Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: 1982

niedziela, 03 stycznia 2016

Lech  Lech

Pokonanie różnicy czasu między USA a Kuwejtem było jeszcze trudniejze niż podczas podróży w przeciwnym kierunku. Po kilku dniach jednak wróciliśmy wszyscy do normy.

Pierwsza sprawa to szkoła dzieci. Michał dołączył do Ani w Kuwait English School. Ania po trzech miesiącach nauki w poprzednim roku szkolnym czuła się w szkole bardzo pewnie i dobrze. Przy jej zachęcie Michał ochoczo wdrażał się w zawiłości języka angielskiego.

Czytanie

Ania święciła triumfy na łamach lokalnej anglojęzycznej gazety Kuwait Times...

Kuwait Times

Średnio dwa razy w miesiącu wygrywala konkurs kolorowania obrazków - nagroda małe pudełeczko klocków Lego. Po powrocie z USA wygrała konkurs na wspomnienie z wakacji - ogromne pudło klocków.
Michał znalazł sobie dobrych kolegów...

Michal i Joseph 

Druga rzecz - praca. Moja pozycja była bardzo dobra. Jeszcze w kwietniu dostałem awans na kierownika rozwoju nowych systemów i podwyżkę pensji...

Awans

Ośrodek zatrudnił oprócz wspomnianego wcześniej Darka K - szefa działu obsługi użytkowników - jeszcze dwie osoby z Polski. Wszyscy przez Polservice.
Wspominałem, że od początku roku przestałem płacić daninę Metronexowi. Po przyjeździe z urlopu dowiedziałem się, że w końcu uzyskaliśmy wraz z Jankiem zgodę na przeniesienie do Polservice. Poniformowal mnie o tym osobiście konsul, pan K. przypominając jednocześnie, że on osobiście mocno zaangażował się w tę sprawę i ma nadzieję, że rozliczę się finansowo z Polservice za minione miesiące. Co racja to racja, to było ponad $8,000, ale jednak zapłaciłem jak rówmież późniejsze comiesięczne wpłaty.

Nasze życie w Kuwejcie ustabilizowało się. Przypomnę, że poza normalną pensją miałem jeszcze dochód z dodatkowej pracy po godzinach. 
Właściwie to trochę było mi żal zbliżającego się wyjazdu.  Do tego czasu nie było wiele szans rozejrzeć się dookoła, poznać bliżej otaczający nas arabski świat, odwiedzić zabytki w sąsiednim Iraku czy bliskiej Syrii i Jordanii. Niektórzy robili nawet wycieczki do Izraela. Nie było to proste gdyż wiza izraelska w paszporcie uniemożliwiała powrót do Kuwejtu. Ale od czego głowa? Na Cyprze można było od ręki załatwić wizę izraelską i nie wbijali jej do paszportu lecz dawali na osobnej kartce.

Na razie musieliśmy się zadowolić miejscowym bazarem...

Bazar

Zadomowiliśmy się na tyle, że nawet mieliśmy kota - Samirkę...

Dzieci i kot

Dla mnie istotne było, że znalazłem w Kuwejcie polską dentystkę. 

Jeszcze kilka niepozbieranych wspomnień...

Próbowałem uczyć się jezyka arabskiego. Zapisałem się na kurs dla pracowników uniwersytetu. Początki były nawet dobre. Pierwsze zacięcie nastąpiło na rozróżnieniu kilku odcieniów wymowy litery h. Moją mocną stroną było pismo, ale też tylko do czasu. Nasz wykładowca, Egipcjanin z pochodzenia, miał doktorat z kaligrafii i nie pozwolił nam ograniczyć się do podstawowej formy liter jakiej używano na przykład w gazecie. Pisał starannie literę na tablicy a potem, z lubością, ozdabiał ją wieloma apostrofami. To przekraczało moje możliwości. Trzecia wreszcie przeszkoda to brak skojarzeń ze znanym mi słownictwem łacińskim czy greckim. W rezultacie po kilku tygodniach zrezygnowałem. Koledzy pochodzenia hinduskiego radzili sobie dużo lepiej, mieli chyba lepszy słuch a prócz tego arabski kojarzył się z innymi znanymi im językami jak na przykład urdu.

