Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: rodzina

czwartek, 19 listopada 2015

Lech  Lech

Bazą wszystkich moich przedsięwięć było mieszkanie nr 1 w domu przy ul. Sąchockej 2...

Sachocka 2

Powyższe zdjęcie pochodzi z google maps view, za naszych czasów nie było tych drzew od strony ulicy. W ogóle nie pamiętam tego domu od strony ulicy Sąchockiej gdyż zawsze dochodziłem do niego z przeciwnej strony.

Mieszkanie przydzieliła nam Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa w 1974 roku. Było to juz trzecie mieszkanie otrzymane od tej spółdzielni. Sądziliśmy, że zostaniemy tam do końca życia. Stało się inaczej, ale gdybyśmy pozostali w Polsce to chyba nigdzie indziej nie chcielibyśmy mieszkać.

Dom był zbudowany dla pracowników Ministerstwa Obrony, ale okazało się, że nie spełniał wymagań zleceniodawcy. Dla nas był całkiem satysfacjonujący. Nieduży, tylko 24 przestronne mieszkania, niewielki plac zabaw dla dzieci.
Najważniejsi byli jednak sąsiedzi - trzech lub czterech naukowców, trzech czy czterech lekarzy, dwaj pracownicy LOT, para tancerzy z zespołu Mazowsze, reszta to inżynierowie o wysokich kwalifikacjach. 
W rezultacie w bloku wszyscy się znali, lubili i wzajemnie sobie pomagali - pomoc w drobnych naprawach, czy przy dzieciach. Istotną sprawą stało się zaopatrzenie w żywność, której coraz bardziej brakowało na sklepowych półkach. Pamiętam jak nieraz ktoś z sąsiadów zapukał z rana w drzwi - dają masło, kostka na osobę. Podrywałem Anię i Michała i biegliśmy do odległego o niecałe 100m sklepu.
Z chwila wprowadzenia kartek kwitł handel wymienny. My mieliśmy zawsze zbyt dużo cukru i Sylwia wymieniała go na inne produkty.

W bloku mieszkało conajmniej 12 dzieci, z tego kilkoro w podobnym wieku co Ania i Michał więc dzieci miały dobre towarzystwo.
Sylwia załatwiła dla dzieci miejsce w przedszkolu pracowników wojska (pracowała w szpitalu Wojskowej Akademii Medycznej). Było niezbyt daleko i bardzo dobrze wyposażone.

Gornik

Powyżej Michał (w środku) świętuje Barbórkę.

W 1978 roku Ania poszła do szkoły, również bardzo blisko domu, nie trzeba jej było tam odprowadzac ani odbierać. 

Nigdy nie doczekaliśmy się w Polsce własnego telefonu, ale w naszym bloku, przy wejściu, był automat telefoniczny - to była duża wygoda.

Dla Michała wielką atrakcją była przebiegająca 200m od naszego bloku linia kolejowa. Pod choinkę dostał akcesoria konduktorai - czapkę, opaskę na ramię, chorągiewkę, torbę i dziurkacz biletów. Prawie codzień chodziliśmy nad tory gdzie odprawiał pociągi na linii Warszawa-Kraków.

Istotną rolę w naszym życiu zaczął odgrywać kościół parafialny Opatrzności Bożej przy ul. Dickensa - KLIK. Wspominałem, że jeszcze przed ślubem widziałem jako cel swojego życia założenie rodziny, która przechowa patriotyczne wartości następnym pokoleniom. Gdy nadeszła pora chrztu Ani zastanowiliśmy się wraz z Sylwią nad tematem religii. Dla nas ten temat nie był zbyt istotną sprawą, ale doszliśmy do wniosku, że dzieci należy wychowac w katolickiej tradycji a w związku z tym my musimy regularnie uczestniczyć w życiu religijnym. Nie sprawiło nam to kłopotu a raczej dało sporo satysfakcji. Duża w tym zasługa wspomnianego wielokrotnie w zlinkowanym artykule naszego proboszcza, księdza Kołakowskiego.
Polecam lekturę zlinkowanych wspomnień o naszej parafii. Wynika z nich, że byla to jedna z najbardziej przebojowych parafii w Polsce. Większość opisywanych dramatycznych akcji wydarzyła się przed naszym włączeniem się do życia parafialnego i pozostaliśmy biernymi parafianami. Być może gdybyśmy włączyli się wcześniej stałbym się z czasem członkiem ukrytej opozycji. Jednak los kierował mymi krokami w ten sposób abym pozostał Dzieckiem Komuny.

