Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: FSO

piątek, 06 listopada 2015

Lech  Lech

Wkrótce otrzymaliśmy informację o szkoleniu - 2-tygodniowy kurs projektowania systemów informatycznych w ośrodku IBM w Essen. Mamy opłacony hotel, dostaniemy diety 20 marek dziennie - niecałe 12$.

Wyjechaliśmy chyba w lipcu 1978 roku. Przed wyjazdem zrobiliśmy w domu Jacka naradę roboczą. Głównym tematem był oczywiście prowiant. Jacek zadeklarował, że upiecze boczek, prócz tego każdy z nas zabierze konserwy. 
Polecieliśmy LOT-em do Frankfurtu a stamtąd Lufthansą do Essen. Podczas przesiadki musieliśmy na nowo odprawić bagaże.
Przy odbiorze walizek zagadnął nas bagażowy:
- Przeglądu Sportowego nie macie? - nie mieliśmy, okazało się, że to rodak z Bytomia.
Podczas odprawy urzędnik wpatrywał się uważnie w ekran wreszcie zapytał:
- Czy przewozi pan jakąś broń? - połapałem się o co mu chodzi.
- To tylko nóż kuchenny. Wiozę go w pokojowych celach (do krojenia boczku).
Urzędnik poprosił mnie o pokazanie noża. Grzebałem w walizce a zza kurtyny wychylił się policjant z wymierzonym we mnie pistoletem maszynowym. Czułem, że duch we mnie rośnie. Ustalono, że nóż poleci w osobnym opakowaniu.

Do Essen przyjechaliśmy wieczorem. Pierwszy widok miasta zaskoczył nas. Wszak to centrum Żagłębia Ruhry - przemysł ciężki, kopalnie, huty, Krupp i jeszcze gorzej...

Krupp

Spodziewaliśmy się szarych kamienic i zamglonego dymem powietrza, jak w Katowicach. Tymczasem domy były kolorowe i świeżo malowane, ulice czyste. Na placu przed dworcem zakończyła się właśnie jakaś impreza. Ostatnie zadęcia orkiestry, ostatni kufel piwa, weseli ludzie rozchodzili się do domów. 

Nasz hotel a raczej hotelik znajdował się niedaleko. Niewielki, świeżo odmalowany domek. W recepcji czekał na nas list od organizatorów szkolenia.  Zawierał wyjaśnienie, że nasze noclegi zostały opłacone z funduszy przekazanych z Polski, z tym że za takie pieniądze nie można było znaleźć w Essen żadnego przyzwoitego miejsca. Przepraszają, że załatwili nam bardzo skromne lokum, ale i tak musieli za nie dopłacić ze swojej kasy.
Mieszkanie było w porządku - przestronny pokoik na 3 osoby. Tyle, że w suterenie. Okno znajdowało się poniżej poziomu ulicznego chodnika. Nad głowami rozlegał się stukot butów nielicznych przechodniów.
Rano dostawaliśmy śniadanie za to korzytanie z łazienki było płatne - 2 marki - klucz w recepcji. Oczywiście zakładalśmy, że to opłata od pokoju, nie od osoby. Zdarzało się również, że gdy rano usłyszeliśmy odgłos otwieranych drzwi od łazienki dostawałem polecenie:
- Lechu, szybko, powiedz temu esesmanowi, że zostawiłeś mydło w łazience.

