Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: narty

niedziela, 22 listopada 2015

Lech  Lech

Rok 1980 zaczął się dobrze. W lutym polecieliśmy na kilka dni do Moskwy na spotkanie z personelem ośrodka komputerowego Aerofłotu. My to mój bezpośredni szef Marek, szef całego projektu Krzysztof S. i ja. 
Aerofłot używał komputera i systemu rezerwacji UNIVAC. Ich doświadczenia wydały mi się dużo ciekawsze i bardziej pożyteczne niż te z Air France. Powód był prosty - ich komputer miał o wiele mniejszą moc obliczeniową w związku z czym musieli samodzielnie opracować wiele procedur zastępczych i awaryjnych. Ich programiści zaimponowali mi wiedzą, doświadczeniem i pomysłowością. Wprawdzie LOT miał dostać najnowszą wersję UNIVACa - model 1100/62 i dostawca gwarantował, że maszyna sprosta wszelkim wymaganiom, ale czułem, że na dłuższą metę współpraca w Aerofłotem może być bardzo potrzebna i korzystna.

Ze spraw pozasłużbowych wspomnę, że zasypana śniegiem Moskwa wyglądała ładnie. Moskiewskie metro prezentowało się lepiej niż londyńskie. Zajrzałem do wielkiego domu towarowego GUM - KLIK. Podałem link do angielskiej wersji wikipedii gdyż jej autorzy jeszcze zachowali naiwność i obszernie informują o faktach, które w Polsce nikogo nie powinny interesować.
W GUMie kupiłem zabawkę - czołg dla Michała. Coż to był za czołg!  Nie do zatrzymania, z łatwością przejeżdżał przez zabawki, które w poprzednich latach kupiłem w Anglii czy Francji. W GUMie zwróciłem uwagę na starsze panie, do ktorych idealnie pasowało określenie babuszka, siedzące obok stosów zakupów. Później dowiedziałem się, że są to osoby z prowincji, które zostały wydelegowane na zakupy dla całej wsi czy osiedla.
Dla siebie kupiłem prostownik do ładowania akumulatora w naszym samochodzie. No tak, od początku wiedziałem, że samochód otworzy worek problemów. W sklepie z artykułami elektrycznymi była ogromna kolejka okazało się jednak, że klienci zagraniczni obsługiwani są poza kolejnością. Prostownik był wielkości niedużej walizki i ważył pewnie 15 kg. Na szczęście jako pracownik LOT nie miałem restrykcji bagażu. 
Prostownik działał równie niezawodnie jak czołg. Zima w Polsce była ostra, akumulator trzeba było na noc zabierać do domu i dość często ładować. 

Dziwnym zbiegiem okoliczności dwa tygodnie później byłem znowu w Moskwie. Tym razem w drodze na narty.
Na marginesie wspomnę, że na narty jeździłem każdego roku. Moimi stałymi partnerami byli wspomniani wielokrotnie Andrzej M. i Janek R.
Tym razem narty zapowiadały się wyjątkowo atrakcyjnie - wycieczka PTTK w Wysoki Kaukaz. Jedną dobę spędziliśmy w Moskwie, w hotelu Kosmos...

Kosmos

Ogromny budynek, na każdym piętrze urzędowała "etażnaja" czyli opiekunka piętra, która rejestrowała starannie ruchy gości hotelowych.

Wśród broszurek informacyjnych zauważyłem coś ciekawego, w języku angielskim - Khatyn masacre. Rosjanie piszą o Katyniu - zdumiałem się. Lektura broszurki rozwiała złudzenia:
.. jeśli przyjechałeś do Związku Radzieckiego odwiedzając po drodze nasze bratnie kraje, Czechosłowację czy Polskę, to prawdopodobnie zetknąłeś się z nazwą Khatyn (Chatyń). Tu znajdziesz wszelkie informacje na ten temat. Chatyń to niewielka wioska na Białorusi. Cała ludność tej wioski została w 1943 roku zamordowana przez niemieckich faszystów...
To jest prawda - patrz tutaj - KLIK. Wydaje mi się, że to był majstersztyk manipulacji.

Otoczenie hotelu było ciekawe. Z jednej strony pomnik zdobywców kosmosu...