Po rozpoczęciu szkoły Ania zaczęła uczęszczać na prowadzone przy kościele lekcje religii. W maju 1980 roku przystąpiła do I komunii. Poniżej ze swoim katechetą - ks. Józefem...

I Komunia

Częścią obchodów komunijnych był wyjazd na Jasną Górę. Pojechałem tam z Anią. Ksiądz Józef dokwaterował nam do samochodu starszą panią z  wnuczką.

Oczywiście bardzo znaczącym faktem był wybór Polaka na papieża. To potwierdzało słuszność naszej decyzji. Gdy Ania opanowała pisanie wymyśliłem jej projekt - będziemy co tydzień odwiedzać jakiś kościoł i ona, na podstawie mojej relacji, coś o tym kościele napisze. Może wspólnie zrobimy jego rysunek. Jak uzbiera się cały zeszyt to wyślemy to Papieżowi w prezencie. Z przyczyn obiektywnych nie uzbierało się 

Przy okazji kilka słów o wakacjach. Staraliśmy się żeby dzieci spędzały całe lato i dwa tygodnie zimy poza Warszawą. Najlepszym rozwiązaniem były oczywiście wczasy - Sylwii w Kamieńczyku nad Bugiem, siostry Sylwii gdzieś nad morzem, ojca Sylwii w Sasku na Mazurach. Wczasy zimowe do była moja domena - 4 razy w Bierutowicach i raz w Augustowie.

Gdy wczasów nie starczało szukaliśmy prywatnego letniska. Raz trafiliśmy do Świdra pod Warszawą. Najpierw Sylwia z Anią, Michałem i koleżanką z dwójką dzieci. Okazało się, że gospodarz letniska zajmuje się również (a raczej głównie) produkcją bimbru. Sylwia odziedziczyła po ojcu bardzo silną głowę i zyskała dużą popularność wśród klientów meliny. Wielu z nich to byli kierowcy z pobliskiej bazy transportowej.
Po dwóch tygodniach zmieniłem Sylwię. Nie zyskałem sobie żadnej popularności.

Wczasy zimowe w 1980 roku były nieco inne od poprzednich. Po pierwsze zaprzyjaźniona z nami kierowniczka domu wczasowego Słoneczna w Bierutowicach wybudowała własny dom i wynajmowała tam pokoje, trzeba było z tego skorzystać. Po drugie po raz pierwszy zabrałem na wczasy zimowe dwójkę dzieci. Podczas całonocnej jazdy pociągiem do Jeleniej Góry w przedziale było bardzo gorąco. Kilka razy musiałem w nocy przebierać dzieci gdyż były całe mokre od potu. Następny etap to autobus do Karpacza. Miałem sporo bagażu - plecak, dwie walizki, 3 pary nart. Należy tak się ustawić żeby drzwi autobusu wypadły tuż przede mną. To nie było bezpieczne, autobus buksował po zamarzniętych koleinach, z tyłu napieral na nas tłum, dzieci miały się trzymać uchwytów walizek. Udało się, otworzyły się drzwi, ale z tymi bagażami nie byłem w stanie wspiąć się na stopień. W końcu ktoś mnie podsadził. 
Po godzinie Michał musiał skorzystać z nocnika, miałem go oczywiście na wierzchu, niedługo później zaczęły się ostre zakręty i dla Ani była potrzebna torba. Wreszcie dojechaliśmy. Nasza gospodyni załatwiła nam obiady w domu wczasowym, śniadania i kolacje trzeba było przygotować samemu. Przygotowanie nie było problemem, problemem było zaopatrzenie. Wstawałem przed 6 rano i biegłem do sklep spożywczego. O tej porze mogłem dostać chleb i mleko, czasem jajka czy masło. 
Po śniadaniu szedłem z dziećmi na narty. Ania miała prawdziwe narty i próbowałem ją trochę uczyć. Michał miał dziecinne plastikowe nartki, polecałem mu zdjeżdżac w kucki i na dole się przewracać gdyż było ryzyko, że wjedzie na szosę. Wywracał się we właściwym miejscu, ale nie miał ochoty się podnosić. Zjeżdżałem więc po niego, wnosiłem go na góę na ramieniu i od początku. Po 1.5 godzinach wracaliśmy się przebrać i szliśmy na obiad. Po obiedzie dzieci leżakowały dwie godziny a ja pędziłem na narty. Mieszkaliśmy w Karpaczu, niedaleko stacji wyciągu, o tej porze kolejka do wyciągu znacznie malała więc miałem szansę na kilka zjazdów z Kopy. Widzę, że nic się tam nie zmieniło - KLIK.
Po powrocie do domu podrywałem dzieci na intensywny spacer, potem kolacja, bajeczka i spać. Nie pamiętam żebym wiele razy poszedł jeszcze na wieczorek zapoznawczy. 

