Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: 1980

piątek, 11 grudnia 2015

W lutym 2011 roku odwiedziła Melbourne legendarna para - pan Andrzej Gwiazda i jego żona, pani Joanna Duda-Gwiazda.  

Spotkanie z nim odbyło się na Polanie w Healsville. Polana w Healsville to polonijny ośrodek położony w bardzo malowniczej okolicy - KLIK. Nasze dzieci wyjeżdżały tam wielokrotnie na letnie i zimowe wakacje.

Legendy

Przyjechałem na Polanę wraz ze znajomą, osobą bardzo zaangażowaną w pracę społeczną. Zaraz po przyjeździe znajoma zgłosiła się do pomocy a ja dołączyłem do grupki mężczyzn popijających piwo.
Zorientowałem się, że w większości są to osoby, które wyjechały z Polski przed wprowadzeniem stanu wojennego. Wprowadzenie stanu wojennego w Polsce dało im preferencje w uzyskaniu prawa wjazdu do Australii.
Mam dużo szacunku dla tych ludzi. Mieli znacznie gorszy punkt startowy niż ja. Nie przywieźli ze sobą żadnych pieniędzy, nie mieli doświadczenia w pracy poza Polską, w chwili przyjazdu znali gorzej ode mnie albo wcale nie znali angielskiego. Mimo to większość z nich osiągnęła lepszą ode mnie pozycję materialną. Niewątpliwie lepszy materiał emigracyjny.

Już po chwili poczułem się w ich towarzystwie obco. Zaskoczyło mnie, że ci ludzie, młodsi ode mnie o 5-15 lat, mieli zupełnie inny obraz Polski niż ja. W rozmowach przeważala złość i drwiny pod adresem komuchów, którzy kiedyś rządzili Polską i nadal mają w niej wielkie wpływy. Rozmowy stawały się coraz gorętsze. odniosłem wrażenie, ze jest to moralna rozgrzewka przed ostatecznym rozprawieniem się z tajnym współpracownikiem Bolkiem.

Bardzo zaskoczyło mnie, że przebywałem w Australii już prawie 30 lat, wiekszość naszych kontaktów to Polacy, ale takich jak ci, w tym dniu na Polanie, jeszcze nie spotkałem.

Spora sala była zapełniona, ponad 200 osób. Państwo Gwiazdowie zostali entuzjastycznie przywitani. Centralnym tematem było - kiedy pan A. Gwiazda zorientował się, że Lech Wałęsa jest agentem komuny i dlaczego nie zareagował. 
Zorientował się od razu. Nie zareagował... nie miał dowodów czarno na białym a jako wiceprzewodniczący Solidarności był w bardzo niezręcznej sytuacji - mógł być oskarżony, że chce wysadzić przewodniczącego z siodła żeby zając jego stanowisko. A poza tym... proszę państwa, gdziekolwiek pojawił się Wałęsa tam ludzi ogarniał jakiś obłędny entuzjazm, temu niesposób było się oprzeć.

Moje wrażenia ze spotkania na pewno są nieco mgliste i zdeformowane. Na szczęście zachowałem tekst wywiadu jakiego państwo Gwiada udzielili Tygodnikowi Polskiemu w Melbourne. Wywiad przeprowadziła pani Jagoda Williams. Poniżej kilka cytatów...

"Co by było gdyby... Gdyby mnie wybrano na przewodniczącego KK. Jaruzelski nie mógłby czekać aż "S" przygotuje się do stanu wojennego, musiałby uderzyć szybciej. Cała polska i światowa opinia publiczna szybko zostałaby przekonana, że stan wojenny to wina extremy, czyli moja. Wałesę wykreowaliśmy na rozsądnego zbawcę narodu, który umie postępować z komuną. Jedynego człowieka, który potrafi komunę oszukać, a narodowi zapewnić niepodległość. 
Taka propaganda wspierana przez kapitał korporacyjny, Wolną Europę, Głos Ameryki, 'siły' Związku Radziekiego, miejscową agenturę i część Kościoła odniosłby niewątpliwy sukces. Być może 'okrągły stół' były o kilka lat wcześniej. Być może Gorbaczow wcześniej mógłby ogłosić likwidację komunizmu."