Pomnik kosmonautów

Z drugiej strony malutka stara cerkiew. Wszedłem do środka. Trwało jakieś nabożeństwo. Prawie same starsze kobiety, atmosfera zupełnie niepodobna do naszego kościoła. Kobiety krążyły po cerkwi jak po własnym domu, Zapalały świeczki, śpiewały. W końcu wyszedł pop i przyniósł stertę malych kawałków chleba na tacy. Komunia? Czułem się nieswojo i dość szybko wyszedłem. Tuż po mnie wyszło młode małżeństwo z pewnie 10-letnia córką. Odwrócili się w stronę cerkwi i przeżegnali się, tak prawosławnie, trzy razy. Ich córka tylko zamarkowała znak krzyża. Zrugali ją i dopilnowali żeby się wyraźnie przeżegnała. Podszedłem bliżej i spytałem co to za kościół.
- To stara cerkiew pod wezwaniem Matki Boskiej Kazańskiej.
- Acha - podziękowałem za informację.
- A kto to Matka Boska Kazańska wiesz?
- Nie wiem.
- To dlaczego nie spytasz? 
Bardzo mi się to podejście spodobało. Wyjaśnili, że to odpowiednik naszej Matki Boskiej Częstochowskiej. 
- Teraz wiesz? - upewnili się.
Jak widać zapamiętałem to przez 35 lat. 

Następnego dnia pojechaliśmy na lotnisko Wnukowo i polecieliśmy do miasta Nalczyk - stolicy republiki kabarsko-bałkarskiej - KLIK. a stamtąd autobusem do naszej bazy - dużego hotelu u podnóża wielkiej góry.
Było późno więc tylko zjedliśmy obiad i zapoznaliśmy się z naszymi przewodnikami. Na obiad była dość rzadka zupa i ryż z sosem z niewielkini kawałkami mięsa i kawałkiem kwaszonego ogórka. Do tego pół litra wódki na stolik.
Nasz hotel był na wysokości 2,200 m, miałem kłopoty z zaśnięciem.
Następnego dnia zaczęły się narty. Po pierwsze kierownictwo hotelu było bardzo zmieszane naszą obecnością. Zrozumieliśmy, że jest to miejsce niedostępne dla cudzoziemców - duża ilość instalacji militarnych i tarcia etniczne. Trochę czasu zajęło wyjaśnienie, że nasz pobyt jest legalny. Po drugie wyjaśniono nam, że zasadniczo powinniśmy być cały czas w zasięgu wzroku naszych przewodników. Po trzecie - udaliśmy się do stacji wyciągu krzesełkowego. Byliśmy u stóp bardzo stromej góry, której szczyt tonął w chmurach. Jednoosobowe krzesełka szybko znikały we mgle. Kilka osób od razu zrezygnowało. Mieli trochę racji. Krzesełka były w dużej odległości od siebie, również odległość między słupami była bardzo duża. Pod nogami przepaść bez dna. Bylo bardzo zimno a nie było żadnych okryć. Na dodatek wyciąg zatrzymał się raz czy dwa razy. W rezultacie kilka osób było bliskich ataku histerii. 
Na górze był mały raj - świeciło słońce, było stoisko serwujace niezwykle smaczne szaszłyki. Większość naszej grupy zdecydowała zostać tu cały dzień i zjechać wyciągiem na dół. Gdy spojrzalem na trasę zjazdu miałem ochotę do nich dołączyć. Była piekielnie stroma, nie widać było końca, nie wiadomo było co jest po bokach. Od dawna nie padał śnieg więc można było się spodziewać zmrożonego, twardego i bardzo szybkiego śniegu. 
- Jesli tu upadnę to nic mnie juz nie zatrzyma - pomyślałem i ruszyłem w dół. 
Ku mojemu zaskoczeniu śnieg okazał się wyjątkowo przyjazny. Mam na myśli fakt, że narty wykonywały bardzo posłusznie wszelkie moje zamiary. Jeździłem w tę i spowrotem. Oczywiście o kontakcie z przewodnikami nie było mowy. Kilku dobrych narciarzy popędziło na łeb na szyję, przewodnicy razem z nimi. Ja musiałem kilka razy się zatrzymać, inni zatrzymywali się jeszcze częściej.

