Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: matura

wtorek, 23 czerwca 2015

Lech

Wreszcie nadszedł termin egzaminów. Pierwszy - pisemny z polskiego. Wybrałem temat o Mickiewiczu. Uznałem, że ranga egzaminu zasługuje na 11 stron i zacząłem pisać. Skończyłem, policzyłem zapisane  strony - jedenaście.
Następny był egzamin pisemny z matematyki. Zaskoczyło mnie zadanie jakie rozwiązywaliśmy jeszcze w szkole podstawowej - coś w rodzaju - pociąg wyrusza ze stacji i jedzie z prędkością 60km/godz, 30 minut później wyrusza następny pociąg, który jedzie z prędkością 90 km/godz. Po jakim czasie dogoni on pierwszy pociąg? Nastąpił jakiś blok w mózgu, gorączkowo porównywałem czasy i nic z tego nie wynikało. Pan Bielas zajrzał mi kilka razy przez ramię, wreszcie nie wytrzymał - porównaj odległość - syknął. Oczywiście! Jednak to wydarzenie tak mnie zdeprymowało, że również w innych zadaniach robiłem sporo błędów, wiedziałem, że tu nie będzie dobrego wyniku.

Egzamin ustny - polski - czysta formalność, fizyka - dobrze, historia również. Matematyka - znowu tragedia. Zadanie z trygonometrii było rzeczywiście wyjątkowo trudne i nie dokończyłem go z braku czasu. Drugie pytanie - nie pamiętam jak było sformułowane, ale w ogóle nie rozumiałem o co chodzi. Pan Bielas próbował naprowadzić mnie na właściwą drogę, wreszcie polecił: pisz - limes... Wytrzeszczyłem ze zdumienia oczy - co to znaczy limes? Teraz pan Bielas się zdumiał. Jak to co to znaczy - granica - pisz: limes... - Nie wiem o co chodzi, tego nie przerabialiśmy na lekcji. Pan Bielas zaniemówił. Ostatnie pytanie było formalnością, chyba odpowiedziałem dobrze, ale to już nie miało wielkiego znaczenia. Po kilku dniach rozmawiałem na ten temat z kolegą z klasy. Zadanie z trygonometrii - na moją prośbę spróbował je rozwiązać - zajęło mu to 20 minut. To było jednak za dużo jak na egzamin ustny. Słyszałeś takie słowo - limes? - zapytałem. - A, tak - granica - o tym była jedna lekcja, tam był taki przykład... To był dokładnie przykład z mojego egzaminu. Widocznie opuściłem tę lekcję i nie przyszło mi do głowy dowiedzieć się co było przerabiane.
Wynik końcowy - pięć trójek - w tym z matematyki. Wielkim zaskoczeniem była dla mnie czwórka z rosyjskiego. Wszak w ósmej klasie zostałem według mojej opinii skrzywdzony przez nauczyciela i od tego czasu zupełnie się do tego przedmiotu nie przykładałem i nigdy nie dostałem stopnia lepszego niż trójka. Tę czwórkę uznałem za rekompensatę dawnej niesprawiedliwości, ale może wychowawca podciągnął mi ocenę po prostu z dobrego serca.

Trójka z matematyki - bałem się Matce spojrzeć w oczy. Żeby jej jakoś zrekompensować sprawiony zawód powiedziałem, że za to nie wezmę udziału w balu maturalnym. Teraz z kolei Matka uważała, że jestem zbyt surowy dla siebie. Prawda była taka, że nie miałem żadnej partnerki na bal i nie przychodziło mi do głowy kogo mógłbym zaprosić. 
Oto pamiątkowe zdjęcie - ja, czwarty od lewej w górnym rzędzie, Tadeusz trzeci od lewej (wliczając w to nauczyciela) w środkowym rzędzie...

Matura

Po zdjęciu wróciłem do domu. 

Lech

Po prawej moje zdjęcie na świadectwie maturalnym. Niestety kieleccy fryzjerzy w zakładzie pana Sadło nie wiedzieli z której strony zabrać się do (strzyżena) jeża. Brali kolejne kosmyki włosów między dwa palce i cięli je nożyczkami. Wyniki były często dość karykaturalne.

