Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: Anglia

wtorek, 24 listopada 2015

 Tadeusz
Ostatnio opisywałem jak przebiegała moja praca w kombinacie Fasty. Wspomniałem o mojej 
inicjatywie założenia pisma zakładowego. Znaleziono nie tylko etaty dla redaktorów prowadzących, ale na dodatek to byli ludzie z pewną praktyką dziennikarską. Prawda, że skład zmieniał się dość często - prestiż pracy w zakładowym piśmie nie był wysoki, mała była skala wydarzeń istotnych. Obowiązki czysto polityczne i oficjalne raczej zniechęcające. W składzie redakcyjnym przez ostatnie lata mojej pracy w kombinacie był późniejszy senator z Porozumienia Centrum (ależ plama w życiorysie, dlatego nie podaję nazwiska). Był też późniejszy naczelny najpopularniejszej gazety białostockiej w stanie wojennym - Kuriera Podlaskiego.  

Ja zrobiłem całą oprawę graficzną, winiety: główną i do rubryk. 
Potem doszła z pomocą graficzka po liceum plastycznym. Musiałem uzgodnić z Komitetem Zakładowym  PZPR ramówkę - cele polityczne, kulturalne, produkcyjne, stałe rubryki, dobrać obsługę techniczną, zebrać amatorów fotografików i współpracowników-informatorów z poszczególnych wydziałów  zakładu. Czyli ustalić kościec pisma, które co tydzień musiało być wypełnione. Aż się dziwię, że to zrobiłem. Aby pokazać nieco mojego udziału w pracy pisma przedstawiam winietę czołową i pierwszy z kilku odcinków moich wspomnień z odwiedzin u rodziny w Wielkiej Brytanii jesienią 1970 r.. Tak pisałem do paru tysięcy natykaczek, snowaczek, obciągaczek, tkaczek i wielu włókniarzy o dziwnych nazwach specjalności. 
Dziś, czytając ten tekst widzę, że ustrzegłem się w nim przed zbyt nachalną socjalistyczną propagandą, choć temat wręcz wydawał się takiej wymagać. Był rok 1971 - tuż po wymianie rządzącej ekipy partyjnej, ale z obowiązującym tym gorętszym entuzjazmem dla ustroju. 
Przed wyjazdem miałem w domu wizytę funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa, który poinformował 
mnie, że niechybnie będę atakowany przez służby wraże, i że w wypadku takich kontaktów muszę raport po powrocie złożyć. Nie kazał niczego podpisywać, po powrocie raportu nie składałem, stąd też w aktach IPN tylko fakt starania o paszport jest uwidoczniony. Podoba mi się język prosty i łatwy do zrozumienia przez każdego czytelnika niezależnie od wykształcenia. Może razić pewne moralizatorstwo, ale jego intencje wydają mi się jednak w wielu wypadkach aktualne także dziś. Najbardziej spektakularnym i całkowicie bezdyskusyjnym skokiem ku Zachodowi w ciągu tylu lat wydają się być rowery, co zwłaszcza w Białymstoku jest widoczne - ścieżki rowerowe, miejskie bardzo popularne wypożyczalnie rowerów. Zgryźliwie dodam - przegoniliśmy Anglię w bezrobociu. Tekst bez żadnych zmian, korekt czy opuszczeń,  jest obrobiony cyfrowo tylko dla czytelności. To jest więc tekst źródłowy, historyczny.

Mamy codziennie dobre połączenie kolejowe z Wielką Brytanią. Wygodny wagon jedzie z Warszawy aż do Hoek van  Holland, małego portu holenderskiego,  gdzie czeka prom do Harwích. Sporo jest  W Polsce narzekania na opóźnienía pocíągów, sporo też opinii o niedoścignionej  dla nas punktualnoścí kolei na Zachodzie.  Gdy wíęc mój międzynarodowy ekspres  przyjechał do Holandií z czterogodzínnym opóźníeniem, mimo że punktualnie wyjechał z Warszawy, czułem się jak u síebie w Polsce, a wysoką ocenę kapítalístycznej  organizacji koleí  musíałem míędzy bajki włożyć. Znalazłem síę wíęc w Holandíí, prom  już odpłynął, następny za 12 godzín. Byłem niewyspany, głodny, ale w gruncíe rzeczy zadowolony z okazji zwiedzenia kawałka obcego kraju, czułem się także bogaty, bo miałem 5 dolarów. Holandia słynie z tulípanów, mlecznych krów, wíatraków, starego malarstwa i gospodarnoścí. Był paźdzíerník, tulipanów więc już nie było, a krowy pasące się na ogrodzonych pastwískach widziane z daleka, z okien pociągu, nie zrobiły na mnie wrażenia. Wiatrakí służyły niegdyś do pompowania wody z rowów melioracyjnych, teraz stoją na polach bezużyteczne, zastąpíone przez silniki, zachowane jedynie dla tradycji i urozmaicenia nudnego płaskiego krajobrazu. Muzeum z obrazami starych místrzów malastwa w tym maleńkim míasteczku także  nie było. Pozostała do podziwíanía gospodarność,  a raczej jej przejawy rzucające się w oczy  jednodníowemu turyście. A wíęc zaczynając od dworca í restauracjí dworcowej, w której na zwyczajny obiad typu 25-30 zł (czyli ówczesne ca 30 centów)  straciłem połowę mego dewízowego majątku, tzn. 2,50 dolara. Dla bywalca dworca w Bíałymstoku, Warszawíe Wileńskíej,  czy Łodzí zjawískíem wprost cudownym  jest czystość í poszanowaníe míenia społecznego. Nie widzíałem śmiecí, rozbítych  szyb, poobíjanych drzwí, poplamíonych,  porysowanych ścían í boazeríi. Níemal  wszystkie polskie bary i rastauracje dworcowe są w kolorach zimnych - szarych i brudnoniebieskich, nasze stolikí, lady barowe i  sklepowe pokryte płytamí o kolorach jak  w szpítalu lub... umywalní. Koloryt lokalí  publicznych tak w Hoek van Holland, jak i później oglądanych angielskích, jest ciepły, przeważają beże, czerwienie i wszędzie dużo koloru drewna. Dzięki użytym  kolorom i powszechnie stosowanym wyściełanym krzesłom i kanapkom, podróżny w poczekalni dworcowej, czy klient w  barze czuje się przytulníe, prawie jak w  prywatnym mieszkaniu. Inna sprawa, że tak elegancko choć  niedrogo (tworzywa sztuczne) urządzone  wnętrze chyba niedługo utrzymałoby się  u nas przy rozwydrzonych, podpitych często młodzieńcach i przy biernym, wyrozumiałym stosunku reszty społeczeństwa do  tych niszczących wspólną własność chuliganów.  Dziwną mi się doprawdy wydaje rzeczą, że w kapítalistycznej przecież Holandii  stosunek do społecznego mienia jest lepszy niż u nas, że przeciętny Holender czy  Anglik więcej dba o czystość ulicy swego miasta lub o miejski autobus niż robotnik fastowski o własną, fabryczną ubikację czy białostoczanin o całość chroniącej go przed deszczem wiaty, np. tej  przy końcowym przystanku linii 9 i 7.  Ta dbałość o estetykę i czystość nie  jest tylko powierzchowna. Jadąc widziałem z okna pociągu zakłady przemysłowe  i gospodarstwa rolne. Śmiało mogę powiedzieć, że nasze ,,Fasty” także i na Zachodzie należałyby do najładniejszych zakładów, jeżeli pominąć nasz niezbyt nowoczesny biurowiec.  Ale w estetyce zaplecza nie dorastamy im nawet do pięt. Nasze zabłocone zaplecze zakładów, nasze sterty brudów i odpadków przy magazynach i rampach, kupy śmieci czy pełne błota wyrwy w jezdniach i przejściach nie zdarzają się w takich firmach jak np.  ,,Stork”, z której pochodzą nasze maszyny w drukarni. Holendrzy równie dbają  o gości, dla których są główne wejścia,  fasady budynków, biurowce i dworce, jak  i o samych siebie, bo przecież tyły zakładów i zaplecza gospodarstw rolnych są  dla ludzi, którzy tam pracują.

Na uliczkach miast Holandii i Anglii,  obok dużej ilości samochodów jeszcze więcej widziałem rowerów i motorowerów.  Gdy w Polsce kupiłem sobie rower, moi sąsiedzi spoglądali na mnie lekceważąco,  a ich szacunek do mnie wyraźnie się zmniejszył. Chciałbym ich posłać do Rotterdamu czy Londymu, aby zobaczyli jak  bogaci Holendrzy jadą do pracy rowerami, a wiekowe, dobrze ubrane Angielki wybierają się po zakupy motorowerami.  
Wydaje mi się, że trzeba przeżyć epidemię motoryzacji, aby nabrać szacunku i przekonania do roweru. O popularności  roweru w Holandii  niech świadczy fakt, że parkingi rowerowe są tam przed każdym większym sklepem, a przy dworcu  w Hoek van Holland, miasteczku 6-tysíęcznym stało na stojakach około 200 rowerów. Mój prom odpływał o północy, więc  mogłem zobaczyć nocne życie miasteczka.  Sennie było i pusto, ulice wyludnione już  od 6-ej po południu, kawiarenkí zamykane o 10-tej, niezbyt pełne przez cały wieczór. Spokojne, stateczne życie. Okna  bez zasłon odkrywały wnętrza mieszkań. Wszystkie jednakowe, urządzone jakby  przez jednego człowieka, z tymi samymi meblami w staroświeckim stylu, z telewizorem na środku salonu i ustawioną  przed nim kanapą. Brak zasłon, pozwalający przechodniom podglądać życie mieszkańców, pochodzi podobno z czasów prześladowań religijnych - dowodził wtedy,  że w mieszkaniu nie wykonuje się żadnych zakazanych praktyk.  
Prom wiozący mnie do Harwich wyglądał jak spory statek pasażerski, tylko  tył szeroko rozwarty 
przez duży otwór  wjeżdżały samochody. Podróżnych było sporo, największą grupę stanowili oczywiście Anglícy, a drugą w do liczebności Niemcy z NRF.  Na promie i w portach wszystkie instrukcje i wskazówki dla podróżnych są  w języku angielskim i niemieckim, niekiedy holenderskim i francuskim - jedynie przepisy celne widziałem na promie także po polsku. Widocznie i tam są znani nasi turyści, którzy jako ,,pamiątkę” z Anglii przywożą do kraju np. po  50 bluzek elastycznych...  
Prom 
płynie przez kanał La Manche 6 godzin, a więc w moim wypadku całą  noc. Kołysanie nie było zbyt silne, raczej  usypiające i większość pasażerów pokładła się po prostu na wyścielonych miękkim chodnikiem podłogach lub stojących pod ścianami kanapach. Koło 2 w nocy największe pomieszczenie dla podróżnych kojarzyło mi się z literackimi opisami  statków wiozących emigrantów do Ameryki - przyćmione światła, głębokie, wolne kołysania statku, szum fal rozbijających się o burty, cała podłoga pokryta leżącymi pokotem śpiącymi ciałami, głowy  na łokciach, torbach lub walizkach, otwarte usta, dziwaczne nieraz pozy drzemiących ludzi. I żadnych ludzkich odgłosów, prócz oddechów i płaczu jakiegoś rozbudzonego dziecka.  Wielka Brytania - kraj, do którego należała niegdyś połowa świata - a ludzie w tych posiadłościach harowali po to, by  bogaciła się ta niewielka przecież wyspa.  Przez dziesiątki lat bogactwa Azji, Afryki, Ameryki płynęły tu i zostawały. Kraj,  który ostatnią okupację przeżył 900 lat  temu - tu nigdy nie trzeba było odbudowywać przemysłu, tu domy stoją nieraz po 300-400 lat, nie trzeba więc tak  dużo budować nowych. U nas wiele lat  był carski i pruski żandarm, był też kapo w niemieckich łagrach, a tu stale od lat ten sam bobby, policjant w śmiesznym hełmie. Nieprzerwane, długie życie społeczeństwa daje lojalność obywatelowi, pewność jutra, kulturę współżycia.
Schodziłem z promu na angielską ziemię 
ze świadomością tego wszystkiego, z ciekawością, czy to się sprawdzi wśród ludzi, czy tak chwalony przez zachodnią propagandę dobrobyt nie jest przesadzany. Wielka Brytania od lat przestała już 
przecież być mocarstwem, jej kolonie wywalczyły wolność, coraz mniej frajerów chcących pracować w Afryce czy Indiach  dla panów z Londynu. Anglicy muszą już płacić za surowce, które dotychczas dostawali prawie darmo ze swych posiadłości, a zapasy złota i pieniędzy kończą się.  
Pierwsze wrażenia nie były jednak  związane z gospodarką, ekonomiką czy polityką - po prostu 
oglądałem z samochodu krajobrazy wschodniej Anglii. Anglia to kraina w państwie Wielka Brytania -  tak jak Mazowsze czy Podlasie w Polsce. Pejzaże angielskíe są piękne, co mnie  raczej zaskoczyło - spodziewałem się zastać krajobraz typu naszego Śląska, gęsto zabudowany, z szerokimi, prostymi autostradami - tymczasem kręte, wąskie, ale świetnie utrzymane szosy wiją  się wśród malowniczych pól i porośniętych lasami wzgórz. Była wczesna jesień,  piękna pogoda, ani śladu mgieł, dużo morskiego ptactwa, bo w Anglii nigdzie  do morza nie jest daleko. Trudno tu jednak znaleźć miejsce na wypoczynek na  łonie natury - pełno tabliczek „własność prywatna” - tam nie należy wchodzić i Anglicy ściśle tego przestrzegają. W lasach sporo grzybów, których nikt  nie zbiera prócz zamieszkałych tu Polaków. Anglicy nie mają, takich jak my  kłopotów z określeniem jaki grzyb jest  jadalny, a jaki trujący. Obowiązuje zasada, że grzyby jadalne, to grzyby hodowane (przeważnie pieczarki), reszta jest
niejadalna. W zasadę tę chyba wszyscy  święcie wierzą do tego stopnia, że znajdowałem w parkach mnóstwo pieczarek, które, ponieważ dziko rosły, traktowane  były jako niejadalne.  
Podobały mi się 
małe miasteczka, może dlatego, że tak różne od polskich, powstawały wiele lat temu, remontowane i odnawiane utrzymały swój starośwíecki wygląd, co daje wrażenie przytulności i solidności.  Tylko reklamy, szyldy, napisy i stojące na wąskich uliczkach samochody, a  wszystko to w ostrych, mocnych kolorach,  oraz anteny telewizyjne, przypominają,  że minęły czasy królowej Wiktorii i jest  wiek XX. 

