Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: Wiesia

piątek, 27 listopada 2015

Wiesia  Wiesia

Bieruta przywiezionego z Moskwy wystawiono na widok publiczny w gmachu KC PZPR. Stała nad nim palma. Należało przechodzić prawie biegiem, stojąc wcześniej w kolejce, która zaczynała się na Krakowskim Przedmieściu, ciągnęła przez Nowy  Świat i przecinała Aleje Jerozolimskie. Przestałam w tej kolejce z koleżankami prawie całą noc.
Kolejka dyskutowała swobodnie, ludzie rozmawiali ze sobą jakby byli w domu. Z czymś takim jeszcze się nie spotkałam,  każdy wiedział, że do obcych mówi się co innego, niż do swoich. Hamulce wyraźnie puściły. Żartowano, że Bierut pojechał w futerku, a wrócił otruty  w kuferku.
Nikt ze stojących nie przyjął wiadomości o jakimś zawale. Wojsko roznosiło gorącą kawę zbożową. Ktoś głośno i bez przeszkód perorował, że w KC zobaczymy sobowtóra Bieruta, prawdziwego kilka lat wcześniej otruł oficer NKWD. Usłyszałyśmy, że tak samo zginął przywódca Czechosłowacji Klement Gottwald, który wrócił z Moskwy żywy, ponieważ w jego przypadku zastosowano truciznę działającą z opóźnieniem.
Takich opowieści czasem wyssanych z palca krążyło bez liku.
Był marzec. W październiku nie celowo, ale przypadkowo znalazłam się wśród półmilionowego tłumu na Placu Defilad, kiedy przemawiał Władysław Gomułka. Bałam się, że mnie uduszą, z trudem stamtąd się wydostałam. Słyszałam, jak wołają „Rokossowski do Moskwy!”

Prawdopodobnie w wyniku tzw. gomułkowskiej odwilży w naszej klasie mieliśmy nową koleżankę Marysię Malawko, rodowitą lwowiankę, złote serce. Przyjechała z Wilna. Do Polski w tym czasie wróciło 29 tys. Polaków. Po maturze Marysia, którą  koledzy nazywali Myńką, została studentką Wydziału Matematyki Uniwersytetu Warszawskiego, potem doktorem nauk matematycznych.
Wskazówki zegara przesunęły się i naszą szkołę na Smoczej opuściła Krysia Zielińska. Na pływalni ledwo udawało mi się wepchnąć jej gęste, czarne włosy pod czepek, bo sama nie dawała sobie z nimi rady. Rozpuszczone przykrywały Kryśki plecy, jak falujący płaszcz. Nagle jej zabrakło. Po pewnym czasie dowiedziałam się, że została wybrana wicemiss Tel Awiwu.

Partyjniacy wzięli się jeszcze mocniej za głowy, zwyciężyła frakcja Gomułki. Ważni dla szaraków ludzie w białym gmachu, w którym wystawiono w marcu Bieruta, mieli na biurkach fotografie, ze wspólnych polowań z aktualnym, pierwszym sekretarzem KC PZPR.
Polska z przerażeniem przyjęła najazd radzieckich czołgów na Węgry i utopieniu węgierskiego powstania w morzu krwi.

W Chórze Dziecięcym Filharmonii Warszawskiej dowiadywałam się o strasznych szczegółach. Zbieg okoliczności, że po serii koncertów polskiej muzyki dawnej, nasz Chór ciężko przedtem pracując był gotowy do zaprezentowania muzyki Bela Bartoka. Tak się złożyło, że wchodziliśmy na scenę Sali koncertowej w budynku przy Jasnej, kiedy w Budapeszcie kolejny dzień lała się krew. Publiczność na stojąco słuchała pieśni węgierskiego kompozytora. Bisy się nie kończyły, dyrygent Witold Rowicki, pod batutą którego zawsze występowaliśmy, kłaniał się nisko.
Po koncercie zbierano pieniądze, żeby pomóc walczącym braciom. Wśród banknotów znajdowały się pierścionki i obrączki, koło historii próbowało zatoczyć swoje koło. Z Chórem Filharmonii parokrotnie wyjeżdżałam na kolonie. Odwiedzał nas nie tylko  Witold Rowicki, którego córka Magda śpiewała w drugich głosach, ale i Witold Lutosławski, żeby posłuchać jak  ćwiczymy jego kompozycje dla dzieci.
W Sławnie próbowaliśmy m. in. psalmy Mikołaja Gomółki, w dużym budynku poniemieckiej szkoły, w nim chór mógł mieszkać razem. W Deszcznie rozlokowano nas w domach prywatnych. Profesor Stanisław Wasiak, kierownik zespołu, przechadzał się pod oknami tych domów z dubeltówką na plecach do północy, pilnując, żeby nikomu nic się nie stało. Uważał, że Filharmonia i on osobiście przyczyni się do uczynienia z nas, jak mówił, kulturtragen. Przestrzegał, że wyróżnikiem nosicieli kultury jest szacunek dla innych.

Mijały ostatnie wspólne miesiące z moją przyjaciółką Maliną. Jej mama Maria Marcinkowska z domu Wiłkomirska usiłowała nas uczyć gramatyki niemieckiej, chociaż w tym języku nie była biegła. Śmieszył nas Plusquamperfekt, nie dlatego, że mówi o sytuacji lub zdarzeniu z przeszłości, które wydarzyło się przed tym zdarzeniem, czy sytuacją w jeszcze dalszej przeszłości, ale ta nazwa!  Insekty na Muranowie długo dawały się we znaki. Pani Marcinkowska zrezygnowana, spoglądała na nas ze smutkiem.

Czas niepotrzebnie przyspieszył, mama Maliny  zmarła w szpitalu na Oczki. W szpitalnej sali było okropnie zimno, poprosiła o grzejnik, kiedy go przyniosłyśmy usiadła na łóżku, rozcierając  zziębnięte nogi i nagle do tyłu upadła. Powiedzieli, że skrzep dostał się do serca. Malina została sama. Z piwnicy wyniosłyśmy na górę dwie skrzynie, które kiedyś pokazała jej mama. Były w nich dziwne ubrania, długie rzeźbione białe fajki i przeróżne ozdoby. Pani Marcinkowska przed wojną razem ze swoim mężem dużo podróżowała po świecie i w tych nie otwieranych  przez lata skrzyniach zamknęła wspomnienia zupełnie innego życia, niż my dotąd poznałyśmy, Przerzuciłyśmy zdjęcia państwa Marcinkowskich pod palmami w Egipcie i w Monte Carlo. Nie pomogło przebranie w japońskie kimona. Mimowolnie oczy wędrowały w stronę drzwi wejściowych do jednopokojowego mieszkania z wnęką na kuchnię, jakby mama Maliny zaraz miała nadejść. Kiedy u niej byłam Malinę odwiedziła Wanda ze swoim mężem Mieczysławem Rakowskim, do którego pani Marcinkowska miała zastrzeżenia, gdy przychodził, jako narzeczony Wandzi.
Wolałabym nie pamiętać tej wizyty, ale cóż, była. Chcemy, czy nie, czas przeszły nie znika. Niektórzy uważają, że i czas przyszły wisi gdzieś nad nami, jak makaron. Malinę zabrano do Lublina, tam zdawała maturę.

Szkoła na Smoczej otrzymała imię Romualda Traugutta. Mieliśmy już nową dyrektorkę Janinę Starzycką. Ściągnęła  do nas nauczycielkę historii Janinę Kolendo, która dość często prosiła, żebyśmy zamknęli książki, a kto chce niech zapisuje to co będzie mówić. Było o Legionach i Błękitnej Armii, drugiej wojnie  w Europie i na Pacyfiku…. Nie tylko ja przechowuję jak relikwie dwa bruliony wykładów tej niezwykłej nauczycielki.
Dyrektor Starzycka przyjęła na Smoczą  nowego, wymagającego nauczyciela matematyki. Narobiłam sobie zaległości, było kiepsko i z trygonometrią i z algebrą. Miałam szczęście, moim chłopakiem został najlepszy w szkole matematyk, wkrótce finalista IX Olimpiady Matematycznej. Był wzorem odpowiedzialności i spokoju. Z uporem, wlewał mi rozum do głowy. Jego babcia uważnie się we mnie wpatrując i stukając w podłogę laseczką powiedziała do mnie kiedyś - pamiętaj, on jest herbu Topór - wizerunek herbu Topór i lista rodów tutaj - KLIK.  Po maturze wybrał  Wydział Łączności na Politechnice Warszawskiej, ja zaczęłam studia na Filologii Polskiej Uniwersytetu.

Życie mojej rodziny i moje osobiste wkrótce się skomplikowało, ale te zawirowania, dla mnie fundamentalne, nie są istotne dla zamieszczanych wpisów, które przecież nie są życiorysami. Mogłam studiować także po urlopie dziekańskim. Na myśl mi nie przyszło, że z braku środków nie dam rady. Udzielałam korepetycji, pisałam referaty dla Ligi Kobiet, siedziałam po nocach w drukarni przy Okopowej i Domu Słowa Polskiego, jako korektorka.
Studia magisterskie i pomagisterskie na uczelniach były bezpłatne. Studiowałam z Wojtkiem Młynarskim, Jackiem Fuksiewiczem, Andrzejem Wernerem. Historię literatury wykładał profesor Julian Krzyżanowski, logikę Jerzy Peltz, zajęcia z logiki prowadziła Barbara Stanosz, oboje namaszczeni przez profesora Jana Kotarbińskiego. Historia filmu należała do Aleksandra Jackowskiego, języka polskiego do profesora Stanisława Skorupki, poezja dwudziestolecia - Artura Sandauera.
Filozofię  wykładał profesor Leszek Kołakowski, autor bestsellera „13 bajek z królestwa Lajlonii”,  w zapełnionym po brzegi Audytorium Maximum. Nie tylko studenci Uniwersytetu Warszawskiego, ale i innych uczelni, chcieli mieć podpis Kołakowskiego w swoich indeksach. Był uwielbiany.
W czasie egzaminu, który zdawałam u Marka Fritzhanda nadmiernie zachwycając się „Myślą etyczną młodego Marksa”, profesor chcąc sprowadzić mnie na ziemię zapytał, kto właściwie tak bardzo mi się podoba, młody Marks, czy stary Fritzhand? Bo broszura, którą mu streszczam, to jest jego interpretacja myśli młodego Marksa.
Pracę magisterską z pogranicza literatury i socjologii pisałam pod kierownictwem Stefana Żółkiewskiego. Ponownie zaczęłam ubiegać się o indeks. Zdałam egzaminy i zostałam przyjęta Studium Dziennikarskie. Złożyłam podanie i dostałam stypendium, bony na śniadania obiady i kolacje w stołówce studenckiej na Krakowskim Przedmieściu. Dziekan powiedział, że mogliby mi przyznać miejsce w akademiku, gdybym nie była zameldowana w Warszawie. Po paru miesiącach zostałam sekretarzem redakcji tygodnika „Politechnik”. Zbliżał się rok 1968.