Kilka tygodni po maturze pojechałem do Warszawy na egzamin na Politechnikę. Zamieszkałem u stryja Ziemowita, na Ochocie. Pogody były piękne i sporo czasu spędzałem na basenie Legii. Widziałem, że stryjowi bardzo to się nie podobało, ale stwierdziłem, że generalnie jestem dobrze przygotowany (o maturalnej trójce z matematyki nie powiedziałem) i kilka godzin nauki w niczym mi nie pomoże.
Egzamin pisemny z matematyki. Tym razem byłem jak w transie. Rozwiązałem wszystkie zadania  w czasie krótszym niż godzina i gdy wstałem oddać pracę asystent spytał mnie z troską czy dobrze się czuję i czy może chcę jeszcze sprawdzić swoje rozwiązanie. Nie chciałem. Prosto z uczelni pojechałem na basen.
Egzamin ustny. Matematyka - dobra passa trwała. Pytania wydawały mi się dziecinnie proste. Fizyka - pytania były jeszcze prostsze, za proste. Szykując się do egzaminu rozwiązywałem wiele zadań, niektóre były mocno skomplikowane i na coś takiego byłem nastawiony. Tu nie dostałem żadnego zadania tylko pytania typu - zależność ciśnienia atmosferycznego od wysokości. Coż za pytanie, co to ma wspólnego z elektrycznością? Wiadomo, im wyżej tym ciśnienie niższe - w głowie krążyły mi opowieści o wyprawach himalajskich, atak Polaków na Nanda Devi, Mallory zaginiony podczas zdobywania Mt Everest, sukces Tensinga i Hillarego w 1953 roku - asystent kiwał z uśmiechem głową - tak, maleje gdy wysokość rośnie - proszę mówić dalej. Nie miałem już nic do powiedzenia. Nawet nie poszedłem na basen. Wieczorem wróciłem do Kielc. Po 2 tygodniach nadeszła informacja, że na studia się nie dostałem. 

Dla Matki był to ogromny cios. Było mi Jej bardzo żal. O siebie zbyt się nie martwiłem, po pierwsze i nie wiedziałem co chcę studiować więc nie miałem poczucia żadnej straty, po drugie nie miałem jeszcze skończonych 17 lat więc obowiązkowa służba wojskowa mi nie groziła. Natomiast dla Matki była to porażka i na dodatek wstyd przed braćmi Ojca, którzy wielokrotnie rzucali komentarze, że zbyt mało ode mnie wymaga. 
Według braci Ojca to niepowodzenie powinno wyjść mi na dobre. Teraz powinienem spędzić rok na pracy zarobkowej i ostrym przygotowaniu do egzaminów za rok.

Póki co była dopiero połowa lipca, nie zamierzaliśmy podejmowac żadnych działań do końca wakacji.
Nie minęło wiele czasu a spotkałem na ulicy moją kuzynkę Jagodę - córkę stryja Ziemowita. Jagoda była wyjątkowo serdeczną osobą. Nie wspomniała ani słowem o egzaminach lecz spytała czy nie wybrałbym się na pieszą wycieczkę w Pieniny i Gorce. Wycieczkę organizowała ciocia Jagody, pani Julia Sławoszewska. Państwa Sławoszewskich znałem bardzo dobrze. Miałem w pamięci instrukcję Matki - gdybym umarła to idź do pp. Sławoszewskich, oni będą wiedzieli co zrobić. Mieszkałem u nich kiedyś przez 6 tygodni gdy Matka musiała wyjechać do Gliwic na obowiązkowe szkolenie zawodowe.
Pani Sławoszewsska była nauczycielką, polonistką, w szkole im Królowej Jadwigi w klasach licealnych. Na wycieczkę zabrała ze sobą swoje dwie byłe uczennice, które obecnie już były na studiach.

Kupiłem plecak i za dwa dni pojechaliśmy w piątkę pociągiem do Nowego Targu. Program wędrówki był bardzo ciekawy - Czorsztyn, zamek w Niedzicy, spływ Dunajcem, wejście na Trzy Korony, stamtąd na Turbacz i zejście do Rabki.
Na zamku w Niedzicy spotkaliśmy turystę z Brazylii, który opowiedział nam o skarbach, które ponoć ukryli tu Inkowie - KLIK. W Szczawnicy, w schronisku, w którym mieszkaliśmy miałem okazję zagrać z Jagodą w bridża. W domu jej ojca co roku spędzałem ferie zimowe albo Wielkanocne. Tam grali w bridża podczas każdego spotkania towarzyskiego, ale mnie do gry nie zapraszali. To była moja pierwsza gra z dorosłymi i z radością stwierdziłem, że gram nie gorzej od nich.
Kolejny nocleg był we wsi Ochotnica, u gospodarza. Ze zdziwieniem spostrzegłem, że relacje między panią Sławoszewską a gospodarzem były chyba jak za czasów feudalnych. Nie jestem pewien jak wyglądało rozliczenie finansowe za nocleg i posiłki, ale podejrzewam, że było na zasadzie - co łaska. Z drugiej strony jestem pewien, że p. Sławoszewska wynagrodzila gospodarzy bardzo dobrze.
Również podczas wędrówki do Rabki gdy przechodziliśmy przez wieś zapukaliśmy do jakiejś chaty i już na progu zadysponowaliśmy - gospodarzu, dajcie nam proszę mleka. Trafiliśmy bardzo dobrze gdyż cały ostatni udój się zsiadł. Zsiadłe mleko smakowało doskonale. Gospodarz przyglądał nam się z pewną ironią. Idzie burza to się zsiadło - wyjaśnił. Jedzcie ile chcecie, to wszystko pójdzie i tak dla świń, to nic wam nie policzę. Godzinę póżniej przyszła gwałtowna burza z piorunami. 

