Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: wakacje

czwartek, 08 października 2015

Lech  Lech

Rok 1974 obfitował w liczne ważne wydarzenia.

Główne funkcje systemu Sezam zostały zakończone i uruchomione. Użytkownicy mogli korzystać z systemu bez naszej pomocy. To był duży sukces. Szef Pracowni - pan Andrzej Z. cieszyl się z tego nie mniej niż my. To było potwierdzenie słuszności jego metody - znaleźć dobrych ludzi, dać im swobodę, rezultaty przewyższą oczekiwania.

Na marginesie dwa drobiazgi z życia naszego zespołu. Któregoś dnia nazbierało się wiele zadań do wykończenia. Trzeba było zostać po godzinach i wszystko skończyć. Ja miałem jednak zadanie domowe - wyjść z Anią na spacer. Zapowiedziałem, że muszę zrobić przerwę na 2 godziny, potem wrócę i będę pracował do skutku. Na to koleżanka, która właśnie wychodziła do domu zaoferowała się, że może mnie zastąpić. Dałem jej list polecający do Sylwii (telefonu wszak nie mieliśmy) i mogłem pracować dalej.
Drugi przykład - do zespołu dołączyła nowa osoba, pani Helena K, którą nie jestem pewien dlaczego, nazywaliśmy panią Zosią. Z jednej strony nie znała komputera ODRA ani stosowanego tu języka Z drugiej - ukończyła wydział matematyki, metody numeryczne - pracowała przy systemach obliczeniowych na Wojskowej Akademii Technicznej (WAT). Od razu zorientowaliśmy się, że znacznie nas przewyższa wiedzą na temat programowania. Daliliśmy jej więc bardzo duże zadanie - zaprogramować moduł selekcj danych i drukowania raportów. Nie mieliśmy żadnej specyfikacji. Pokazaliśmy jej tylko działanie angielskiego systemu FIND i powiedzieliśmy - niech pani pomyśli jak coś podobnego zrobić. Jak będzie pani miała jakiś pomysł to porozmawiamy jak się do tego zabrać. Pierwszy pomysł jakim pani Zosia się z nami podzieliła, to że według niej warto tu zastosować odwrotną polską notację - KLIK. Po naszej reakcji chyba uznała, że nie warto tracić czas na szczegóły i za niecałe 2 miesiące samodzielnie zaprojektowała i zaprogramowała cały moduł.
Pani Zosia zaimponowała mi jeszcze jednym. Ktoś podczas narzekań na urzędniczkę czy sprzedawczynię użył słów - głupia baba ze wsi. Pani Zosia zainterweniowała - przepraszam, ja jestem ze wsi i nie uważam żeby było tam więcej głupich ludzi niż w mieście.

W Polskim Towarzystwie Cybernetycznym wysłuchałem wykładu na temat budowy baz danych. Wspomniano o śpiewce przyszłości - relacyjnej bazie danych. Poskrobałem się po głowie - bardzo wiele podobieństw. Nasz Sezam był conajwyżej biednym kuzynem relacyjnej bazy danych, ale mial dwie zalety - funkcjonował i wystarczył mu komputer wyposażony w taśmy magnetyczne.
Z jednej strony - gdybym wiedział o tym wcześniej to użylibyśmy pewnie w Sezamie terminologii właściwej dla relacyjnej bazy danych. Z drugiej - być może w ogóle nie podjąłbym się takiego zadania gdyż prerekwizytem systemu bazy danych był komputer wyposażony w dyski.
Szczęśliwi ludzie małej wiedzy. 

Kilka ośrodków obliczeniowych kupiło Sezam dla swoich zastosowań. Ja dostałem awans na dziwne stanowisko Głównego Projektanta, łączyła się z tym podwyżka. Premie nie spadały poniżej 120%.

Czas było pomyśleć o sobie.
Pierwsza sprawa to mieszkanie. Wspominałem o oszczędnościowym systemie ogrzewania, który powodował stałe przegrzanie. Po kilku interwencjach przyszła do nas komisja, kiwali ze zrozumieniem głowami, ale oczywiście nie mogli niczego zrobić, to wymagałoby zmiany instalacji grzewczej w całym bloku. 
Udałem się do prezesa spółdzielni (WSM Rakowiec). Gdy się przedstawiłem powiedział
- O, ja o panu słyszałem, pan jest znanym rozrabiaką.
A więc moja absurdalna interwencja u premiera - KLIK - stawała się legendą. 
Zaproponowałem ustrzelenie dwóch wróbli jednym strzałem. Prosimy o przeniesienie nas do mieszkania M-6 (obecne to było M-3). Po pierwsze przestanę składac skargi na ogrzewanie, po drugie my planujemy powiększenie rodziny - kolejne dziecko, plus moja Matka mieszka samotnie w mieszkaniu spółdzielczym, ale spodziewamy się, że w niedługim czasie będzie wymagała opieki i przeprowadzi się do nas. To była prawda. Prawdę mówiąc Matka liczyła na to, że gdy zacznę pracować będzie mieszkać ze mną. To nie nastąpiło i nieco obawialiśmy się jak będzie się układać wspólne życie.
Prezes słuchał uważnie, robił notatki, pożegnaliśmy się sympatycznie. Nie miałem o co rozrabiać.

Snieznik

Po drugie wybrałem się na wczasy narciarskie PTTK, na Śnieżnik, który właśnie był promowany jako alternatywa dla Zakopanego.
Widok był jan na zdjęciu, ale warunki już nie bardzo - najpierw kilkugodzinna wspinaczka z całym ekwipunkiem, wyciąg nieczynny a elektryczność tylko w wyznaczonych godzinach.
Natomiast bajkowy był śnieg i towarzystwo.

Po powrocie z wczasów dostaliśmy z WSM powiadomienie, że mają dla nas propozycję zmiany mieszkania. Prosili nas o wizję lokalną żeby znowu nie doszło do skarg i żądania kolejnej zamiany. Mieszkanie było rozmiaru M-6 - trzy pokoje o akceptowalnych rozmiarach, w niewielkim, 4-piętrowym bloku, na parterze. Dowiedzieliśmy się, że blok był początkowo przeznaczony dla pracowników Ministerstwa Obrony, ale nie zaakceptowali go. Stąd tak niespodziewana oferta. Oferta przewyższała nasze oczekiwania. Zaakceptowaliśmy.
Przeprowadzka wypadła znowu podczas nieobecnosci Sylwii, która pojechała z Anią na 2 tygodnie do Zakopanego. Wszystkie firmy przeprowadzkowe miały pełno zleceń na najblizsze 2 tygodnie. Ktoś wspomniał o prywatnej firmie Węgiełek. To brzmiało jak kontynuacja Lalki B. Prusa. Zadzwoniłem. Gdy usłyszeli, że chodzi o przeprowadzkę z M-3 roześmieli się. My specjalizujemy się w dużych przeprowadzkach - rezydencje zagranicznych dyplomatów. M-3 - toż to robota na godzinę, nie warto wysyłać ludzi... chwileczkę... mamy tu okienko.
Robota na godzinę? Poprzednia przeprowadzka trwała ponad pół dnia a przecież od tego czasu nieco obrośliśmy w piórka.
W przeddzień przeprowadzki odwiedził mnie kierownik załogi. Spojrzal krytycznie na przygotowane pudełka - proszę niczego nie pakować, my nie ponosimy za to żadnej odpowiedzialności.
- Ale kryształy, wazony - oponowałem. Powiedziałem - my robimy wszystko i ponosimy za to odpowiedzialność. Rozejrzał się po mieszkaniu.
- Gdzie pan trzyma dolary i kosztowności?
- Nie trzymam.
- Jak pan chce. Ja powiedziałem - za wszystko co dostaliśmy do spakowania ponosimy odpowiedzialność.
Zaczął coś notować na pudełku od papierosów - ja tutaj robię plan przeprowadzki. Niech pan się nie waży niczego przestawiać bo cały plan mi się zawali.
Na koniec zapytał:
- Ile pan myśli, że to będzie kosztowało?
- Pewnie 2,000 zł.
- Mam dla pana propozycję: Węgiełkowi zapłacimy 1,600, 100 zl dla mnie, 200 zł dla chłopaków, 100 zł dla pana. Zgadza się pan?
- Zgadzam.
- No to niech pan mi da te 100 zł teraz jak chłopaki nie widzą. A jutro, jak już skończymy, to ja zapytam pana - no co, chyba chłopaki się dobrze spisali? A pan potwierdzi i da mi te 200 zł. Zgadza się?
Zgadzało się. Następnego dnia rano przyjechał wraz z 4-osobową ekipą. W ciągu 20 minut mieszkanie opustoszało. Do nowego mieszkania było tylko 300 m. Nie nadążałem pokazywać gdzie co ma stać. Chłopaki spisali się dobrze.

Po trzecie - za namową mojego szefa, pana Andrzeja Z., złożyłem podanie o przyznanie mi stypendium rządu angielskiego. Dostałem świetne opinie z pracy, zdałem egzamin państwowy z angielskiego. Czekał mnie jeszcze egzamin z angielskiego w British Council. Poprosiłem ich żeby podali mi kontakt do jakiegoś rodowitego Anglika mieszkającego w Warszawie i chętnego do udzielenia lekcji konwersacji.
Znaleźli - młodą Angielkę, która wyszła za mąż za Polaka. Konwersacje odbywały się w ich mieszkaniu. To była nie tylko nauka konwersacji, ale równeż powiew angielskiego klimatu. Gdy przychodziłem, zazwyczaj około 2., moja korepetytorka była jeszcze w piżamie, podobnie jej 2-letnia córka. W mieszkaniu niesamowity bałagan. Nie wiadomo czy dziecko jadło śniadanie. Nie wiadomo gdzie szukac ubrania.
- Opowiadaj coś bo u mnie nic się nie dzieje - prosiła i szukała ubrań w szafach i walizkach. Relacjonowałem więc wiadomości kulturalne i sportowe. Muszę przyznać, że słuchała uważnie i wychwytywała błędy. Dawała celne komentarze. Przerobiła ze mną starannie kilka często używanych zwrotów. Wystarczyło - egzamin w British Council przeszedl bardzo sympatycznie. Wkrótce potem przyszło powiadomienie o przyznaniu mi stypendium. Na 3 miesiące, początek w sierpniu. Moją bazą miało być Birmingham.

Nadeszło lato. Znowu podzieliliśmy się z Sylwią wakacjami - spędziłem 2 tygodnie z Anią w Mielnie.

Na początku sierpnia poleciałem do Londynu. O pobycie w Anglii w osobnym wpisie.

niedziela, 04 października 2015

Lech  Lech

W poprzednim wpisie wspomniałem, że zacząłem pracować w Pracowni EtobSystem i, że jej szef Andrzej Zienkiewicz wiązał z moja osobą duże nadzieje.

Na początek pożyczył mi książkę Roberta Townsenda - Up the Organization: How to Stop the Corporation from Stifling People and Strangling Profits  - KLIK.
Informacja po polsku tutaj - KLIK.

Książka bardzo mi sie podobała jednak oddając ją panu Andrzejowi zwróciłem uwagę, że opisuje ona sytuację w gospodarce wolnorynkowej, w prywatnej firmie. a u nas o wszystkim decyduje Partia.
- A wie pan, że ja jestem bezpartyjny? - spytał pan Andrzej.
Nie wiedziałem.
- A wie pan, ze Jacek Karpiński, który nie tylko jest bezpartyjny, ale deklaruje publicznie swoją niechęć do ustroju jest dyrektorem fabryki produkującej komputery jego własnej konstrukcji?
Wiedziałem.
- No to jak to jest? - zapytałem. 
- Bardzo prosto. Ludzie na wysokich stanowiskach w partii pną się po szczeblach kariery. Muszą być ostrożni żeby nie dać swoim konkurentom jakichś atutów. Z drugiej strony muszą się wykazać jakimiś osiągnięciami. To jest szansa dla nas - my nie stanowimy dla nich konkurencji, nasze sukcesy będą szczeblami w ich karierze. Możemy robić to co lubimy, oni stworzą nam do tego warunki. Karpiński wścieka się na partyjny aparat. Według mnie nie ma racji. Ci ludzie ponoszą duże ryzyko, działają w określonych uwarunkowaniach. Wszak komputery produkuje już Elwro, mówi się o wspólnym komputerze państw RWPG. To jest tak jak walka z wielkimi koncernami w krajach kapitalistycznych. Ktoś toczy tę walkę żeby komputery Karpińskiego były produkowane.

Nieco uspokojony wróciłem do rozważań nad książką. Robert Townsend zadaje pytanie - jeśli obecna praca nie sprawia ci radości albo nie przynosi dużych pieniędzy, to dlaczego jej nie rzucisz?
Tak jest - poznałem już radość pracy i tego szukałem.
Pan Andrzej mi to dostarczył. EtobSystem podpisał bardzo lukratywny kontrakt z rządowym projektem WEKTOR - KLIK
Rząd Gierka, zgodnie z obietnicami, zabrał się bardzo energicznie do inwestycji - huta Katowice, Bełchatów, kombinat miedziowy w Legnicy. To były wielkie projekty i wielkie wydatki, również dewizowe. Rząd potrzebował narzędzi do kontroli postępu prac. 
EtobSystem posiadał kadrę doświadczonych ludzi, którzy potrafili na miejscu ocenić postęp prac i potrzeby. Brak było komputerowego systemu gromadzenia i wstępnego przetwarzania tych informacji. System Wektor kontrolował 300 najważniejszych inwestycji.

