Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: koluszki

poniedziałek, 29 czerwca 2015

 Tadeusz
W lipcu 1958 czyli 2 miesiące po maturze były egzaminy wstępne na studia. Dla wszystkich nowych dorosłych chłopców były to egzaminy o wyjątkowej ważności. Poza wybraniem zawodowej drogi życia studia był to jedyny sposób na uniknięcie obowiązkowej służby wojskowej. Pójście "do woja" to była najgorsza z możliwości na najbliższe 2-3 lata. Ja zdecydowałem się na architekturę do Warszawy. 
W zasadzie zgodnie z obowiązującą obecnie modą powinienem napisać, że wrogie knowania komunistów mając na uwadze tak moje pochodzenie jak i zademonstrowane prokościelne postawy zamknęły przede mną drogę do wyższych studiów. Ja jednak uważam, że było inaczej. Matematykę zdałem nieźle. Ale rysunek detali architektonicznych miałem bez odpowiedniej wprawy, a część egzaminu polegająca na projekcie własnej wizji jakiejś małej architektury była po prostu nijaka. Nie mam wrażliwości przestrzennej, co potwierdziło się po paru latach,  już na studiach plastycznych, na zajęciach z rzeźby. Krótko ujmując - na architekturę się nie dostałem. Sytuacja zrobiła się bardzo nieciekawa i nerwowa. Wojskowe służby czyhały na takich co na studia się nie dostali. Nadzieja była w egzaminach dodatkowych we wrześniu. A takie organizowane były na kierunkach, na które nikt iść nie chciał, więc miejsca nie zostały obsadzone. Najczęściej były to Studia Nauczycielskie - taka forma studiów nieco półwyższa - stanowiąca, wraz marnymi zarobkami,  przyczynę negatywnej selekcji nauczycieli ponieważ zbierała wielu nieudanych studentów uciekających przed wojskiem. Skutkowała marnymi pedagogami przez wiele lat. Dopiero po kilkunastu latach nakazano nauczycielom kończyć studia prawdziwie wyższe. Moja łódzka rodzina, wykładowcy na uniwersytecie i politechnice, znalazła odpowiedni dla mnie kierunek. Matematykę. Zdałem egzaminy i stałem się studentem Uniwersytetu Łódzkiego na wydziale Mat-Fiz-Chem.  Problem z wojskiem został załatwiony, ale wizja zostania matematykiem zupełnie mi nie odpowiadała. Zamiana brył na równania w geometrii analitycznej, działania na macierzach - to było żmudne i nudne, sam goły Pitagoras bez odrobiny Bardotki. Jakąś iskierką był pierwiastek z -1, ale ona szybko zgasła pozbawiona motywacji i uwielbienia. Po pierwszym semestrze szczęśliwie dość poważnie zachorowałem na "dorosłą" odrę, zdobyłem urlop dziekański i miałem masę wolnego czasu. Nie siedziałem jednak w Kielcach, lecz w Łodzi gdzie miałem do dyspozycji duże zaplecze kulturalne - kina, teatry, biblioteki, ale też kawiarnie, kluby studenckie. Najpierw chodziłem codziennie, a nawet dwa razy dziennie do kina.
Zapamiętałem tytuły dwóch filmów - "Opowieści Hoffmana" i "Wydawnictwo Ricordi" Oba muzyczne, dokładniej operowe. Szybko zorientowałem się, że zamiast biletu mogę kupić książkę - w tamtych czasach książki były bardzo tanie. Właśnie wtedy kupiłem i przeczytałem książki, które zdecydowały o moich poglądach na życie. 
"Narcyz i Złotousty" Hermana Hesse podpowiedział mi jak potrzebne jest zbudowanie rozsądnej relacji Pitagorasa z Brigitte Bardot.
"Zwyczajne życie" i parę innych książek Karola Czapka to obraz mnie samego w społeczeństwie. 
"Dżuma" Alberta Camus to szkoła rozliczania się przed sobą jako najsprawiedliwszym, ale też najsurowszym sędzią. 
"Proces" i "Zamek" Franza Kafki to stosunek świata do mnie. 
Świat i społeczeństwo to dwie różne grupy - dla świata jestem zbędny, w społeczeństwie mogę być potrzebny.
Przedtem i potem przeczytałem tysiące książek, ale te okazały się konieczne i wystarczające (takie sformułowanie z języka matematyki). 