Następnego dnia po moim powrocie do Kielc przyszła depesza od stryja Ziemowita - przyjedźcie do Warszawy. Sprawa studiów.

niedziela, 21 czerwca 2015

 Tadeusz
Przygotowanie do matury zaczęło się już we wrześniu 1957 formalną, na piśmie spisaną umową z ciocią Jadzią. Moje zagrożenia z X klasy były w domu znane, stąd różne formy mobilizowania mnie. Stawka była spora z obu stron, kwota do wygrania to około jednej trzeciej ciocinych miesięcznych poborów. Z mojej to dorobek życia filatelistycznego.
 


We wszystkich rodzinnych rozmowach o mojej przyszłości wiadomo było od wielu lat, że mam być inżynierem. Tyle, że nie wiadomo od czego. Nie wiedział tego nikt łącznie ze mną. Byłem tak zwanym uzdolnionym we wszystkich kierunkach i we wszystkich leniwym. Pasje brydżowe, kolekcjonerskie, majsterkowanie, ożywiona skłonność do dziewcząt, ani nawet jałowe filozofowanie o sensie istnienia nie wskazywały na żaden konkretny inżynierski kierunek. W końcu udało mi się wybrać kierunek łączący inżyniera z pięknem wizualnym i wykorzystaniem moich zdolności rysunkowych - to była architektura. Kierunek wówczas tak modny , że zdobycie miejsca na studia graniczyło z cudem. Moje rysowanie było czysto amatorskie, odwzorowywanie natury w sposób bierny, naśladowanie mojej mamy w jej malowidłach i szkicach z wycieczek. Prawdę powiedziawszy to mama była w tym lepsza ode mnie. W szkole były lekcje rysunku, ale polegały one na rysunku technicznym czyli przeważnie widok przedmiotu z trzech stron (tzw. rzuty), aksonometrii czyli perspektywy równoległej i wymiarowaniu. Ale nie ma sie co dziwić, uczył nas profesor od fizyki. Postanowiłem iść na jakieś dodatkowe lekcje rysowania. W kieleckim liceum plastycznym było organizowane kółko zainteresowań przygotowujące do egzaminów wstępnych na architekturę lub ASP.
W tamtych czasach matura była tylko wstępem, jej wyniki nic nie warte, podstawowy egzamin odbywał się na uczelniach. Na początku lipca we wszystkich uczelniach robiona była selekcja pisemna, w drugiej turze ustna. Limit był ograniczony, na modnych kierunkach dochodziło do paruset kandydatów na jedno miejsce. Na architekturę dochodzilo setki. Przedwojenna kadra na uczelniach nie dopuszczała do istotnej deprecjacji studiów przez preferencje polityczne - miejsca rektorskie, pochodzenie robotnicze itp. Tak więc musiałem choć popróbować uzupełnić swoje predyspozycje architektoniczne. Ale wyglądało to żałośnie. Chodziliśmy na kurs z Ostasiem. Trochę było rysowania dzbanków czy krzeseł z natury. Większość czasu zajmowało opowiadanie o historii sztuki, wyświetlanie epidiaskopem obrazów. Wraz Ostasiem byliśmy wówczas w okresie palenia fajki. Zadymialiśmy salę na tyle dokładnie, że ekran był szarawy. Prowadzący nie reagował, palenie poza szkołą nie było czynem nagannym, a my mieliśmy status wolnych ludzi. To była czysta strata czasu, choć towarzysko zabawna.
Przed samą maturą było grupowe uczenie się niektórych przedmiotów - przede wszystkim historii, w niej wszyscy mieli duże zaległości, szczerze powiedziawszy ja nie umiałem prawie nic. Historia zajęła nam non stop ponad dobę wzajemnego referowania, przepytywania, przypominania, uzupełniania. Rzecz oczywista poprzedzone to było przeczytaniem podręczników z czterech lat. Musiałem nauczyć się także gramatyki - pani Felisowa czyli profesorka od polskiego w trzecim okresie specjalnie postawiła mi trójkę, aby mnie do tej gramatyki zmusić - czwórka przez cały rok zwalniała z egzaminu ustnego w wypadku dobrej oceny pisemnej matury. Jestem jej za to wdzięczny - nawet dziś wiem jaka jest struktura języka czy zdania. Inne przedmioty nie wymagały przygotowań, wystarczyło przejrzeć wzory, definicje.
Mama na ten ostatni okres by uciec od zdenerwowania i emocji pojechała na wczasy na dwa tygodnie. 
Sama matura to są wspomnienia raczej przyjemne. Na egzaminie pisemnym z matematyki na sali siedziało przypadkowo trzech dobrych blisko siebie, ja wśród nich. Każdy zrobił po zadaniu, wymieniliśmy się i wyszliśmy po godzinie. Nie mieliśmy z tego powodu żadnego poczucia winy - mieliśmy świadomość, że każdy z nas zrobiłby każde zadanie. Naprzeciw szkoły była wówczas rozgłośnia radiowa. Dziennikarz jako pionierów maturalnych wziął nas na wywiad w radio! Nie zachowaliśmy się przyzwoicie, bo na pytanie komu najbardziej chcielibyśmy podziękować wymieniliśmy profesora Ertla i profesora Górnickiego. Zapomnieliśmy o wychowawcach. Na ustnym (pisemnego nie było) egzaminie z historii dostałem tematy, które akurat bardzo dobrze zapamiętałem. Zdałem na piątkę! Po moich czteroletnich bardzo słabych trójkach na świadectwie maturalnym mam czwórkę. Ale co innego było powodem mojej radości - profesor Górnicki od historii był mrukliwym, wymagającym, ale bardzo życzliwym, sprawiedliwym przedwojennym nauczycielem, czuliśmy, że dużo musi uników robić podczas uczenia historii w tamtym obcym mu ustroju. Później dowiedziałem się, że podczas wojny prowadził tajne nauczanie. A więc cieszyłem się, że dałem mu satysfakcję, że jego nauczanie nie poszło na marne. Fizyka ustna to był obraz mojego podejścia do przedmiotu - trzeba rozumieć zjawiska, użytkowanie tego to rzecz drugorzędna. A więc pytania teoretyczne poszły mi świetnie, ale z zadania to ledwo się wybroniłem. Matura z dodatkowego przedmiotu czyli angielskiego była formalnością. Wszyscy dostali piątki!
Na świadectwie maturalnym mam tylko jedną trójkę - tę z geografii, i jedną piątkę - z angielskiego. Umowa została wykonana, na co poszła wygrana nie pamiętam, może na wyjazd z Ostasiem na autostop?
Zdjęcie jest ze świadectwa maturalnego i z dowodu osobistego, który mi służył aż do lat 90. Miałem potem częste kłopoty np. w bankach z takim zdjęciem przy moim późniejszym wyglądzie. Przy okazji ciekawostka - pod koniec lat 50 do dowodu brane były odciski palców. Jak do Kennkarty w GG. Na początku lat 60. tego zaniechano. 
Czy w owych czasach istniała studniówka to nie pamiętam. Ale bal maturalny oczywiście był. Dla dzisiejszych maturzystów oprawę miał niewyobrażalnie egzotyczną. Zamiast sali dancingowej dwie klasy opróżnione z ławek. Zamiast stolików restauracyjnych bardzo długi stół na korytarzu, siedzieliśmy wraz z nauczycielami po dwóch jego stronach. Jako ludzie już dorośli paliliśmy papierosy częstując także profesorów. Jednak alkoholu oficjalnie nie było. Jedzenie rodzice przygotowali i ustawili. To był najwspanialszy bal maturalny w moim życiu. Bo jedyny.