piątek, 11 września 2015

 Tadeusz
Czwarty rok studiów, poza normalnym i opisywanym już wchodzeniem w tajniki sztuk wizualnych, miał także trochę aspektów prywatnych. Piszę - prywatnych - na myśli mając, że to co z zawodem artysty jest związane to nie jest prywatne, osobiste, ale należy do diaspory przez los preferencjami obdarowanych i także do warsztatu manipulacji odbiorcami dzieł sztuki dopuszczonych. 
A więc na początku roku akademickiego startowałem do uczelnianego konkursu o stypendium artystyczne. Poza oczywistą odpowiednią średnią ocen (wraz z lekceważonymi przedmiotami typu historia tkaniny, chemia barwników, perspektywa itp.) należało zrobić wystawę malarstwa, która decydowała o przyznaniu mocno limitowanego wyróżnienia. Prestiż  tego stypendium był ogromny! W uczelni artystycznej (chyba każdej) student wyróżniający się był przez kolegów bardzo szanowany! Gdy w okolicy grudnia poznałem decyzję o przyznaniu mi tego stypendium  byłem wręcz wniebowzięty. Poza oczywistym prestiżem także finansowe skutki - 1000 zł miesięcznie, zawieszenie pobierania stypendium fundowanego z przemysłu, no i wyrównanie od października. Do Sokółki (miasteczko na północ od Białegostoku) jeździłem by kupić stereofoniczny adapter Ziphona z NRD, najwyższej jakości amatorski sprzęt do odtwarzania winylowych płyt stereo. Władze PRL, zapewne słusznie, nachalnie promowały prowincjonalne miejscowości i sklepy Gminnych Spółdzielni, i tam dostępne były bardzo poszukiwane w "wielkich" miastach produkty. Tyczyło to także książek, aż do końca PRL najlepsze pozycje w rodzaju "Ulissesa" czy "Imienia róży" kupowałem w sklepach GS w Gródku, Surażu czy Lipsku gdzie leżały jako towar niechodliwy. Kto dziś uwierzy, że książka może być towarem reglamentowanym? Do ciekawostek czasów zaliczyć też można, że nieformalny koniak albański Skanderbeg  był tylko w wiejskich placówkach Gminnych Spółdzielni wzbudzając obrzydzenie.

Tak banalny dziś sprzęt czyli odtwarzacz muzyki na odpowiednim poziomie technicznym zmienił nasze nawyki  jak też preferencje zakupowe. Rozpoczęło się kolekcjonowanie płyt ze wspaniałymi nagraniami radzieckiej Miełodii i enerdowskiej Eterny, także węgierskiego Hungarotonu. Z tamtych czasów mam np. "Requiem" Verdiego z E. Schwarzkopf i G. di Stefano (pamiętają te nazwiska znawcy albo mamuty). 