Tagi: Wiesia
09:59, pharlap
Link Komentarze (9) »
środa, 11 listopada 2015

Wiesia  Wiesia

Po zakończeniu  pierwszej licealnej kolejny raz byłam w Krakowie. Przyjechałam razem z rodzicami. Jak zwykle na drugi dzień czekał  na nas w swoim atelier przy Szewskiej wujek Karaś. Wiele jego prac uznano za dokumenty. Można je obejrzeć w Muzeum Historycznym Miasta Krakowa. Najsłynniejsze zdjęcie Adama Karasia rejestruje manifestację mieszkańców Krakowa tuż po zajęciu odwachu 31 października 1918 r. Kraków, jako pierwsze polskie miasto po 123 latach niewoli odzyskał niepodległość. Cała rodzina krakowska uważała, że wolność nadeszła z Krakowa i gdyby nie Kraków świat by się na pewno zawalił. Od dziecka słyszałam, że jestem krakowianką. Prawie przez 80 lat wujek Karaś stał na posterunku dokumentując wydarzenia na Wawelu i w mieście.
Na stronie opisującej wystawę historycznych fotografii Krakowa można znaleźć:
Niewątpliwie najważniejsze zdjęcie wykonał słynny krakowski fotograf Adam Karaś, który zarejestrował zajęcie odwachu 31 października 1918 roku - KLIK.

Od Lecha - polecam kliknąć guzik - Następny - Brygadier Piłsudski w Krakowie.
 
Słynął, jako twórca dowcipnych, nostalgicznych lub refleksyjnych fotomontaży wielkości kartek pocztowych, a przede wszystkim z  niekonwencjonalnych zdjęć portretowych. Wiele osób zachowywało swoje Portrety z Szewskiej tylko dla siebie, gdyż fotografowani nie zawsze wyglądali się na nich zbyt pięknie. W atelier wujka, ci, którzy tam wchodzili nabierali humoru i wigoru. Jakże można było dalej trwać w beznadziei, kiedy zaraz po wojnie, a nawet w latach pięćdziesiątych i później, Wujek igrając z ogniem wyciągał skrzynkę zapełnioną zdjęciami żołnierzy 1. Frontu Ukraińskiego marszałka Koniewa, sfotografowanych w jego zakładzie w zegarkach od nadgarstków po łokcie. Pokazywał te fotografie komu chciał. Od zdjęć u wujka nikt z rodziny nie mógł się wymigać, każdy miał obowiązek zostawić u niego „swój wizerunek dla potomności”. Siadałam, wujek podjeżdżał ze swoim ogromnym aparatem własnej konstrukcji. Z tyłu tej przedziwnej maszynerii zagrzebywał głowę w jakieś szmaty i stamtąd stłumionym głosem wymuszał śmiech.
Z powodu krzywych zębów na górze starałam się nie uśmiechać, ale Wujek  nawet do odsłonięcia swojej duszy, jeśli tylko chciał, różnymi sztuczkami zmusił każdego.  Przysięgłam sobie, że tym razem mowy nie ma, nie poddam się.
Zapytał mnie o narzeczonego i kiedy  ślub? Zdjęcie wykonał podstępnie, kiedy ze złością odpowiedziałam:  Wujku, coś ty? Kwaśna, zbolała mina, zmarszczone czoło i krzywulce w buzi złożyły się na portret, który potem długo wisiał w gablocie przy Szewskiej 12. Na nic były moje prośby, żeby wreszcie zdjęcie zdjął, upierał się, że ono coś „wyraża” i  że tylko fotografia prawdę mi powie.
W Warszawie normalny fotograf zrobił mi zdjęcie, na którym wyglądam ładnie. Całe szczęście, że z naszej klasy nikt mojego portretu wykonanego przez wujka Karasia nie widział.  Szczególnie jeden chłopak, na którego uwagę zwróciła mi moja przyjaciółka Malina. Fajny jest – oceniła – i mi go nie szarp, kiedy pociągnęłam go kiedyś za krzywo założoną chustę. Nic nie odpowiedział.

Wujek w czasie nędzy mięsnej w sklepach wyczarowywał skądś wielką szynkę, albo pęto kiełbasy – umieszczał za zasłonką i kiedy zależało mu na osłupieniu, albo uśmiechu od ucha do ucha, odsłaniał delikates i wygłaszał  przed nim krótki  polityczny, albo romantyczny komentarz.
Podczas obiadu w eleganckiej restauracji mama mało nie spaliła się ze wstydu – Wujek zapłacił rachunek pieniędzmi, które wywlókł z trudem, banknot po banknocie, z nylonowej pończochy. Ojciec głośno śmiał się z widowiska, żona Wujka, ciocia Henia nie reagowała, kelnerka znała wujkowe popisy, ale Mama czerwona, jak burak po wyjściu z lokalu była wściekła. Panowie szybko ją udobruchali kupując kwiaty. Wręczali je mamie na Rynku klęcząc wśród gołębi. Tato tak się rozochocił, że głośno zaśpiewał, to co Mamie w domu śpiewał często „Nino, ach uśmiechnij się…”, nie ciągnął dalej, bo jęknęła, że naprawdę ma tego dosyć. Jeszcze trochę i pęknie jej głowa, albo zemdleje.

Po pobycie w Krakowie wyruszyłam z ojcem do Zakopanego, miałam iść z nim w góry trasą, którą przebył z kolegami ze szkoły przed wojną. Słusznie z góry założył, że nie dam rady. W schronisku na Polanie Chochołowskiej, w którym skończyła się nasza eskapada, spotkaliśmy kilku Duńczyków. Przyjechali do Polski delegowani  i wspomagani finansowo przez jakąś duńską partię na V Światowy Festiwal Młodzieży, ale po jednodniowym pobycie w Warszawie ruszyli w Tatry. Z tego co powiedzieli, zaczęli górską wspinaczkę kolejką na Kasprowy. Przed naszym wyjazdem Warszawę została tak udekorowana, że trudno ją było poznać.  Otwarto Stadion Dziesięciolecia, podziwiać można było Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina, na razie jeszcze nie oddany do użytku, choć budowniczowie gonili czas się, nie dali rady. Trochę, ale nie za bardzo było mi szkoda, że wyjeżdżam. Nie byłam zbyt zdziwiona, że goście z Danii zamiast uczestniczyć w festiwalowych imprezach, w których miało wziąć udział 30 tys. uczestników ze 114 krajów wybrali  wejście na Wołowiec i Trzydniowiański Wierch. Mówili nie tylko po duńsku, ale i po niemiecku.

W liceum na Smoczej 6 (dzisiaj budynek zajmuje Zespół Szkół Plastycznych im. Wojciecha Gersona) przydzielona zostałam do klasy z językiem  niemieckim, ale, wstyd powiedzieć, po roku nauki niemieckiego nie znałam tego języka prawie wcale. Tłumaczami byli Tato i chłopak, którego spotkaliśmy na Chochołowskiej - Jarek Trylski. Z dyskusji Jarka z  Duńczykami dowiedziałam się, że w Londynie został opublikowany manifest podpisany przez Alberta Einsteina przeciwko używaniu broni jądrowej. Jarek po niemiecku  mówił płynnie. W szkole uczył się francuskiego, a niemieckiego nauczyła go ciocia, która go wychowała i czekała na niego w Zakopanem. Rodziców nie miał. Mieszkał na Żoliborzu. Kiedy Duńczycy go zapytali, czy jak dorośnie zostanie komunistą, odpowiedział,  że zostanie fizykiem.

P.S. Od Lecha - dziękuję Wiesiu za przygotowanie tego wpisu tuż przed rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości, chociaż Kraków był trochę szybszy.

Tagi: Wiesia
10:31, pharlap
Link Komentarze (1) »
środa, 28 października 2015

Wiesia  Wiesia

Czekałam na zaćmienie Słońca. Zapowiedziano je 30 czerwca, zaraz po zakończeniu nauki na Nowolipiu. W Warszawie przewidywano niecałkowite, w Sejnach i Suwałkach zupełne.

Kolejne zaćmienie całkowite widoczne z Polski oschły wektor informacji wskazywał dopiero w roku w 2135 r. po południu.
Miałabym wtedy 181 lat i pół dnia. Wiedziałam, że zaćmienia są normalnymi zjawiskami astronomicznymi, a nie wynikiem czarów, czy kary boskiej. Wiedziałam, że zaćmienie nastąpi i przeminie. Nie ma obawy, potem Słońce dalej zacznie docierać do każdego zakątka Ziemi. Niepełne zaćmienia Słońca należą do widowisk stosunkowo rzadkich i wzbudzają zainteresowanie. Gdzieś usłyszałam, że najbliższe lata po zaćmieniu całkowitym zapowiadają się nie najlepiej i trzeba je będzie umieć przeżyć.
 Bolesława Prusa zainspirowało zaćmienie Słońca  w sierpniu 1887 r. i  dlatego napisał Faraona. Jakich bohaterów i antybohaterów przedstawiłby pisarz dzisiaj? Jak wyglądałby jego współczesny Herhor ogłupiający biedny lud? Rozmyślałam, czy w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej ktoś dałby się nabrać, że zaćmienie Słońca może oznaczać koniec świata i jest karą za grzechy. Mowy nie ma – skonstatowałam wpatrując się w świadectwo ukończenia szkoły podstawowej - taki głupi nikt już u nas nie jest.

Na świadectwie nie miałam ani jednej czwórki, mózg mi wysechł dopiero w szkole średniej. Za świadectwo dostałam od rodziców wieczne pióro ze złotą stalówką. Zrozumiałe, że było „wieczne”, tylko z nazwy. Pompka do nabierania atramentu szybko się zepsuła i już przestało być „wieczne”. „Wieczności” nie ma, bo być nie może – uważałam - ponieważ nie mogłam jej sobie wyobrazić. Odrzuciłam też istnienie nieskończoności, przeze mnie niepojmowalnej. Najdłuższa nić na największej na świecie szpulce musi przecież mieć swój koniec - rozumowałam. Zastanawiałam się nad  żelaznym jądrem Ziemi, pełna obaw, że kiedyś przecież wystygnie. Mielibyśmy wtedy problem, ponieważ  generuje pole magnetyczne, które podobno ratuje ludzkość przed zabójczym promieniowaniem z Kosmosu. Ale rozum ludzi sobie z tym poradzi, bera zimnaja Miczurina jest kilka razy większa od normalnych gruszek, od nich smaczniejsza i może owocować daleko na północy. Radzieccy uczeni zawracają bieg rzek, a pustynie zamieniają w pola kukurydzy. Kto wie, czy nad potęgą mózgów uczonych poznanych w szkole nie zastanawiałabym się dalej, dochodząc do wniosku, że potęga człowieka jest niezmierzona, jeżeli tylko chce się uczyć, gdyby do drzwi nie zapukał sąsiad Ziutek Gawron młodszy ode mnie o dwa lata. Jego matka całą duszą pragnęła, żeby Ziutek został milicjantem, ale nie takim bez matury. Widziała swojego jedynego syna za biurkiem w Pałacu Mostowskich w mundurze. Przychodził do nas często i odrabiałam z nim lekcje, nieraz przedmiot po przedmiocie. Ale przecież tym razem nie o odrabianie lekcji mu chodziło. Zaczęły się już wakacje!
 Ziutek przyszedł w sprawie zaćmienia. Na kolonie wyjeżdżał tak jak ja i inni z naszej klasy dopiero za dwa tygodnie. Miał czas. Właśnie znalazł spory kawałek szkła z rozbitej szyby i chciał się czymś się przysłużyć mieszkańcom naszej klatki schodowej od Styczyńskich mieszkających na samej górze, po Roeslerów na dole. Ziutek postanowił rozbić szkło na kawałki, okopcić je, rozdać, żebyśmy razem mogli bezpiecznie oglądać, jak Księżyc nasuwa się na tarczę słoneczną. Słyszał przez radio, że ze względu na wzrok, gołym okiem  zaćmienia oglądać nie można. Drabinę na dach naprawiłem – zameldował –  nie brakuje już w niej żadnego szczebla. Dach na bloku, służył nam często. W słoneczne dni opalało się na nim sporo osób, chociaż miał dziwaczne wybrzuszenia i łatwo można się było z niego zsunąć. Moce niebieskie czuwały, gdy[W1]  na dachu popychaliśmy się ostro dla zabawy, zręczne czepiając kominów, że nigdy nikomu nic się nie stało.
Następnego dnia – zaskoczenie, Tato i jego przyjaciel Władzio Wicher zaproponowali mi wyjazd do Sejn, rankiem, w dniu zaćmienia. Do Sejn i do Suwałk miały wyruszyć z Warszawy pociągi zaćmieniowe organizowane przez  Orbis, na taką wycieczkę mało kto miał pieniądze. Ojciec i inż. Wicher mieli jechać do Sejn samochodem na dwa dni, w sprawach związanych z budownictwem. Znajomy pana Wichra obiecał, że będziemy mieli okazję zobaczyć zaćmienie w towarzystwie osób wchodzących w  skład oficjalnie powołanej ekspedycji zaćmieniowej. Osobą towarzyszącą Ojcu i panu Władziowi miała być pierwotnie żona inż. Wichra – pani Tania, ale ona jechać nie chciała. Po pierwsze zaćmienie ją nie obchodziło, po drugie przyjęła obowiązki jednej z ważniejszych organizatorek wystawy psów rasowych, która miała się odbyć za miesiąc w Warszawie. Moja radość, że mogłam jechać za panią Tanię, nie miała granic. Ziutek otrzymał informację, że jedno przydymione szkło nie będzie potrzebne.