LampaHinducy koledzy. Na pamiątkę po nich została mi lampa.
Któregoś dnia jeden z kolegów zwrócił się do mnie z prośbą abym fikcyjnie zatrudnil jego matkę jako pomoc domową. W Kuwejcie panowały bardzo ostre restrykcje imigracyjne. Podstawowym kryterium była oczywiście praca. Osoba pracująca musiala wykazać sie odpowiedznimi zarobkami aby móc sprowadzić najbliższą rodzinę. Prócz tego liczył się chyba charakter pracy. Ale matkę? Nie wiem czy takie same kryteria stosowano wobec Amerykanów i Europejczyków, w każdym razie mój Hindus nie mógł. 
Oczywiście spełniłem jego prośbę. Zorganizował wszystkie potrzebne dokumenty i  w wyznaczonym dniu udałem się do urzędu. W poczekalni ogromny tłum, krzyki, bałagan. Urzędnik, chyba Egipcjanin gdyż to Egipcjanie opanowali kuwejcką biurokrację, przyjął moje papiery i odłożył je na stertę. W poczekalni pojawiał się od czasu do czasu asystent. Najczęściej pojawiał się z tacą, na której roznosił kawę i herbatę do pokoi biurowych. Czasem podchodził do któregoś z urzedników i brał z jego biurka papiery. 
Wypatrzyłem właściwy moment  i na migi poprosiłem asystenta żeby wziął moje papiery. Zrobił to. Podczas kolejnej rundy roznoszenia herbaty skinął na mnie żebym wszedł z nim do gabinetu. W środku siedział Kuwejtczyk. Wskazał mi krzesło a sam zajął się herbatą. Gdy skończył spytał o coś asystenta, ten wskazał papiery na tacy. Kuwejtczyk sięgnął po moje dokumenty. Typowe było, że nie wziął ich palcami, lecz całą garścią mnąc niemiłosiernie kartki. Rzucił okiem na zmiętoszoną kartkę, przybił pieczęć i skrobnął długopisem.
- Szukran - شكر - dziękuję . To jedyne arabskie słowo, które zapamiętałem. 
Kolega byl niezmiernie wdzięczny i w rewanżu podarował mi powyższą lampę. 
- Ile S.K.J. zapłacił ci za przyjazd matki? - Ibrahim Ezzo wiedział wszystko.
- Nic, przecież to koleżeńska przysługa.
- Wiesz, że to kosztuje 1,000 dinarów? Nie rób tego więcej bo się rozniesie, że w ten sposób dorabiasz sobie  do pensji i możesz mieć nieprzyjemności. 

W połowie grudnia Ania upadła podczas zabawy i złamała ręke powyżej łokcia. Świeta Bożego Narodzenia 1982 przywitała z reką na temblaku...

Choinka

Tagi: 1982 Kuwait
04:11, pharlap
Link Komentarze (1) »
środa, 30 grudnia 2015

Lech Lech

Dojechaliśmy do Niagara Falls. Nie wiem gdzie podziali się ci motorowodniacy i Baptyści bo wszędzie była masa wolnych kwater. Na szczęście nasza była bardzo porządna.

Większość pierwszego dnia spędziliśmy na wycieczce historycznej. Była ciekawa i bardzo dobrze zorganizowana, ale dzieci pewnie wolałyby posiedzieć nad wodą.
Wieczorem pojechaliśmy obejrzec wodospad w nocy. Posłuchałem instrukcji pana w punkcie informacyjnym.

Jechaliśmy do wodospadu wzdłuż długiego muru. Gdy dojechaliśmy do bramy z tabliczką Water Authority - Unauthorised access prohibited  - nacisnąłem lekko bramę a ta otworzyła się bez trudu. Wjechaliśmy. Szosa prowadziła w dół i wkrótce zamieniła się w betonowy kanał. Z boku tabliczka - Danger! Water can be flushed down without warning.
Przypomniał mi się film Chinatown i scena spuszczania wody ze zbiornika. Toż tutaj też w każdej chwili mogą spuścić wodę. Poleciłem Sylwii i dzieciom wysiąść z samochodu, sam podjechalem pod najbliższy most żeby ukryć samochód przed okiem gapiów i policji. Wdrapalismy się pod bardzo stromą górę, przeszliśmy przez niski płot i rzeczywiście byliśmy w najlepszym miejscu do podziwiania wodospadu. Inna rzecz, że mnie drążył niepokój czy samochód jeszcze nie został spłukany, czy brama jest nadal otwarta.

Następnego dnia wybraliśmy się zobaczyć wodospad za dnia. 

Najpierw wycieczka statkiem. Z góry wyglądało to pewnie tak...

Statek

Dostaliśmy oczywiście płaszcze nieprzemakalne.
Prócz tego spacer po pomoście po wewnęttrznej stronie wodospadu - między brzegiem a masami spadającej wody. 

Więcej zdjęć z Niagara Falls tutaj - KLIK.

Kolejny etap wyprawy to Nowy Jork. Jechaliśmy znowu przez tak piękne okolice, że żal nam było, że nie mogliśmy się zatrzymać tam na dłużej...

Po drodze

Szczególnie przypadły nam do gustu Finger Lakes - KLIK. Kaskady w parku Watkins Glen podobały nam się bardziej niż Niagara...

Watkins Glen

Bardzo podobały nam się mijane niewielkie miejscowości. Porządne, kolorowe, o przyjaznej atmosferze. Podczas jednego z postojów znaleźliśmy się w pobliżu sporego parkietu tanecznego pod dachem. Tabliczka informowała, że praktyki square dances odbywają się dwa razy w tygodniu o 5. Square dances - co to może być? Za chwilę zobaczyliśmy na własne oczy - KLIK.

