną bryłą bez dachu, teraz wyglądał po ludzku i miał dach. Nad tunelem, na tle doszczętnie zniszczonego  zamku, najpierw zbombardowanego, potem jeszcze wysadzonego przez Niemców w powietrze stała, jak nowa, kolumna Zygmunta. W czasie wojny została trafiona pociskiem z niemieckiego czołgu. Roztrzaskała się, ale król Zygmunt III Waza nie rozleciał się w kawałki. Stracił część przedramienia lewej ręki z krzyżem i upuścił szablę  trzymaną w prawej ręce. Niestety, spełniła się przepowiednia, że jeśli król wypuści z ręki szablę miasto czeka niewyobrażalne nieszczęście. Krzycząc z radości pobiegliśmy chmarą pojeździć  na ruchomych schodach, mijając w prowadzącym do nich szerokim korytarzu dwie duże płaskorzeźby  „Razem  w Budowie” i „Razem w boju”. Panowie stojący na górze pilnowali, żeby ruchomym schodom nic się nie stało i żeby jazdy z góry na dół i z powrotem nie było więcej na głowę, niż trzy razy. Kaszlałam już bez przerwy,  poszła mi krew z nosa, pobrudziłam nie tylko schody, ale i błyszczącą drewnianą fornirowaną  balustradę. Jakaś starsza pani próbując zatamować krwotok, bez słowa zdjęła mi  czerwoną chustę i użyła do tego. Zapytała, czy my wszyscy jesteśmy harcerzami? Odpowiedziałam, że nie, harcerstwa w naszej szkole nie ma, mamy być pionierami. Pokiwała głową i powiedziała jakby do siebie – zupełnie zwariowali.  Byłam szczęśliwa, kiedy znalazłam się w domu.

 Pod koniec choroby, kiedy już mogłam  wstawać z łóżka zapukał do nas usmolony człowiek i powiedział, że pod blokiem zwalają dla nas węgiel i trzeba będzie go znieść do piwnicy. Do muranowskich bloków gazu przez kilka lat nie podłączali. Gotowaliśmy na kuchniach węglowych, znajdowały się  na wyposażeniu mieszkań i też  nie trzeba było za nie płacić. Piecyki gazowe w łazience tkwiły długo nieczynne. Niektórzy w wannach trzymali kury. Zaraz po tym pukaniu rozległo się następne, znów otworzyłam w koszuli  nocnej i szlafroku. Do mieszkania wpadli dwaj brudni łachmaniarze, nie w ubraniach, ale w strzępach ubrań, jakby z papieru. Widziałam taki papier na workach z cementem. Jeden z nich zwrócił się do mnie: - panienko, gdzie rodzice? Odpowiedziałam, że o tej porze ich nie ma, tak jak wszyscy są w pracy. Prosili o ubrania ojca, bo muszą się przebrać, muszą uciekać. Tam, wskazali na okno od ulicy Dzielnej , gdzie ciągnęło się gruzowisko, Polaków mordują.  Oszołomiona pytałam gdzie? Kto? Niemców przecież nie ma… Pokazali na majaczące w oddali długie jaśniejsze punkty, jakby ruiny białawych budynków, które jakimś cudem ocaliły niektóre ściany. Nigdy się nie zastanawiałam co jest  za zwojami sterczącego kolczastego drutu,  który w rozwaliskach na Muranowie nie był niczym dziwnym.  Za oknem, w połowie morza gruzów, jak się później dowiedziałam, działała Gęsiówka - KLIK. Więzienie przed wojną, Areszt Centralny Getta i tzw. Obóz Pracy w czasie wojny, potem niemiecki  podobóz Obozu Koncentracyjnego Warszawa i te straszne, jęczące mury ciągle były eksploatowane! Wówczas nie miałam o tym pojęcia! Ubrań ojca tym ludziom nie dałam, powiedziałam im, żeby przyszli, kiedy  wieczorem wróci z pracy. Wypadli z naszego mieszkania, jak dwa pociski.  Wybiegam za nimi. Zapukali naprzeciwko  do Gawronowej, woźnej w naszej szkole, nikt si ę nie odezwał i do państwa Wilków, tam też nikogo nie było. Zbiegli na niższe piętro i dobijali się do państwa Madajewiczów. Ktoś otworzył. Czekałam. Mogłabym się przeżegnać, że stamtąd nie wyszli.  Ojciec prosił, żebym mu powtarzała i powtarzała co się wydarzyło, wypytywał o szczegóły, za każdym razem kończyłam o zniknięciu tych panów u Madajewiczów. Ojciec przypomniał sobie, że ich syn, student medycyny, chciał od nas pożyczyć Atlas Świata i do nich zszedł. Kiedy wrócił powiedział, że przy okazji zapytał o ludzi, których wydaje mi się widziałam, ale musiało mi się przewidzieć  - u Madajewiczów w południe nie było żywej duszy. Jeśli w ogóle ci panowie tu byli, musieli bardzo szybko wybiec. Kazał mi pójść do łóżka, stwierdził, że znów na pewno mam gorączkę. Dodał surowo – ani słowa o tym wszystkim, bo ściągniesz nieszczęście. Do łóżka mnie ciągnęło. Kilka dni wcześniej dostałam Dzieła Zebrane Bolesława Prusa, jedną, wielką, ciężką księgę. Czytałam „ Faraona”.