Wieczorem obiad podobny do wczorajszego i znowu pół litra wódki na stolik. Po wyczerpującym dniu i z perspektywą kolejnego intensywnego dnia nikt nie miał ochoty na wódkę. Poprosiliśmy kierownika wycieczki o interwencję - prosimy bez wódki, ale może trochę więcej jedzenia, przynajmniej jarzyn.
Bardzo szybko otrzymaliśmy wyjaśnienie - zgodnie z umową wasza racja żywieniowa ma kosztować ileś tam rubli. Jedzenia u nas brak więc kompensujemy to wódką.
To była prawda. W hotelu był mały kiosk z żywnością były tam owoce, słodycze. Żeby kupić pół kilo jabłek trzeba było kupić również ćwiartkę wódki.
Na szczęście nasi przewodnicy natychmiast znaleźli rozwiązanie. Pomógł im przypadek jednego z naszych kolegów. Podczas zjazdu upadł, wypięła mu się narta i odjechała kilkadziesiąt metrów. Zanim doszedł do narty zjawił się ratownik (a może strażnik), podniósł nartę i poczekał na właściciela. Jednak nie oddał mu jej tylko zapytał gdzie jego przewodnik. Tego oczywiście narciarz nie wiedział w związku z czym "ratownik" nie oddał mu narty lecz asystował mu aż do hotelu gdzie zameldował o wykroczeniu.
Rozwiązanie było proste - oddajcie nam niewykorzystaną wódkę, również tę z kiosku, a my załatwimy wam wyciągi bez kolejki i przychylność "ratowników". Chętnie się zgodziliśmy i mogliśmy rozkoszować się emocjonującymi zjazdami.
Inna rzecz, że uprzywilejowana pozycja w kolejce do wyciągu nie zyskała nam przychylnośc miejscowych narciarzy. Gdy rano szliśmy do wyciągu ludzie w kolejce mruczeli gniewnie pod nosem i podstawiali nam nogi. 

A co poza nartami?
W naszej grupie było kilka inteligentnych osób więc wieczorne rozmowy były ciekawe. Hotel leżał koło jakiejś malutkiej wioski czy osady. Tam jedynym miejscem publicznym był spory bazar nastawiony głównie na hotelowych gości. Było tam trochę lokalnych wyrobów ludowych, ale jedyne co dobrze zapamiętałem to węgierskie wino - Egri Bikaver. Zapamiętałem ponieważ jeden z moich współlokatorów (pokoje były 4-osobowe) nie mógł w nocy spać i tylko czekał na jakiś poranny ruch w pokoju. Spałem naprzeciw niego i wystarczyło żebym otworzył oczy a już słychać było bulgotanie i za chwilę pojawiała się przy moim łóżku szklanka z winem.
Ciekawa była rozmowa z młodą uczennicą. Szedłem do sąsiedniej wioski na jakieś występy ludowe i dołączyłem do pary miejscowych - ojca i córki. Gdy zorientowali się, że jestem Polakiem dziewczynka zapytała:
- Czy ja mogę o coś spytać obywatela z Polski?
- Oczywiście, pytaj o co chcesz - odpowiedziałem. Jej ojciec rzucił mi pełne nagany spojrzenie, odczekał chwilę, wreszcie powiedział:
- Możesz, ale to jest nasz gość więc masz się zachowywać z szacunkiem.
- Obywatelu z Polski - czy w Polsce kościół ma dużą siłę? - zapytała, ojciec rzucił jej nieco gniewne spojrzenie.
- Kościół, siłę... - odpowiedziałem - jak we wszystkich krajach demokracji ludowej panuje u nas tolerancja religijna. Kościół jako instytucja nie ma u nas siły, siła jest u wiernych a u nas jest ich wielu.
- Ale księża? Oni podobno są w Polsce bardzo bogaci.
- Skąd bogaci? Kościół nie ma własnego majątku, wszystkie dochody to datki wiernych. Księżą, których znam poświęcaja większość pieniędzy na utrzymanie kościóła i żyją bardzo skromnie.
- Jak to jest Tato? U nas nauczyciel mówił, że księża w Polsce dostają pieniądze z CIA. Dostają? - to było skierowane do mnie.
- Nauczyciel powiedział wam to co jest właściwe - ojciec uprzedził moją odpowiedź - to bardzo niegrzeczne podawać w wątpliwość słowa nauczyciela w obecności gościa z Polski.
Zmieniliśmy temat rozmowy.

