Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: dziecko

sobota, 24 października 2015

Lech  Lech

Michal

Rok 1976 zaczął się spokojnie i nie zapowiadały się istotne zmiany.
Michał rozwijał się dobrze - dużo jadł, dużo spał. Jedynym kłopotem była podatność na zaziębienia.

W lutym pojechałem z Anią na wczasy, tradycyjnie do Bierutowic. W domu wczasowym Ania trafiła na doskonałą partnerkę da zabaw - Edytkę, która byla tam pod opieką dziadków. Ulubioną zabawą była inscenizacja Kopciuszka. Ja odgrywałem niezmiennie macochę. Dziewczynki wymieniały się rolą Kopciuszka i prosiły żebym na nie strasznie krzyczał. 

 Ania i Edytka


Nieco gorzej było na zabawie dla dzieci. Tam nikt nie krzyczał, ale w tłumie dzieci obie dziewczynki były bardzo speszone. 

Dziadek

 

 

Mój rozkład zajęć był bardzo napięty. Po śniadaniu 2-godzinny spacer, sanki. Po obiedzie leżakowanie. Potem minimum godzina spaceru. Po kolacji zabawa dzieci i uśpienie Ani. Wreszczie czas dla siebie - spędzałem go często na wczasowych zabawach. Na balu przebierańców wystąpiłem jako dziadek nocnikowyi zasłużenie wygrałem pierwszą nagrodę.

Po powrocie do pracy wszystko mi się pomieszało.
Wspominałem wcześniej, że Pracowni EtobSystem wyrwano zęby - usunięto kierownika - Andrzeja Zienkiewicza. Należało uzbroić się w cierpliwość i czekać jak sprawy sie potoczą. To nawet wpasowywało się dobrze w sytuację rodzinną - więcej czasu dla domu i dzieci.
Nasza sytuacja finansowa była bardzo dobra. Nie mając na co wydać pieniędzy zgromadziliśmy pewne oszczędności. Pewnego razu odwiedziła nas moja znajoma z mężem Hansem - Szwedem. Hans wspomniał o możliwościach dobrego zarobku - samochody Polski Fiat 126 można było kupić za 65,000 zł i sprzedać za 100 tys. Jedyny kłopot to trzeba wpłacić całą kwotę z góry i czekać około 2 lat na dostawę, ale jeśli ktoś ma zapasy gotówki...
Roześmiałem się pod nosem -  skoro tak dobrze zarabiam robiąc to co lubię to dlaczego miałbym się przekwalifikować na handlarza samochodami?
Wydawało mi się to bardzo dowcipne,ale zapomniałem, że akurat nie robiłem wiele tego co lubiłem.

W takim właśnie stanie umysłu przyjąłem propozycję awansu na zastępcę kierownika Pracowni. To było bez sensu, wiedziałem, że dni istnienia Pracowni są policzone, nie miałem żadnej idei co na tej pozycji chciałbym osiągnąć. Może uległem namowom kierownika Pracowni - pana Ł? Może intrygowało mnie czy Partia wyrazi zgodę gdyż to stanowisko podlegało już politycznej kontroli. Najchętniej tłumaczyłem sam sobie, że zrobiłem to pod wpływem telewizyjnego serialu Czterdziestolatek - KLIK. Bardzo nam się ten serial podobał i rozbawił mnie fakt, że główny bohater - inż Karwowski - złamał sobie nogę w czasie gdy ja kurowałem swoją złamaną nogę. Trzeba trafu, że w okresie gdy pan Ł namawiał mnie na kierowniczy awans inżynier Karwowski awansowal na dyrektora. 

Awans łączył się z wymiernymi stratami. Pensję nieco mi podwyższono, ale premia kierownictwa była niższa niż premia naszego zespołu. Poza tym musiałem zrezygnować z pół etatu w WZM. Znacznie gorsze było, że nie miałem wiele do roboty i najchętniej spędzałem czas promując opracowany przy moim udziale system SEZAM. Na moje szczęście po kilku miesiącach, we wrześniu 1976 roku, Pracownię EtobSystem rozwiązano a ja zostałem przekazany do dyspozycji dyrekcji Centrum ETOB. 