PS. Artykuł na temat budowy Trasy W-Z - KLIK.

08:46, pharlap
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 lipca 2015

Wiesia Wiesia.

Moja Mama dowiedziała się od sąsiadki, która została woźną w naszej szkole, że można mnie zapisać na religię w kościele na Lesznie. Spotykałam tam raz w tygodniu prawie całą moją klasę piątą „A”, niektórzy chłopcy służyli do mszy w niedzielę. Dyrektorka szkoły nie była z tego zadowolona, mówiła na apelach, że ona dobrze wie, kto na Lesznie przebiera się w komżę i tam dzwoni. Nazwiska nie padały.
Ojciec dostał dwupokojowy lokal na Dzielnej 1 w bloku postawionym na zwale sprasowanego gruzu. Kuchnia i mniejszy pokój  od ulicy znajdowały się na trzecim piętrze, duży pokój na drugim.

Co się pod gruzami tego bloku kryje nikt nie wie do dziś, może są tam jakieś piwnice, jakieś lochy? Różnie ludzie opowiadali, na przykład, że tam ktoś ciągle szyje na maszynie. Z małego pokoju i kuchni od zachodu po horyzont ciągnęły się zwaliska, na ich szczycie tu i tam kiełkowały młode brzózki. Mimo tych zielonych brzózek gruzowisko oświetlone przez słońce na czerwono wyglądało upiornie...

Nowolipki

Powyżej - ulica Nowolipki w 1945 r.

Nocami wrzeszczały na nim koty. Od świtu do późnej nocy przez okna słychać było niekończące się stukanie w cegły. W dzień oczyszczano je ze starego wapna, a ludzie zwolnieni z pracy na czyny społeczny podawali te cegły murarzom. Wieczorami pojawiały się wszędzie światła latarek i dalej trwało stukanie. Przed wyjściem do szkoły zaczynało się chłopskie pokrzykiwanie na konie zarzężone w wozy wywożące gruzy. Było tych gruzów nie do wyobrażenia! Muranów budowano z  gruzów i na gruzie w lepkim, gęstym pyle.

Odbudowa Muranowa

Powyżej - odbudowa Muranowa.

W kuchniach mieszkań przydzielonych za darmo zainstalowano kołchoźniki, radia bez skali. Wanda Odolska na „Fali 49” wibrującym głosem ciągle coś przez kołchoźniki mówiła. W codziennej bieganinie, szykowaniu się do szkoły i czynów społecznych, bo i uczniowie TPD 11 na Nowolipiu 8 też służyli za taśmociągi, nie za bardzo wiedziałam co, zapamiętując, że istnieje jakiś Truman i robactwo reakcyjne.

Melodie i słowa pieśni nadawane przez radio podnosiły  na duchu, wpadały w ucho. Nucono je na ulicach. Hej junacy, hej chłopcy dziewczęta, do roboty, do roboty! - KLIK. Albo: zakochani w polskiej ziemi, w dymach fabryk w śpiewie hut przyszłość naszą szturmujemy w skwarny upał w groźny mróz. Nasza pieśń wesoło dzwoni, wesoło dzwoni, nasza pieśń młodości płomień
Z wypiekami na twarzy wysłuchałam przez radio audycji o młodych spadochroniarzach i Muchach szybowcach polskiej konstrukcji, a przede wszystkim tego, że mając takich spadochroniarzy i samoloty, polskie niebo jest bezpieczne, już niczego nie musimy się bać. Aktor Andrzej Łapicki poprosił do mikrofonu najmłodszego skoczka Franka, który miał dwanaście lat, tyle co ja. Na pytanie czy się nie bał wyskoczyć z Muchy odpowiedział, że nic, a nic. No proszę, a ja nie tak dawno bałam się wejść z ojcem na kopiec Kościuszki, płakałam i trzymałam się trawy.

