Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: przed1947

wtorek, 07 kwietnia 2015

Bardzo mgliście pamiętam wyjazd z Matką do Warszawy. To musial być rok 1945. Domy, w których mieszkała siostra Matki i brat mojego Ojca przetrwały, ale zburzone miasto robiło tak przygnębiające wrażenie, że Matka porzuciła myśl o powrocie.
Droga powrotna do Kielc odbyła się z przygodami. Wracaliśmy samochodem ciężarowym. Nie wiem dlaczego, połączenie kolejowe chyba już funkcjonowało. 
Podróż była długa i uciążliwa, zapadł zmrok. Byliśmy w okolicach Zagnańska czyli około 20 km od Kielc gdy samochód się zatrzymał. Kierowca powiedział, że dalej w nocy nie jedzie bo w pobliskim lesie działają "bandy", miał pewnie na myśli partyzanckie oddziały Armii Podziemnej. Zatrzymaliśmy się na całą noc. Matka znalazła dla nas nocleg w stajni czy oborze. Rano ruszyliśmy w dalszą drogę. Podobno w tej stajni Matka nabawiła się jakiejś infekcji skórnej przenoszonej przez konie.

Kolejny wyjazd odbył się chyba w 1946 roku, nad morze. Podróż była bardzo długa i męcząca. Pamiętam, że pociąg wiele razy zatrzymywał się na dość długo. Żeby przepuścić inne pociągi? Bo tory w naprawie? Domysłom pasażerów nie było końca.
Za oknem widziałem zburzone budynki kolejnych stacji. Wreszcie nadszedł ranek.
- Patrz, morze! - powiedziała Matka.
Skoczyłem do okna. Daleko na horyzoncie widać było niewielki skrawek blado-niebieskiej wody. Bardzo mnie to rozczarowało.

Pojechaliśmy do Gdyni na prośbę brata Matki, wuja Ryśka - kapitana statku.
Wujek Rysiek spędził wojnę w Anglii pływając jako kapitan w konwojach przewożących towary z USA do Anglii. Pływał również w konwojach do Murmańska.
Ożenił się z Angielką - Joyce - i planował przenieść się wraz z nią do Polski. Pierwszym krokiem miał być zakup willi w Sopocie. Właśnie w tym celu poprosił moją Matkę o przyjazd nad morze, aby  dopilnowała formalności kupna. Wujek zakładał, że moja Matka i ja zamieszkamy razem z nim w tej willi żeby dotrzymywać towarzystwa jego żonie gdyż on spędzał większość czasu na morzu.
Szczegółów pertraktacji nie znam. Moja Matka po spotkaniu z adwokatem nabrała wielkich wątpliwości i nie chciała mieszać się w tę sprawę.
Pozostaliśmy w Gdyni kilka tygodni czekając na przyjazd Wujka.

Gdynia

Pamiętam, że odwiedzałem z Matką biuro GAL (Gdynia-Ameryka Linie Żeglugowe) - KLIK. Zapewne Matka chciała się dowiedzieć kiedy do portu przybije statek dowodzony przez Wujka Ryśka.
Biura GAL mieściły się na nadbrzeżu portu, po jednej stronie nadbrzeża wystawały jeszcze szczątki zatopionego pancernika Gneisenau - KLIK.

Któregoś dnia, podczas pobytu w tym biurze, nagle w pokoju zrobilo się bardzo jasno. Zdumiony spojrzałem w okno - tuż koło nas przesuwał się majestatycznie śnieżno-biały statek. - To szwedzki statek, przywozi do nas pomoc UNNRA - KLIK - powiedział ktoś w biurze.
Ta biel tak kontrastowała z ogólną ruiną, biedą, szarością. Szwecja - śnieżno-biały, zamożny, spokojny, kraj - tak to zapamiętałem na wiele lat.

Wreszcie przyjechał Wujek na statku SS Śląsk...

SS Śląsk

Proszę kliknąć w powyższe zdjęcie żeby przeczytać informację o statku.