W drodze do Sejn pan Wicher co najmniej po raz dwudziesty wychwalał do mnie Canalettę, za to, że dzięki zastosowaniu camery obscura i szkła powiększającego z takimi  szczegółami odwzorował na swoich obrazach wiele budynków osiemnastowiecznej Warszawy, cennych przy odbudowie miasta. Ojciec prowadził, pan Władzio mówił, także o zaćmieniu. Już je widzieli w Ameryce Północnej, zahaczy o Polskę i przeniesie się do Azji. Gdy przyjechaliśmy w Sejnach się przejaśniło, od rana w mieście padał bez przerwy drobny deszcz. Zanim zrobiło się ciemno, bezgwiezdne niebo przybrało dziwaczną barwę, stanęło w kolorze seledynu o niepokojącym odcieniu, nie znanym dotąd, ani ze wschodów, ani z zachodów Słońca. Na lewo od Słońca widoczna była Wenus. Kiedy dotarliśmy do ekspedycji zaćmieniowej, w której działał kolega pana Wichra inż. Rybarski za jakieś pół godziny w biały dzień  koguty zaczęły gromadnie piać, kury pospiesznie wracały do kurników, gołębie szalały. Gdy się ściemniało, temperatura powietrza gwałtownie spadła. Nastała zupełna ciemność i jeszcze bardziej jakby powiało chłodem. Muszę przyznać, ogarnęła mnie, osobę światłą, po podstawówce, trwoga. Głupio się przyznać, pomyślałam, że to koniec. Nie mogłam zobaczyć nikogo z komisji zaćmieniowej, bo było ciemno, ale czułam, że cały jej skład, tak jak ja, stoi zdrętwiały. Nikt nie wykrztusił z siebie słowa. Poczułam się pyłkiem, nikim.

Ekspedycję zaćmieniową zorganizowało Polskie Towarzystwo Miłośników Astronomii. W Sejnach pokazywano mi chronoheliograf połączony z radiem i z chronografem. Nie za bardzo zrozumiałam w jaki sposób te połączone urządzenia rejestrowały tzw. sygnały zaćmieniowe, które nadawał Główny Urząd Miar i Wag w Warszawie z zegarów kwarcowych, oznaczając czas wykonania poszczególnych zdjęć. Nie to jednak było najważniejsze z tego czego doświadczyłam w Sejnach podczas zaćmienia.

PS. Na internecie znalazłem informacje o tym zaćmieniu. Jest tam nawet zdjęcie chronoheliografu i inż. A. Rybarskiego - KLIK.

Tagi: Wiesia
10:42, pharlap
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 października 2015

Wiesia  Wiesia

Nikt  się nie martwił, że po skończeniu podstawówki trzeba będzie szukać liceum ogólnokształcącego po całej Warszawie. Budowali dla nas szkołę przy ulicy Smoczej. Pojawiły się już jej mury. Wkrótce maszyny walcowały muranowskie gruzy pod przyszłe boisko. Budynek był większy, niż ten szkoły podstawowej TPD przy Nowolipiu 8. Zaplanowany został według modelu szwedzkiego. Miał być wewnątrz wykończony drewnem, żebyśmy się w nim dobrze czuli. Pani dyrektor Jadwiga Puchalska zamierzała przeprowadzić się na Smoczą razem z nami. Co będzie po Smoczej? Oczywiście studia – ja jeszcze nie wiedziałam kim w przyszłości chciałbym naprawdę być, ale niektóre koleżanki wiedziały. Jedna chciała zostać lekarzem i została, jedna sędzią, po skończeniu prawa i latach pracy dostała nominację od prezydenta. Kolega, który marzył o architekturze ma do dziś swoją pracownię. Kilku kolegów zostało inżynierami, choć jeden nieoczekiwanie po maturze poszedł do seminarium duchownego i został księdzem.

Ostatnia klasa

Ostatnia klasa w szkole podstawowj TPD na Nowolipiu. Autorka siedzi z chustka na szyi i rogalikiem w dłoni.

 Wiedzieliśmy, już jako czternastolatki, że będziemy Warszawie potrzebni. Nie miałam czasu, żeby dalej gryzła mnie złość i narastała we mnie  podejrzliwość. Przez jakiś czas mną szarpało, że dom, szkoła, ba, większość dorosłych, oszukuje mnie i kłamie. Zastanawiałam się dlaczego i doszłam do wniosku, że dla własnego bezpieczeństwa. Ludzie się boją i nie ufają niemądrej gadule. Przypomniałam sobie pouczenia matki Maliny, która mówiła, że czasy nie są łatwe, mówić trzeba nie o wszystkim i rozważnie. Analizowałam, swoje rozmowy z różnymi osobami, nie wypadałam we własnych oczach najlepiej.
Stwierdziłam, że chyba nawet mała Monika,  półtora roku młodsza ode mnie postępuje rozsądniej, milczy i się uśmiecha. O kapitalistycznym kraju z którego przyjechała nie wspomina. A przecież mogłaby zabrać głos, potwierdzić, że we Francji jest źle, że niektórzy są tam obrzydliwie bogaci, a większość przez nich wykorzystywana przymiera z głodu. U nas tego nie ma. U nas nie wyzyskują. Mamy po tyle samo. Nosimy podobne ubrania, nie głodujemy. Głodni uczniowie dostają w szkolnej stołówce za darmo zupę, a jak poproszą kucharek to i drugie danie. Dla niemowląt w ośrodkach zdrowia na Muranowie przygotowane są butelki z pokarmem na cały dzień. Przynosi się z poprzedniego dnia czyste butelki i wymieniają je na pełne, bez żadnych pieniędzy. Nikt nie jest lepszy i gorszy i się nie wyróżnia. Poza tym walczymy o pokój, a taki kapitalista chce wojny, szczególnie ten, który bogaci się na handlu bronią.
W szkole wbijano mi do głowy, że Bóg nie istnieje. Zastanawiałam się nad tym. Na lekcjach religii na Lesznie (przemianowanej na ulicę generała Karola Świerczewskiego) ksiądz z przekonaniem mówił, że Bóg na każdego patrzy z wysokości, więc jest. Każdy może to sprawdzić w swoim sercu. Ale czy mógł odpowiadać nam inaczej? Najlepiej o tym nie rozmyślać usłyszałam podczas spowiedzi w Kościele Świętego Augustyna przy Nowolipkach. Po prostu mam wierzyć. Siedemdziesięciometrowa wieża kościoła Augustyna z czerwonej klinkierowej cegły górowała od lat nad całym Muranowem. Tam była nasza parafia, jednak najczęściej w niedziele chodziliśmy z Dzielnej przez Park Krasiński do Kościoła Garnizonowego przy Długiej (dzisiaj Katedry Polowej Wojska Polskiego N.M.P. Królowej Polski). O wiele bardziej wolałam Garnizonowy od Augustyna. Nie mogłam w kościele na Długiej oderwać oczu od posągu Matki Boskiej z białego marmuru. Ocalała z wojny. Przepiękna.

Trudno było wybaczyć Ojcu, że dopiero śmierć Stalina rozwiązała Mu trochę język. A szkoła? Uczyliśmy się wierszy o Stalinie, deklamowaliśmy ..siedemdziesiąt lat Stalinowskich nad Kremlem powiewa…, śpiewałam na koncertach „Stalin to mądrość i sława, sława…” wśród grzmotu uderzeń w talerze. Teraz mówią o Stalinie prawie głośno i prawie oficjalnie okropne rzeczy. W Polsce…
Dostawałam listy od Niny Gałoczkiny, z Oriechowa Zujewa pod Moskwą, dziewczyny wylosowanej na lekcji rosyjskiego do prowadzenia z nią korespondencji.  
- Dzięki listom poznacie lepiej piękny, rosyjski język – piszcie, zachęcała do utrzymywania kontaktów rusycystka, którą lubiliśmy.
A Nina pisała, że choć Stalin umarł, ona dalej go kocha i że Generalissimus jest dla niej ciągle droższy, niż rodzony ojciec (po latach dowiedziałam się, że był popem i w tym czasie siedział w więzieniu). Dostałam od niej list zalany łzami. Myślałam, że kapały, kiedy pisała i atrament popłynął. Na drugiej kartce włożonej do koperty przepraszała, że od łez po prostu nie mogła się powstrzymać i zapytała, czy ja też, tak jak ona za Stalinem ciągle płaczę? Było dla mnie jasne, że Ninę dalej oszukują. Nie odpisałam, postanowiłam, że poczekam, co do mnie napisze za miesiąc, dwa.
Ale co tam Nina Gałoczkina i jej Stalin! Wygrałam konkurs przystosowując tekst opowiadania „Timur i jego drużyna” do inscenizacji. Bardzo chciałam wygrać i  przygotować przedstawienie na koniec siódmej klasy, niestety kółko dramatyczne w szkole nie powstało. Nie zapytałam nikogo, na jakim froncie w 1939 r. przebywali ojcowie rodzin, którym niewidzialna ręka drużyny Timura, pomagała w codziennych obowiązkach. Odgoniłam czarne myśli. Nagroda za pierwsze miejsce okazała się dziwaczna. Otrzymałam gipsowe popiersie Feliksa Dzierżyńskiego średniej wielkości. Może mieli dwa w szkolnym magazynie i zbywało? Nie doniosłam go do domu, ponieważ z koleżankami ciągnęłyśmy je na pasku po ulicy z Nowolipia na Dzielną i po drodze się rozleciało.