Jedną noc spędzilismy na campingu. Zauważyliśmy tam młode małżeństwo szykujące sałatkę z pomidorów.
- Popatrzcie, sałatka z pomidorów, jak w Polsce - zauważyła na głos Sylwia.
- Bo my jesteśmy z Polski - padła odpowiedź.
Przysiedliśmy się. Przypadkowi znajomi mieszkali w Nowym Jorku, podali nam swój numer telefonu, który okazał się być bardzo przydatny.

Wreszcie Nowy Jprk. Starannie sprawdzałem na mapie drogi wjazdowe obawiając się jazdy w tak wielkim mieście. Nie po raz pierwszy podczas tej wycieczki wszystko się jakoś pokręciło i zobaczyłem tablicę informacyjną - Harlem. Poleciłem pasażerom zamknąć okna, zablokować drzwi i unikać kontaktu wzrokowego z przechodniami. Nie na wiele to pomogło bo oto stanęliśmy w korku na światłach. Między samochodami kręcili się potężnie zbudowani Murzyni oferujący wymycie okien. Co robić? Poleciłem Sylwii żeby dyskretnie dała mi dwa dolary. Za chwilę do samochodu podszedł zmywacz, zapukał w okno, uśmiechnął się szeroko. Nie było szansy na ucieczkę, skinąłem głową z aprobatą. Zgrabnie wymył  przednią szybę. Z duszą na ramieniu uchyliłem okno
- Ile się należy?
- Co łaska. Witam w Nowym Jorku!
To już chyba nic złego nie może nas w tym mieście spotkać.

Nowy Jork

Joe Kubiak zarezerwował nam pokój w hotelu bardzo blisko samego centrum Nowego Jorku. Odwiedzaliśmy kolejno najbardziej znane miejsca - Liberty Island, Rockefeller Center, St Patrick Cathedral, Time Square, Twin Towers gdzie podziwialiśmy panoramę miasta z najwyższych pięter.

Odwiedziliśmy Central Park gdzie akurat odbywał się koncert symfoniczny na świeżym powietrzu. W bocznej alejce spotkaliśmy patrol policji na koniach. Rozmawiali z panem, który został przed kilkoma minutami obrabowany.
Oczywiście skontaktowaliśmy się z poznanymi na campingu Marianem i Wandą. Wanda zaproponowała nam wizytę w miejscu, o którym nigdy nie słyszeliśmy - The Cloisters - KLIK - muzeum w budynku skonstruowanym z fragmentów starych europejskich opactw...

The Cloisters

Ostatni wieczór spędziliśmy z Joe Kubiakiem i jego dziewczyną. Dzieci zostawiliśmy w hotelu i poszliśmy na obiad do restauracji a potem na koncert symfoniczny do Lincoln Center. Pamiętam, że w repertuarze był koncert na wiolonczelę A. Dworzaka.

Ostatnie dwa dni pobytu zamierzaliśmy poświęcić cioci Krysi. Na mój list pisany jescze z Kuwejtu nie odpowiedziała. Natychmiast po przyjeździe do USA zadzwoniłem do niej, była bardzo zdenerwowana i powiedziała, że w żadnym wypadku nie możemy się spotkać. Rozumiałem to, toż to była zawsze przysłowiowa ciocia z Ameryki. W wyniku szeregu niepomyślnych wydarzeń znalazła się na starość w dość skromnym domu dla starszych osób, nie chciała być widziana w takiej sytuacji.
Po przyjeździe do Nowego Jorku zadzwoniłem ponownie z propozycją, że wpadniemy na krótko i pójdziemy razem gdzieś na herbatkę. Zgodziła się.
Dom, w którym przebywała ciocia znajował się gdzieś na dalekim skraju Long Island. Zarezerwowałem pokój w hotelu i spróbowałem wynająć samochód. Brak karty kredytowej był czynnikiem dyskwalifikującym. Nie pomogły żadne argumenty. Zresztą nie dano mi wiele czasu na ich przedstawienie
- Ha-ha-ha, weźmiesz samochód i tyle będziemy cię widzieli - odłożenie słuchawki.
Zadzwoniłem do Mariana po pomoc, może udzieli mi gwarancji, może wynajmie dla nas samochód. Zaproponował dużo prostsze rozwiązanie - weźmiesz samochód z mojego składu, oczywiście gratis.
Skład był na zupełnym odludziu. Kilometry pustych ulic, po obu stronach jakieś wymarłe budynki, fabryki, magazyny. 

Jakże inna była jazda przez Long Island, znowu urocze miasteczka, domki, parki. Ciocia prezentowała się całkiem dobrze, jej dom też.