Nawiększą atrakcję zachowano na przedostatni dzień turnusu - wycieczka na Elbrus...

Elbrus

Taki widok mogliśmy podziwiać codziennie spod naszego hotelu i ze szczytu góry, z której zjeżdżaliśmy na nartach.
Po godzinie jazdy autobusem znaleźliśmy się u stop góry. Kolejka linowa wjeżdżała na wysokość sporo ponad 4,000 m. Śnieg miał bajeczne właściwości, bardzo szybki a jednocześnie zgadywał zamiary narciarza. Jazda była cudowna. Spędziliśmy kilka  godzin na górze zadawalając się krótkimi zjazdami (i podchodzeniem) gdyż obawialiśmy się, że po zjeździe na dół spędzimy resztę dnia w kolejce do kolejki linowej. Końcowy, wielokilometrowy zjazd na dół był wielkim przeżyciem. Wiele lat później miałem okazję jeździć na nartach w Nowej Zelandii, USA, w St Moritz i Davos, ale żadne zjazdy nie dorównały Elbrusowi.

Cały ostatni dzień spędziliśmy w drodze. Najbardziej dramatyczna była jazda autobusem do Nalczyk. Autobus popsuł się. Kierowca powiadomił o tym pasażerów i zapadł w sen w swoim fotelu.
- Co się stało? Trzeba coś zrobić - wyrwaliśmy go z drzemki. Wzruszył ramionami:
- Ja i tak nie mam żadnych narzędzi ani części zapasowych.
Jednak zmusiliśmy go do podniesienia maski. Pękło jakieś cięgno i udało się to naprawić kawałkiem drutu. Zdążyliśmy na samolot.

P.S. Tytuł wpisu - LOTem dalej - to parafraza reklamowego hasła - LOTem bliżej. Hasło to wymyślił Melchior Wańkowicz, autor popularnego przed wojną hasła reklamowego - Cukier krzepi.

Tagi: lot narty zsrr
11:08, pharlap
Link Komentarze (6) »
niedziela, 26 lipca 2015

Lech  Lech

Nowy rok akademicki (1962/63) zacząłem z dużym entuzjazmem. Po pierwsze wróciłem do akademika przy placu Narutowicza. Po drugie wskoczyłem w normalny rytm studiów w związku z czym przysługiwało mi stypendium. Jednocześnie stworzono nową możliwość - stypendia fundowane. Te stypendia przyznawał wybrany przez studenta zakład pracy. W zamian za to student po ukończeniu studiów musiał odpracować u swojego sponsora conajmniej okres pobierania stypendium. Studenci, którzy pozostawali na stypendiach uczelnianych dostawali po ukończeniu studiów nakaz pracy we wskazanej przez uczelnię instytucji. Dodatkową zaletą stypendiów fundowanych był fakt, że były wyższe - chyba 650 zł.

W związku z opisanymi wcześniej rozterkami na temat sensu organizacji pracy w fabryce oraz przyczepioną do naszego kierunku etykietą - szkoła dyrektorów - szukałem sponsora innego niż zakład przemysłowy. Znalazłem - Centrala Handlu Zagranicznego Metalexport. Nie miałem pojęcia co też mogę robić w centrali handlowej, ale to był już ich problem - płacą to niech się martwią jak mnie wykorzystać. Oczywiście atrakcją była wizja wyjazdów zagranicznych.
Spotkanie w dziale kadr Metalexportu wypadło bardzo dobrze, pochwaliłem się znajomością języków obcych, moi rozmówcy byli inteligentni i eleganccy w zachowaniu. Podpisaliśmy umowę.

