Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: Kielce

środa, 03 czerwca 2015

Wspominałem już, że w Domu Malskiej żyliśmy w uprzywilejowanych warunkach - zajmowaliśmy dwa pokoje. Kilka dwuosobowych rodzin zajmowało tylko jeden pokój, ale to było z przydziału tuż po wojnie. Obecnie czasy się unormowały i przepisy określały minimalną powierzchnię mieszkalną na lokatora jako 8 m2. Nasze pokoje miały po 15 m2 więc nie mogli nas ścieśnić. Żyliśmy w takiej sielance prawie 10 lat gdy zapukał do nas ktoś z kwaterunku - mamy dla państwa mieszkanie o właściwym wymiarze. Umówił się z nami na inspekcję proponowanego lokalu.

Nowy lokal znajdował się w dzielnicy Baranówek, 2.5 km od mojej nowej szkoły, w tamtych czasach to były już zupełne peryferie masta. Na froncie znajdowała się willa właścicieli posiadłości...

Wybraniecka 10

Źródło - google street view

...w podwórku stał niewielki domek, w którym były dwa jednopokojowe mieszkania. Pokoje były o wymiarach 4 x 4 m , kwadratowe, dzięki czemu wydawały się dość duże. W jednym mieszkaniu mieszkała już rodzina - małżeństwo z dwójką dzieci, w drugim, przewidzianym dla nas, mieszkała jakaś pani, która miała zostać przeniesiona do innego lokalu. Oczywiście nie było kanalizacji. Na podwórku była studnia na korbę, drewniana toaleta była na końcu ogródka kilkanaście metrów od domu. Mieszkanie wymagało remontu więc mieliśmy trochę czasu do namysłu.

Matka miała dużo zastrzeżeń - po pierwsze odległość od miasta, po drugie koniecznośc wychodzenia na zewnątrz po wodę i do toalety. Faktu zmniejszenia powierzchni nie było co dyskutować - zgadzało się z normami.
Ja widziałem trochę plusów - blisko na basen i na narty na górę Telegraf i na Skocznię. Poza tym prześladowała mnie obawa, że mogą nam przydzielić przechodni pokój albo część pokoju oddzieloną zasłoną od sąsiadów.
Nie wiem na ile moje argumenty były istotne, ale zgodziliśmy się. Przeprowadzka odbyła się zimą 1954/55. Okazało się, że kuchnia, pełniąca również rolę pieca, bardzo trudno się rozpala. Dopóki się na dobre nie rozgrzała dymiła na cały pokój. Po kilku dniach zmagań Matka zrezygnowała - wszystkie posiłki w ciągu tygodnia gotowała na stojącej na parapecie okna maszynce elektrycznej. Kuchnię rozpalało się dopiero w sobotę. Gdy już była rozgrzana łatwo było utrzymać ogień. Mieliśmy więc ciepło do poniedziałku rano. W ciągu tygodnia woda w stojącym na oknie czajniku zamarzała. Mój zimowy rozkład dnia był więc prosty. Po szkole zjadałem obiad w stołówce u Zytek i szedłem na narty. Wracałem do domu o zmroku. Lekcje, jeśli je w ogóle odrabiałem, to bardzo poiwerzchownie i w kilku warstwach ubrania. Wcześnie spać.

Poniżej szkic rozmieszczenia sprzętów w naszym nowym mieszkaniu...

Mieszkanie

Dwie kreski na dole to schodki do sieni naszego domku. Drzwi po prawej prowadziły do mieszkania państwa K, po lewej do nas. Po lewej od wejścia wychodzące na wschód okno, pod nim szafki z książkami, radio, na parapecie maszynka elektryczna. Na przeciwko drzwi moje łóżko, za nim szafa z ubraniami, dalej łóżko Matki, we wnęce kuchnia, na prawo od drzwi komoda. Ta ogromna pusta przestrzeń wokół kuchni była zajęta przez kubeł z węglem, kubeł z czystą wodą, kubeł z brudną wodą, miskę - konfiguracja dość elastyczna zaleznie od aktualnej sytuacji. Gdyby nie krępujaca sytuacja z toaletą i ubikacją to doprawdy nie wiem po co komu wiecej miejsca.