Kurs odbywał się w ośrodku IBM w zielonej i zalesionej podmiejskij dzielnicy. Dojeżdżaliśmy autobusem - koszt 4 marki w jedną stronę. To był poważny wydatek.
Organizatorzy przywitali nas bardzo sympatycznie. Podczas przerwy na poranną herbatę rozdano uczestnikom informację o pobliskich miejscach gdzie można udać się na lunch. Urocze restauracje, najtańszy lunch jaki znalałem na liście kosztował ponad 14 marek. Koledzy z kursu (nie było ani jednej kobiety) proponowali nam podwiezienie samochodem, ale odmówiliśmy tłumacząc, że musimy wykorzystać przerwę na przedyskutowanie przerobionego materiału i przygotowanie się do popołudniowych zajęć. 
Podczas przerwy trafiliśmy na zatrudnionego w centrum Polaka. Pan Rudolf (Rudek) obsługiwał kserograf. Pzy okazji spytaliśmy go o zasady funkcjonowania stołówki, w której popijaliśmy poranną herbatę. Zauważyliśmy tam menu na lunch z atrakcyjnymi daniami po bardzo umiarkowanych cenach - około 3 marek. Pan Rudek wyjaśnił, że to stołówka pracownicza. Dla gości jest otwarta tylko na poranną i popołudniową herbatkę. Spuściliśmy nosy na kwintę. Jednak pan Rudek zrozumiał. Za dwa dni, gdy spożywaliśmy nasze lunchowe kanapki, odwiedziła nas oficjalna delegacja. Dyrektor centrum wyjaśnił, że jesteśmy pierwszymi kursantami z Polski, że czują się bardzo zaszczyceni naszą wizytą i chcieliby w jakiś sposób podkreślić nasz honorowy status. Jedyne co przychodzi im do głowy to dać nam karty identyfikacyjne o tych samych kolorach jakie mają pracownicy centrum. Dziękowaliśmy nieco zdezorientowani. 
- Karty te uprawniają do korzystania ze stołówki pracowniczej -  wspmniał mimochodem dyrektor centrum.
Byliśmy urządzeni. Posiłki były smaczne i obfite. Wystarczyło kupić we włoskim sklepie chleb i wino na kolację w hotelu.

Sam kurs nie był dla nas rewelacją. Wszyscy mieliśmy spore doświadczenie w projektowaniu systemów i podczas naszej pracy wyrobiliśmy sobie pewne standardy działania. Oczywiście każdy taki kurs dostarcza jakichś nowych informacji, które pewnie gdzieś i kiedyś mogą być przydatne. 
Istotne było utrzymać się językowo na powierzchni. Wiedziałem, że dłuższe słuchanie wykładu w dość obcym języku ma silne właściwości usypiające więc przyjąłem agresywną taktykę. Bardzo często podnosiłem rękę żeby zadać jakieś pytanie, na które często znałem odpowiedź albo żeby coś skomentować. Zresztą kurs był prowadzony metodą interaktywną, co kilkanaście minut wykładowca inicjował dyskusję lub ćwiczenie.
Wieczorem, w hotelu, spędzałem sporo czasu czytając ze słownikiem w ręku material na dzień następny i zapisywałem sobie pytania i komentarze do wtrącenia. Moi towarzysze mieli mi pomagać znajdować słówka, ale na ogół pogrążali się w zażartej dyskusji na temat - dlaczego tu tak dobrze a u nas taki gnój?
Zauważyłem, że czasami nad naszym oknem cichł na chwile stukot obcasów. Pewnie jakiś spóźniony przechodzień zainteresował się coż to za awantura w tej suterenie.

W czasie naszego pobytu wypadał jeden weekend. Spędziłem go w miasteczku Remscheid z moją korespondencyjną znajomą Inge i jej rodziną. Mieli dwoje dzieci - Nora i Jochen, 10 i 8 lat, bardzo wesołe i sympatycznie psotne.
Jacek wyjechal na weekend do znajomych w Luksemburgu lub innym BeNeLuxie a Bogdan spędził chyba jeden dzień w gościnie u naszego znajomego - pana Rudka.

Na zakończenie kursu podzielono uczestników na zespoły. Każdy zespół miał za zadanie przygotować 15-minutową prezentację projektu systemu.
Tu moi koledzy poderwali się do działania. Szczególnie Bogdan nalegał żebyśmy przedstawili coś zupełnie oryginalnego. Stanęło na metodzie HIPO - Hierarchical Input Processing Output - KLIK. To było coś czego nie przerabialiśmy na kursie i wydaje mi się, że zrobiło to dobre wrażenie na wykładowcy i nieco zamieszało w głowach naszym kolegom z kursu.

Nie pamiętam czy udało nam się zaoszczędzić wiele marek, jedyne zakupy jakie pamiętam to elektroniczne zegarki.