A pod koniec akademickiego roku okazało się, że spodziewamy się dziecka. Miałem przed sobą jeszcze cały rok do absolutorium, a więc pojawił się lęk o miejsce zamieszkania. Gdy przed paru miesiącami dostaliśmy psa to gospodyni twardo postawiła warunki - pozbywamy się psa albo won. Ale w wypadku dziecka okazała się bardzo sympatyczna - młodzi dziecko mieć powinni i ona to akceptuje!  

Wakacje były radosne. Pojechaliśmy autostopem nad morze do Dziwnówka. Podróż traktowaliśmy z należytą starannością wobec błogosławionego stanu małżonki. Dnie zwyczajne, trochę machania na samochody, trochę marszu przez miasta, jeżeli samochód ciężarowy to żona w szoferce. Ale noce luksusowe, w hotelach, choć też raz w stodole. Dziwnówek naraił nam mój profesor Stefan Wegner od estetyki, adorator mojej żony po plenerze w Sieradzu. 
Nawet dla niej obraz namalował z jej tańczącym wizerunkiem (kto znajdzie jej profil na obrazie?). Widać wyraźnie zastosowanie reguł kompozycji - duża grupa luźnych niebieskich plam w lewej górnej części zrównoważona małą i gęstą grupą żółtych w prawym dolnym rogu. Czyste wykoncypowanie kompozycji - te żółcie nie istniały nigdzie, to był powidok czyli reakcja oka na błękity - wiedza teoretyczna ułatwiła znalezienie pięknego wyważenia stron według prawej przekątnej. Użyte nienaturalne kolory mają swoja wymowę - cieplejsza ultramaryna to niebiańskość zjawiska, chłodniejsze turkusy na platoniczność stosunków wskazują. Ten obraz z pewnością był przeżyty przez starego profesora.

 Po parodniowym dojeździe na miejscu okazało się, że w wynajętej izbie chaty w nocy utrapieniem były pchły, a w dzień nie było co jeść, bo tylko jeden barakowóz służył jako restauracja z bardzo niewyszukanym menu. Ale morze jest dla mnie wartością samą w sobie - niezależnie od pogody mogę godzinami plażą iść i stale jestem szczęśliwy. Siedzieliśmy na brzegu po każdej zmianie pogody, morze zmieniało barwy wraz z niebem z każdym innym promieniem słońca, każdym zamgleniem, zachmurzeniem, każdy kierunek wiatru zamieniał scenę morza i nieba w inne widowisko. Dziwnówek nie był jeszcze modny ani popularny, ludzi było mało, a przy zachmurzeniu plaża wręcz pusta. Powrót był bez niespodzianek ani przygód prócz samej końcówki - ostatnie 20 kilometrów do Łodzi przeszliśmy pieszo podczas ulewnego deszczu po rozbijanym przez wielkie krople świeżym asfalcie. Po pas byliśmy pokryci drobinami smoły - ówczesny asfalt był marnej jakości.

Potem była praktyka w zakładach lniarskich w Walimiu, do którego dojazd autostopem na ciężarówce z prętami zbrojeniowymi i samą miejscowość trochę  już opisałem. Tam uzgodniłem, że u nich pracę podejmę za rok. Mieszkanie dostanę. Stanowisko kierownika komórki wzorcującej otrzymam. W środku Gór Sowich zamieszkamy.  

niedziela, 26 kwietnia 2015

Lech  Lech

Wzmianki o rodzinie moich Rodziców staram się ograniczać tylko do osób, z którymi osobiście się spotkałem gdyż ten blog nie jest kroniką rodzinną. W przypadku rodziny Milewskich dokonałem drobnego odstępstwa gdyż nazwisko to jest dość powszechne i conajmniej cztery osoby o tym nazwisku wzbudziły zainteresowanie mediów. Ostatni przypadek - patrz komentarze do pierwszego wpisu w tym blogu.

Posiadam kopię dokumentu z 1429 roku, aktu przyznania Stanisławowi Milewskiemu wsi Milewo w powiecie surażskim...