Mieszkanie w jednej izbie bez kanalizacji stwarzało pewne problemy. Myliśmy się w dużej misce. Matka myła się gdy ja byłem już w łóżku, odwrócony twarzą do ściany. W zimie bardzo często było zbyt zimno by chodzić do odległej toalety, tę rolę pełnił więc kubeł. Natomiast bardzo lubiłem chodzić po wodę do studni. Zawieszony na łańcuchu kubeł zjeżdżał na dół pod własnym ciężarem, należało dłonią hamować obroty kołowrotu. Kręcenie korbą i wyciąganie pełnego wody kubła było niewatpliwie pożyteczną czynnością. W lecie woda ze studni była cudownie zimna. W zimie przy studni tworzyła się gruba i śliska lodowa powłoka, którą nasz gospodarz co kilka dni rozbijał siekierą.
W lecie życie było lżejsze. W końcu czerwca i na początku września miałem blisko na basen. W mieszkaniu nie dokuczał chłód. W toalecie było towarzystwo brzęczących much.

Nasi sąsiedzi, pani Krysia i jej mąż byli bardzo życzliwymi ludźmi. Pani Krysia nie pracowała, dorabiała robieniem na drutach. Jej mąż pracował w jakiejś spółdzielni jako urzędnik i niestety w soboty często przychodził z pracy pijany. Dochodziły do nas wtedy odgłosy awantur.
Właściciele posesji - państwo S - on pracowal jako prywatny taksówkarz i mieliśmy z nim minimalny kontakt. Wyczuwałem, że nie był zadowolony z przydzielonych mu na siłę lokatorów. Dodatkowo zraziło mnie do niego to, że regularnie drażnił swojego psa, który żył w budzie na łańcuchu. Żeby był zły i ostry - tłumaczył gospodarz. Zły? Ostry? Dla kogo ostry? Chyba tylko dla nas.
Pani S, jak to kobieta, wpadała czasem do pani Krysi na wieczorne pogawędki, Matka do nich dołączała. Na wiosnę pani S dała mi nawet kawałek działki w swoim przydomowym ogródku i pomogła posadzić rzodkiewki. Niestety sprawiłem jej zawód. Nie zajmowałem się grządką, zarosła chwastami a rzodkiewki sparciały w ziemi. 

Dzielnica Baranówek miała połączenie autobusowe z centrum Kielc - autobus nr 2 - ale  rano i po pracy niesposób było się do autobusu dopchać. Dla mnie był to regularny spacer, dla Matki spore umęczenie.
Na Baranówku nie można było korzystać z głośnika. To była dla mnie dotkliwa niewygoda. Dopiero za kilka miesięcy kupiliśmy radio. Do tego czasu wpadaliśmy do pani Krysi żeby posłuchać wieczornego dziennika i niedzielnego koncertu życzeń. Radio było czeskiej produkcji, kupiliśmy je w Państwowym Domu Towarowym (PDT). Pamiętam jak sprzedawca prezentował nam jego zalety - fale krótkie - porozumiewawczo mrużył oko, wiadomo - Wolna Europa. Ta radiostacja była jednak bardzo skutecznie zagłuszana i rzadko udawało mi się coś usłyszeć.

W niedzielę chodziliśmy na msze do lokalnego drewnianego kościoła. Atmosfera była taka bardziej wiejska.
Widziałem, że Matce doskwierało oddalenie od miasta. W Domu Malskiej miała pod bokiem kilka życzliwych sąsiadek. Po pracy można było jeszcze iść do kina. Niedaleko od nas mieszkały koleżanki Matki z pracy i moi koledzy.
Ja mogłem po szkole wybrać się do kina na wczesny seans, ale Matka  mogła iśc do kina tylko w niedzielę. Podobnie z wizytami u znajomych. Oczywiście nikt nie miał telefonu więc czasem obeszliśmy w niedzielę kilka miejsc i nikogo nie zastaliśmy.

07:06, pharlap
Link Komentarze (6) »
środa, 06 maja 2015

Lech  Lech

Matka nie lubila Kielc, może uważała je za swoisty rodzaj zsylki. Wojna zmusiła ją do przeniesienia się tutaj, tutaj straciła męża. Musi tu przetrwać, ale przecież kiedyś to się skończy i wrócimy do Warszawy.

