Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: wojsko

poniedziałek, 30 listopada 2015

W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji, 
Rybak naprawia błyszczącą sieć. 
Skaczą w morzu wesołe delfiny, 
Młode wróble czepiają się rynny 
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata 
Kobiety idą polem pod parasolkami, 
Pijak zasypia na brzegu trawnika, 
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa 
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa, 
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa 
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów, 
Są zawiedzeni. 
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb, 
Nie wierzą, że staje się już. 
Dopóki słońce i księżyc są w górze, 
Dopóki trzmiel nawiedza różę, 
Dopóki dzieci różowe się rodzą, 
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem, 
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie, 
Powiada przewiązując pomidory: 
Innego końca świata nie będzie, 
Innego końca świata nie będzie.

Czesław Miłosz - Piosenka o końcu świata.

Lech  Lech

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rok 1980, Niedziela Palmowa, która została wyznaczona na niedzielę handlową (większość sklepów otwarta) przed nadchodząca Wielkanocą. 

Sylwia wyszła z Anią po zakupy i odwiedzić koleżankę, zostałem w domu z Michałem. Wczesnym popołudniem do drzwi zadzwonił pan wojskowy
- Obywatel Milewski? Wezwanie na ćwiczenia wojskowe... o, proszę - podał mi dokument - proszę zabrać potrzebne dokumenty i jedziemy. 

Przypomnę, że podczas studiów odbywałem regularną służbę wojskową i po ostatnim obozie wojskowym - rok 1963 - zostałem przeniesiony do rezerwy w stopniu kaprala podchorążego. Zapowiedziano nam, że zostaniemy wezwani na 3-miesięczny obóz, po ukończeniu którego dostaniemy awans na podporucznika. Lata mijały i nie słyszałem żeby wezwali któregokolwiek z moich kolegów więc miałem nadzieję, że doczekam wieku 40 lat - to już za rok - i to zakończy moją karierę wojskową.
Czyżby jednak mnie dopadli? Przeczytałem wezwanie - wynikało z niego, że to 3-dniowe ćwiczenia. Odetchnąłem z ulgą.

Pan wojskowy niecierpliwił się - samochód czeka, musimy jeszcze podebrać kilka osób...
- Chwileczkę, czy ja mam wziąć syna ze sobą? - wskazałem Michała. 
- W żadnym wypadku, przecież żona...
- Żona wyszła i nie wiem kiedy wróci - handlowa niedziela.
- To może obywatel zostawi u sąsiadów?
.....
Stanęło na tym, że jak tylko żona wróci to pojadę pod wskazany adres.
- Byle przed 6. - nalegał wojskowy - bo potem przyślemy po obywatela WSW (policja wojskowa).

Sylwia wróciła przed 6. Zgodnie z instrukcją wziąłem książeczkę wojskową i pojechałem tramwajem na Okęcie. Zbiórka była w bazie transportowej na ulicy Łopuszańskiej, tuż za zakładami ZELMOT, w których pracowałem 10 lat temu.
W stronę bazy szło sporo osób. Wkrótce obstąpili nas handlarze wódką.
- Pan kierowca? Napij się pan dobrze bo inaczej będziesz pan całą noc ciężarówkę prowadził.
To był poważny argument. Na szczęście mnie nie dotyczył bo nie wziąłem prawa jazdy. Wielu mężczyzn kupowało alkohol i spożywało go na miejscu gdyż podobno w bramie rewidowali.

Odczekałem w kolejce do rejestracji i wręczyłem wezwanie i książeczkę wojskową.
- Prawo jazdy - zażądał rejestrujący nas oficer.
- Nie wziąłem.
- Jak to nie wzięliście? - oficer zaniemówił.
- W instrukcji pisało tylko żeby wziąć książeczkę wojskową. Nie wziąłem żadnych innych dokumentów żeby się nie zniszczyły podczas ćwiczeń.
Oficer sapał ze zdenerwowania - toż przed dwa lata wbijaliśmy wam w głowę, że jesteście kierowcą. Co za baran!
Wolałem nie wspominać, że jestem kapralem podchorążym i szkolono mnie na stanowisku dowódcy drużyny, a może nawet plutonu samochodowego.

Polecono nam czekać na dalszy ciąg wydarzeń. Atmosferę nieco ożywił jeden z "poborowych". Był lekko upity, na wesoło. Poprosił o pozwolenie skorzystania z telefonu gdyż wyszedł nie powiadomiwszy rodziny.
- Zośka, słuchaj uważnie. Wojna idzie! Nic więcej ci nie powiem bo mnie tu słyszą. Leć do sklepu i kupuj mąkę, ziemniaki, co sie da, no sama wiesz...
- Proszę natychmiast to przerwać! - zainterweniował oficer.
- Zabierają mi telefon - krzyknął rozpaczliwym głosem - pamiętaj co mówiłem, powiedz matce i siostrze. Dbaj o dzieciaki bo nie wiem kiedy się zobaczymyyyyy....