I jeszcze jedno...
"Wszystkie analizy wskazują, że decyzja o odrzuceniu komunizmu zapadła około 1968 roku w najwyższych kręgach KGB i GRU (wywiad wojskowy). W spisek wciągano coraz szersze kręgi służb specjalnych, a nie trudno się domyslić, że spoiwem spisku była nadzieja na wielkie korzyści materialne. Korzyści z przechwycenia na własność majątku narodowego. Proces przygotowania pierestrojki prowadzony był w uzgodnieniu z decydentami 'Zachodu' czyli USA.
(...) W 1980 roku, po dziesięcioletnim okresie przygotowań, być może władcy bloku komunistycznego byli juz gotowi do pierestrojki. Być może Polskę wybrano na teren rozpoczęcia akcji.  Być może prowokowane w 1980 roku strajki miały stworzyć uwiarogodnienie procesu.
Lecz tu nastąpił wypadek przy pracy. Polacy dali się sprowokowac i utworzyli Solidarność. A Solidarność z całą pewnościa nie pozwoliłaby na przejęcie majątku przez sekretarzy i pułkowników ani na jego wyprzedaż i zrujnowanie."

Zbyt odległe to dla mnie sprawy żebym mógł wyrazić jakąś opinię na ich temat. Przyznam się, że wiele argumentów przemawia mi do przekonania. 
Tylko nie mogę się zorientować czy Lech Wałęsa (agent Bolek czy też nie) przysłużył się spiskowcom z KGB i kapitałowi korporacyjnemu czy też skomplikował ich działania. 

Atmosfera spotkania była bardzo gorąca. Podejrzewam, że gdyby L. Wałesa był gdzieś pod ręka to nie wyszedłby cało.
Goście i dyskutanci poszli pośpiewać przy ognisku. Nie bardzo wiedziałem co ze sobą  zrobić. Na szczęście pod ręką była moja znajoma i poprosiła mnie o pomoc przy sprzątnięciu sali. Odrobina pracy fizycznej bardzo dobrze robi na spokojny sen.

Tagi: 1980
10:16, pharlap
Link Komentarze (2) »
środa, 09 grudnia 2015

Tadeusz

Rok 1980 to wyraźne i zasadnicze rozdzielenie się losów moich i Lecha. Ja zostałem tu, on wyjechał tam. Lukę czasową między moim ostatnim wspomnieniem z bawełnianego kombinatu Fasty, a tym właśnie rokiem wypełnię dość zdawkowo. Całe tło polityczne szczęśliwie Lech akurat opisał w swoim parowozie dziejów. Moje sukcesy w pracy kulturotwórczej spowodowały propozycję zatrudnienia w prasie. W 1974 roku stałem się redaktorem graficznym w miesięczniku społeczno-kulturalnym Kontrasty KLIK To był w czasach gierkowskich jeden z dwóch periodyków regionalnych, który miał oddźwięk w całej Polsce. Drugim była wrocławska Odra. Naczelnym obu był ten sam Klemens Krzyżagórski - człowiek wyjątkowo sprawny organizacyjnie i inteligentny, duża osobowość. Pod koniec lat 70 ocenił, że w PRL źle się dzieje i na prowincji stanie się najgorsze. Porzucił  Kontrasty i nas. Wyjechał do Warszawy i tam niestety zagubił się w zawiłościach politycznych. W roku 1980 funkcjonował dawny zastępca, a teraz naczelny pisma  Dionizy Sidorski, słaby charakter, rozchwiane poglądy, rozdźwięk między prywatnymi sądami a służbowym stanowiskiem. To nie był dla młodego wiekiem i temperamentem zespołu łatwy okres. W końcu my sami, załoga redakcyjna, usunęliśmy go ze stanowiska! Ale to już na początku 1981, wyrzucanie dyrektorów przez załogi było wtedy w modzie.  
Opisywanie moich wystaw obrazów, plenerów, udziałów w konkursach malarskich itp. wydaje mi się banalne, nudne i nikomu niepotrzebne. Pokażę moje rysunki satyryczne z tego roku ostatniego w życiu Lecha w ojczyźnie i ostatniego pokojowego okresu monopolu władzy PZPR. Mój udział znaczący, bo na całej 3 stronie okładki, rozpoczął się w lipcu. Pod konformistycznymi rządami Sidorskiego teksty nie były zbyt odważne, cenzura działała rutynowo. Obrazki były traktowane mniej uważnie i poważnie. Mnie więc przypadła rola łagodnej politycznej opozycji. Rysunki odnoszą się do sytuacji o miesiąc wcześniejszej bo przygotowanie tekstów, skład, druk  nie były  wówczas tak szybkie jak obecnie. Gra z cenzurą polegała na aluzjach, których cenzorzy mogli nie zrozumieć, a czytelnicy owszem. Kontrasty, jak to określił niedawny naczelny Klemens, to legitymacja inteligenta. I na tym jechaliśmy bez rozczarowań! Siedziba cenzury była w tym samym korytarzu co i redakcja. Stosunki były pozornie przyjacielskie, ale podejrzliwość ogromna. Ja od czasów moich publikacji i rysunków z czasów fastowskiej gazetki byłem pod starannym nadzorem. Dziś rysunki polityczne z tamtych czasów są zupełnie nieczytelne. Społeczeństwo nam po prostu spsiało, przykro mi to pisać, ale tak to odczuwam. Trochę głupio się czuję tłumacząc satyryczne rysunki, to jak wyjaśnianie dowcipów, żałosna funkcja dla obu stron. W tamtych czasach PRL-u odbiorcy każdego tekstu, informacji czy rysunku szukali ukrytych podtekstów. Cenzorzy również! Czasami dochodziło do śmiesznych sytuacji.