Pokreślała więc często, że oboje pochodzimy z Warszawy. Oczywiście przejąłem to po Niej.

Może dlatego Matka nie ruszała się daleko od domu - praca, zakupy, kościół, cmentarz, park. Inna rzecz, że zarówno cmentarz jak i wspomniany w Dziejach grzechu Żeromskiego park (poniżej)  były i nadal są piękne...

Park

Piękne są również okolice Kielc. Z wychodzących na północ okien korytarza naszego domu widać było masyw Wiśniówki, można było chyba nawet rozpoznać wyszczerbiony zarys Diabelskiego Kamienia. O Diabelskim Kamieniu jeszcze będzie, teraz wspomnę o leżącej u stóp Wiśniówki miejscowości Masłów.

O Masłowie każdy kielczanin słyszał gdyż było tam lotnisko i raz do roku odbywały się pokazy lotnicze.

Masłów

Zdjęcie ze strony  http://www.wici.info/

Wybraliśmy się kiedyś na te pokazy. Niestety nic z tego nie pamiętam oprócz tłoku i trudności z dojazdem. Po tym doświadczeniu Matka miała proste wytłumaczenie swojej niechęci do wyjazdów poza miasto.

Udało mi się raz uprosić Matkę o wycieczkę na Słowik - miejscowość letniskową w pobliżu Kielc. 

Słowik

Karta pocztowa z 1902 roku.

Głównym argumentem była rzeczka - Bobrza. Przecież ja do tego czasu tylko dwa razy w życiu kąpałem się w rzece - w małej rzece koło Mierzęcina i w Bugu podczas wakacji w Samarii.
Znowu niepowodzenie. Trudności z dojazdem a na miejscu woda w rzece okazała się być zbyt zimna.

Odtąd ograniczaliśmy się do spacerów po mieście.

Poniżej kopia pocztówki z 1902 roku - widok na ulicę Długą od strony Rogatki Krakowskiej... 

Rogatka krakowska

Tę kartę znalazłem wśród pamiątek po Ojcu. Została wysłana z Kielc do rodziców Ojca w Rembówku. W karcie nie ma żadnych imion ani nazwisk, tylko inicjały, ale jednak nasza rodzina miała jakieś powiązania z tym miastem. Szkoda, że Matka o nich nie wiedziała, może zmniejszyłoby to Jej niechęć do Kielc.

Za drzewami po lewej stronie było wejście do parku. Za drzewami po prawej - Seminarium Duchowne. Wieża kościelna to kościół św Trójcy. Tuż za nim znajdowało się Liceum im. Stefana Żeromskiego, do którego uczęszczałem.  Na przeciwko budynku na szczycie znajduje się kielecka katedra. 

Odbyliśmy też wycieczkę na wspomnianą już przez Tadka Karczówkę. Matka cały czas denerwowała się czy ten spacer mnie zbytnio nie męczy. W rezultacie męczył.

Matka wspominała czasami miejsca letniskowe w okolicach Warszawy - Miłosna, Radość, Otwock, okolice rzeki Liwiec. Tam przed wojną ludzie wysyłali rodziny na wakacje. To była chyba jedyna rzecz, której im zazdrościłem.

Zazdrościłem też Tadkowi, którego Mama opowiadała o częstych wycieczkach w różne urocze miejsca. Raz udało się jej przekonać moją Matkę. Pojechaliśmy do Sukowa. Tam była niewielka rzeczka. Brodziliśmy z Tadkiem w płytkiej wodzie. W którymś momencie trafiłem na jakiś dół, niespodziewanie zanurzyłem się aż po szyję. Nie umiałem wtedy jeszcze pływać. Krzyknąłem ze strachu i przestraszyłem się jeszcze bardziej. Nasłuchałem się opowiadań jak to topielcy wciągają pod wodę swoich ratowników.
Nie, tego nie chciałem Tadkowi zrobić. Na mój krzyk Tadek odwrócił się. W jego oczach zobaczyłem przestrach. Wyciągnął rękę w moim kierunku, ale nie zbliżył się. To było najlepsze co mógł zrobić. Wyciągnięta ręka była bodźcem do zrobienia kroku a tam było już płyciej. 

Letnisko nad wodą w okolicach Kielc - na to musiałem poczekać ponad rok.