Anka Borkowska, Kielce, siostry Nazaretanki oraz Tadusz Gajl, który zamiast na lekcjach uważać rysował pod ławką pozostali gdzieś za mgłą. Teraz moją przyjaciółką, z którą siedziałam i mieszkała w bloku naprzeciwko mojego przy Nowolipkach, w jednopokojowym mieszkaniu z wnęką na kuchnię była Malina Marcinkowska. Jej mama Janina Marcinkowska z domu Wiłkomirska pracowała w Polskim Radio, jako tłumaczka francuskiego i niemieckiego. Ojca Malina nie miała. Został zabity w Katyniu. Co za zbieg okoliczności, pomyślałam, kiedy się od niej o tym dowiedziałam ot, tak, po prostu, bez tajemnicy. Kto w Katyniu zabijał, dla mnie i dla Maliny było wtedy oczywiste – Niemcy. Całe dni przebywałyśmy razem, czasem nawet Malina u mnie spała. Oczy miała stalowo - niebieskie, jeszcze bardziej, niż Anka przenikliwe, włosy ciemny blond zaplecione w dwa grube warkocze, nie było od niej ładniejszej w klasie. Ja miałam zęby krzywe na górze z przedziałkiem pośrodku, ona piękne. Za to na dole Malina miała krzywe zęby, ja równiutkie. Pasowałyśmy do siebie. Nadałyśmy sobie pseudonimy: Sowa i Puchacz. W klasie był chłopak, który tak jak Tadzik Gajl rysował i rysował. Nazywał się Bartek Biełyszew (*), chyba nie skończył muranowskiej podstawówki. Mówiono, że z rodzicami, związanymi z Białą Gwardią wyjechał do Francji.

Tramwaj

 

Pewnego dnia kiedy jechałam autobusem 111 kursującym Nowolipkami, konduktorka sprzedała mi bilet, autobus ruszył, ale najechał na coś i się mocno zachwiał. Rozległ się przeraźliwy krzyk, którego nigdy nie słyszałam aj waj! Jakiś starszy pan nadepnął innemu na nogę. Nastała dziwna, zupełnie niezrozumiała, wstydliwa cisza. Zakłopotana, Bóg wie dlaczego, nie śmiałam spojrzeć na pana, który krzyknął i na tego, który nadepnął. Czułam, że byłby to niestosowne.

Tramwaj na Muranowie podczas okupacji.

Groźna z pozoru dyrektorka szkoły Janina Puchalska szybko mnie polubiła. Nie była duża, ale miała donośny głos. Kiedy szła mocno stukała grubymi, drewnianymi obcasami. Z daleka słyszeliśmy, że się zbliża. Uczyła nas polskiego.
Miała być akademia, na lekcjach przygotowaliśmy inscenizację. Dyrektorka kazała mi wejść na stolik nauczycielski, a potem jeszcze na postawiony na nim taboret, dwóch chłopaków klęczało niżej, jeden z tekturowym sierpem, drugi z tekturowym młotem. Ja trzymałam ręce do góry i machałam dwoma chorągwiami czerwoną i biało-czerwoną. Przedstawiałam Polskę, oni robotnika i chłopa, reszta zgromadzonej wokół nas klasy lud pracujący. Recytowałam: tam pod Smoleńskiem zaczął się bój, który cię zawiódł do Polski, do miasta, w którym dom stoi twój, dom twój spalony na Wolskiej. Klasa nuciła: ci co zginęli żyją w legendzie, w legendzie męstwa i sławy i już przez wieki powtarzać będziem naprzód mściciele Warszawy.

Dyktando napisałam bezbłędnie tylko ja jedna. Dyrektorka sięgnęła do dziennika i sprawdzała moje stopnie z innych przedmiotów. Jeszcze szło mi wszystko bardzo dobrze.
Będziesz przewodniczącą klasy – oświadczyła – jest sprzeciw? Zaległa cisza. No to mamy przewodniczącą.
O obowiązkach wie? – zwróciła się do mnie. Pokręciłam głową, że nie. Usłyszałam, że mam wietrzyć klasę na przerwach, odnosić dziennik do pokoju nauczycielskiego, a przede wszystkim zapisywać tych, którzy bimbają sobie z nauki i źle zachowują się na lekcjach. Nie wiedziałam, czy podołam.
Na przerwie chłopcy zaczęli mnie szarpać za warkocze zawiązane na końcach gumkami z biedronką. – Taka mądrala, a pluskwy we włosach nosi – wyśmiewali się ze mnie. Pluskiew na Muranowie było wszędzie pełno, ludzie mówili, ze wyłażą wygłodzone z cegieł. 
Drzwi do klasy piątej znajdowały się na pierwszym piętrze, na krużganku otaczającym hall. Stamtąd prowadziły na górę szerokie drewniane schody z toczonymi dębowymi barierkami. Popchnęłam na tych schodach Wojtka Kominka, jak mi się wydawało, jednego z napastników, który niczemu nie był winien, sam był prześladowany. Spadł tłukąc okulary o wyjątkowo grubych szkłach.