Życie rodzinne biegło swoim trybem - wczasy, wyjazd Ani na wakacje z siostrą Sylwii. Bolesna była sprawa mojej Matki. Prawie 3 lata wcześniej oceniła, że nie jest w stanie samodzielnie egzystować i wprowadziła się do nas. Niestety mieszkanie z nami układało się niedobrze. Matkę denerwowało wiele rzeczy i jej stan promieniowl na cały dom. Miała bardzo silną osobowość i często, wracając z pracy, już 200 m od domu mogłem wyczuć, że nie jest dobrze. W domu zastawałem zamknięte drzwi od pokoju Matki i silny zapach papierosów.
Kilka razy Matka wyjechała na dłuższe odwiedziny do swojej siostry Stanisławy. Bardzo brakowało jej towarzystwa życzliwych osób jak pp Bobrowicz w Kielcach. Wreszcie złożyła podanie o przyjęcie do domu rencistów. W lutym 1976 roku przeprowadziła się do domu w okolicy placu Narutowicza. To było blisko do jej sióstr, dość blisko do nas, ale pokoje były małe i miała dwie współlokatorki. Po kilku miesiącach załatwiła sobie przeniesienie do domu rencistów w Białołęce. To było bardzo daleko, ale warunki bytowe były dobre a otoczenie piękne.

 Tymczasem ja, zamiast poddać się życzliwemu mi losowi i czekać co też zaproponują mi w ETOBie, wpakowałem się znowu w niepewne układy. Dostałem propozycję objęcia stanowiska głównego specjalisty w zjednoczeniu przemysłu elektronicznego UNITRA. Propozycja wyglądała ciekawie - na miejscu byli już angielscy konsultanci z firmy ICL, miano zastosować znany mi software dla przemysłu, kilka fabryk należących do zjednoczenia miało już komputery ICL, samo zjednoczenie miało nowoczesny komputer ICL-2903, był zespół młodych entuzjastycznych ludzi. W październiku 1976 roku zgodziłem się.

W praktyce wszystko wyglądało bardzo ponuro. Angielscy konsultanci skarżyli się, że od miesięcy siedzą bezczynnie. Zespół młodych pracowników - to samo. Chyba 4 programistów plus kierowniczka sekcji, która prowadziła z nimi regularne ćwiczenia przy tablicy żeby jakoś zabić czas i nie wyjść zupełnie z wprawy. Do tego jeszcze 3 analityków byznesu, którzy też nie wiedzieli co mają zrobić.
Od dyrekcji wiedziałem, że podstawowym naszym zadaniem jest wdrożyć system zarządzania produkcją w zakładach radarowych. Pierwsza wizyta wypadła fatalnie. W fabryce istniał dział informatyki, który miał ambicję samodzielnie opracować taki system i nie chciał słyszeć o wdrażaniu cudzych pojektów. Nie chciał słyszeć o żadnym rodzaju współpracy. Przypomniała mi się moja sytuacja w Zelmocie, tam też ja miałem pomysły, które uważałem za najlepsze. Ale byłem sam i nie zamierzałem toczyć bojów z resortowym ośrodkiem.
Jedynym jasnym punktem była przyjęta nieco później niż ja pani Ewa Kubacka. Ją też przeraziła bezczynność pracowników. Miała tę przewagę, że znała sporo osób w zjednoczeniu i udało jej się znaleźć jakieś niewielkie systemy do oprogramowania. Moim najpoważniejszym osiągnięceim było wysłanie do domu angielskich konsultantów. Po trzech miesiącach nieudanych wysiłków zacząłen gorączkowo rozglądać się za jakąś inną posadą. Żadne tam kierownictwo - konkretna praca na komputerze.

Szczęście mi znowu dopisało

poniedziałek, 12 października 2015

Lech  Lech

Po powrocie z Anglii z entuzjazmem zabrałem sie do pracy, ale wkrótce na horyzoncie pokazały sie ciemne chmury. Nasz szef, pan Andrzej Zienkiewicz, poinformował nas, że system WEKTOR rezygnuje z naszych usług. 
Wyjaśnienie było dość oczywiste - przesyłane przez nas informacje były coraz gorsze. Zadania nie były wykonywane w terminie, zamówione urządzenia nie były uruchomione, mało tego, nie były nawet właściwie magazynowane.
Pan Andrzej był jednak optymistą: dopiero teraz nasz system jest przydatny. Przecież im wcześniej kierownictwo wie o nadchodzącym kryzysie tym lepiej może przeciwdziałać. Ma większą władzę. To nie są głupi ludzie, wkrótce ktoś pójdzie po rozum do głowy. W każdym razie my będziemy im wysyłali nadal nasze raporty. Za darmo, stać nas na to, sytuacja finansowa pracowni jest bardzo dobra.
Zupełnie inaczej widział tę sprawę Andrzej Targowski - jedna z najbardziej znaczących osób w polskiej informatyce - KLIK.
Tutaj link do jego wspomnień o systemie WEKTOR - KLIK. W zlinkowanycm wspomnieniu pisze: "System WEKTOR uwypuklił dobitnie, że systemy informatyczne w skali krajowej — to więcej niż systemy informatyczne: dobrze zaprojektowane stają się systemami władzy. System WEKTOR został zaprojektowany jako system kontrolujący m. in. resort budownictwa. W związku z tym, momentalnie minister tego resortu Karkoszka, były I sekretarz KW PZPR w Gdańsku, uruchomił swój układ partyjnych sojuszników, aby system WEKTOR nie wszedł do użytku, bowiem chciał uniknąć kontroli swojej działalności.".