Ciocia Krysia

Na początku była mocno skrępowana, w restauracji długo szukala najtańszych dań. Potem rozluźniała się w czym na pewno duża zasługa Sylwii. Na pożegnanie mieliśmy niespodziankę - zostajemy  tym hotelu na noc, spotkamy się ponownie jutro. Spotkanie następnego dnia było bardzo sympatyczne.

Ciocia Krysia

Na noc wróciliśmy do gościnnego domu Mariana i Wandy. Następnego dnia wieczorem odlatywaliśmy do Kuwejtu, ranek spędziliśmy na spacerze po okolicy - Greenpoint - dzielnica ta przez długi czas nosiła przydomek Mała Polska - KLIK

Wróciliśmy do domu. Bez przerwy dzwoniły telefony - prezydent Reagan udzielił Polakom amnestii wizowej. W związku ze stanem wojennym żaden Polak przebywający w USA nie może zostać wydalony. 
- No to zostajecie u nas - podsumował sytuację Marian - nie musicie się spieszyć, znajdziemy szkołę dla dzieci, znajdziecie sobie mieszkanie w sąsiedztwie, poszukasz pracy.
- Pracę mam w Kuwejcie - zaoponowałem - urlop kończy mi się za 3 dni.
- Chyba żartujesz. Taka szansa. To już się nie powtórzy. Zależy ci tak na pracy? Jak chcesz to możesz jeszcze dzisiaj w nocy iść pilnować mojego składu samochodów. Teraz straż trzyma mój ojciec - profesor AGH w Krakowie - ty pójdziesz z moim bratem, on taki nerwowy.

Brat był rzeczywiście nerwowy. Kilka razy wracał do tematu - w jakiej sytuacji może użyć broni?
- W żadnej - tłumaczył spokojnie Marian. - Twoim zadaniem jest tam być przytomnym i wezwać policję gdy zauważysz coś podejrzanego. W żadnym wypadku nie próbowac gonić złodziei ani do nich strzelać. Chcesz sobie postrzelac? Zrób to w biały dzień, jak jesteś pewien że nikogo nie ma w zasięgu strzału. To nawet może być dobre. Rozniesie się pogłoska, że tam jakieś wariaty bez przerwy strzelają.

Poniżej przed domem Mariana i Wandy...

Przed domem
... z lewej Wanda, z prawej - nerwowy brat.

Zdjęcia z Nowego Jorku tutaj - KLIK. Również dość niezwykła historia kariery Mariana i Wandy w Nowym Jorku.

Późnym wieczorem wylecieliśmy do Kuwejtu.

Tagi: 1982 Kuwait USA
10:38, pharlap
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 grudnia 2015

Lech  Lech

Do USA wylecieliśmy 26 lipca. Po drodze był dwugodzinny postój w Londynie. Wieczorem dolecieliśmy do Nowego Jorku i dotknęliśmy amerykańskiej ziemi...

Wiza

Mieliśmy w USA dwójkę krewnych. Ja - ciocię Krysię. Z wyprzedzeniem uprzedziłem ją listownie o naszym przyjeździe, ale nie dostałem odpowiedzi. Sylwia miała wujka w Filadelfii. Odwiedził kiedyś Polskę - pełen energii, optymizmu i wiary w Amerykę. Był naukowcem, doktorem chemikiem, pracowal w dużej firmie na odpowiedzialnym stanowisku. Sylwia miała ciche nadzieje, że może zostanie z dziećmi u wujka kilka dodatkowtych tygodni. Jednak wujek potraktował nasz plan wyjadu na urlop do USA podobnie jak urzędnik amerykańskiego konsulatu. tylko z odwrotnej pozycji...
... przyjeżdża tu wielu Polaków, Polonia pomaga im znaleźć jakąś pracę, po pewnym czasie mają szansę dostać zieloną kartę, ale wy tam chyba jakimiś szejkami naftowymi jesteście. Na miesięczny urlop do Ameryki! Ja pracuję w swojej firmie 30 lat, przysługuje mi 2 tygodnie urlopu rocznie, ale nigdy nie biorę więcej niż tydzień. Wszyscy tak robią. Przecież jakby mnie nie było w pracy dwa tygodnie to szef mógłby zacząć się zastanawiać czy ja w ogóle jestem potrzebny.

Pierwszy nocleg załatwił nam poznany w Kuwejcie Amerykanin polskiego pochodzenia Joe Kubiak. 
Pierwszy dzień walczyliśmy z różnicą czasów. Popołudniu odwiedziliśmy dom rodzinny Joe. W telewizji baseball, na talerzach polska kiełbasa.  

ten tola

Coprawda naszym założeniem było wrócić po urlopie do Kuwejtu, ale po doświadczeniu ze stanem wojennym mieliśmy poczucie zawodności wszelkich planów. A nuż Irak albo Iran napadnie na Kuwejt? W związku z tym zabraliśmy ze sobą wszystkie pieniądze. Za część z nich kupiliśmy sztabkę złota - ten tola .