Nadanie

Prosze kliknąć w powyższe zdjęcie żeby zobaczyć więcej szczegółów, w tym pełne tłumaczenie na polski.

Miejscowości o nazwie Milewo jest w Polsce wiele. Wzmianka o rzece Ślina wskazuje, że chodzi o miejscowość, która obecnie nazywa się Milewo Zabielne - KLIK.

Zaskoczyło mnie bardzo, że książe Witold darował Milewskiemu Milewo. Taki zbieg okoliczności?
Wszak pierwsze nazwiska wywodziły się z nazwy miejca pochodzenia. Np. znani z Krzyżaków Maćko z Bogdańca czy Powała z Taczewa. Czy tak Tadku? 
Skoro więc Stanisław nazywał się Milewski jeszcze przez otrzymaniem Milewa to pewnie pochodził z innego Milewa. A skąd to Milewo miało taką nazwę?
Tradycja rodzinna mówi, że korzenie rodu tkwią na Mazowszu - Ciechanów, Przasnysz, Pułtusk, Mława. 
Nie odżegnuję się więc od Milewskich niewymienionych w dokumentacji rodzinnej.

Poniżej moja Babka - Jadwiga z domu Chełchowska i mój Dziadek - Jakub Milewski...

Babka JadwigaDziadek Jakub

Za swój udział w spadku Dziadek wykupił majątek Rembówko - KLIK - 25 włók czyli trochę ponad 400 hektarów.

Dziadkowie mieli sześcioro dzieci.
Kazimierz zmarł w wieku 6 lat w tragicznym wypadku, Ludmiła zmarła również tragicznie u progu pełnoletności.
Pozostało 4 braci: Stanisław, Jerzy, Lech, Ziemowit. 

Atmosferę domu tworzyła ich Matka - Jadwiga. Z domu rodzinnego wyniosła silne tradycje zangażowania w działalność polityczną i społeczną. Jej brat - Stanisław Chełchowski - był uznanym botanikiem, etnografem, działaczem oświatowym, społecznym, politycznym. Przez krótki czas, podobnie jak jego przyjaciel Roman Dmowski, był posłem do Dumy - rosyjskiego parlamentu.
Babka miała podobne zainteresowania, ogromny entuzjazm i energię. Mój Dziadek natomiast nie czuł się dobrze jako właściciel gospodarstwa ziemskiego i mocno hamował i ograniczał akcje swojej żony uważając, ze cały wysiłek trzeba skoncentrować na domu.
Mimo to Jadwiga prowadziła szkolenia gospodarcze dla kobiet zamieszkałych w pobliskich majątkach. We własnym gospodarstwie zorganizowała ochronkę dla dzieci tych kobiet. Zbierała ludowe pieśni i opowiadania i publikowała je w czasopiśmie etnograficznym, prowadziła badania na temat higieny ludu i publikowała je w piśmie Zdrowie. 

Dzieci były wychowywane po spartańsku, proste ubrania, udział w czynnościach gospodarskich. Osoby zainteresowane codziennym życiem dzieci w dworku mazowieckiej szlachty mogą poznać więcej szczegółów z pamiętników Stryja Stanisława pod tymi linkami - KLIK - KLIK - KLIK - KLIK.

Szkołę średnią dzieci ukończyły w Warszawie chłopcy w gimnazjum Konopczyńskiego. Ludmiła na pensji. Poniżej mój Ojciec (ten z kołnierzykiem jak ksiądz) i jego młodszy brat na stancji...

Na stancji

Ojciec otrzymał świadectwo maturalne w czerwcu 1914 roku - wersja rosyjska - KLIK, wersja polska - KLIK.

Jako wielki osobisty sukces Babka uważała przekonanie swego męża, z wykształcenia prawnika, do zapewnienia wyższego wykształcenia swoim synom.
Wkrótce po wybuchu I Wojny, w sierpniu 1914 roku niemieckie wojska toczyły walki w okolicach majątku dziadków. Jadwiga pokazała mężowi płonące budynki
- Widzisz co się stało z Twoim kapitałem? A mój kapitał - wskazała zdjęcia synów - trwa. 