Na Boże Narodzenie pojechaliśmy w trójkę do Bierutowic. Zapowiadało się pięknie, ale po kilku dniach Ania dostała bardzo silnego przeziębienia. Wysoka gorączka, na krótki czas straciła przytomność. Na szczęście trafiliśmy na bardzo dobrego doktora i wyzdrowiała.

W lutym znowu na śnieg. Tym razem na Bukowinę. Ja z Anią i siostrzenicą Sylwii - Kasią. Znowu nieudany wyjazd. Wielka odwilż, cały śnieg stopniał, Bukowina tonęła w błocie. Nasza prywatna kwatera też nie była najlepsza - gdy wygasł żeliwny piecyk w pokoju robiło się niezwykle zimno. Całą noc hałasowały myszy. Rada gospodarzy - na noc trzeba sobie zasłonić uszy żeby mysz się w nie nie wkręciła. Skutkowało - nikomu mysz się nie wkręciła, ale nie wystarczyło żeby stłumić hałasy.
Nie można było jeździć na nartach. Spacery w błocie nie były żadną atrakcją. W pobliżu nie było żadnych dzieci. Dziewczynki się nudziły. 

W pracy dowiedzieliśmy się, że ludzie z Komisji Planowania udzielili nam upomnienia za dostarczanie niezamówionych raportów (dla systemu WEKTOR). Pan Andrzej tłumaczył wszystko pozytywnie - dobrze, że jest jakaś akcja, znaczy zauważają, wkrótce zrozumieją, że to dla nich korzystne.
Optymizm nie trwał długo. Któregoś poranka zastaliśmy na korytarzu milicjantów. Dwa pokoje, w których pracował zespół obsługujący WEKTOR były zapieczętowane. Pan Andrzej nie pojawiał się w pracy.  
Sprawa wyjaśniła się chyba za dwa dni. Okazało się, że milicja zrobiła rewizję pokojów naszej praconi i w dwóch znaleźli wiele tajnych dokumentów niewłaściwie zabezpieczonych. One nie były wcale zabezpieczone, to był skutek uboczny skierowania uwagi rządu na potrzeby ludzi. Pan Andrzej robił wiele starań zeby znaleźć dla pracowni osobny lokal, żeby zakupić odpowiednie szafy, ale to nie było możliwe. Administracja lokali dostała polecenie żeby nie przyznawac instytucjom lokali nadających się na mieszkania. Sklepy meblowe dostały polecenie żeby nie sprzedawać instytucjom mebli. To tłumaczy dlaczego nasza pracownia miała nadmiar gotówki - bo nie mogła niczego kupić. Na marginesie dodam, że sklepy spożywcze dostały polecenie żeby zamówienia instytucji załatwiać na końcu. O tym ostatnim dowiedziałem się w przedszkolu Ani gdzie tłumaczono rodzicom trudności w przyrządzeniu dzieciom posiłków. 
Pan Andrzej pojawił się w pracy, ale na krótko. Został służbowo przeniesiony do Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego. Kierownictwo Etobsystemu przejął inż. W.

W zlinkowanej powyżej publikacji Andrzeja Targowskiego nie ma wzmianki o EtobSystemie, jest za to wspomniane Centrum ETOB i nazwiska naszych konsultantów organizujących zbieranie danych w terenie. Formalnie jest to  poprawne - nasza Pracownia była wprawdzie na własnym rozrachunku, ale nie maiła pełnej osobowości prawnej, działu kadr itp. 

Pod koniec kwietnia nasz zespół dostał zaproszenie na konferencję na temat baz danych w Nowym Sączu. Bohaterem imprezy był system bazy danych Rodan - KLIK projektowany przez zespół pod kierownictwem Witolda Staniszkisa. Kolejny inteligentny, dobrze wykształcony, energiczny człowiek.