Sporo w tym czasie rysowałem i malowałem. Szkice twarzy na serwetkach w kawiarniach. Scenki symboliczne kredkami. Portrety akwarelkami. Robiłem to z jakiejś wewnętrznej chęci, bez potrzeby uzasadnienia. Wieczorami w tle muzyka Chopina - właśnie trwał VI Konkurs Chopinowski. Przypadkowo poznałem studenta z łódzkiej Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych (później ASP im. Strzemińskiego), powoli zakiełkowała myśl o zdawaniu do tej właśnie uczelni. Zrobiłem rozeznanie o procedurze. Pierwsza selekcja na podstawie dostarczonych prac. Zaniosłem stertę swoich rysunków. Po paru tygodniach moje nazwisko było na liście dopuszczonych do egzaminu. Odsiana została ponad połowa! Wtedy zorientowałem się o skali gry - na jedno miejsce przed tą selekcją startowało około 7 osób. Wówczas dopiero naprawdę zaczęło mi zależeć.
Egzamin z rysunku to było studium postaci - siedziała ubrana modelka. Jak mi to poszło to nie wiem, nie pamiętam rysunku, nie znałem kryteriów oceny. Drugi był egzamin z malarstwa. Ustawiona była martwa natura. Nie miałem pojęcia, że istnieją zasady kompozycji. Malowałem tak, by pokazać wszystkie elementy. Pod koniec sesji zorientowałem się, że jestem jedyny z takim podejściem. Na wszelki wypadek zrobiłem bardzo szybki szkic barwny zakomponowany jak u większości. Podczas egzaminu ustnego ten szkic stał jako moja "twarz artystyczna". Z prawie setki zdających tylko parę osób było bez średniego wykształcenia plastycznego. Chyba uznano mnie za dobrze rokującego prymitywa. Przed egzaminem ustnym na giełdzie, czyli pod drzwiami sali przesłuchań, kandydaci prześcigali się w wymienianiu stylów, ich twórców, dat powstania itp. Historii sztuki nie znałem wcale poza przezroczami obrazów w czasie spotkań koła plastycznego w Kielcach. Pamiętam, że podczas egzaminu zapytany jakich malarzy lubię, cenię, wymieniłem Stryjeńską (zabawne, że Lech mieszkał w Warszawie w domu, w którym na klatce schodowej było jej malowidło - ale zobaczyłem to później) oraz wyraziłem wyraźną niechęć do Matejki. Już po latach, tuż przed dyplomem dowiedziałem się, że przyjęty byłem jako dość egzotyczne dziwadło. I tak moja droga zawodowa w lipcu 1960 roku została zdefiniowana na zawsze! Moja łódzka rodzina nie wiedziała o moich działaniach. Gdy powiedziałem, że właśnie zostałem przyjęty do PWSSP zaskoczenie i podenerwowanie było duże. Aż do dyplomu Janusz z żoną nie mieli do mnie zaufania i obawiali się, że mogę znów jakąś woltę wywinąć. Mama była zaskoczona, przestraszona i zachwycona jednocześnie - okazało się, że straciłem dwa lata, ale też spełniałem jej marzenie studiowania malarstwa.
Wakacje w środku okresu mojego poszukiwania siebie czyli lato 1959, miałem bardzo nietypowe. Po ostrych atakach kamicy nerkowej wylądowałem na miesiąc w kieleckim szpitalu na obserwacji. Wziąłem ze sobą 3 tomy "Historii filozofii" Tatarkiewicza. Zaręczam, że to wspaniała literatura na szpitalne nudy. Robiłem z niej notatki. Przy Feuerbachu znalazłem dla siebie jakieś pierwsze interesujące poglądy. Potem tym nurtem szło się już z górki. Kontakt z filozofią zupełnie zawrócił mi głowie, chciałem znaleźć w niej receptę na różne rozterki egzystencjalne. Dopiero na egzaminie z filozofii, już na studiach w PWSSP, zorientowałem się, że ta dziedzina nauki nie odpowiada na żadne pytania, opowiada tylko jakie kto pytania zadał i jakie subiektywne odpowiedzi wymyślał. 
Wyniki szpitalnych obserwacji i badań były niepokojące - prócz kamieni także brak jednej nerki. Dana (Danuta) Gajl KLIK , prastryjeczna siostra z warszawskiej części rodziny wzięła mnie do kliniki profesora Wesołowskiego, wówczas najlepszego urologa.  Poleżałem 2 tygodnie, ale nic nowego nie odkryto, dostałem jednak diagnozę, która powodowała otrzymanie kategorii D w wojsku - niezdolny do służby wojskowej w czasie pokoju. Strach przed pójściem do woja zdechł!