Bardzo podobało mi się malowanie tynków domów na różne, czasem  intensywne, ciemne kolory, co wraz z  białymi framugami okien stwarzało miły,  wesoły obraz. Przeważają domki jednorodzinne o większym jednak niż u nas  metrażu. Są ładne, z gankami, facjatami, ale zupełnie nieznane są balkony, nie  spotkałem ani jednego. Duże budynki to urzędy, banki lub pałacyki, ale jest ich  w małych miastach niewiele. Niemal wcale nie ma też, poza największymi miastami, bloków mieszkalnych. Tak więc  większość ludzi mieszka w małych domkach własnych lub wynajmowanych. Koszt takiego wynajmu mieszkania, także w blokach, to największe pozycje w budżetach angielskich rodzin.  
Jak żyją 
przeciętni mieszkańcy? Trzeba przyznać, że strasznie nudno i monotonnie. Przeciętny Anglik spędza czas po pracy przeważnie w domu z rodziną, przy telewizorze. Telewizory są bardzo  drogie, o wiele droższe niż u nas, więc  szeroko praktykowane jest wypożyczanie  aparatów. Płaci się abonament, który zapewnia obsługę, naprawy, wymianę zużytego aparatu itd. Telewizja kolorowa  powszechna jest jedynie na wystawach  magazynów ze sprzętem elektrycznym,  jej cena jest tak wysoka, że rzadko kto może sobie pozwolić na kupno telewizora  do barwnego odbioru, a wypożyczenie takiego aparatu jest około 3 razy droższe od telewizji czarno-białej.   Na dochody przecíętnej rodziny składają się przeważnie tylko zarobki męża,  zaś możliwość dorobienia przez kobietę jest  tylko teoretyczna. 

Bezrobocie, które istnieje w Wielkiej Brytanii utrzymuje się  na znośnym poziomie jedynie dzięki pozostawaniu kobiet w domu, gdyby zaś one  chciały szukać i żądać pracy, osiągnęłoby olbrzymie rozmiary.  
Jakkolwiek by nie przeliczać zarobków  z funtów szterlingów na dolary czy na złotówki, to 
średnio zarabiający robotnik  z dwojgiem dzieci i żoną, po zapłaceniu czynszu mieszkaniowego, zakupie drogiej  odzieży, wydaniu masy pieniędzy na kosztowną elektryczność i gaz pozostałą  kwotę musi wydać już tylko na wyżywienie. Ceny żywności, mimo, że niższe  niż w innych krajach zachodnich, są po ostatnich podwyżkach (zwłaszcza na mięso)  wysokie w stosunku do zarobków. 

Może on sobie kupić najtańszy nowy samochód po 10  latach oszczędzania, rezygnując z rozrywek, wakacji, alkoholu, papierosów itp. Jest tak, mimo że samochody w  stosunku do naszych cen są bardzo tanie.  Porównywanie cen na ten tak luksusowy  u nas produkt jest mylące i wprowadzające w błąd.  
A jak bawi się przeciętny Anglik? Najpopularniejszym miejscem jego pozadomowej rozrywki jest 
pub (wymawia się  pab). Jest to połączenie piwiarni z barem  i kawiarnią. Przeciętny Anglik ma „swój” pub, do którego chadza spotykać się z innymi stałymi bywalcami tego lokalu, którymi na ogół są mieszkańcy paru najbliższych ulic. Tu także czasem urządza się  urodziny czy obchodzi jakieś wydarzenie (które u nas najczęściej oblewa się w domu paroma litrami czystej wyborowej). Wygląda to w ten sposób, że solenizant zaprasza  swoich gości do swojego pubu, stawia  wszystkim po 1 piwie (dość drogim) czy  1 kieliszku whisky (jeszcze droższej) i parę herbatników, a potem goście, jeśli chcą, bawią się na własny rachunek. Podobno zdarzały się wypadki, że wyjątkowo hojny solenizant stawiał również drugie piwo, o ile nie było zbyt dużo gości.  Whisky, przypominającą w smaku nasz winiak, pija się rozcieńczoną specjalnym  piwem imbirowym lub wodą sodową z lodem.  Puby zastępują właściwie odwiedziny  w domu, toteż spotkania w mieszkaniu  są rzadkie i dotyczą wąskiego kręgu najbliższych znajomych lub rodziny.  Niektóre puby typu młodzieżowego posiadają grającą szafę, czasem mały zespół muzyczny i tam można w niektóre  dni tygodnia potańczyć, a raczej podreptać w miejscu, bo tłok jest niesamowity,  zwłaszcza, że metrażem te lokale przypominają średniej wielkości sklep. Lokale zarówno te, jak i wszystkie inne, zamykane są o godz. 23 i tylko raz w roku,  na Sylwestra, za specjalnym zezwoleniem  władz miasta, są otwarte aż do 1 w nocy. Całonocne bale sylwestrowe nie są  tam znane, bo też i Nowy Rok jest zwykłym dniem pracy. A w ogóle to świąt jest  w Anglii bardzo mało: Wielkanoc, Boże  Narodzenie i jeszcze jedno typowo angielskie - Dzień Bankowy czy coś w tym  rodzaju. W sumie 4 dni w roku. Anglicy  znający nasz kraj jedynie z tendencyjnych, a więc niechętnych nam opisów w  gazetach czy tv nadziwić się nie mogli,  gdy im opowiadałem o  ilości naszych  świąt, w większości  kościelnych. 
Pojęcie Anglików o naszym kraju i brak rozeznania w naszych warunkach, mniemanie, że jesteśmy 
zacofanym, niemal barbarzyńskim obszarem, powszechne zwłaszcza w niższych warstwach społecznych, nie wynika tylko z przekręcania faktów o krajach socjalistycznych przez  prasę czy radio. Jest wśród Brytyjczyków przekonanie, że wszystko co angielskie  jest najlepsze, cała reszta zaś gorsza. Rzecz jasna najgorsze są rzeczy, które  najbardziej odbiegają od angielskich wzorów. Jednak od czasu, gdy Wielka Brytania staje się coraz słabsza ekonomicznie  i politycznie, Anglicy coraz mniej są o  tym przekonani.  
Pojęcie o innych krajach, a więc i o  Polsce, zależy w dużym stopniu od 
poziomu danego człowieka. Angielskíe środki masowego przekazu  są mocno zróżnicowane. 

Najpoważniejsze  gazety jak np.: londyński „Times” czy  programy państwowej telewizji, mimo niechęci do naszego ustroju potrafią docenić nasze zdobycze, komentarze radiowe BBC (radio brytyjskie) często obiektywnie przedstawiają nasz kraj, choć  czynią to w sposób niepełny i wolą podkreślać błędy niż sukcesy. Jednak spora część społeczeństwa nie  jest na tyle wyrobiona i wykształcona, by korzystać z tej na wysokim poziomie uprawianej publicystyki. Dla tych ludzi codziennym źródłem informacji o świecie jest cała masa podłej  gazetowej szmiry, gdzie więcej  pisze się  o sensacjach w rodzaju mordów i gwałtów niż gospodarce czy polityce. Na łamach tych gazet politycy opísywani  są nie od strony poczynań zawodowych  lecz ich prywatnego życia, od strony ich stylu ubieranía się, rozwodów, zdrad małżeńskich itp. Jest to zresztą zjawisko typowe dla zachodniej prasy, najjaskrawiej  chyba występujące w USA. Stąd też i z naszego obozu wyłapywane są przez te gazety wiadomości o wykolejonych pociągach, śmiertelnych wypadkach czy kataklizmach, te właśnie wiadomości najwięcej znajdują czytelników. Ta pogoń  za tanią sensacją jest zresztą znana i u nas. Spora, choć mniejsza niż w Anglii,  jest przecież grupa ludzi w Polsce, dla których najciekawszą rubryką w gazecie  jest kronika nieszczęśliwych wypadków. Angielski urzędnik czy robotnik po nieźle płatnej, ale o wiele cięższej niż u nas pracy nie ma już ambicji by rozwijać  się intelektualnie. Istnieje więc, zwłaszcza wśród młodzieży popyt na tanią, ogłupiającą rozrywkę, która dostarczana jest w wielkiej ilości w formie szmirowatych  filmów, książek, niektórych programów telewizyjnych. Rzecz jasna, biernie odbierana, głupawa rozrywka w nadmiarze jest po prostu nudna. I stąd właśnie, gdy  nie ma co robić z wolnym czasem, gdy  nie ma chęci by sięgnąć do zajęć trudniejszych, ambitniejszych, wymagających dokształcenia się jak np.: muzyka poważna, dobra książka lub choćby majsterkowanie czy jakieś inne hobby, otwiera się  nowa droga prowadząca do nikąd - rozluźnienie obyczajów, pornografia, narkomania.  Nie sądzę, by znudzone pubami społeczeństwo angielskie już na tę drogę wstąpiło. Ale stawia pierwsze kroki w jej  kierunku.  
Sprawy społecznego zaangażowania, czy 
politycznego uświadomienia, w których górujemy nad Anglikami w sposób przytłaczający, nie rzucają się jednak w oczy przy codziennych zakupach czy załatwianiu formalności w urzędzie. Tu najważniejszą rolę gra kultura stosunków międzyludzkich, kultura współżycia. W tej dziedzinie, my Polacy, mamy ogromne zaległości.  Chcąc krótko, a dosadnie ująć różnicę  między stosunkami angielskimi, a polskimi, trzeba powiedzieć, że tam po prostu  nie ma chamstwa, a przynajmniej jest  go dużo, dużo mniej. I to była jedyna  rzecz, której szczerze Anglikom zazdrościłem.  Urzędnicy, którzy chcą pomóc petentom  i robią to z uśmiechem, ekspedienci, którzy cierpliwie zachęcają do kupna i sami  biegną rozmienić większy banknot, kierowcy cieżarówek, którzy sami zjeżdżają  na bok szosy, by przepuścić mniejsze auto, zawsze całe automaty telefoniczne, czy  konduktorzy autobusów pomagający staruszkom - to są tam zasady, a u nas wyjątki, o których czyta się w gazetach  wraz z podziękowaniami i wyrazami uznania,  A jak nie zazdrościć spokojnych ulic i parków, po których można chodzić samemu nocą bez narażenia się na zaczepki czy pobicie? Anglia słynie ze swych trawników,  pięknie strzyżonych, puszystych, zawsze świeżych i zielonych, mimo że wolno po  nich chodzić. Anglicy powiadają, że aby takie trawniki wyhodować wystarczy po prostu codziennie je strzyc przez jakieś 100-200  lat. Myślę, że to samo dotyczy kultury  współżycia. Po prostu wystarczy ludzi tego codziennie uczyć przez jakieś 100-200 lat. Ale Polacy są podobno zdolniejsi, może nam mniej czasu to zajmie.    

sobota, 14 listopada 2015

Lech  Lech

Wspominałem, że czułem, że w FSO nie zagrzeję zbyt długo miejsca. Przyczyną praktyczną była duża odległość od domu. Przyczyną merytoryczną świadomość, że przez długi czas nic nowego mnie tu nie czeka. 
Jak na polskie warunki FSO było wystarczająco wyposażone w sprzęt komputerowy. Jeśli chodzi o wprowadzanie nowych systemów na istniejącym sprzęcie to szanse były niewielkie. Osobna sprawa to niezbyt jasne powiązanie naszego działu z właściwym centrum komputerowym. Stosunki z pracownikami centrum były koleżeńskie, ale ambicje kierownicze mogły przeszkadzać w szerszej współpracy.