Moim współlokatorem w pokoju był Wiesiek K., który był przewodniczącym Związku Młodzieży Socjalistycznej (ZMS) na naszym wydziale. To mnie trochę zmroziło jednak już po klku dniach lody prysły. Po pierwsze fakt, że Wiesiek mieszka w pokoju 4-osobowym oznaczał, że nie wykorzystuje swojego stanowiska dla celów osobistych, po drugie był wyjątkowo koleżeński i wkładał wiele autentycznego trudu w działalność społeczną. Nie minęło wiele czasu gdy Wiesiek zapytał dlaczego ja nie włączam się do żadnych prac społecznych. Na pewno nie zapiszę się do ZMS - warknąłem. A kto mówi o ZMS, jest jeszcze ZSP, radiowęzeł, gazeta Politechnik.  Tyle rzeczy do zrobienia a w nagrodę można dostać atrakcyjne wczasy, nawet zagraniczne - kusił. Ten ostatni argument zastanowił mnie - jaką działalność byś mi sugerował? Sąd koleżeński - odpowiedział Wiesiek - tam poznasz dużo osób, zorientujesz się jak wyglądają inne rodzaje działalności. Zgodziłem się, właśnie zbliżał się termin wyborów, zostałem wybrany jakąś astronomiczną ilością głosów. To dlatego, że nikt cię nie zna - śmiał się Wiesiek - im więcej działasz tym większa szansa, że komuś podpadniesz.

Na marginesie studiów... wspomnienie z 1961 roku... do Warszawy przyjechał słynny zespół zawodowych koszykarzy - Harlem Globetrotters. Postanowiliśmy wraz z jednym z kolegów iść na ich występ na Torwarze. Wcześnie rano pospieszyłem do kas Orbisu na Brackiej. Była tam już spora kolejka. Czekając na otwarcie kas nawiązałem całkiem miłą rozmowę ze stojącym obok mnie chłopakiem. Nagle rozeszła się pogłoska, że bilety są już sprzedawane w kasach na Stadionie X-lecia. W kolejce zapanowała konsternacja, niektóre osoby pobiegły do tramwaju.
- Może jeden z nas skoczy na stadion i w razie czego kupi dla nas dwóch? - zaproponowałem mojemy przypadkowemu towarzyszowi.
- Bardzo dobrze, tylko wiesz, ja mam tylko 50zł, na jeden bilet. Jakbyś ty mógł pojechać i kupić bilet dla mnie za swoje pieniądze a ja tu bedę trzymał kolejkę.
- Świetnie, ale jakbyś doszedł do kasy zanim ja wrócę to kupisz bilet dla mnie - podsumowałem.
- Ale ja mam tylko na jeden bilet - chłopak rozłożył bezradnie ręce. Dałem mu więc 50 zł i pojechałem na stadion. Tam też kasy były zamknięte a przed nimi kolejka. Godzina 9, kasy nadal zamknięte. Za kilkanaście minut pojawił się ktoś z komunikatem - na Brackiej otworzyli już kasy i sprzedają bilety. Popędziłem więc spowrotem i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że dałem 50 zł zupełnie przypadkowej osobie na ulicy i na dodatek nie mogę sobie przypomnieć jak ona wygląda. Jeśli ten chłopak nie da mi jakiegoś znaku (o ile jeszcze tam jest) to pieniądze stracone. Dał znak, był już bardzo blisko kasy i wyglądał mnie z niecierpliwością.
Sam występ Harlemu mocno mnie rozczarował. Pokazali kilka tricków, które już widziałem na kronice filmowej. Potem rozegrali pokazowy mecz z towarzyszącą im zawodową drużyną, ale to nie budziło żadnych emocji. To było moje pożegnanie z oglądaniem imprez sportowych.

Studia nie były zbyt intensywne. W programie studiów było wiele jednosemestrowych przedmiotów, których nie traktowaliśmy zbyt poważnie. Między innymi prawo pracy. Zaskoczeniem był dla mnie fakt, że było ono w całości oparte na prawie pracy z 1935 roku czyli okresu wyzysku klasy robotniczej. Wyzysk nadal trwał - pracownicy fizyczni dopiero po 10 latach pracy uzyskiwali prawo do miesięcznego urlopu.
Powtarzając rok zaliczyłem kilka przedmiotów z wyższego roku. Wolny czas postanowiłem wykorzystać na naukę gry na pianinie. Zapisałem się do Ogniska Muzycznego do pierwszej klasy. Lekcje odbywały się w mieszkaniu mojej nauczycielki, bardzo blisko akademika. W akademiku przy ul Akademickiej, w świetlicach, były dwa pianina. Do tego jeszcze jedno na moim wydziale. Ćwiczyłem więc codziennie, czasem po kilka godzin. Na wyniki nie trzeba było czekać. W styczniu odbył się półroczny popis, na którym wystąpili uczniowie klas 1-3 czyli dzieci w wieku 7-10 lat. Gdy czekałem na swoją kolej zagadnęła mnie jedna z matek - a która to pana pociecha? Ja sam jestem swoją pociechą - odpowiedziałem. Mój występ wypadł bardzo dobrze, awansowałem chyba do 3 klasy. Widzicie państwo co to znaczy przyłożyć się do ćwiczeń - dwie klasy w ciągu pół roku - pochwaliła mnie przewodnicząca komisji egzaminacyjnej. Rodzice i ich pociechy pożegnali mnie bardzo niechętnym spojrzeniem.