piątek, 19 czerwca 2015

Lech  Lech

Znowu zmiana fryzury. Tym razem Fanfana zastąpiła główna gwiazda olimpiady w Melbourne - Bobby Morrow. Pozwolę sobie nadużyć cierpliwość czytelników tego blogu i obejrzeć film z jego występów - KLIK.

W klasie X mój zapał do nauki zaczął przygasać. Składało się na to pewnie wiele przyczyn - frustracje wieku dojrzewania, trudne warunki mieszkaniowe, długie godziny spędzane na słuchaniu radia i czytaniu książek, malejące zainteresowanie nauką. Nawet matematyka i fizyka przestały mnie interesować.
Podczas spotkania w Warszawie z okazji ferii świątecznych stryj Jerzy, z zawodu inżynier elektryk, na wiadomość, że zamierzam studiować inżynierię elektryczną zapytał: To pewnie wiesz jakie są standardowe grubości przewodów elektrycznych? Zdumiałem się - a cóż mnie może obchodzić grubość drucików? - 0.1mm, 0.5 mm. 1.0 mm... recytował stryj. Nabrałem poważnych wątpliwości czy rzeczywiście chcę zostać inżynierem elektrykiem. Czy chcę w ogóle zostać inżynierem. Swoją drogą nic innego nie przychodziło mi do głowy.