Tagi: Kielce
08:52, pharlap
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 kwietnia 2015

 Tadeusz

Z Lublina do Kielc przeprowadzka była słabo przygotowana. Ale inna w rok po wojnie być nie mogła. Rozpoczęliśmy od koczowania w maleńkim pokoiku w cztery osoby u dawnego znajomego. Po parunastu miesiącach dostaliśmy mieszkanie na ulicy Prostej 2.
Ładna piętrowa kamienica, choć bez specjalnych wygód - tylko kran z wodą i zlew w  kuchni. Ale prestiżowe wejście od ulicy i drugie "dla służby" od podwórka. Trzy pokoje i kuchnia. Piękny kaflowy piec, wysoki, z kaflami zdobnymi w tłoczone ornamenty stojący w wielkim salonie w rogu, na ukos.
Piec i trzeci pokój stały się powodem poszukiwań mieszkania innego. W tym trzecim mieszkali bowiem sublokatorzy - milicjanci. Jak już Lech pisał, większość komunalnych (chyba w większości pożydowskich) mieszkań i domów była zasiedlana wielorodzinnie. Piec natomiast wymagał palenia dużą ilością węgla. Milicjantów uznała babcia za zagrożenie totalne. A do pieca na węgiel nie tylko nie starczało pieniędzy, ale też sił do noszenia z dalekiej komórki. Latem miałem dużo miejsca do biegania, ale zima zeszła nam na siedzeniu w małym pokoju i kuchni - duży stał zamknięty bez ogrzewania.
Z jego okna był widok na całą ulicę Słowackiego prostopadłą do Prostej.

Jak pisałem, moja babcia była surowa i despotyczna. Moja mama ostatnie lanie dostała już jako ponad 20-letnia panna. Nic więc dziwnego, że i ja je dostawałem.
Pamiętam, jak raz widząc, że mama z paskiem idzie po jakimś moim wybryku, uciekłem pod łóżko, które stało na środku dużego pokoju. Mama je przesuwała na kółkach, a ja uczepiony jak małpka do sprężyn wraz z łóżkiem jeździłem. Sytuacja była na tyle komiczna, że oboje wybuchnęliśmy śmiechem.  
Od strony kuchennej było podwórko ograniczone płotami i komórkami na węgiel. Za płotem była grubo brukowana droga, drewniany dwór z wielkim czarnym krytym gontem dachem i gankiem. Przed budynkiem ogromny kasztan, pod którym chodziłem czekając, aż spadnie jakiś owocek, najpierw zrywany wiatrem malutki, kolczasty miękko, potem już większy, a w końcu same dojrzałe owoce.  Dalej ogrody i pola, aż do Psich Górek. W górę Prostej był drewniany dom, obórka, a w niej koza. Chodziłem do kozy po mleko zaraz po dojeniu, było jeszcze ciepłe.  

Na mamy rysunku ulica Słowackiego w całej swej okazałości z lat czterdziestych. Ja w płaszczyku z kocyka stoję przy kamiennym murku, na którym wysoka siatka, a za nią przytulone gęste ligustry. Za ogrodzeniem ukrywał się pałacyk Hueta.
Byłem u kolegi, który tam mieszkał. Jego rodzina przydzielony miała hol pałacyku, bardzo dziwnie to wyglądało z łóżkiem kanapą, stołem.
Przy pierwszym po lewej stronie słupie telegraficznym był dom państwa Sowińskim, a w nim ich wnuk, mój kolega Maciek. Kolejne inteligenckie dziecko, jedynak bez ojca. Umiał grać na fortepianie, nawet aranżować zasłyszane melodie. Mama zawsze mi powtarzała, że jeżeli nie będę się dobrze uczył to zostanę u niego stróżem. Prawie na końcu ulicy widać czerwoną plamę - to dom doktora Romszajda z rentgenem koło sypialni.
To jest skrzyżowanie z Poniatowskiego, vis a vis nasza szkoła. Chodziłem do niej z początku z mamą, potem sam.
Byłem przegrzewany zbyt ciepłym ubieraniem mnie,  raz mama zobaczyła przez okno jak po wyjściu z domu stopniowo zdejmuję z siebie warstwa po warstwie i idę z ubraniami w ręce już tylko lekko ubrany. 
Stare, duże drzewa zasłaniają koniec ulicy z Bazarem. Na prawym końcu był na rogu fryzjer, przed nim budka z napojami. Gdy miałem tylko 1 złoty to kupowałem małe piwo, gdy więcej to płynny owoc za 1,40. Piwo nie uchodziło za alkohol, nie było przy budce typowych dziś piwnych amatorów. Piwo było beczkowe - duża drewniana beczka z pompką i kranem, na niej bryła lodu, jeżeli szło się wczesnym rankiem ta bryła leżała przed budką. 
Lewy koniec ulicy to apteka Gieraltowskiego jeszcze sprzed I wojny, upaństwowiona w 1950 r., nad nią, na 2 piętrze, jadłodajnia Caritasu z panią Lodzią kucharką. 
Ponieważ łatwiej było zmienić mieszkanie na mniejsze, gorsze, więc już od drugiej klasy mieszkałem na Słowackiego pod numerem 13 - niskie domy na prawo i nieco w górę od motocyklisty. To było w piętrowej oficynie. Następnym razem opiszę jak się tam mieszkało.