Wreszcze, koło 8. zakończono rejestrację. Wydano nam ekwipunek, chyba nie dostaliśmy broni. Oficer polecił żeby zgłosili się trzeźwi kierowcy. Nie było ich wielu, ale braki uzupełniono kierowcami wojskowymi. Przewieźli nas do jednostki wojskowej na Pradze. Tam wydali nam posiłek i powiadomili o dalszym planie. Jutro - poniedziałek - wyruszymy bardzo wcześnie żeby nie zakłócić ruchu transport komunalnego. Pobudka o 4. Teraz dostaniemy prowiant na śniadanie gdyż rano nie będzie czasu na posiłek.
Po odbiorze prowiantu odbył się apel naszej kompanii...
- Słyszeliście żołnierze, pobudka o 4. Zarządzam pobudkę kompanii o 3. żebyśmy zdążyli się porządnie i bez pośpiechu spakować. Do namiotów, na wypoczynek nocny, rozejść się!
Namiot był obszerny, porządne polowe łóżka. Zaczęliśmy szykować się do snu, ale przerwał nam dowódca naszego plutonu...
- Pobudka kompanii o 3. słyszeliście. My zrobimy cichą pobudkę, o 2. to się pierwsi załadujemy i będziemy mieli spokój. A teraz chłopaki nie kładźcie się. Porozpinamy wszystkie wiązania w namiocie bo rano będzie za duże zamieszanie.
Porozpinaliśmy. Cała konstrukcja chwiała się na lekkim wietrze. Całe szczęście, że nie było silnego wiatru czy deszczu. Była już pewnie 11. Dowódca plutonu i kilka osób nie kładło się spać, chyba grali w karty.

O 2. dowódca osobiście każdym potrząsnął - cicha pobudka. Spakowaliśmy się, zlożyliśmy namiot i łózka. Za chwilę przybiegł do nas wartownik - co tu się dzieje? Cisza nocna! Postawić mi tu natychmiast ten namiot spowrotem.
Postawiliśmy prowizorycznie. Wkrótce pobudka kompanii. Nie pozwolili nam jeszcze składać namiotów. Wreszcie 5. - oficjalna pobudka. Za kilka minut byliśmy gotowi do drogi. Minęła godzina, jak oni zamierzają uniknąć korków na ulicach?
Bardzo prosto, przyszło polecenie komendy ruchu Milicji Obywatelskiej, żeby nie wyruszać przed 10. Uruchomiono kuchnię i polecono wydać nam śniadanie. W drogę ruszyliśmy koło południa.

Jechaliśmy gdzieś na wschód. Do celu dojechaliśmy dość późno, lekko mżyło. Dowództwo uznało, że już za późno na rozbijanie namiotów. Nocleg pod namiotami z pałatek... 

Namiot

Na internecie zauważyłem, że obecnie pałatka jest w Polsce całkiem popularna. Inne nazwy to peleryna wędkarska i poncho. Produkowane z dobrych materiałów, starannie wykończone. Nasze pałatki były zgrzebne, z jasno-zielonego brezentu, nie było wątpliwości, że to moda z Kraju Rad. Nie miały też żadnych zatrzasków ani nawet guzików. Zamiast guzików były drewniane kołki. To było praktyczne rozwiązanie - gdy kołek się urwał można było go zastąpić kawałkiem gałęzi.

Zgodnie z regulaminem namiot budowało się z trzech pałatek. Nie był zbyt szczelny, brezent łomotał na wietrze, przez szpary wlewała się woda. Chyba wcale nie spałem. Na szczęście pobudka była nie o regulaminowej 6., ale dużo wcześniej. Nie pobudka - ALARM!
Poprowadzono nas na dużą łąkę. Dopiero wtedy zorientowałem się jak dużo nas było. Deszcz rozpadał się na dobre. Za chwilę przybył dowódca zgrupowania. Wyskoczył z samochodu i szedł w stronę prowizorycznego podium dyskutując o czymś z oficerami.
Padły komendy - zgromadzony tłum zamarł w skupieniu...
- Żołnierze! Pół godziny temu dostałem specjalny komunikat ze Sztabu Generalnego - wróg napadł nasz kraj... 

Nie! Nie, to niemożliwe! To nie może tak być! - czułem zimny skurcz w sercu. Przez zgrupowanie przebiegł jęk przerażenia. Ktoś w pobliżu wybuchl płaczem...
- Syn mi się wczoraj urodził! Jeszcze go nie widziałem, czy ja go w ogóle zobaczę?
Rozum powtarzał w kółko jedną frazę - to tylko ćwiczenia, to tylko ćwiczenia.
Dowódca kontynuował - atak nastąpił z powietrza, nasze wojska nie dały się zaskoczyć, walka powietrzna trwa, wojska lądowe jeszcze nia naruszyły naszych granic, ale wróg zrzuca na spadochronach niewielkie grupy dywersantów. Równiez w naszych okolicach. W związku z tym zarządza się stan wyjątkowej czujności oraz zakaz opuszczania terenu zgrupowania. Dzisiaj, po kolacji, zabrania się odwiedzin w pobliskiej wsi a szczególnie zabrania się zakupu alkoholu gdyż może być zatruty.