Jednym pozytywnym wyjątkiem był język polski. Do tego czasu nauka polskiego nie interesowała mnie. Po pierwsze koncentrowała się na literaturze, która niezbyt mnie interesowała. Głównie polscy klasycy a ja właśnie żyłem emocjami Jana Krzysztofa (Romain Rolland), pasjami Axela Munthe, frustracjami Martina Edena (Jack London), drukowanymi w Przekroju okrutnymi opowiadaniami Curzio Malaparte czy przewrotnymi humoreskami Roalda Dahla. Po drugie nie widziałem sensu w rozpisywaniu się na temat spraw oczywistych. W wypracowaniach i pracach domowych krótko i zwięźle relacjonowałem fakty i kończyłem sakramentanym zdaniem - książka była bardzo pożyteczna i bardzo mi się podobała.
Tadeuszowi zawdzięczam odkrycie, że język polski jest chyba jedyną dziedziną, w której mogę samodzielnie tworzyć. Nasza nauczycielka - pani Felisowa - bardzo lubiła kwieciste zwroty typu: Mickiewicz zbudował sobie swoją twórczością trwały pomnik wdzięczności w sercach rodaków. Tadeusz po lekcjach brał mnie na bok i próbował graficznie zilustrować to wyrażenie. Obaj pękaliśmy ze śmiechu a mnie otworzyły się jakieś klapki w mózgu. Przecież utwór literacki i jego tło historyczne i kulturowe to setki drobnych szczegółów, które mogę swobodnie wybrać i uporządkować w dowolną mozaikę. I na koniec ubarwić wyjątkowo kwiecistą frazą, której nawet Tadek nie potrafi narysować.
Pisanie zaczęło sprawiać mi dużą przyjemność. Wyrobiłem sobie zdolność budowania struktury wypracowania opartej na klasycznych formułach oraz zdecydowanego określania jego rozmiarów. Wkrótce wypracowałem swoiste standardy: praca domowa - 5 stron, godzinne wypracowanie w klasie - 7 stron. Nie musiałem liczyć stron czy zdań, treść układała się automatycznie w ustalone ramy. Od tego czasu regularnie otrzymywałem z polskiego solidną czwórkę. 

Literatura... pisałem już o swoim pozornym zainteresowaniem jazzem. Podobnie było z literaturą. Nagle na półkach pojawiły się niedostępne do tego czasu kryminały i książki pisarzy amerykańskich. Czytałem i powtarzałem wyczytane w Przekroju opinie, ale w rzeczywistości żadna powieść kryminalna czy księga grozy nie dorównywała według mnie utworom A.E. Poe, Hemingway znacznie ustępował Jackowi Londonowi, Faulknera nie rozumiałem a Steinbeck, poza Ulicą Nadbrzeżną, wywoływał wzruszenie ramion. Chyba wtedy złapałem nawyk wielokrotnego wracania do książek już przeczytanych.

Dziecięce zabawy po szkole na podwórku czy w ogrodzie zastąpił bridż. Tadeusz mieszkał najbliżej szkoły, jego mama wracała z pracy dopiero po czwartej mieliśmy więc conajmniej dwie godziny czasu. Trójka graczy była stała: Tadeusz, Andrzej O. czyli Ostaś i ja. Czwartym najczęściej był Adam K. czasami Staszek Ś. Zdarzało się, że graliśmy 5 dni w tygodniu. Nasi rodzice akceptowali naszą grę w bridża choć nie zdawali sobie sprawy z jej częstotliwości. Od czasu do czasu organizowali nam w niedziele bridżowe kolacje.
Któregoś dnia dołączył do nas kolega mieszkający na tej samej ulicy co Tadeusz. Po jednym robrze stwierdził, że bridż to nudna gra i zaproponował, że nauczy nas grać w pokera. Zasady były śmiesznie proste. Równie śmiesznie szybko wygrał nasze drobne oszczędności. Pozostaliśmy wierni bridżowi.

Pewnym urozmaiceniem nauki w ostatniej, XI, klasie były dwie wycieczki szkolne. Pierwsza na Jasną Górę...

Jasna Góra

Strona religijna tej wycieczki była dla mnie dość obojętna natomiast przeżyciem było odwiedzenie miejsc znanych mi z Potopu.
Druga wycieczka - do Warszawy. To z niej pochodzi zdjęcie w nagłówku blogu. Tadeusz wspominał w komentarzach o wizycie w operze, wtedy była to sala Roma na ulicy Nowowiejskiej, i obejrzeniu Cyrulika Sewilskiego. Dla mnie było to również bardzo istotne przeżycie. Wspominałem, że o ile fragmenty opery Carmen przyciągnęły mnie do muzyki o tyle wysłuchanie tej opery w całości okazało się fizycznie niemożliwe, zasnąłem. Podobnie było z innymi operami nadawanymi w radio. Cyrulik Sewilski to była pierwsza opera, w której muzyka, treść i akcja były w zupełnej zgodzie. Po wielu latach okazało się, że był jedyną taką operą.