Jeśłi nie w FSO to gdzie? Kłopot w tym, że Polska ekonomia była w sytuacji kryzysowej.
Na marginesie wspomnę, że moi koledzy z ETOBu - Andrzej M. i Jan R., z którymi utrzymywaliśmy bliski kontakt towarzysko-rodzinny - przenieśli się do pracy w centrum przemysłu maszynowego, które dysponowało komputerami IBM/370. Jakoś przegapiłem tę okazję.

LOT Polish Airlines.svg

Nie wiem na co liczyłem, ale nie przeliczyłem się. Na początku 1979 roku skontaktował się ze mną Marek Ch. mój partner ze spływu kajakowego, również informatyk. Z Markiem i jego żoną Elą utrzymywaliśmy regularny kontakt i grywaliśmy w brydża.
Okazało się, że Marek pracuje w LOCie jako kierownik zespołu odpowiedzialnego za wdrożenie systemu rezerwacji. System i komputer dostarczy firma UNIVAC - KLIK - w tamtym okresie zdecydowany potentat w dziedzinie produkcji najbardziej zaawansowanych technicznie komputerów i obsługi linii lotniczych. 
Marek zaproponował mi stanowisko kierownika zespołu programistów systemowych czyli ludzi odpowiedzialnych za funkcjonowanie software komputera. Dostawa komputera była planowana na początek przyszłego roku, pracownicy mieli przejść gruntowne szkolenie w centrum UNIVAC w Birmingham.
Wyglądało to jak wygrana na loterii. Praca na najbardziej zawansowanym technicznie sprzęcie, po raz pierwszy właściwe szkolenie przed rozpoczęciem pracy, roboczy kontakt z zagranicznymi fachowcami, szkolenie w Anglii. Sama praca w LOCie wydawała się być sympatyczna. Stały kontakt z zagranicznymi partnerami narzucał wyższe standardy. Prócz tego pracownikom przysługiwał raz w roku bezpłatny przelot na trasie obsługiwanej przez LOT. To wyglądało na spokojne gniazdo aż do emerytury.
Pewnym minusem był charakter pracy - programista systemowy czyli obsługa programów napisanych przez kogoś innego. Miałem jednak nadzieję, że z upływem czasu znajdą się dla mnie bardziej twórcze zadania.

Projekt dopiero startował i byłem pierwszym pracownikiem w swoim zespole. Od razu przyszły mi do głowy dwie kandydatury współpracowników - pracujący w naszym zespole na tłoczni Piotr Z. i pracujący w FSO doświadczony programista systemowy Adam R. Obaj wyrazili chęć zmiany pracy.

Złożyłem wypowiedzenie. W lutym zdążyłem jeszcze skorzystać z wczasów pracowniczych w Augustowie. Na wczasach było trochę nudno - dużo śniegu, ale szaro i mokro. Sensacji dostarczyła Ania, która zajęła drugie miejsce w turnieju warcabowym dla dorosłych, bez żadnej taryfy ulgowej. W drodze powrotnej do domu wpadliśmy na kilka godzin do Tadeusza i Elizy, którzy mieszkali w Białymstoku.

Koniec pracy w FSO zbiegł się z ważnym wydarzeniem rodzinnym. Moja Matka przeniosła się z domu rencistów w Białołęce do Domu Rencistów Chemik - KLIK. To była ogromna zmiana na lepsze. Po pierwsze Dom byl odległy około 200 m od naszego domu więc wzajemne wizyty były bardzo łatwe. Po drugie, niezależne mieszkanie wyeliminowalo wszelkie tarcia między moja Matką i Sylwią. Bardzo szybko Sylwia stała się najbliższą przyjaciółką mojej Matki.

Pracę w LOCie rozpocząłem w końcu marca, w połowie kwietnia pojechaliśmy na pierwsze, trzytygodniowe, szkolenie do Birmingham. Pojechało nas czterech, prócz mnie Marek, Piotr i Adam. Tematem kursu było programowanie w assemblerze i Fortran4. Dawaliśmy sobie dobrze radę, Wydaje mi się, że Piotr i Adam wyróżniali się wśród uczestników kursu.
Jedynym minusem było mieszkanie - duży hotel w środku miasta. Małe, ciemne sypialnie gdyż okna wychodziły na betonową ścianę. Brak miejsca gdzie moglibyśmy wspólnie spędzić czas - przedyskutować przerobiony materiał, porozmawiać, pooglądać wspólnie telewizję. Gdy dowiedzieliśmy się, że UNIVAC płaci za to 16 funtów dziennie przyszedł czas na akcję.
Zaproponowaliśmy żeby dali nam te pieniądze a my znajdziemy sobie coś bardziej odpowiedniego. Firma była zaskoczona, prócz tego pewnie miała wątpliwości czy wynajmieny coś o właściwym standardzie. Wszystkie rozmowy prowadził z nimi Marek i zgodzili się.

Następne szkolenie odbyło się chyba na początku lipca. Już drugiego dnia znaleźliśmy sobie zakwaterowanie. W dużym domu w znanej mi z poprzedniego pobytu dzielnicy Edgbaston. Było jasno, przestronnie, duża kuchnia, pokój telewizyjny.
Płaciliśmy około 20 funtów tygodniowo od osoby. Nasza sytuacja finansowa była bardzo mocna, dostawaliśmy dziennie diety 15 funtów plus 16 funtów na mieszkanie. 
Marek starał się integrować nasz zespół. Na lunch chodziliśmy do chińskiej restauracji, obiady szykowaliśmy sobie sami, nie jakies tam konserwy czy zamrożone dania, porządny obiad. Marek lubił i umiał gotowac i pod jego kierunkiem nabraliśmy wprawy.

Ostatnie szkolenie odbyło się w lipcu lub sierpniu. Pojechaliśmy na nie w nieco zmienionym składzie. To było już bardzo zaawansowane technicznie szkolenie więc Marek ustąpił miejsce świeżoprzyjętemu do mojego zespołu - Jankowi N.

Podczas poprzedniego pobytu zarezerwowaliśmy sobie miejsce w tym samym mieszkaniu, nawet zostawiliśmy w lodówce jakieś puszki. Podczas jazdy autobusem zauważyłem, że jedna z pasażerek przysłuchuje się z uśmiechem naszym rozmowom.. Wreszcie zagadnęła:
- Jak miło posłuchać takich młodych i sympatycznych ludzi. Co panowie robicie w Birmingham?
Wyjaśniliśmy naszą sytuację.
- To może panowie zamieszkacie u mnie? 
- Mamy zamówione wcześniej mieszkanie - zaoponoiałem.
- Och, to zawsze można anulować. Zapraszam na herbatę to sami panowie zobaczycie, to po drodze.
Wstąpiliśmy i jak się można domyślić pozostaliśmy. Pani Helenka była bardzo sympatyczną osobą. Jej mąż, John,  Anglik, również. Czuliśmy się u nich jak w rodzinie.
Oczywiście musiałem zadzwonić do naszej poprzedniej gospodyni i powiadomić ją o zmianie. To było trudne do przełknięcia dla obu stron. Na szczęście okazało się, że nasza poprzednia gospodyni jest klientką pani Helenki, która między innymi była kosmetyczką. Panie dogadały się i podobno nasza poprzednia gospodyni nie miała do nas żalu.

Tym razem szkolenie było dla mnie trudne. Szczegółowa analiza systemu operacyjnego. Bardzo dużo detali do skojarzenia i zapamiętania. Moi koledzy dawali sobie radę lepiej ode mnie.

Podczas pobytów w Anglii odwiedziłem kilkakrotnie mojego wujka i jego rodzinę w Londynie. Wujek był już od kilku lat na emeryturze jednak z powodu szeregu kryzysów naftowych jego firma poprosiła go o powrót do pracy. Renesans przechodził węgiel, uruchomiono kilka wcześniej zamkniętych kopalni i wzrosło zapotrzebowanie na usługi  żeglugi przybrzeżnej. Podczas jakiejś narady w firmie narzekano na wysokie koszty pilotów wprowadzających statki do portów. Ktoś wspomniał dawne dobre czasy kiedy to kapitanowie statków mieli uprawnienie pilotów.
- Chwileczkę. Pamiętacie kapitana Umińskiego? On miał chyba uprawnienia pilota na wszystkie angielskie porty, również na Tamizę.
Okazało się, że uprawnienia były jeszcz ważne i wujek wrócił na kilkanaście miesięcy do pracy. Była to dla niego ogromna satysfakcja. Przypomnę, że wujek miał polski tytuł kapitana i przez całą wojnę, jako kapitan, prowadził statki pod brytyjską banderą, przez Atlantyk i do Murmańska. Jednak po wojnie jego tytułu kapitańskiego nie uznano i musiał odbyć 7-letni staż jako I oficer. Teraz okazał się być najwszechstronniej kwalifikowanym kapitanem w Anglii.

Po powrocie do domu podliczyłem swoje oszczędności dewizowe i zdecydowaliśmy kupić samochód - fiat 126p - czyli maluch. Kupując za dewizy - około 1,300 dolarów - nie musiałem czekać w kolejce. Sylwia czymprędzej zrobiła prawo jazdy.

W listopadzie wykorzystałem, nieco przedwcześnie, swój pracowniczy przywilej - bezpłatny przelot. Polecieliśmy razem z Sylwią do Budapesztu gdzie mieszkała dobra koleżanka Sylwii. Dziećmi zajęła się matka Sylwii.
To była moja pierwsza wizyta w kraju demokracji ludowej. Budapeszt zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie - spokój, elegancja, tradycja - podobnie jak w Wiedniu.
Zdążyliśmy odwiedzić operę, piękny stary gmach, znowu skojarzenie z Wiedniem...

Opera 

Wystawiali W.A. Mozarta - Uprowadzenie z seraju , w wersji koncertowej. Tu spostrzeżenie - język węgierski bardzo mnie frustrował, nie potrafiłem zapamiętać żadnego słowa. Zapamiętałem jedno jedyne - dziękuję - köszönöm - wymawia się: kesenem - właśnie na tym spektaklu.
Do tego jeszcze wizyta w cesarsko-królewskim pałacu...

Pałaz

Stosownym zakończeniem roku był wyjazd do ośrodka komputerowego Air France na francuskiej Rivierze.  Air France korzystało z komputera i systemu rezerwacji UNIVAC i miało pełnić rolę starszego brata w naszym projekcie. 
Centrum było imponujące. Przede wszystkim lokalizacja w pięknych górach. Na sąsiedniej górze znajdowało się centrum badawcze IBM, w którym pracował mój kuzyn Andrzej Milewski.
Ten wyjazd miał dla mnie bardziej rodzinny niż służbowy charakter. W okolicy mieszkał stryjeczny brat moje Ojca - Józef oraz jego dwaj synowie - Józef i wspomniany powyżej Andrzej. Spotkaliśmy się i spędziliśmy razem jeden wieczór.

Do domu przywiozłem butelkę wina beaujolais - wypiliśmy toast za udany rok, kolejny zapowiadał sie równie dobrze.

PS1 Wspomnienie o tym jak spędzałem wolny czas w Birmingham - KLIK.
PS2 Andrzej Milewski był zapalonym lotniarzem. Był chyba reprezentatntem Francji w tej dyscyplinie. Gdy przeszedł na emeryturę spędzał czas następująco: całe lato latał na lotni we Francji, w grudniu przyjeżdżał latać w Australii a w marcu przenosił się na 2 miesiące do Maroka.
Znalazłem filmik z jego lotu - rok 2013 - czyli liczył sobie ponad 80 lat - KLIK

12:35, pharlap
Link Komentarze (1) »
sobota, 10 października 2015

Lech  Lech

Na początku sierpnia 1974 wylądowałem w Londynie.