08:35, pharlap
Link Komentarze (2) »
wtorek, 03 listopada 2015

Lech  Lech

Na wiosnę 1977 roku skontaktował się ze mną znajomy - inż Bogdan Zaborowski, którego dobrze znałem z czasów pracy w ZELMOCIE (lata 1969-71). Był on kierownikiem działu w CROPI - resortowym ośrodku, który komputeryzował Zelmot. 
Pamiętałem go jako kierownika, który zawsze pozostawał w cieniu swoich pracowników.

Bogdan opowiedział mi ciekawą historię - Fabryka Samochodów Osobowych na Żeraniu (FSO) kupiła kilka lat wcześniej dwa czy trzy amerykańskie komputery IBM serii S/7 - KLIK - służące do kontroli procesów w trybie on-line. Był to poważny wydatek i projekt był pod szczególną opieką najwyższych władz. Kłopot w tym, że jakoś zapomniano o uruchomieniu ostatniego z tych komputerów przeznaczonego do sterowania procesami w nowej tłoczni a termin się zbliża - chyba rocznica Rewolucji Październikowej czyli początek listopada. Zespół informatyków FSO nie ma możliwości wykonania tego zadania, większość osób wyszkolonych do programowania komputera S/7 już nie pracuje, CROPI podjęło się współpracy, ale bez silnego wsparcia zespołu pracującego bezpośrednio na tłoczni nie ma szansy na wykonanie projektu.

No tak, przez ostatni rok poznałem kilka podobnych spraw. Jednak Bogdan nie spotkal się ze mną żeby pobiadolic nad stanem polskiej gospodarki, ale żeby stworzyć na tłoczni ten zespół roboczy, który na rocznicę Wielkiej Rewolucji wykona i dostarczy. Popatrzyłem na niego z podziwem.
Jego plan był prosty - potrzebuje dwóch ludzi, którzy żadnej pracy się nie boją. Ma na myśli mnie i Jacka Miłobędzkiego. To zestawienie bardzo mi pochlebiło.
Jacka poznałem w 1968 roku na kursie programowania. Uczył nas programować w języku COBOL.
Robił wrażenie człowieka na całkowitym luzie.  W oczach zawsze błyskały iskry inteligencji i dowcipu. Już z daleka roztaczał aurę osoby, ktora lubi ludzi. I wzajemnie, ludzie też go lubili.
Powyższe cechy nie pasowaly mi do omawianego projektu. Dlaczego Jacek miałby skazać się na zesłanie do fabrycznej tłoczni, z dala od ludzi, łamiąc kod nieznanego w Polsce komputera?
Nie pamiętam czy Bogdan podał jakieś wyjaśnienie natomiast wyjaśnił swoją pozycję - zdecydował się na to przedsięwzięcie z desperacji - jeśli zadanie zostanie wykonane w terminie to FSO przyzna mu mieszkanie. Okreslił również swoją rolę w projekcie - ja jestem głównie po to żebyście wy nie musieli zajmowac się niczym innym tylko właściwą robotą. To było dużo.
Warunki pracy - stawki fabryczne oznaczały dla mnie obniżkę zarobków o około 20%, ale to mnie nie odstraszało, byle wyzwolić się z tych nieproduktywnych funkcji. Bogdan wspomniał, że po zakończeniu projektu czeka nas wysoka nagroda w gotówce a prócz tego wyjazd na szkolenie zagraniczne i talon na zakup samochodu. Na samochody trzeba było się w tamtych czasach zapisywać i czekać w kolejce kilka lat. Talon oznaczał dobre miejsce w kolejce - mniej niż pół roku czekania.
Dla mnie wystarczającym argumentem była praca przy autentycznym projekcie. Dodatkową atrakcją była praca na komputerze z rodziny IBM. W tym czasie dominacja firmy IBM w Polsce była już faktem. Dodatkowej wagi dodawał fakt, że wspólnym projektem komputerowym krajów Wschodniej Europy była budowa jednolitego systemu RIAD - KLIK, który był emulatorem komputera IBM-360.

FSO

Pracę w FSO rozpocząłem pod koniec maja 1977 roku. Zmorą był daleki dojazd - prawie godzina jazdy tramwajem nr 7. Pewnym plusem było, że z Żerania można było łatwo dojechać do Białołęki gdzie w domu rencistów mieszkała moja Matka.