Niewątpliwie istotnym czynnikiem moich rozterek i frustracji były dziewczęta a raczej ich brak. Tadeusz bardzo ciekawie opisał swoją edukację sentymentalną - KLIK. Jaka szkoda, że mi wtedy tego wszystkiego nie powiedział. W szkole średniej widziałem, że Tadeusz spędza wiele czasu w towarzystwie dziewcząt. Dla mnie było wciąż niejasne co chłopiec może mieć wspólnego z dziewczyną. Jeszcze w Domu Malskiej, w okresie szkoły podstawowej,  na naszym podwórku spotykałem dwie młodsze ode mnie dziewczynki. Nie zauważałem ich gdyż nie interesowały się konstrukcją pistoletów, łuków, struganiem łódek z kory, strzelaniem z klucza. Pierwszy raz zwróciłem na nie uwagę gdy chciałem zrekonstruować scenę egzekucji Milady z Trzech Muszkieterów. Niestety moja wybranka nie czytała tej książki. Wprawdzie poddała się ochoczo egzekucji, ale nie dostarczyło mi to żadnej satysfakcji. Poczułem się jak najemny kat a nie jak mściwy Atos. Natomiast w domu miałem przykład Matki-Polki - wdowa wychowująca samotnie syna dla... No właśnie - dla kogo?

Kobiety... Matka, przez swoje poświęcenie dla mnie, dawała mi jak najgorszy przykład, ale nie widziałem praktycznego sposobu jak to zmienić. Pani Gajl była całkiem inna. Była kobieca. Zwracała uwagę na wygląd, w jej zachowaniu było trochę kokieterii, nawet w stosunku do własnego syna. Tego mi mocno brakowało.
Kobiety wydawały mi się istotami skazanymi na cierpienie i poświęcenia. Liczne przykłady w rodzinie Matki potwierdzały tę wizję. To było rażąco niesprawiedliwe.
Pozytywnym przykładem była rodzina mojego Ojca. Generacje ludzi dobrze wykształconych, cenionych fachowców, którzy znajdowali uznanie niezależnie od systemów politycznych. Harmonijnie żyjące rodziny, które znajdowały czas na interesujące życie towarzyskie i dyskusje o kulturze.
Konkluzja - pójdę śladami mojego Dziadka, jego braci i synów. Ożenię się z kimś, kto będzie dobrą żoną i matką. Naszą misją będzie zachowanie rodzinnej i narodowej tradycji i przekazanie jej kolejnym pokoleniom. Komuna według oceny mojej Matki potrwa jeszcze 300 lat. Przetrwamy, damy radę.
To był świetny plan, ale co robić teraz?
W żadnej z dziedzin, która mnie interesowała lub była moim obowiązkiem - narty, pływanie, bridż, szkoła - nie było dziewcząt. Jeszcze w szkole podstawowej obserwowałem technikę Tadeusza. Upatrywał sobie ofiarę, na przykład podczas mszy, i natarczywie jej się przyglądał z przylepionym do twarzy zachęcającym uśmiechem - muszę stwierdzić, że zawsze bardzo dobrze wybierał. Pierwsze reagowały koleżanki - śmiały się, pokazywały sobie Tadeusza palcami, starały się zwrócić na niego uwagę jego wybranki. Ja już w tym momencie spaliłbym się ze wstydu zaś Tadeusz trwał a w jego uśmiechu dostrzegałem lekki odcień satysfakcji. Oczywiście wybranka już od dawna widziała te zabiegi, starała się na wszelki sposób to ukryć, ale zdradzał ją rumieniec na twarzy.
To wszystko nie miało dla mnie sensu - chłopak musi zrobić z siebie durnia, ale co otrzymuje w zamian? Kontakt osobisty, tak, ale co wtedy robić, o czym rozmawiać?
Jedyne znane mi istoty płci żeńskiej, poza Matką, z którymi można było rozmawiac o ciekawych sprawach to były trzy córki stryja Ziemowita. Najbliższa była mi środkowa, Anna, jeździła na nartach, wspinała się w Tatrach, doskonale znała wszelkie nowiny wydawnicze i potrafiła tak ciekawie mówić o jazzie, że próbowałem go na nowo polubić. Ale ona były już po studiach. Wniosek - dziewczyny robią się ciekawe dopiero na studiach. A może potrzebna jest do tego atmosfera dużego miasta?
Nawet ten konstruktywny wniosek opierał się na wątłych podstawach. Moją uwagę przyciągnęła dziewczyna z koedukacyjnej szkoły. Ona nie czekała na zaczepki chłopców, sama ich zaczepiała. Czy zauważyłeś moją nową bluzkę? - pytała. Była zawsze otoczona gronem chłopców, którzy nawzajem licytowali się w ich zdaniem dowcipnych odpowiedziach. To była sieć ochronna, otoczenie kolegów dawało pewien relaks, pozwalało na zmiany tematu bez obawy, że zapadnie kłopotliwe milczenie. Ona nie wyróżniała nikogo, nikt nie widział jej nigdy na randce z chłopakiem. A więc jednak z większością dziewczyn nie mam nic wspólnego. To potwierdzało słuszność idei, że jedyną ścieżką jest małżeństwo. Wtedy obowiązki domowe, rodzinne i rodzicielskie doskonale wypełnią czas.