Pan Andrzej przedstawił mi sprawę tak: nasz człowiek wizytuje wielką budowę, widzi co zakończono, co jest w toku, co ma się wkrótce zacząć. Potrafi ocenić jakich środków - materiałów, maszyn - potrzeba dla każdego zadania. On powinien móc natychmiast wprowadzić to do komputera. Komputery ODRA są już w prawie każdym wojewódzkim mieście, dostęp nie będzie problemem. Rzecz w tym, że nie wiemy jakiego rodzaju to będą informacje. Potrzebne jest narzędzie, które pozwoli jemu samemu to zdefiniować. Systemu, który przyjmie nieoczekiwane informacje i sporządzi wymyślone na poczekaniu raporty.
Co pan na to?

To było to. Pierwsza sprawa to nazwa systemu. Rządowy system zbierania danych miał nazwę AWIZO-MOC więc najlepszy był SEZAM - oficjalnie tłumaczyło się to jako System Eksploatacji Zbiorów Awizo Mocy, ale dla mnie to było to bajkowe doświadczenie.
Druga sprawa to zespół. Na początek dostałem do pomocy dwie wspaniałe osoby - wspomnianego wcześniej Andrzeja M - świetnego kolegę i bardzo inteligentnego programistę i Janka R - doskonałego projektanta systemów. 

Praca toczyła się na dwóch płaszczyznach - z jednej strony konstrukcja dość złożonego systemu, z drugiej - co miesiąc, dwa, musieliśmy dać użytkownikom jakąś funkcjonującą cząstkę systemu. Na początek było to oczywiście wprowadzanie informacji źródłowych. Docierały one do nas i trzeba było szybko przekształcić je w raporty dla systemy WEKTOR, w jaki sposób to już nasz kłopot.

Wspomniałem, że kontrakt z WEKTOREM był lukratywny. Tak, nasze premie przekraczały 100% wynagrodzenia.
Tu znowu refleksja pana Andrzeja. Dobra praca to taka, którą chętnie by się robiło nawet za darmo. Sprawą kierownictwa jest wynagradzać dobrych ludzi tak żeby nigdy nie musieli ubiegać się o podwyżkę.
W EtobSystemia tak właśnie w tym czasie było. 

W polskiej informatyce działo się wiele. We Wrocławiu produkowano seryjnie komputery ODRA, zaczynała działać fabryka komputerów K-202 konstrukcji inż Jacka Karpińskiego, firma IBM zdołała zainstalowac kilka komputerów w krajowej sieć ośrodków obliczeniowych ZETO. Wydaje mi się, że angielska firma ICL postawiła na budownictwo. W ETOBie zaczęli się pojawiać konsultanci z tej firmy, szukali ścieżki do nawiązania współpracy na zasadach partnerstwa. Nie łudziłem się myślą, że o partnerstwo tu chodzi. Oni wiedzieli, że status partnera ułatwi naszej dyrekcji uzasadnienie wniosku o zakup komputera.

Na razie skorzystałem na tym ja. 
Współpraca z rządowym systemem WEKTOR dodała nam wiele autorytetu. Anglicy zaproponowali żeby ktoś z naszej pracowni opracował referat na temat sterowania wielkimi inwestycjami i wygłosił go na konferecji w Londynie. Referat opracował nasz czołowy konsultant Jurek W. a mnie przypadła rola przetłumaczenie go na angielski i wygłoszenia na konferencji.

Konferencja miała tytuł - Profitable computing in building industry. Pojechaliśmy na nią obaj. Zamieszkaliśmy w bardzo dobrym hotelu. W recepcji zauważyłem informację, że załatwiają bilety na musical Jesus Christ Superstar. Kupiliśmy.
Trzeba przedtem coś zjeść. Jurek wskazał na hotelową restaurację. Ceny były bardzo wysokie - niech dopiszą do rachunku za hotel - zdecydował Jurek. Obiad był pewnie bardzo dobry, ale mieliśmy zbyt mało czasu żeby to docenić. Pobiegliśmy do teatru, na szczęście było dość blisko.
4 lata wcześniej zachwycił mnie w Londynie musical Fiddler on the roof tym razem wrażenia były jeszcze lepsze, przede wszystkim pod wzgledem muzycznym (Andrew Webber)  - KLIK.
Powyższy link to fragment z filmu. Na scenie było to o wiele lepsze, właśnie z powodu ograniczeń sceny teatralnej.

Następnego dnia poszliśmy posłuchać konferencyjnych obrad. Mina mi zrzedła. Referaty były ciekawe, świetnie przygotowane i prezentowane, dyskusja ostra. Jeszcze bardziej mi zrzedła po  prezentacji jakiegoś Francuza. W dyskusji zarzucono mu, że właściwie niczego nie zaprezentował tylko wygłosił truizmy.
Po obradach spotkaliśmy naszego opiekuna z ICL, minę miał równie ponurą jak ja. Po pierwsze chyba zaniepokoiły go koszty nazego obiadu dopisane do rachunku hotelowego. Zaprosił nas na obiad do jakiejs egzotycznej restauracji i wielokrotnie zapewniał, że to większa atrakcja niż jedzenie w hotelu. Po drugie zaproponował żeby zrobić próbę generalną mojej prezentacji, przyprowadzi na nią polskiego doktoranta, specjalistę od budownictwa.
Doktorant przydał się gdyż uzgodniłem z nim angielskie terminy dla kilku specjalistycznych zwrotów poczym nastąpiła próba generalna.  Wygłosiłem otwierające zdanie i poczułem tak wielkie znużenie, że stwierdziłem, że nie jestem w stanie kontynuować. Nastąpiła zupełna konsternacja. Muszę przyznać, że przedstawiciel ICL zachował się jak gentlemen - życzył mi dobrego wypoczynku i udanej prezentacji.
Pierwsza część życzenia nie spełniła się, prawie wcale nie spałem, w kółko przypominał mi się mój próbny występ - jedno zdanie i zupełna pustka w mózgu.

Na prezentacji jednak czułem w sobie jakąś nieznaną mi dotąd energię. Żeby oswoić się z salą zrobiłem krótką próbę rzutnika i w tym czasie spostrzegłem na widowni starszego pana, który patrzył na mnie z życzliwym uśmiechem. Zrobło mi się ciepło na sercu - będę mówił tylko dla niego! Wszystko poszło jak z płatka, pan nadal sympatyznie się uśmiechał i potakiwał, kątem oka zauważyłem, że przedstawiciel ICL potakiwał z wielkim entuzjazmem.
Zadano mi kilka całkiem sensownych pytań, Jurek odpowiedział, ja przetłumaczyłem. Jedno pytanie zapamiętałem na długo - nie zauważyłem w waszym systemie żadnej troski o koszty inwestycji. Tu nie musiałem prosić Jurka o odpowiedź gdyż mogłem zacytować słowa pana Andrzeja Z. - kopalnia miedzi w Lubinie wydobędzie dziennie materiał wartości ponad miliona dolarów. Przyspieszenie jej uruchomienia zrekompensuje wszelkie koszty. Pożegnano mnie brawami.
Ciekaw jestem czy ktoś pamiętał moją wypowiedż kilka lat później kiedy inwestycje w Polsce stanęły a rząd Gierka ugrzązł w długach.
Na marginesie dodam, że doświadczenie z tej prezentacji przydało mi się podczas późniejszych interview u sprawie pracy a było ich wielu. Po pierwsze znaleźć w komisji sympatyczną osobę i mówić do niej i dla niej. 30 lat później dowiedziałem się, że jest to naukowo potwierdzona metoda. Po drugie - żadnych prób generalnych - prezentacja musi być spontaniczna. To już moja osobista specyfika niezgodna z poglądami specjalistów.

Nadeszło lato. Sylwia znalazła prywatną kwaterę w Rybienku w okolicach Wyszkowa. Ania miała już 2 lata, powinienem dać sobie z nią radę. A zatem Sylwia i ja przydzieliliśmy sobie po 2 tygodnie urlopu. Najpierw pojechałem ja - na spływ kajakowy PTTK na Mazury. Gdy wróciłem Sylwia pojechała na obóz wedrowny PTTK w Beskid Sądecki.

Z Anią nie miałem problemu. Natychmiast po wyjeździe Sylwii przyjechala moja Matka. Obiady mieliśmy załatwione w prywatnej jadłodajni. 

RybienkoRybienko

czwartek, 30 lipca 2015

Lato 1963 roku zapowiadało się interesująco.

Rozpoczęło się w szpitalu na ul Barskiej. Przepuklina to bardzo prosta operacja, ale w tym czasie wymagała 10-dniowego pobytu w szpitalu po operacji żeby pacjent nie wykonał jakiegoś wysiłku, który mógłby zniweczyć trud chirurga.
Potrzebny był równiez 2-dniowy pobyt w szpitalu przed operacją żeby wykonać wszystkie potrzebne badania. Dlaczego nie można było wykonać tych badań przed wizytą w szpitalu? Dobrze poinformowani twierdzili, że w ten sposób szpital poprawia wskaźniki ekonomiczne - łóżko zajęte a koszt obsługi pacjenta żaden.
Ze mnie szpital odniósł dodatkowe korzyści. Na mojej sali oprócz mnie leżały trzy osoby operowane na wrzód dwunastnicy. Po tej operacji pacjenci ciepieli mocno a pielęgniarka obsługiwała kilka sal.
- Panie student, czy to tak ładnie? Pan się wyleguje, ja mam ręce pełne roboty a koledzy się męczą. - Przyznałem, że nieładnie. Przydzieliła mi dwa zadania - pierwsze - zwilżać chorym usta wodą przy pomocy szpatułki owiniętej gazą. Drugie - pomagać im oddać mocz do "kaczki".
- Chyba bardziej przystoi żeby to kolega trzymał koledze fajfusa - uzasadniała pielęgniarka.
Pacjenci gorączkowali, mieli kłopoty z oddaniem moczu, miałem więc sporo zajęcia.

Wreszcie operacja pod znieczuleniem miejscowym. Chirurg podźgał mi trochę brzuch strzykawką a potem już nic nie czułem. Następnie 10 dni leżenia na plecach w bezruchu. To było bardzo ciężkie, ale jakoś minęło. Pod reką miałem długi bandaż przywiązany do przeciwnej poręczy łóżka. Nazywano to lejcami - dzięki nim mogłem się podciągnąć do pozycji siedzącej. Gdy zobaczyl to mój współlokator Wiesiek to zaproponował - chcesz, załatwimy ci wczasy hippiczne?

Lech

Zamiast wczasów w siodle miałem obóz za kierownicą. Przypomnę, służyłem w wojskach samochodowych. Trzeba przyznać, że treningu za kierownicą nam nie brakowało. W Warszawie były to samochody osobowe. Zmorą było zapalanie silnika na korbę. Szczególnie gdy silnik zgasł podczas przejazdu przez tory tramwajowe w godzinach szczytu. Patrzyłem błagalnie na instruktora żeby pozwolił użyć startera, ale on patrzył w niebo. Wysiadałem z samochodu z korbą i kręciłem. Tramwaj dzwonił, pasażerowie na stopniach wygrażali mi a silnik ani mru-mru. Spoglądałem pytająco na instruktora a on coś pokazywał na migi.
- Wyłączyłem stacyjkę bo zostawiłeś silnik na biegu.
Na obozie w Ostródzie prowadziliśmy ciężarówki i ćwiczyliśmy bardziej specjalistyczne operacje - jazda w kolumnie, jazda nocna, wjazd ciężarówką na wagon kolejowy. Wszyscy zdali egzamin bez problemów. Dostałem zawodowe prawo jazdy. Powyżej fotografia z prawa jazdy.

Po obozie miałem chyba 3 tygodnie wolnego, potem wycieczka. Było nas około 30 osób. Wycieczka odbywała się na zasadzie bezdewizowej wymiany z jakąś austriacką organizacją studencką. Oni zapewniali nam transport, zwiedzanie, wyżywienie i noclegi. W zamian za to ich wycieczka zwiedzała Polskę na takich samych zasadach. Mogliśmy wykupić kieszonkowe 200 szylingów czyli około 8 dolarów.
W wycieczce brały udział jeszcze dwie osoby z naszego wydziału. To mnie zdziwiło - nie widziałem was na liście kandydatów. A bo myśmy się zakwalifikowali w ramach puli rady naczelnej. A więc byli równi i równiejsi.
Sporym przeżyciem było podwójne przekraczanie granicy czechosłowackiej. Kilkugodzinna kontrola pociągu, psy, strażnicy z przemyślnymi lusterkami na kółkach, które wsuwali pod siedzenia żeby sprawdić czy czegoś tam nie ukryliśmy. Przed granicą czesko-austracką do pociągu wsiedli jacyś panowie w nieznanych nam mundurach i obserwowali z ironicznym uśmiechem te procedury kontrolne. Wreszczie pociąg ruszył, przekroczył żelazną kurtynę a panowie przypięli piękne odznaki austrackiej straży granicznej - witamy w wolnej Austrii. Moi towarzysze w przedziale zrelaksowali się. Wszyscy zaczęłi wyciągać ukryte dotąd dolary. Byłem chyba jedynym, który zadowolił się kieszonkowym. Zaczęły się rozmowy na tematy handlowe. Co też warto w Wiedniu kupić i gdzie. Co do ostatniego pytania odpowiedzi były zgodne - u Skoczylasa (a może Szumilasa?), WipplingerStrasse 11. Zorientowałem się, że para studentów z mojego wydziału (małżeństwo) ma duże doświadczenie handlowe - z Bułgarii kożuszki, z Turcji skórzane kurtki. A co z Austrii? Ortalionowe płaszcze i koszule non-iron - brzmiała poprawna odpowiedź.