Mnie poproszono o krótką prezentację SEZAMu. Po prezentacji nie czekaliśmy na zakończenie obrad, pospieszyliśmy do Zakopanego. Następnego dnia był 1 maja, dzień wolny a tu masa śniegu. My to oczywiście trzon zespołu SEZAM - ja, Andrzej M. i Janek R. Zjeżdżaliśmy  z Kasprowego na Halę Gąsiennicową. Kolejka do wyciągu nie była zbyt długa, słoneczny dzień, puszysty śnieg - rozkosz.
Ooops - śnieg tylko wyglądał na puszysty. Był świeżutki, bielutki, ale bardzo mokry i przy dotknięciu kleił się w gęstą masę. Osobiście tego doświadczyłem. Na samym końcu zjazdu chciałem efektownie skręcić w głębokim śniegu, śmignąć chmurą białego puchu. Nie śmignąłem. Leżałem w stercie śniegu i wydawało mi się, że moja prawa stopa jest uwięziona w jakichś kleszczach.
- Czy to pan krzyknął? - zapytał przejeżdżający w pobliżu narciarz.
- Krzyknął? Nie słyszałem żeby ktoś krzyczał.
- Czy z panem wszystko w porządku? Moze pan wstać? - dopytywał się narciarz.
- Oczywiście, że w porządku. Zaraz wstanę... tylko jeszcze chwilkę odpocznę. 
Za chwile podjechali do mnie Andrzej i Janek.
- Wszystko w porządku - odpowiedziałem na ich pytania -  tylko w bucie coś mnie okropnie gniecie.
Buta nie potrafiliśmy zdjąć, trzeba było wołać GOPR. Dwóch ratowników poradziło sobie z butem, ale nie mieli wątpliwości - złamana noga. O kuracji złamanej nogi napiszę w osobnym wpisie gdyż zrobiła się z tego niezależna opowieść.
Przy okazji trzeba było wyjawić kolegom rodzinny sekret. Janek i Andrzej odwiedzili mnie w szpitalu i oczywiście powiedzieli, że wieczorem zawiadomią Sylwię.
- Nie, nie róbcie tego - prosiłem - po co ma sie martwić.
- Ale przecież i tak się dowie. Zresztą ty nie wrócisz z nami do Warszawy. Trzeba ją powiadomić jak najszybciej.
- Ale, ale... - machnąłem ręka z rezygnacją - ale ona jest w ciąży, tylko się zdenerwuje. 

Do domu wróciłem dopiero pod koniec maja. Sylwia energicznie wzięła się za moją kurację za pomocą diety. Kuracja przyniosła dobre efekty. Pod koniec czerwca zdjęto gips i sprawdzono stan złamania. Zrosło się tak dobrze, że nie trzeba było już zakładać gipsu. Standardem było zakładanie krótkiego gipsu na dodatkowe 3 tygodnie. 
Jednak przez następne 2 miesiące musiałem poruszać się o kulach . Sylwia znowu źle znosiła ciążę - co zrobić z Anią na lato. Na 2 tygodnie wzięła ją siostra Sylwii, na następne dwa wysłaliśmy ją na prywatne kolonie w okolicach Warszawy. Kolonie okazały się bardzo kiepsko zorganizowane. Na szczęście udało nam się załatwić wczasy rodzinne w Ryni nad Zalewem Zegrzyńskim - to były dwa tygodnie doskonałej pogody i miłego wypoczynku.

We wrześniu wróciłem do pracy. Mieliśmy trochę zadań, ale wiadomo było, że EtobSystem niedługo zakończy swój żywot.

Ja miałem jednak ważniejsze sprawy na głowie - 30 paździenika urodził się Michał. Ania przyjęła urodziny brata entuzjastycznie. A więc może koło fortuny zaczęło się kręcić we właściwą stronę?

