Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: 1971

wtorek, 24 listopada 2015

 Tadeusz
Ostatnio opisywałem jak przebiegała moja praca w kombinacie Fasty. Wspomniałem o mojej 
inicjatywie założenia pisma zakładowego. Znaleziono nie tylko etaty dla redaktorów prowadzących, ale na dodatek to byli ludzie z pewną praktyką dziennikarską. Prawda, że skład zmieniał się dość często - prestiż pracy w zakładowym piśmie nie był wysoki, mała była skala wydarzeń istotnych. Obowiązki czysto polityczne i oficjalne raczej zniechęcające. W składzie redakcyjnym przez ostatnie lata mojej pracy w kombinacie był późniejszy senator z Porozumienia Centrum (ależ plama w życiorysie, dlatego nie podaję nazwiska). Był też późniejszy naczelny najpopularniejszej gazety białostockiej w stanie wojennym - Kuriera Podlaskiego.  

Ja zrobiłem całą oprawę graficzną, winiety: główną i do rubryk. 
Potem doszła z pomocą graficzka po liceum plastycznym. Musiałem uzgodnić z Komitetem Zakładowym  PZPR ramówkę - cele polityczne, kulturalne, produkcyjne, stałe rubryki, dobrać obsługę techniczną, zebrać amatorów fotografików i współpracowników-informatorów z poszczególnych wydziałów  zakładu. Czyli ustalić kościec pisma, które co tydzień musiało być wypełnione. Aż się dziwię, że to zrobiłem. Aby pokazać nieco mojego udziału w pracy pisma przedstawiam winietę czołową i pierwszy z kilku odcinków moich wspomnień z odwiedzin u rodziny w Wielkiej Brytanii jesienią 1970 r.. Tak pisałem do paru tysięcy natykaczek, snowaczek, obciągaczek, tkaczek i wielu włókniarzy o dziwnych nazwach specjalności. 
Dziś, czytając ten tekst widzę, że ustrzegłem się w nim przed zbyt nachalną socjalistyczną propagandą, choć temat wręcz wydawał się takiej wymagać. Był rok 1971 - tuż po wymianie rządzącej ekipy partyjnej, ale z obowiązującym tym gorętszym entuzjazmem dla ustroju. 
Przed wyjazdem miałem w domu wizytę funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa, który poinformował 
mnie, że niechybnie będę atakowany przez służby wraże, i że w wypadku takich kontaktów muszę raport po powrocie złożyć. Nie kazał niczego podpisywać, po powrocie raportu nie składałem, stąd też w aktach IPN tylko fakt starania o paszport jest uwidoczniony. Podoba mi się język prosty i łatwy do zrozumienia przez każdego czytelnika niezależnie od wykształcenia. Może razić pewne moralizatorstwo, ale jego intencje wydają mi się jednak w wielu wypadkach aktualne także dziś. Najbardziej spektakularnym i całkowicie bezdyskusyjnym skokiem ku Zachodowi w ciągu tylu lat wydają się być rowery, co zwłaszcza w Białymstoku jest widoczne - ścieżki rowerowe, miejskie bardzo popularne wypożyczalnie rowerów. Zgryźliwie dodam - przegoniliśmy Anglię w bezrobociu. Tekst bez żadnych zmian, korekt czy opuszczeń,  jest obrobiony cyfrowo tylko dla czytelności. To jest więc tekst źródłowy, historyczny.