Moje poszukiwania siebie miały odbicie w moim wyglądzie - schudłem do 55 kg przy wzroście 175. Wyglądałem bardzo interesująco co widać na załączonym zdjęciu z automatu. Spory wpływ miały na to moje zmiany kwater. Od akademika, przez stancję u "matusi" z dwiema bogobojnymi córkami panienkami po pięćdziesiątce, aż do maleńkiego zatłoczonego pokoiku na poddaszu gdzie udało się mnie zmieścić tylko dzięki hamakowi.
Moje osobiste wydarzenia nie muszą być ciekawe dla osób postronnych, każdy jest przecież  grubą księgą wspomnień wyjątkowych, a jednocześnie dla innych nudnawych. Ciekawsze może być opisanie jak wyglądało  pół wieku temu jeżdżenie z Kielc do Łodzi. Przeważnie jeździłem autobusem. Wówczas wolno było w autobusach (jak też we wszystkich poczekalniach, restauracjach) palić papierosy. W porach deszczowych powietrze wewnątrz było gęste od dymu machorkowych "sportów" połączonego z parą buchającą z ubrań. Wentylacji nie było, bo klapa na górze zamknięta. Okna nie otwierały się bo wiało i deszcz wpadał. Autobusy przeważnie były przepełnione. Między dwoma rzędami pokrytych ceratą foteli były dodatkowe siedzenia bez oparć. Często pasażerów było tak dużo, że te środkowe siedzenia nie były rozkładane, stojących pasażerów mieściło się wtedy więcej. Do Łodzi jechało się ponad 4 godziny. Zimą nie było ogrzewania, ale wobec tłoku nie było to tak znów dokuczliwe, każde ciało to jednak grzejnik.
Wersja jazdy pociągiem była romantyczniejsza. Sama lokomotywa może teraz wydać się sentymentalnym zabytkiem. Odgłos wydobywającej się pary, jej kłęby buchające z komina i z boków parowozu. Piękne, wielkie koła ze szprychami czerwono-czarnymi. Lśniące stalą korbowody kołyszące się w górę i w dół. Wielka czarna beka kotła, za nią klatka maszynisty i palacza zawsze umorusanych, z tyłu tender z węglem. Wagony były trzech typów. Najnowsze, typu pulman, zasadniczo nie odbiegały od obecnych. Najczęstsze były zupełnie inne od obecnych - z drzwiami do każdego przedziału po obu stronach wagonu, siedzenia twarde drewniane profilowane, całe wnętrza wybite drewnem. Na krótszych trasach były drewniane wagony klasy 3 z podestami z barierką na obu końcach i ogólną salą z siedzeniami twardymi prostymi. Klasy były dwie, ale początkowo widoczny był spadek po latach przedwojennych - była klasa 2 - miękkie siedzenia i 3 - twarde siedzenia, natomiast nie było pierwszej, bo ustrój socjalistyczny zlikwidował ich pasażerów czyli bogaczy. Po paru latach zlikwidowano tę pamięć o likwidacji, ustaliła się klasa 1 i 2. Kielce i Łódź należały dawniej do różnych zaborów, nie miały więc jeszcze dobrze skorelowanej sieci torów. A więc najczęściej była przesiadka w Koluszkach. To był bardzo ważny węzeł kolejowy właśnie z powodu łączenia torów dwóch sieci - rosyjskiej i pruskiej. Mimo, że bardzo wiele osób siedziało podczas przesiadek na dworcu to był to drewniany barak bez żadnych luksusów prócz lady z herbatą i bułkami oraz tureckiej ubikacji. Podróżowanie koleją w latach powojennych to była przygoda, niekiedy bardzo męcząca - w sezonie urlopowym ludzie wchodzili do pociągów przez okna, siedzieli na buforach, czasami nawet na dachach wagonów. Z komina parowozu sypały się na nich sadze i iskry, otulały kłęby pary. Z Łodzi do Kielc był w nocy jeden pociąg bezpośredni. Ale Łódź była jego stacją pośrednią czyli przyjeżdżał już zapchany, do Kielc trzeba było stać na korytarzu do rana. Tak na stojąco przeczytałem kilka książek.