Sylwia i jej rodzice nie mieli jasnego poglądu na temat jej przyszłości zawodowej i po wakacjach zaczęła naukę w szkole techników fizjoterapii. Nasza znajomość ustabilizowała się. Spotykaliśmy się dośc często, chodziliśmy razem do teatru, do kina i na koncerty a w świecie muzycznym działo się dużo. W Filharmonii Narodowej występowali doskonali dyrygenci i soliści, największe wrażenie zrobił na mnie Igor Markevitch, który dyrygował Świętem Wiosny Strawińskiego. O utworze tym naczytałem się w książce Stefana Kisielewsiego - Gwiazdozbiór muzyczny i nie zawiodłem się. Gwiazdozbiór muzyczny bardzo wpłynął na mój sposób odbioru muzyki. Inny pamiętny występ to recital fortepianowy Światosława Richtera. W operze, która jeszcze rezydowała w sali Roma kierownictwo objął Bohdan Wodiczko i on też wprowadził do repertuaru utwory Strawińskiego czy Bartoka. 

W lutym 1963 roku, podczas przerwy międzysemestralnej, pojechałem na wczasy zimowe do Karpacza. Tym razem trafiłem na doskonałe warunki śniegowe, tak dobre, że ogłoszono zimę stulecia i przedłużono nam przerwę międzysemetralną do 4 tygodni.
W naszym turnusie znalazło sie kilku zapaleńców narciarstwa. Codziennie rano spieszyliśmy do stacji wyciągu na Kopę. Po wjeździe na górę lepiej było nie zjeżdżać na dół gdyż oznaczało to ponad godzinę czekania w kolejce do wyciągu. Wędrowaliśmy więc do schroniska Strzecha Akademicka...

Strzecha Akademicka

... skąd zjeżdżaliśmy do pobliskiego schroniska Samotnia...

Samotnia

Tu można było pozjeżdżać na krótkich, ale bardzo stromych trasach, oczywiście nie było tam żadnych wyciągów. Kolejny etap prowadził do nieistniejacego obecnie schroniska im Bronisława Czecha. Stamtąd można było zjechać do dolnej stacji wyciągu na Kopę w nadziei, że kolejka zmalała, albo powędrować do nieistniejących już z nazwy Bierutowic, w których wyróżniał się kościółek Wang sprowadzony tutaj w połowie XIX wieku z Norwegii - KLIK.
Gdy relacjonowałem potem mój pobyt znajomi dziwili się - jak to przez prawie 4 tygodnie codziennie ta sama trasa? To chyba nudne. To nie było nudne. Równia pod Śnieżką to była galeria niezwykłych śnieżnych rzeźb, codziennie innych... 

Równia pod Śniezką

Wędrówka na nartach w terenie nigdy nie jest nudna. Ta prawda powróciła do mnie prawie 30 lat później.

Pobyt w Karpaczu miał również muzyczne akcenty. Po pierwsze w świetlicy było pianino więc codziennie wstawałem przed 7. żeby trochę poćwiczyć. Po drugie w turnusie znalazł się domorosły pianista, który potrafił z każdej melodii zrobić doskonały utwór do tańca. Postukał chwilę na klawiaturze jednym palcem, spróbował kilku akordów - gotowe. Któregoś ranka zastał mnie przy pianinie, popatrzył na rozłożone nuty - nie potrafię grać z nut - stwierdził. Ogromnie mnie to sfrustrowało - ileż ja bym dał żeby grać tak jak on. Po trzecie w turnusie była osoba studiująca kompozycję w Krakowie - Anna. Ona potrafiłaby zagrać wszystko, ale nie grała. Opowiadała mi trochę o swoich studiach. Dowiedziałem się, że na pierwszym roku od każdego studenta kompozycji oczekuje się, że napisze barokową fugę. Taką jakiej nie powstydziłby się J.S. Bach. Gdzie ja jestem z moimi pilnymi ćwiczeniami na pianinie? Chyba jednak wśród 10-letnich dzieci.
Pewną pociechą była nabyta w Karpaczu książka - Mozart autorstwa Karola Stromengera. 