W Wiedniu zamieszkaliśmy w domu akademickim na Pfeilgasse gdzie dostawaliśmy raczej skromne śniadania i kolacje. Na gorący posiłek popołudniowy jeździliśmy do stołówki Mensa*.
Pierwszego ranka po przyjeżdzie stałem się dość popularną osobą - tłumaczem w banku gdzie wszyscy wymieniali dolary na szylingi. A zatem wymaganie znajomości języka obcego nie było decydującym kryterium kwalifikacyjnym, ważniejszy był kontakt w Radzie Naczelnej.
Poszedłem też z moimi towarzyszami do sklepu na WipplingerStrasse. Obsługiwał nas sam pan Szumilas (a może Skoczylas?), ponoć przed 1956 rokiem był wyższym urzędnikiem w jakimś ministerstwie w Polsce.
- Witamy przedstawicieli klasy robotniczej - pozdrawiała nas kasjerka.
- To nie klasa robotnicza pani Irenko, to jest już czerwona burżuazja - korygował ją właściciel. Miał rację.
Podliczyłem moje zapasy waluty. Płaszcz ortalionowy był poza moim zasięgiem - chyba 130 szylingów (5 dolarów) - po 1300 zł w Polsce - komentowała koleżanka z wydziału. Kupiłem nylonowe pończochy dla Matki i Sylwii oraz koszulę non-iron dla siebie. Pozostała mi jeszcze połowa kieszonkowego.

Pierwsza wizyta w stołówce Mensa była dla mnie pamiętna. Mogliśmy wybrać jedno gorące danie i jedną butelkę napoju - woda mineralna, lemoniada, Coca Cola. Coca Cola? - toż to był symbol zgniłego kapitalizmu. Piłem ją z nabożeństwenm i pewnym niepokojem - czy też to mi nie przewróci w głowie? Nie przewróciło. Po powrocie do Polski znalazłem gdzieś doskonałą charakterystykę tego napoju - jakbyś łykał piłeczki pinpongowe.

Naszym głównym zajęciem było zwiedzanie Wiednia, ale to trudniej opisac niż drobne scenki rodzajowe. Zwiedziliśmy cesarski pałac, letnią rezydencję Schönbrunn - KLIK, kilka kościołów i muzeów. Podczas zwiedzania katedry św Stefana zauważyłem ogłoszenie o wieczornym koncercie organowym. Opuściłem kolację żeby go wysłuchać. Innym wydarzeniemn muzycznym był koncert symfoniczny w sali ratuszowej. Grali nieznaną mi do tego czasu VII symfonię Beethovena.

Oczywiście nie obyło się bez porównań warunków życia. Wiedeń nie ucierpiał wiele podczas wojny więc nie było można porównywac go do Warszawy. Do Krakowa dał się jednak porównać. Oczywiście budynki na miarę wielkiego cesarstwa, ale to zasługa dawnych czasów. Zdecydowaną różnicą była ilość samochodów i ruch na ulicach. Dużo sklepów, ładne wystawy, dużo reklam - tego można było się spodziewać.
Amerykański dolar był wart około 25 szylingów. W tym samym czasie oficjalny kurs dolara w Polsce, po którym kupowałem swoje kieszonkowe wynosił 24 zł. Patrząc na ceny na wystawach odnosiłem wrażenie, że są bardzo podobne do tych w Polsce. Pozostawało pytanie - jakie są tu zarobki? Niestety nie mieliśmy kontaktu z nikim z miejscowych więc nie znaliśmy odpowiedzi. Nasi przewodnicy unikali dyskusji na takie tematy.
Na marginesie dodam,  że istniał rówież jeszcze bardziej oficjalny kurs dolara - 4 zł, ale nie wiem w jakich przypadkach był stosowany. Na czarnyn rynku kurs dolara wynosił około 100 zł. W 1972 roku utworzono sklepy Pewex, które skupowały dolary po 72 zł.

Kolejnym etapem był Linz. Jedynym uzasadnieniem pobytu w tym mieście była chyba wizyta w hucie i obejrzenie spustu surówki z wielkiego pieca. Tak jak w Nowej Hucie. W Linzu doszło do niemiłego incydentu. Obiad dostaliśmy w zakładowej stołówce a tam napoje można było sobie kupić w automacie. Kilka osób podniosło wielki krzyk - co za traktowanie!? Nasi przewodnicy zauważyli, że po pierwsze na stołach są dzbanki z wodą a po drugie właśnie na ten cel mamy kieszonkowe. Krzykacze nie ucichli - o chlebie i wodzie nas tutaj trzymają. Na szczęście nie umieli tego powiedziec w żadnym jezyku obcym a ja uchyliłem się od tłumaczenia. Oczywiście najwiecej krzyku podnieśli ci, którzy przewieźli do Austrii najwięcej dewiz.

Następny etap - Salzburg...

Salzburg

Tu spędzilismy chyba dwa dni. Oczywiście odwiedziliśmy dom rodzinny Mozarta. Mieszkaliśmy w hotelu młodzieżowym (Jugend Herberge) w pobliżu lotniska. Było tam pianino. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności zagrania menueta Mozarta. Moja pycha została ukarana, nie mogłem żadnego sobie przypomnieć, skończyło się na uproszczonej wersji Serenady Schuberta.

Następnego dnia pojechaliśmy do Zell am See. Kierowca autobusu wybrał krótszą trasę, która przechodziła przez Niemcy Zachodnie. Jakież było jego zdumienie gdy dowiedział się, że my nie możemy wjechac do NRF (nawet na 20 minut) bez wizy. Jechaliśmy więc dłuższą trasą przez Austrię, sceneria jak w bajce. Oto cel podróży...

Zell am See

Odbyliśmy wycieczki na lodowiec Kaprun i na Schmittenhohe. Drugiego dnia pobytu w Zell am See wypadał 1 września. Nagle zdałem sobie sprawę, że to przecież rocznica wybuchu II Wojny Światowej. Usłyszałem język niemiecki, wesołe śmiechy. W Polsce ten dzień nie robił na mnie specjalnego wrażenia, ale tutaj tak. Poczułem zażenowanie, że właśnie w tym dniu wypoczywam w tak pięknym miejscu w towarzystwie beztroskich ludzi mówiących po niemiecku. 1 września 1939 roku pewnie było tu tak samo jak teraz. Jakąś rekompensatą było wspomnienie odwiedzonego kilka dni wcześniej w Wiedniu pomnika ku czci żołnierzy radzieckich - KLIK
Pobyt dobiegał końca a mnie zostało pół kieszonkowego. Wydałem je bardzo rozsądnie. W Zell am See poszedłem do kawiarni w której występowali jodłujący śpiewacy i tancerze w krótkich skórzanych spodniach - KLIK. Niemiecka wersja tutaj - KLIK. Zostało mi kilka szylingów na zakup butelki Coca-Cola żeby mieć przy czym opowiadać Sylwii o moich wrażeniach.

Ostatniego dnia spędziliśmy jeszcze kilka godzin w Wiedniu - kolacja w restauracji pod gołym niebem na Grinzingu. Podawali młode wino, orkiestra grała walce i polki. Wielu gości częstowało muzyków winem i obawiałem się, że orkiestra szybko wymknie się spod kontroli. Nie ma obaw, muzycy tylko maczali usta w szklance i przelewali zawartość do dzbanów pod krzesłami.

* Mensa to organizacja zrzeszająca osoby o wysokim IQ - KLIK. Polecam test podany na zlinkowanej stronie. 

sobota, 11 lipca 2015

Lech  Lech

Wakacje 1960 roku. W lipcu pojechałem na wyprawę rowerową. Moim towarzyszem był Marek K. kolega z sekcji pływackiej. Potrzebny ekwipunek zapakowałem do plecaka, który przywiązałem sznurkiem do bagażnika. Najpierw musiałem dojechać sam do Łodzi, tam miał do mnie dołączyć Marek. Dystans trochę ponad 150 km. Postanowiłem rozbić to na 2 etapy, pierwszy do Piotrkowa Trybunalskiego.
Po godzinie złapał mnie silny deszcz. W tych czasach nie istniały plastikowe torby czy płachty, założyłem brezentowy skafander, plecak był tylko trochę nieprzemakalny. Na dodatek pojawiły się dość strome wzniesienia. Przypominam - rower nie miał przerzutki. Po drugiej godzinie jazdy miałem już tego dosyć. Przejeżdżałem przez jakąś wioskę, pamiętając doświadczenia sprzed 2 lat zapukałem do pierwszej z brzegu chaty - gospodarzu, a nie macie tam czasem mleka?
Gospodarz spojrzał na mnie spode łba - a co to do mnie pukacie, czy tu bar mleczny czy co? 
Czy to czasy tak się zmieniły czy może Dziecko Komuny nie powinno oczekiwać, że będzie traktowane tak jak przedwojenna Pani?
W rezultacie postanowiłm zakończyć etap w Końskich, zaledwie 50 km od startu. Nawet nie próbowałem szukać noclegu w stodole, znalazłem miejsce w hotelu, znalazłem bar mleczny. Po odpoczynku poszedłem do kina gdzie wyświetlali właśnie film - Do widzenia, do jutra - KLIK. W tym filmie również jakieś dziecko komuny nie miało szans. Ogarnęły mnie wątpliwości na temat tej wyprawy i całego mojego losu. Dzień dłużył się niesamowicie.

Następnego dnia zaświeciło słońce, postanowiłem jechać ile dam radę, może aż do Łodzi - 105 km. Połykając kilometry nie zatrzymałem się w Piotrkowie Trybunalskim, pedałowałem aż na horyzoncie pokazały się zabudowania Łodzi a przy szosie zauważyłem stodołę z napisem - Autostop - Noclegi.
To było coś nowego - autostop zmienił oblicze. Gospodyni spojrzała na mnie podejrzliwie - a pan nie autostopowicz. Zdziwiło mnie to, wydawało mi się, że zwiedzanie Polski na rowerze powinno budzić większy respekt niż jazda samochodem na łebka. Na szczęście miałem również książeczkę autostopu, to rozwiało wątpliwości. Gospodyni zabierała książeczkę na czas pobytu. Nie pamiętam czy pobierała opłaty za nocleg w stodole natomiast pobierała je za skromną kolację. Skorzystałem, nogi się pode mną uginały.
Z dalszej jazdy pamiętam bardzo mało. Spojrzałem na mapę i przypomniały mi się główne punkty na trasie: Turek-Konin-Września-Gniezno-Bydgoszcz i dalej, do Gdańska. Jedynym miejscem, którego zwiedzanie pamiętam to katedra gnieźnieńska. Cały czas zajmowała jazda i odpoczynek. Z noclegami w stodołach nie było żadnych problemów. Na szosach było dość pusto i raczej bezpiecznie. Nie spotkaliśmy rowerzystów podobnych do nas. W Gdańsku Marek kończył swoją jazdę, pozostawał tu na jakiś czas u swojej cioci. Ja pojechałem do Sopotu i przenocowałem u znanego dobrze z poprzednich wakacji stryja Władka. Minęło zaledwie 3 lata od moich ostatnich wakacji w Sopocie, ale wydało mi się, ze miasto bardzo się zmieniło na niekorzyść. Wszędzie tłok. Mimo zaproszenia stryja nie zostałem tu dłużej. Następnego dnia pojechałem w stronę Kaszub. Tam odwiedziłem ciocię Stasię. Nie pamiętam ani nazwy miejscowości ani jakiego rodzaju była to instytucja, musiała mieć jakieś powiązania z seminarium duchownym gdyż pamiętam dobrze wyposażona bibliotekę i ciekawe dyskusje z księżmi. W bibliotece były roczniki Tygodnika Powszechnego a w nich felietony Stefana Kisielewskiego, które bardzo przypadły mi do gustu.
Droga powrotne do Kielc również nie pozostawiła żadnych wspomnień. W sumie przejechałem blisko 1,800 km. Po kilku dniach odpoczynku w Kielcach pojechałem do Rzeszowa na obóz wojskowy.

To do tego miesiąca ćwiczeń wojskowych odnosi się tytuł wpisu. Jest to również tytuł piosenki zespołu Trubadurzy - KLIK.