Tagi: Kielce
10:01, tg1940
Link Komentarze (1) »
piątek, 24 kwietnia 2015

 Tadeusz

Dzisiejsza nienawiść dzieci do szkoły jest dla mnie niezrozumiała. Lubiłem szkołę, była 
urozmaiceniem po domowej jednostajności.
Wakacje były szkoły pozbawione, ale czasem zdarzały się wyjazdy. Pierwszy taki wyjazd to był pobyt z mamą na św. Katarzynie, wsi z klasztorem, u podnórza Łysicy, koło 25 km od Kielc. Mieszkaliśmy w izbie w nowej chacie miejscowego szewca  Łakomca. Okno wychodziło na drogę do klasztoru.

 

Dni schodziły na spacerach, zbieraniu grzybów, jeżyn, piciu cudownej wody ze źródełka św. Franciszka. Gdy ja buszowałem po krzakach mama siadała z kartką i kredkami rysowała, w domu poprawiała akwarelą.

Gospodyni zebrane grzyby suszyła na gałązkach tarniny nabijając kapelusze na kolce i wstawiając taką choinkę do wygasłego, ale gorącego paleniska.
Na tym terenie zbierana i jedzona była odmiana prawdziwka z czerwonym trzonem. Po latach dowiedziałem się, że to grzyb nieco trujący i wśród świętokrzyskich chłopów nazywany poćcem.

Wieś chyba zaczynała być atrakcyjna letniskowo, bo w innej chacie mieszkali dwaj chłopcy z naszej szkoły - Adam i Tadek Massalscy. Ja zdałem do drugiej klasy więc wołali za mną "drugaki-głuptaki", a ja za nimi "pierwszaki" lub "trzeciaki-głuptaki".

Popołudniami mama czytała mi "Białego kła" Londona. 

Obiady jedliśmy w klasztorze, była piękna biała  sala z długim ciemnym drewnianym stołem pokrytym białym obrusem. Było sporo jedzących, siedziałem z ciasno przyłożonymi łokciami do boków - tak wówczas należało. Dania wydawane były w okienku z obrotową szafką. Zakonna reguła nie pozwalała na kontakt z ludźmi z zewnątrz.
U zakonnic można było kupić miód wyjątkowy. Ciemnozielony, aromatyczny, ze spadzi z jodeł puszczańskich robiony. 

Miałem pecha wyjątkowego - rozbolał mnie ząb trzonowy, chyba 5-ka. Parę nocy bolesnych i decyzja - idziemy po pomoc. Jedynym dentystą była zakonnica, bardzo bałem się rwania przez okienko, ale w tak wyjątkowym przypadku wyszła zza krat. Całe wyposażenie to szczypce i jakiś spryskiwacz z UNRRY tylko powierzchownie znieczulający. Mama wyszła z salki do kościoła, ale i tam za murami słychać było mój wrzask. Już na zawsze pozostał mi uraz do dentystów. 