To ostatnie całkowicie rozładowało napięcie, rozległy się śmiechy, Radośnie wróciliśmy do obozu ustawić namioty. Reszty dnia nie pamiętam. Po kolacji ogłoszono kolejny alarm - dywersanci są we wsi i mogą nas zaatakować. Postaliśmy trochę ukryci w krzakach wypatrując wroga. Jedna osoba - w cywilu telewizyjny reporter sportowy - miała broń, pistolet. Wyciągnął go wzbudzając śmiech otoczenia.
Alarm odwołano w porę i punktualnie o 10 położyliśmy się spać.
Następny dzień to pakowanie i powrót do Warszawy. Bez pośpiechu, żeby dojechać gdy zmniejszy sie popołudniowy ruch na ulicach.

Tagi: 1980 wojsko
07:11, pharlap
Link Komentarze (2) »
czwartek, 30 lipca 2015

Lato 1963 roku zapowiadało się interesująco.

Rozpoczęło się w szpitalu na ul Barskiej. Przepuklina to bardzo prosta operacja, ale w tym czasie wymagała 10-dniowego pobytu w szpitalu po operacji żeby pacjent nie wykonał jakiegoś wysiłku, który mógłby zniweczyć trud chirurga.
Potrzebny był równiez 2-dniowy pobyt w szpitalu przed operacją żeby wykonać wszystkie potrzebne badania. Dlaczego nie można było wykonać tych badań przed wizytą w szpitalu? Dobrze poinformowani twierdzili, że w ten sposób szpital poprawia wskaźniki ekonomiczne - łóżko zajęte a koszt obsługi pacjenta żaden.
Ze mnie szpital odniósł dodatkowe korzyści. Na mojej sali oprócz mnie leżały trzy osoby operowane na wrzód dwunastnicy. Po tej operacji pacjenci ciepieli mocno a pielęgniarka obsługiwała kilka sal.
- Panie student, czy to tak ładnie? Pan się wyleguje, ja mam ręce pełne roboty a koledzy się męczą. - Przyznałem, że nieładnie. Przydzieliła mi dwa zadania - pierwsze - zwilżać chorym usta wodą przy pomocy szpatułki owiniętej gazą. Drugie - pomagać im oddać mocz do "kaczki".
- Chyba bardziej przystoi żeby to kolega trzymał koledze fajfusa - uzasadniała pielęgniarka.
Pacjenci gorączkowali, mieli kłopoty z oddaniem moczu, miałem więc sporo zajęcia.

Wreszcie operacja pod znieczuleniem miejscowym. Chirurg podźgał mi trochę brzuch strzykawką a potem już nic nie czułem. Następnie 10 dni leżenia na plecach w bezruchu. To było bardzo ciężkie, ale jakoś minęło. Pod reką miałem długi bandaż przywiązany do przeciwnej poręczy łóżka. Nazywano to lejcami - dzięki nim mogłem się podciągnąć do pozycji siedzącej. Gdy zobaczyl to mój współlokator Wiesiek to zaproponował - chcesz, załatwimy ci wczasy hippiczne?

Lech

Zamiast wczasów w siodle miałem obóz za kierownicą. Przypomnę, służyłem w wojskach samochodowych. Trzeba przyznać, że treningu za kierownicą nam nie brakowało. W Warszawie były to samochody osobowe. Zmorą było zapalanie silnika na korbę. Szczególnie gdy silnik zgasł podczas przejazdu przez tory tramwajowe w godzinach szczytu. Patrzyłem błagalnie na instruktora żeby pozwolił użyć startera, ale on patrzył w niebo. Wysiadałem z samochodu z korbą i kręciłem. Tramwaj dzwonił, pasażerowie na stopniach wygrażali mi a silnik ani mru-mru. Spoglądałem pytająco na instruktora a on coś pokazywał na migi.
- Wyłączyłem stacyjkę bo zostawiłeś silnik na biegu.
Na obozie w Ostródzie prowadziliśmy ciężarówki i ćwiczyliśmy bardziej specjalistyczne operacje - jazda w kolumnie, jazda nocna, wjazd ciężarówką na wagon kolejowy. Wszyscy zdali egzamin bez problemów. Dostałem zawodowe prawo jazdy. Powyżej fotografia z prawa jazdy.