Następnego dnia rano polecieliśmy na Florydę, do Jacksonville. Na lotnisku czekal na nas Ken i zawiózł nas do swojego letniego domu. Dom byl przestronny, kilka kilometrów od szosy, w gęstym lesie nad jeziorem. Na brzegu było ostrzeżenie o krokodylach. Było bardzo ciepło, parno i często padały deszcze. Nie było to problemem bo padały krótko a po nich następowało lekkie ochłodzenie i wyraźnie odświeżenie powietrza. Po kuwejckiej spiekocie była to duża ulga.

Floryda


Kilka dni spędziliśmy w domu Kena a potem wybraliśmy się na kilkudniowy objazd Florydy. Sea World, DisneyWorld. W tym drugim spędziliśmy dwa dni. Dla dzieci była to wielka zabawa...

DisneyWorld

Niezliczona ilość atrakcji, co parę godzin na głównej ulicy odbywała się wielka parada, każda z innym tematem przewodnim - dziki Zachód, myszka Miki, przybysze z kosmosu. Nad wszystkim królowała sylwetka zamku Neuschwannstein.
Mnie osobiście najbardziej podobały się przejażdżki zwariowaną kolejką - roller coaster. W drugim dniu pobytu zacząłem zauważać rysy pod lukrową powierzchnią rozrywkowej maszyny - kwiaty były sztuczne, młodzi ludzie udający radosne automaty w licznych paradach nie byli automatami i nie byli tacy radośni, liczne meksykańskie orkiestry w rzadkich chwilach odpoczynku nie ukrywały znużenia.

Kolejny etap wycieczki był dla mnie jakiegoś rodzaju odtrutką na ten fikcyjny świat - Kennedy Space Centre  na przylądku Canaveral - KLIK.

Statek kosmiczny

Tu były prawdziwe statki kosmiczne pamiętne z często dramatycznych relacji z pierwszym wypraw w kosmos. Dla dzieci było to jednak rozczarowanie - nie można nacisnąć żadnego guzika, nic się nie błyska ani nie trzęsie.

Za namową Kena odwiedziliśmy również najstarsze miasto w USA - St Augustine - KLIK.

W domu Kena spędziliśmy jeszcze kilka dni - więcej zdjęć z pobytu na Florydzie tutaj - KLIK.

Kolejnym etapem wakacji był Waszyngton. Ken poradził pojechać tam autobusem Greyhound. Gdy wysadzał nas na stacji Greyhound w Jacksonville mina mu zrzedła. Dworzec był w dzielnicy opuszczonej przez mieszkańców, na pustych ulicach pojawiali się czasem mocno podejrzani osobnicy. Jednak w środku budynku panowal porządek. Kupiłem bilety, nadałem bagaż i spytałem gdzie zajedzie nasz autobus. Tego bileterka nie wiedziała - rozejrzyj się po przystankach.
Rozejrzałem się. Nie widziałem nigdzie tabliczki z napisem Waszyngton. Ktoś wyjaśnił mi, że musimy wsiąść do autobusu udającego się do Toronto. W końcu znaleźliśmy. Podróż trwała całą noc. Do Waszyngtonu dojechaliśmy bardzo wczesnym rankiem. Poszedłem odebrać bagaże. Pani w okienku popatrzyła na mnie ze zdumieniem
- A ty skąd się tu wziąłeś?
- Jak to skąd, z Jacksonville.
- To niemożliwe, twój bagaż przyjedzie dopiero za 2 godziny. Przyleciałeś tu samolotem?
Dworzec był znowu w podejrzanej okolicy. Co pewien czas zajeżdżała limuzyna albo taksówka i wysiadał z niej bardzo elegancko ubrany Murzyn. Siadał na ławce w poczekalni i nieomal zapadał w sen, ale zanim zasnął przyjeżdżała po niego taksówka albo limuzyna.
Po poczekalni nieustannie krążyli strażnicy z pałkami przypominającymi kije baseballowe. Ich zadaniem było chyba wyganiać ludzi bez biletów. Co pewien czas zbiegali do toalety i tam sprawdzali wszystkie kabiny po kolei najpierw waląc kijem w drzwi a potem zagladając do środka.
Wreszcie przyjechał bagaż. Miałem powazne obawy czy taksówka zawiezie nas do hotelu, ale zawiozła.

W Waszyngtonie odwiedziliśmy okolice Białego Domu gdzie bardzo nas ujął pomnik Tadeusza Kościuszki wśród pomników bohaterów Amerykańskiej Rewolucji - KLIK.

Kosciuszko

Po najechaniu myszą na powyższe zdjęcie pokaże się inna strona pomnika, ta z podpisem Racławice i mottem: and freedom shrieked as Kosciuszko fell.