Praca w sądzie koleżeńskim nie była zbyt wymagająca. Na ogół wystarczało jedno zebranie na miesiąc, na którym rozpatrywaliśmy zgłoszone sprawy. W większości były to skargi na niewłaściwe zachowanie w domu akademickim i nasza rola ograniczała się do rozmowy z zainteresowanymi. To właściwie nie była rola sądu, ale to przynosiło jakiś pożytek. Właściwą rolą sądu było rozpatrywanie zachowań, które naruszały statut organizacji, ale ta sfera wydawała nam się zbyt abstrakcyjna. Na naszych spotkaniach raziły mnie popisy oratorskie niektórych kolegów. W końcu byliśmy w małym gronie i mieliśmy konkretne sprawy do omówienia. Uznałem, że to może być jakiś rodzaj rekompensaty dla osób, które czuły się powołane do działania na ważniejszej arenie.

W drugim semestrze mieliśmy znowu do wykonania pracę przejściową. Po temat zgłosiłem się do Metalexportu. Zasugerowali mi analizę importu maszym włokienniczych. Temat okazał się ciekawy. Technologia produkcji syntetycznych włókien wydała mi się ciekawsza niż skrawanie czy spawanie, promotor był zadowolony z moich postępów, ale na końcu spotkało mnie rozczarowanie. Złozyłem zakończony projekt do oceny. Po kilku dniach mój promotor wezwał mnie na rozmowę i nieco zażenowony oznajmił, że przeoczyliśmy jedną sprawę. W tym projekcie oczekuje się, że student wykona szkicowy plan zakładu przemysłowego a ja tego nie zrobiłem. Zdziwiłem się - przecież moja praca była o imporcie więc o jakim zakładzie tu mowa. Promotor przyznał mi rację i przeprosił gdyż to on przeoczył to wymaganie, ale jednak muszę ten kawałek dorobić, w końcu to nie taki wielki wysiłek. Dorobiłem, ale po pierwsze straciłem kojejny kawałek ufności w wartość moich studiów a po drugie nabrałem obaw czy przy pracy dyplomowej nie wystąpią podobne nieporozumienia.

W okolicach Wielkanocy dotarła do mnie wiadomość o organizowanych przez ZSP wycieczkach zagranicznych. Jedna z nich wyglądała nadzwyczaj atrakcyjnie - 2 tygodnie w Austrii - Wiedeń-Salzburg-Alpy. Złożyłem podanie. Konieczne było zdanie egzaminu z języka obcego. Zdałem z angielskiego na 5 i z niemieckiego na 4. Egzamin z języka okazał się trudnym progiem i w rezultacie pozostało bardzo niewielu kandydatów - zakwalifikowałem się.

W maju odbyły się badania lekarskie przed czekającym nas w lipcu obozem wojskowym. Wyglądało na bardzo powierzchowne - trzeba było nago podejść do stołu komisji lekarskiej, odwrócić się do niej tyłem, pokazać spody obu stóp i wypiąć się na komsję. Jednak jeszcze zanim się odwróciłem jeden z lekarzy zadał mi szokujące pytanie:
- A wy podchorąży, czemu to wyglądacie jak panienka?
Jak panienka? Oblałem się rumieńcem (jak panienka) i to mnie jeszcze bardziej zdeprymowało. Reszta komisji zainteresowała się moja osobą, kazali podejść bliżej i stwierdzili, że mam przepuklinę pachwinową.
- Zgłoście się natychmiast do szpitala na operację to zdążycie się wykurować do lipca, bo inaczej możecie stracić rok.
Najbliższy szpital był przy ulicy Barskiej.