Odwiedziliśmy go w kapitańskiej kajucie. Na pożegnanie Wujek dał mi kilka tabliczek czekolady i polecił je dobrze schować.
- Uważaj, będziesz przemycał towar przez granicę. Nie daj się złapać celnikom - śmiał się Wujek. Wychodziłem ze statku bardzo przejęty, dumny, zdenerwowany.

Wróciliśmy do Kielc. Widocznie sądzone było nam pozostać tam na dłużej.
Nie wiem jak przebiegały pertrakcje w sprawie zakupu willi. Wiem, że do Gdyni przyjechała żona Wujka - Joyce - wraz z nowonarodzonym synkiem Stefanem. Angielka z dzieckiem, w obcym, zrujnowanym, kraju. Bardzo szybko wrócili do Anglii. Wujek dalej pływał na polskich statkach, ale niezbyt długo.

Ojciec pozostawił pewne oszczędności, szybko to topniało. Matka rozglądała się za pracą, ale to wymagało umieszczenia mnie w przedszkolu. Wszystkie próby zakończyły się niepowodzeniem. Zapewne wystarczyła moja niechęć już po pierwszych zajęciach.
Nie wiem jak spędzałem czas. Na pewno układałem klocki, na pewno Matka recytowała wiersze, czytała mi bajki Andersena.

Były jeszcze zabawy na podwórku i w sporym ogrodzie.
W domu Malskiej mieszkało jeszcze troje dzieci. Na tym samym piętrze mieszkała młodsza ode mnie o conajminiej 3 lata Ewa Kurzeja razem z matką. One miały tylko jeden pokój. Nie miały kuchni więc wszystkie potrawy gotowały na maszynce elektrycznej umieszczonej na stołeczku w środku pokoju. Matka Ewy pracowała jako nauczycielka i pamiętam płacz Ewy gdy rano matka ciągnęła ją do przedszkola.
Nad nami, również w jednym pokoju, mieszkała kolejna matka z synem. Andrzej Weychert był ode mnie o 5 lat starszy więc był oczywiście przywódcą wszelkich zabaw, o ile chciał się bawić z takimi maluchami. Posiadał wiele istotnych talentów - pięknie rysował i to nawet tuszem, potrafił wystrugać łódkę z kory, zrobić łuk, procę, wystrugać pistolet.
Ostatni młodociany lokator to Zbyszek Hauser. sierota, którym zajmowała się pani Marynia, opiekunka z czasów gdy jeszcze jego rodzice żyli.

Od 1946 roku Matka wysyłała mnie w lecie na wakacje. 
Pierwsze dwa lata spędziłem w Mierzęcinie w zakładzie dla dzieci prowadzonym przez siostrę Matki czyli moją Ciocię - Matkę Benignę.

Zakład mieścił się w dużym zamku...

Mierzęcin

Proszę kliknąć w zdjęcie zamku by przeczytać więcej informacji na temat życia i tragedii Matki Benigny.

Nie pamiętam wiele z dwóch pobytów w Mierzęcinie. Podczas drugiego pobytu nabawiłem się pęcherzycy, paskudnej skórnej choroby, i Ciocia wysłała mnie do szpitala do Łodzi.
Po powrocie do Kielc Matka, pomimo moich 6 lat, wysłała mnie do szkoły.

Tagi: przed1947
13:41, pharlap
Link Komentarze (1) »
czwartek, 02 kwietnia 2015

Urodz

Z najwcześniejszego dzieciństwa pamiętam zapach węgla. To musiał być przełom 1944/45 roku, Armia Czerwona wyzwalała Kielce. Podczas bombardowań schodziliśmy do piwnicy, w której lokatorzy składowali węgiel.
Jak pachnie węgiel? Jak to określić? No, jak węgiel. Najmocniej w piwnicy pachniało drewno, ścianki działowe komórek były dość nowe. Ale pod tym zapachem drewna czaił się chłodny, czarny, lekko kwaśny zapach węgla.
Często nie było światła, wtedy siedzieliśmy przy świeczce. Dobrze pamiętam msze odprawiane w piwnicy, w przejściu między komórkami, przy świecach. Oczywiście jeszcze wtedy nie wiedziałem o nabożeństwach pierwszych chrześcijan w rzymskich katakumbach, ale gdy się dowiedziałem moje wspomnienie wkomponowało się w moją wizję religii.
Ojca w piwnicy nie było.  