Prócz tego odwiedziliśmy cmentarz wojskowy Arlington, National Gallery, Smithsonian Institute i muzeum dinozaurów.
W National Gallery trafiliśmy na bardzo bogatą wystawę malarstwa El Greco. Przy okazji wstąpiliśmy na lunch w miejscowym barze. Domowe jedzenie - klops z kapustą i gotowanym ziemniakiem. Szczególnie ten ziemniak przypadł Michałów do gustu gdyż dotąd naogół jadaliśmy frytki. Nic dziwnego, że gdy następnego ranka planowaliśmy rozkład dnia zaproponował - a może jeszcze raz do Galerii? Posłuchalismy tej rady.

Zdjęcia z pobytu w Waszyngtonie tutaj - KLIK.

Ostatniego dnia wypożyczyliśmy auto i ruszyliśmy w dalszą drogę. Przy wynajmie samochodu pewnym kłopotem był fakt nieposiadania przeze mnie karty kredytowej. W Kuwejcie można było założyć tylko kartę Diners's Club, kosztowała dość drogo a ja nie widziałem żadnej korzyści w posiadaniu karty. Agentka Hertza zrobiła kopię mojego paszportu i biletów lotniczych, widziałem, że czuła się bardzo niepewnie.

Ruszyliśmy na północny wschód. Naszym ostatecznym celem był Nowy Jork, ale kolejny etap podróży wybrało za nas przeznaczenie...

Niagiara

Punkt informacyjny Niagara Falls. W środku przywitał nas niezwykle elokwentny pan. 
- Chcecie odwiedzić wodospad Niagara! Doskonale trafiliście, U nas macie ostatnią szansę załatwić sobie przyzwoitą kwaterę.
- Ale my tam dojedziemy dopiero za dwa dni.
- Czy wiecie co tam się teraz dzieje?
- ???
- Motorowodne mistrzostwa Ameryki, kilkanaście tysięcy kibiców i masowy chrzest Baptystów, ponad 3,000 do ochrzczenia, każdy przyjedzie z rodzina i przyjaciółmi.
Zadzwonił i dość szybko załatwił nam noclegi i namówił nas jeszcze na wykupienie wycieczki historycznej po okolicach wodospadu.
W zamian dał mi kopię artykułu w gazecie o tym jak zjechał w zimie na nartach po zamarzniętym poboczu wodospadu i został za to aresztowany oraz udzielił rady jak podjechać wieczorem w pobliże wodospadu i znaleźć bez problemu parking.
Ruszyliśmy w drogę. Okolice były tak piękne, że trochę żal nam było, że tak pędzimy zamiast zatrzymać się gdzieś w lesie nad rzeczką.

Ciąg dalszy za dwa dni...

Tagi: 1982 Kuwait USA
01:35, pharlap
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 grudnia 2015

 Lech   Lech

Przypomnienie ostatniego wpisu - Sylwię i Michała zaskoczył stan wojenny w Polsce. Brak łączności, zapowiadała się długa rozłąka.

Na Sylwestra... około godziny drugiej zadzwonił telefon. Usłyszałem głos Sylwii...
- Co za szczęście, mamy połączenie! Skąd dzwonisz?
- Z lotniska w Kuwejcie. Czy możesz po nas przyjechać?

Nie wierzyłem własnym uszom. Wiadomość była zbyt zaskakująca i zbyt dobra, ale nie zwlekając wskoczyliśmy z Anią do samochodu i pojechaliśmy.
Zgadzało się, Sylwia i Michał czekali na nas. Wsród bagaży wyróżniał się spory płócienny worek. Gdy go podniosłem coś zabulgotało. Wiadomo co.

Sylwia

Nie zdradziliśmy nikomu przyjazdu Sylwii i Michała i poszliśmy w czwórkę na Sylwestrowe przyjęcie. Sensacja była ogromna. Sylwia już po kilku minutach poczuła się jak u siebie w domu, albo nawet lepiej.

Tuż po wprowadzeniu stanu wojennego Biuro Paszportów przestało funkcjonować, wszystko przeszło pod kontrolę wojska. W przypadku Sylwii było to poważnym atutem. Ona była pracownikiem instytucji wojskowej i jej oryginalny paszport był wydany dopiero po uzyskaniu zgody MON. Cała dokumentacja była w wojskowych aktach teraz należało ją reaktywować. Nie było to łatwe, wymagało sporo tupetu i poczucia humoru ,ale to były Sylwii mocne strony.
Pozostała kwestia dojazdu do Kuwejtu. Bezpośrednie loty były wstrzymane. Sylwia odwiedziła biuro LOT żeby dowiedzieć się jakie są opcje. Szczęśliwie natrafiła na moją znajomą z czasu pracy w LOT, panią Basię W.  Okazało się, że 30 grudnia jest lot czarterowy do Damaszku, stamtąd już latają Kuwait Airways.
Samolot do Damaszku mocno się opóźnił ze względu na mgłę, gdy dolecieli na miejsce samolot Kuwait Airways był już gotowy do odlotu i chyba czekał tylko na Sylwię i Michała. W sumie podróż trwała kilkanaście godzin.
Na marginesie wspomnę, że nasz dobry znajomy dr Jerzy B. przyleciał do Polski w sobotę 12 grudnia. Przez wiele tygodni nie mógł wrócić do Kuwejtu mimo, że tutejszy szpital gdzie był szefem wydziału ginekologicznego wysyłał oficjalne pisma z prośbą o umożliwienie mu powrotu do pracy.