Lipiec 1980. Propaganda mocno podkreślała warcholstwo i kłótliwość opozycji. Cenzura z tekstu zdjęła słowa "A ja" z którymi wyraźniej widać, że tylko prostytutka konfliktów nie powoduje. Słusznie wyczuli intencję. Fragmentaryczna ingerencja chyba skuteczna nie była, ale ich usprawiedliwiała przed pracodawcą czyli KW PZPR. W cenzurze nie pracowali sami źli ludzie. Na sąsiedniej stronie wiadomość o zmniejszeniu objętości miesięcznika o 1 arkusz z powodu trudności na rynku papierniczym spowodowanych wzrostem cen dewizowych papieru drukarskiego. To był w tamtych czasach towar reglamentowany - objętości i naklady wydawnictw regulowane były przydzialami papieru, taka nieoficjalna kontrola wydawnictw. Bardzo skuteczna.

Sierpień 1980. Propaganda sukcesu i dobrobytu była totalna, wręcz hipnotyzująca. W tym samym czasie w tv funkcjonował niejaki Kaszpirowski, uzdrowiciel telewizyjny. Nasuwa się bardzo brzydki termin zglajszachtowanie. Takie miało być w intencjach PZPR nasze społeczeństwo. Malutki złośliwy detal - miska pod kaloryferem - socjalistyczne zawory w tamtych kaloryferach zawsze przeciekały po próbie regulacji.

Wrzesień 1980. "Aby mieć prowincję daję jej wciąż nowe szanse..." Czy to i dziś nie funkcjonuje? Czy lekceważone obszary Polski nie dają się nadal nabierać na obietnice władców, polityków, czy nie są podatne na manipulacje? Ściana wschodnia to termin już późniejszy, ale już wówczas zjawisko istniało. Podczas szykowania numeru jeszcze nie było pełnych informacji o gdańskich strajkach.

 

 

 

Październik 1980. "Pieje kogut na grzędzie - tak będzie, a gdy zapieje na ziemi to się odmieni". Kogut jak władca i pyszałek, wysoko siedzi. Jak PZPR! Ale gdy spadnie... Cienka to aluzja, nie wychwycona przez cenzurę. A i dla dzisiejszego odbiorcy niezrozumiała. Dawny inteligent (dziś nie ma dawnych inteligentów) rozumiał aluzję, wiedział, że nie można wprost powiedzieć, szukał interpretacji pozornie bezsensownego cytowania ludowego przysłowia. Porozumienia sierpniowe już istniały, kogut zaczynał się chwiać

Listopad 1980. Znów rysunek z ingerencją cenzury. Na pojemniku był napis TV. Usunięty. Bo wiadomo, że TV to tylko polska TVP. Na to był zapis szczególny! Z partyjnego punktu widzenia rysunek nie powinien zostać puszczony - społeczeństwo jako hodowla w klatkach? Ale udało się! A akcja zdrowotnego biegania była wówczas w telewizji lansowana, wyolbrzymiana, taka próba odwracania uwagi od wydarzeń politycznych.