W czerwcu 1920 roku, gdy synowie przyjechali na letnie urlopy, zapytała ich na przywitanie: co, wy nie w mundurach?
- W mundurach Mamo - odpowiedzieli. 

Jerzy, Stanisław

 Jerzy -- Stanisław

Lech 1920Ziomek

 

 Lech ---- Ziemowit

Stanisław i Ziemowit ukończyli studia rolnicze, Jerzy i Lech techniczne. Jerzy został inzynierem elektrykiem, mój ojciec inżynierem budownictwa lądowego.

Po ukończeniu studiów, w 1921 roku, Stanisław przejął majątek po ojcu...

Stanisław

Rodzicom przekazał pewien kapitał i zapewnił regularna rentę. Nieco później rozliczył sie z braćmi...

Podział

By zobaczyc całość dokumentu proszę kliknąć w powyższe zdjęcie.

Dziadkowie przenieśłi się do Warszawy. Dziadek nareszczie poczuł się w swoim żywiole. Zaczął działać w sądownictwie i w krótkim czasie został sędzią. Babcia, oddalona od bliskiego jej świata wsi i ziemiaństwa, czuła się niezbyt dobrze.

Po kilku latach pracy Dziadek przeszedł na emeryturę i zaangażował się w działalność charytatywną - był jednym z najwydajniejszych kwestarzy Stowarzyszenia św Wincentego a Paulo.

70 lat później - współautor tego blogu przeszedł na emeryturę i zaangażował się w pracę charytatywną w St Vincent de Paul Society.

Na początku 1935 roku Dziadek poczuł się źle. Wezwany lekarz stwierdził niedomaganie serca i przepisał leki. Kiedy Dziadek poczuł zapach kamfory odmówił przyjecia lekarstwa -
- Miałem Pokólińskiego (lekarza) za człowieka porządnego, a tymczasem on chce sztucznie podtrzymywać moje życie. Nie będę brał tych proszków. 
W nocy zmarł we śnie. 

Stryj Jerzy w krótkim czasie po studiach został wspólnikiem firmy instalacji elektrycznych. Firma świetnie prosperowała.
Mój Ojciec był z kolei wspólnikiem w firmie budowlanej. Do niego należała strona techniczna, nadzór nad budowami. Sporo z nich to były zamówienia rządowe - Centralny Okręg Przemysłowy. W zbiorach mam pocztówki wysyłane przez Ojca ze Skarżyska, Radomia. W tej ostatniej adres jest prosty - Radom, Rakiety. 
Ziemowit znalazł zatrudnienie jako zarządca majątków hrabiego Raczyńskiego. Najpierw w Złotym Potoku niedaleko Częstochowy, następnie w Bełczącu w województwie lubelskim, gmina Czemierniki.

Oto czterej bracia w roku 1935..

Bracia

Jerzy, Ziemowit, Stanisław, Lech.

Stryj Jerzy zdecydował się pozostać kawalerem, Ziemowit ożenił się i miał trzy córki - Jadwigę (Jagodę), Annę i Teresę.

Wyglądało na to, że mój Ojciec pozostanie również w stanie bezżennym, a jednak...

Akt ślubu

Podróż poślubna oczywiście do Zakopanego...

Podróż poślubna

Wszystko układało się dobrze. W 1939 Rodzice mieszkali w Przasnyszu gdzie Ojciec nadzorowal kolejną budowę.

30 sierpnia rząd ogłosił powszechną mobilizację. Ojciec i Ziemowit zgłosili się do punktu mobilizacji. Ojciec nie został przyjęty ze względu na zły stan serca.

O losach rodzin Matki i Ojca podczas wojny w osobnym wpisie.

 

Tagi: rodzina
09:00, pharlap
Link Komentarze (3) »
piątek, 17 kwietnia 2015

Lech  Lech

Uminscy

...była duża. Na powyższym zdjęciu brakuje pięciu osób - ojca rodziny, Antoniego, który po zakończeniu I Wojny zmarł na grypę hiszpankę, dwóch najstarszych braci Kazimierza i Franciszka, którzy po wybuchu wojny wyjechali do Rosji, Stanisławy i Eugeniusza.