Co robić dalej?
W pracy miałem ustabilizowaną pozycję i mogłem być pewien przedłużenia kontraktu. Ale ile czasu trzeba będzie tu zostać? Rok? dwa lata? pięć lat? Kuwejt nie był całkiem bezpiecznynm miejscem. Tuż za miedzą toczyła się wojna iracko-irańska i samoloty bojowe obu stron czasem przelatywały nad Kuwejtem, czasem nawet spuściły bombę gdzieś na pustyni.

Do wyboru były 4 kraje prrzyjmujące migrantów - USA, Kanada, Australia i Południowa Afryka. Rozpatrywaliśmy 3 pierwsze.
W konsulacie USA wysłuchałem wykładu jak wielkim przywilejem jest otrzymanie prawa pobytu na amerykańskiej ziemi. Straciłem chęć ubiegania się o ten przywilej.
W konsulacie kanadyjskim miły młody człowiek z francuskim akcentem zachwalał politykę imigracyjną swojego rządu, wręczył mi plik broszurek na ten temat, wreszcie popatrzył na mnie badawczo...
- Mogę ci zadać trzy pytania?
- Proszę bardzo.
- Ile masz lat?
- 41.
- Ile pieniędzy przywieziesz do Kanady.
- Około $10,000.
- Czy masz w Kanadzie rodzinę albo bliskich przyjaciół?
- Nie.
- Powtórzę to co powiedziałem na początku, nasz kraj jest nastawiony na multikulturalizm, twoja aplikacja będzie potraktowana bardzo pozytywnie, ale prywatnie powiem ci - jeśli jesteś taki stary, taki ubogi i taki samotny to lepiej zostań tam skąd pochodzisz.
Ta rada bardzo mi się spodobała, Wyjeżdżając do Kuwejtu wyobrażałem sobie, że po kilku latach wrócę do Polski. Mamy dobre mieszkanie, dobrą szkołę, mam dobrą pracę, dobrą rodzine i znajomych, urozmaicone życie kulturalne. Jeśli uda mi się odłożyć w banku na Zachodzie około 10,000 na okazję wyjazdów do Europy to nic więcej nam nie potrzeba. 
Nadal uważam, że to było najlepsze co mogło nas spotkać, ale zasady gry zmieniły się radykalnie.

Następny był konsulat australijski.
- Jaki jest twój zawód? - spytali.
- Programista komputerów.
Urzędniczka złapała mnie za rękę. - Ja ciebie stąd nie wypuszczę dopóki nie podasz numeru telefonu. Twój zawód jest na pierwszym miejscu na liście naszych potrzeb.
Zostawiłem numer telefonu, wziąłem formularze imigracyjne.
- W Australii przynajmniej nikt nie będzie nam wypominał, że zrobili nam jakąś łaskę.  powiedziałem w domu.

Po jakimś czasie odbyliśmy interview. Jedynym minusem był mój wiek, ale spełnialiśmy wszystkie pozostałe kryteria. Badania lekarskie, prześwietlenie. W kwietniu powiadomiono nas o przyznaniu prawa stałego pobytu. Wiza była ważna na rok czyli nie ma potrzeby przedłużania kontraktu w Kuwejcie.
Teraz istotne było zgromadzić jakieś oszczędności na start w nowym kraju. 
Fakt przyjęcia Darka K. do pracy na unwersytecie za pośrednictwem Polservice otwierał jakąś szansę. Po wybadaniu sytuacji w konsulacie polskim przestałem płacić daninę do Metronexu i złożyłem podanie do Polservice. Wydaje mi się, że Janek zrobil tak samo.
Z dużą pomocą przyszedł mi niezawodny Andrzej M. - załatwił mi pracę po godzinch w jakiejś prywatnej firmie. Wspominałem już, że takie prace podjęła większość polskich komputerowców.

Zdecydowaliśmy się posłać Michała do szkoły, do której uczęszczała Ania - Kuwait English School. Była druga połowa roku szkolnego więc przyjęli go na doczepkę do klasy przedszkolnej. Miał duże trudności w asymilacji. Już po kilku dniach wrócił ze szkoły z płaczem..
- Nauczyciele kłamią!
- Jak to kłamią? - Michał wziął kartkę papieru i napisał literę A. 
- Co to jest?
- Rozumiem. To litera, po polsku wymawiamy ją - a , a po angielsku - ei. O to ci chodzi?
- To nie może tak być! Rozumiem, że każdy język ma swoje własne słowa, ale litery przecież są wspólne. Rozumiem, że litery arabskie wymawia się inaczej, ale to jest ta sama litera.
Żadne argumenty go nie przekonywały. W rezultacie w szkole buntował się przeciw wszystkiemu, zaczął się bić z każdym z osobna i z całą klasą jednocześnie. Skończyło się na tym, że Sylwia siedziała obok niego w ławce i uspokajała go gdy widziała, że z czymś się nie zgadza.
Po 2 tygodniach przyzwyczaił się.