Grudzień 1980. Św. Mikołaj i Dziadek Mróz niosący dary, idący po linie nad przepaścią i jeden z nich mówi do drugiego: Tylko nie podskakuj. Sytuacja wówczas była bardzo gorąca. Ale na święta nie zrobiłem nazbyt prowokacyjnego rysunku, tylko takie dobrotliwe ostrzeżenie.

A potem to już był rok 1981 - dużo zmian. I kilka następnych rysunków. 

Tagi: 1980 cenzura
10:16, tg1940
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 07 grudnia 2015

Lech  Lech

Rok 1980 zaczął się... według mnie już w roku 1976. Wtedy to, po rozruchach robotników, powstał Komitet Obrony Robotników - KOR - pierwszy krok do budowania zorganizowanej opozycji.

Dwa lata później wybrano Polaka na papieża. Nastąpił przypływ ludzi do Kościoła. Wydawało się, że nie ma rzeczy niemożliwych. Wizyta Jana Pawła II w Polsce w 1979 roku zespoliła ludzi. 
Pamiętne słowa na placu Zwycięstwa - niech zstąpi DUCH Twój. Niech zstąpi DUCH Twój i zmieni oblicze ziemi...TEJ ZIEMI!

Również w 1979 roku rozpoczęła się interwencja radziecka w Afganistanie. Do gry włączyły się Stany Zjednoczone. Istniejący układ zaczynał się chwiać.

14 sierpnia wybuchł strajk w Stoczni Gdańskiej. Żądania strajkujących - przywrócenie do pracy Anny Walentynowicz i Lecha Wałęsy, budowa pomnika ofiar grudnia 1970, podwyżka płacy. Nie były to według mnie wielkie żądania, które mogłyby zaniepokoić władze państwa. Władze nie użyły siły, dyrekcja zakładu zasiadła do stołu i próbowała się targować.
Zaskoczeniem dla mnie było, że w ciągu następnych kilku dni do strajku dołączyło kilkanaście, kilkadziesiąt zakładów, powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. 21 sierpnia reprezentował on już 350 zakładów pracy.
Kalendarium sierpniowych wydarzeń tutaj - KLIK

Nie potrafię sobie przypomnieć jak odbierałem te wydarzenia - pewnie trochę sceptycznie a trochę z niepokojem - w którymś momencie władza zareaguje siłą.
Zaskoczyło mnie, że Janek N, który został wraz ze mną przyjęty do pracy w Kuwejcie, mocno zaangażował się w akcję strajkową. W każdy weekend latał do Gdańska.
- Co ty tam robisz - pytałem.
- Wszystko co mi polecą. Odbijam ulotki, przygotowuję posiłki, co tylko wpadnie w ręce.
A co myśłi o komitecie strajkowym? - Wałęsa to prosty robotnik - odpowiadał - na szczęście jest otoczony przez mądrych ludzi i to oni wszystkim kierują.
- Jakich mądrych ludzi?
- Mazowiecki, Geremek.
Nie wzbudzało to we mnie wielkiego zaufania.

W ostatnich dniach sierpnia rząd podpisał porozumienia z 4 głównymi komitetami strajkowymi. Podstawą było 21 postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego - KLIK.
Nie wydały mi się one wielką rewelacją. 

Długopis

Po pierwsze raziła mnie ostentacja L. Wałęsy - ten długopis, Matka Boska w klapie. W porónaniu z nim minister Jagielski wygladał na męża stanu.

Po drugie - postulaty...
Pierwszy i najważniejszy - wolne, niezależne związki zawodowe - ten postulat miał wymiar polityczny, ale wydawało mi się, że to z upływem czasu jakoś się rozmyje.
Postulat 2 - prawo do strajku.  To pachniało mi liberum weto. 
Dużą ilość postulatów takich jak - wolność słowa, wyprowadzenie kraju z kryzysu, polepszenie warunków pracy służby zdrowia, dobór kadry kierowniczej stosując kryterium kwalifikacji zawodowych, pełne zaopatrzenie rynku w produkty żywnościowe. zapewnienie odpowiedniej ilości miejsc w żłobkach i przedszkolach, skrócenie czasu oczekiwania na mieszkania - uznałem za pobożne życzenia. Kolejne rządy, od wielu lat, zapewniały, że właśnie to robią, dlaczego teraz ma być inaczej?
Patrząc na obecną sytuację w Polsce odnoszę wrażenie , że spełnił się tylko postulat poprawy zaopatrzenia w żywność.
Kilka postulatów było konkretnych -  wprowadzić kartki na mięso i niektóre przetwory - z tym się zgadzałem, skończyć z tą loterią w sklepach.
Ale taki konkretny postulat (nr 14) - obniżyć wiek emerytalny do 50 lat dla kobiet, 55 dla mężczyzn. Ciekaw jestem co o tym myślą obecni obywatele i partie polityczne w Polsce.