Mamy codziennie dobre połączenie kolejowe z Wielką Brytanią. Wygodny wagon jedzie z Warszawy aż do Hoek van  Holland, małego portu holenderskiego,  gdzie czeka prom do Harwích. Sporo jest  W Polsce narzekania na opóźnienía pocíągów, sporo też opinii o niedoścignionej  dla nas punktualnoścí kolei na Zachodzie.  Gdy wíęc mój międzynarodowy ekspres  przyjechał do Holandií z czterogodzínnym opóźníeniem, mimo że punktualnie wyjechał z Warszawy, czułem się jak u síebie w Polsce, a wysoką ocenę kapítalístycznej  organizacji koleí  musíałem míędzy bajki włożyć. Znalazłem síę wíęc w Holandíí, prom  już odpłynął, następny za 12 godzín. Byłem niewyspany, głodny, ale w gruncíe rzeczy zadowolony z okazji zwiedzenia kawałka obcego kraju, czułem się także bogaty, bo miałem 5 dolarów. Holandia słynie z tulípanów, mlecznych krów, wíatraków, starego malarstwa i gospodarnoścí. Był paźdzíerník, tulipanów więc już nie było, a krowy pasące się na ogrodzonych pastwískach widziane z daleka, z okien pociągu, nie zrobiły na mnie wrażenia. Wiatrakí służyły niegdyś do pompowania wody z rowów melioracyjnych, teraz stoją na polach bezużyteczne, zastąpíone przez silniki, zachowane jedynie dla tradycji i urozmaicenia nudnego płaskiego krajobrazu. Muzeum z obrazami starych místrzów malastwa w tym maleńkim míasteczku także  nie było. Pozostała do podziwíanía gospodarność,  a raczej jej przejawy rzucające się w oczy  jednodníowemu turyście. A wíęc zaczynając od dworca í restauracjí dworcowej, w której na zwyczajny obiad typu 25-30 zł (czyli ówczesne ca 30 centów)  straciłem połowę mego dewízowego majątku, tzn. 2,50 dolara. Dla bywalca dworca w Bíałymstoku, Warszawíe Wileńskíej,  czy Łodzí zjawískíem wprost cudownym  jest czystość í poszanowaníe míenia społecznego. Nie widzíałem śmiecí, rozbítych  szyb, poobíjanych drzwí, poplamíonych,  porysowanych ścían í boazeríi. Níemal  wszystkie polskie bary i rastauracje dworcowe są w kolorach zimnych - szarych i brudnoniebieskich, nasze stolikí, lady barowe i  sklepowe pokryte płytamí o kolorach jak  w szpítalu lub... umywalní. Koloryt lokalí  publicznych tak w Hoek van Holland, jak i później oglądanych angielskích, jest ciepły, przeważają beże, czerwienie i wszędzie dużo koloru drewna. Dzięki użytym  kolorom i powszechnie stosowanym wyściełanym krzesłom i kanapkom, podróżny w poczekalni dworcowej, czy klient w  barze czuje się przytulníe, prawie jak w  prywatnym mieszkaniu. Inna sprawa, że tak elegancko choć  niedrogo (tworzywa sztuczne) urządzone  wnętrze chyba niedługo utrzymałoby się  u nas przy rozwydrzonych, podpitych często młodzieńcach i przy biernym, wyrozumiałym stosunku reszty społeczeństwa do  tych niszczących wspólną własność chuliganów.  Dziwną mi się doprawdy wydaje rzeczą, że w kapítalistycznej przecież Holandii  stosunek do społecznego mienia jest lepszy niż u nas, że przeciętny Holender czy  Anglik więcej dba o czystość ulicy swego miasta lub o miejski autobus niż robotnik fastowski o własną, fabryczną ubikację czy białostoczanin o całość chroniącej go przed deszczem wiaty, np. tej  przy końcowym przystanku linii 9 i 7.  Ta dbałość o estetykę i czystość nie  jest tylko powierzchowna. Jadąc widziałem z okna pociągu zakłady przemysłowe  i gospodarstwa rolne. Śmiało mogę powiedzieć, że nasze ,,Fasty” także i na Zachodzie należałyby do najładniejszych zakładów, jeżeli pominąć nasz niezbyt nowoczesny biurowiec.  Ale w estetyce zaplecza nie dorastamy im nawet do pięt. Nasze zabłocone zaplecze zakładów, nasze sterty brudów i odpadków przy magazynach i rampach, kupy śmieci czy pełne błota wyrwy w jezdniach i przejściach nie zdarzają się w takich firmach jak np.  ,,Stork”, z której pochodzą nasze maszyny w drukarni. Holendrzy równie dbają  o gości, dla których są główne wejścia,  fasady budynków, biurowce i dworce, jak  i o samych siebie, bo przecież tyły zakładów i zaplecza gospodarstw rolnych są  dla ludzi, którzy tam pracują.

Na uliczkach miast Holandii i Anglii,  obok dużej ilości samochodów jeszcze więcej widziałem rowerów i motorowerów.  Gdy w Polsce kupiłem sobie rower, moi sąsiedzi spoglądali na mnie lekceważąco,  a ich szacunek do mnie wyraźnie się zmniejszył. Chciałbym ich posłać do Rotterdamu czy Londymu, aby zobaczyli jak  bogaci Holendrzy jadą do pracy rowerami, a wiekowe, dobrze ubrane Angielki wybierają się po zakupy motorowerami.  