Wywiązywałam się solennie z obowiązków nałożonych przez dyrektorkę. Notes się zapełniał. Pewnego dnia kilku chłopców przyniosło do szkoły metalowe rurki, ładowali w nie kulki z bibuły, wcześniej namoczone w atramencie z kałamarzy i mocno wydmuchiwali. Najczęściej trafiali w głowy i plecy dziewcząt. Kilka kulek plasnęło w tablicę, parę w wiszące nad tablicą portrety. Chociaż chciałam być dokładna, nie zauważyłam który gdzie trafia, nie nadążałam. Oj, zwłaszcza za trafienia w portrety zaczęła się awantura. Pani dyrektor groziła, że sprawa mogłaby się oprzeć o milicję, gdyby ktoś z poza szkoły się dowiedział. A mnie się oberwało za gapiostwo – jeśli nie chcesz stracić mojego zaufania, bądź bardziej spostrzegawcza – dostałam upomnienie, ale całkiem spokojnym głosem. Wszyscy zapisani przeze mnie, dostali uwagi w dzienniczkach i musieli przyjść do szkoły z rodzicami.
Postanowiłam do mojej funkcji przewodniczącej przyłożyć się bardziej. Pani dyrektor, jako nasza wychowawczyni, dowiadywała się ode mnie kto, kiedy z czego nie odrobił lekcji, chodził w szkole w butach, przezywał, ściągał, rzucał ścierką w panią woźną, jadł na lekcjach, albo wywoływany przez higienistkę do szkolnego dentysty schował się pod ławkę i nie poszedł.

Przypomniałam sobie, że w Nazarecie nie wolno było Tadzikowi Gajlowi na lekcjach rysować, więc zapisałam, że Biełyszew ciągle rysuje, dodając, że rysuje ładnie. Dyrektorka poprosiła Bartka, żeby podał jej rysunki, pokazał między innymi całą serię jej portretów. Oddała mu je bez słowa. Najczęściej zapisywanych w notesie trzech chłopaków postanowiło mnie zabić. Słyszałam, jak się namawiali. Najbardziej zacięty był najsilniejszy w klasie. Nieraz brzydko się wyrażał, mówił świńskie wierszyki, poza dyrektor Puchalską nauczyciele nie za bardzo zwracali mu uwagę, ponieważ jego ojciec był murarzem, przodownikiem pracy. Wyraźnie lubiła go pani od geografii, która używała dziwnego języka, mówiła na przykład do nas tak Chyny jako take załugujo na szczególne uwagie , ale się przyzwyczaiłam. Z tego przedmiotu też dostawałam piątki. Geografia była wtedy ostatnią lekcją, ale wiedziałam, od geograficzki nie dostanę obrony. Postanowiłam: trudno, zginę za prawdę. Ze szkoły do domu nie było daleko, chodziliśmy na skróty przez budujące się bloki  i wykopy, chłopcy z rusztowań rzucali we mnie cegłami. Uratował mnie kot. Rzucili, trafili i leżał martwy. Dali spokój z cegłami, ale za każdy wpis do notesu dźgali mnie potem cyrklem. Jeden wpis, jedno dźgnięcie.

*. Bartek Biełyszew, który dużo rysował  - to chyba ten - KLIK

PS. Wszystkie zdjęcia, linki i przypisy dodane przez Lecha.

niedziela, 05 lipca 2015

Lilia  Wiesia

Panowie Tadeusz Gajl i Lech Milewski koledzy ze szkoły podstawowej sióstr Nazaretanek w Kielcach są już w swoich wspomnieniach po maturze, a ja dopiero w prapoczątkach edukacji. Właśnie jestem w klasie, drugiej, może w trzeciej i śpiewam o szewczyku, który butki szył i o balu śnił.
Czy pamiętacie salę gimnastyczną w zimie przystrojoną watą i soplami z celofanu, w której odbywały się w tańce, dla nas najmłodszych w kółkach? Należało uważać, bo wyfroterowana przez zakonnice podłoga była śliska. Na jednym z „balów” dziewczynki wystąpiły w  sukienkach uszytych z materiału ze spadochronów, popiskując - myśmy kotki małe, całe jak śnieg białe.  Słuchały tego śpiewu nie tylko najważniejsze siostry Leonilla, Scholastyka i Narcyza, ale i różni goście z zewnątrz, najważniejszy z nich był miejscowy biskup. Siostrę Narcyzę uważałam za świętą. Nad jej welonem, mogłabym przysiąc, widziałam aureolę. - E tam, dzieci komuny. Żadnej komuny u nas nie było, ale po wojnie, po Jałcie. Musieliśmy przetrwać.