Charakterystyczna dla mnie była reakcja jednego z moich szefów - Krzysztofa. To był urodzony działacz społeczny. Pamiętałem go jeszcze ze studiów gdzie był członkiem każdej organizacji społecznej. Wyznał mi kiedyś, że jest nawet członkiem ZBoWiD - Związku Bojowników o Wolność i Demokrację - KLIK. Jak to możliwe? Toż to był związek kombatantów II Wojny Światowej a Krzysztof był w moim wieku. Moja matka była ze mną w ciąży podczas kampanii wrześniowej 1939 - odpowiedział.
Nie zdziwiło mnie więc gdy porozumienia sierpniowe dodały mu energii. Skrzyknął wokół siebie starych wyjadaczy związkowych - przecież nam  zawsze właśnie o to chodziło.

Pierwszy w PRL niezależny związek zawodowy powstał właśnie w LOCie. Był to związek zawodowy pilotów (a może personelu latającego). Wtedy było to mocno nagłaśniane, teraz nie mogę znaleźć w internecie żadnej informacji na ten temat. 
Przeczytałem statut związku i zmroziło mnie - większość statutu to były przywileje specyficzne dla personelu latającego. To wyraźnie tworzyło nową, uprzywilejowaną, klasę. To była niewielka grupa ludzi, ale ich strajk oznaczał paraliż całej firmy. Z drugiej strony, ponieważ grupa była niewielka to  spełnienie ich wymagań nie było dla LOTu zbyt trudne.
A więc znowu - równi i równiejsi - tylko kryteria będą inne - pomyślałem. 

Niewątpliwie będący w trakcie załatwiania kontrakt w Kuwejcie miał wpływ na moją ocenę sytuacji. Wiele osób wokół mnie przyjęło zmiany entuzjastycznie. 

poniedziałek, 30 listopada 2015

W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji, 
Rybak naprawia błyszczącą sieć. 
Skaczą w morzu wesołe delfiny, 
Młode wróble czepiają się rynny 
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata 
Kobiety idą polem pod parasolkami, 
Pijak zasypia na brzegu trawnika, 
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa 
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa, 
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa 
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów, 
Są zawiedzeni. 
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb, 
Nie wierzą, że staje się już. 
Dopóki słońce i księżyc są w górze, 
Dopóki trzmiel nawiedza różę, 
Dopóki dzieci różowe się rodzą, 
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem, 
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie, 
Powiada przewiązując pomidory: 
Innego końca świata nie będzie, 
Innego końca świata nie będzie.

Czesław Miłosz - Piosenka o końcu świata.

Lech  Lech

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rok 1980, Niedziela Palmowa, która została wyznaczona na niedzielę handlową (większość sklepów otwarta) przed nadchodząca Wielkanocą. 

Sylwia wyszła z Anią po zakupy i odwiedzić koleżankę, zostałem w domu z Michałem. Wczesnym popołudniem do drzwi zadzwonił pan wojskowy
- Obywatel Milewski? Wezwanie na ćwiczenia wojskowe... o, proszę - podał mi dokument - proszę zabrać potrzebne dokumenty i jedziemy. 

Przypomnę, że podczas studiów odbywałem regularną służbę wojskową i po ostatnim obozie wojskowym - rok 1963 - zostałem przeniesiony do rezerwy w stopniu kaprala podchorążego. Zapowiedziano nam, że zostaniemy wezwani na 3-miesięczny obóz, po ukończeniu którego dostaniemy awans na podporucznika. Lata mijały i nie słyszałem żeby wezwali któregokolwiek z moich kolegów więc miałem nadzieję, że doczekam wieku 40 lat - to już za rok - i to zakończy moją karierę wojskową.
Czyżby jednak mnie dopadli? Przeczytałem wezwanie - wynikało z niego, że to 3-dniowe ćwiczenia. Odetchnąłem z ulgą.