Wydaje mi się, że trzeba przeżyć epidemię motoryzacji, aby nabrać szacunku i przekonania do roweru. O popularności  roweru w Holandii  niech świadczy fakt, że parkingi rowerowe są tam przed każdym większym sklepem, a przy dworcu  w Hoek van Holland, miasteczku 6-tysíęcznym stało na stojakach około 200 rowerów. Mój prom odpływał o północy, więc  mogłem zobaczyć nocne życie miasteczka.  Sennie było i pusto, ulice wyludnione już  od 6-ej po południu, kawiarenkí zamykane o 10-tej, niezbyt pełne przez cały wieczór. Spokojne, stateczne życie. Okna  bez zasłon odkrywały wnętrza mieszkań. Wszystkie jednakowe, urządzone jakby  przez jednego człowieka, z tymi samymi meblami w staroświeckim stylu, z telewizorem na środku salonu i ustawioną  przed nim kanapą. Brak zasłon, pozwalający przechodniom podglądać życie mieszkańców, pochodzi podobno z czasów prześladowań religijnych - dowodził wtedy,  że w mieszkaniu nie wykonuje się żadnych zakazanych praktyk.  
Prom wiozący mnie do Harwich wyglądał jak spory statek pasażerski, tylko  tył szeroko rozwarty 
przez duży otwór  wjeżdżały samochody. Podróżnych było sporo, największą grupę stanowili oczywiście Anglícy, a drugą w do liczebności Niemcy z NRF.  Na promie i w portach wszystkie instrukcje i wskazówki dla podróżnych są  w języku angielskim i niemieckim, niekiedy holenderskim i francuskim - jedynie przepisy celne widziałem na promie także po polsku. Widocznie i tam są znani nasi turyści, którzy jako ,,pamiątkę” z Anglii przywożą do kraju np. po  50 bluzek elastycznych...  
Prom 
płynie przez kanał La Manche 6 godzin, a więc w moim wypadku całą  noc. Kołysanie nie było zbyt silne, raczej  usypiające i większość pasażerów pokładła się po prostu na wyścielonych miękkim chodnikiem podłogach lub stojących pod ścianami kanapach. Koło 2 w nocy największe pomieszczenie dla podróżnych kojarzyło mi się z literackimi opisami  statków wiozących emigrantów do Ameryki - przyćmione światła, głębokie, wolne kołysania statku, szum fal rozbijających się o burty, cała podłoga pokryta leżącymi pokotem śpiącymi ciałami, głowy  na łokciach, torbach lub walizkach, otwarte usta, dziwaczne nieraz pozy drzemiących ludzi. I żadnych ludzkich odgłosów, prócz oddechów i płaczu jakiegoś rozbudzonego dziecka.  Wielka Brytania - kraj, do którego należała niegdyś połowa świata - a ludzie w tych posiadłościach harowali po to, by  bogaciła się ta niewielka przecież wyspa.  Przez dziesiątki lat bogactwa Azji, Afryki, Ameryki płynęły tu i zostawały. Kraj,  który ostatnią okupację przeżył 900 lat  temu - tu nigdy nie trzeba było odbudowywać przemysłu, tu domy stoją nieraz po 300-400 lat, nie trzeba więc tak  dużo budować nowych. U nas wiele lat  był carski i pruski żandarm, był też kapo w niemieckich łagrach, a tu stale od lat ten sam bobby, policjant w śmiesznym hełmie. Nieprzerwane, długie życie społeczeństwa daje lojalność obywatelowi, pewność jutra, kulturę współżycia.
Schodziłem z promu na angielską ziemię 
ze świadomością tego wszystkiego, z ciekawością, czy to się sprawdzi wśród ludzi, czy tak chwalony przez zachodnią propagandę dobrobyt nie jest przesadzany. Wielka Brytania od lat przestała już 
przecież być mocarstwem, jej kolonie wywalczyły wolność, coraz mniej frajerów chcących pracować w Afryce czy Indiach  dla panów z Londynu. Anglicy muszą już płacić za surowce, które dotychczas dostawali prawie darmo ze swych posiadłości, a zapasy złota i pieniędzy kończą się.  
