Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: zsrr

niedziela, 22 listopada 2015

Lech  Lech

Rok 1980 zaczął się dobrze. W lutym polecieliśmy na kilka dni do Moskwy na spotkanie z personelem ośrodka komputerowego Aerofłotu. My to mój bezpośredni szef Marek, szef całego projektu Krzysztof S. i ja. 
Aerofłot używał komputera i systemu rezerwacji UNIVAC. Ich doświadczenia wydały mi się dużo ciekawsze i bardziej pożyteczne niż te z Air France. Powód był prosty - ich komputer miał o wiele mniejszą moc obliczeniową w związku z czym musieli samodzielnie opracować wiele procedur zastępczych i awaryjnych. Ich programiści zaimponowali mi wiedzą, doświadczeniem i pomysłowością. Wprawdzie LOT miał dostać najnowszą wersję UNIVACa - model 1100/62 i dostawca gwarantował, że maszyna sprosta wszelkim wymaganiom, ale czułem, że na dłuższą metę współpraca w Aerofłotem może być bardzo potrzebna i korzystna.

Ze spraw pozasłużbowych wspomnę, że zasypana śniegiem Moskwa wyglądała ładnie. Moskiewskie metro prezentowało się lepiej niż londyńskie. Zajrzałem do wielkiego domu towarowego GUM - KLIK. Podałem link do angielskiej wersji wikipedii gdyż jej autorzy jeszcze zachowali naiwność i obszernie informują o faktach, które w Polsce nikogo nie powinny interesować.
W GUMie kupiłem zabawkę - czołg dla Michała. Coż to był za czołg!  Nie do zatrzymania, z łatwością przejeżdżał przez zabawki, które w poprzednich latach kupiłem w Anglii czy Francji. W GUMie zwróciłem uwagę na starsze panie, do ktorych idealnie pasowało określenie babuszka, siedzące obok stosów zakupów. Później dowiedziałem się, że są to osoby z prowincji, które zostały wydelegowane na zakupy dla całej wsi czy osiedla.
Dla siebie kupiłem prostownik do ładowania akumulatora w naszym samochodzie. No tak, od początku wiedziałem, że samochód otworzy worek problemów. W sklepie z artykułami elektrycznymi była ogromna kolejka okazało się jednak, że klienci zagraniczni obsługiwani są poza kolejnością. Prostownik był wielkości niedużej walizki i ważył pewnie 15 kg. Na szczęście jako pracownik LOT nie miałem restrykcji bagażu. 
Prostownik działał równie niezawodnie jak czołg. Zima w Polsce była ostra, akumulator trzeba było na noc zabierać do domu i dość często ładować. 

Dziwnym zbiegiem okoliczności dwa tygodnie później byłem znowu w Moskwie. Tym razem w drodze na narty.
Na marginesie wspomnę, że na narty jeździłem każdego roku. Moimi stałymi partnerami byli wspomniani wielokrotnie Andrzej M. i Janek R.
Tym razem narty zapowiadały się wyjątkowo atrakcyjnie - wycieczka PTTK w Wysoki Kaukaz. Jedną dobę spędziliśmy w Moskwie, w hotelu Kosmos...

Kosmos

Ogromny budynek, na każdym piętrze urzędowała "etażnaja" czyli opiekunka piętra, która rejestrowała starannie ruchy gości hotelowych.

Wśród broszurek informacyjnych zauważyłem coś ciekawego, w języku angielskim - Khatyn masacre. Rosjanie piszą o Katyniu - zdumiałem się. Lektura broszurki rozwiała złudzenia:
.. jeśli przyjechałeś do Związku Radzieckiego odwiedzając po drodze nasze bratnie kraje, Czechosłowację czy Polskę, to prawdopodobnie zetknąłeś się z nazwą Khatyn (Chatyń). Tu znajdziesz wszelkie informacje na ten temat. Chatyń to niewielka wioska na Białorusi. Cała ludność tej wioski została w 1943 roku zamordowana przez niemieckich faszystów...
To jest prawda - patrz tutaj - KLIK. Wydaje mi się, że to był majstersztyk manipulacji.

Otoczenie hotelu było ciekawe. Z jednej strony pomnik zdobywców kosmosu...

Pomnik kosmonautów

Z drugiej strony malutka stara cerkiew. Wszedłem do środka. Trwało jakieś nabożeństwo. Prawie same starsze kobiety, atmosfera zupełnie niepodobna do naszego kościoła. Kobiety krążyły po cerkwi jak po własnym domu, Zapalały świeczki, śpiewały. W końcu wyszedł pop i przyniósł stertę malych kawałków chleba na tacy. Komunia? Czułem się nieswojo i dość szybko wyszedłem. Tuż po mnie wyszło młode małżeństwo z pewnie 10-letnia córką. Odwrócili się w stronę cerkwi i przeżegnali się, tak prawosławnie, trzy razy. Ich córka tylko zamarkowała znak krzyża. Zrugali ją i dopilnowali żeby się wyraźnie przeżegnała. Podszedłem bliżej i spytałem co to za kościół.
- To stara cerkiew pod wezwaniem Matki Boskiej Kazańskiej.
- Acha - podziękowałem za informację.
- A kto to Matka Boska Kazańska wiesz?
- Nie wiem.
- To dlaczego nie spytasz? 
Bardzo mi się to podejście spodobało. Wyjaśnili, że to odpowiednik naszej Matki Boskiej Częstochowskiej. 
- Teraz wiesz? - upewnili się.
Jak widać zapamiętałem to przez 35 lat. 