Po obozie miałem chyba 3 tygodnie wolnego, potem wycieczka. Było nas około 30 osób. Wycieczka odbywała się na zasadzie bezdewizowej wymiany z jakąś austriacką organizacją studencką. Oni zapewniali nam transport, zwiedzanie, wyżywienie i noclegi. W zamian za to ich wycieczka zwiedzała Polskę na takich samych zasadach. Mogliśmy wykupić kieszonkowe 200 szylingów czyli około 8 dolarów.
W wycieczce brały udział jeszcze dwie osoby z naszego wydziału. To mnie zdziwiło - nie widziałem was na liście kandydatów. A bo myśmy się zakwalifikowali w ramach puli rady naczelnej. A więc byli równi i równiejsi.
Sporym przeżyciem było podwójne przekraczanie granicy czechosłowackiej. Kilkugodzinna kontrola pociągu, psy, strażnicy z przemyślnymi lusterkami na kółkach, które wsuwali pod siedzenia żeby sprawdić czy czegoś tam nie ukryliśmy. Przed granicą czesko-austracką do pociągu wsiedli jacyś panowie w nieznanych nam mundurach i obserwowali z ironicznym uśmiechem te procedury kontrolne. Wreszczie pociąg ruszył, przekroczył żelazną kurtynę a panowie przypięli piękne odznaki austrackiej straży granicznej - witamy w wolnej Austrii. Moi towarzysze w przedziale zrelaksowali się. Wszyscy zaczęłi wyciągać ukryte dotąd dolary. Byłem chyba jedynym, który zadowolił się kieszonkowym. Zaczęły się rozmowy na tematy handlowe. Co też warto w Wiedniu kupić i gdzie. Co do ostatniego pytania odpowiedzi były zgodne - u Skoczylasa (a może Szumilasa?), WipplingerStrasse 11. Zorientowałem się, że para studentów z mojego wydziału (małżeństwo) ma duże doświadczenie handlowe - z Bułgarii kożuszki, z Turcji skórzane kurtki. A co z Austrii? Ortalionowe płaszcze i koszule non-iron - brzmiała poprawna odpowiedź.

W Wiedniu zamieszkaliśmy w domu akademickim na Pfeilgasse gdzie dostawaliśmy raczej skromne śniadania i kolacje. Na gorący posiłek popołudniowy jeździliśmy do stołówki Mensa*.
Pierwszego ranka po przyjeżdzie stałem się dość popularną osobą - tłumaczem w banku gdzie wszyscy wymieniali dolary na szylingi. A zatem wymaganie znajomości języka obcego nie było decydującym kryterium kwalifikacyjnym, ważniejszy był kontakt w Radzie Naczelnej.
Poszedłem też z moimi towarzyszami do sklepu na WipplingerStrasse. Obsługiwał nas sam pan Szumilas (a może Skoczylas?), ponoć przed 1956 rokiem był wyższym urzędnikiem w jakimś ministerstwie w Polsce.
- Witamy przedstawicieli klasy robotniczej - pozdrawiała nas kasjerka.
- To nie klasa robotnicza pani Irenko, to jest już czerwona burżuazja - korygował ją właściciel. Miał rację.
Podliczyłem moje zapasy waluty. Płaszcz ortalionowy był poza moim zasięgiem - chyba 130 szylingów (5 dolarów) - po 1300 zł w Polsce - komentowała koleżanka z wydziału. Kupiłem nylonowe pończochy dla Matki i Sylwii oraz koszulę non-iron dla siebie. Pozostała mi jeszcze połowa kieszonkowego.

Pierwsza wizyta w stołówce Mensa była dla mnie pamiętna. Mogliśmy wybrać jedno gorące danie i jedną butelkę napoju - woda mineralna, lemoniada, Coca Cola. Coca Cola? - toż to był symbol zgniłego kapitalizmu. Piłem ją z nabożeństwenm i pewnym niepokojem - czy też to mi nie przewróci w głowie? Nie przewróciło. Po powrocie do Polski znalazłem gdzieś doskonałą charakterystykę tego napoju - jakbyś łykał piłeczki pinpongowe.

Naszym głównym zajęciem było zwiedzanie Wiednia, ale to trudniej opisac niż drobne scenki rodzajowe. Zwiedziliśmy cesarski pałac, letnią rezydencję Schönbrunn - KLIK, kilka kościołów i muzeów. Podczas zwiedzania katedry św Stefana zauważyłem ogłoszenie o wieczornym koncercie organowym. Opuściłem kolację żeby go wysłuchać. Innym wydarzeniemn muzycznym był koncert symfoniczny w sali ratuszowej. Grali nieznaną mi do tego czasu VII symfonię Beethovena.

Oczywiście nie obyło się bez porównań warunków życia. Wiedeń nie ucierpiał wiele podczas wojny więc nie było można porównywac go do Warszawy. Do Krakowa dał się jednak porównać. Oczywiście budynki na miarę wielkiego cesarstwa, ale to zasługa dawnych czasów. Zdecydowaną różnicą była ilość samochodów i ruch na ulicach. Dużo sklepów, ładne wystawy, dużo reklam - tego można było się spodziewać.
Amerykański dolar był wart około 25 szylingów. W tym samym czasie oficjalny kurs dolara w Polsce, po którym kupowałem swoje kieszonkowe wynosił 24 zł. Patrząc na ceny na wystawach odnosiłem wrażenie, że są bardzo podobne do tych w Polsce. Pozostawało pytanie - jakie są tu zarobki? Niestety nie mieliśmy kontaktu z nikim z miejscowych więc nie znaliśmy odpowiedzi. Nasi przewodnicy unikali dyskusji na takie tematy.
Na marginesie dodam,  że istniał rówież jeszcze bardziej oficjalny kurs dolara - 4 zł, ale nie wiem w jakich przypadkach był stosowany. Na czarnyn rynku kurs dolara wynosił około 100 zł. W 1972 roku utworzono sklepy Pewex, które skupowały dolary po 72 zł.