Znów mnie w szkole pytano kim w chciałabym kiedyś być? Kluczyłam. Czy rzeczywiście nauczycielką? Może będę spadochroniarką – pomyślałam i powiedziałam dodając, że tak naprawdę jeszcze się nie zdecydowałam. Pomysł wziął się stąd, że chciałyśmy zapisać się z Maliną na kurs spadochronowy, ale brakowało nam lat, trzeba było mieć szesnaście. Poczekamy, czułyśmy obie, że świat do nas należy. Poszłyśmy zobaczyć jak wygląda nauka skoków z metalowej wieży stojącej nad Wisłą. Tylko spojrzałam i miałam dosyć. Zupełnie zapomniałam, że mam lęk przestrzeni. Jak mnie jeszcze raz zapytają o wybór zawodu odpowiem, że zamierzam studiować astronomię, nie w Warszawie lecz w Toruniu, w którym nigdy nie byłam i nikogo z tego miasta nie znałam. Poza podziwianym Kopernikiem, który setki lat wcześniej uznał, że niebo, w  które się wpatrywał ogarnia wszystko co jest piękne, jednak nie ono się kręci, ale nasza ziemia.
 
 Zapamiętałam jedną z końcowych lekcji biologii w szkole na Nowolipiu. Miałam omówić budowę oka. Trzymałam szklany model najdelikatniej, jak tylko mogłam. Od dawna mi się podobał. Miałam go w końcu w swoich rękach, nagle stało się coś strasznego, oko wyślizgnęło mi się, spadło na podłogę i stłukło. Straciłam dech, wydawało mi się, że zasłużyłam co najmniej na wyrzucenie przez otwarte okno, tymczasem nauczycielka nawet mnie nie skrzyczała. Mało tego, kiedy usiadłam w ławce kompletnie załamana powiedziała, że stawia mi bardzo dobry. Tego nie można zapomnieć!
 Czuliśmy się na Muranowie pewnie i u siebie. Gruz cały czas usuwano, wystawały z niego pogięte widelce łyżki, metalowe kubki, kości, a nas nie w ogóle nie interesowało czyje to łyżki i  kości, kto kiedyś tutaj mieszkał. U mnie w domu nie słyszałam o tym ani słowa, w szkole też. Wydawało się, że zostaliśmy wrzuceni na jakąś zgruzowaną ziemię niczyją, której przeszłość nie istniała. Jakbyśmy to my, ze szkoły na Nowolipiu i nasi rodzice przybyli tu pierwsi. Byliśmy zajęci własnym życiem. Na Smoczej przed wojną tłoczyły się sklepiki, wśród  nich falował tłum. Kiedy budowano dla nas szkołę ulica była cicha i pusta. Na Dzielnej, z której do szkoły na Nowolipiu miałam dziesięć minut po kładkach z desek nad gruzami piętnaście lat temu stał dom przy domu. Gruzy powalonej Dzielnej, Smoczej, Nowolipia i innych muranowskich ulic wywożono m. in. na Ochotę. Usypana została z nich Górka Szczęśliwicka. Widzę ją przez okno. Muranów za mną chodzi.

P.S. Od Lecha. A czy Autorka wpisu pamięta, że w Kielcach była wieża spadochronowa? Tuż obok stadionu...

Wieza

Źródło - Gazeta Wyborcza - cały artykuł tutaj - KLIK.

Uwaga: gdy kliknąłem w link do tego artykułu yświetlił się tylko pierwszy paragraf poczym pokazała się informacja - wykorzystałeś już limit płatnego internetu...
Jednak gdy kliknąłem w powyższy KLIK wyświetlił się cały artykuł. Nie wiem co przytrafi się czytalnikom. Prywatnie dodam, że jestem zwolennikiem płatnego internetu - bez reklam.
 

Tagi: Wiesia
10:24, pharlap
Link Komentarze (2) »
wtorek, 06 października 2015

Wiesia  Wiesia

Z werwą prowadziła lekcje pani od geografii. Ruchliwa, wszystkowiedząca, mocno umalowana, młoda.
- Polska  nie będzie taka, jak przed wojną. Koniec z zacofanym, biednym krajem rolniczym, stawiamy na przemysł – mówiła z przekonaniem. Kraje demokracji ludowej szybko staną się o wiele bardziej nowoczesne od kapitalistycznych. Zapisywaliśmy podawane przez nauczycielkę przykłady zmian, nieraz drobnych, jednak świadczące o tym, że podążamy w obranym kierunku krok po kroku. Na przykład niedawno zaczęto produkować w Jelczu koło Oławy samochody ciężarowe i autobusy. Niby nic takiego w porównaniu z Nową Hutą, ale dzięki temu jest perspektywa, że za rok, najdalej dwa, w warszawskich autobusach nie będzie już takiego tłoku. Będziemy mieć ich więcej. Dodatkowe tramwaje dla stolicy też nadejdą – obiecywała.
Wywoływała nas kolejno do mapy Polski rozwieszonej na tablicy, wskazywaliśmy, gdzie leży Jelcz i Oława, przez którą płyną dwie rzeki Oława i Odra. Zapisaliśmy w zeszytach, że z Warszawy do Oławy jest 295 km. Produkcję w Jelczu rozpoczęto wykorzystując hale poniemieckiej fabryki zbrojeniowej Bertha Werke zniszczonej w czasie wojny, a po wojnie ogołoconej przez Rosjan z maszyn i urządzeń.
W tym samym czasie co Zakłady Jelczańskie powstała Gdańska Stocznia Remontowa, która mimo wichrów i zamieci zawsze dawała sobie radę i istnieje po dziś dzień.
Z ciekawostek: kiedy inne stocznie bliskie były upadku, a potem zwijały działalność „Remontowa” nie tylko utrzymała się na powierzchni, ale w 1993 r. kupiła stocznię w albańskim Durres, niestety nie dała rady zbyt długo jej utrzymać.

Wracając do przeszłości – z doświadczalnego studia telewizyjnego Instytutu Łączności w Warszawie w październiku 1952 r. nadany został krótki program, który można było obejrzeć na 24 telewizorach marki Leningrad z ekranami o wymiarach 12 na 18 cm, tyle mieliśmy telewizorów w kraju. Po kilku miesiącach półgodzinne programy telewizyjne nadawane były co tydzień.
Można powiedzieć, że po czternastu latach próbowano kontynuować podjęte niegdyś wysiłki. Z anteny na dachu gmachu Prudentialu (po wojnie był w nim Hotel Warszawa) eksperymentalna stacja telewizyjna nadała pierwszy swój pierwszy program w październiku 1938 r

Dowiedzieliśmy się na geografii, że pośrodku Oceanu Spokojnego zdetonowano pierwszą amerykańską bombę wodorową. Dużej mapy tej części świata w szkole na razie nie było, nauczycielka miała zapisane w notesie, że bomba eksplodowała na Atolu Enewetak, Powiedziała nam, że jedna z koralowych wysepek w tym rejonie, wskutek potwornego wybuchu po prostu znikła. Taką broń szykowano na nas, na mnie.
Przerażona śledziłam audycje radiowe o tej bombie. Już wcześniej wystraszono mnie bombami atomowymi, do nich doszły jeszcze wodorowe. W razie wybuchu – instruowano – najlepiej paść na ziemię i nakryć się gazetą, ale gwarancji przeżycia nie ma. Myślałam o tym co może się stać, jak Amerykanie zrzucą bombę wodorową na Warszawę. Kiedy znalazłam się w wypożyczalni książek przy Żelaznej  i przed budynkiem coś huknęło, nie zastanawiając się  padłam. Ponieważ zrobiłam to tylko ja, a inni spokojnie stali, gdy się podniosłam z podłogi zrobiło mi się głupio. Chociaż się ze mnie nikt nie śmiał, z wypożyczali wybiegłam.

Zmarł Stalin. Wieczorem przyszedł do nas przyjaciel Taty - Zygmunt Racięcki, też inżynier architekt, z którym przez jakiś czas Ojciec pracował. Obaj wówczas specjalizowali się w budowaniu domów z gliny. Gliniane bloczki, z których wznoszono ściany były podobno nie tylko najtańszym materiałem budowlanym, ale dobrze izolowały i jednocześnie posiadały wysokie zdolności akumulacyjne. Po raz pierwszy chyba nie zagrzebali się natychmiast w sterty zrulowanych kalek i papierów, a ich uwaga nie skupiła się na rysunkach rozpiętych na desce w dużym pokoju. Chcieli porozmawiać ze mną.
Ojciec zaczął od tego, że ludzie na ulicach pytają na co Stalin umarł, chociaż znają odpowiedź, która brzmi: na szczęście! On też tak uważa. Nie byłam już zupełnie głupia, ale ciągle wiedziałam na swoje lata niewiele. Ojciec i jego znajomi słuchali audycji  nadawanych przez polską sekcję Radia Wolna Europa. Niejasne, zagłuszane słowa i zdania przedzierały się wśród świstów i gwizdów do moich uszów. Słuchanie RWE nie należało do przyjemności. Poza tym, kiedy radio w pokoju rodziców wyło i charczało prosili, żebym wyszła i zajęła się odrabianiem lekcji.

Tym razem bez wstępów usłyszałam, że oto mamy nową sytuację, Ojciec może mi w końcu powiedzieć, że Stalin nigdy nie był przyjacielem Polski, wykonywał wobec nas ten sam plan, który wykonywali Niemcy – odcięcia narodowi głowy. Przeżyliśmy niemiecko-sowiecką intelligenzaktion. A ilu lat potrzeba, żeby odrodziła się inteligencja? Zdaniem Ojca i Pana Racięckiego więcej, niż pokolenie, może nawet dwa pokolenia. Usłyszałam jasno od Ojca, że w 1939 r. na Polskę napadli i Niemcy i Rosjanie.
Wyjęłam z szafy dwa bruliony, w jednym wklejałam zdjęcia znanych aktorek i aktorów w drugim Stalina: w mundurze, stojącego, siedzącego, na mównicy, wśród dzieci, z fajką. Zobaczyli i zdrętwieli. Widzisz Heniu, do czego doszło? kręcił głową pan Racięcki. Ja z moją córką rozmawiam, ona wie. Ojciec stropiony usprawiedliwiał się, że Halinka jest jednak ode mnie starsza.

Następnego dnia na specjalnym apelu dyrektorka oznajmiła,  że przestało bić serce wodza ludzkości. Możemy się nie wstydzić i płakać tak, jak ona. Wyciągnęła chusteczkę i potarła nią suche oczy. Mówiła tak zmienionym głosem, że mimo wczorajszej rozmowy z Ojcem i panem Racięckim – zapłakałam. Moja najlepsza koleżanka Malina, stała koło mnie i nie płakała wcale. Wyszeptała tylko, że jej ojca nie zabili Niemcy, jak myślałyśmy, tylko Stalin.
Pani dyrektor już normalnym głosem odczytała zarządzenie, które jej przysłano. W najbliższych trzech miesiącach w związku z żałobą nie wolno nam organizować żadnych prywatek, czy imienin w domach, tańców i śpiewów. Powinniśmy się skupić nad niewytłumaczalnym nieszczęściem, które nas dotknęło. Wyrwałam się: a chór? Filharmonia to co innego, śpiewajcie – opowiedziała szybko i zakończyła apel. 