W środku oczywiście Matka Rodu, moja Babcia - Waleria Umińska.

Oto całe rodzeństwo w chronologicznym porządku:

Kazimierz - w Rosji zaangażował się w działalność rewolucyjną, po stronie komunistów. Zdzisław Uminski, bratanek Kazimierza, w książce Album z rewolwerem cytuje niezwykły list:
"Wiem, że Olek (Lolek) mając niespełna siedemnaście lat walczył na froncie. Ja o parę lat starszy od niego też tam byłem. Kościół Świętego Floriana na Pradze widziałem przez lornetkę. Stałem wtedy na garbie szosy pod Strugą w pobliżu Radzymina i powiedziałem sobie: jakże oni mnie przyjmą - matka moja, siostry i bracią Czy nazwą mnie zdrajcą? A może jednak któreś wyciągnie do mnie rękę, a mama rozpłacze się nagle i powie: 'Kaziu, jak mogłeś?' Wierzcie mi, że nawet dla tych słów chciałbym znaleźć się w domu, na Emilii Plater. Nie tylko jako zwycięzca, lecz nawet w roli jeńca. (...) Ale jestem komisarzem i muszę powściągnąć swoje sentymenty. (...) Mamie życzę zdrowia i proszę o wybaczenie, a Wam też życzę zdrowia, żebyście nigdy nie musieli tak bardzo tęsknić jak ja - Kazimierz, i jeszcze o jedno proszę - powiedzcie czy w Ogrodzie Pomologicznym* nadal jabłonie rodzą takie soczyste jabłka, na które często wybieraliśmy się myląc czujność dozorcy? Ale czy odpowiecie? Czy list dojdzie do mnie? Chciałbym bardzo go otrzymać, chociaż mo?e najważniejsze jest, że pytam i o Was moi drodzy, i o ten ogród".

Franciszek - zginął gdzieś w Rosji podczas niemieckiego ostrzału.

Eugenia - pierwszy rząd, pierwsza z lewej. Wyszła za mąż za Józefa Samoraja, miała z nim syna Bogdana. Józef Samoraj został powołany do armii (rosyjskiej) i ślad po nim zaginął. Zgodnie z ówczesnymi przepisami ciocia Genia musiała czekać 20 lat na uznanie męża za bezpowrotnie zaginionego i pozwolenie na następne małżeństwo. 
Pod koniec lat 30. wyszła za mąż za Mariana Tylińskiego, artystę malarza, miała z nim dwie córki - Danusię i Jolę.

Janina - pierwszy rząd, pierwsza z prawej. Jej narzeczony zginął podczas wojny 1920 roku.

Stanisława - patrz tutaj - KLIK.

Eugeniusz, Aleksander - nazywany w rodzinie Lolek.

Lucyna - moja Matka. Drugi rząd, w środku.

Halina - drugi rząd, pierwsza z prawej.

Ryszard -  drugi rząd, drugi z prawej - wujek Rysiek, o którym pisałem w odcinku 2 i 4.

Krystyna - drugi rząd, pierwsza z lewej. Najmłodsza, młodsza od swojego siostrzeńca Bogdana Samoraja.

Na zdjęciu jeszcze znajduje się Bogdan Samoraj - syn Eugenii - drugi rząd, drugi z lewej.

Matka niewiele opowiadała o swoich rodzicach. Ojca wspominała jako człowieka o ogromnej sile fizycznej. Prowadził on wraz ze wspólnikiem przedisębiorstwo transportowe, kttóre chyba zbankrutowało i dziadek pezez pewien czas pracował jako numerowy na stacji kolejowej.
Czy ktoś wie, kto to był numerowy?
W Kielcach ich nie było, ale w Warszawie, ilekroć tam przyjechaliśmy, Matka wychylała się przez okno pociągu i wołała:
- Numerowy!
Za chwilę zjawiał się mężczyzna w służbowej czapce z numerem i zabierał nasze bagaże. Matka zawsze rozmawiała z numerowym i dobrze go wynagradzała. Wyraźnie zywiła do nich sentyment.