Kolejnym etapem był Linz. Jedynym uzasadnieniem pobytu w tym mieście była chyba wizyta w hucie i obejrzenie spustu surówki z wielkiego pieca. Tak jak w Nowej Hucie. W Linzu doszło do niemiłego incydentu. Obiad dostaliśmy w zakładowej stołówce a tam napoje można było sobie kupić w automacie. Kilka osób podniosło wielki krzyk - co za traktowanie!? Nasi przewodnicy zauważyli, że po pierwsze na stołach są dzbanki z wodą a po drugie właśnie na ten cel mamy kieszonkowe. Krzykacze nie ucichli - o chlebie i wodzie nas tutaj trzymają. Na szczęście nie umieli tego powiedziec w żadnym jezyku obcym a ja uchyliłem się od tłumaczenia. Oczywiście najwiecej krzyku podnieśli ci, którzy przewieźli do Austrii najwięcej dewiz.

Następny etap - Salzburg...

Salzburg

Tu spędzilismy chyba dwa dni. Oczywiście odwiedziliśmy dom rodzinny Mozarta. Mieszkaliśmy w hotelu młodzieżowym (Jugend Herberge) w pobliżu lotniska. Było tam pianino. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności zagrania menueta Mozarta. Moja pycha została ukarana, nie mogłem żadnego sobie przypomnieć, skończyło się na uproszczonej wersji Serenady Schuberta.

Następnego dnia pojechaliśmy do Zell am See. Kierowca autobusu wybrał krótszą trasę, która przechodziła przez Niemcy Zachodnie. Jakież było jego zdumienie gdy dowiedział się, że my nie możemy wjechac do NRF (nawet na 20 minut) bez wizy. Jechaliśmy więc dłuższą trasą przez Austrię, sceneria jak w bajce. Oto cel podróży...

Zell am See

Odbyliśmy wycieczki na lodowiec Kaprun i na Schmittenhohe. Drugiego dnia pobytu w Zell am See wypadał 1 września. Nagle zdałem sobie sprawę, że to przecież rocznica wybuchu II Wojny Światowej. Usłyszałem język niemiecki, wesołe śmiechy. W Polsce ten dzień nie robił na mnie specjalnego wrażenia, ale tutaj tak. Poczułem zażenowanie, że właśnie w tym dniu wypoczywam w tak pięknym miejscu w towarzystwie beztroskich ludzi mówiących po niemiecku. 1 września 1939 roku pewnie było tu tak samo jak teraz. Jakąś rekompensatą było wspomnienie odwiedzonego kilka dni wcześniej w Wiedniu pomnika ku czci żołnierzy radzieckich - KLIK
Pobyt dobiegał końca a mnie zostało pół kieszonkowego. Wydałem je bardzo rozsądnie. W Zell am See poszedłem do kawiarni w której występowali jodłujący śpiewacy i tancerze w krótkich skórzanych spodniach - KLIK. Niemiecka wersja tutaj - KLIK. Zostało mi kilka szylingów na zakup butelki Coca-Cola żeby mieć przy czym opowiadać Sylwii o moich wrażeniach.

Ostatniego dnia spędziliśmy jeszcze kilka godzin w Wiedniu - kolacja w restauracji pod gołym niebem na Grinzingu. Podawali młode wino, orkiestra grała walce i polki. Wielu gości częstowało muzyków winem i obawiałem się, że orkiestra szybko wymknie się spod kontroli. Nie ma obaw, muzycy tylko maczali usta w szklance i przelewali zawartość do dzbanów pod krzesłami.

* Mensa to organizacja zrzeszająca osoby o wysokim IQ - KLIK. Polecam test podany na zlinkowanej stronie. 

sobota, 11 lipca 2015

Lech  Lech

Wakacje 1960 roku. W lipcu pojechałem na wyprawę rowerową. Moim towarzyszem był Marek K. kolega z sekcji pływackiej. Potrzebny ekwipunek zapakowałem do plecaka, który przywiązałem sznurkiem do bagażnika. Najpierw musiałem dojechać sam do Łodzi, tam miał do mnie dołączyć Marek. Dystans trochę ponad 150 km. Postanowiłem rozbić to na 2 etapy, pierwszy do Piotrkowa Trybunalskiego.
Po godzinie złapał mnie silny deszcz. W tych czasach nie istniały plastikowe torby czy płachty, założyłem brezentowy skafander, plecak był tylko trochę nieprzemakalny. Na dodatek pojawiły się dość strome wzniesienia. Przypominam - rower nie miał przerzutki. Po drugiej godzinie jazdy miałem już tego dosyć. Przejeżdżałem przez jakąś wioskę, pamiętając doświadczenia sprzed 2 lat zapukałem do pierwszej z brzegu chaty - gospodarzu, a nie macie tam czasem mleka?
Gospodarz spojrzał na mnie spode łba - a co to do mnie pukacie, czy tu bar mleczny czy co? 
Czy to czasy tak się zmieniły czy może Dziecko Komuny nie powinno oczekiwać, że będzie traktowane tak jak przedwojenna Pani?
W rezultacie postanowiłm zakończyć etap w Końskich, zaledwie 50 km od startu. Nawet nie próbowałem szukać noclegu w stodole, znalazłem miejsce w hotelu, znalazłem bar mleczny. Po odpoczynku poszedłem do kina gdzie wyświetlali właśnie film - Do widzenia, do jutra - KLIK. W tym filmie również jakieś dziecko komuny nie miało szans. Ogarnęły mnie wątpliwości na temat tej wyprawy i całego mojego losu. Dzień dłużył się niesamowicie.