Rok czy dwa później byliśmy znów na wsi, tym razem w Podmarzyszu. Także mieliśmy swoją izbę, pierzyny, poduchy. Oglądałem układanie nowej strzechy. Gospodarz brał wiązkę słomy, skręcał ją, okręcał wokół krokwi i ściągał do dołu, obok następna wiązka, tworzył się fartuch z końcami źdźbeł do dołu.  kolejne górne rzędy przykrywały wcześniejsze. Strzecha była normą na wsi. Była tania, dość trwała i miała ogromną zaletę - strych był chłodny latem. Niestety była łatwopalna. 
W gospodarstwie było dwóch chłopców, moich rówieśników. Byli bardzo zapracowani. Pasienie krów nie było tylko siedzeniem przy ognisku i sporadycznym pogonieniem zwierząt.

Marzysz - sosny przy drodze

Idąc na pastwisko drogą przy lesie sosnowym ryli motykami piach i wyciągali długie, równe korzenie, niektóre po kilka metrów. Korzenie były obdzierane ze skóry,  cieńsze  przecinane wzdłuż. Z odpowiednio grubych robione były obręcze - przyszłe rusztowanie. A potem płaskimi cieńszymi korzeniami wyplatali koszyki - takie, jakie spotkać można i dziś w muzeach wsi, czasami na wiejskich rynkach. Nauczyli mnie też jak wyciąć patyk z gałęzi wierzby gruby około centymetra a długi na  5-10, trzonkiem noża ostrożnie otłuc korę, ściągnąć ją, przyciąć odpowiednio drewno, wsunąć korę z powrotem i powstawał gwizdek. Im grubsza gałąź tym niższy dźwięk. Niestety gwizdek już następnego dnia wysychał i pękał. Tam też widziałem jak gospodyni przed robieniem ciasta czy makaronu szła do komory i tam mełła na żarnach mąkę. Jedną ręką drewnianym kołkiem obracała ciężki kamień z szybkością 2-3 obrotów na sekundę, drugą dosypywała ziarno do środka. Szara mąka sypała się do podstawionego naczynia. Z wiejskimi chłopcami byłem w bardzo dobrej komitywie, nikt nie był lepszy ani gorszy choć każdy z nas był nieco inny.  Gdy chodziliśmy przez wieś niekiedy przed jedną z chat bawiła się paroletnia dziewczynka. Koledzy wołali: Jadźka, pokaż pickę! A ona z uśmiechem podnosiła sukienkę. Wiejskie dziewczynki latem oczywiście nie nosiły majtek. Potem spokojnie szliśmy dalej.

Byłem także dwa razy na koloniach dla dzieci pracowników magistratu gdzie mama pracowała. Pierwszy wyjazd był w 1948 roku. Przez całą noc jechaliśmy pociągiem na stojąco, w korytarzu. Przez okno widziałem niesamowite pióropusze ognia w hutach i koksowniach Śląska. 
Dojechaliśmy różnymi pojazdami do Matejkowic koło Jeleniej Góry. Kolonie były w 
poniemieckim bogatym gospodarstwie. Ogromna sala wyłożona ciemnym drewnem, bilardowy 
stół, na którym nigdy nie zdołałem zagrać bo byłem najmłodszy. Dzień zaczynał się apelem na 
dworze, śpiewanie - "Kiedy ranne wstają zorze" i jakiś młodzieżowy hymn socjalistyczny. Na śniadanie było mleko robione z proszku, który niestety osiadał na dnie. Plusem był zupełny brak kożuchów znienawidzonych przeze mnie. Oczywiście były też inne rzeczy do jedzenia ale nie wryły mi się w pamięć. Potem był całkowity luz bez żadnego nadzoru. Ja chodziłem zupełnie sam w góry okoliczne, zwiedzałem pola, zagajniki. Nigdy nie zauważono mojej nieobecności. Obok budynku był górski strumień z kamieniami, po których przechodziło się między brzegami. Któregoś dnia prowadziliśmy wojnę na kamienie (chyba nieduże). Jedna strona okazała się słabsza i jej uczestnicy przechodzili do przeciwnika. Tak jakoś wyszło, że zostałem sam. Oberwałem kamieniem tak, ze zalałem się krwią, co normalne przy skaleczeniu głowy. Sprawca wystraszył się i do końca dnia zabawiał mnie, opowiadał dowcipy i historyjki ciekawe. I to był mój najlepszy dzień na całym turnusie. Nie pamiętam żadnego wychowawcy, opiekuna. 
Drugie kolonie były pod Kielcami na Sitkówce, piękna rzeka Nida z piaszczystym dnem, łachy czystego piachu na brzegu. Skład był mało mi przyjazny, rozpoznano we mnie rozpieszczonego jedynaka i nazywano "pańskim cyckiem". To określenie jeszcze parę razy pojawiało się w moich spotkaniach z młodzieżą spoza szkoły. Tu również opieka i nadzór były niewidoczne. Pilnowano leżenia w łóżkach po obiedzie, to była jakaś mania wychowawcza. Czytałem wtedy "Starą baśń". Pamiętam zabawę z niewybuchami, pociski długości około 30 cm. Stawiałem je w ziemi pionowo, czubkiem do dołu, chowałem się za drzewkiem grubości nogi i uderzałem wyciągniętą ręką kamieniem z nadzieją, że zapalnik jest właśnie z tyłu pocisku. Do końca kolonii nie doczekałem bo napadła mnie jakaś infekcja z wysoką gorączką. 
Najprzyjemniejsze i najlepiej wspominane wakacje to były wyjazdy z mamą na wczasy. Byliśmy nad morzem, co opisałem, ale też w Zakopanem. Nie wydarzyło się tam nic specyficznego, wartego opowiadania.  