Moja droga do „nazareńskiej” szkoły im. Królowej Jadwigi przy Słowackiego 5, prowadziła z Krakowa, ze szpitala na Czerwonym Prądniku zajętego przez Niemców, przez Gwoździec koło Melsztyna –  tam się ojciec ukrywał i Piaseczno pod Warką.
Pielęgniarka namawiała wcześniaka: essen kleine. Jak tylko niemowlę znalazło się poza szpitalem jego ojciec pod becikiem w wózeczku przewoził broń przechowywaną potem m. in. przy ulicy Pawła Popiela 11. Adres nie był bezpieczny, moja ciotka i matka chrzestna, wspaniała ciocia Józa na śmierć  i życie zakochała się w Niemcu. Cudem nie została za to ogolona. Po wojnie ojciec, który był architektem kierował odbudową wsi Piaseczno zburzoną w stu procentach podczas ofensywy wojsk sowieckich w połowie stycznia 1945 r. Jeden z rosyjskich czołgów, które parły na Grójec i Sochaczew w kierunku broniących się przed okrążeniem Niemców utknął w środku Piaseczna nad stawem i służył za miejsce zabaw dla miejscowej dzieciarni przez kilka lat.
Chłopskie rodziny po kolei wyprowadzały się z ziemnych lepianek do dwupokojowych domków budowanych na koszt państwa. Piaseczno, które znikło w stu procentach z powierzchni i pojawiało się powoli zupełnie inne. Domy rozdawano ludziom za darmo. Były identyczne. Niektóre stoją do dziś. Na otwarcie szkoły przyjechał Bolesław Bierut. Nie dalej niż 300 metrów od niej znajdowała się kryjówka sześciu akowców. Wśród nich był ścigany przez władze brat mojej mamy Tadeusz Juszkiewicz. Pochodził z gór, tam walczył, wywiózł  z Piaseczna do Kielc najładniejszą dziewczynę – Honorkę. Kiedy szła przez wieś  wyprostowana, jak struna, mężczyźni zawzięcie gwizdali. Każdy chciał mieć taką Jagusię.

U Nazaretanek siedziałam w jednej ławce z Anką Borkowską. Anka swojego ojca nigdy nie widziała. Różne rzeczy, podsłuchane z rozmów swojej babci z mamą z gorączką szeptała mi do ucha. Nie za bardzo rozumiałam jej straszne tajemnice. Od razu przypadłyśmy sobie do gustu. Ona wyglądała znacznie lepiej, niż ja, istny wówczas patyk. Widać na grupowym zdjęciu komunijnym, które posłużyło do ilustracji wspomnień z dzieciństwa Tadeuszowi Gajlowi...

Po komunii

Zapytał mnie mailem, bo nie widzieliśmy się od dzieciństwa, która to ja? Ano, w przekrzywionym wianuszku, ze skrzywioną twarzą, jakby kilka gwoździ naraz nieszczęśnicę zaczęło uwierać w bucie.

Tadeusz zaznaczony Nr 1, Lech Nr 2, a dziewczynka w przekrzywionym wianuszku? Zgadujcie Państwo sami - kometarz Lecha.

Przed dniem pierwszej komunii obie z Anką zamartwiałyśmy się, że lilie, które miałyśmy trzymać w rękach podczas komunijnego nabożeństwa w kościele nie chcą się rozwinąć. Pąki kwiatów pękły w ostatnim momencie, pomogło dodanie do flakonów kilka godzin wcześniej tabletek aspiryny.

Tadeusza Gajla zapamiętałam, bo - po pierwsze do dziś mam okładkę jego zeszytu do polskiego, kiedyś żółtą dzisiaj już białą, która po dziesięcioleciach wygląda, jak szmatka, po drugie - ponieważ  wydawało mi się, że na mnie i na niego nauczyciele w szkole krzyczeli częściej niż na inne dzieci. Za nic. Albo tylko tak mi się wydawało. Może na lekcjach za dużo rozmawiałam z Anką? Ale przecież to ona, nie ja gadała jak najęta. Tadeusza strofowano, żeby nie robił tego pod ławką, co robi. Chciałam koniecznie zobaczyć co takiego? Podpatrzyłam - rysował.

Anka, córka oficera, na fotografii komunijnej stoi pewna siebie, tak jak uczyła ją przy mnie jej babcia, przypominając: pamiętaj, ojciec z góry patrzy! Przysięgałyśmy sobie, że będziemy przyjaciółkami. W czwartej klasie, w którąś niedzielę – w sobotę wieczorem, na dobę zabierano nas z internatu - bojąc się okropnie, piknęłyśmy igłą swoje kciuki. Ona mój, ja jej i połączyły wytoczone krople krwi. Pomysł był Anki. Działo się to pod fortepianem, jakiś cudem, przewiezionym gdzieś z daleka. Zajmował prawie cały pokój w  mieszkaniu przy ulicy Słonecznej. Babcia Anki opowiadała nam o swoim ogrodzie, w którym rosły czerwone, białe, a nawet czarne róże o aksamitnych płatkach, nazywała wnuczkę ocalałą perełką.

Ja, moja mama i ojciec, a właściwie my dwie, bo ojciec w Kielcach bywał rzadko,   odbudowywał Warszawę. Przyjeżdżał najczęściej ze swoim przyjacielem cichym i skromnym inżynierem Władysławem Wichrem, który tylko przez kilka miesięcy przesiedział w piwnicy z wodą za działalność w Armii Krajowej, darowano mu, ponieważ był potrzebny jako konsultant w pracowniach architektonicznych. Mieszkaliśmy na tej samej ulicy co Anka pod trzynastym. Mimo zaklęć, że się z Anką nie rozłączymy, znikła nagle z moich oczu i przestałam we wszelkie zaklęcia wierzyć. Pewien pan, którego Anka bardzo nie lubiła zapowiedział, że niedługo zabierze ją, jej babcię i mamę z Kielc do Krakowa i tam się z mamą Anki ożeni. Tak jak Anki babcia uważałyśmy, że jest bardzo brzydki. Babcia Anki powtarzała, że do jej synowej, z różnych względów, zupełnie nie pasuje.