Nowa tłocznia robiła wrażenie. Nowy budynek, ogromna hala produkcyjna, dużo przestrzeni, czysto. Kilka rzędów potężnych pras Erfurt produkowanych w NRD...

Prasa Erfurt
Naszemu zespołowi przydzielono dwa pokoje. W jednym z nich stał nasz komputer. Prócz tego do dyspozycji mieliśmy podręcznik języka programowania (macro-assembler).
Bogdan zapoznał nas z koncepcją systemu. Dwójka progamistów z CROPI programowała moduł planowania produkcji. Do nas należał moduł kontroli produkcji. Wszystkie prasy miały być połączone z komputerem w celu kontroli wykonanych operacji. Każde uderzenie prasy miało byc rejestrowane. System obejmował dużo więcej modułów, ale na rocznicę Rewolucji potrzebne było tylko to - rejestracja przez komputer każdego uderzenia pras.

Pierwsze tygodnie to było czytanie podręczników i próbki prostych programów. Jacek okazał się być bardzo dociekliwym programistą. Pamiętam, że testował zachowanie programów w przypadku odłączenia prądu. Dość szybko zaproponował żebyśmy zaprogramowali nasz moduł używając języka PL/7. Oczywistą zaletą było, że był to język "wyższego rzędu" czyli instrukcje dla komputera były pisane potocznym językiem angielskim podczas gdy macro-assembler to był język komputera - każda czynność wymagała napisania wielu rozkazów. Wadą było, że nie znaliśmy nikogo używającego PL/7 i musieliśmy wykonać wiele prób żeby zorientować się w jego niuansach. Jednak na dłuższą metę była to bardzo dobra decyzja.
Przedstawiciele firmy IBM zainteresowali się naszą działalnością. Po pierwszym spotkaniu wpadli w panikę - dwóch ludzi nie mających pojęcia o programowaniu komputera S/7 robi testy, które mogą uszkodzić maszynę. Jednak zachowali się elegancko i spędzili z nami kilka godzin tłumacząc podstawy i odpowiadając na bardzo chaotyczne pytania.

Zadanie zostało wykonane. W rocznicowym dniu hala się trzęsła od uderzeń pras, komputer rejestrował każde uderzenia, dygnitarze partyjni i rządowi byli usatysfakcjonowani, dyrekcja FSO mogła odetchąć z ulgą.

Lepiej jednak zapamiętałem reakcję kierownika nowej tłoczni - inż. Potyry...
- Co ja najlepszego zrobiłem? Tyle lat doświadczenia i takie głupstwo palnąć..
- Jakie głupstwo?
- Ja teraz jestem nagi i bezbronny...
- ???
- Cała moja produkcja idzie na spawalnię. Dotąd to ja byłem panem sytuacji. Jak na spawalni groził przestój to przylatywali do mnie i dawali moim ludziom godziny nadliczbowe żeby wykonali potrzebne elementy. A teraz będą widzieli czarno na białym co jest wykonane, co się robi i kiedy się zakończy. Panowie wyjęliście mi z ręki wszystkie argumenty.
Czyli jednak system przyniósł pewne korzyści ekonomiczne. 

Jak wspomniałem system sterowania tłocznią składał się z wielu modułów. Uruchomienie najbardziej spektakularnego modułu kontroli pracy pras gwarantowało, że wszystkie pozostałe moduły również zakończą się sukcesem. Dostaliśmy zielone światło a zespół poważnie  się rozrósł...

FSO

Bogdan Zaborowski - na dole, otoczony przez trzy panie. Jacek Miłobędzki - drugi z prawej w górnym rzędzie.

Rozrost zespołu to głównie młodzi ludzie. Zrobili na mnie bardzo dobre wrażenie. Piotr Z. był prawidłowo wyszkolonym informatykiem i to było widać w jego działaniu. Ewa M. była na etapie pracy dyplomowej. Imponowała nam wszystkim energią i praktycznym podejściem do pracy. Resztę niech dopowie fragment napisanego wtedy przeze mnie wierszyka:

Kiedy Ewa przyszła na tłocznię
i do pracy się rwała okropnie,
pomyślałem - ta dziewczyna nie spocznie
póki celu swego nie dopnie... 