Lotnisko Heathrow, ruch, gwar, mieszanka ras. To robiło duże wrażenie. Natomiast śródmieście Londynu w gorące, sierpniowe popołudnie, wydawało się jakby uśpione. Tylko na dworcach pełna czujność - to był rok licznych akcji terrorystycznych Irlandzkiej Armii Republikańskiej (IRA)
Nie pamiętam jaka to rządowa instytucja przyznała mi stypendium. W ich siedzibie atmosfera tez była raczej senna. Bardzo rzeczowa pani udzieliła mi podstawowych instrukcji. Moje stypendium pokrywa koszt szkoleń, noclegów i dojazdu na szkolenia. Prócz tego będę otrzymywał kieszonkowe 5 funtów dziennie, 8.5 funta za dni spędzone w podróży.  Na dzisiejszą noc mam załatwiony hotel w pobliżu. Jutro mam pojechać do Birmingham, tam tez mam załatwioną jedną noc w hotelu. Kolejnego dnia rano mam się wyprowadzic z hotelu i stawić w ośrodku szkoleniownym. Oni zajmą się resztą spraw.

W banku pobrałem gotówkę i udałem się do hotelu. Nazywał się chyba Janeczek i był prowadzony przez starsze polskie małżeństwo. Hotelowi nadali imię swojego syna.
Wolny wieczór spędziłem w teatrze, na słynnym od kilku lat musicalu Hair - KLIK. Tym razem był to spory zawód. Dopiero film w reżyserii Milosa Formana w pełni to zrekompensował. Należy tu uwzględnić upływ czasu. Musical powstał w 1968 roku gdy wysiłek militarny USA w Wietnamie sięgał szczytu. Zabawy hippisów nie były traktowane poważnie. Film powstał w 1979 roku gdy wojna została już przez USA przegrana (1975). W wielu krajach trwała pamięć młodzieżowych protestów przeciwko wojnie. Podany link to scena z filmu możliwa do wyobrażenia sobie dopiero po przegraniu wojny - kolumna żołnierzy maszerująca do samolotu i jej transformacja w groby na cmentarzu Arlington - podkład muzyczny - Let's the sun shine. Na rosyjski to się tłumaczy - Pust wsiegda budiet sołnce - KLIK. Mnie pociesza fakt, że żołnierz o polskim nazwisku nie zdążył na samolot. Czy ktoś potrafi rozpoznać jego nazwisko?

W Birmingham opiekę nade mną sprawowała firma szkoleniowa prowadzona chyba przez Johna Kenny. Jeszcze w Polsce miałem z nim kontakt i współnie opracowaliśmy program szkolenia.
Prawdę mówiąc to tak długie szkolenie nie było mi potrzebne. Jako samouk miałem spore luki w wiedzy a jednocześnie w niektórych dziedzinach miałem bardzo duże praktyczne doświadczenie. Z pewnym smutkiem patrzyłem na inne osoby, które były pod opieką firmy. W większości byli to obywatele dawnych brytyjskich kolonii, których pracodawcy wytypowali na przekwalifikowanie się na informatyków. Zaczynali od początku w usystematyzowany sposób.
W Polsce wyjazdy na Zachód były tak atrakcyjne, że aby się na nie zakwalifikować trzeba było najpierw wykazać się osiągnięciami, które często przewyższały poziom zagranicznych szkoleń. Tak było z moim wyjazdem do Norwegii, tak było teraz, tak będzie jeszcze conajmniej raz.

Firma Johna zajmowała się głównie organizacją szkoleń. Miałem w programie szkolenia w kilku firmach. W biurze Johna spędziłem trochę czasu na wysłuchaniu specjalistycznych wykładów i chyba na dwóch szkolenich.

Kwang Yeow Tan

Na koniec pierwszego dnia zajęć John poprosił dwóch studentów żeby pojechali ze mna do mojej kwatery w Birmingham. Był to hostel prowadzony przez jakąś organizację religijną. Znajdował się w dzielnicy Edgbaston. 
Moimi przewodnikami byli studenci z Singapuru, panowie Tan i Too. Gdy wspomniałem o tym w liście kolegow w pracy przechrzcili ich na Tu i Tam.
Na zdjęciu Kwang Yeow Tam, który odnalazł mnie dwa lata temu na facebooku.
Yeow był chyba najbliższa mi osoba w Birmingham. Towrzyszuyl mi nawet raz czy dwa na koncertach w filharmonii. 

Z innych wydarzeń kulturalnych pamiętam dwa filmy The Exorcist and Rosemary's baby. Na pierwszym zrobiło mi się słabo, drugi bardzo mnie przestraszył.
Odkryciem literackim była książka 1984. W Anglii nie miałem okazji jej przeczytać, dowiedziałem się o niej z artykułu podsumowującego sytację na 10 lat przed prorokowanymi wydarzeniami. Podsumowanie było bardzo uczciwe, wolny świat nie ustępował wiele ustrojom totalitarnym w manipulowaniu ludźmi.

W hostelu mieszkało ponad 100 osób, większość to studenci z różnych krańców brytyjskiego imperium. Bardzo widoczna była grupka z Ghany i Nigerii. Przy pierwszym spotkaniu zapytali mnie czy czytałem książkę Chata wuja Toma. Oczywiście, że czytałem - jakie wzruszające. Rzucili sobie znaczące spojrzenia i wytłumaczyli mi, że ta książka wyrządziła wiele szkody ruchom walczącym o wolność dla krajów afrykańskich. Wuj Tom cierpi w milczeniu, wszyscy mają łzy w oczach i dziękują Bogu, że w niebie wynagrodzi ludziom wszelkie cierpienia.

Głównym miejscem spotkań była oczywiście kuchnia. Ze wstydem wyznaję, że w gotowaniu byłem wtedy bardzo słaby i nie miałem chęci się nauczyć a okazja była doskonała. Wydaje mi się, że jadłem gorące posiłki na lunch w taniej restauracji a w hostelu ograniczałem się do kanapek lub jakiejś gotowej potrawy, któa należało tylko podgrzać.
Wydarzeniem był lunch w chińskiej restauracji, do której zaprowadzili mnie panowie Tam i Tu. Kelnerki rozwoziły po sali niewielkie dania gotowane głównie na parze. Bardzo smaczne. Dopiero w Australii zorientowałem się, że to nazywa się yum-cha...

yum-cha

Z kursów wyjazdowych najbardziej pamiętne były kursy ICL prowadzone w ośrodku w okolicach Windsoru. Ogromna posesja byłej szkoły prowadzonej przez Jezuitów. Na środku pomnik św Stanisława Kostki - KLIK.

Gdy o jedzeniu mowa to wspomnę, że któregoś dnia, w wielkiej tajemnicy, pan Too poczęstował mnie otrzymanym z domu psim mięsem. Oczywiście było przesłane w mylącym celników opakowaniu. Pan Too ostrzegł mnie, że powoduje ono gwałtowny przypływ energii i dlatego nie należy spożywać go przed snem. Odkroił dla mnie kawałek suszonego mięsa. Było okropnie twarde, musiałem je dość długo żuć.  Miało słodki smak, nie przypominam sobie żeby przybyło mi energii.

Kilka weekendów spędziłem w Londynie. Odwiedziłem oczywiście wujka Ryśka i Joyce. Ich syn Stefan ożenił się z Lynne i właśnie urodził się im syn - Carl. Sprawy dziecięce były dla mnie istotne. sporo czasu spędziłem w sklepach sieci Mothercare kupując ubranka dla Ani.

Pamiętna była dla mnie grę sytuacyjną - kierowanie projektem informatycznym. Szczęśliwie moim partnerem był Kwang Yeow Tan. W grze uczestniczyło kilka zespołów. Każdy zespół dostał informację o składzie zespołu roboczego i zadaniach do wykonania. Należało przydzielić zadania na nadchodzący tydzień. Wtedy dostawaliśmy informację o przypadkach jakie się wydarzyły - ktoś się rozchorował, nastąpiła zmiana jakiegoś fragmentu projektu, itp. Trzeba było to uwzględnić planując zadania na następny tydzień. Zauważylismy, że jeden z członków zespołu regularnie nie przychodzi do pracy w poniedziałki. A więc to nie tylko polski zwyczaj. Co z tym zrobić? Udzielić nagany? Wyrzucić z zespołu? Yeow zaproponował proste rozwiązanie - nie przydzielać mu na poniedziałek żadnych zadań. Minęło kilka tygodni zanim prowadzący grę zorientował się co jest grane i dostaliśmy informację o proteście załogi. Z tym też sobie jakoś taktownie poradziiśmy. Wydaje mi się, że w ostatecznym rozrachunku wykonaliśmy projekt najmniejszym kosztem a jeśli chodzi o termin wykonania to zajęliśmy drugie miejsce.
Okazało się, że problemy ludzkie powodowały najwięcej kłopotów. Projekt prowadzony przez zespół z Iranu w ogóle nie został zakończony ze względu na strajki i protesty pracowników.

Muszę stwierdzić, że mimo lektury książki R. Townsenda i pracy pod kierownictwem pana Andrzeja Z. nie wykazywałem zrozumienia problemów pracowniczych. Częścią gry było przeprowadzenie iinterview z kandydatem do pracy. Wczułem się w sytuację bezwzględnego kapitalisty, który chce wykorzystać pracownika i przepytywalem kandydata bardzo agresywnie. Prowadzący zajęcia był zaskoczony
- Lech, przecież tego nikt nie zniesie, kandydat demonstracyjnie wyjdzie z inrterview, może jeszcze ci naubliża. Zdumialem się - wyjdzie z interview? No to co, rąk do pracy nie brakuje.
- To u was tak jest? - dziwił się instruktor.
- Nie u nas, u nas każdy ma pracę zapewniona. Tak jest u was!
Koledzy z Ghany i Nigerii potakiwali. 

Pobyt kończył się na początku listopada. Przed powrotem do Polski miałem obowiązek złożyć w polskim konsulacie sprawozdanie z pobytu. Dopiero przed drzwiamu zorientowałem się, że był 1 listopada - Wszystkich Świętych. Drzwi były zamknięte a na nich powiadomienie - dzisiaj w Polsce mamy Bank Holiday, biuro nieczynne. 
Jak nazwa wskazuje bank holiday to dzień, w którym banki nie funkcjonują a zatem nie może funkcjonowac wiele instytucji uzależnionych od banków - KLIK
Informacja polskiego konsulatu bardzo mi się spodobała - po pierwsze stwarzała pozory, że Polska to kraj funkcjonujący podobnie jak Anglia, po drugie śmierć bez wątpienia jest pewna jak w banku.. a może nawet jeszcze bardziej.

Tagi: Anglia
12:46, pharlap
Link Komentarze (4) »
czwartek, 08 października 2015

Lech  Lech

Rok 1974 obfitował w liczne ważne wydarzenia.

Główne funkcje systemu Sezam zostały zakończone i uruchomione. Użytkownicy mogli korzystać z systemu bez naszej pomocy. To był duży sukces. Szef Pracowni - pan Andrzej Z. cieszyl się z tego nie mniej niż my. To było potwierdzenie słuszności jego metody - znaleźć dobrych ludzi, dać im swobodę, rezultaty przewyższą oczekiwania.

Na marginesie dwa drobiazgi z życia naszego zespołu. Któregoś dnia nazbierało się wiele zadań do wykończenia. Trzeba było zostać po godzinach i wszystko skończyć. Ja miałem jednak zadanie domowe - wyjść z Anią na spacer. Zapowiedziałem, że muszę zrobić przerwę na 2 godziny, potem wrócę i będę pracował do skutku. Na to koleżanka, która właśnie wychodziła do domu zaoferowała się, że może mnie zastąpić. Dałem jej list polecający do Sylwii (telefonu wszak nie mieliśmy) i mogłem pracować dalej.
Drugi przykład - do zespołu dołączyła nowa osoba, pani Helena K, którą nie jestem pewien dlaczego, nazywaliśmy panią Zosią. Z jednej strony nie znała komputera ODRA ani stosowanego tu języka Z drugiej - ukończyła wydział matematyki, metody numeryczne - pracowała przy systemach obliczeniowych na Wojskowej Akademii Technicznej (WAT). Od razu zorientowaliśmy się, że znacznie nas przewyższa wiedzą na temat programowania. Daliliśmy jej więc bardzo duże zadanie - zaprogramować moduł selekcj danych i drukowania raportów. Nie mieliśmy żadnej specyfikacji. Pokazaliśmy jej tylko działanie angielskiego systemu FIND i powiedzieliśmy - niech pani pomyśli jak coś podobnego zrobić. Jak będzie pani miała jakiś pomysł to porozmawiamy jak się do tego zabrać. Pierwszy pomysł jakim pani Zosia się z nami podzieliła, to że według niej warto tu zastosować odwrotną polską notację - KLIK. Po naszej reakcji chyba uznała, że nie warto tracić czas na szczegóły i za niecałe 2 miesiące samodzielnie zaprojektowała i zaprogramowała cały moduł.
Pani Zosia zaimponowała mi jeszcze jednym. Ktoś podczas narzekań na urzędniczkę czy sprzedawczynię użył słów - głupia baba ze wsi. Pani Zosia zainterweniowała - przepraszam, ja jestem ze wsi i nie uważam żeby było tam więcej głupich ludzi niż w mieście.