Do Rzeszowa przyjechałem pociągiem o wczesnym świcie. Na dworcu spotkałem wielu kolegów. O 7 rano stanęliśmy przed bramą jednostki wojsk samochodowych. Dostaliśmy mundury, oddaliśmy swój dobytek do magazynu. Podzielono nas na plutony - pluton liczył około 20 osób. Nasz pluton miał dwóch dowódców - sierżanta Gibadło i kaprala Słowika.
- Kapralu Słowik, dajcie no tym studentom taką szkołę żeby śpiewali jak słowiki - powiedział dowódca jednostki.
- Rozkaz obywatelu pułkowniku!
Pierwszym zadaniem było przygotowanie sobie łóżek. Kapral Słowik pokazał nam jak ma wyglądać żołnierskie łóżko. Siennik wypchany bardzo dokładnie słomą miał być prosty i kanciasty jak pudełko od zapałek. Do tego twardy jak kamień. Dostaliśmy puste wory sienników żeby je napełnić słomą. Uwaga - brać tylko suchą słomę. W magazynie trochę przecieka, tej mokrej słomy pod żadnym pozorem nie brać. Suchej słomy było jak na lekarstwo. Wpychaliśmy do sienników co wpadło w ręce starając się żeby na powierzchni kłaść względnie suchą słomę. Dowódcy stali w drzwiach i poganiali. Ledwie zanieśliśmy sienniki do sypialni usłyszeliśmy rozkaz - sprzątanie terenu. Klatka schodowa i korytarze były zasypane kawałkami słomy. Zamietliśmy, pospieszylismy do sypialni - wszystkie łóżka były puste. Żaden siennik nie spełniał wymagań i dowódcy wyrzucili je przez okno. Przez następne kilka godzin na przemian wnosiliśmy sienniki na górę i sprzątaliśmy klatkę schodową. Myślę, że to wielokrotne wyrzucanie sienników przez okno przyspieszyło wysychanie mokrej słomy. W międzyczasie dostaliśmy obiad. Wszyscy bylo okropnie zmęczeni. Ktoś obznajmiony z wojskowymi praktykami pocieszył nas, że to nie może trwać dłużej niż do 10 wieczorem. Przed 10 odbywa się apel wieczorny, potem toaleta i punktualnie o 10 wojsko musi spać. Czekaliśmy więc tego apelu jak zbawienia. Kapral Słowik szkolił nas jak należy w wojsku spać. Zarówno kładzenie się do łóżka jak i wstawanie z niego odbywało się na trzy tempa.
Wstawanie:
1. komenda - Pobudka - usiąść w łóżku.
2. komenda - pobudka - odwinąć koc i spuścić stopy na podłogę.
3. komenda - wstać - stanąć przy łózku.
Kładzenie się:
1. komenda - Na komendę - stanąć przy łóżku.
2. komenda - do łóżka - odchylić koc i usiąść na łóżku trzymając stopy na podłodze.
3. komenda - spać - położyć się na wznak i nakryć kocem.
Teraz, wcześniej wyznaczona osoba musiała odśpiewać capsztyk. Purystów językowych proszę o niezabieranie głosu. Tu nie ma pomyłki - w latach 1960-63 w wojsku odśpiewywało się CAPSZTYK i basta! Wyznaczony kolega stawał na krześle i śpiewał wątłym głosem - caaaaaaaapsztyk. Następnie kładł się do łóżka a kapral Słowik dodawał jeszcze swoją własną komendę: w prawo zwrot! Prawa ręka na sercu, lewa ręka na sęku. Gasił światło i wychodził.
Byliśmy tak zmęczeni, że każdy natychmiast zasnął. Po kilku minutach obudził nas huk otwieranych gwałtownie drzwi, zapalone światło i komenda: pobudka-pobudka-wstać! Sprzątanie terenu! Oczywiście - wojsko musi o 22 iść spać, ale porządek musi jednak być. Po godzinie wróciliśmy do łóżek, ale wezwano nas do sprzątania jeszcze dwa razy tej nocy.

Pobudka poranna o 6, kilkanaście minut później półgodzinna gimnastyka poranna. Trudno to było nazwać gimnastyką. Po kilku wymachach ramion ustawialiśmy się czwórkami i biegaliśmy wokół placu alarmowego. Po gimnastyce toaleta poranna. Po powrocie do sypialni okazało się, że kilka łóżek straciło przez noc swój regulaminowy wygląd - sienniki wyleciały przez okno. Znowu upychanie sienników i sprzątanie terenu. Na szczęście o 8 zaczynały się zajęcia.
Kapral Słowik narzekał - to żadne wojsko - rekrut musi ćwiczony minimum pół roku, bez żadnych przerw, inaczej to jest zabawa.
- E tam wojsko, wojsko, to i tak ruskie wojsko - odpowiadali niektórzy.
- Ruskie, polskie czy carskie, dla chłopa ze wsi to żadna różnica - odcinał się kapral. 
Czas wolny po zajęciach zajmowało nam nieustanne porządkowanie terenu. Już po dwóch dniach rozpracowaliśmy system. Trzeba było mieć zawsze przy sobie jakąś szmatę. Gdy wpadał któryś z dowódców trzeba było udawać, że się coś wyciera. Dobrym miejscem była klatka schodowa gdyż był czas na zajęcie właściwej pozycji. Najlepszym miejscem była ubikacja. Tu należało mieć pod ręką wiadro pełne wody. Ilekroć ktoś wchodził chlustało się tą wodą pod nogi przybysza - nikt nie miał wątpliwości, że tu robota wre. Byle do przysięgi -  mówili lepiej poinformowani.

Po dwóch dniach kilku kolegów rzuciło propozycję, że sami poprowadzimy gimnastykę poranną - pokażemy im bezsens tego biegania w kółko. Propozycja została przyjęta entuzjastycznie. Ku naszemu zaskoczeniu dowództwo przychyliło się do naszej prośby. Następnego dnia inicjator pomysłu przejął komendę. Wymachy ramion, skłony, przysiady. Niestety wielu kolegów tylko markowało ćwiczenia, nie trzymali tempa, niektórzy nie ćwiczyli wcale. Po kilku minutach prowadzący ćwiczenia zaciął się. - Chłopaki, co teraz? - padło kilka propozycji, ale generalnie zapanowało zupełne rozprzężenie.
- Kompania, na moją komendę - w czwórki w prawo zwrot! Biegiem naprzód - marsz! - zakomenderował kapral Słowik. Wszyscy równo wykonali rozkaz. Nikt już nie zgłaszał żadnych inicjatyw.

Wreszcie nadszedł dzień przysięgi. Już od kilku dni poświęcaliśmy wiele czasu na musztrę, parady i krok defiladowy.
- Chłopaki - pamiętajcie, podczas przysięgi, przed każdym zdaniem mówcie po cichu - nie - radzili domorośli eksperci.
Sama ceremonia nie pozostawiła zadnych wrażeń. Nasi bezpośredni dowódcy dziwili się, że na przysięgi nie przyjechali nasi najbliźsi. 
- Przysięga, to przysięga. Dopiero po przysiędze człowiek ma prawdziwy honor i nikt mu nie ubliży. To jest bardzo ważny dzień, ważniejszy niż bierzmowanie.
- Człowiek ma zawsze honor - oponowaliśmy.
Kapral Słowik i sierżant Gibadło kręcili z powątpiewaniem głowami - nie macie pojęcia jacy ludzie sa ciemni i niepozbierani. Dopiero w wojsku uczą się jak się przedstawić, jak utrzymać rzeczy osobiste w porządku, że trzeba mieć plan dnia, że na pytania trzeba odpowiadać krótko i na temat.
Honor - wyście wszyscy tacy honorowi a niech tylko kula świśnie nad głową to każdy tylko o swojej d... myśli. Człowiek musi dostać dobrze w kość żeby wykonał rozkaz w każdych warunkach.

Po przysiędze wszyscy dostaliśmy przepustki. Ruszyliśmy ławą do miasta. Po chwili potworzyły się mniejsze grupki, które zakotwiczyły się w mijanych kawiarniach i restauracjach. Piliśmy wino, zerkaliśmy na siedzące przy sąsiednich stolikach dziewczęta. Niektórzy ruszyli do tańca. Powrócili do stolików z informacją, że cały Rzeszów wie o naszej przysiędze, wszystkie dziewczyny na nas czekają. Chyba tak było, na parkiecie zaroiło się. Dziewczęta były przesadnie wymalowane i wyperfumowane. Nowoupieczeni zołnierze pili zbyt dużo wina. Ostrzeżono nas, że lepiej nie chodzić do baru gdyż ten jest zdominowany przez długoterminowych, poborowych, ktorzy szukają okazji do bójki. Nie czułem się zbyt dobrze w takiej atmosferze. Do koszar wróciłem przed czasem. Nie wykorzystałem okazji do wyjścia na następną przepustkę.

Nasze ćwiczenia obejmowały jazdę samochodem, pracę w warzsztacie samochodowym, zajęcia z taktyki. Do naszego stałego wyposażenia należały maski gazowe i mieliśmy kilka okazji z nich skorzystać. Do tego przeznaczony był osobny, szczelny namiot, w którym rozpylono gaz łzawiąco-krztuszący. Do namiotu wbiegaliśmy bez masek na twarzach grupkami po 4 osoby. Musieliśmy dobiec do jakiegoś stołu i dopiero tam wolno było założyć maskę. Każdy posmakował nieco gazu, niektórzy zbyt wiele. To było ohydne doświadczenie.
Natomiast dużą atrakcją było strzelanie. Wielkie ciężkie karabiny pamiętające II Wojnę zastąpił pistolet maszynowy, popularny do dzisiaj, kałaszników czyli AK-47... 

AK47
Ja w głębi, na pierwszym planie Daniel - mój partner z praktyki w Nowej Hucie i kajakowania na Mazurach.

Po pierwsze niezwykla prosta konstrukcja. Zmorą jeszcze z czasów szkolnego przysposobiania wojskowego było zapamiętanie opisu pracy zamka karabinowego - "...pazur wyrzutnika łuski śłizga się skośnie po gładzi komory nabojowej...". W AK-47 zamek składal się z niewielu części, opis działania mieścił się w jednej linijce. Po drugie - skuteczność. Świetnie skonstruowane elementy celownicze, trudno było nie trafić do celu. Chyba wszyscy uzyskali na strzelaniu wyniki conajmniej dobre.

Najbardziej czekaliśmy oczywiście na naukę jazdy. Do dyspozycji mieliśmy stare i ciężkie ciężarówki ził. Największym problemem było wrzucić drugi bieg. Sprzęgła były dość kapryśne, jazdy odbywały się na wyboistym terenie, wydawało się, że wystarczy na chwilę zdjąć nogę z gazu a samochód się zatrzyma. Jechaliśmy więc przy ogłuszającym ryku silnika na pierwszym biegu czekając aż będzie trochę z górki i samochód się rozpędzi. Prowadzony przeze mnie samochód już po minucie wpadł do rowu. Było pod górkę i pod słońce, nic nie widziałem. Wyskoczyliśmy z samochodu, ja bardzo przestraszony, instruktor okropnie zmieszany. Po chwili podjechał do nas gazik - co się gapicie poborowy, wskakujcie szybko czas jazdy wam ucieka. Zawieźli do mnie do następnego samochodu. Mój instruktor dostał za karę 3 dni ZOK - zakazu opuszczania koszar. Samochód miał złamany resor i w czasie wolnym pomagałem mojemu niefortunnemu instruktorowi w jego wymianie.

 Wreszcie oczekiwany koniec ćwiczeń, jeszcze tylko zdjęcie pamiątkowe...

Do cywila

W środku nasi bezpośredni dowódcy, sierżant Gibadło i kapral Słowik.