Następnego dnia zaświeciło słońce, postanowiłem jechać ile dam radę, może aż do Łodzi - 105 km. Połykając kilometry nie zatrzymałem się w Piotrkowie Trybunalskim, pedałowałem aż na horyzoncie pokazały się zabudowania Łodzi a przy szosie zauważyłem stodołę z napisem - Autostop - Noclegi.
To było coś nowego - autostop zmienił oblicze. Gospodyni spojrzała na mnie podejrzliwie - a pan nie autostopowicz. Zdziwiło mnie to, wydawało mi się, że zwiedzanie Polski na rowerze powinno budzić większy respekt niż jazda samochodem na łebka. Na szczęście miałem również książeczkę autostopu, to rozwiało wątpliwości. Gospodyni zabierała książeczkę na czas pobytu. Nie pamiętam czy pobierała opłaty za nocleg w stodole natomiast pobierała je za skromną kolację. Skorzystałem, nogi się pode mną uginały.
Z dalszej jazdy pamiętam bardzo mało. Spojrzałem na mapę i przypomniały mi się główne punkty na trasie: Turek-Konin-Września-Gniezno-Bydgoszcz i dalej, do Gdańska. Jedynym miejscem, którego zwiedzanie pamiętam to katedra gnieźnieńska. Cały czas zajmowała jazda i odpoczynek. Z noclegami w stodołach nie było żadnych problemów. Na szosach było dość pusto i raczej bezpiecznie. Nie spotkaliśmy rowerzystów podobnych do nas. W Gdańsku Marek kończył swoją jazdę, pozostawał tu na jakiś czas u swojej cioci. Ja pojechałem do Sopotu i przenocowałem u znanego dobrze z poprzednich wakacji stryja Władka. Minęło zaledwie 3 lata od moich ostatnich wakacji w Sopocie, ale wydało mi się, ze miasto bardzo się zmieniło na niekorzyść. Wszędzie tłok. Mimo zaproszenia stryja nie zostałem tu dłużej. Następnego dnia pojechałem w stronę Kaszub. Tam odwiedziłem ciocię Stasię. Nie pamiętam ani nazwy miejscowości ani jakiego rodzaju była to instytucja, musiała mieć jakieś powiązania z seminarium duchownym gdyż pamiętam dobrze wyposażona bibliotekę i ciekawe dyskusje z księżmi. W bibliotece były roczniki Tygodnika Powszechnego a w nich felietony Stefana Kisielewskiego, które bardzo przypadły mi do gustu.
Droga powrotne do Kielc również nie pozostawiła żadnych wspomnień. W sumie przejechałem blisko 1,800 km. Po kilku dniach odpoczynku w Kielcach pojechałem do Rzeszowa na obóz wojskowy.

To do tego miesiąca ćwiczeń wojskowych odnosi się tytuł wpisu. Jest to również tytuł piosenki zespołu Trubadurzy - KLIK.