W Polskim Towarzystwie Cybernetycznym wysłuchałem wykładu na temat budowy baz danych. Wspomniano o śpiewce przyszłości - relacyjnej bazie danych. Poskrobałem się po głowie - bardzo wiele podobieństw. Nasz Sezam był conajwyżej biednym kuzynem relacyjnej bazy danych, ale mial dwie zalety - funkcjonował i wystarczył mu komputer wyposażony w taśmy magnetyczne.
Z jednej strony - gdybym wiedział o tym wcześniej to użylibyśmy pewnie w Sezamie terminologii właściwej dla relacyjnej bazy danych. Z drugiej - być może w ogóle nie podjąłbym się takiego zadania gdyż prerekwizytem systemu bazy danych był komputer wyposażony w dyski.
Szczęśliwi ludzie małej wiedzy. 

Kilka ośrodków obliczeniowych kupiło Sezam dla swoich zastosowań. Ja dostałem awans na dziwne stanowisko Głównego Projektanta, łączyła się z tym podwyżka. Premie nie spadały poniżej 120%.

Czas było pomyśleć o sobie.
Pierwsza sprawa to mieszkanie. Wspominałem o oszczędnościowym systemie ogrzewania, który powodował stałe przegrzanie. Po kilku interwencjach przyszła do nas komisja, kiwali ze zrozumieniem głowami, ale oczywiście nie mogli niczego zrobić, to wymagałoby zmiany instalacji grzewczej w całym bloku. 
Udałem się do prezesa spółdzielni (WSM Rakowiec). Gdy się przedstawiłem powiedział
- O, ja o panu słyszałem, pan jest znanym rozrabiaką.
A więc moja absurdalna interwencja u premiera - KLIK - stawała się legendą. 
Zaproponowałem ustrzelenie dwóch wróbli jednym strzałem. Prosimy o przeniesienie nas do mieszkania M-6 (obecne to było M-3). Po pierwsze przestanę składac skargi na ogrzewanie, po drugie my planujemy powiększenie rodziny - kolejne dziecko, plus moja Matka mieszka samotnie w mieszkaniu spółdzielczym, ale spodziewamy się, że w niedługim czasie będzie wymagała opieki i przeprowadzi się do nas. To była prawda. Prawdę mówiąc Matka liczyła na to, że gdy zacznę pracować będzie mieszkać ze mną. To nie nastąpiło i nieco obawialiśmy się jak będzie się układać wspólne życie.
Prezes słuchał uważnie, robił notatki, pożegnaliśmy się sympatycznie. Nie miałem o co rozrabiać.

Snieznik

Po drugie wybrałem się na wczasy narciarskie PTTK, na Śnieżnik, który właśnie był promowany jako alternatywa dla Zakopanego.
Widok był jan na zdjęciu, ale warunki już nie bardzo - najpierw kilkugodzinna wspinaczka z całym ekwipunkiem, wyciąg nieczynny a elektryczność tylko w wyznaczonych godzinach.
Natomiast bajkowy był śnieg i towarzystwo.

Po powrocie z wczasów dostaliśmy z WSM powiadomienie, że mają dla nas propozycję zmiany mieszkania. Prosili nas o wizję lokalną żeby znowu nie doszło do skarg i żądania kolejnej zamiany. Mieszkanie było rozmiaru M-6 - trzy pokoje o akceptowalnych rozmiarach, w niewielkim, 4-piętrowym bloku, na parterze. Dowiedzieliśmy się, że blok był początkowo przeznaczony dla pracowników Ministerstwa Obrony, ale nie zaakceptowali go. Stąd tak niespodziewana oferta. Oferta przewyższała nasze oczekiwania. Zaakceptowaliśmy.
Przeprowadzka wypadła znowu podczas nieobecnosci Sylwii, która pojechała z Anią na 2 tygodnie do Zakopanego. Wszystkie firmy przeprowadzkowe miały pełno zleceń na najblizsze 2 tygodnie. Ktoś wspomniał o prywatnej firmie Węgiełek. To brzmiało jak kontynuacja Lalki B. Prusa. Zadzwoniłem. Gdy usłyszeli, że chodzi o przeprowadzkę z M-3 roześmieli się. My specjalizujemy się w dużych przeprowadzkach - rezydencje zagranicznych dyplomatów. M-3 - toż to robota na godzinę, nie warto wysyłać ludzi... chwileczkę... mamy tu okienko.
Robota na godzinę? Poprzednia przeprowadzka trwała ponad pół dnia a przecież od tego czasu nieco obrośliśmy w piórka.
W przeddzień przeprowadzki odwiedził mnie kierownik załogi. Spojrzal krytycznie na przygotowane pudełka - proszę niczego nie pakować, my nie ponosimy za to żadnej odpowiedzialności.
- Ale kryształy, wazony - oponowałem. Powiedziałem - my robimy wszystko i ponosimy za to odpowiedzialność. Rozejrzał się po mieszkaniu.
- Gdzie pan trzyma dolary i kosztowności?
- Nie trzymam.
- Jak pan chce. Ja powiedziałem - za wszystko co dostaliśmy do spakowania ponosimy odpowiedzialność.
Zaczął coś notować na pudełku od papierosów - ja tutaj robię plan przeprowadzki. Niech pan się nie waży niczego przestawiać bo cały plan mi się zawali.
Na koniec zapytał:
- Ile pan myśli, że to będzie kosztowało?
- Pewnie 2,000 zł.
- Mam dla pana propozycję: Węgiełkowi zapłacimy 1,600, 100 zl dla mnie, 200 zł dla chłopaków, 100 zł dla pana. Zgadza się pan?
- Zgadzam.
- No to niech pan mi da te 100 zł teraz jak chłopaki nie widzą. A jutro, jak już skończymy, to ja zapytam pana - no co, chyba chłopaki się dobrze spisali? A pan potwierdzi i da mi te 200 zł. Zgadza się?
Zgadzało się. Następnego dnia rano przyjechał wraz z 4-osobową ekipą. W ciągu 20 minut mieszkanie opustoszało. Do nowego mieszkania było tylko 300 m. Nie nadążałem pokazywać gdzie co ma stać. Chłopaki spisali się dobrze.

Po trzecie - za namową mojego szefa, pana Andrzeja Z., złożyłem podanie o przyznanie mi stypendium rządu angielskiego. Dostałem świetne opinie z pracy, zdałem egzamin państwowy z angielskiego. Czekał mnie jeszcze egzamin z angielskiego w British Council. Poprosiłem ich żeby podali mi kontakt do jakiegoś rodowitego Anglika mieszkającego w Warszawie i chętnego do udzielenia lekcji konwersacji.
Znaleźli - młodą Angielkę, która wyszła za mąż za Polaka. Konwersacje odbywały się w ich mieszkaniu. To była nie tylko nauka konwersacji, ale równeż powiew angielskiego klimatu. Gdy przychodziłem, zazwyczaj około 2., moja korepetytorka była jeszcze w piżamie, podobnie jej 2-letnia córka. W mieszkaniu niesamowity bałagan. Nie wiadomo czy dziecko jadło śniadanie. Nie wiadomo gdzie szukac ubrania.
- Opowiadaj coś bo u mnie nic się nie dzieje - prosiła i szukała ubrań w szafach i walizkach. Relacjonowałem więc wiadomości kulturalne i sportowe. Muszę przyznać, że słuchała uważnie i wychwytywała błędy. Dawała celne komentarze. Przerobiła ze mną starannie kilka często używanych zwrotów. Wystarczyło - egzamin w British Council przeszedl bardzo sympatycznie. Wkrótce potem przyszło powiadomienie o przyznaniu mi stypendium. Na 3 miesiące, początek w sierpniu. Moją bazą miało być Birmingham.

Nadeszło lato. Znowu podzieliliśmy się z Sylwią wakacjami - spędziłem 2 tygodnie z Anią w Mielnie.

Na początku sierpnia poleciałem do Londynu. O pobycie w Anglii w osobnym wpisie.

niedziela, 04 października 2015

Lech  Lech

W poprzednim wpisie wspomniałem, że zacząłem pracować w Pracowni EtobSystem i, że jej szef Andrzej Zienkiewicz wiązał z moja osobą duże nadzieje.

Na początek pożyczył mi książkę Roberta Townsenda - Up the Organization: How to Stop the Corporation from Stifling People and Strangling Profits  - KLIK.
Informacja po polsku tutaj - KLIK.

Książka bardzo mi sie podobała jednak oddając ją panu Andrzejowi zwróciłem uwagę, że opisuje ona sytuację w gospodarce wolnorynkowej, w prywatnej firmie. a u nas o wszystkim decyduje Partia.
- A wie pan, że ja jestem bezpartyjny? - spytał pan Andrzej.
Nie wiedziałem.
- A wie pan, ze Jacek Karpiński, który nie tylko jest bezpartyjny, ale deklaruje publicznie swoją niechęć do ustroju jest dyrektorem fabryki produkującej komputery jego własnej konstrukcji?
Wiedziałem.
- No to jak to jest? - zapytałem. 
- Bardzo prosto. Ludzie na wysokich stanowiskach w partii pną się po szczeblach kariery. Muszą być ostrożni żeby nie dać swoim konkurentom jakichś atutów. Z drugiej strony muszą się wykazać jakimiś osiągnięciami. To jest szansa dla nas - my nie stanowimy dla nich konkurencji, nasze sukcesy będą szczeblami w ich karierze. Możemy robić to co lubimy, oni stworzą nam do tego warunki. Karpiński wścieka się na partyjny aparat. Według mnie nie ma racji. Ci ludzie ponoszą duże ryzyko, działają w określonych uwarunkowaniach. Wszak komputery produkuje już Elwro, mówi się o wspólnym komputerze państw RWPG. To jest tak jak walka z wielkimi koncernami w krajach kapitalistycznych. Ktoś toczy tę walkę żeby komputery Karpińskiego były produkowane.

Nieco uspokojony wróciłem do rozważań nad książką. Robert Townsend zadaje pytanie - jeśli obecna praca nie sprawia ci radości albo nie przynosi dużych pieniędzy, to dlaczego jej nie rzucisz?
Tak jest - poznałem już radość pracy i tego szukałem.
Pan Andrzej mi to dostarczył. EtobSystem podpisał bardzo lukratywny kontrakt z rządowym projektem WEKTOR - KLIK
Rząd Gierka, zgodnie z obietnicami, zabrał się bardzo energicznie do inwestycji - huta Katowice, Bełchatów, kombinat miedziowy w Legnicy. To były wielkie projekty i wielkie wydatki, również dewizowe. Rząd potrzebował narzędzi do kontroli postępu prac. 
EtobSystem posiadał kadrę doświadczonych ludzi, którzy potrafili na miejscu ocenić postęp prac i potrzeby. Brak było komputerowego systemu gromadzenia i wstępnego przetwarzania tych informacji. System Wektor kontrolował 300 najważniejszych inwestycji.

Pan Andrzej przedstawił mi sprawę tak: nasz człowiek wizytuje wielką budowę, widzi co zakończono, co jest w toku, co ma się wkrótce zacząć. Potrafi ocenić jakich środków - materiałów, maszyn - potrzeba dla każdego zadania. On powinien móc natychmiast wprowadzić to do komputera. Komputery ODRA są już w prawie każdym wojewódzkim mieście, dostęp nie będzie problemem. Rzecz w tym, że nie wiemy jakiego rodzaju to będą informacje. Potrzebne jest narzędzie, które pozwoli jemu samemu to zdefiniować. Systemu, który przyjmie nieoczekiwane informacje i sporządzi wymyślone na poczekaniu raporty.
Co pan na to?

To było to. Pierwsza sprawa to nazwa systemu. Rządowy system zbierania danych miał nazwę AWIZO-MOC więc najlepszy był SEZAM - oficjalnie tłumaczyło się to jako System Eksploatacji Zbiorów Awizo Mocy, ale dla mnie to było to bajkowe doświadczenie.
Druga sprawa to zespół. Na początek dostałem do pomocy dwie wspaniałe osoby - wspomnianego wcześniej Andrzeja M - świetnego kolegę i bardzo inteligentnego programistę i Janka R - doskonałego projektanta systemów. 