Następnego dnia pojechaliśmy na lotnisko Wnukowo i polecieliśmy do miasta Nalczyk - stolicy republiki kabarsko-bałkarskiej - KLIK. a stamtąd autobusem do naszej bazy - dużego hotelu u podnóża wielkiej góry.
Było późno więc tylko zjedliśmy obiad i zapoznaliśmy się z naszymi przewodnikami. Na obiad była dość rzadka zupa i ryż z sosem z niewielkini kawałkami mięsa i kawałkiem kwaszonego ogórka. Do tego pół litra wódki na stolik.
Nasz hotel był na wysokości 2,200 m, miałem kłopoty z zaśnięciem.
Następnego dnia zaczęły się narty. Po pierwsze kierownictwo hotelu było bardzo zmieszane naszą obecnością. Zrozumieliśmy, że jest to miejsce niedostępne dla cudzoziemców - duża ilość instalacji militarnych i tarcia etniczne. Trochę czasu zajęło wyjaśnienie, że nasz pobyt jest legalny. Po drugie wyjaśniono nam, że zasadniczo powinniśmy być cały czas w zasięgu wzroku naszych przewodników. Po trzecie - udaliśmy się do stacji wyciągu krzesełkowego. Byliśmy u stóp bardzo stromej góry, której szczyt tonął w chmurach. Jednoosobowe krzesełka szybko znikały we mgle. Kilka osób od razu zrezygnowało. Mieli trochę racji. Krzesełka były w dużej odległości od siebie, również odległość między słupami była bardzo duża. Pod nogami przepaść bez dna. Bylo bardzo zimno a nie było żadnych okryć. Na dodatek wyciąg zatrzymał się raz czy dwa razy. W rezultacie kilka osób było bliskich ataku histerii. 
Na górze był mały raj - świeciło słońce, było stoisko serwujace niezwykle smaczne szaszłyki. Większość naszej grupy zdecydowała zostać tu cały dzień i zjechać wyciągiem na dół. Gdy spojrzalem na trasę zjazdu miałem ochotę do nich dołączyć. Była piekielnie stroma, nie widać było końca, nie wiadomo było co jest po bokach. Od dawna nie padał śnieg więc można było się spodziewać zmrożonego, twardego i bardzo szybkiego śniegu. 
- Jesli tu upadnę to nic mnie juz nie zatrzyma - pomyślałem i ruszyłem w dół. 
Ku mojemu zaskoczeniu śnieg okazał się wyjątkowo przyjazny. Mam na myśli fakt, że narty wykonywały bardzo posłusznie wszelkie moje zamiary. Jeździłem w tę i spowrotem. Oczywiście o kontakcie z przewodnikami nie było mowy. Kilku dobrych narciarzy popędziło na łeb na szyję, przewodnicy razem z nimi. Ja musiałem kilka razy się zatrzymać, inni zatrzymywali się jeszcze częściej.

Wieczorem obiad podobny do wczorajszego i znowu pół litra wódki na stolik. Po wyczerpującym dniu i z perspektywą kolejnego intensywnego dnia nikt nie miał ochoty na wódkę. Poprosiliśmy kierownika wycieczki o interwencję - prosimy bez wódki, ale może trochę więcej jedzenia, przynajmniej jarzyn.
Bardzo szybko otrzymaliśmy wyjaśnienie - zgodnie z umową wasza racja żywieniowa ma kosztować ileś tam rubli. Jedzenia u nas brak więc kompensujemy to wódką.
To była prawda. W hotelu był mały kiosk z żywnością były tam owoce, słodycze. Żeby kupić pół kilo jabłek trzeba było kupić również ćwiartkę wódki.
Na szczęście nasi przewodnicy natychmiast znaleźli rozwiązanie. Pomógł im przypadek jednego z naszych kolegów. Podczas zjazdu upadł, wypięła mu się narta i odjechała kilkadziesiąt metrów. Zanim doszedł do narty zjawił się ratownik (a może strażnik), podniósł nartę i poczekał na właściciela. Jednak nie oddał mu jej tylko zapytał gdzie jego przewodnik. Tego oczywiście narciarz nie wiedział w związku z czym "ratownik" nie oddał mu narty lecz asystował mu aż do hotelu gdzie zameldował o wykroczeniu.
Rozwiązanie było proste - oddajcie nam niewykorzystaną wódkę, również tę z kiosku, a my załatwimy wam wyciągi bez kolejki i przychylność "ratowników". Chętnie się zgodziliśmy i mogliśmy rozkoszować się emocjonującymi zjazdami.
Inna rzecz, że uprzywilejowana pozycja w kolejce do wyciągu nie zyskała nam przychylnośc miejscowych narciarzy. Gdy rano szliśmy do wyciągu ludzie w kolejce mruczeli gniewnie pod nosem i podstawiali nam nogi. 