czwartek, 25 czerwca 2015

 Tadeusz
Autostop to było zjawisko  nadzwyczajne w szarości młodzieżowego życia tamtych czasów. Szarość ta nie była wcale stałą indoktrynacją ideową ani nudą kolonii, obozów, wycieczek zakładowych i szkolnych. Ona wynikała z pełnego ładu organizacyjnego, planowania wydarzeń, przewidywalnego i zaplanowanego przebiegu wolnego czasu. Idee komunistyczne czy religijne nie odróżniały się stopniem tej szarości - rajd szlakiem Lenina  nie był inny niż pielgrzymka do Częstochowy. Autostop to był pierwszy model wakacji dziejących się żywiołowo, ekstrawagancko, nieprzewidywalnie. Czyli tak, jak jest najciekawiej w młodym wieku.
Lech wyręczył mnie w opisywaniu regulaminowego kształtu autostopu, który trzeba przyznać, że był bardzo rozsądny - ubezpieczenie po wykupieniu książeczki, książeczka jako legalizacja zabierania dawnych "łebków", nagrody dla kierowców z wyraźnym uprzywilejowaniem samochodów ciężarowych, nawet okładka jako znak identyfikujący z daleka - to były świetne pomysły. Nie pamiętam książeczki PKO jako warunku, ale zapewne był - Lech ma lepszą ode mnie pamięć. Dziś włos się może jeżyć z przerażenia na myśl o jeździe na pace ciężarówki z niskimi burtami, bez plandeki, bez żadnych zabezpieczeń. Ale wówczas szybkości były mniejsze, młodzież alkoholu od rana nie piła, w efekcie nie pamiętam wypadków spowodowanych takimi jazdami. 
Mój pierwszy autostop był w 1958 roku. To był drugi rok istnienia legalnego autostopu, po udanym debiucie w 1957 stał się on zjawiskiem wręcz masowym. Razem z Ostasiem wybraliśmy się do Sopotu, w którym mieszkała jego ciotka. Zaraz za granicami miasta stały liczne grupy młodych ludzi, z torbami typu listonosz, workami brezentowymi ze sznurem do przewieszania przez ramię, rzadziej  z prawdziwymi plecakami, czasami z gitarami.  Nowi oczekujące już grupy witały, zgodnie szli do przodu czyli na faktyczny koniec kolejki. Samochody osobowe zatrzymywały się rzadko. Ciężarowe, gdy jechały bez ładunku, brały niekiedy po kilkadziesiąt osób! Z burt wystawały wiązki postaci, słychać było śpiewy. Wiele ciężarówek miało dla dzisiejszych samochodziarzy dziwne kierunkowskazy - wyskakiwały z boku przy szoferce małe strzałki z czerwonym światełkiem na końcu, niektóre modele nawet tymi strzałkami machały. Przy mijaniu samochodów z przeciwka, głośne były okrzyki przywitań, machanie rękami, pełna radość istnienia i poczucia wspólnoty. W tych pierwszych latach nie istniał jeszcze zwyczaj wystawiania jednej dziewczyny na wabia z resztą chłopaków ukrytą w rowie. Rozmowy były dość trywialne - cel jazdy, miejsce pochodzenia, ilość przejechanych kilometrów, porady. 
Samochody wysadzały nas gdy skręcały w boczną drogę. To była wersja lepsza - siadaliśmy i czekaliśmy na następną okazję. Wersja gorsza to było zakończenie jazdy w jakimś mieście. Trzeba było pieszo przejść przez całe miasto do szosy wylotowej, znalezienie samochodu na terenie miasta było mało prawdopodobne. Przy deszczu lub upale to było męczące. 
Podczas naszej wyprawy na trasie z Kielc do Sopotu nocowaliśmy trzy razy. Raz w Warszawie u kuzynki Ostasia mieszkającej z koleżanką - nocleg przedłużył się do trzech dni i zaowocował wymalowaniem bitwy pod Grunwaldem na ścianie pokoju dziewcząt. Obaj z Ostasiem mieliśmy duży pociąg do rysowania i malowania, bardzo nas to zbliżało, niestety Ostaś poszedł na AGH. Drugi nocleg był w jakiejś wsi na sianie u gospodarza, który nie bał się wpuścić do stodoły około 10 osób! Była z nami jedna dziewczyna i dostała od gospodarza pierzynę! Bardzo nas prosił byśmy nie palili papierosów. Trzeci nocleg był w Elblągu na brzegu rzeki - jeden z autostopowiczów miał namiot i wziął nas do niego. Było trochę ciasno, zimno i twardo, ale nie to było najgorsze. Były straszne komary! Rano miałem wierzchy dłoni jak bułki i nie mogłem otworzyć oczu - obie górne powieki spuchły bardzo mocno. Chyba wszystkie ukąszenia zebrałem, koledzy byli w lepszym stanie. W ciągu poprzedniego dnia mieliśmy jedną z jazd dość specyficzną - wzięła nas chłodnia. Oczywiście do skrzyni. Zostaliśmy zamknięci w całkowitej ciemności, po podłodze walały się resztki mięsa, śmierdziało okropnie. Kierowca wysadził nas w mieście, wyszliśmy, ostre światło nas raziło. A za nami ciągnęła się smuga smrodu padliny. Wywietrzeliśmy zanim doszliśmy na wylotową drogę. Nie pamiętam miasta. 
W Sopocie mieszkaliśmy parę dni. Poza paroma pobytami na plaży cały czas siedzieliśmy w domu i czytaliśmy kryminały, których ciotka Ostasia miała całą kolekcje. A to był wówczas rarytas. Powrót chyba przebiegał bez problemów, zapamiętałem tylko zakończenie. Samochód wysadził nas około 30 kilometrów przed Kielcami. Poszliśmy do przodu. Zaczęła się ulewa, padało, lało, grzmiało. Przeszliśmy około 20 kilometrów i nie jechało nic. Gdy zaczął deszcz ustawać nadjechał samochód i nas wziął. Do mieszkania Ostasia dotarliśmy tak przemarznięci, że jego rodzice nie puścili mnie do domu, u Ostasia przenocowałem.
W moich wspomnieniach stale zauważam zjawisko dziś niespotykane - brak chamstwa, agresji, wulgaryzmów. Tak też było podczas moich jazd autostopowych.
Autostop zadomowił się w Polsce na dobre. Stopniowo tracił swoją organizacyjną formę, upodobnił się do swego zachodniego wzorca. Jedno moje uczestnictwo z późniejszych lat wbiło mi się w pamięć i kości dokładnie. Jechałem na praktykę studencką do Walimia koło Wałbrzycha. W okolicach Wrocławia zabrała mnie ciężarówka wypełniona żelaznymi prętami do zbrojenia betonu. Kilka godzin, aż do Dzierżoniowa, jechałem na szczycie tej sterty prętów, zdawały się być coraz twardsze, na zakrętach łapałem się drutów spinających by nie spaść. Dzierżoniów, siedziba słynnej, już nie istniejącej "Diory"- producenta doskonałych radioodbiorników, był 14 kilometrów od celu podróży, było już ciemno. Dozorca zakładu, do którego pręty przywieziono, poczęstował mnie gorącą herbatą i bułką ze swojego nocnego prowiantu,  pozwolił  przespać się na ławce w dyżurce. O świcie ruszyłem do Walimia. To teren pięknych Gór Sowich, dużo górek i dolinek, wjazdów i zjazdów. Droga nie była ważna komunikacyjnie, aż do końca nie nadjechał żaden samochód. 

wtorek, 23 czerwca 2015

Lech

Wreszcie nadszedł termin egzaminów. Pierwszy - pisemny z polskiego. Wybrałem temat o Mickiewiczu. Uznałem, że ranga egzaminu zasługuje na 11 stron i zacząłem pisać. Skończyłem, policzyłem zapisane  strony - jedenaście.
Następny był egzamin pisemny z matematyki. Zaskoczyło mnie zadanie jakie rozwiązywaliśmy jeszcze w szkole podstawowej - coś w rodzaju - pociąg wyrusza ze stacji i jedzie z prędkością 60km/godz, 30 minut później wyrusza następny pociąg, który jedzie z prędkością 90 km/godz. Po jakim czasie dogoni on pierwszy pociąg? Nastąpił jakiś blok w mózgu, gorączkowo porównywałem czasy i nic z tego nie wynikało. Pan Bielas zajrzał mi kilka razy przez ramię, wreszcie nie wytrzymał - porównaj odległość - syknął. Oczywiście! Jednak to wydarzenie tak mnie zdeprymowało, że również w innych zadaniach robiłem sporo błędów, wiedziałem, że tu nie będzie dobrego wyniku.

Egzamin ustny - polski - czysta formalność, fizyka - dobrze, historia również. Matematyka - znowu tragedia. Zadanie z trygonometrii było rzeczywiście wyjątkowo trudne i nie dokończyłem go z braku czasu. Drugie pytanie - nie pamiętam jak było sformułowane, ale w ogóle nie rozumiałem o co chodzi. Pan Bielas próbował naprowadzić mnie na właściwą drogę, wreszcie polecił: pisz - limes... Wytrzeszczyłem ze zdumienia oczy - co to znaczy limes? Teraz pan Bielas się zdumiał. Jak to co to znaczy - granica - pisz: limes... - Nie wiem o co chodzi, tego nie przerabialiśmy na lekcji. Pan Bielas zaniemówił. Ostatnie pytanie było formalnością, chyba odpowiedziałem dobrze, ale to już nie miało wielkiego znaczenia. Po kilku dniach rozmawiałem na ten temat z kolegą z klasy. Zadanie z trygonometrii - na moją prośbę spróbował je rozwiązać - zajęło mu to 20 minut. To było jednak za dużo jak na egzamin ustny. Słyszałeś takie słowo - limes? - zapytałem. - A, tak - granica - o tym była jedna lekcja, tam był taki przykład... To był dokładnie przykład z mojego egzaminu. Widocznie opuściłem tę lekcję i nie przyszło mi do głowy dowiedzieć się co było przerabiane.
Wynik końcowy - pięć trójek - w tym z matematyki. Wielkim zaskoczeniem była dla mnie czwórka z rosyjskiego. Wszak w ósmej klasie zostałem według mojej opinii skrzywdzony przez nauczyciela i od tego czasu zupełnie się do tego przedmiotu nie przykładałem i nigdy nie dostałem stopnia lepszego niż trójka. Tę czwórkę uznałem za rekompensatę dawnej niesprawiedliwości, ale może wychowawca podciągnął mi ocenę po prostu z dobrego serca.

Trójka z matematyki - bałem się Matce spojrzeć w oczy. Żeby jej jakoś zrekompensować sprawiony zawód powiedziałem, że za to nie wezmę udziału w balu maturalnym. Teraz z kolei Matka uważała, że jestem zbyt surowy dla siebie. Prawda była taka, że nie miałem żadnej partnerki na bal i nie przychodziło mi do głowy kogo mógłbym zaprosić. 
Oto pamiątkowe zdjęcie - ja, czwarty od lewej w górnym rzędzie, Tadeusz trzeci od lewej (wliczając w to nauczyciela) w środkowym rzędzie...

Matura

Po zdjęciu wróciłem do domu. 

Lech

Po prawej moje zdjęcie na świadectwie maturalnym. Niestety kieleccy fryzjerzy w zakładzie pana Sadło nie wiedzieli z której strony zabrać się do (strzyżena) jeża. Brali kolejne kosmyki włosów między dwa palce i cięli je nożyczkami. Wyniki były często dość karykaturalne.

Kilka tygodni po maturze pojechałem do Warszawy na egzamin na Politechnikę. Zamieszkałem u stryja Ziemowita, na Ochocie. Pogody były piękne i sporo czasu spędzałem na basenie Legii. Widziałem, że stryjowi bardzo to się nie podobało, ale stwierdziłem, że generalnie jestem dobrze przygotowany (o maturalnej trójce z matematyki nie powiedziałem) i kilka godzin nauki w niczym mi nie pomoże.
Egzamin pisemny z matematyki. Tym razem byłem jak w transie. Rozwiązałem wszystkie zadania  w czasie krótszym niż godzina i gdy wstałem oddać pracę asystent spytał mnie z troską czy dobrze się czuję i czy może chcę jeszcze sprawdzić swoje rozwiązanie. Nie chciałem. Prosto z uczelni pojechałem na basen.
Egzamin ustny. Matematyka - dobra passa trwała. Pytania wydawały mi się dziecinnie proste. Fizyka - pytania były jeszcze prostsze, za proste. Szykując się do egzaminu rozwiązywałem wiele zadań, niektóre były mocno skomplikowane i na coś takiego byłem nastawiony. Tu nie dostałem żadnego zadania tylko pytania typu - zależność ciśnienia atmosferycznego od wysokości. Coż za pytanie, co to ma wspólnego z elektrycznością? Wiadomo, im wyżej tym ciśnienie niższe - w głowie krążyły mi opowieści o wyprawach himalajskich, atak Polaków na Nanda Devi, Mallory zaginiony podczas zdobywania Mt Everest, sukces Tensinga i Hillarego w 1953 roku - asystent kiwał z uśmiechem głową - tak, maleje gdy wysokość rośnie - proszę mówić dalej. Nie miałem już nic do powiedzenia. Nawet nie poszedłem na basen. Wieczorem wróciłem do Kielc. Po 2 tygodniach nadeszła informacja, że na studia się nie dostałem. 

Dla Matki był to ogromny cios. Było mi Jej bardzo żal. O siebie zbyt się nie martwiłem, po pierwsze i nie wiedziałem co chcę studiować więc nie miałem poczucia żadnej straty, po drugie nie miałem jeszcze skończonych 17 lat więc obowiązkowa służba wojskowa mi nie groziła. Natomiast dla Matki była to porażka i na dodatek wstyd przed braćmi Ojca, którzy wielokrotnie rzucali komentarze, że zbyt mało ode mnie wymaga. 
Według braci Ojca to niepowodzenie powinno wyjść mi na dobre. Teraz powinienem spędzić rok na pracy zarobkowej i ostrym przygotowaniu do egzaminów za rok.

Póki co była dopiero połowa lipca, nie zamierzaliśmy podejmowac żadnych działań do końca wakacji.
Nie minęło wiele czasu a spotkałem na ulicy moją kuzynkę Jagodę - córkę stryja Ziemowita. Jagoda była wyjątkowo serdeczną osobą. Nie wspomniała ani słowem o egzaminach lecz spytała czy nie wybrałbym się na pieszą wycieczkę w Pieniny i Gorce. Wycieczkę organizowała ciocia Jagody, pani Julia Sławoszewska. Państwa Sławoszewskich znałem bardzo dobrze. Miałem w pamięci instrukcję Matki - gdybym umarła to idź do pp. Sławoszewskich, oni będą wiedzieli co zrobić. Mieszkałem u nich kiedyś przez 6 tygodni gdy Matka musiała wyjechać do Gliwic na obowiązkowe szkolenie zawodowe.
Pani Sławoszewsska była nauczycielką, polonistką, w szkole im Królowej Jadwigi w klasach licealnych. Na wycieczkę zabrała ze sobą swoje dwie byłe uczennice, które obecnie już były na studiach.

Kupiłem plecak i za dwa dni pojechaliśmy w piątkę pociągiem do Nowego Targu. Program wędrówki był bardzo ciekawy - Czorsztyn, zamek w Niedzicy, spływ Dunajcem, wejście na Trzy Korony, stamtąd na Turbacz i zejście do Rabki.
Na zamku w Niedzicy spotkaliśmy turystę z Brazylii, który opowiedział nam o skarbach, które ponoć ukryli tu Inkowie - KLIK. W Szczawnicy, w schronisku, w którym mieszkaliśmy miałem okazję zagrać z Jagodą w bridża. W domu jej ojca co roku spędzałem ferie zimowe albo Wielkanocne. Tam grali w bridża podczas każdego spotkania towarzyskiego, ale mnie do gry nie zapraszali. To była moja pierwsza gra z dorosłymi i z radością stwierdziłem, że gram nie gorzej od nich.
Kolejny nocleg był we wsi Ochotnica, u gospodarza. Ze zdziwieniem spostrzegłem, że relacje między panią Sławoszewską a gospodarzem były chyba jak za czasów feudalnych. Nie jestem pewien jak wyglądało rozliczenie finansowe za nocleg i posiłki, ale podejrzewam, że było na zasadzie - co łaska. Z drugiej strony jestem pewien, że p. Sławoszewska wynagrodzila gospodarzy bardzo dobrze.
Również podczas wędrówki do Rabki gdy przechodziliśmy przez wieś zapukaliśmy do jakiejś chaty i już na progu zadysponowaliśmy - gospodarzu, dajcie nam proszę mleka. Trafiliśmy bardzo dobrze gdyż cały ostatni udój się zsiadł. Zsiadłe mleko smakowało doskonale. Gospodarz przyglądał nam się z pewną ironią. Idzie burza to się zsiadło - wyjaśnił. Jedzcie ile chcecie, to wszystko pójdzie i tak dla świń, to nic wam nie policzę. Godzinę póżniej przyszła gwałtowna burza z piorunami. 