Trzy osoby ja, Malina i Wojtek Kominek zostaliśmy przyjęci do Chóru Dziecięcego Filharmonii, po obowiązkowych przesłuchaniach, nazwanych przez panią dyrektor eliminacjami. Przybyli na nie z Filharmonii do naszej szkoły Halina Lisowska i Stanisław Wasiak. Dyrektorka dobrze ich znała. Lubiła muzykę symfoniczną i starała się poszczególnym klasom raz w miesiącu fundować bilety na koncerty, chodziliśmy na nie pod opieką wychowawczyń. Gdyby przesłuchania do chóru nie odbywały się z udziałem pani dyrektor, jako obserwatorki i strażnika odpowiedniego zachowania, prawie nikt by się na nich się nie pojawił. Tak było, dopóki szkolna brać nie dowiedziała się, że w chórze wypłacają zwrot za przejazdy w wysokości 60 zł miesięcznie (bilet do kina na legitymację szkolną kosztował 1,50 zł tramwajowy 20 gr), ale trzeba należało przyjść na wszystkie próby.
Ciężko jednak było chętnym przebić się przez Wasiakowe czułe ucho igielne, wspomagane uchem pani Haliny Lisowskiej. Próby odbywały się  w poniedziałki i piątki, od 17.00 do 19.00 najpierw w Romie na Nowogrodzkiej 49 (dzisiaj jest tam Operetka), potem w odbudowanym, dostojnym i ciepłym pod każdym względem gmachu Filharmonii Narodowej przy ulicy Jasnej. Tam przychodziłam, jako niczym nie wyróżniająca się chórzystka pierwszych głosów prawie do matury. Takich jak ja była większość, m.in. Andrzej Zoll w głosach drugich. W Chórze Dziecięcym Filharmonii liczącym ok. osiemdziesięciu osób, wyrosła taka gwiazda, jak Hanna Lisowska, uznana za jedną z najwybitniejszych światowych Wagnerianek.

P.S. Od Lecha - o śmierci Stalina i reakcji Filharmonii Narodowej pisaliśmy na tym blogu - KLIK.

Tagi: Wiesia
10:24, pharlap
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 września 2015

  Wiesia  Wiesia

Przedmowa Lecha.
W swoim poprzednim wpisie Wiesia wspomniała, że w jej klasie wisiały portrety przywódców PRL - od lewej: premiera Cyrankiewicza, I sekretarza Partii Bieruta i marszałka Rokossowskiego. Poniżej zdjęcie klasy...

 Klasa

Wiesia trzecia od prawej w drugim rzędzie.

W pociągu, który wieczorem wyruszył z Warszawy  do Wrocławia druhna Zosia zaprowadziła mnie do wagonu, w którym przy stoliku nad papierami siedział marszałek Konstanty Rokossowski. Dobrze, że tuż przed wejściem zapytałam, jak się mam się do niego zwracać, towarzyszu Konstanty, a może towarzyszu Marszałku, tak chyba lepiej brzmi?
Druhna Zosia krzyknęła, broń Boże! Żaden Konstanty, żaden  towarzysz! Panie Marszałku za każdym razem masz mówić.
Zapamiętaj: „panie”, nie „towarzyszu”! To jest bohater dwóch narodów, nie taki normalny człowiek, jak towarzysze Edmund, czy  Stach, którzy razem z innymi jadą, żeby pomagać.

Rokossowski

Rokossowski był w mundurze, wyglądał na znużonego, popatrzył w naszą stronę, jakby chciał mieć odwiedziny już za sobą. Po moim dygnięciu i poklepaniu po plecach druhny Zosi wziął mnie na kolana, dostałam paczuszkę z przyborami szkolnymi. Brwi wychodziły mu jeszcze wyżej na czoło, niż widziałam na portretach, z jednym okiem miał chyba coś nie w porządku, bo rzadko, albo nawet wcale go nie przymykał.
Druhna Zosia podawała Marszałkowi przygotowane wcześniej zapisane karteczki. Mówił jakoś sztywnie, niewyraźnie, ale rozumiałam. Pytał, czy szkoła, do której chodzę jest ładna, czy jest w niej sala gimnastyczna i kim w przyszłości chciałabym być?  
Biskupowi Czesławowi Kaczmarkowi w kieleckim Nazarecie powiedziałam, że chcę być zakonnicą, Rokossowskiemu, że nauczycielką. Wiedział, że moja mama pochodzi z Juszkiewiczów i zapytał czy Juszkiewiczowie z mojej rodziny  przybyli skądś w okolice Krakowa?  - bo widzisz, miałem w wojsku przyjaciela Adolfa Juszkiewicza, rewolucjonistę, nigdy go nie zapomnę. Walczyliśmy daleko stąd, robiliśmy razem udane wypady będąc w pododdziale zwiadowczym. Powiem ci, wojna jest ciężką próbą dla ludzi.
- Dlatego my walczymy o pokój – przypomniałam sobie co kazała mi mówić druhna Zosia, a ona dała znak oczami, że dobrze powiedziałam.
Co do moich dziadków mama mi opowiadała, że ich nazwisko pisane było przedtem przez „ż”, a nie przez „sz”, ale ksiądz w księgach parafialnych zmienił Jużkiewiczów na Juszkiewiczów, żeby się lepiej wymawiało. Zapytałam, czy jego przyjaciel pisał się przez „sz”, czy przez „ż”? Nie pamiętał dokładnie. Wspomniał, że to było w innym alfabecie, ale raczej przez „sz”.
Tak, jak mi polecono, wtrąciłam kilka zdań o bohaterskich czynach i talentach dowódczych Marszałka, zaczęłam wyliczać na palcach nadane mu odznaczenia bojowe:  Krzyż Virtuti Militari z Gwiazdą, Krzyż Grunwaldu I  Klasy, Order Świętego Jerzego i to nie jeden raz…  
Roześmiał się, że nie w tej kolejności, ale dziękuje, że wiem i poprosił, żebym to co mi teraz powie zapamiętała, na pewno przyda mi się w życiu.
Mam zapamiętać, że w sytuacjach trudnych, ale nie beznadziejnych, bo o takich w ogóle nie ma co mówić, liczy się nie tylko odwaga, umiejętności, ale przede wszystkim kalkulacja. Zanim człowiek podejmie decyzję należy wszystko przekalkulować i albo przystępuje się do działania, albo nie robi się nic, nieraz taktycznie. A wrogów trzeba usuwać. W wojsku polskim on osób podejrzanych mieć nie może. Rozumiesz?
Po chwili milczenia odparłam, że tak, czym uradowałam uważnie wsłuchującą się w słowa Marszałka druhnę Zosię. Dopowiedziała – otóż to!

Nie było mowy o wtłaczanych mi przez nią do głowy ustaleniach, jakie zapadły w Teheranie, Jałcie, a zwłaszcza w Poczdamie, ani o Trumanie, Churchillu, czy Stalinie - przyjacielu Polski. Całe szczęście, bo mogłam pokręcić, czy to Winston Churchill w Jałcie, czy też następny premier Anglii – Attlee, który Churchilla zastąpił w Poczdamie, nazwał paskudnie Polskę gęsią, która może się udławić, jeżeli nam oddadzą Wrocław oraz inne nasze miasta i ziemie na zachodzie, ale na szczęście Józef Stalin i tak postawił na swoim. Druhna Zosia z przebiegu spotkania z Marszałkiem była zadowolona.

Spałam w następnym wagonie z jakąś dziewczynką, która jak weszłam do przedziału leżała już w łóżku. Zdążyła mi powiedzieć, że mieszka na Woli, a jej blok ciągle nie jest otynkowany i tym się martwi. Jednak gdyby ją ktoś we Wrocławiu  spytał, powie, że jest otynkowany. Mój blok też otynkowany nie był, ale nigdy o tym nie rozmyślałam. Rano konduktorka przyniosła wszystkim w naszym wagonie śniadanie. Druhna Zosia zabrała do Wrocławia  z różnych warszawskich szkół dwadzieścia dziewcząt.

Dwustumetrowa hala Dworca Głównego dosłownie tonęła w czerwonych flagach poprzetykanych flagami biało czerwonymi. Walki o Festung Breslau nie zniszczyły, tak bardzo majestatycznego gmachu, jak całego miasta. Mógł być szybko przystosowany do użytku i przyjął pierwszych podróżnych w czerwcu 1945 r. We Wrocławiu odbył się już Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju, zorganizowano   Wystawę Ziem Odzyskanych. Tym razem Wrocław witał Kongres Ziem Odzyskanych zwołany przez Ogólnopolski Komitet Wyborczy Frontu Narodowego. Kolejny raz miało stąd zabrzmieć, że Ziemie Zachodnie nie czasowo, ale na zawsze są nasze. Druhna Zosia powtarzała mi wiele razy, że nie chodzi o byle co, ale o jedną trzecią terytorium Polski.

Na zapleczu wielkiej kongresowej hali, gdzie stałam z innymi dziewczętami myślałam o jednym - żeby jej nie zawieść. Jako pierwszy wystąpił premier Józef Cyrankiewicz, powiedział, że Ziemie Odzyskane to kawał serca każdego Polaka i Polski, święta sprawa dla Ojczyzny. Kiedy skończył druhna Zosia dała znać dziewczynkom, żeby tak, jak było wcześniej umówione, wbiegły za stół prezydialny i po kolei na szyjach gości zawiązały czerwone chusty. Czekałam na sygnał, kiedy ja mam wejść. Po zapowiedzi, że wystąpi ktoś, kogo Wrocław na pewno gorąco powita, druhna Zosia kiwnęła na mnie ręką. Wkroczyłam odważnie, ale kiedy stanęłam i zobaczyłam przed sobą falującą mgłę z głów, aż po horyzont, poczułam się nieswojo...

Na ZjeździeKopia zdjęcia zamieszczonego w tygodniku Świat - źródło - Archiwum Biblioteko Narodowej.
 
Wydawało mi się, że zapomniałam pierwszego zdania, ale jakoś samo, automatycznie znalazło się na końcu języka.  Kiedy powiedziałam „w imieniu dzieci walczących w Warszawie…”  sala wydała jakiś przeciągły jęk, potem nastąpił moment ciszy, po nim huk braw. Dalsze słowa uwięzły mi w gardle, szum zagłuszał to co mówiłam. Zamiast normalnym głosem beznadziejnie piszczałam o tym, że wszyscy w Polsce tak samo kochają Wrocław, jak Warszawę.
Zaczęłam cienko skandować po-kój! po-kój, a ludzie razem ze mną. Głos zabrał Marszałek Rokossowski. Zapewniał, że nie ma takiej siły, która mogłaby wydrzeć naszemu narodowi owoce tak krwawo okupionego zwycięstwa nad hitleryzmem.
Edward Ochab, późniejszy sekretarz KC PZPR, zapamiętany przez mojego ojca z tego, że podczas obrad Krajowej Rady Narodowej we wrześniu 1944 r. chciał, żeby w nowo organizującym się demokratycznym państwie dawne chwasty nie tylko nie mogły działać, ale przestały fizycznie istnieć, zaatakował businessmenów z Wall Street i imperialistów amerykańskich, niedawnych protektorów Hitlera za ich knowania przeciwko Polsce i pokojowi.
Wicepremier Stefan Jędrychowski przypomniał, że pół miliona rodzin chłopskich otrzymało od państwa na Ziemiach Odzyskanych ponad 4 mln ha ziemi, powstało prawie 4,5 tys. PGR-ów, odbudowaliśmy Pa-Fa-Wag we Wrocławiu. W mieście kształci studentów, byłych żołnierzy synów robotników i chłopów kilka wyższych uczelni. Oświadczył, że w ten sposób  pokazujemy siedmioletnim dorobkiem całemu światu co znaczy Polnische Volkswirtschaft. Zapowiedział, że w  województwie opolskim powstanie wielki zakład benzyny syntetycznej oparty na uwodornieniu węgla, zbudujemy kanał Wisła – Odra, pogłębiony zostanie tor wodny od Szczecina do Świnoujścia. Powstaną nowe linie kolejowe, drogi, domy towarowe, stołówki. Polska stanie się krajem wysoko uprzemysłowionym. Taki jest program wyborczy Frontu Narodowego – zakończył.