Pan wojskowy niecierpliwił się - samochód czeka, musimy jeszcze podebrać kilka osób...
- Chwileczkę, czy ja mam wziąć syna ze sobą? - wskazałem Michała. 
- W żadnym wypadku, przecież żona...
- Żona wyszła i nie wiem kiedy wróci - handlowa niedziela.
- To może obywatel zostawi u sąsiadów?
.....
Stanęło na tym, że jak tylko żona wróci to pojadę pod wskazany adres.
- Byle przed 6. - nalegał wojskowy - bo potem przyślemy po obywatela WSW (policja wojskowa).

Sylwia wróciła przed 6. Zgodnie z instrukcją wziąłem książeczkę wojskową i pojechałem tramwajem na Okęcie. Zbiórka była w bazie transportowej na ulicy Łopuszańskiej, tuż za zakładami ZELMOT, w których pracowałem 10 lat temu.
W stronę bazy szło sporo osób. Wkrótce obstąpili nas handlarze wódką.
- Pan kierowca? Napij się pan dobrze bo inaczej będziesz pan całą noc ciężarówkę prowadził.
To był poważny argument. Na szczęście mnie nie dotyczył bo nie wziąłem prawa jazdy. Wielu mężczyzn kupowało alkohol i spożywało go na miejscu gdyż podobno w bramie rewidowali.

Odczekałem w kolejce do rejestracji i wręczyłem wezwanie i książeczkę wojskową.
- Prawo jazdy - zażądał rejestrujący nas oficer.
- Nie wziąłem.
- Jak to nie wzięliście? - oficer zaniemówił.
- W instrukcji pisało tylko żeby wziąć książeczkę wojskową. Nie wziąłem żadnych innych dokumentów żeby się nie zniszczyły podczas ćwiczeń.
Oficer sapał ze zdenerwowania - toż przed dwa lata wbijaliśmy wam w głowę, że jesteście kierowcą. Co za baran!
Wolałem nie wspominać, że jestem kapralem podchorążym i szkolono mnie na stanowisku dowódcy drużyny, a może nawet plutonu samochodowego.

Polecono nam czekać na dalszy ciąg wydarzeń. Atmosferę nieco ożywił jeden z "poborowych". Był lekko upity, na wesoło. Poprosił o pozwolenie skorzystania z telefonu gdyż wyszedł nie powiadomiwszy rodziny.
- Zośka, słuchaj uważnie. Wojna idzie! Nic więcej ci nie powiem bo mnie tu słyszą. Leć do sklepu i kupuj mąkę, ziemniaki, co sie da, no sama wiesz...
- Proszę natychmiast to przerwać! - zainterweniował oficer.
- Zabierają mi telefon - krzyknął rozpaczliwym głosem - pamiętaj co mówiłem, powiedz matce i siostrze. Dbaj o dzieciaki bo nie wiem kiedy się zobaczymyyyyy....

Wreszcze, koło 8. zakończono rejestrację. Wydano nam ekwipunek, chyba nie dostaliśmy broni. Oficer polecił żeby zgłosili się trzeźwi kierowcy. Nie było ich wielu, ale braki uzupełniono kierowcami wojskowymi. Przewieźli nas do jednostki wojskowej na Pradze. Tam wydali nam posiłek i powiadomili o dalszym planie. Jutro - poniedziałek - wyruszymy bardzo wcześnie żeby nie zakłócić ruchu transport komunalnego. Pobudka o 4. Teraz dostaniemy prowiant na śniadanie gdyż rano nie będzie czasu na posiłek.
Po odbiorze prowiantu odbył się apel naszej kompanii...
- Słyszeliście żołnierze, pobudka o 4. Zarządzam pobudkę kompanii o 3. żebyśmy zdążyli się porządnie i bez pośpiechu spakować. Do namiotów, na wypoczynek nocny, rozejść się!
Namiot był obszerny, porządne polowe łóżka. Zaczęliśmy szykować się do snu, ale przerwał nam dowódca naszego plutonu...
- Pobudka kompanii o 3. słyszeliście. My zrobimy cichą pobudkę, o 2. to się pierwsi załadujemy i będziemy mieli spokój. A teraz chłopaki nie kładźcie się. Porozpinamy wszystkie wiązania w namiocie bo rano będzie za duże zamieszanie.
Porozpinaliśmy. Cała konstrukcja chwiała się na lekkim wietrze. Całe szczęście, że nie było silnego wiatru czy deszczu. Była już pewnie 11. Dowódca plutonu i kilka osób nie kładło się spać, chyba grali w karty.