Pierwsze wrażenia nie były jednak  związane z gospodarką, ekonomiką czy polityką - po prostu 
oglądałem z samochodu krajobrazy wschodniej Anglii. Anglia to kraina w państwie Wielka Brytania -  tak jak Mazowsze czy Podlasie w Polsce. Pejzaże angielskíe są piękne, co mnie  raczej zaskoczyło - spodziewałem się zastać krajobraz typu naszego Śląska, gęsto zabudowany, z szerokimi, prostymi autostradami - tymczasem kręte, wąskie, ale świetnie utrzymane szosy wiją  się wśród malowniczych pól i porośniętych lasami wzgórz. Była wczesna jesień,  piękna pogoda, ani śladu mgieł, dużo morskiego ptactwa, bo w Anglii nigdzie  do morza nie jest daleko. Trudno tu jednak znaleźć miejsce na wypoczynek na  łonie natury - pełno tabliczek „własność prywatna” - tam nie należy wchodzić i Anglicy ściśle tego przestrzegają. W lasach sporo grzybów, których nikt  nie zbiera prócz zamieszkałych tu Polaków. Anglicy nie mają, takich jak my  kłopotów z określeniem jaki grzyb jest  jadalny, a jaki trujący. Obowiązuje zasada, że grzyby jadalne, to grzyby hodowane (przeważnie pieczarki), reszta jest
niejadalna. W zasadę tę chyba wszyscy  święcie wierzą do tego stopnia, że znajdowałem w parkach mnóstwo pieczarek, które, ponieważ dziko rosły, traktowane  były jako niejadalne.  
Podobały mi się 
małe miasteczka, może dlatego, że tak różne od polskich, powstawały wiele lat temu, remontowane i odnawiane utrzymały swój starośwíecki wygląd, co daje wrażenie przytulności i solidności.  Tylko reklamy, szyldy, napisy i stojące na wąskich uliczkach samochody, a  wszystko to w ostrych, mocnych kolorach,  oraz anteny telewizyjne, przypominają,  że minęły czasy królowej Wiktorii i jest  wiek XX. 

Bardzo podobało mi się malowanie tynków domów na różne, czasem  intensywne, ciemne kolory, co wraz z  białymi framugami okien stwarzało miły,  wesoły obraz. Przeważają domki jednorodzinne o większym jednak niż u nas  metrażu. Są ładne, z gankami, facjatami, ale zupełnie nieznane są balkony, nie  spotkałem ani jednego. Duże budynki to urzędy, banki lub pałacyki, ale jest ich  w małych miastach niewiele. Niemal wcale nie ma też, poza największymi miastami, bloków mieszkalnych. Tak więc  większość ludzi mieszka w małych domkach własnych lub wynajmowanych. Koszt takiego wynajmu mieszkania, także w blokach, to największe pozycje w budżetach angielskich rodzin.  
Jak żyją 
przeciętni mieszkańcy? Trzeba przyznać, że strasznie nudno i monotonnie. Przeciętny Anglik spędza czas po pracy przeważnie w domu z rodziną, przy telewizorze. Telewizory są bardzo  drogie, o wiele droższe niż u nas, więc  szeroko praktykowane jest wypożyczanie  aparatów. Płaci się abonament, który zapewnia obsługę, naprawy, wymianę zużytego aparatu itd. Telewizja kolorowa  powszechna jest jedynie na wystawach  magazynów ze sprzętem elektrycznym,  jej cena jest tak wysoka, że rzadko kto może sobie pozwolić na kupno telewizora  do barwnego odbioru, a wypożyczenie takiego aparatu jest około 3 razy droższe od telewizji czarno-białej.   Na dochody przecíętnej rodziny składają się przeważnie tylko zarobki męża,  zaś możliwość dorobienia przez kobietę jest  tylko teoretyczna. 

Bezrobocie, które istnieje w Wielkiej Brytanii utrzymuje się  na znośnym poziomie jedynie dzięki pozostawaniu kobiet w domu, gdyby zaś one  chciały szukać i żądać pracy, osiągnęłoby olbrzymie rozmiary.  
Jakkolwiek by nie przeliczać zarobków  z funtów szterlingów na dolary czy na złotówki, to 
średnio zarabiający robotnik  z dwojgiem dzieci i żoną, po zapłaceniu czynszu mieszkaniowego, zakupie drogiej  odzieży, wydaniu masy pieniędzy na kosztowną elektryczność i gaz pozostałą  kwotę musi wydać już tylko na wyżywienie. Ceny żywności, mimo, że niższe  niż w innych krajach zachodnich, są po ostatnich podwyżkach (zwłaszcza na mięso)  wysokie w stosunku do zarobków. 