Reportaż Polskiej Kroniki Filmowej ze Zjazdu Ziem Odzyskanych tutaj - KLIK.

Zostałyśmy wyprowadzone zza kulis przed stół prezydialny, machałyśmy czerwonymi chustami do tysięcy zgromadzonych na sali ludzi. Rozległy się okrzyki na cześć Bieruta, Stalina i ludu pracującego. Zaraz po manifestacji z druhną Zosią i kilkoma jej przyjaciółmi przydzielonymi druhnie do pomocy poszłyśmy zwiedzić wrocławskie ZOO. Gromada osób z aparatami fotograficznymi wybiegła za nami, ale wszystkich przepędzono. Znajdowałam się w samym środku grupy. O tym, żeby ze mną  ktoś mógł porozmawiać nie było mowy.

08:52, pharlap
Link Komentarze (8) »
niedziela, 13 września 2015

Wiesia  Wiesia

Nasza pani dyrektor biegła truchtem przez hall. Gdy znalazłam się blisko, gwałtownie wyhamowała, chwyciła mnie za ramię, burknęła coś pod nosem, wyjęła z torebki grzebień, przyczesała moje włosy, kazała porządnie obciągnąć szkolny fartuch i zaprowadziła do pokoju nauczycielskiego. Nie wiedziałam o co chodzi?  Siedzieli tam dwaj panowie i pani, a przed nimi koleżanka z młodszej niż ja klasy, która poprzedniego dnia podczas uroczystości rozpoczęcia roku recytowała wiersz o Warszawie śpiewnym głosem. Goście polecili jej wrócić na lekcje. Kiedy wyszła grymasili, że za dobrze wygląda, poza tym zaciąga i dlatego absolutnie się nie nadaje. No to macie taką – westchnęła dyrektorka lekko popychając mnie w ich kierunku. Kazali mi się obrócić się dookoła, zbliżyć bardziej do siebie, popatrzyli po kolei prosto w twarz, potem musiałam coś czytać, deklamowałam. Dyrektorka dawała znaki, żebym wykonywała polecenia gości.

Zaczęli wypytywać o mojego ojca i mamę, o to gdzie spędziłam wakacje? Mniej ja mówiłam, więcej pani dyrektor, o tym, że przyjechałam do Warszawy dopiero do piątej klasy, a przedtem nigdy w Warszawie nie byłam. Rodzice też nie stąd, matka jest urzędniczką w banku, pochodzi ze wsi, ojciec inżynier architekt z Krakowa został pełnomocnikiem ministra do spraw budownictwa z gliny, są w porządku, a ja urodziłam się w Krakowie, uczę się nieźle, ale jeszcze ze mnie dzieciuch. Dobrze, bardzo dobrze, o to nam chodzi – odezwał się jeden z przybyłych. Kazali mi się przechodzić do drzwi i z powrotem. Kobieta, którą miałam nazywać druhną Zosią podeszła do mnie, pochyliła się i obejrzała odrapania na wystających kolanach, poczułam muśnięcie jej czarnych włosów po moim policzku. Pogładziła mnie po głowie.
 Tak, jak chcieli zaczęłam opowiadać o wakacjach u babci i dziadka Juszkiewiczów w Gwoźdźcu, panowie coś szybko zapisali, ale zaraz przestały  ich obchodzić moje wakacje, zaczęli dopytywać co wiem o Warszawie, czy ktoś mi opowiadał co się tutaj działo w czasie wojny? Może z rodziny?  Odpowiedziałam już nie speszona, ale poirytowana, że wszyscy wiedzą co się działo, bo słyszeli - Warszawę zburzyli Niemcy. Ale jak to było, po kolei, może wiesz?  – dociekali. Zrzucali bomby, podpalali domy, strzelali – spojrzałam zdesperowana na panią dyrektor, a potem na druhnę Zosię. Nasza dyrektorka milczała. Ani na moment nie usiadła na krześle, cały czas stała. Druhna Zosia zadowolona uśmiechała się do mnie i z aprobatą kiwała głową. No to ją zabieramy – oświadczyli goście. Pani dyrektor zwolniła mnie z wszystkich lekcji, a w następnych dniach, zaraz po obiedzie w szkolnej stołówce, spod szkoły miała mnie zabierać ze sobą druhna Zosia. Dyrektorka obiecała osobiście zawiadomić moich rodziców, że przez kilkanaście dni wracać będę trochę później i ich zapewnić, że jestem pod dobrą opieką.  Razem z druhną Zosią popołudniami przyjeżdżać będę samochodem w to samo miejsce przed szkołą na Nowolipiu 8, z którego zostałam zabrana i pójdę  sobie spokojnie do domu. Do odwołania byłam zwolniona z odrabiania lekcji ze wszystkich przedmiotów.
Znaleźliśmy się pokoju z dywanem i palmą w wielkim gmachu w alei Szucha 25 (dziś siedziba Ministerstwa Edukacji Narodowej)...  

Po najechaniu myszą na powyższe zdjęcie powinno pojawić się zdjęcie tego budynku podczas okupacji.

Druhna Zosia przedstawiła mi panów poznanych w szkole, jako towarzyszy Stacha i Edmunda, tak miałam się do nich od tej pory zwracać. Powiedziała, że to są jej i moi przyjaciele, wspaniali ludzie, można im zaufać, patrioci – internacjonaliści. Mają wielkie serca, kochają  Ojczyznę z jej prastarymi, polskimi Ziemiami Odzyskanymi, które wróciły do Polski. Zapytała, co wiem o Ziemiach Odzyskanych? Nie wiedziałam nic. Nie szkodzi, dowiesz się od nas, zobaczysz filmy, jak były zrujnowane po wojnie i jak je Polacy szybko odbudowują. Otóż moi przyjaciele, a teraz także i twoi zrobią dla Polski wszystko, są gotowi i dla nas na każde poświęcenie. Kochają proletariat i Związek Radziecki. Wiedzą co naprawdę jest dobre, a co złe. W tym wieku co ty dziewczyna ma prawo w czymś pogubić, czegoś nie rozumieć,  nie przejmuj się tym, pytaj bez skrępowania Stacha, Edmunda, albo mnie. Wytłumaczmy. Poprosiła, żebym kilkakrotnie powtórzyła słowa: patriota, internacjonalista, proletariat. Nie miałam z tym problemu. Druhna zaznaczyła, że nie jest patriotą ten, kto nie jest internacjonalistą, a internacjonalistą ten, kto nie jest patriotą.
Towarzysz Edmund wskazał palcem portrety w pokoju na ścianie. Zapytał, czy wiem kim są ci panowie? Odpowiedziałam: w środku wisi Bolesław Bierut - prezydent, obok niego Józef Cyrankiewicz – premier, z drugiej strony Konstanty Rokossowski – marszałek. Tacy sami wiszą u nas w klasie...

Portrety 

Na powyższym zdjęciu nie ma marszałka Rokossowskiego.

Chyba teraz zajmiemy się ich życiorysami, zaproponował, ale druhna Zosia mocno się żachnęła. Nie wiesz po co? Wystarczy powiedzieć jej tyle co można o Rokossowskim. Towarzysz Edmund upierał się, że powinnam przynajmniej wiedzieć, że Bierut jest nie tylko prezydentem, ale również stoi na czele KC PZPR i że niedługo odbędą się w naszym demokratycznym państwie wybory do Sejmu,  wysuwani są kandydaci na posłów, a jako pierwszy na każdym zebraniu Bolesław Bierut. Druhna  Zofia kazała mu się puknąć  w czoło. Jej grafik przewidywał za pół godziny spacer ze mną po Łazienkach. Upierała że nie przedłuży rozmów nawet o minutę. Usłyszałam, że na świeżym powietrzu przebywać trochę muszę, żebym zaczęła wyglądać na żywą istotę, a nie na ducha z powstania, bo patrząc na mnie ktoś tak może pomyśleć.
Nie wiedziałam o tym, że zostałam wytypowana, żeby przemawiać na Kongresie Ziem Odzyskanych w Wrocławiu, jako dziecko urodzone w Warszawie, które przeżyło Powstanie Warszawskie.  Towarzysz Stach, który albo ziewał, albo przypalał papierosa od papierosa był ciekawy kto ten zwariowany, spektakl wymyślił? I kto przydzielił im do wykonania zadania tego żałosnego Edmunda? Popatrywał w sufit, albo na druhnę Zosię. Zdecydował, że na spacer pójdziemy zaraz we trójkę, bo w takim napięciu bez spaceru przez tyle godzin pracować nie sposób. Rokossowski miał być potem.

środa, 02 września 2015

Wiesia w Gwoźdźcu

  .....