Następnego dnia po moim powrocie do Kielc przyszła depesza od stryja Ziemowita - przyjedźcie do Warszawy. Sprawa studiów.

czwartek, 11 czerwca 2015

 Tadeusz
Z rodziną taty mieliśmy bardzo rzadki kontakt. Ale gdy skończyłem 14 lat do moich opiekunek dołączyła Jadwiga Cyrańska KLIK stryjeczna siostra mojego taty. Nie lubiła dzieci, pasjonowała się wychowywaniem młodzieży. Jako młodzieniec to zostałem już całkowicie zaakceptowany, na rodzinne wakacje w Rajcu Szlacheckim zapraszany. Rajec pod Radomiem to była pozostałość po przedwojennym majątku - drobnoszlachecki dworek, słomą kryty, ale z gankiem, pokoikiem nad nim, mosiężnymi zdobnymi klamkami, pięknymi meblami sprzed I WŚ - obecnie trochę mam ich u siebie. Parę hektarów z pięknym parkiem i domem było oddane w dzierżawę dawnemu pracownikowi, ale kilka pokoi wydzielone z użytkowania dzierżawców. Rytm życia wakacyjnego był tam niczym w dawnych opowieściach. Nie było elektryczności. Kuchnią zajmowała się pani Maria, gospodyni ojca cioci Cyrańskiej jeszcze sprzed wojny. Celebrowane były śniadania z różnymi na miejscu robionymi specjałami - dżemy, bułeczki, mleko z kawą, miód itp. Drugie śniadanie z jakimiś słodkościami. Podwieczorek to było albo kakao albo drożdże fermentujące z miodem. Jadło się oczywiście w salonie, zawsze serweta, ładne sztućce. Oczywiście łokcie musiałem trzymać przy bokach, z pełnymi ustami nie mówić, po potrawy nikomu przed nosem nie sięgać, łyżeczką w szklance nie dzwonić ani jej w niej nie zostawiać.  
Park był parkiem - stare dęby, jesiony, duży białodrzew, pod dębami rosły prawdziwki. Ogród z jarzynowymi grzędami i owocowymi drzewami był z innej strony domu. Nie było kwiatów, klombów ponieważ ciocia przebywała tam tylko w czasie wakacji, a dzierżawcy takimi zbędnymi z ich punktu widzenia roślinami nie zajmowali się. Drewniana ubikacja dość odległa, przy oborze, wchodziło się do niej po schodach, żadna tam sławojka. Studnia z korbą i łańcuchem. Podczas jej czyszczenia wyciągnięty został z mułem pistolet browning. Czyściłem go długo i mozolnie, wszystko było sprawne, tylko okładziny kolby przegniły, no i wżery z rdzy spore. Miałem go aż do stanu wojennego w 1981 - wówczas jako poważne zagrożenie podczas przewidywanej rewizji wyrzuciłem go do rzeki.
Latem 1957 w Rajcu w bezchmurne noce oglądałem kometę Arenda-Rolanda. To była chyba najjaśniejsza kometa XX wieku. Gołym okiem widoczna gwiazda z ogonem, o jasności dużych planet - Jowisza czy Saturna. Po zaćmieniu słońca to już drugie unikalne zjawisko astronomiczne, które pamiętam Następne było po wielu latach - całkowite zaćmienie Księżyca, który stał się ciemno pomarańczowy, niby groźna planeta z powieści s-f. 
Moją rolą gospodarską było rąbanie drzewa. W istocie tylko uzupełniałem rąbanie dzierżawcy. Całe drzewo z pniem nawet o średnicy 15-20 cm przywiezione z lasu musiałem podzielić na kawałki nadające się do kuchennego pieca. To nie było łatwe bez piły! Z dzielenia wzdłużnego dwiema siekierami byłem dumny! Mimo pięciu posiłków nawet trochę przez wakacje chudłem. 

Czasami odwiedzała nas łódzka część rodziny - mój prastryjeczny brat Janusz Gajl (stoi z lewej) wykładowca z politechniki z żoną Natalią (siedzi z lewej, obok jej matka) KLIK i dziećmi Kariną (po turecku) i Olafem (z rowerem) KLIK Ja stoję w środku. Janusz był ode mnie na tyle starszy, że nawet zdążył wziąć udział w stopniu strzelca w Powstaniu Warszawskim, był ciężko ranny KLIK

W niedzielę rano szliśmy wszyscy ponad kilometr do wiejskiego kościoła. Po drodze mijani chłopi kłaniali się niedawnej pani dziedziczce, ciocia wszystkich poznawała, zagadywała, opowiadała mi kto gdzie pracował we dworze, kim jest teraz. Z ciocią mieliśmy różne długie egzystencjalne rozmowy, o życiu, filozofii, rodzinie, ale tematy religijne ucinała krótko - do kościoła trzeba chodzić by pokazać ludności, że tak należy. 
Aby móc przejść na emeryturę ciocia musiała posiadłość sprzedać - posiadanie ziemi w tamtych latach pozbawiało prawa do emerytury. To była dla niej bardzo dramatyczna decyzja - tam się urodziła, sama dęby sadziła, wszystkie wspomnienia... Meble ja dostałem, u córki wiszą piękne, z końca XIX wieku, duże fotograficzne portrety rodziców cioci. Moja córka jest podobna do tej z portretu Cyrańskiej z Gajlów. 
Poza Rajcem na wakacje jeździłem z mamą na wczasy. To były takie typowe wczasy pracownicze, dwa pełne tygodnie, opłacony przejazd, niewiele kosztowały, nie wymagały większych starań ani żadnych przywilejów - dziś w kapitalizmie nie do pomyślenia. Byłem w Zakopanem, Krynicy, Lądku-Zdroju. Wędrówki po okolicach, koncerty orkiestry zdrojowej, spotkania z rówieśnikami, flirty z dziewczętami - to wszystko nie było niczym wyróżniającym się. 
Po IX klasie, latem 1956 dostałem propozycję bycia druhem na koloniach. Kolonie dla dzieci pracowników trwały cały miesiąc i były dla rodziców bardzo tanie. Status druha był jasno określony - pomocnik wychowawcy. Wolontariat - dziś można by określić. Albo może raczej barter: za pomoc - utrzymanie i kwatera. Do obowiązków należała kontrola w nocy czyli spanie z chłopcami, koleżanka druhna z dziewczynkami  (sale po kilkanaście łóżek - klasy szkolne, bo to był budynek sporej wiejskiej szkoły), nadzór podczas spacerów, kąpieli, wolnego czasu, zwoływanie na posiłki itp. Wieczorami usypiałem dzieci opowiadaniem różnych wymyślanych ad hoc historyjek. Dzieci miały od 7 do 14 lat, zwyczajne bajki starszych by nie zainteresowały. Nie pamiętam żadnej opowieści, a mogło być czasami niepedagogicznie. Pewnej niedzieli kilkanaścioro dzieci poprosiło mnie o zaprowadzenie do kościoła na mszę. Zaprowadziłem, na mszy byliśmy, przyprowadziłem, normalnie. Jesienią mama dostała informację, że moje zachowanie było nieodpowiednie - propagowałem religię wśród dzieci. Przed maturą mama dostała z kręgów kościelnych propozycję, by namówiła mnie na seminarium duchowne. Opowiadam o tym, bo to pięknie obrazuje powszechne przepływanie informacji w społeczeństwie w różnych kierunkach. W tym wypadku wywiad kościelny i państwowy zadziałały równolegle.
Stałe przebywanie z dziećmi, ich nieustanny hałas początkowo były dla mnie bardzo męczące. Powoli się przyzwyczajałem. Po miesiącu, już w domu, odczuwałem przez czas jakiś irracjonalną pustkę, brak tych wrzeszczących dzieciaków! Gdy wychowawczynie prowadziły jakieś zajęcia, albo gdy dzieci posnęły, my z druhną Wenantą (jest takie imię!) uczyliśmy się z pomocą jednej z wychowawczyń palić papierosy z zaciąganiem się. Pierwsza lekcja skończyła się u mnie zatruciem. Potem szło lepiej, wtedy pomalutku zacząłem wpadać w nałóg na prawie 40 lat. 
Osobnym tematem wakacyjnym był autostop. Ale to było zjawisko warte osobnego opowiadania.

wtorek, 09 czerwca 2015

Lech

Wspominałem jak to dzięki głośnikowi muzyka zagościła w naszym domu. Wkrótce wyprowadziła mnie z domu na koncerty Wojewódzkiej Orkiestry Symfonicznej, które odbywały się w skromnej sali koncertowej lub w Teatrze im St. Żeromskiego. Z programu tych koncertów zapamiętałem melodyjne utwory a więc Franza von Suppe uwerturę do opery Lekka Kawaleria lub Carl Marii Webera Zaproszenie do tańca czy Mascagniego uwerturę do opery Rycerskość wieśniacza. Kilka razu odwiedziła Kielce Maria Fołtyn wykonując pieśni Moniuszki i na bis L. Delibesa Dziewczęta z Kadyksu.
W głośniku, a potem w radio, słuchałem dość ambitnego repertuaru w wykonaniu orkiestry Filharmonii Narodowej czy Orkiestry Polskiego Radia w Katowicach.
Coraz częściej docierała do mnie również muzyka rozrywkowa. Były to orkiestra Glenna Millera i latynoskie orkiestry Jerry Mango czy Xaviera Cougata. Według mnie nie ustepowała im orkiestra Waldemara Kazaneckiego z Katowic. Zauważyłem też progamy słowno-muzyczne Muzyka i Aktualności czy Rewia Piosenek prowadzona przez Lucjana Kydryńskiego. Miały one urok owocu może nie tyle zakazanego co przemyconego pod niezbyt czujnym okiem władz. Muzyka rozrywkowa podobala mi się, rejestrowałem nazwy żeby móc uchodzić za człowieka obeznanego z tematem, ale szybko doszedłem do wniosku, że to nie jest dla mnie satysfakcjonująca strawa. To było dobre jako szybki relaks, ja czułem potrzebę czegoś co dostarczy trwałe emocje i znajdowałem to w muzyce klasycznej.

Wakacje 1955 i 1956 roku to był znowu Sopot i zapylanie kwiatów ziemniaka. Przypomnę, że pracowałem rano i na plażę docierałem dopiero po drugiej. Samotny chłopiec na plaży - znowu wzbudziłem czyjeś niezdrowe zainteresowanie. Tym razem byli to nauczyciele. Po doświadczeniu ze studentem medycyny reagowałem szybko i dość ostro.
Natomiast nie nabrałem żadnych podejrzeń gdy na kilka dni dokwaterowano mi dwóch lokatorów - księdza z ministrantem. Korzyści były wymierne. Po pierwsze znaczna redukcja opłaty, po drugie ksiądz ze swoim podopieczuym jadali śniadania w dobrej restauracji i zapraszali mnie na nie. Gruby plaster szynki i jajka w szklance to było miłe urozmaicenie mojej diety. Ksiądz byl bardzo miły i dowcipny i ubierał się "po cywilnemu". Po śniadaniu gdzieś znikali i pojawiali się dopiero wieczorem na nocleg.

Lech

W 1956 roku, podczas pobytu w Sopocie, zmieniłem fryzurę. Kazałem się ostrzyc na fanfana.
Tego roku spędzilem w Sopocie tylko lipiec, w sierpniu pojechałem na obóz pływacki nad jeziorem Garczyn w okolicach Kościerzyny na Pojezierzu Kaszubskim. Obóz trwal miesiąc, jego celem było wyszkolić nas na instruktorów pływania. Do Garczyna dotarliśmy chłodnego i deszczowego ranka po całonocnej podróży. Po śniadaniu odbyły się testy pływackie w prowizorycznym basenie przy brzegu jeziora. Zakwalifikowałem się do drugiej grupy i wyznaczono mnie na drużynowego. Każda grupa liczyła chyba 16 chłopców i zajmowała osobny drewniany barak. W baraku były metalowe łóżka, przy każdym niewielka szafka na rzeczy osobiste. Program dnia był mocno wypełniony zajęciami różnego rodzaju - metodyka nauki pływania, doskonalenie stylu pływania, lekkatletyka, gry zespołowe. Nie pozostawało więcej niż 2 godziny wolnego, które najczęściej spędzaliśmy leżąc na łózkach i snując opowieści. Przez cały czas obozu pogoda była bardzo kiepska. Któregoś dnia doszło do małej tragedii. Była niedziela, w planie wycieczka piesza do Kościerzyny i udział w pikniku. W drodze złapała nas ogromna ulewa i burza z piorunami. Kierownictwo ogłosiło odwrót, każdy na własną rękę. Wszyscy rzucili się pędem do obozu. Ja dotarłem dość późno i przed sąsiednim barakiem zauważyłem kilku wijących się z bólu chłopców.  Według relacji ich kolegi dobiegli całą grupą do baraku, byli przemoczeni i spoceni otworzyli więc okno i drzwi żeby był przeciąg i rzucili się na łóżka. Wielu z nich oparło stopy na poręczach łóżek. Właśnie wtedy w stojącą przy baraku brzozę uderzył piorun - kula ognia wpadła przez okno, przepłynęła po metalowych poręczach łóżek i wypadła przez drzwi. Wszyscy chłopcy, którzy mieli stopy oparte na poręczach zostali dotkliwie porażeni prądem. Chłopiec, który zdawał relację trzymał nogi na łóżku. Chyba trzech z nich zabrało pogotowie i już nie wrócili na obóz.