Praca toczyła się na dwóch płaszczyznach - z jednej strony konstrukcja dość złożonego systemu, z drugiej - co miesiąc, dwa, musieliśmy dać użytkownikom jakąś funkcjonującą cząstkę systemu. Na początek było to oczywiście wprowadzanie informacji źródłowych. Docierały one do nas i trzeba było szybko przekształcić je w raporty dla systemy WEKTOR, w jaki sposób to już nasz kłopot.

Wspomniałem, że kontrakt z WEKTOREM był lukratywny. Tak, nasze premie przekraczały 100% wynagrodzenia.
Tu znowu refleksja pana Andrzeja. Dobra praca to taka, którą chętnie by się robiło nawet za darmo. Sprawą kierownictwa jest wynagradzać dobrych ludzi tak żeby nigdy nie musieli ubiegać się o podwyżkę.
W EtobSystemia tak właśnie w tym czasie było. 

W polskiej informatyce działo się wiele. We Wrocławiu produkowano seryjnie komputery ODRA, zaczynała działać fabryka komputerów K-202 konstrukcji inż Jacka Karpińskiego, firma IBM zdołała zainstalowac kilka komputerów w krajowej sieć ośrodków obliczeniowych ZETO. Wydaje mi się, że angielska firma ICL postawiła na budownictwo. W ETOBie zaczęli się pojawiać konsultanci z tej firmy, szukali ścieżki do nawiązania współpracy na zasadach partnerstwa. Nie łudziłem się myślą, że o partnerstwo tu chodzi. Oni wiedzieli, że status partnera ułatwi naszej dyrekcji uzasadnienie wniosku o zakup komputera.

Na razie skorzystałem na tym ja. 
Współpraca z rządowym systemem WEKTOR dodała nam wiele autorytetu. Anglicy zaproponowali żeby ktoś z naszej pracowni opracował referat na temat sterowania wielkimi inwestycjami i wygłosił go na konferecji w Londynie. Referat opracował nasz czołowy konsultant Jurek W. a mnie przypadła rola przetłumaczenie go na angielski i wygłoszenia na konferencji.

Konferencja miała tytuł - Profitable computing in building industry. Pojechaliśmy na nią obaj. Zamieszkaliśmy w bardzo dobrym hotelu. W recepcji zauważyłem informację, że załatwiają bilety na musical Jesus Christ Superstar. Kupiliśmy.
Trzeba przedtem coś zjeść. Jurek wskazał na hotelową restaurację. Ceny były bardzo wysokie - niech dopiszą do rachunku za hotel - zdecydował Jurek. Obiad był pewnie bardzo dobry, ale mieliśmy zbyt mało czasu żeby to docenić. Pobiegliśmy do teatru, na szczęście było dość blisko.
4 lata wcześniej zachwycił mnie w Londynie musical Fiddler on the roof tym razem wrażenia były jeszcze lepsze, przede wszystkim pod wzgledem muzycznym (Andrew Webber)  - KLIK.
Powyższy link to fragment z filmu. Na scenie było to o wiele lepsze, właśnie z powodu ograniczeń sceny teatralnej.

Następnego dnia poszliśmy posłuchać konferencyjnych obrad. Mina mi zrzedła. Referaty były ciekawe, świetnie przygotowane i prezentowane, dyskusja ostra. Jeszcze bardziej mi zrzedła po  prezentacji jakiegoś Francuza. W dyskusji zarzucono mu, że właściwie niczego nie zaprezentował tylko wygłosił truizmy.
Po obradach spotkaliśmy naszego opiekuna z ICL, minę miał równie ponurą jak ja. Po pierwsze chyba zaniepokoiły go koszty nazego obiadu dopisane do rachunku hotelowego. Zaprosił nas na obiad do jakiejs egzotycznej restauracji i wielokrotnie zapewniał, że to większa atrakcja niż jedzenie w hotelu. Po drugie zaproponował żeby zrobić próbę generalną mojej prezentacji, przyprowadzi na nią polskiego doktoranta, specjalistę od budownictwa.
Doktorant przydał się gdyż uzgodniłem z nim angielskie terminy dla kilku specjalistycznych zwrotów poczym nastąpiła próba generalna.  Wygłosiłem otwierające zdanie i poczułem tak wielkie znużenie, że stwierdziłem, że nie jestem w stanie kontynuować. Nastąpiła zupełna konsternacja. Muszę przyznać, że przedstawiciel ICL zachował się jak gentlemen - życzył mi dobrego wypoczynku i udanej prezentacji.
Pierwsza część życzenia nie spełniła się, prawie wcale nie spałem, w kółko przypominał mi się mój próbny występ - jedno zdanie i zupełna pustka w mózgu.

Na prezentacji jednak czułem w sobie jakąś nieznaną mi dotąd energię. Żeby oswoić się z salą zrobiłem krótką próbę rzutnika i w tym czasie spostrzegłem na widowni starszego pana, który patrzył na mnie z życzliwym uśmiechem. Zrobło mi się ciepło na sercu - będę mówił tylko dla niego! Wszystko poszło jak z płatka, pan nadal sympatyznie się uśmiechał i potakiwał, kątem oka zauważyłem, że przedstawiciel ICL potakiwał z wielkim entuzjazmem.
Zadano mi kilka całkiem sensownych pytań, Jurek odpowiedział, ja przetłumaczyłem. Jedno pytanie zapamiętałem na długo - nie zauważyłem w waszym systemie żadnej troski o koszty inwestycji. Tu nie musiałem prosić Jurka o odpowiedź gdyż mogłem zacytować słowa pana Andrzeja Z. - kopalnia miedzi w Lubinie wydobędzie dziennie materiał wartości ponad miliona dolarów. Przyspieszenie jej uruchomienia zrekompensuje wszelkie koszty. Pożegnano mnie brawami.
Ciekaw jestem czy ktoś pamiętał moją wypowiedż kilka lat później kiedy inwestycje w Polsce stanęły a rząd Gierka ugrzązł w długach.
Na marginesie dodam, że doświadczenie z tej prezentacji przydało mi się podczas późniejszych interview u sprawie pracy a było ich wielu. Po pierwsze znaleźć w komisji sympatyczną osobę i mówić do niej i dla niej. 30 lat później dowiedziałem się, że jest to naukowo potwierdzona metoda. Po drugie - żadnych prób generalnych - prezentacja musi być spontaniczna. To już moja osobista specyfika niezgodna z poglądami specjalistów.

Nadeszło lato. Sylwia znalazła prywatną kwaterę w Rybienku w okolicach Wyszkowa. Ania miała już 2 lata, powinienem dać sobie z nią radę. A zatem Sylwia i ja przydzieliliśmy sobie po 2 tygodnie urlopu. Najpierw pojechałem ja - na spływ kajakowy PTTK na Mazury. Gdy wróciłem Sylwia pojechała na obóz wedrowny PTTK w Beskid Sądecki.

Z Anią nie miałem problemu. Natychmiast po wyjeździe Sylwii przyjechala moja Matka. Obiady mieliśmy załatwione w prywatnej jadłodajni. 

RybienkoRybienko

środa, 16 września 2015

Lech  Lech

Jagoda i jej mąż obracali się głównie w polskim środowisku. Pamiętam, że raz zaproszono nas na brydża. Wśród gości było sporo starej Polonii, chyba był nawet jakiś minister Rządu Londyńskiego. Oczywiście grali stosując zapis polski. Ja też uczyłem się brydża w tym systemie, ale w 1955 roku brydż został zaakceptowany w Polsce jako dobry sposób spędzania czasu, powstały kluby brydżowe, pojawił się brydż sportowy i wraz z nim zapis międzynarodowy, który bardziej faworyzował precyzję gry podczas gdy zapis polski zachęcał do ryzyka.
Grałem z dużym przejęciem gdyż gospodarz zaprosił mnie do stołu słowami - zobaczmy czy też nowe, wychowane w Polsce, pokolenie jeszcze umie grać w brydża. Chyba sprostałem wyzwaniu.

Innym pamiętnym spotkaniem była wizyta pana zatrudniownego w sekcji polskiej radia BBC. Bardzo kulturalny i elokwentny, z przyjemnością go słuchałem - pięknie budowane zdania, świetna dykcja. Temat rozmowy był też ciekawy - planowanie edukacji dzieci. Pan Wojciech (mąż Jagody) przykładał wielką wagę do zachowania przez Kasię czystego polskiego języka. W związku z tym planował, ze Kasia pójdzie do francuskiego przedszkola a potem do francuskiej szkoły. Dzięki temu złapie poprawny francuski akcent a równocześnie jej polszczyzna nie zostanie zdominowana przez wszechobecny angielski. Jego rozmówca gorąco popierał tę koncepcję.
Słuchałem tego jak opowieści z innej planety. Dla mnie oczywiste było, że przedszkole i szkoła są państwowe i zrejonizowane. Wszystko ponadto to był dla mnie kaprys.

Kilka razy pomagałem nieco panu Wojciechowi; drobne prace gdy z jakiegoś mieszkania wyprowadzili się lokatorzy. Przy tej okazji obejrzałem te mieszkania. Pojedyńcze spore pokoje w dużych ładnych willach. W każdym mieszkaniu indywidualny licznik zużycia eletryczności i gazu. Do licznika trzeba było wrzucić monety, gdy kredyt się wyczerpał światło gasło.
Pewnego razu odwiedziliśmy jedngo z lokatorów - emerytowany oficer, który większość służby odbył w Indiach. Bardzo elegancki i dystyngowany pan. Przy szklance whisky zebrało mu się na wspomnienia.
Wiele razy wysyłano mnie z misją przygotowania gruntu na dla nowego zarządcy miasta czy rejonu. Poprzedni zarządca się wypalił - pił, nie pilnował dyscypliny, wojsko i urzędnicy się zdemoralizowali, miejscowa ludność zaczynała się buntować.
Przyjeżdżałem razem z kompanią wojska. Starą kompanię natychmiast odsyłaliśmy do macierzystej jednostki wojskowej. Oddział żołnierzy hinduskich zostawał rozwiązany. Zarządca już był zawieszony w obowiązkach, przejmowałem jego rolę. Następnego dnia, w południe, przy największym upale, maszerowałem na czele kompanii główną ulica miasta. Uroczystość przejęcia terenu. Na zakończenie ogłaszaliśmy werbunek ochotników. Zgłaszali się chętnie gdyż oferowaliśmy niezłe warunki. Nowoprzyjęci byli poddawani twardej dyscyplinie i wielogodzinnej musztrze. Słabsi szybko się wykruszali. W tych, którzy wytrzymali staraliśmy się wyrobić poczucie wyższości nad niezdyscyplinowanym tłumem. Udawało się. Po 2 tygodniach mogłem powiadomić centralę , że teren jest gotowy na przybycie nowego zarządcy.
Na pytanie jak znosił gorący klimat miał prostą odpowiedź - mocna, gorąca herbata i whisky.
Po wizycie wyraziłem zdziwienie, że człowiek po takiej karierze nie ma własnego domu.
- Żona złamała mu karierę - wyjaśnił pan Wojciech.
- Żona? W jaki sposób? To przecież bardzo elegancka i inteligentna kobieta.
Pan Wojciech spojrzał na mnie jak na kogoś dziwnego.
- Jak to? Nie rozumie pan? Hinduska.

Odnosiłem wrażenie, że Jagoda i jej mąż byli ciekawi czy podejmę jakieś starania o pracę. Chyba z myślą o tym skontaktowali mnie z Polakiem, który podobno chciał się ze mną spotkać i ewentualnie skorzystać z mojej pomocy. Był to bardzo kulturalny pan, który zaprosił mnie na lunch i pogawędkę. Na wstępie spytał czy mógłbym mu pomóc w czyszczeniu dywanów. Dla mnie, który wynegocjował wymianę mieszkania z powodu złej jakości dywanów, było to ciekawe doświadczenie. Dywany były dużo lepszej jakości niż te na Radarowej i dużo staranniej położone. Czyszczenie polegało na spryskaniu dywanu pianą i odkurzeniu go gdy piana dobrze wyschnie. Do oczyszczenia były chyba 2 pokoje i zajęło mi to pewnie pół godziny czasu nie licząc przerwy na schnięcie podczas której gospodarz poczęstował mnie herbatą. Nieco zażenowało mnie, że mój gospodarz nalegał żebym przyjął zapłatę za ten niewieki wysiłek. Nie chciałem jej przyjąć, ale odniosłem wrażenie, że dla niego było to dość istotne więc w końcu przyjąłem.
Na lunch pojechaliśmy do POSK (Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny) - KLIK. Tam mój gospodarz zapoznał mnie z panią Moniką, młodą dziewczyną, która przyjechała tu z Polski kilka miesięcy temu i miała dobre rozeznanie w możliwościach pracy. Pani Monika też była bardzo miła i rzeczywiście znała się na rzeczy. Najpopularniejszym zajęciem były renowacje domów i mieszkań. Zaoferowała mi kontakt z właściwymi osobami, zapewniła, że mój brak jakiegokolwiek doświadczenia nie jest przeszkodą. Ona pracowała w zespole remontowym a prócz tego w restauracji jako kelnerka. Twierdziła, że oficjalny, wpisany w wizę, zakaz pracy nie jest żadnym problemem. Mieszkała w sporym mieszkaniu wynajętym przez sporą grupę Polaków. Przypomniał mi się dowcip opowiadany przez Joyce:
- Straszny wypadek, zagniotło 12 Pakistańczyków.
- Co się stało?
- Łóżko się zawaliło.
Czyżby ta, rozpoczynąjąca się literą P, narodowość ofiar to była jakaś aluzja?