Gwoździec

Gwoździec - źródło: wikipedia

Wkrótce znalazłam się w zabitym gwoździami Gwoźdźcu, w którym nigdy nie było prądu, u babci i dziadka Juszkiewiczów. Przez kilka lat od zakończenia wojny zdołano zelektryfikować ponad 40 tys. 500 wsi, Gwoźdźca ciągle nie, czekał wśród 1 tys. 260 wsi na swoją kolej. Żaden dom nie miał piorunochronu, a burze bywały potężne i często gdzieś się paliło. U kogo tym razem – oto było pytanie, gdy rozrywało się niebo. Trzeci dom od Babci płonął w czasie moich wakacji dwa razy.  Ludzie dla ochrony przed piorunami wystawiali w oknach figurki, albo obrazy Matki Boskiej. Cała gromada chłopaków z Gwoźdźca i okolicznych wsi Jaworska, Niedźwiedzy, Melsztyna, w którym było dużo małych gospodarstw, a rodziny liczne, wyjechała budować na lessowych polach Pleszewa i Mogiły Nową Hutę, o której tyle się nasłuchałam u rodziny w Krakowie. Zachęcały do wyjazdów rozklejane po wsiach plakaty i ksiądz na kazaniach. Gwoździeccy, tak jak inni, zostawali junakami Powszechnej Organizacji Służba Polsce. Przechodząc dwumiesięczne przeszkolenie mogli zarobić po parę złotych przy pracach ziemnych i wesprzeć rodziców. Mogli też związać się z junacką roczną, albo trzyletnią brygadą ZMP. Kiedy przyjeżdżali do swoich pomóc w żniwach zasypywano ich pytaniami - jak im tam jest? Mówili, że najpierw mieszkali w namiotach, teraz w barakach, a jak dalej starać się będą w robocie dostaną mieszkania. Pytano, czy w Hucie, podobnie jak tu, w górach, ludzie na umór piją? Przytakiwali. 
Przyjezdni byli całkowicie odizolowani od autochtonicznych mieszkańców wsi, na terenie których wznoszono Hutę. Skarżyli się, że miejscowi chłopi nazywają ich huciorzami i biją, a radę dać im trudno, są od nich silniejsi, bo lepiej odżywieni. Słuchałam takich rozmów siedząc przy chyboczącym się stoliku podczas niedzielnych festynów z muzyką i tańcami. Pod budowę huty i kombinatu zabrano szmat ziemi, wywłaszczając 13 tys. osób. Napływowych nie znosił Kraków, wywłaszczeni nienawidzili. Wśród budowniczych najpierw miasta, potem kombinatu młodzież z województwa krakowskiego, a więc i z tych okolic, stanowiła prawie 51 proc., drugie miejsce zajmowało województwo rzeszowskie - ok. 12 proc. W gazetach można było przeczytać, że „nowa socjalistyczna nowohucka treść orzeźwia Kraków”. Pisano też z detalami o odpowiedzialnej, trudnej  robocie mniej więcej tak:  murarz kładzie cement na kielnię, z kielni na cegłę, cegłę kładzie na murze, stuka w cegłę kielnią i chwyta dłonią następną cegłę. I to jest to. Ale, żeby człowieka zauważyli, trzeba ułożyć 20 tys., albo więcej cegieł w osiem godzin. Wtedy miasto rośnie w mgnieniu oka, bije się rekordy!
 Na festyny w Gwoźdźcu biletów nie trzeba było kupować, jeśli zamówiło  się oranżadę. Siedziałam, słuchałam, muzycy rzępolili, ale jak ktoś z bawiących się zaśpiewał, mocnym białym głosem, powietrze drgało. W Krakowie, czy Warszawie, włączając radio i można było usłyszeć piosenkę o Nowej Hucie znaną w całej Polsce:  nad Wisłą, nad Wisłą szeroką murarzy rozchodzi się śpiew…, ale nie w Gwoźdźcu, w którym nie było prądu. Głos wiejskiego solisty po oranżadzie znad festynowego stolika niósł się daleko, gdzieś odbijał i powracał prowadząc silną melodię „idź dziewce do duuuumu niech cie Bóg prowadziiiiiii , idź dziewce spokojnie Jurek cie nie zdradziiiiii… Słowa nie były przypadkowe, z festynów w Gwoźdźcu należało uciekać, póki było widno, bo mogło zrobić się niebezpiecznie. Nie przychodziłam tam sama, zawsze razem z ciotką Halą starszą ode mnie o kilka lat, która uczyła się w Wojniczu i na świadectwach przynosiła same bardzo dobre. Była zorganizowana, podczas wakacji pracowała w gospodarstwie od rana do wieczora i w ogóle nie czuła zmęczenia. Adorował ją Gustek Kubis, kiedyś najlepszy uczeń szkoły powszechnej w Gwoźdźcu, który z wyróżnieniem zdał maturę w Krakowie, a jego rodzice nie mieli nic przeciwko temu, żeby uczył się dalej, jeżeli rzeczywiście tak, jak w Krakowie obiecali, nie będzie to ich nic kosztowało. Po wsi chodziła plotka, że Gustka chcą wziąć na nauki do Moskwy, może dlatego, że ciotkę Halę nazywał Nataszą, Babcia aż się żegnała.
 Czekałam na niedziele, kiedy naród szedł gęsiego poboczem gościńca na mszę. Wiele osób niosło buty i wkładało je dopiero przed wejściem do kościoła. W szkole na Muranowie słyszałam, że tak było przed wojną, tutaj - nadal. W niedziele rano Babcia szykowała dla rodziny nadziewane kurczęta, ziemniaki i mizerię na obiad, na podwórku czekały konie zaprzężone w chłopski wóz, na który wsiadali Juszkiewiczowie. Jechaliśmy do kościoła. Znajdował się od domu najwyżej dziesięć minut drogi pieszo. W kościele pod wezwaniem świętej Katarzyny babcia przed mszą energicznie wpychała mnie na ławkę za balustradę, przy której ksiądz w czasie nabożeństwa udzielał komunii świętej. Ławka znajdowała się blisko ołtarza, na podwyższeniu, widać z niej było zgromadzonych wiernych. Znajdowali się wśród nich sąsiedzi Babci – Łośkowie, nie mający uprawnień do takiej ławki, co Babcia podkreślała. Modlili się razem z dwoma córkami, na wydaniu ubranymi na niedzielne msze w długie suknie, najczęściej jedna w niebieską, druga w różową. Babcię te suknie denerwowały.  Juszkiewiczowa i Łośkowa toczyły od lat spory o miedzę. Mężczyźni z obu rodzin do sąsiedzkich kłótni rzadko się wtrącali. Gdy kobiety ich przyłapały na przyjaznych pogawędkach przez płot dostawali w domu bury.
Babcia i Dziadek wynajmowali ludzi do pracy w polu. Razem z Babcią i ciotką Halą z nosiłam  im w dzbanach mleko do picia, chleb i bułki, siadałam pod snopkami na wiązce słomy i w pachnącej duchocie zboża z apetytem jadłam. Po pracy żniwiarze przychodzili na posiłek do kuchni. Prawie wszyscy umieli już czytać i pisać. Z półtora miliona analfabetów po wojnie w wieku od 14 do 50 lat zostało niecałe pięćset tysięcy. Miejscowa stara szkoła nie była czteroklasowa jak kiedyś, można  w niej było skończyć całą podstawówkę. Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych masowo produkowały tanie podręczniki. Dziadkowie i przed wojną i po wojnie nie mieli najgorzej. Brat dziadka – Jan Juszkiewicz, zmordowany przez Niemców był inżynierem. Moja Mama mieszkała u niego w Tarnowie do matury. W Gwoźdźcu wujek  Mamy postawił modrzewiowy, letni dom z basenem, w którym po wojnie zrobiono na dole pocztę, a basen zasypano ziemią. Dziadek od swojego brata dostał osiemset sadzonek drzew owocowych. Rosły w ogrodzie i wzdłuż wszystkich dróg prowadzących do pól uprawnych. Drogi wiły się ostro w górę i w dół, przy łąkach biły źródła, w których pojono krowy. Przeróżnych owoców było zatrzęsienie. Mogły się nimi najeść dzieci z całej wsi, ale Babcia na to nie pozwalała, skarmiano nimi świnie, a i tak zostawało.
 Reforma rolna Dziadka nie objęła, na tych terenach reformie podlegały nieruchomości ziemskie o powierzchni ponad 50 ha. Dziadek miał ziemni mniej, nawet razem z lasem. Do władz ustosunkowany był wrogo. Znał się z Wincentym Witosem, jeździł do niego do Wierzchosławic, związał się z PSL Piast i Stronnictwem Ludowym, a Babcia nie zapomniała, że Witos gonił za kobietami i jej zdaniem miał zły wpływ na Dziadka. Tak, jak Witos był wysoki, postawny. Mama odziedziczyła po nim niebieskie oczy. Pięknie kaligrafował i znał trochę węgierski, walczył w pierwszej wojnie światowej z Rosjanami po stronie Austriaków na białą broń. Śmiał się długo, kiedy zobaczył plakat z ufryzowaną kobietą na traktorze z podpisem „naprzód do walki o szczęśliwą, socjalistyczną wieś polską”,  który został przypięty na drzwiach sklepu spółdzielczego. Wymieniałam w nim całe kosze jajek na naftę do lampy, kakao dosypywane do kogla – mogla i na to co chciałam.
 Nie spotkałam nikogo w Gwoźdźcu, popierającego kolektywizację wsi i kołchozy. Nawet najbiedniejsza Rąpalina, która posiadała tylko łąkę i gęsi wygrażała, że bezbożnym komunistom pokaże. Przychodziłam do niej z dziećmi letników, czekała na te odwiedziny.  Za jajka, czy parę złotych rozwijała przy nas brudne bandaże i pokazywała rany na nogach z sączącą się ropą, aż nam ciarki przechodziły po plecach. Chodziliśmy też oglądać małego Stalina, tak na wsi mówili o dziecku, które urodziło się z dużą, prawie kwadratową głową. W skrzyni na strychu, w której babcia przechowywała zboże dla kur, znalazłam przysypane ziarnem różne książki i broszury, m. in. o zarazie bolszewickiej i początkach telewizji  w Stanach Zjednoczonych, a także mnóstwo przedwojennych obligacji wystawionych na dziadka – Babcia wskazując na nie mówiła, że Dziadek lubił kupować głupoty. Obligacjami bawiłam się z koleżanką ze wsi Lusią w sklep, Babcia wrzucała je do ogniska, kiedy piekłyśmy ziemniaki. W lecie dzień trwa długo i można było naczytać się książek ile dusza zapragnie i bez światła elektrycznego. Wypożyczałam je od księdza.

07:09, pharlap
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 sierpnia 2015

Wiesia  Wiesia

W Polonii, repertuar zmieniano zazwyczaj co miesiąc. Do kina wchodziło się od Pięknej. Bileterki i kasjerki dobrze znały takich zawziętych kinowidzów,  jak ja, którzy każdy film oglądali do końca. Kino mieściło się w przedwojennej kamienicy Kohnów z adresem Marszałkowska 56, istniało przed wojną, w czasie wojny i po wojnie, ale już nie go ma.
Z dawnego  Kina Polonia znajdującego się w obrębie Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej ( MDM w maju tego roku wpisana została do rejestru zabytków), pół kroku na Plac Konstytucji. W czerwcu 1952 r. po zakończeniu roku szkolnego, jako osoba nawykła do częstych podróży tramwajem i pieszo z Muranowa do  Śródmieścia, bywałam w tych okolicach niemal każdego dnia. Lato smażyło, lubiłam upał. W domu myśleli, że jestem w Ogrodzie Saskim razem z koleżankami i siedzimy razem gdzieś koło stawu, albo fontanny, a ja przez godzinę, albo i dwie obserwowałam, jak wielki warszawski  Plac wyłania się zza  gorącej mgły wapiennego kurzu, którego zapach z przyjemnością wdychałam. Pachniało chemiczną czystością i farbami. Mniej obchodziły mnie monumentalne domy z wysokimi podcieniami, potężne kandelabry - na moich oczach robotnicy okładali je płytami z piaskowca -  czy wyjątkowo ogromne rzeźby, ale to, że powietrze rosnącego MDM pachnie inaczej, niż reszta miasta.

Warszawa ciągle była miastem gruzów i baraków, na Placu Konstytucji, jeszcze bez nazwy, szalał rozmach. O MDM układano wiersze, Chór Czejanda ćwiczył pieśń: bo MDM, bo MDM rośnie w górę z każdym dniem. Na dole piach, na dole gruz, a tu piętro widać już - KLIK !Dopóki stałam przy szaflikach z jakimiś białymi płynami różnej gęstości, które robotnicy porywali na rusztowania, jakby mnie nikt nie zauważał, ale kiedy próbowałam wejść na Plac głębiej, wyrzucano stamtąd bez ceregieli, jak wielu innych gapiów.

 Dzięki sztandarowej inwestycji lud pracujący miał zamieszkać w Śródmieściu. Przed wojną – słyszałam w radio – było ono parterowe, kapitalistyczne, handlarskie, jubilerskie, teraz będzie podobne do ulicy Gorkiego w Moskwie. Dzielnica miała być większa, niż powstała, planowano, ze obejmie m. in. ulicę Lwowską i że zamieszka w niej  45 tys. ludzi.  Nie wyszło, ponieważ zabrakło pieniędzy. Struktura oddawanych mieszkań wyglądała następująco:  20 proc. kawalerek, 25 proc mieszkań składających się z dwóch pokoi i kuchni, 25 proc. mieszkań dwupokojowych z niszami w kuchniach dla służących i 5 proc. lokali dużo większych, niestandardowych. Tak to socjalistycznie w praktyce wyglądało. Pierwszy etap budowy MDM  od Wilczej do Placu Zbawiciela na 22 lipca nie był w pełni zrealizowany, ale Plac Konstytucji czekając na uroczystości i oficjalne nadanie nazwy stał biały i gotowy. W relacji dziennikarza Expressu Wieczornego  tego dnia na Plac Konstytucji „wlał się falujący tłum, kandelabry lśniły, jak klejnoty, błyszczał po deszczu asfalt”. Nie byłam tam, wyjechałam z Warszawy na wakacje. Pierwszy tydzień miałam spędzić u Babci w Krakowie, potem miesiąc w rodzinnej wiosce Mamy – Gwoźdźcu, z którego podobno niektórzy widywali przy bardzo ładnej pogodzie Tatry.