... kiedy Piotra miala na oku,
który dziewcząt się zdawał nie cenić,
to nie minęło pół roku
a już się z nią zapragnął ożenić.

Myślę, że tę sympatyczną parę łatwo zidentyfikować na powyzszym zdjęciu.

Pracy miałem nadal sporo, ale teraz stałem już na mocnym gruncie, znajdowałem czas i okazje na korzystanie z przywilejów pracownika FSO.
Pierwszą atrakcją był wyjazd do Jugosławii do fabryki produkującej samochód zastava 101 - KLIK. Fabryka mieściła się w mieście Kragujevac niedaleko od Belgradu. Dla mnie najciekawszy był wydział montażu silników, którego produkcja była również sterowana przy zastosowaniu komputera S/7.
Z pewnym smutkiem stwierdziłem, że Jugosłowianie zrobili lepszy system niż my. Przyczyna była jasna - przepływ produkcji na tłoczni był bardzo prosty i nie wymagał tak zaawansowanej i kosztownej technologii. Co innego montaż silnika samochodowego - tu istniała duża dynamika przepływu elementów i komputerowa kontrola była bardzo użyteczna.

W ogóle Jugosławia zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Dobre wina, smaczne jedzenie, sympatyczni ludzie. Nasza tłumaczka (na angielski) zaprosiła nas na kawę do swojego mieszkania. Ładnie umeblowane, wyposażone w pralkę automatyczną (gorenje) i ekspres do kawy, w garażu samochód zastava 101. Twierdziła stanowczo, że nie istnieją już żadne tarcia między Serbami, Chorwatami i innymi narodami Republiki. Ona sama była Chorwatką.
Wzruszającym elementem wycieczki była wizyta w muzeum upamiętniającym masową egzekucję przez Niemców wszystkich mężczyzn w Kragujevac - KLIK.

Na początku czerwca pojechałem z Anią i Michałem na wczasy do Muszyny. Domy wczasowe FSO miały bardzo wysoki standard i dobre jedzenie.

W międzyczasie odebraliśmy obiecane nagrody. Najprotsze były talony na samochód zastawa 101. Ja jednak nie złożyłem podania. Czułem, że nie zagrzeję w FSO miejsca na długo a wydawalo mi się, że taki talon stwarza tego rodzaju zobowiązanie.
Z nagrodą pieniężną było trochę śmiesznie. Musiała ona być zatwierdzona przez związki zawodowe a te zakwestionowały przyznawanie wysokich nagród osobom zatrudnionym zaledwie kilka miesięcy.
- W tym rzecz - tłumaczył szef ośrodka komputerowego - zostali przyjęci do wykonania bardzo pilnego zadania.
- Skoro wykonali tak szybko to widocznie nie było zbyt trudne - ripostowali związkowcy.
W końcu osiągnęli jakiś kompromis. Nagrody zostały nieco zredukowane, dostałem trochę mniej niż moja miesięczna pensja. 

Najśmieszniej było ze szkoleniem zagranicznym. Szef ośrodka - Sławomir Trautman - kolejny bardzo inteligentny i dowcipny człowiek spotkany na mojej zawodowej ścieżce - rozkładał bezradnie ręce. Bardzo was przepraszam, ale z tym sobie nie poradzę. Związki zawodowe mają listę osób, którym już dawno obiecano szkolenie zagraniczne, tego nie da rady przeskoczyć... chyba że, chyba że...
- Chyba że co?
- Czy któryś z was zna niemiecki? - dumnie podniosłem rekę...
- Mam nawet świadectwo zdania egzaminu państwowego.
- Świetnie. Nikt w ośrodku nie zna niemieckiego więc nie ma powodu do sprzeciwów.
- A wy (to było skierowane do Bogdana i Jacka) jakoś przy pomocy Lecha dacie sobie radę. Skinęliśmy radośnie głowami.  

Raport ze szkolenia w kolejnym odcinku...

Tagi: FSO praca
10:08, pharlap
Link Komentarze (9) »