Po kilku dniach pobytu wybrałem się z wizytą do Joyce. Mieszkała w niewielkim domku w dzielnicy Pinner. Rzeczywiście trudno było tam kogoś ugościć. Ich syn Stefan był młodszym oficerem na staku pasażerskim i w lutym miał być na morzu, jednak z powodu choroby był w domu tak, że jego sypialnia była zajęta.
Joyce była typową Angielką, jakby wyjęta ze znanych mi angielskich filmów. Stefan był bardzo przystojnym mężczyzną, z długimi włosami wyglądał jak któryś z Beatlesów. Poznałem też jego narzeczoną - Lynne - też zgadzała się ze stereotypem atrakcyjnej młodej Angielki. Pojechaliśmy obejrzeć zamek Windsor - tylko z zewnatrz. Wstąpiliśmy na piwo do pubu, poszliśmy chyba do kina na jakiś popularny właśnie film.

Po kilku tygodniach przyjechał wujek Rysiek i w tym czasie odwiedziłem ich kilka razy...

Wujek Rysiek

Rozmawialiśmy o rodzinie, o pracy wujka. Wujek mówił, że nie spodziewa się żeby Stefan został na stałe na morzu, choćby ze względu na Lynne.  Widziałem, że wujek czuje się w domu trochę jak gość. Joyce urządziła wszystko po swojemu, w końcu ona spędzała tu cały czas. Wujek wspomniał żartem, że Stefan ma zdolności do gier hazardowych. Nawet miał z tego powodu kłopoty w szkole gdyż organizował różnego rodzaju totalizatory.
Życie potwierdziło przydatność tych zainteresowań. Stefan zaczął pracowac jako makler w bardzo szacownej firmie Furness Withy - KLIK i doszedł tam do stanowiska dyrektora naczelnego. Ożenił się z Lynne.
Któregoś dnia wybraliśmy się samochodem do centrum Londynu. Objechaliśmy znane mi już z pieszych wędrówek trasy, odwiedziliśmy opactwo Westminster i katedrę św Pawła. W katedrze Joyce zwróciła moją uwagę na malutki fragment witraża - sylwetka samolotu myśliwskiego i polska flaga. To uhonorowanie udziału Polaków w Bitwie o Anglię - oznajmiła. Pewnie wybrzydzam, ale odniosłem wrażenie, że Czesi dostali większy kawałek witraża.
W internecie znalazłem wizerunki kilku witraży katedry St Paul z polską tematyką...

Witraże

... ale chyba powstały już po mojej wizycie.

Wstąpiliśmy też na piwo do słynnego pubu - Prospect of Withby - KLIK.

Pamiętnym wydarzeniem była wizyta z Wukiem i Joyce w teatrze na musicalu Fiddler on the Roof. Do tego czasu znałem musicale amerykańskie w wersji filmowej - Walking in the Rain, Amerykanin w Paryżu. Musical na scenie to było coś nowego, do tego z wielką ilością żydowsko-polsko-kresowego folkloru - choćby wioska Anatewka - KLIK (właściwa piosenka zaczyna się po 1 minucie). Podany link to fragment filmowej wersji, według mnie znacznie słabszej od żywego i bardzo zwartego przedstawienia na scenie tetralnej.
W teatrze niemile zaskoczył mnie brak szatni. Była zima. Prawdopodobnie zakładano, że do teatru przyjeżdża się samochodem. Jednak większość ludzi miała ze sobą płaszcze, kapelusze, parasole. Niby elegancki teatr a dopóki nie zgaszono świateł to miałem wrażenie, że jestem w poczekalni na dworcu. W Australii zastałem podobne obyczaje chociaż w ostatnich latach szatnie robią się coraz popularniejsze. W większości przypadków są darmowe. W tym punkcie komuna była daleko do przodu - szatnie były ogromne, płatne i chyba przynosiły więcej dochodu netto niż bilety.

Od Sylwii dostałem list z informacją, że w Anglii właśnie przebywa jej kuzynka i dobra przyjaciółka z dziecinnych lat, poleciła mi skontaktować się z nią. Zadzwoniłem - okazało się, że Basia przebywa na stałe w Australii, do Anglii przyjechali na dwa, trzy lata, jej mąż - dentysta - ma tu dobry kontrakt. Mieli dwuletnią córkę - Iwonkę. Przyjechali po mnie czerwonym jaguarem i spędziłem z nimi jeden dzień. Mieszkali w Basingstoke - 70 km od Londynu gdzie Janusz pracował.

Basia i Janusz

W drodze zwiedziliśmy katedrę w Winchester. Wiele czasu spędziliśmy na wzajemnym przedstawianiu się - pokrewieństwo Basi z Sylwią, jak dostali się do Australii, skąd ja znalazłem się w ich rodzinie i w Londynie. Było to znamienne spotkanie - po latach nasze ścieżki życiowe zbiegły się bardzo blisko.

Wspominałem, że śwital mi w głowie pomysł pracy w Anglii. Jedyna praca, która mnie interesowała to programowanie komputerów. Ku mojemu zaskoczeniu ogłoszeń o pracy nie było zbyt wiele a co gorsza przeważająca większość dotyczyła programowania komputerów IBM w nieznanym mi języku PL1. Pan Wojciech bardzo sceptycznie odnosił się do moich poszukiwań.
- Tu jest recesja, bezrobocie. Jeśli już zatrudnią obcokrajowca to tylko jakiegoś wybitnego specjalistę z USA. Ja panu radzę rozważyć działalność marketingową na rynku polskim.
- ????
- Oni szukają nowych rynków zbytu. Czują potencjał w krajach komunistycznych, ale nie znają lokalnych warunków, boją się. Pan ma szanse wzbudzic ich zaufanie
- Ale co mam im zaoferować? Pomoc w sprzedaży komputerów w Polsce? Przecież to absolutnie poza moją strefą działania.
- Nic nie oferować. Po prostu przedstawić się. Niech oni myślą jak wykorzystać pański potencjał.
Muszę przyznać, że ta idea ogromnie mnie rozbawiła i postanowiłem spróbować. Znana mi firma ICL miała już przedstawicielstwo w Warszawie, IBM to była za duża ryba, wybrałem firmę Honeywell. Pan Wojciech osobiście wyekwipował mnie na tę wizytę. Pierwsza sprawa to musi pan mieć porządną teczkę a w niej sporo papierów. Umówiłem się telefonicznie i o wyznaczonym czasie pojawiłem się w sekretariacie z bardzo elegancką teczką. Przedstawiłem się zgodnie z prawdą jako zapaleniec komputeryzacji, który chciałby pracować na nowoczesnych komputerach. Wspomniałem, że zainstalowane w Polsce komputery ICL i IBM nie spełniają moich oczekiwań więc, po pierwsze - czy Honeywell ma jakieś koncepcje, po drugie - czy mógłbym być w jakiś sposób przydatny we wprowadzeniu ich na polski rynek.
Trafiłem w dziesiątkę. Najpierw poświęcili sporo czasu na przedstawienie mi swoich produktów. To było naprawdę ciekawe. Potem spotkałem się z ludźmi z marketingu. Zaczęli omawiać ze mną różne możliwości działania. W tym momencie ogarnął mnie strach. To przybierało realne kształty. Oczyma wyobraźni widziałem jakie podejrzenia mogę wzbudzić u polskich władz, jakich deklaracji lojalnosci mogą ode mnie zażądać. A przede wszystkim - w tym były może pieniądze i wyjazdy zagraniczne, ale nie było tego o co mi chodziło - programowania komputerów. Ostatnia godzina to było dyplomatyczne rozwadnianie całej sprawy. Mam nadzieję, że mi się udało i że nie pozostawiłem po sobie złego wrażenia.
Komputery Honeywell dotarły do Polski i dzięki Bogu nie miałem z tym nic wspólnego, ale o tym dopiero za 5 lat.

Mój pobyt dobiegał końca. Droga powrotna przebiegła bez żadnych wydarzeń i emocji. Wróciłem do domu syty wrażeń i z wielkim sentymentem do Londynu.
Uwaga końcowa - wydaje mi się, ze moje wszystkie wydatki w Londynie nie przekroczyły $120. To były dolary.

środa, 09 września 2015

Lech  Lech

Zadzwoniłem do Jagody - o to ty - ucieszyła się. A wiesz wczoraj dostaliśmy list od Twojej cioci, spodziewałam się, że zadzwonisz.
- No i co ciocia pisze?
- Leszuńcia, przyjeżdżaj do nas to sobie przeczytasz.
- Zaczekaj, otwórz list i przeczytaj mi go teraz.
- Leszuńcia, jak nie odbiera telefonu, to i tak musisz do nas przyjechać - wsiądź w pociąg do Ealing, stamtąd kilka minut piechotą. - taka była Jagoda.
Mieszkała z mężem, córką i teściową w ładnym starym domu. Chyba w tym...

Woodville Gdns

Męża poznała w Południowej Afryce gdzie przebywał od czasów wojny. Niecałe dwa lata temu zdecydowali przenieść się do Anglii. Mąż Jagody, pan Wojciech Ż., to był typowy przedwojenny inteligent. W Afryce Południowej zajmował się byznesem. Po przeniesieniu się do Anglii kupił kilka domów, w których wynajmował pokoje. Od kilku lat w Angli rządziła Partia Pracy pod przywództwem Harolda Wilsona - KLIK - gospodarka przechodziła poważny kryzys, ceny nieruchomości spadały co spędzało panu Wojciechowi sen z oczu.
Córka Jagody - Kasia - miała około 2 lat. Płynnie mówiła po polsku. Na przywitanie "przeczytała" mi z pamięci bajkę o wróbelu elemelu.

Czym prędzej przeczytałem list Joyce. Wyjaśniała w nim, że wujek Rysiek jest obecnie na morzu za to w domu, niespodziewanie, jest ich syn, Stefan, który jest chory. Gdy nas odwiedzisz to sam zobaczysz, że w takich warunkach nikt dodatkowy nie może u nas zamieszkać.
Na szczęście teściowa Jagody - z domu hrabina Rzewuska - ze stoickim spokojem przyjmowała kolejne zrządzenia losu i nie miała nic przeciwko temu żebym nocował w salonie na łóżku polowym, które na dzień chowałem do komórki.

Londyn mnie oczarował, ileż tu się działo, mógłbym spędzić tu z łatwością rok. Większość czasu spędzałem poza domem. Wydeptałem chodniki w śródmieściu, odwiedziłem wiele słynnych miejsc. Prawie w każdy czwartek odwiedzałem National Gallery gdyż w czwarki wstęp był bezpłatny. W British Museum podziwiałem nowatorskie ekspozycje, które pozwalały widzowi na samodzielne badania lub eksperymenty. Odwiedziłem gabinet figur woskowych Madame Tussaud - to nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia. Co innego speakers corner w Hyde Parku. Trafiłem na wystąpienie jakiegoś Murzyna, który stojąc na drewnianym pudle wygłosił gorące przemówienie na temat wyższości czarnej rasy. Niezbyt liczni słuchacze, sami biali, słuchali pogodnie i często potakiwali.
Odwiedziłem teatr - sztuka Żołnierze niemieckiego pisarza Rolfa Hochhutha - KLIK - , o której sporo pisała prasa w Polsce. Pisano, że wzbudziła kontrowersje w Anglii z powodu oskarżenia Churchilla o zaplanowanie wypadku, w którym zginął generał Sikorski. Nawet dziwiłem się dlaczego nie wystawiono sztuki w Polsce. Gdy zobaczyłem zrozumiałem - powodem domniemanego zamachu na Sikorskiego była jego nieugięta postawa w sprawie Katynia - oskarżanie ZSRR, które było w tym okresie kluczowym partnerem antyhitlerowskiej koalicji. Dla Anglików bolesne musiało być oskarżenie o zbrodnie wojenne w Niemczech - bombardowanie Hamburga. Jak wynika z wikipedii Rolf Hochhuth to dość podejrzana osoba.