U Babci w Krakowie spałam na mięciutkim łóżku w pokoju pod lampą z wiszącymi kryształkami. Na ścianie wśród obrazów znajdowała się moja duża fotografia  w złotych, szerokich ramach, lekko ręcznie podkolorowana przez ciocię Józę. Miałam na niej bladoniebieską kokardę na czubku głowy. Dzieło mojego wujka, brata Babci – dwumetrowego  Adama Karasia, legendarnego krakowskiego fotografa z ulicy Szewskiej, farbującego sobie włosy na zielono i  różowo, i jak tylko chciał. W wielkim dziwacznym atelier  pomalowanym piekielnymi kolorami czerwonym i czarnym zbierali się artyści krakowscy. Żona wujka, ciotka Henia, która przez niego swoje wycierpiała, bo ją często zdradzał, a potem na klęczkach przepraszał, zawsze miała później w garnku trochę kaszy dla całej Piwnicy pod Baranami. Ewa Demarczyk i inni urządzali u Karasiów swoje przyjęcia. Wujek wykpiwał krakowskie mieszczaństwo i bez pardonu atakował rodzinkę, którą kochał. Tutaj nie można było się nudzić, ani myśleć o MDM. Nie lubiano w Krakowie Warszawy, prawie tak, jak Nowej Huty. Babcia mówiła, że jacyś przodownicy pracy z Huty przepasani szarfami z krepiny, na których im wypisano, że wyrobili  po 400, 500 proc. normy i inne bzdury zasiadają w lożach Teatru Słowackiego i to  jest skandal. Przypomniałam sobie, ze przy budowie MDM cieśla Tomaszewski wyrabiał 200 proc. normy, a robotnik Piechociński – 352 proc. Obaj w nagrodę dostali dwupokojowe mieszkania, bez niszy w kuchniach, wszyscy tam o nich mówili, ale nie bąknęłam na ten temat ani słowa.

W Krakowie był inny świat. Babcia napominała mnie, żebym nigdy do teatru nie przychodziła w stroju dwuczęściowym, „jak te z Huty” tylko w sukience. Kuliłam się w sobie, bo mama przysłała mnie do Krakowa w znoszonej spódnicy i nędznej bluzce, wiedziała, że moje ubranie u Babci wyląduje w śmietniku, ale ja strasznie się wstydziłam. Babcia i siostry Ojca zaczynały od rozebrania mnie do naga i przebrania w inną delikatniejszą bieliznę, sukienkę oraz nowe, odpowiednie dla Krakowa skarpety i buty. Słyszałam strzępki rozmów pomiędzy ciotkami: popatrzcie, jaka ona jest zaniedbana, czegoś takiego u nas nie może nosić! Po dwóch, trzech dniach wszystko miałam nowe, a proste włosy w lokach. Jadłam pyszności na porcelanie, posrebrzanymi  sztućcami, nie to co w domu i w stołówce szkolnej. Wieczorem przyjęcie u cioci Lonki, rudowłosej krakowskiej piękności w ogromnym mieszkaniu, do którego wchodzili w parach państwo mecenasostwo, profesorstwo i inni tacy, byłam im przedstawiana, jako córka brata, niestety, widzicie po niej – z  Warszawy. Przybyli państwo Pindelscy, którzy mieli coś wspólnego z filmem z dwoma rozbuchanymi chłopakami  mniej więcej w moim wieku. Musiałam  przed wszystkimi i dygać, na szczęście  dygania nauczyły mnie zakonnice w kieleckim Nazarecie, ciotki  z tego były zadowolone. Obok mnie siedziały siostry cioteczne, ubrane tak pięknie, że opisać się nie da: żorżety, tiule, muśliny, jedna z nich była szczupła, druga grubiutka, najbardziej z nas inteligentna i wygadana (pierwsza została lekarzem pediatrą, druga sędzią). Babcia  z włosami upiętymi do góry i broszką ze sztucznym diamentem pod brodą biegała między wnuczkami i przestrzegała, jak zwykle: dziewczynki pamiętajcie, tylko z Bogiem, z czcią, z honorem. Długo nie wiedziałam o co chodzi.

piątek, 21 sierpnia 2015

Wiesia  Wiesia 

Kina warszawskie były zatłoczone po południu  i wieczorami. Kiedy tylko wystałam bilety, na jakiś film siedziałam szczęśliwa w kinie. Do kina chodziłam sama, zapominając  kim jestem i gdzie jestem. Wstawałam nie jeden raz z fotela porządnie ogłupiała. Bilet na legitymację szkolną kosztował niewiele, ale sprawdzano przy okazji, ile ma się lat. To była udręka. Do ulubionej przeze mnie Polonii, czy do Palladium, albo Syreny wpuszczano na filmy od szesnastu o wiele młodszych, ode mnie, ale tylko na wczesne seanse. Przychodzili na nie wagarowicze z tornistrami, wpuszczano ich, żeby podnieść ranną frekwencję.
Ja na wagary jeszcze nie chodziłam. Pierwszy raz poszłam trzy lata później, razem z całą klasą do nowoczesnego, pierwszego w Warszawie dwusalowego kina Muranów. Grali „Czarownicę” z Mariną Vlady, która, tak jak słyszeliśmy, rzeczywiście odsłoniła piersi i wszyscy byliśmy w szoku.

Zimą  większości kin prawie nie ogrzewano, można w nich było porządnie zmarznąć. Wydawało mi się kiedyś, po przyjściu z Polonii, w której obejrzałam „Lichwiarza Gobseka”, że odpadną mi stopy, gdy ściągałam trzewiki, tak przemarzły mi nogi.
W mieszkaniach muranowskich ledwo grzały kaloryfery, na oknie od zachodu w zimne noce zawieszaliśmy koc, stolarka była taka, że wydymał się od przepuszczanego wiatru, jak nadmuchiwany balon.
Film o Gobseku produkcji radzieckiej  nie ze wszystkim zgadzał się z przesłaniem noweli Balzaka, która weszła do balzakowskiego cyklu Komedii Ludzkiej. Lichwiarz w filmie radzieckim stanowił tylko i wyłącznie zakałę społeczeństwa. Jego ohydna twarz i  cała postura pokazywała, że przeżarł go kapitalizm, myśl o gromadzeniu pieniędzy, powiększaniu zysków, kosztem innych.
Produkcji radzieckich obejrzałam bez liku. Śmiejące się, zdrowe dziewczyny z kołchozów  śpiewały, tańczyły czastuszki i przeżywały sercowe kłopoty, ale wszystko dobrze się kończyło. Bogacze byli  brzydcy i źli, biedni  ładni i mądrzy, wiedzieli, że należy popierać partię.

Z przyjemnością obejrzałam komedię „Skarb” z Danutą Szaflarską. Była na filmie prawie tak samo elegancko ubrana, jak moja ciocia Józa z Krakowa. Zakochanego w Szaflarskiej  filmowego kierowcę autobusu grał  Jerzy Duszyński (*). Kiedy usłyszałam w radio o pojawieniu się na ekranach filmu Aleksandra Forda „Młodość Chopina” natychmiast pobiegłam. Nie żałowałam.
 „Nie ma pokoju pod oliwkami” od osiemnastu zobaczyłam dzięki naszej sąsiadce, która dostała w pracy za darmo trzy bilety, jej mąż, tak jak ona pochodzili spod Bieżunia. Mąż sąsiadki w ogóle  do kina nie chodził. Wzięła więc ze sobą mnie i swojego syna. Wpuszczali wszystkich.  Darmowe bilety na seans otrzymały różne zakłady, prawie cała sala podczas filmu spała pochrapując, zupełnie nie zainteresowana wątkiem sensacyjnym, ani niezwykłą urodą Lucii Bose, która została  Miss Italii, pokonując Ginę Lollobrygidę i Silvanę Mangano.
Ludzie się ożywili, dopiero wtedy, kiedy na ekranie pojawiły się stada baranów. Sąsiadka powiedziała do mnie, że w życiu nie widziała takich pięknych sztuk. Jej syna barany też nie obchodziły, dalej spał. Sąsiadka marzyła, żeby kiedyś jej Ziutek pracował w Pałacu Mostowskich, odległym od naszego bloku  pięć minut drogi, co się ziściło. Mieściła się w nim siedziba Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej. Chodziłyśmy z moją przyjaciółką Maliną po chodniku, ułożonym tuż przy budynku Komendy na skróty do przystanku tramwajowego przy Placu Dzierżyńskiego. Ktoś nam powiedział, że od spodu w chodnik przy Mostowskim stukają alfabetem Morse`a. Natrafiłyśmy na stukanie w lecie, mając na nogach pepegi  z cienką gumową podeszwą. Było jeszcze wyraźniejsze, kiedy na chodniku stawałyśmy boso. Przejście zamknięto.
Kino  miało być ważnym instrumentem edukującym mnie, kinowidza. Posada kinooperatora, nie mówiąc o angażu dyrektorskim, była posadą prestiżową.  Dyrektorem jednego z kin był ojciec ucznia naszej szkoły, dziewczyny paskudnie mu się podlizywały.
Żeby zostać kinooperatorem należało posiadać  nie tylko zaświadczenia o niekaralności, ale i specjalne zezwolenia z podpisem Prezesa  Rady Ministrów Józefa Cyrankiewicza.

Mnóstwo ważnych ludzi  wytypowano, żeby czuwali nad kształtowaniem poprzez film mojej świadomości. Przedstawiciel Filmu Polskiego zasiadał w komisji ds. filmu Komitetu Centralnego. Na wniosek Stanisława Albrechta powołany został, jako ciało doradczo -cenzorskie, Centralny  Urząd Kinematografii  podlegający  bezpośrednio Radzie Ministrów. Przy Centrali Wynajmu Filmów działała Komisja Oceny Filmów. Z którejś z tych instytucji padła propozycja, żeby w Polsce w ogóle zaprzestać wyświetlania filmów anglosaskich i zachodnioeuropejskich, jako zatruwających umysły, ale nie przeszła. Ustalono, bez słowa sprzeciwu z jakiejkolwiek strony, że na ekranach pojawi się jeszcze więcej filmów radzieckich.

Lech

Trzy grosze Lecha.
Marina Vlady - pamiętam ją doskonale z filmu Przed potopem. To był film o grupie młodych Francuzów, którzy ogromnie się bali wojny atomowej i planowali uciec na jakąś spokojną wyspę. Wśród moich znajomych nikt nie bał się wojny atomowej, wszak wspominałem, że ludzie bardzo niechętnie podpisywali Apel Sztokholmski (zakaz broni jądrowej). Film robił furorę dzięki fryzurze Mariny Vlady - koński ogon. 
Marina Vlady odsłoniła... Tego nie pamiętam, pewnie przez ten koński ogon. Natomiast pamiętam, że odsłonięte piersi pokazała Ulla Jacobson w filmie Ona tańczyła jedno lato. Recenzja tego filmu w piśmie Film była ozdobiona zdjęciem właśnie tej sceny. Wykorzystałem tę stronę pisma do obłożenia zeszytu do Przysposobienia Wojskowego. Nauczyciel, pan Wroński, zauważył to a ja zauważyłem, że mój zeszyt mu się spodobał. Zadziwiające, google znalazło chyba setkę zdjęć Mariny V. ale na żadnym nie ma końskiego ogona natomiast wspomniane zdjęcie Ulli Jacobson wyskoczyło od razu.

* patrz komentarze.

08:45, pharlap
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2