Tadeusz wspomniał o erotyce i groźbie potępienia. To wydawało sie nieunikniowe - potępienie. Jeśli Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo to na pewno wykluczył z tego erotykę i płodzenie potomstwa. Wszak sam nie spłodził swojego Syna lecz uciekł się do jakichś niejasnych sztuczek. Również nie trudził się jego wychowaniem, scedował to na poczciwego rzemieślnika. Dużo bliźsi byli mi bogowie greccy, ale wiedziałem, że to twory ludzkiej fantazji. Bóg judajski był jedynym prawdziwym Bogiem a jedyną szansą na zbawienie było Jego miłosierdzie.

Zdawałem sobie sprawę, że zbliżająca się matura i, zaraz po niej, egzamin na studia całkowicie zmienią styl mojego życia. Czekałem jednak na to dość obojętnie. Nie widziałem żadnej autentycznie atrakcyjnej dla mnie opcji, nie obawiałem się również że moje życie mogłoby się wyraźnie pogorszyć.

środa, 17 czerwca 2015

 Tadeusz
W średniej szkole, po początkowych miesiącach euforii stawania się młodzieżą, moje zainteresowania sporo odskoczyły od szkoły. Lekcje poszły na dalszy plan, przedmioty, zwłaszcza takie jak geografia, chemia, historia, języki czyli wymagające więcej zapamiętywania niż rozumienia stawały się po prostu pracą do odrobienia, polem kalkulacji średniej otrzymanych ocen. Nie przeżywałem zainteresowania biologią, ale nie wiem dlaczego - to były sprawy jednak dość ciekawe, nowe, logiczne, i nawet z materiału zapamiętałem do dziś dużo. Wbrew swej specyfice język polski nie stanowił dla mnie przedmiotu przydatnego do przemyśleń - zupełnie absurdalnie był całkowicie oderwany od książek czytanych poza szkołą. Lektury czytane były na zasadzie odrabiania słupków z działaniami arytmetycznymi w podstawówce. W wypadku wielotomowych lektur moja nonszalancja i lenistwo powodowały czytanie tylko skrajnych tomów! Ale i tak w stosunku do dzisiejszych wymagań to przeczytałem bardzo dużo - podobno teraz trzeba tylko niewielki fragment przeczytać i zrozumieć. Nasze prace domowe były bardzo schematyczne - kolega Krzysiek Zając wywołany do odczytania zadanego wypracowania odczytał tekst z zeszytu choć go w nim nie miał. Zaimprowizował tak skutecznie, że nie został przyłapany. Każdy z nas wiedział kto wielkim poetą był i dlaczego. Przy okazji - Ferdydurke wówczas była znana tylko nielicznym koneserom literatury, a sam Gombrowicz w spisie pisarzy częściowo zakazanych.
Od tych moich karygodnych postaw wobec szkolnej wiedzy humanistycznej  odrębny był stosunek do matematyki i fizyki. Matematyka z całkowitą nowością czyli trygonometrią i jej zastosowaniem do obliczeń przestrzennych dawała poczucie przeżywania przygody, wywoływała ambicje gry z partnerem w postaci zadania - szukania niewiadomych jakiegoś splotu równań lub znalezienia parametrów przestrzennej figury. Oczywiście bez przesady - nie garnąłem się do dodatkowych zadań. 
Fizyka, ściślej jej program szkolny, była w tamtym czasie w fazie jakby dojścia do celu w opowiadaniu świata, jego budowy. Zjawiska elektryczne przy odpowiednim odkryciu analogii do prostej mechaniki stawały się oszałamiająco proste. Atomistyka była klarowna, prosta, piękna w swej zrozumiałej strukturze. Jeszcze do programów szkolnych nie weszły dziwne i do dziś nieukończone odkrycia kwantowe. Zrozumienie świata przy pomocy narzędzi Newtonowskich było dla nastolatka dostępne, medialne nowości były intrygujące. Rozszerzanie wiadomości szkolnych przez systematyczne kupowanie i wręcz studiowanie takich czasopism jak Młody Technik i Radioamator szkołę i dom łączyły, uzupełniały. To był w tamtym czasie mój jedyny teren wspólny uczenia się i rozrywki jednocześnie.
Inne pozaszkolne zajęcia nie miały już tak pożytecznego charakteru. Poza rozrywkami banalnymi jak kino, flirty, poważniejsze książki, ale też kryminały (pojawiły się tłumaczenia np. Conan Doyle'a, seria z kluczykiem itp.) prawdziwie mnie zajmowały, a dokładniej bardzo dużo czasu zabierały brydż i filatelistyka.
O brydżu Lech trochę wspominał. Dodam, że brałem nawet raz udział w zawodach sportowych gdy kielecka drużyna przy Wojewódzkim Domu Kultury miała jakieś kłopoty z zawodnikami. Ale bez sukcesów, które bym zapamiętał. W owym czasie brydż opanował całą populację inteligencji, rodzice grali z dziećmi, różnice w poziomie umiejętności nie zawsze były jaskrawe. Gdzie było to możliwe czytałem teksty o brydżu, jakieś kąciki w czasopismach, fragmenty z podręcznika Ely Culbertsona, nowinki licytacyjne typu pytania o asy Blackwooda. Najważniejszym źródłem zasad gry był jednak Ostaś, jego rodzice byli źródłem pierwotnym - i nic dziwnego bo to było małżeństwo inżyniera i głównej księgowej! Dopiero w 1959 wyszła najlepsza polska książka o brydżu Bogusława Seiferta. Ale na zawsze pozostałem przy naturalnym systemie Culbertsona. Systemy licytacji nowe i sztuczne, skuteczne przy ustalonych składach, uniemożliwiały grę towarzyską z przypadkowymi partnerami. 
Zbieranie znaczków jak to już wspominałem, zaczęło się w szkole podstawowej. Wtedy była to przede wszystkim lekcja geografii i nazw w językach obcych, nieco zwierzątek egzotycznych i portretów monarchów i prezydentów, zabawa egzotycznymi obrazkami. W liceum byłem już członkiem młodzieżowego koła Związku Filatelistów Polskich! Miałem cotygodniowe spotkania, kupowałem rozszerzony abonament polskich nowości. Ale największą zmianą była wymiana listów z zagranicą. Przypadkowo zdobyty adres w jakimś biuletynie owocował dziesiątkami kontaktów. Przeważnie kończyły się one wysłaniem polskich znaczków bez żadnego rewanżu. Niekiedy jednak dochodziło do wielokrotnej korespondencji, wzajemnych drobnych prezentów np. kawy Neski (to była całkowita nowość u nas), wiecznego pióra, no i oczywiście znaczków. Miałem zaprzyjaźnionego filatelistę w Anglii, oto list od niego z sierpnia 1957, na kopercie pełna, nowo wydana seria znaczków. Taka koperta z pierwszego dnia obiegu miała większa wartość nawet niż znaczki niekasowane.