Może on sobie kupić najtańszy nowy samochód po 10  latach oszczędzania, rezygnując z rozrywek, wakacji, alkoholu, papierosów itp. Jest tak, mimo że samochody w  stosunku do naszych cen są bardzo tanie.  Porównywanie cen na ten tak luksusowy  u nas produkt jest mylące i wprowadzające w błąd.  
A jak bawi się przeciętny Anglik? Najpopularniejszym miejscem jego pozadomowej rozrywki jest 
pub (wymawia się  pab). Jest to połączenie piwiarni z barem  i kawiarnią. Przeciętny Anglik ma „swój” pub, do którego chadza spotykać się z innymi stałymi bywalcami tego lokalu, którymi na ogół są mieszkańcy paru najbliższych ulic. Tu także czasem urządza się  urodziny czy obchodzi jakieś wydarzenie (które u nas najczęściej oblewa się w domu paroma litrami czystej wyborowej). Wygląda to w ten sposób, że solenizant zaprasza  swoich gości do swojego pubu, stawia  wszystkim po 1 piwie (dość drogim) czy  1 kieliszku whisky (jeszcze droższej) i parę herbatników, a potem goście, jeśli chcą, bawią się na własny rachunek. Podobno zdarzały się wypadki, że wyjątkowo hojny solenizant stawiał również drugie piwo, o ile nie było zbyt dużo gości.  Whisky, przypominającą w smaku nasz winiak, pija się rozcieńczoną specjalnym  piwem imbirowym lub wodą sodową z lodem.  Puby zastępują właściwie odwiedziny  w domu, toteż spotkania w mieszkaniu  są rzadkie i dotyczą wąskiego kręgu najbliższych znajomych lub rodziny.  Niektóre puby typu młodzieżowego posiadają grającą szafę, czasem mały zespół muzyczny i tam można w niektóre  dni tygodnia potańczyć, a raczej podreptać w miejscu, bo tłok jest niesamowity,  zwłaszcza, że metrażem te lokale przypominają średniej wielkości sklep. Lokale zarówno te, jak i wszystkie inne, zamykane są o godz. 23 i tylko raz w roku,  na Sylwestra, za specjalnym zezwoleniem  władz miasta, są otwarte aż do 1 w nocy. Całonocne bale sylwestrowe nie są  tam znane, bo też i Nowy Rok jest zwykłym dniem pracy. A w ogóle to świąt jest  w Anglii bardzo mało: Wielkanoc, Boże  Narodzenie i jeszcze jedno typowo angielskie - Dzień Bankowy czy coś w tym  rodzaju. W sumie 4 dni w roku. Anglicy  znający nasz kraj jedynie z tendencyjnych, a więc niechętnych nam opisów w  gazetach czy tv nadziwić się nie mogli,  gdy im opowiadałem o  ilości naszych  świąt, w większości  kościelnych. 
Pojęcie Anglików o naszym kraju i brak rozeznania w naszych warunkach, mniemanie, że jesteśmy 
zacofanym, niemal barbarzyńskim obszarem, powszechne zwłaszcza w niższych warstwach społecznych, nie wynika tylko z przekręcania faktów o krajach socjalistycznych przez  prasę czy radio. Jest wśród Brytyjczyków przekonanie, że wszystko co angielskie  jest najlepsze, cała reszta zaś gorsza. Rzecz jasna najgorsze są rzeczy, które  najbardziej odbiegają od angielskich wzorów. Jednak od czasu, gdy Wielka Brytania staje się coraz słabsza ekonomicznie  i politycznie, Anglicy coraz mniej są o  tym przekonani.  
Pojęcie o innych krajach, a więc i o  Polsce, zależy w dużym stopniu od 
poziomu danego człowieka. Angielskíe środki masowego przekazu  są mocno zróżnicowane. 