Michal 

Pewnym urozmaiceniem w pracy było prywatne zlecenie z Mennicy Państwowej, która znajdowała się bardzo blisko ETOBu. Moim zadaniem było opracowanie systemu komputeryzacji gospodarki materiałowej. Pewnym rozczarowaniem było, że system nie obejmował metali szlachetnych, te miały osobny system rozliczeń pod kontrolą władz zwierzchnich.
W Mennicy poczułem powiew Zachodu - dobra organizacji, dobre wyposażenie biurowe, maszyny liczące Olivetti w księgowości. Bardzo sympatyczny dyrektor, pan Biernacki. Miejscem mojej pracy był Dział Gospodarki Materiałowej, praca szła dobrze i szybko, bardzo rzeczowi ludzie. Za wyjątkiem jednego - bardzo niepozorny pan o smutnych oczach, zauważyłem, że uważnie przysłuchuje się naszym rozmowom. Któregoś dnia zagadnął mnie:
- Na jakim lomputerze będziecie przetwarzać nasz system?
- ODRA- 1300, nowoczesny polski komputer.
- A czy są takie komputery.. Honeywell? - Jego wiedza zaskoczyła mnie.
- Są, to bardzo dobre komputery (znałem je z pobytu w Anglii w 1964 roku), ale w Polsce ich nie ma.
- Są, są -  zaprzeczył pan R. ze smutnym uśmiechem.
Ta informacja zbulwersowała mnie. Praca na zachodnim komputerze to było marzenie każdego informatyka sledziłem więc dokładnie co też dzieje się w innych instytucjach. Po powrocie do pracy natychmiast pobiegłem do mojego poprzedniago szefa pana K. Husarskiego -
- Szefie, czy ktoś w Polsce ma Honeywella??
- Oczywiście, że nie, przecież pan śledzi te sprawy lepiej niż ja. A skąd to przyszło panu do głowy?
- Jeden facet w Mennicy, szeregowy pracownik, powiedział, że ktoś ma. 
Następnego dnia pan Husarski czekał na mnie od rana...
- Kto panu to powiedział?
- No mówiłem, szeregowy pracownik, nikt.
- Panie, Honeywella ma Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. To zupełna tajemnica. Ten pana  "szeregowy pracownik" musi mieć dobre wtyczki w Bezpiece. 
Popędziłem do dyrektora Biernackiego..
- Panie dyrektorze ten pan R??
- Tak?
- On jest taki trochę dziwny...
- Pan Różański? - drektor zrobił znacząca przerwę - tak to TEN - KLIK. (przepraszam, że aż dotąd posługiwałem się inicjałem, ale chciałem czytelników zaskoczyć).
Polecam lekturę artykułu w wikipedii, leniwym wyjaśnię, że było to pan  bardzo zaangażowany w stosowanie tortur w stalinowsko-bierutowskim aparacie bezpieczeństwa. Po przewrocie 1956 roku został skazany na więzienie, ale dość szybko ułaskawiony.
Siedzieliśmy z dyrektorem chwilę w milczeniu.
- Tak - przerwał milczenie dyrektor - odsiedział wyrok, przyznano nu emeryturę, ale nie mógł wytrzymać bezczynności i prosił o jakąś pracę więc przysłali go do nas. Tu ma zapewnione bezpieczeństwo.
On tylko markuje pracę, nie przydziela mu się żadnych poważnych zadań, ale raz okazał się użyteczny - ciągnął dyrektor - My współpracujemy blisko z mennicą w Wiedniu. Kiedyś przysłali mi zaproszenie na jakąś uroczystość. Zaproszenie zostało przetrzymane w Ministerstwie Finansów i nie było wystarczająco dużo czasu żeby wydali mi paszport. Pan R. usłyszał jak skarżyłem się na to sekretarce, bo on potrafi tak jakoś bezszelestnie wszędzie się wślizgnąć. Spytał czy może wejść do mnie do gabinetu. Zgodziłem się.
- Panie dyrektorze, czy ja mogę prosić o przepustkę na wyjście poza zakład?
- Ale dlaczego mnie? To może wydać pana kierownik.
- Panie dyrektorze, bardzo proszę, to tylko na 5 minut, do budki telefonicznej.
- Ale przecież może pan zadzwonić z pracy...
- Panie dyrektorze... - wypisałem mu przepustkę. Za trzy godziny sekretarka dostała telefon, że może odebrać mój paszport.

System gospodarki materiałowej został wykonany zgodnie z planem. Dodatkową nagrodą dla mnie był medal wykonany przez Mennicę na zlecenie Polskiej Akademii Nauk.

Medal PAN

P.S. Wikipedia wspomina o pracy J. Różańskiego w Mennicy, ale podaje, że w 1969 roku przeszedł na emeryturę. Nie dałbym sobie uciąć ręki za to, że opisywana scena miała miejsce w 1975 roku, ale na pewno nie wcześniej niż druga połowa 1973 roku.

środa, 30 września 2015

Lech  Lech

Szybko wdrożyliśmy się w nowy rytm życia. Mój udział był skromny i prosty. Po przyjściu z pracy wychodziłem z Anią na spacer. Wieczorem kąpałem ją, prałem pieluchy.