Uczenie się angielskiego dawało owoce, namacalne i konkretne. Parę miesięcy temu dostałem od 
internauty zdjęcie innej koperty będącej spadkiem po jego ojcu - list jest do mnie z 1958 roku!


Jako już doświadczony filatelista wybrałem specjalizację - Polska międzywojenna, ściślej - lata 1860-1944. Zbieranie wszystkiego to dziecinada. Najczęstsze było zbieranie jakiegoś tematu np. zwierzęta, sport, kwiaty. Zagraniczne znaczki wymieniałem lub sprzedawałem. Moja kolekcja Polski rosła. Gdy kilkanaście lat temu żegnałem się w okresie kłopotów finansowych ze swym zbiorem, miałem komplet wydań oficjalnych bez 3 pozycji - ale one miały wartość nowego samochodu średniej klasy. Miałem nawet słynny nr 1 czyli znaczek Królestwa Polskiego z 1860 roku! Filatelistyka, jak każde kolekcjonerstwo,  ma tę cechę, że nie ma końca zbierania, po zdobyciu wydań podstawowych dochodzą odmiany, błędy, stemple, datowniki... Ale to temat rzeka i nie nadaje się do wspomnień. 
W przeciwieństwie do Lecha zupełnie nie interesował mnie ani sport ani wydarzenia polityczne. Mgliście pamiętam Królaka, który wygrał Wyścig Pokoju i Sidłę. Imprezy sportowe poznawałem dzięki seriom znaczków z ich okazji wydawanych. Krzesińską znam ponieważ  do serii olimpijskiej z olimpiady w Melbourne dodany został znaczek z  wydrukowanym jej wynikiem w skoku w dal. Oczywiście wówczas wiedziałem o sukcesach, medalach, ale szybko takie informacje wypadały mi z pamięci. 
Rozbuchane rozrywki pozaszkolne zaowocowały bardzo wyraźnie i bardzo boleśnie. W połowie X klasy zorientowałem się, że niemal nieuchronnie  grożą mi trzy dwóje (dzisiejsza jedynka) i pozostanie na drugi rok. To byłaby dla mnie klęska niedopuszczalna, niewyobrażalna. Miałem wpojone przez mamę przeświadczenie, że tym stróżem u Maćka niechybnie zostanę jeżeli szkołę zawalę. W tamtych strasznych komunistycznych czasach podręczniki były szare, brzydkie, marnie oprawione. Ale miały pełną potrzebną wiedzę wymaganą do dowolnie dobrej oceny podaną w sposób jasny, zrozumiały. Wystarczyło się z nich nauczyć! Przysiadłem więc fałdów. Udało się. W X klasie kończyły się dwa przedmioty - chemia i geografia, stopnie z nich przechodziły na świadectwo maturalne. Chemię dociągnąłem do czwórki, ale geografia została jako jedyna trója na maturze. Wyjaśnienie dla młodzieży - wówczas funkcjonowały trzy stopnie pozytywne - trójka, czwórka i piątka.