Do Rzeszowa przyjechałem pociągiem o wczesnym świcie. Na dworcu spotkałem wielu kolegów. O 7 rano stanęliśmy przed bramą jednostki wojsk samochodowych. Dostaliśmy mundury, oddaliśmy swój dobytek do magazynu. Podzielono nas na plutony - pluton liczył około 20 osób. Nasz pluton miał dwóch dowódców - sierżanta Gibadło i kaprala Słowika.
- Kapralu Słowik, dajcie no tym studentom taką szkołę żeby śpiewali jak słowiki - powiedział dowódca jednostki.
- Rozkaz obywatelu pułkowniku!
Pierwszym zadaniem było przygotowanie sobie łóżek. Kapral Słowik pokazał nam jak ma wyglądać żołnierskie łóżko. Siennik wypchany bardzo dokładnie słomą miał być prosty i kanciasty jak pudełko od zapałek. Do tego twardy jak kamień. Dostaliśmy puste wory sienników żeby je napełnić słomą. Uwaga - brać tylko suchą słomę. W magazynie trochę przecieka, tej mokrej słomy pod żadnym pozorem nie brać. Suchej słomy było jak na lekarstwo. Wpychaliśmy do sienników co wpadło w ręce starając się żeby na powierzchni kłaść względnie suchą słomę. Dowódcy stali w drzwiach i poganiali. Ledwie zanieśliśmy sienniki do sypialni usłyszeliśmy rozkaz - sprzątanie terenu. Klatka schodowa i korytarze były zasypane kawałkami słomy. Zamietliśmy, pospieszylismy do sypialni - wszystkie łóżka były puste. Żaden siennik nie spełniał wymagań i dowódcy wyrzucili je przez okno. Przez następne kilka godzin na przemian wnosiliśmy sienniki na górę i sprzątaliśmy klatkę schodową. Myślę, że to wielokrotne wyrzucanie sienników przez okno przyspieszyło wysychanie mokrej słomy. W międzyczasie dostaliśmy obiad. Wszyscy bylo okropnie zmęczeni. Ktoś obznajmiony z wojskowymi praktykami pocieszył nas, że to nie może trwać dłużej niż do 10 wieczorem. Przed 10 odbywa się apel wieczorny, potem toaleta i punktualnie o 10 wojsko musi spać. Czekaliśmy więc tego apelu jak zbawienia. Kapral Słowik szkolił nas jak należy w wojsku spać. Zarówno kładzenie się do łóżka jak i wstawanie z niego odbywało się na trzy tempa.
Wstawanie:
1. komenda - Pobudka - usiąść w łóżku.
2. komenda - pobudka - odwinąć koc i spuścić stopy na podłogę.
3. komenda - wstać - stanąć przy łózku.
Kładzenie się:
1. komenda - Na komendę - stanąć przy łóżku.
2. komenda - do łóżka - odchylić koc i usiąść na łóżku trzymając stopy na podłodze.
3. komenda - spać - położyć się na wznak i nakryć kocem.
Teraz, wcześniej wyznaczona osoba musiała odśpiewać capsztyk. Purystów językowych proszę o niezabieranie głosu. Tu nie ma pomyłki - w latach 1960-63 w wojsku odśpiewywało się CAPSZTYK i basta! Wyznaczony kolega stawał na krześle i śpiewał wątłym głosem - caaaaaaaapsztyk. Następnie kładł się do łóżka a kapral Słowik dodawał jeszcze swoją własną komendę: w prawo zwrot! Prawa ręka na sercu, lewa ręka na sęku. Gasił światło i wychodził.
Byliśmy tak zmęczeni, że każdy natychmiast zasnął. Po kilku minutach obudził nas huk otwieranych gwałtownie drzwi, zapalone światło i komenda: pobudka-pobudka-wstać! Sprzątanie terenu! Oczywiście - wojsko musi o 22 iść spać, ale porządek musi jednak być. Po godzinie wróciliśmy do łóżek, ale wezwano nas do sprzątania jeszcze dwa razy tej nocy.

Pobudka poranna o 6, kilkanaście minut później półgodzinna gimnastyka poranna. Trudno to było nazwać gimnastyką. Po kilku wymachach ramion ustawialiśmy się czwórkami i biegaliśmy wokół placu alarmowego. Po gimnastyce toaleta poranna. Po powrocie do sypialni okazało się, że kilka łóżek straciło przez noc swój regulaminowy wygląd - sienniki wyleciały przez okno. Znowu upychanie sienników i sprzątanie terenu. Na szczęście o 8 zaczynały się zajęcia.
Kapral Słowik narzekał - to żadne wojsko - rekrut musi ćwiczony minimum pół roku, bez żadnych przerw, inaczej to jest zabawa.
- E tam wojsko, wojsko, to i tak ruskie wojsko - odpowiadali niektórzy.
- Ruskie, polskie czy carskie, dla chłopa ze wsi to żadna różnica - odcinał się kapral. 
Czas wolny po zajęciach zajmowało nam nieustanne porządkowanie terenu. Już po dwóch dniach rozpracowaliśmy system. Trzeba było mieć zawsze przy sobie jakąś szmatę. Gdy wpadał któryś z dowódców trzeba było udawać, że się coś wyciera. Dobrym miejscem była klatka schodowa gdyż był czas na zajęcie właściwej pozycji. Najlepszym miejscem była ubikacja. Tu należało mieć pod ręką wiadro pełne wody. Ilekroć ktoś wchodził chlustało się tą wodą pod nogi przybysza - nikt nie miał wątpliwości, że tu robota wre. Byle do przysięgi -  mówili lepiej poinformowani.

Po dwóch dniach kilku kolegów rzuciło propozycję, że sami poprowadzimy gimnastykę poranną - pokażemy im bezsens tego biegania w kółko. Propozycja została przyjęta entuzjastycznie. Ku naszemu zaskoczeniu dowództwo przychyliło się do naszej prośby. Następnego dnia inicjator pomysłu przejął komendę. Wymachy ramion, skłony, przysiady. Niestety wielu kolegów tylko markowało ćwiczenia, nie trzymali tempa, niektórzy nie ćwiczyli wcale. Po kilku minutach prowadzący ćwiczenia zaciął się. - Chłopaki, co teraz? - padło kilka propozycji, ale generalnie zapanowało zupełne rozprzężenie.
- Kompania, na moją komendę - w czwórki w prawo zwrot! Biegiem naprzód - marsz! - zakomenderował kapral Słowik. Wszyscy równo wykonali rozkaz. Nikt już nie zgłaszał żadnych inicjatyw.