O 2. dowódca osobiście każdym potrząsnął - cicha pobudka. Spakowaliśmy się, zlożyliśmy namiot i łózka. Za chwilę przybiegł do nas wartownik - co tu się dzieje? Cisza nocna! Postawić mi tu natychmiast ten namiot spowrotem.
Postawiliśmy prowizorycznie. Wkrótce pobudka kompanii. Nie pozwolili nam jeszcze składać namiotów. Wreszcie 5. - oficjalna pobudka. Za kilka minut byliśmy gotowi do drogi. Minęła godzina, jak oni zamierzają uniknąć korków na ulicach?
Bardzo prosto, przyszło polecenie komendy ruchu Milicji Obywatelskiej, żeby nie wyruszać przed 10. Uruchomiono kuchnię i polecono wydać nam śniadanie. W drogę ruszyliśmy koło południa.

Jechaliśmy gdzieś na wschód. Do celu dojechaliśmy dość późno, lekko mżyło. Dowództwo uznało, że już za późno na rozbijanie namiotów. Nocleg pod namiotami z pałatek... 

Namiot

Na internecie zauważyłem, że obecnie pałatka jest w Polsce całkiem popularna. Inne nazwy to peleryna wędkarska i poncho. Produkowane z dobrych materiałów, starannie wykończone. Nasze pałatki były zgrzebne, z jasno-zielonego brezentu, nie było wątpliwości, że to moda z Kraju Rad. Nie miały też żadnych zatrzasków ani nawet guzików. Zamiast guzików były drewniane kołki. To było praktyczne rozwiązanie - gdy kołek się urwał można było go zastąpić kawałkiem gałęzi.

Zgodnie z regulaminem namiot budowało się z trzech pałatek. Nie był zbyt szczelny, brezent łomotał na wietrze, przez szpary wlewała się woda. Chyba wcale nie spałem. Na szczęście pobudka była nie o regulaminowej 6., ale dużo wcześniej. Nie pobudka - ALARM!
Poprowadzono nas na dużą łąkę. Dopiero wtedy zorientowałem się jak dużo nas było. Deszcz rozpadał się na dobre. Za chwilę przybył dowódca zgrupowania. Wyskoczył z samochodu i szedł w stronę prowizorycznego podium dyskutując o czymś z oficerami.
Padły komendy - zgromadzony tłum zamarł w skupieniu...
- Żołnierze! Pół godziny temu dostałem specjalny komunikat ze Sztabu Generalnego - wróg napadł nasz kraj... 

Nie! Nie, to niemożliwe! To nie może tak być! - czułem zimny skurcz w sercu. Przez zgrupowanie przebiegł jęk przerażenia. Ktoś w pobliżu wybuchl płaczem...
- Syn mi się wczoraj urodził! Jeszcze go nie widziałem, czy ja go w ogóle zobaczę?
Rozum powtarzał w kółko jedną frazę - to tylko ćwiczenia, to tylko ćwiczenia.
Dowódca kontynuował - atak nastąpił z powietrza, nasze wojska nie dały się zaskoczyć, walka powietrzna trwa, wojska lądowe jeszcze nia naruszyły naszych granic, ale wróg zrzuca na spadochronach niewielkie grupy dywersantów. Równiez w naszych okolicach. W związku z tym zarządza się stan wyjątkowej czujności oraz zakaz opuszczania terenu zgrupowania. Dzisiaj, po kolacji, zabrania się odwiedzin w pobliskiej wsi a szczególnie zabrania się zakupu alkoholu gdyż może być zatruty.

To ostatnie całkowicie rozładowało napięcie, rozległy się śmiechy, Radośnie wróciliśmy do obozu ustawić namioty. Reszty dnia nie pamiętam. Po kolacji ogłoszono kolejny alarm - dywersanci są we wsi i mogą nas zaatakować. Postaliśmy trochę ukryci w krzakach wypatrując wroga. Jedna osoba - w cywilu telewizyjny reporter sportowy - miała broń, pistolet. Wyciągnął go wzbudzając śmiech otoczenia.
Alarm odwołano w porę i punktualnie o 10 położyliśmy się spać.
Następny dzień to pakowanie i powrót do Warszawy. Bez pośpiechu, żeby dojechać gdy zmniejszy sie popołudniowy ruch na ulicach.

Tagi: 1980 wojsko
07:11, pharlap
Link Komentarze (2) »