Droga powrotna do domu... koniec sierpnia, okropnie zatłoczony pociąg, do Warszawy jechałem stojąc w korytarzu. Tuż obok mnie stały dwie osoby, których twarze i nazwiska znałem ze sportowych gazet - trójskoczek Ryszard Malcherczyk i oszczepniczka Anna Wojtaszek - reprezentanci Polski na zbliżające się igrzyska olimpijskie w Melbourne. Olimpijczycy i tak jak ja stoją w tłoku, czułem się znobilitowany. Przysunąłem się bliżej. Bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie poziom ich rozmowy, to byli kulturalni, myślący, ładnie się wyrażający ludzie. Rozmawiali głównie o sporcie. Moją uwagę zwróciły słowa Anny Wojtaszek, że ten wyjazd ma dla niej wyjątkowo duże znaczenie. To było przecież oczywiste - olimpiada - jakże mogłoby byc inaczej? Nawet pan Malcherczyk nieco się zdziwił tym wyznaniem.

Obóz pływacki pamiętam z jeszcze jednego powodu - przez ten obóz nie było mnie w Sopocie w okresie pierwszego Festiwalu Jazzowego. Oczywiście robiłem minę męczennika i ogromnie narzekałem na los. Po powrocie do domu zainteresowałem się głębiej tym tematem. Prawdę mówiąc to jazz robił na mnie jeszcze mniejsze wrażenie niż wspomniana na wstępie muzyka rozrywkowa, ale poczułem, że jest to temat, którego znajomość dodaje powagi i autorytetu więc poświęciłem mu sporo uwagi i wysiłku. Przy okazji było to drobne ćwiczenie w języku angielskim - wymowa nazwisk muzyków i zepołów, nazwy styli jazzowych.
W 1957 roku byłem znowu na wakacjach w Sopocie i tym razem miałem okazję uczestniczyć w festiwalu. Nie wiem czy informacje o festiwalu w 1956 roku były mocno przesadzone, czy po jednym roku entuzjazm wygasł, ale to nie była już impreza, która narzucałaby całemu Trójmiastu swój klimat. Byłem na koncercie w hali Stoczni Gdańskiej i na Jam Session w Operze Leśnej. Na jam session krążyła po widowni taca z kromkami chleba posmarowanymi dżemem śliwkowym a na scenie orkiestra Karela Vlacha grała bardzo popularny przebój - Wiśniowy sad - KLIK. Oczywiście wywyższałem się z powodu tych doświadczeń niesamowicie, ale tak naprawdę tylko kilka pierwszych taktów dixielandu wzbudzało we mnie jakieś emocje - KLIK.

Bardziej pamiętne są dla mnie rozgrywane w Sopocie turnieje tenisowe. Pamiętam, że moimi towarzyszami był kolega szkolny Andrzej Sz. wraz z ojcem i siostrą. To był tenis o jakim opowiadała mi Matka - sport królów. Wszyscy zawodnicy i zawodniczki ubrani na biało. Sporo mężczyzn grało w długich spodniach. W przerwach podawano zawodnikom gorącą herbatę. W turnieju występowała przedwojenna gwiazda polskiego tenisa Jadwiga Jedrzejowska i dość łatwo pokonywała o połowę młodsze rywalki. W konkursie męskim sensację budził Władysław Skonecki, który w poprzednich latach święcił spore triumfy w tenisie zawodowym. Do Polski wrócił wyraźnie na sportową emeryturę. Wprawdzie nadal błyszczał, szczególnie w grze przy siatce, to jednak w długich tenisowych pojedynkach ulegał młodszym zawodnikom z lepszą kondycją - Andrzejowi Licisowi czy Wiesławowi Gąsiorkowi.

Jeszcze inne wspomnienie z roku 1956 w Sopocie to występ Kazimierza Krukowskiego w koncercie wspomnień o kabarecie Qui pro Quo. Tę nazwę znałem z opowiadań Matki i to zwabiło mnie na występ. To było duże rozczarowanie. Więc moi Rodzice pasjonowali się czymś takim? Wprawdzie prowadzący program i moja Matka zapewniali, że tego nie da się powtórzyć, że to trzeba było osobiście przeżyć, ale niezbyt mnie to przekonywało.

czwartek, 28 maja 2015

Lech  Lech

Nadszedł czas wakacji i poważny kłopot. Nikt z nie wybierał się do Ameliówki. Nikt nie miał ochoty zabrać mnie ze sobą na wakacje. Matka znowu była zrozpaczona. W końcu udało jej się coś załatwić - jak 3 lata temu do Pieszyc, do rodziny pani, u której jadałem obiady. Nie umywało się to do Ameliówki, ale wspomnienia z Pieszyc miałem miłe, może być. Matka ucieszyła się, to świetnie. Pani S wspominała, że bedzie tam też jej syn Janek i , że on bardzo chciał żebym przyjechał do Pieszyc. Ta wiadomość zmroziła mnie. Długo się wahałem, wreszcie wykrztusiłem - ja nie chcę z nim być na wakacjach.

Co się stało? Dlaczego?
To wydarzyło się chyba w lutym, kiedy Janek był w Kielcach w okresie przerwy międzysemestralnej. Któregoś dnia pani S powiedziała - mój syn jest studentem medycyny, chciał z tobą porozmawiać na tematy medyczne, podam ci obiad w drugim pokoju.
Janek zamknął drzwi i wyjaśnił, że jestem w okresie dojrzewania, nie mam w rodzinie mężczyzny a właśnie teraz potrzebna jest mi męska rada. W duszy przyznałem mu rację. Potem... mówiąc krótko i po angielsku "indecently touched me". To mi się zupełnie nie podobało. Zjadłem podaną zupę siadając w ten sposób żeby nie mógł mnie dotknąć a na drugie danie przeszedłem do głównego pokoju.
Janek wrócił na studia a ja zupełnie zapomiałem o tym incydencie, ale teraz skojarzenie było oczywiste.

Matka była zdruzgotana. Najpierw ogarnęła ją wściekłość - zgłosimy to na milicję, powiadomimy akademię medyczną, taki człowiek nie może mieć uprawnień lekarskich. Uspokajałem ją, że przecież nic mi się nie stało, że właściwie już o wszystkim zapomniałem. W końcu uznała, że ewentualne zeznawanie na milicji czy w akademii medycznej będą dla mnie większym stresem niż samo wydarzenie i dała spokój.

Pozostała sprawa wakacji. Matka napisała list do brata Ojca, stryja Ziemowita, malując w najczarniejszych barwach perspektywy moich wakacji - w domu z chorymi, z gruźlicą rozpadową i syfilisem snującymi się po korytarzach. Stryj odpisał proponując żebym przyjechał do Sopotu. Ciekawe, ze wile osob nie mowilo Sopot tylko Sopoty.

Następnego dnia Matka spakowała mnie i wyprawiła pociągiem do Sopotu. Tam na dworcu czekał na mnie stryj. Pieszo przeszliśmy do miejsca jego zamieszkania. Piękna stara willa na ulicy Krasickiego blisko ulicy Armii Czerwownej (obecnie ul. Armii Krajowej, w czasie wojny Horst Wessel Strasse, przed wojną Kronpzinzenstr.). W tej willi mieszkała moja stryjenka Helena a stryj wynajmował pokój na poddaszu. Trudno to zresztą nazwać pokojem. Była to część strychu pod stromym dachem i bardzo wysoki stryj nie mógł się tam wyprostować. W pomieszczeniu było łóżko oparte na cegłach oraz łóżko polowe dla mnie. To wszystko.

Stryj zapoznal mnie ze stryjenką Heleną i zaprowadził na pobliską ulicę Mickiewicza na kolację do domu stryja Wladysława.

Dygresja rodzinna. Pisałem obszernie o rodzinie Ojca. Stryjenka Helena, stryj Władysław - to były dzieci Antoniego, brata mojego dziadka Jakuba. Matka wspominała tę gałąź mojej rodziny z wielkim uznaniem - Antkowicze - jak oni się trzymali. Ojciec na posadzie, dziewięcioro dzieci. Wszystkie pokończyły studia. Założyli rodzinną spółdzielnię, ci którzy już zarabiali wpłacali składkę na fundusz na studia młodszego rodzeństwa...

 Antkowicze

Na powyższym zdjęciu stryjenka Helena to chyba ta dziewczynka po prawej a stryj Władysław to na pewno ten chłopiec obok niej, w czarnym ubraniu, ze szpicrutą w dłoni.

Stryj Władysław mieszkał z rodziną w ładnej willi. Potężnie zbudowany mężczyzna o silnym głosie i ciemnych włosach. Przed wojną ukończył szkołę morską w Tczewie, tę samą co brat Matki wuj Rysiek, tylko wydział mechaniczny. Wojna zaskoczyła go w Gdyni, brał udział w obronie Helu i spędził wojnę w niemieckim oflagu. Obecnie był dyrektorem Polskiego Rejestru Statków. Poznałem również jego żonę - stryjenkę Wandę i trzy córki - Kasię, już studentkę, Anielę, maturzystkę, i Joasię - 7 lat. Prócz nich były tam jeszcze dwie córki stryja Antka - najmłoszy chłopiec na powyższym zdjęciu - Basia, maturzystka i Dorota, 7 lat.
Tyle nowych twarzy. Byłem mocno oszołomiony. Tu masz zawsze bezpieczną przystań - powiedział stryj Ziemowit.

Następnego dnia wprowadził mnie w nowy rytm życia. Przedstawił mnie właścicielom naszej kwatery - miłe małżeństwo w średnim wieku. Spytał czy prowadzę rejestr wszystkich wydatków. Nie prowadziłem. Dał mi więc notesik i polecił robić to codziennie. Pierwsza pozycja to opłacenie kwatery. Stryj rozliczył mój udział w koszcie mieszkania na 2 dni, potem będę mieszkał sam i zapłacę za to właścicielce.
Następnego dnia rano poszliśmy na śniadanie do baru mlecznego przy dworcu kolejowym. Kawa z mlekiem i bułka z serem. Potem poszliśmy na plażę. Bezpłatną, obok Łazienek Północnych. Na obiad do baru mlecznego - makaron z jajkami - cena chyba 6.70 - to było najdroższe danie. Na kolację do stryjostwa Władków. Po kolacji dorośli grali w bridża. Dowiedziałem się, że od najbliższego poniedziałku rozpocznę pracę na polach doświadczalnych Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin (IHAR), w którym pracowała stryjenka Helena. Stryj wyjechał w niedzielę po południu.

To było dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Nigdy dotąd nie mieszkałem sam, nigdy nie musiałem się troszczyć o swoje sprawy bytowe. Nigdy nie pracowałem zarobkowo. Jednak nie był to dla mnie żaden szok. Matka nie przekazała mi żadnych praktycznych umiejętności, ale przekazała jakiś fatalizm, pozytywne godzenie się z losem - świat wokół ciebie może się w każdej chwili zawalić a ty masz dalej robić swoje.

W poniedziałek rano stryjenka Helena pojechała ze mną na pola doświadczalna gdzie zapoznano mnie z moją pracą. Miałem pracować jako pszczółka - zapylać kwiaty ziemniaka To było proste. W pudełku od zapałek miałem kwiaty których pyłek miałem użyć do zapylania. Na wyznaczonej działce rosły ziemniaki, które miały być zapylone. Najpierw trzeba było każdy kwiat wykastrować - wykałaczką odciąć mu pręciki. Na paznokieć kciuka lewej ręki sypałem pyłek z kwiatów w pudełku od zapałek i zanurzałem w tym pyłku czubek słupka zapylanego kwiatu. Oprócz mnie zapylał jeszcze jeden chłopiec, mój rówieśnik. Na poletku była z nami para etatowych pracowników Instytutu.
Pracowałem 5 dni w tygodniu, tylko gdy nie padał deszcz. Zaczynaliśmy pracę chyba o 6:30, 6 godzin. Po zakończeniu pracy szybko szedłem do stacji Sopot-Wyścigi i jechałem kolejką do Sopotu żeby zdążyć na plażę.