Zadomowiłem się w Londynie do tego stopnia, że kilka razy poszedłem pojeździć na łyżwach na lodowisku Crystal Palace Ice Rink...

Crystal Palace

Odwiedziłem znany mi z historii olimpiad stadion White City - KLIK. Akurat rozgrywano na nim wyścigi psów. To też była ciekawa impreza. Wyścigi i psy niezbyt mnie interesowały natomiast fascynowały mnie poczynania bookmacherów. Chyba każdy miał pomocnika, który miał dłonie obandażowane prawie do łokci. Co kilka minut pomocnik machał dłońmi, wyraźnie był to jakis język migowy. Żeby wzmocnić efekt bookmacher oświetlał te obandażowane dłonie latarką. Po nadaniu komunikatu bookmacher chwytał za lornetkę i wpatrywał się w przeciwległy koniec stadionu. Stamtąd nadawano mu jakąś odpowiedź. Niewątpiwie istotną gdyż natychmiast zmieniał wypisane na tablicy stawki wygranych.

Lunch najczęściej jadłem w Wimpy Bar - KLIK...

Wimpy bar

To było coś bardzo podobnego do MacDonalda, którego w Londynie jakoś wtedy nie zauważyłem.

Osobna sprwa to angielska waluta - funt nie był jeszcze zdecymalizowany i składał się z 20 szylingów a każdy szyling z 12 pensów. Wart był ponad 3.5 dolara amerykańskiego. Żeby było jeszcze ciekawiej to używano również terminu gwinea chociaż taki banknot/moneta fizycznie nie istniał (1 funt + 1 szyling) oraz półkorona (2 szylingi i 6 pensów). Uwielbiałem obliczać w pamięci koszt zakupów - na przykład: 2s6p + 3s6p + 10p + 12p. Ile reszty powinienem dostać jeśli dam kasjerce 1 funta? Proszę spróbować policzyć.

O spotkaniach rodzinnych napiszę w kolejnym odcinku.

07:03, pharlap
Link Komentarze (2) »
piątek, 04 września 2015

Lech  Lech

Miałem dwa rodzinne kontakty w Londynie - wujek Rysiek, brat Matki i Jagoda, moja stryjeczna siostra. Z Norwegii przywiozłem legalnie trochę gotówki, którą mogłem zabrać ze sobą, ale nie wystarczyłoby to na długo. Skontaktowałem się listownie z wujkiem i otrzymałem od niego oficjalne zaproszenie, które było konieczne do uzyskania paszportu i, co równie ważne, informację, że będę mógł przez jakiś czas u niego zamieszkać. Zdawałem sobie sprawę, że wujek jako kapitan statku rzadko bywa w domu a zatem panuje tam jego żona - Joyce, Angielka. Podziękowałem za możliwośc zatrzymania się w ich domu, zapewniłem, że w zasadzie jestem finansowo samowystarczalny i że na pewno nie zamierzam przedłużać planowanego na 1 miesiąc pobytu w Anglii.

Sylwia załatwiła sobie zimowe wczasy w Bierutowicach. Poprzednio byliśmy już dwa razy na wczasach zimowych. Miałem nadzieję, że zarażę Sylwię bakcylem narciarstwa. Jednak pierwszym razem, w Wiśle, trafiliśmy na dwa tygodnie odwilży, nie było wcale śniegu. Rok później, w Bierutowicach, był śnieg, ale jednak bakcyla narciarstwa najłatwiej było złapać w dzieciństwie. Narciarstwo to był bardzo niewdzięczny wysiłek - słabej jakości sprzęt, brak przygotowanych tras narciarskich, brak wyciągów, brak atrakcyjnych kursów narciarskich. Doprawdy trzeba było być naiwnym dzieckiem żeby to polubić. Szczęśliwi naiwni :) 

Po otrzymaniu paszportu i wizy napisałem list do Joyce powiadamiając ją o dacie przyjazdu. Na wszelki wypadek podałem jej adres Jagody.
Wyjechałem na początku lutego. Pierwszym celem był Frankfurt nad Menem gdzie mieszkała moja wieloletnia korespondencyjna znajoma - Inge.

W pociągu było zupełnie pusto. Wybrałem przedział, w którym podróżowała jakaś starsza pani z ogromną ilością bagaży. Okazało się, że emigruje na stałe do rodziny w Brazylii, zabiera z sobą cały dobytek, przede wszystkim pierzynę. Jej stacją docelowa była Genua, stamtąd popłynie statkiem do San Paulo. 
Granica NRD i znana mi procedura dokładnej kontroli pociagu i pasażerów. Mocno zdenerwowało mnie gdy polski celnik, a może to był strażnik, zaczął kartkować mój kalendarzyk i przepisywać niektóre z zapisanych tam adresów.
Wreszcie pociąg ruszył, wkrótce dojechaliśmy do Berlina Wschodniego. W tym czasie można było wymienić na marki 300 zł. Oczywiście zrobiłem to jeszcze w Warszawie i liczyłem na to, że podczas 3-godzinnego postoju pokręcę się trochę po dworcu, zjem coś gorącego, napiję piwa. Zaoferowałem się kupić coś do jedzenie mojej współpasażerce. Na razie czekałem aż pociąg zakotwiczy w stałym miejscu. W którymś momencie do wagonu wszedł starszy pan w mundurze, z karabinem i stanął przed naszym przedziałem. Wyjawiłem mu swoje zamiary na co odpowiedział, że nasz wagon zostanie odholowany na boczny tor, nie wolno nigdzie wychodzić, on tu jest po to, żeby nas pilnować.
Nie było rady. Na bocznym torze wagon nie był ogrzewany. Może trzeba było zaprosić strażnika do przedziału to w trójkę byłoby nam cieplej.

Po 2 godzinach stuknęły zderzaki, zaszumiał kaloryfer, potoczyliśmy się w kierunku peronu dworcowego. Tam wsiadł konduktor i groźnym głosem oświadczył, że moja współpasażerka jest w niewłaściwym pociągu i musi wysiąść w Berlinie Zachodnim. Okazało sie, że francuskie wizy tranzytowe określają miejsce wjazdu do Francji. Ta pani ma wjechać do Francji przez Strasburg a nasz pociąg jedzie przez Metz. Starsza pani w płacz. Proponowałem żeby wysiadła teraz i poczekała kilka godzin w Berlinie Wschodnim, chciałem jej dać moje marki. Konduktor zareagował ostro - nie potrzebujemy tutaj waszego polskiego bałaganu.

Granica między Wschodnim a Zachodnim Berlinem. Znowu bardzo dokładna kontrola. W wagonie było kilku nowych pasażerów, jeden z nich - Amerykanin - skomentował: oni łączą rosyjską podejrzliwość z niemiecką dokładnością.
Konduktor pilnował żeby starsza pani przygotowała się do wysiadania. Pomogłem jej wystawić wszystkie bagaże w pobliże drzwi. Wyglądałem przez okno czy jest jakieś ciepłe miejsce gdzie mogłaby przeczekać. Już z daleka zauważyłem kilka osób z opaskami Czerwonego Krzyża. Konduktor zamachał w ich kierunku. Pociąg zatrzymał się a pod drzwi wagonu podjechał wózek bagażowy. Załadowali jej bagaż na wózek. Proszę jej powiedzieć, że zabierzemy ją do wygodnej poczekalni, będzie mogła położyć się, dostanie gorący posiłek i dopilnujemy, żeby wsiadła do właściwego pociągu. 
- Skąd wiedzieliście o niej? - dziwiłem się - konduktor was powiadomił?
- Mamy dyżur przy każdym pociągu przybywającym z Polski. Takie przypadki zdarzają się codziennie.

Wkrótce kolejna granica - między Berlinem Zachodnim a NRD. A potem jeszcze jedna - między NRD i NRF. Wieczorem dojechałem do Frankfurtu. Inge i jej mąż Norbert czekali na mnie na stacji.
Przyglądaliśmy się sobie z ciekawością - spotkanie po 9 latach korespondencji. Inge ukończyła konserwatorium, klasę śpiewu. Śpiewała jednak tylko dorywczo w operze i regularnie amatorskim chórze, zarabiała jako nauczycielka gry na pianinie. Norbert był ekonomistą zatrudnionym na uniwersytecie. Mieli półroczną córkę Norę. W domu przywitała mnie dość ozięble teściowa Inge, która opiekowała się Nora podczas nieobecności rodziców. Czekał na mnie obiad. Był chyba schabowy z kapustą i, specjalnie dla mnie, przeogromna porcja ziemniaków. 
Rozmowa była sympatyczna, Norbert dyskutował ze mną bardzo uczenie o socjalistycznej ekonomii.
Do poduszki dali mi lekturę - książkę Rosemary's baby - autor Ira Levin. Spędziłem nad nią większość nocy.
Następny dzień spędziłem z Inge i Norą - poszliśmy na spacer, drobne zakupy, powspominaliśmy sprawy, o których pisaliśmy przez te 9 lat. Przy okazji zorientowałem się, że Inge nawiązała ze mną kontakt w ramach akcji jakiegoś stowarzyszenia charytatywnego. Celem było udzielenie materialnej pomocy Polakom. Z podtekstu zrozumiałem, że Inge pomagała komuś w Polsce. Na szczęście w korepondencji ze mna dominowały tak abstrakcyjne tematy, że nie miała śmiałości oferować mi pomocy. Wieczorem Norbert zawiózł mnie na dworzec.

Kolejna stacja docelowa to Hoek van Holland. W wagonie było wielu podróżnych, głównie Hiszpanie pracujący w Holandii. W którymś momencie wstrząs, pociąg zaczął gwałtownie hamować. Z sąsiedniego przedziału dobiegł mnie okrzyk: Ewuniu, co ja narobiłam! Ja tylko chciałam światło zgasić.
- Jakaś kobieta pociągnęła za hamulec - dziwowali się Hiszpanie. Wiesz może w jakim języku ona mówi? Korciło mnie żeby powiedzieć, że po rosyjsku, ale rozłożyłem bezradnie ręce - nie wiem. Za chwilę przyszedł konduktor zorientował się co się wydarzyło, pociąg ruszył w drogę. Po kilku godzinach przekraczaliśmy granicę holenderską, bardzo powierzchowne sprawdzenie dokumentów przy świetle latarki, nawet nie zapalali światła w przedziale. Za chwilę zajrzeli ponownie do naszego przedziału - czy mógłby pan nam pomóc, w tamtym przedziale jedzie pana rodaczka, ona nie ma wizy i jest w niewłaściwym pociągu. 
Okazało się, że kobieta powinna była jechać przez Frankfurt i Metz, tym pociągiem, którym wczoraj jechała emigrantka do Brazylii. Zamiast tego dojechała do Monachium a tam wsiadła znowu w niewłaściwy pociąg. Tu nie było Czerwonego Krzyża. Strażnicy zapewnili mnie, że zorganizują jej względnie wygodne miejsce do przeczekania kilku godzin i dopilnują żeby wsiadła do pociągu do Frankfurtu, ale tam będzie musiała się przesiąść. To było trudne do wytłumaczenia. Młoda kobieta płakała - jak ja mam rozbudzić teraz córkę? Pozwólcie mi zostać w pociągu choć do rana. W końcu wysiadła.
W przedziale czekali już na mnie rozbudzeni Hiszpanie - a mówiłeś, że nie rozumiesz jej języka.
- Ona używała lokalnego dialektu, który słabo rozumiem - tłumaczyłem się, ale było mi smutno. Wyparłem się rodaczki z powodu źle zrozumianej dumy narodowej. Ale dlaczego przegapili to w NRD? Gdzie był zachodnio-niemiecki Czerwony Krzyż? To ich wina.

W Hoek van Holland przesiadłem się na prom do Harwich. Chyba 8 godzin żeglugi i wreszcie Anglia. Tu bardzo dokładna kontrola wizy. Zorientowałem się, że pieczęć przybita w angielskiej ambasadzie to nie była właściwa wiza, tę przybija dopiero urzędnik na granicy. Moja wiza była aż na 8 tygodni z uwagą, że nie wolno mi podjąć żadnej pracy, płatnej ani bezpłatnej. Pociąg do Londynu, późnym popołudniem dotarłem wreszcie na dworzec Victoria..

Victoria Station

Tłum, gwar. ZNalazłem automat telefoniczny i zadzwoniłem do Joyce. Nikt nie podnosił słuchawki. Spróbowałem jeszcze dwa razy - to samo. Oblał mnie zimny pot.