czwartek, 23 kwietnia 2015

Tadeusz  Tadeusz

Codzienność dziecięca przed rozpoczęciem czytania była monotonna - podwórko, rysowanie, klocki, kasztany, patyczki, druciki, miś...  Gdy przychodziła niedziela chodziłem na spacery z mamą. Najczęściej na Karczówkę, niecałe 3 km od domu. Najpierw przez park, piękną aleją z kasztanami. Mijaliśmy staw, a to zawsze ciekawe miejsce. Za parkiem kościół garnizonowy - dawna cerkiew. Przed kościołem po obu stronach ul. Karczówkowskiej stały liczne szeregi żołnierzy. Wojsko przybywało na swą mszę. Potem przejście przez tory, piesi mieli ustawione krzyżaki z drewnianych belek, jak w obrotowych drzwiach. Za torami już tylko pola i widok na klasztor na wzgórzu wystający spomiędzy sosen . Zboża były wysokie, wyższe ode mnie. W tamtych czasach słoma była długa. W zbożu chabry i kąkole, czasami maczki. Miedze wąziutkie, z trawą sterczącą na boki, wystające z ziemi, pod miedzą mogły zmieścić się zajączki, kuropatwy, najczęściej żaby. Przy piaszczystej drodze bardzo zniszczone i nieliczne kapliczki stacji drogi krzyżowej, niekiedy ze zwiędłymi i suchymi kwiatami w puszkach lub słoikach stojacych we wnękach najczęściej pustych, bez figur . Od podnóża góry ziemia stawała się czerwona jak cegła, stało kilka chat, ogrody warzywne i ziemniaczane małe pólka. Samo strome zbocze było skaliste, dróżka wiła się w górę serpentynami. Klasztor z kościołem otoczony był lasem z rzadkich sosen i krzakami tarnin, które w maju biało kwitły i pachniały, jesienią miały cierpkie granatowe owoce. Tarniny rosną tylko na wapiennej glebie, na mojej obecnej Białostocczyźnie nie ma ich wcale. Stojąc już na szczycie, pod murem klasztoru, widok na Kielce był wspaniały, całe miasto było widoczne jak na wielkiej makiecie. Na horyzoncie z każdej strony był las. Pierwszy raz w życiu zauważyłem jak plama cienia od chmury przesuwa się po polu, mieście - zaskoczony byłem, że gdy ja mam cień to u kogoś innego może być słonecznie. Pierwsza lekcja relatywizmu. W Kielcach mówiło się, że jeżeli ciemna chmura idzie od Karczówki to burza. I słusznie - burze przeważnie idą od zachodu. Dziś Karczówka to tylko wyspa zieleni prawie w środku miasta. 

Moja mama miała wielka pasję - malowała i rysowała. Zachowało się kilkanaście jej obrazków. Dziś Karczówka. Do miasta na prawo.

Tagi: Kielce
16:48, tg1940
Link Dodaj komentarz »