Wreszcie nadszedł dzień przysięgi. Już od kilku dni poświęcaliśmy wiele czasu na musztrę, parady i krok defiladowy.
- Chłopaki - pamiętajcie, podczas przysięgi, przed każdym zdaniem mówcie po cichu - nie - radzili domorośli eksperci.
Sama ceremonia nie pozostawiła zadnych wrażeń. Nasi bezpośredni dowódcy dziwili się, że na przysięgi nie przyjechali nasi najbliźsi. 
- Przysięga, to przysięga. Dopiero po przysiędze człowiek ma prawdziwy honor i nikt mu nie ubliży. To jest bardzo ważny dzień, ważniejszy niż bierzmowanie.
- Człowiek ma zawsze honor - oponowaliśmy.
Kapral Słowik i sierżant Gibadło kręcili z powątpiewaniem głowami - nie macie pojęcia jacy ludzie sa ciemni i niepozbierani. Dopiero w wojsku uczą się jak się przedstawić, jak utrzymać rzeczy osobiste w porządku, że trzeba mieć plan dnia, że na pytania trzeba odpowiadać krótko i na temat.
Honor - wyście wszyscy tacy honorowi a niech tylko kula świśnie nad głową to każdy tylko o swojej d... myśli. Człowiek musi dostać dobrze w kość żeby wykonał rozkaz w każdych warunkach.

Po przysiędze wszyscy dostaliśmy przepustki. Ruszyliśmy ławą do miasta. Po chwili potworzyły się mniejsze grupki, które zakotwiczyły się w mijanych kawiarniach i restauracjach. Piliśmy wino, zerkaliśmy na siedzące przy sąsiednich stolikach dziewczęta. Niektórzy ruszyli do tańca. Powrócili do stolików z informacją, że cały Rzeszów wie o naszej przysiędze, wszystkie dziewczyny na nas czekają. Chyba tak było, na parkiecie zaroiło się. Dziewczęta były przesadnie wymalowane i wyperfumowane. Nowoupieczeni zołnierze pili zbyt dużo wina. Ostrzeżono nas, że lepiej nie chodzić do baru gdyż ten jest zdominowany przez długoterminowych, poborowych, ktorzy szukają okazji do bójki. Nie czułem się zbyt dobrze w takiej atmosferze. Do koszar wróciłem przed czasem. Nie wykorzystałem okazji do wyjścia na następną przepustkę.

Nasze ćwiczenia obejmowały jazdę samochodem, pracę w warzsztacie samochodowym, zajęcia z taktyki. Do naszego stałego wyposażenia należały maski gazowe i mieliśmy kilka okazji z nich skorzystać. Do tego przeznaczony był osobny, szczelny namiot, w którym rozpylono gaz łzawiąco-krztuszący. Do namiotu wbiegaliśmy bez masek na twarzach grupkami po 4 osoby. Musieliśmy dobiec do jakiegoś stołu i dopiero tam wolno było założyć maskę. Każdy posmakował nieco gazu, niektórzy zbyt wiele. To było ohydne doświadczenie.
Natomiast dużą atrakcją było strzelanie. Wielkie ciężkie karabiny pamiętające II Wojnę zastąpił pistolet maszynowy, popularny do dzisiaj, kałaszników czyli AK-47... 

AK47
Ja w głębi, na pierwszym planie Daniel - mój partner z praktyki w Nowej Hucie i kajakowania na Mazurach.

Po pierwsze niezwykla prosta konstrukcja. Zmorą jeszcze z czasów szkolnego przysposobiania wojskowego było zapamiętanie opisu pracy zamka karabinowego - "...pazur wyrzutnika łuski śłizga się skośnie po gładzi komory nabojowej...". W AK-47 zamek składal się z niewielu części, opis działania mieścił się w jednej linijce. Po drugie - skuteczność. Świetnie skonstruowane elementy celownicze, trudno było nie trafić do celu. Chyba wszyscy uzyskali na strzelaniu wyniki conajmniej dobre.

Najbardziej czekaliśmy oczywiście na naukę jazdy. Do dyspozycji mieliśmy stare i ciężkie ciężarówki ził. Największym problemem było wrzucić drugi bieg. Sprzęgła były dość kapryśne, jazdy odbywały się na wyboistym terenie, wydawało się, że wystarczy na chwilę zdjąć nogę z gazu a samochód się zatrzyma. Jechaliśmy więc przy ogłuszającym ryku silnika na pierwszym biegu czekając aż będzie trochę z górki i samochód się rozpędzi. Prowadzony przeze mnie samochód już po minucie wpadł do rowu. Było pod górkę i pod słońce, nic nie widziałem. Wyskoczyliśmy z samochodu, ja bardzo przestraszony, instruktor okropnie zmieszany. Po chwili podjechał do nas gazik - co się gapicie poborowy, wskakujcie szybko czas jazdy wam ucieka. Zawieźli do mnie do następnego samochodu. Mój instruktor dostał za karę 3 dni ZOK - zakazu opuszczania koszar. Samochód miał złamany resor i w czasie wolnym pomagałem mojemu niefortunnemu instruktorowi w jego wymianie.

 Wreszcie oczekiwany koniec ćwiczeń, jeszcze tylko zdjęcie pamiątkowe...

Do cywila

W środku nasi bezpośredni dowódcy, sierżant Gibadło i kapral Słowik.