Nadeszło lato. Od połowy czerwca temperatury rzadko spadały poniżej 40C. W lipcu często dochodziły do 50C. Kąpiel w morzu nie sprawiała przyjemności gdyż gorąca słona woda drażniła skórę. 
Tu wspomnę, że większość znajomych jechała podczas weekendu na odległą około 100 km od naszego domu Getty Beach.  Tu mieliśmy większe poczucie swobody. Wielu zostawało na plaży na noc. Spróbowaliśmy i my. Nie było to dobre doswiadczenie. Po pierwsze ostrzegano nas, że nad ranem do morza idą skorpiony z pustyni więc trzeba mieć się na baczności. Jak tu mieć się na baczności? Porobiliśmy różne barykady wokół naszego legowiska ale i tak nie zmruzyliśmy w nocy oka.
Po drugie nad ranem opadła na ziemię gęsta rosa i wszystko było mokre. Już więcej nie pozostawaliśmy na noc na plaży.
Wielu znajomych sprawiło sobie deski z żaglem. Nie udawało mi się utrzymać równowagi na desce , ale w gronie deskowych żeglarzy poznałem sympatycznego Amerykanina Kena Relyea. Wykładał on biologię morza na uniwersytecie.

Mieliśmy poważny dylemat - gdzie wyjechać na urlop? Do Polski nie ma mowy, zabiorą passport i nie wypuszczą. Nawet konsulat to potwierdzał. Europa Zachodnia to był poważny koszt. Wtedy z pomocą przyszedł Ken.
- Mamy domek w lesie na Florydzie i tam spędzamy lato. Ostrzegam, że lato na Florydzie jest okropne - duszno i ciągłe deszcze, ale jeśli Wam to nie przeszkadza to możecie się u nas na kilka dni zatrzymać.
Tropikalne lasy, zielono, deszcze - to wyglądało jak raj. W kontrakcie z uniwersytetem był zapewniony przelot na urlop do kraju zameszkania lub portu , do którego latał Kuwait Airways. A więc Nowy Jork. Z radością przyjeliśmy ofertę. Złożyłem papiery o wizę turystyczną do USA.

Bob Stratton, ten który słuchał co rano Głosu Ameryki i powiadomił mnie o stanie wojennym w Polsce, w każdy weeked grał w softball z pracownikami konsulatu USA. Wiedział o moich staraniach o wizę i któregoś dnia wspomniał mimochodem, że konsul dostał powiadomienie, że Polacy masowo nadużywają wiz turystycznych i pozostają w USA. Spojrzał przy tym na mnie badawczo. Zapewniłem go, że nie rozważamy takiej opcji, mamy wizy do Australii, chcę pozostać w Kuwejcie do końca kontraktu i odłożyć trochę pieniędzy. Bob spytał jescze co zrobimy z samochodem. Zostawimy pod opieką dozorcy, cóż innego możemy zrobić?
Nie wiem czy to miało znaczenie, ale wizę dostaliśmy bez trudu. Pamiętne było końcowe interview. Odbywało się w obecności sporego tłumu w poczekalni konsulatu. Tuż przed nami przechodziła przez nie młoda dziewczyna z Bangladeszu.
- W jakim charakterze jesteś w Kuwejcie?
- Służąca.
- Czy to typowe dla służących z Bangladeszu wyjeżdżać na wakacje do USA?
- Nie rozumiem... pzez dwa lata nie miałam urlopu, chcę pojechać do Ameryki.
- Czy masz w USA rodzinę?
- Tak , wujka w Nowym Jorku, to właśnie do niego jadę...
- Dziekuję - przerwał urzędnik - odmowa wizy. - z rozmachem przybił pieczęć w paszporcie.
Ta pieczęć najwyraźniej zmyliła petentkę gdyż zaczęła wylewnie dziekować.
- To jest odmowa wizy - powtórzył.
- Ale dlaczego?
- Bo jak masz rodzinę w Ameryce to znikniesz tam bez śladu.
- A ta pieczęć?
- To odmowa wizy. Żeby nasi urzędnicy nie tracili czasu gdybyś starała się powtórnie.
- Ale...
- Następny! 
Następni byliśmy my. Dostaliśmy wizy bez żadnych pytań.

Do Nowego Jorku polecieliśmy w końcu lipca.

Ciąg dalszy już po Świętach a teraz życzę czytelnikom pogodnych i radosnych Świąt.
 

Tagi: 1982 Kuwait
13:00, pharlap
Link Dodaj komentarz »