Gospodarze mojej kwatery pozwolili mi korzystać z bardzo prowizorycznej kuchni. Był to mały pokoik bez okna wyposażony tylko w zlew i maszynkę elektryczną.
Maszynkę elektryczną.... zaraz przecież teraz nikt nie zrozumie co mam na myśli - google zasypuje mnie ofertami eletrycznych płyt kuchennych. Maszyka eletryczna było to urządzenie o średnicy dużego talerza, wysokości około 8 cm, w którym, w ceramicznej obudowie, znajdowała się niczym nie przykryta spirala elektryczna. Można było na niej postawić garnek lub czajnik i gotować. Ja ograniczałem się do gotowania wody na herbatę a w niedzielę jajek na twardo. Do tego kromka lub dwie chleba z masłem i serem i śniadanie załatwione. Biegiem do przystanku tramwajowego i jazda do pracy. Lodówek nie było a kuchnia na poddaszu mocno się nagrzewała więc trudno było robić jakiekolwiek zapasy. Nawet pół kostki masła zdążyło się czasem roztopić zanim je skończyłem.
Gdy docierałem nad morze nie było już tam moich znajomych więc przeniosłem się na plażę obok Łazienek Południowych gdyż serwowano tam dobre obiady - fasolkę po bretońsku. W zatłoczonej, dusznej i gorącej sali kłębił się tłum, zlana potem załoga dwoiła sie i troiła. Trzeba było odczekać w kolejce conajmniej pół godziny. Potem miałem już wolne.
Plażowanie kończyłem około 5 i kierowałem się na ul. K Rokossowskiego (obecnie Bohaterów Monte Cassino, poprzednio - Meerstr - ulica Morska). Tam sprzedawali włoskie lody a na przeciwko był (i chyba jest nadal) Klub Międzynarodowej Książki i Prasy. 
Jak spędzałem wieczory? W Sopocie były dwa kina, w lecie zmieniały program 2 razy w tygodniu więc było co ogladać. Miałem wprawdzie stałe zaproszenie do domu stryja Władysława, ale nie korzystałem z niego zbyt często gdyż nie było tam nikogo w moim przedziale wiekowym więc wpadałem tam aby pożyczyć książki. Przeglądałem książki i inne materiały zgromadzone w moim pokoiku. Był tam pięknie wydany Mein Kampf i albumy z walk niemieckich łodzi podwodnych.
Pamiętam, że wkradłem się przed dziurę w siatce do Opery Leśnej, w której wystawiano Fausta Gounoda w wersji koncertowej.
Zapylanie ziemniaków kończyło się pod koniec lipca. Stryj zakładał, że wkrótce potem wrócę do Kielc, ale Matka poleciła mi zostać do końca wakacji. Wtedy miałem okazję plażować razem ze szkolnymi kolegami. Byli to głównie koledzy, których ojcowie byli lekarzami. Był więc oczywiscie Staszek Ś. Pamiętam jak starał się mnie usilnie przekonać żebym zmienił klasę i przeniósł się do klasy A, w której była większość kolegów z Nazaretu. Jego argumenty - solidarność, siła przebicia - wydawały mi się zupełnie nie z tej ziemi. Wiedziałem, że i tak będzie jak będzie.
Już po powrocie do Kielc otrzymałem przekaz pocztowy z moimi zarobkami - 420 zł. Matka kręciła głową z niedowierzaniem - może metody wychowawcze braci Ojca nie były takie złe.

niedziela, 17 maja 2015

 Tadeusz
Po wakacjach Lech z wielkim entuzjazmem opowiadał o pobycie w Ameliówce, pani Milewska również chwaliła wszystko. Przed następnymi wakacjami udało się  namówić matkę Janusza Wilmana by nas dwóch dołączyła do swego syna i wszystkich trzech doglądała. To nie była sprawa łatwa - należało przede wszystkim dać nam jeść. Zaopatrzenie to były produkty przywożone raz w 
tygodniu przez odwiedzających innych rodziców, nabiał u pana Kosińskiego oraz  zbiory własne czyli grzyby i owoce z sadu. Kuchnia oczywiście na drewno.  Nie pamiętam żadnych narzekań ani grymaszeń przy jedzeniu - a byłem w jedzeniu kapryśny i zgodnie z imieniem niejadek.
Z leśnych wypraw mieliśmy przynieść dwie rzeczy - grzyby na obiad i kwiaty dla pani Wilmanowej. Kwiaty dokładnie określone - białe storczyki. Mocno, egzotycznie pachniały. Dziś już wiem, że to był podkolan dwulistny, roślina obecnie bardzo chroniona, rzadka, a myśmy ich co parę dni naręcze pani Wilmanowej wręczali. Było ich sporo, na zboczach pod sosnami rosły co kilkanaście metrów, świeciły na ciemnym, brązowym igliwiu jak świece. Od tamtych czasów tylko raz spotkałem ten storczyk, w Puszczy Knyszyńskiej - jedno, jedyne stanowisko, w następnym roku już go nie było. Grzybów było sporo, przeważnie maślaki.
Cała okolica to były wzgórza pokryte lasami, z różnymi piętrami poszycia. Kto się poślizgnął i przewrócił mógł znaleźć się w ułamku sekundy w innym lesie - na miękkim ciemnym mchu pod gęstym, jasno zielonym dachem paproci, obok widoczne same pnie, lub same nogi kolegi. 
Bawiliśmy się także w inną szkodliwą dla natury zabawę. Wdrapywaliśmy się na odpowiednio cienką, ale też odpowiednio grubą brzozę, trzymając się rękami szczytu odpychaliśmy się od pnia i brzoza pod naszym ciężarem zginała się, a my wolno jak ze spadochronem spływaliśmy na ziemię. Raz wybrałem brzozę zbyt starą, zdrewniałą u dołu. Była dość wysoka. Po odepchnięciu się od pnia czubek zgiął się i ... zamarł w bezruchu, po chwili pękł i ja z kilku metrów spadłem płasko na siedzenie. Nie wiem jakie mechanizmy anatomiczne powodują, że taki upadek blokuje ośrodek oddechowy. Przez długie sekundy wiłem się z bólu i nie mogąc złapać oddechu. Powoli oddech wracał, ból kręgosłupa pozostał na wiele dni. Wtedy znów się modliłem. Prosiłem Boga bym nie miał garbu, który wydawał mi się niemal oczywistą konsekwencją wypadku.
Do zabawy mieliśmy prawdziwą starą wiatrówkę. Łamaną (a może z dźwignią) czyli nie wymagającą naboi ze sprężonym powietrzem. Kaliber miała ogromny - ponad 5 mm. Zamiast śrutu, którego nie mieliśmy wcale, używaliśmy pączków różnych roślin. Trafienie w gołą nogę było trochę bolesne. Ale oczywiście najczęstszymi zabawami były te opisane wcześniej przez Lecha.
Lech pisał o łowieniu ryb, jeden kiełb był dorobkiem całego mojego życia, wędkowanie zupełnie mi się nie spodobało. Lepsze łowy bywały wkładem w wyżywienie. Ciekawy sposób zdobywania robaków czyli po prostu dżdżownic był tam przez wędkarzy stosowany. Za stodołą, która także była kiedyś oborą było miejsce nasączone gnojówką, nawozem, zawsze wilgotne. Tam wbijało się głęboko widły i wielokrotnie uderzało dłonią  w trzonek. Dżdżownice uciekały na wierzch jedna za drugą, drgania ziemi były dla nich sygnałem o zbliżającym się krecie. 
Znana z książek  Żeromskiego Lubrzanka poniżej młyna, przed którym staw nadawał się do pływania, była mało przyjazna, mroczna, z kamienistym dnem, po którym trzeba było chodzić w trampkach by stóp nie kaleczyć. Pod trawiastymi brzegami w jamach chowały się duże ryby, któryś z dorosłych wyciągnął rękami półmetrowego szczupaka! Od Lubrzanki wznosiła się góra Radostowa. Lech pisał o jej wysokości. Ja pamiętam ją w dwóch wersjach. Za dnia wysoka stroma góra w kratkę małych pólek o różnych barwach zieleni, brązów, beży. Nocą podczas pełni na mrocznej, ogromnej, ciemnej plamie leżał na szczycie księżyc.
Za domem, w którym spaliśmy - ten wyższy na zdjęciach Lecha - ciągnęło się wzgórze, a na jego szczycie był Wichajster. Lech wiele razy go po pierwszych wakacjach wspominał - jaki duży, jaki ciekawy, jaki inny od wszystkiego. Oczywiście poszedłem go obejrzeć. I rzeczywiście - Wichajster stał dumnie, wysoki na parę pięter, ażurowy, z drewnianych czarnych belek, zwężający się ku górze jak stożek, na szczycie jakieś urządzenie, no po prostu Wichajster. Niemiec spytałby: Wie heisst er? Odpowiedziałbym mu: Er heisst Wichajster! Dziś powiem: to była elektrownia wiatrowa jeszcze sprzed wojny, już bez śmigieł. 
Do naszych obowiązków zaopatrzeniowych należało przynoszenie nabiału i jarzyn od pana Kosińskiego. Jego gospodarstwo było ponad kilometr od Ameliówki, krętą,  stromą drogą w dół. Wbrew słowom Lecha to nie był już majętny człowiek. Po reformie rolnej pozostawiono mu kilka hektarów, które z trudem uprawiał. Mieszkał w typowym drewnianym dworku szlacheckim gontem krytym. Ganki z obu stron.



Mama narysowała ten od ogrodu.

My siedzieliśmy przeważnie na przednim i ubijaliśmy masło w drewnianej maselnicy. Jak dla mieszczuchów praca męcząca, ubijanie było więc na zmianę. Pan Bohdan miał rozdwojoną osobowość po zmianie ustroju. W tygodniu orał, nawoził, kosił, pełł, karmił konia i krowy, ciął sieczkę czyli żył jak zwykły chłop, choć jeszcze miał dwie "dusze" - Antkę i jej syna w naszym wieku. Na soboty, niedziele i wyjazdy do Kielc przebierał się elegancko i przeistaczał w szarmanckiego, inteligentnego przedwojennego szlachcica, brydżystę, a przy okazji lowelasa. Żona i syn Maciek nie chcieli z nim mieszkać, byli w Kielcach. 
Do dziś zadziwia mnie fakt, że w tym dworze nie było studni - po wodę chodziło się z wiadrami (czyli chodziła Antka) kilkanaście metrów w dół do strumyka.  Dziś tego dworu nie ma ani śladu. Mąchocice stały się zwykłym daczowiskiem.
Niedaleko dworku pana Kosińskiego dom, chyba tuż przedwojenny, miała jego siostra pani Orłowska. Zapewne wynikało to z podziału dawnego dużego majątku podczas reformy rolnej - ale to mój dzisiejszy domysł tylko. U niej widziałem na ręce wytatuowany numer z niemieckiego obozu koncentracyjnego. Do dziś jest we mnie uraz i niechęć do tatuaży - kojarzą mi się ze złem przede wszystkim niemieckim, ale też znakowaniem bydła przez wypalanie znaków własnościowych. Do tego dochodzi znak kryminalnej przeszłości na ramieniu Milady z "Trzech Muszkieterów" Dumasa - książki czytanej przez nas z zapartym tchem. 

Lech  Lech

Jak to dobrze, że Tadek tam był. On pisze o sprawach, których ja zupełnie nie pamiętam. Pamiętam tylko jak byłem świadkiem jego upadku z brzozy. Zamarliśmy w przerażeniu. Tadek nie ruszał się. Gdy próbowaliśmy go poruszyć coś wybełkotał. To było jeszcze gorsze. Na szczęście wkrótce oprzytomniał, ale przez kilka dni poruszał się z trudem.

W relacji z wcześniejszego pobytu wspominałem o zabawach indiańskich i ozdobach, które sobie robiliśmy.  Poniżej zachowana w zbiorach Tadka ilustracja naszych osiągnięć...

Indianie w Ameliówce

Przedstawiam od lewej do prawej: w górnym rzędzie (dziewcząt wtedy nie zauważaliśmy) - pierwszy z lewej plus ten ucięty to chyba bliźniacy, synowie zarządców, następnie Janusz Wilman, starszy Piwowar, młodszy Piwowar, ja (ależ byłem opalony), Andrzej-Ostaś i Tadek. Ten dorosły mężczyzna to pan Władek, który zorganizował nam ogromne podchody. Polegały one na odszukaniu przeciwnej drużyny i zlikwidowanie przeciwnika przez trafienie szyszką. Pan Władek dobrał do swojej drużyny tylko dwie osoby - nieco starszego od nas chłopca, którego nie ma na zdjęciu i Ewę, córkę właścicieli Ameliówki, państwa Kofroń. Żeby wyrównać szanse pan Władek miał tarczę (pokrywę kotła) a żeby "zabić" członka jego drużyny trzeba było trzech trafień szyszką. Nasza, kilkunastoosobowa, drużyna przegrała.

Ewa Kofroń, siostra Leszka, którego poznaliśmy rok wcześniej. Sprawdziły się wszelkie zapowiedzi jej brata. Uczestniczyła z entuzjazmem w naszych zabawach, wspinała się na drzewa lepiej niż my. Chyba nawet lepiej ode mnie pływała. To była chyba pierwsza dziewczyna, jaką zauważyłem. Właściwie to była jak chłopak, zupełnie inna od dziewczynek przebywających z nami na wakacjach. A przecież było w niej coś dodatkowego, coś za czym tęskniłem gdy zabawy się skończyły.
Do furii doprowadził mnie starszy Piwowar, który stwierdził - jakbym chciał to mógłbym się z nią ożenić jak tylko zrobię maturę. Ale nie chcę, ona dla mnie za stara.
Przez kilka dni marzyłem o tym żeby go zlać, rozpuściłem nawet pogłoski, że szykuję się do bitki, ale jakoś do tego nie doszło.

Tadek wspominał w osobnych wpisach o swoich pobytach na Św Katarzynie i na Św. Krzyżu. Nasi opiekunaowei zorganizowali nam wycieczkę w te miejsca. Na Św Katarzynie mieszkaliśmy i stołowaliśmy się u zakonnic przestrzegających ścisłej reguły nie kontaktowania się ze świeckim światem. Odbyliśmy stamtąd wyprawę na najwyższy szczyt Gór Świętokrzyskich, Łysicą - 611 m. Nie była to atrakcyjna wędrówka. Marsz przez las i zwaliska kamieni - gołoborza. Ze szczytu nie było wiele widac bo widoczność ograniczały drzewa.
Ciekawsza była wycieczka na Św. Krzyż. Nie pamietam wspomnianych przez Tadka pozostałości po niemieckim obozie dla jeńców radzieckich pamiętam natomiast  niewielką, ciemną i chłodną kaplicę, w której znajdowały się trumny ze zmumifikowanymi zwłokami księcia Jaremy Wiśniowieckiego i dwóch powstańców z 1863 roku.
Ze Św Krzyża zeszliśmy na nocleg do Nowej Słupii - kolebki polskiego hutnictwa - KLIK. Stamtąd  pojechaliśmy kolejką towarową do miejsca najbliższego Ameliówki i dalej piechotą. 

Jeszcze jedno ważne wydarzenie. Andrzej-Ostaś nauczył nas grać w kierki, a od tego był już tylko jeden krok do bridża. Ten krok wykonaliśmy pod okiem pana Ostaszewskiego. W następnych latach bridż zastąpił nasze dziecięce zabawy po lekcjach.

 
1 , 2