A co poza nartami?
W naszej grupie było kilka inteligentnych osób więc wieczorne rozmowy były ciekawe. Hotel leżał koło jakiejś malutkiej wioski czy osady. Tam jedynym miejscem publicznym był spory bazar nastawiony głównie na hotelowych gości. Było tam trochę lokalnych wyrobów ludowych, ale jedyne co dobrze zapamiętałem to węgierskie wino - Egri Bikaver. Zapamiętałem ponieważ jeden z moich współlokatorów (pokoje były 4-osobowe) nie mógł w nocy spać i tylko czekał na jakiś poranny ruch w pokoju. Spałem naprzeciw niego i wystarczyło żebym otworzył oczy a już słychać było bulgotanie i za chwilę pojawiała się przy moim łóżku szklanka z winem.
Ciekawa była rozmowa z młodą uczennicą. Szedłem do sąsiedniej wioski na jakieś występy ludowe i dołączyłem do pary miejscowych - ojca i córki. Gdy zorientowali się, że jestem Polakiem dziewczynka zapytała:
- Czy ja mogę o coś spytać obywatela z Polski?
- Oczywiście, pytaj o co chcesz - odpowiedziałem. Jej ojciec rzucił mi pełne nagany spojrzenie, odczekał chwilę, wreszcie powiedział:
- Możesz, ale to jest nasz gość więc masz się zachowywać z szacunkiem.
- Obywatelu z Polski - czy w Polsce kościół ma dużą siłę? - zapytała, ojciec rzucił jej nieco gniewne spojrzenie.
- Kościół, siłę... - odpowiedziałem - jak we wszystkich krajach demokracji ludowej panuje u nas tolerancja religijna. Kościół jako instytucja nie ma u nas siły, siła jest u wiernych a u nas jest ich wielu.
- Ale księża? Oni podobno są w Polsce bardzo bogaci.
- Skąd bogaci? Kościół nie ma własnego majątku, wszystkie dochody to datki wiernych. Księżą, których znam poświęcaja większość pieniędzy na utrzymanie kościóła i żyją bardzo skromnie.
- Jak to jest Tato? U nas nauczyciel mówił, że księża w Polsce dostają pieniądze z CIA. Dostają? - to było skierowane do mnie.
- Nauczyciel powiedział wam to co jest właściwe - ojciec uprzedził moją odpowiedź - to bardzo niegrzeczne podawać w wątpliwość słowa nauczyciela w obecności gościa z Polski.
Zmieniliśmy temat rozmowy.

Nawiększą atrakcję zachowano na przedostatni dzień turnusu - wycieczka na Elbrus...

Elbrus

Taki widok mogliśmy podziwiać codziennie spod naszego hotelu i ze szczytu góry, z której zjeżdżaliśmy na nartach.
Po godzinie jazdy autobusem znaleźliśmy się u stop góry. Kolejka linowa wjeżdżała na wysokość sporo ponad 4,000 m. Śnieg miał bajeczne właściwości, bardzo szybki a jednocześnie zgadywał zamiary narciarza. Jazda była cudowna. Spędziliśmy kilka  godzin na górze zadawalając się krótkimi zjazdami (i podchodzeniem) gdyż obawialiśmy się, że po zjeździe na dół spędzimy resztę dnia w kolejce do kolejki linowej. Końcowy, wielokilometrowy zjazd na dół był wielkim przeżyciem. Wiele lat później miałem okazję jeździć na nartach w Nowej Zelandii, USA, w St Moritz i Davos, ale żadne zjazdy nie dorównały Elbrusowi.

Cały ostatni dzień spędziliśmy w drodze. Najbardziej dramatyczna była jazda autobusem do Nalczyk. Autobus popsuł się. Kierowca powiadomił o tym pasażerów i zapadł w sen w swoim fotelu.
- Co się stało? Trzeba coś zrobić - wyrwaliśmy go z drzemki. Wzruszył ramionami:
- Ja i tak nie mam żadnych narzędzi ani części zapasowych.
Jednak zmusiliśmy go do podniesienia maski. Pękło jakieś cięgno i udało się to naprawić kawałkiem drutu. Zdążyliśmy na samolot.

P.S. Tytuł wpisu - LOTem dalej - to parafraza reklamowego hasła - LOTem bliżej. Hasło to wymyślił Melchior Wańkowicz, autor popularnego przed wojną hasła reklamowego - Cukier krzepi.

Tagi: lot narty zsrr
11:08, pharlap
Link Komentarze (6) »