Czyli mam jeszcze wcześniejsze wspomnienie - zabawa z Ojcem klockami na podłodze, jakaś taka krótka migawka. I następne wspomnienie - trumna z Ojcem w pokoju na końcu korytarza. Stała na podwyższeniu, ale mnie wydawało się, że stoi bardzo, bardzo wysoko, prawie pod sufitem.

Mieszkaliśmy w domu Fundacji Malskiej. Pełna nazwa to dom dla zubożałej inteligencji i starszych pań z ziemiaństwa - KLIK. Dom mieścił się przy ulicy Seminaryjskiej - jakże słuszna nazwa ulicy w Klerykowie.
Moi Rodzice przeprowadzili się tam z Warszawy w 1943 roku w nadziei, że Kielce są bezpieczniejszym miejscem. Zapewne były, uniknęliśmy wraz z Matką koszmaru Powstania. Ojciec zmarł w lutym 1944.
W domu Malskiej było ponad 50 pokoi, każdy o powierzchni 15 m2. W każdym pokoju był duży kaflowy piec, który rozpalało się od strony korytarza. My mieliśmy dwa pokoje, w jednym z nich Ojciec zamienił piec na kuchnię węglową.
W kuchni była komoda, stół, łóżko Matki i wiadro z wodą. Łazienka i toaleta była wspólna dla mieszkańców naszego półpiętra. W łazience była wanna lecz żeby podgrzać wdę trzeba było rozpalić ogień z dużym piecu. Nie sądzę żebym korzystał z kąpieli w wannie częściej niż raz na rok.
W pokoju był biały kaflowy piec, małe biurko, pudło na zabawki, szafa na ubrania, półka na książki i moje łóżko. Nadal pozostawało sporo miejsca do zabawy na podłodze.

Następna migawka to radzieccy żołnierze na podłodze w naszej kuchni. Siedzieli, jedli coś z menażek, przewijali onuce. Tylko tyle ich pamiętam.
Wróć, jeszcze pamiętam radziecki samolot, kukuruźnik, na łące niedaleko stawów należących do cegielni. Pilot wziął mnie do środka, pokazywał swoją kabinę, wreszcie zaproponował, że przeleci się ze mną. Matka ostro zaprotestowała. Na następną okazję lotu samolotem musiałem czekać 26 lat.

Lech

Naprzeciwko domu Malskiej była duża stodoła. Stodoła i przyległe do niej pola należały do Kościoła. Chodziliśmy czasem na te pola. Tam zobaczyłem po raz pierwszy maki i chabry.

Pamiętam kilka lokatorek domu Malskiej. To znaczy, osób nie pamiętam, pamiętam, że odwiedzaliśmy starsze panie, zapewne z ziemiaństwa. Rozmawiały z moją Matką pijąc herbatę a mnie dawały do przeglądania swoje książki. Dobrze pamiętam Don Kichota bogato ilustrowanego miedziorytami. Prosiłem Matkę, żeby mi poczytała tę bajkę, ale opowiadała mi tylko coś o rycerzu, który walczył z wiatrakami.

Dużo lepiej pamiętam wizyty na cmentarzu, musiały być dość częste.
Matka siedziała pogrążona w myślach a ja bawiłem się na sąsiednim grobie. Dobrze nadawał się do zabawy gdyż był ogrodzony łańcuchami o dużych ogniwach. Wyobrażałem sobie, że te łańcuchy to gąsiennice czołgu a ja jestem jego dowódcą.

Po wielu, wielu latach, w 2006 roku, odwiedziłem kielecki cmentarz. Grobu mojego Ojca już od dawna tam nie ma, ale grób z łańcuchami-gąsiennicami przetrwał...

Czołg

Tagi: przed1947
11:49, pharlap
Link Komentarze (3) »