Do swojej Matki moja Matka miała chyba żal.
Matka wspominał, że miala problemy z nauką i matka przydizelała jej wiecej domowych obowiązków niż innym dzieciom.
Gdy miała 8 lat a więc gdy wybuchła wojna, jej pierwszym zadaniem było kupić chleb. Trzeba było byc przed piekarnia juz przed 5 rano, czekać w zbitym tłumie. Gdy otwierali piekarnię tłum napierał potena falą. Trzeba było podnieść nogi i dać się nieść, inaczej by mnie stratowali - wpominała Matka - zawsze tak mi się udawało ustawić, że wynosili mnie przed samą ladę.
Po 9 klasie, czyli małej maturze, Matka poszła na kursy ksiegowości.

Matka miala wielką pretensję do swojej matki, że w 1924 roku czyli w wielu 18 lat, wysłała ją do Paryża żeby towarzyszyła swojej siostrze Stanisławie - patrz link przy imieniu Stanisława - pod zdjęciem otwierającym wpis.
Jak mogła wysłać 18-letnia naiwna dziewczynę do osoby przeżywającej taką tragodię?
Po tym doświadczeniu bałam się miłości, wydawała mi się niszcząca siłą.
Matka była despotką - wspominała moja Matka - trzymała wszystkie córki, nawet gdy były dorosłe, bardzo krótko. Genia mieszkała z nami i opiekowaliśmy się jej synem. 
Lolek przez kilka lat działał jako bookmacher na wyścigach konnych. Wyścigi były wtedy na Polach Mokotowskich. Syn Lolka - Zdzisław - odziedziczył po ojcu zainteresowanie wyścigami. Już po wojnie prowadził w Słowie Powszechnym kolumnę o wyścigach konnych. Napisał równiez dwie książki na ten temat - Wielka Warszawska i Stawka na pechowego konia.
W tej pierwszej ojciec bohatera miał pseudonim - Lolek podwój stawkę.
Czasem podwajanie kończyło się pechowo i, według relacji Matki, Lolek kilka razy wracał na dłużej do matczynego domu.
Sytuacja poprawiła się znacznie gdy Matka i Halina dostali dobre posady w towarzystwie ubezpieczeniowym Prudential. Tak, ten wieżowiec na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, w którym podczas Powstania toczyły się zażarte walki - KLIK.
Według relacji Matki tę pracę pomogła im załatwić Stanisława dzięki przyjaciołom w Zborze Ewangelickim, którzy zasiadali w zarządzie firmy.

Halina wyszła za mąż za Władysława Noakowskiego, architekta, bratanka bardzo znanego architekta i malarza - Stanisława Noakowskiego - KLIK.
Poniżej Władysław Noakowski, z lewej, z moja Babką i moim Ojcem... 

Szwagrowie

Rysiek studiował w szkole Morskiej, Krystyna kończyła szkołę średnią. 

Zorientowałam się - wspominała moja Matka - że matka uznała, że ja i Janka mamy pozostać na zawsze w domu.
Postanowiłam, że nie zostanę. Musiałam znaleźć odpowiedniego mężczyznę, musiałam obracać się we właściwym towarzystwie. Zimą 1936 roku pojechałam z koleżanką do Zakopanego, w następnym roku też.  
W 1938 roku, Matka pojechała do Zakopanego w podróż poślubną...

Podróż poślubna

Śłub

* Ogród Pomologiczny - KLIK - przy Emilii Plater, niedaleko domu. Moja Matka też często go wspominała. 

PS. W dniu publikacji tego wpisu blox.pl miał okres słabości i wszystkie polskie litery zostały zamienione na znaki zapytania. Ręcznie poprawiłem te usterkę. Czytelników , którzy odcierpieli tę usterkę przepraszam i dziekuję za wyrozumiałość.