W Nazarecie podczas uroczystości nie nosiłyśmy fartuchów, tylko białe bluzy z granatowymi marynarskimi kołnierzami obszyte czterema rzędami czarnych tasiemek, a nie białych, jak  w innych szkołach. Do tego granatowe, plisowane spódniczki. Na beretach lśniły porcelanowe krzyżyki ze złotym napisem Nazaret. Internat, zorganizowany przez siostry tylko dla dziewcząt, na spacery wychodził w parach. Kielczanie swoje zakonnice zawsze pozdrawiali. Mali chłopcy biegli obok nas, po ulicach, po parku i pokrzykiwali Nazaretanki! Nazaretanki! Do szkoły wchodziło się przez furtę. Stała w niej siostra, która sprawdzała, czy kapcie są w workach. Dziewczynek z internatu to nie dotyczyło. Od porannej modlitwy kapcie miałyśmy na nogach, potem mycie, czesanie. Siostry nowicjuszki zbyt ciasno zaplatały moje warkocze, bolało.
Nabożeństwo w kaplicy, po nim śniadanie. Zjeść należało wszystko. Masło dostawałyśmy w krążkach, siostry ostrzegały: wszystkie krążki masła powinny zniknąć z talerzy, bo inaczej dostaniecie anemii. Łykałam je, żeby ominąć karmienie. W końcu jakaś przyjemność, lekcje. Pisanie, czytanie, rysowanie, śpiew, od czasu do czasu wycieczki. Ale dobre się kończyło. Najgorsze było przymusowe picie tranu. Codziennie łyżka stołowa. Do picia należało ustawić się w kolejce, siostry przeliczały, czy któraś z kolejki nie uciekła. Mimo zagryzania tranu kawałkiem posolonego chleba, okropnie mną wstrząsało. Żadna chyba tak nie cierpiała, jak ja. Coś gęstego, paskudnego rozlewało mi się w ustach i dochodziło do czubków palców u nóg. Obrzydliwy smak. Urodziłam się bezrybna.
Były dni, w których na obiady przychodzili księża. Siostra Scholastyka dawała ich za przykład. Mówiła, że księża jedzą ryby, dlatego są mądrzy. A ja każdego dnia od rana sprawdzałam, czy z kuchni nie zalatuje czasem rybi zapach, kiedy tak było, chodziłam struta.
W internacie po odrobieniu lekcji, a właściwie przedłużeniu szkolnej nauki, czekała nas frajda. Siostry nowicjuszki, po kryjomu, chętnie umawiały się z nami, na późnowieczorne spotkania w sali gimnastycznej, opowiadały o duchach. Po powrocie do łóżek odmawiałyśmy krótką modlitwę o dobry Boże kładę się spać i nic mi złego nie może się stać, mam na obronę znak krzyża Twego w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego amen. Marzyłam przed snem, że noszę okulary, takie, jak nosi Ewa Łabęcka, której mama mieszkała w Warszawie, dlatego nawet na niedziele Ewa zostawała w internacie. W okularach w czarnej oprawce wyglądała pięknie! Jej łóżko w wieloosobowej sali stało w pobliżu mojego. Udawałam przez jakiś czas, że niezbyt dobrze widzę, ale okulista, którego wezwały siostry, z miejsca mnie rozpracował. Obiektem innych moich gorących marzeń była też broszka wystawiona w witrynie sklepowej w centrum miasta. Miała kształt owalny i prześliczną wiewiórkę pośrodku. Marzyłam o niej, chociaż wiedziałam, że jej nigdy nie dostanę.  O broszce nie powiedziałam nikomu, o okularach  wiedziała Anka, uważała, że w takich, jak ma Ewa byłby mi do twarzy.