Najpoważniejsze  gazety jak np.: londyński „Times” czy  programy państwowej telewizji, mimo niechęci do naszego ustroju potrafią docenić nasze zdobycze, komentarze radiowe BBC (radio brytyjskie) często obiektywnie przedstawiają nasz kraj, choć  czynią to w sposób niepełny i wolą podkreślać błędy niż sukcesy. Jednak spora część społeczeństwa nie  jest na tyle wyrobiona i wykształcona, by korzystać z tej na wysokim poziomie uprawianej publicystyki. Dla tych ludzi codziennym źródłem informacji o świecie jest cała masa podłej  gazetowej szmiry, gdzie więcej  pisze się  o sensacjach w rodzaju mordów i gwałtów niż gospodarce czy polityce. Na łamach tych gazet politycy opísywani  są nie od strony poczynań zawodowych  lecz ich prywatnego życia, od strony ich stylu ubieranía się, rozwodów, zdrad małżeńskich itp. Jest to zresztą zjawisko typowe dla zachodniej prasy, najjaskrawiej  chyba występujące w USA. Stąd też i z naszego obozu wyłapywane są przez te gazety wiadomości o wykolejonych pociągach, śmiertelnych wypadkach czy kataklizmach, te właśnie wiadomości najwięcej znajdują czytelników. Ta pogoń  za tanią sensacją jest zresztą znana i u nas. Spora, choć mniejsza niż w Anglii,  jest przecież grupa ludzi w Polsce, dla których najciekawszą rubryką w gazecie  jest kronika nieszczęśliwych wypadków. Angielski urzędnik czy robotnik po nieźle płatnej, ale o wiele cięższej niż u nas pracy nie ma już ambicji by rozwijać  się intelektualnie. Istnieje więc, zwłaszcza wśród młodzieży popyt na tanią, ogłupiającą rozrywkę, która dostarczana jest w wielkiej ilości w formie szmirowatych  filmów, książek, niektórych programów telewizyjnych. Rzecz jasna, biernie odbierana, głupawa rozrywka w nadmiarze jest po prostu nudna. I stąd właśnie, gdy  nie ma co robić z wolnym czasem, gdy  nie ma chęci by sięgnąć do zajęć trudniejszych, ambitniejszych, wymagających dokształcenia się jak np.: muzyka poważna, dobra książka lub choćby majsterkowanie czy jakieś inne hobby, otwiera się  nowa droga prowadząca do nikąd - rozluźnienie obyczajów, pornografia, narkomania.  Nie sądzę, by znudzone pubami społeczeństwo angielskie już na tę drogę wstąpiło. Ale stawia pierwsze kroki w jej  kierunku.  
Sprawy społecznego zaangażowania, czy 
politycznego uświadomienia, w których górujemy nad Anglikami w sposób przytłaczający, nie rzucają się jednak w oczy przy codziennych zakupach czy załatwianiu formalności w urzędzie. Tu najważniejszą rolę gra kultura stosunków międzyludzkich, kultura współżycia. W tej dziedzinie, my Polacy, mamy ogromne zaległości.  Chcąc krótko, a dosadnie ująć różnicę  między stosunkami angielskimi, a polskimi, trzeba powiedzieć, że tam po prostu  nie ma chamstwa, a przynajmniej jest  go dużo, dużo mniej. I to była jedyna  rzecz, której szczerze Anglikom zazdrościłem.  Urzędnicy, którzy chcą pomóc petentom  i robią to z uśmiechem, ekspedienci, którzy cierpliwie zachęcają do kupna i sami  biegną rozmienić większy banknot, kierowcy cieżarówek, którzy sami zjeżdżają  na bok szosy, by przepuścić mniejsze auto, zawsze całe automaty telefoniczne, czy  konduktorzy autobusów pomagający staruszkom - to są tam zasady, a u nas wyjątki, o których czyta się w gazetach  wraz z podziękowaniami i wyrazami uznania,  A jak nie zazdrościć spokojnych ulic i parków, po których można chodzić samemu nocą bez narażenia się na zaczepki czy pobicie? Anglia słynie ze swych trawników,  pięknie strzyżonych, puszystych, zawsze świeżych i zielonych, mimo że wolno po  nich chodzić. Anglicy powiadają, że aby takie trawniki wyhodować wystarczy po prostu codziennie je strzyc przez jakieś 100-200  lat. Myślę, że to samo dotyczy kultury  współżycia. Po prostu wystarczy ludzi tego codziennie uczyć przez jakieś 100-200 lat. Ale Polacy są podobno zdolniejsi, może nam mniej czasu to zajmie.