Trwały przygotowania do bierzmowania. Przyjęłam imię Teresa, tak jak większość bierzmowanych wtedy dziewczynek. Prawie wszystkie w przyszłości chciałyśmy zostać zakonnicami. Sakramentu udzielał biskup kielecki Czesław Kaczmarek, mówił o konieczności umacniania wiary. To on, poprosił  wiosną w 1939 r., żeby Nazaretanki założyły w Kielcach szkołę. Dysponowały dwoma gmachami i kadrą nauczycielską. W czasie wojny budynki, poza wydzieloną niedużą ich częścią przeznaczoną na klauzurę zajęli Niemcy. Po wojnie zostały wyremontowane i połączone. Przygotowano sale lekcyjne, świetlicę, kaplicę, pomieszczenie dla internatu. Katolicka szkoła w roku 1950/51, przyjęła ok. 1000 uczniów do podstawówki i liceum. Groźba zamknięcia placówki wisiała nad Nazaretankami cały czas, oddalała się także dlatego, że u kieleckich zakonnic mieszkały i uczyły się podobno również dzieci warszawskich dygnitarzy pod zmienionymi nazwiskami. Sterowane zewnątrz władze centralne naciskały na władze lokalne, by zakonnice odsunąć od oświaty i tak się stało. Już mnie wtedy w Kielcach nie było.
Ostatnie wakacje z Nazaretankami spędzałam w ich domu w Sitkówce. Dworek otoczony był kępami wysokich, srebrnych świerków. Pewnego dnia do Sitkówki przyjechali chłopcy – uczniowie z Nazaretu, żeby zagrać z dziewczynkami w dwa ognie, także z mojej czwartej klasy, rozpoznałam niektórych patrząc przez okno. Siostry wytypowały do gry kilka, mnie nie.

Pod koniec sierpnia mieszkałam już w Warszawie na Muranowie. Za parę dni rozpoczęłam naukę w bezwyznaniowej Szkole Podstawowej TPD nr. 11 na Nowolipiu. Zbudowana została na gruzach getta. Pani dyrektor zapowiedziała na apelu, że nowy, piękny gmach będzie służył zdobywaniu wiedzy i zwalczaniu religijnej ciemnoty. Musimy jej i nauczycieli dla naszego dobra bezwzględnie słuchać. Podczas lekcji w klasie pytała każdego skąd do Warszawy przyjechał. Ja odpowiedziałam, że z Kielc, poprawiła mnie, że z Krakowa, ma przecież zapisane w dzienniku, że urodziłam się w Krakowie, czy nie tak? Tak, wydusiłam.

poniedziałek, 25 maja 2015

Pharlap  Lech

Nazaretanki to była prywatna szkoła więc na zakończenie edukacji podstawowej (klasa VII) musieliśmy zdawać egzaminy z wszystkich przedmiotów oprócz W.F i religii. Taka próba bardzo zmotywowała mnie i wydaje mi się, że zdałem z wynikiem lepszym niż moje stopnie w szkole. Wydaje mi się gdyż niestety moje świadectwo VII zostało przekazane gimnazjum i nie mam go w soich zbiorach.

Po egzaminach pozostało jeszcze kilkanaście dni roku szkolnego, ale nie było się już czego uczyć. Nasz nauczyciel W.F. zorganizowal nam zawody pływackie. W programie 4 dystanse stylem dowolnym i 100m stylem klasycznym. W stylu klasycznym startowal chyba tylko Staszek Ś. W stylu dowolnym wygrałem wszystkie konkurencje. Nasz nauczyciel był mocno zaskoczony, przecież z W.F. miałem tylko trójkę.

Komitet Rodzicielski planował imprezę na koniec roku szkolnego. Dla nas, chłopców, był to przecież koniec nauki w tej szkole. Rozważali wycieczkę. Zaskoczył nas Staszek Ś, który zaproponował zabawę taneczną z koleżankami z równoległej klasy. Przecież my żyjemy w izolacji od dziewcząt - argumentował - teraz wchodzimy w nowy etap życia i większośc nie wie jak się zachować w towarzystwie dziewcząt. Proponował kilka sesji lekcji tańca i bal. Muszę przyznać, że bardzo mi zaimponował - tak, on był jak Staś Tarkowski. Po cichu przyznawałem mu rację, ale głośno skwitowałem tę propozycję tak jak większość kolegów - śmiechem - kto by tam się chcial bawić z dziewczynami.
Skończyło się na wspólnym podwieczorku i towarzyskim meczu siatkówki. Oto połaczone klasy siódme i grono pedagogiczne...

Ostatnia klasa

Ja - w dolnym rzędzie z lewej, Tadeusz - 4 pozycje w prawo ode mnie, trochę z tyłu.

W Kielcach były chyba 4 szkoły średnie ogólnokształcące i kilka techników, ale mnie znana była tylko jedna szkoła - Liceum im Stefana Żeromskiego. Znaczna większość moich kolegów wybrała tę właśnie szkołę. Kolejna decycja to - którą klasę wybrać - łacina, francuski czy niemiecki, angielski. Dla mnie jako kandydata na inżyniera wybór byl prosty - tę drugą. Ostatecznie klasę "humanistyczną', z łaciną, wybrało chyba 12 kolegów. Klasę "techniczną" tylko trzech - Tadek, Andrzej Paszkiewicz (najbardziej po prawej w pierwszym rzedzie) i ja.

środa, 20 maja 2015

Lech   Lech

Nie bardzo potrafię rozróżnić czego uczyliśmy się w poszczególnych klasach od piątej do siódmej, ale pamiętam, że poczułem duży szacunek do wiedzy.

Tales z Miletu

Wydaje mi się, że głównym tego sprawcą był Tales z Miletu.
Zaczęliśmy właśnie naukę geometrii a tam wszystko zaczynało się od Talesa, przede wszystkim definicja trójkąta. Następnie twierdzenia Talesa - KLIK.
Przy tej okazji poznaliśmy klasyczną strukturę logicznego dowodu: przedstaw założenia, sformułuj tezę, przeprowadź dowód. Istotnym zastosowaniem było twierdzenie Pitagorasa. 
Do tego Archimedes i Euklides. A to wszystko tuż po poznaniu historii starożytnej Grecji. Mitologiczni herosi przybrali postać naukowców i filozofów.
Jeśli do tego dodać podstawy astronomii, prostotę i logikę układu heliocentrycznego i piękno rzeźb Fidiasza to trudno było oprzeć się złudzeniu, że wszystko jest ze soba spójne a umysł ludzki potrafi rozwiązać wszystkie problemy.
W programie matematyki, poza geometrią, było rozwiązywanie równań z jedną niewiadomą. W programie fizyki masa, przyspieszenie, siła, moc, praca, energia. Wszystko tak proste i logiczne.
Nawet język polski był w zgodzie z naukami ścisłymi. Na przykładzie komedii Moliera uczono nas struktury klasycznej tragedii: jedność czasu, jedność miejsca, jedność akcji. Do tego struktura dramatu bardzo przypominająca matematyczny dowód: przedstawienie postaci, konflikt, rozwiązanie. 
Oczywiście nie zdawałem sobie sprawy z tych analogii ani nikt nie zwrócił mi na nie uwagi, ale to tak pięknie układało się w głowie.
Ciekawostka. Bardzo dobrze pamiętam, że nasza polonistka wielokrotnie wspominała nazwisko Boileau jako teoretyka teatru na dworze Ludwika XIV i twórcę wspomnianych wyżej tetralnych teorii. Poszukałem potwierdzenia w google. Dostałem natychmiast kontakt na facebook z panem Francois Boileau, wyższym komisarzem EU do spraw językowych, natomiast wikipedia twierdzi, że teoretykiem teatru na dworze Króla-Słońce był niejaki Francois Hedelin - KLIK
Nicolasa Boileau znalazłem dopiero w Encyclopedia Britannica - KLIK. Okazuje się, że rzeczywiście napisał on wysoko kiedyś ceniony traktat na temat zasad klasycznej poezji, ale - cytuję: "Boileau did not create the rules of Classical drama and poetry, although it was long assumed that he had—a misunderstanding he did little to dispel". Boileau nie stworzył zasad klasycznego dramatu i poezji choć długo mu to przypisywano - nieporozumienie, któremu nie usiłował położyć kresu. Rzeczywiście długo - 300 lat.

Tylko biologia i chemia nie pasowały mi jakoś do klasycznej formuły. Biologia wydawała mi się czysto pamięciowym przedmiotem. Nauczycielka prowadziła nas wiosną na Psie Górki i kazała by jej wskazać gdzie rośnie zboże jare a gdzie ozime. To było ponad moje zdolności obserwacji przyrody.
Chemia - początki były nawet dobre - tablica Mendelejewa, symbole, masy atomowe - to było jak matematyka. Ale potem wychodził z tego śmierdzący siarkowodór i żrący kwas siarkowy. 

Z tego wszystkiego wywiodłem praktyczną konkluzję, że zostanę inżynierem elektrykiem. Że zostanę inzynierem to wiedziałem od początku, przecież Ojciec był inżynierem. Po lekturze Strasznego dziadunia M. Rodziewiczówny nęciła mnie kariera inżyniera budowniczego mostów, ale elektryczność przeważyła. To było takie czyste, niewidoczne i potężne. Na lekcji fizyki dowiedziałem się, że moc to iloczyn napięcia i natężenia. O ile to prostsze niż masa, przyspieszenie, droga, praca, czas. Wraz z Tadkiem projektowaliśmy łódź podwodną wzorowaną na Verne'owskim Nautilusie. Tadek rysował a ja starałem się wymyślić sposób jakby tu zmanipulowac działanie transformatora aby uzyskać perpetuum mobile.

W tym czasie jeden ze stryjów dał mi w prezencie książkę E. Rheina - Ty i elektryczność. W życiu nie czytałem lepszej książki popularno-naukowej. Wydana we Wrocławiu w 1949 roku. Nie wznowiono jej.
Poszukałem na internecie. Jest! Znalazłem kogoś kto odebrał tę książkę tak samo jak ja - KLIK. Ten pan został elektrykiem, publikuje, jest działaczem Stowarzyszenia Elektryków Polskich. Moja kariera zawodowa ułożyła się zupelnie inaczej.

Wspominałem o bardzo słabych stopniach na świadectwie V klasy. W klasie VI poprawiło się - same czwórki. Piątka tylko ze sprawowania, trójki z rosyjskiego i W.F.

 
1 , 2 , 3