W pracy też było spokojnie. Jak dla mnie trochę za spokojnie. Niewielkie projekty dla budowlanej biurokracji nudziły mnie. Wolny czas wypełniałem zapoznawaniem się z bardzo bogatą biblioteką aplikacji opracowanych przez ICL. Był tam oczywiśćie konik naszego szefa - PERT, były systemy wyszukiwania informacji, optymalizacji, wiele systemów inżynierskich.

Tak doczekaliśmy zimy. Ponieważ teraz nie mieliśmy szansy wyjścia na imprezy kulturalne kupiliśmy telewizor. Pamiętam, że pierwszym filmem jaki obejrzeliśmy było Pozegnanie z bronia w G. Peckiem w roli głównej. Strasznie długi film, poszliśmy spać grubo po północy. Następnego dnia, popołudniu, Sylwia poszła z koleżanką na łyżwy. Zima była mroźna i na pobliskim stadionie Gwardii wylali wodę i zrobili sporą ślizgawkę. Panie wróciły dopiero po kilku godzinach - Sylwia z ręką w gipsie - złamanie w nadgarstku.

To był ogromny kłopot - jak sobie poradzić z niemowlęciem? Pracowałem dopiero kilka miesięcy i nie należał mi się urlop. Wydawało mi się oczywiste, że powinienem dostać zwolnienie lekarskie na opiekę nad żoną i dzieckiem. Nie dostałem. Dwa czy trzy dni coś tam pokombinowałem, ale na dłuższą metę to nie było możliwe. Sylwia z Anią przeniosły się do mieszkania Sylwii rodziców. Tam też nie było łatwo gdyż matka Sylwii była po wylewie i miała mocno ograniczoną ruchliwość.
Wydawało mi się to jawną niesprawiedliwością a przecież mieliśmy ustrój sprawiedliwości społecznej.

Interwencja

Postanowiłem zadziałać, zadzwoniłem do ministerstwa zdrowia. Tam kolejno w kilku działach dostawałem tę samą odpowiedź - nie możemy wydać zwolnienia lekarskiego zdrowej osobie. Próba połączenia się z ministrem zdrowia nie powiodła się. Postanowiłem zapukać o piętro wyżej - zadzwoniłem do gabinetu premiera (Jaroszewicza). Połączono mnie z osobistą sekretarką premiera. Brzmiała inteligentnie, głęboki głos przypominający czołową spikerkę telewizji, Irenę Dziedzic. Zrelacjonowałem sprawę krótko, zgodnie z prawdą i bardzo dramatycznie. Moja rozmówczyni była wstrząśnieta - jutro niedziela - do poniedziałku coś w tej sprawie zrobimy.
Rzeczywiście, całkiem wcześnie w niedzielę ktoś zadzwonił do drzwi, Elegancki pan, naczelnik jakiegoś departamentu w Ministerstwie Zdrowia. Wysłuchał sprawy i rozłożył bezradnie ręce -  nie możemy wydać zwolnienia zdrowej osobie - powtórzył znany mi argument. Pan powienien wziąć urlop. 
- Jaki urlop? Może bezpłatny? To z czego my będziemy żyć?
To czywiście nie była prawda, mieliśmy pewne zasoby gotówki, ale uważałem się za osobę głeboko skrzywdzoną przez biurokratyczny system.
Proszę przyjść jutro rano do rejonowej przychodni - zdecydował urzędnik - my tam przeprowadzimy kontrolę czy pana właściwie potraktowano. Poszedłem. Nie miałem zastrzeżeń co do zachowania lekarza, uważałem tylko, że przepisy nie były dość elastyczne. Chyba dali mi zwolnienie na 3 dni. Pojechałem dostarczyć je do pracy. Okazało się, że w dziale kadr też już mieli ministerialną kontrolę.
- Dlaczego pan ze mną o tym wszystkim nie porozmawiał - żaliła się kierowniczka kadr - znaleźlibyśmy jakieś wyjście. 
W rezultacie dostałem kilka dni urlopu wypoczynkowego, kilka dni urlopu bezpłatnego. Kilka dni Sywia z Anią spędziły u teściów i jakoś doczekaliśmy zdjęcia gipsu. Sylwia bardzo mężnie znosiła ból w nadgarstku. Mnie zrobiło się wstyd, że narobiłem tyle rabanu w sprawie, którą można było ugodowo załatwić. Ku mojemu zaskoczeniu, zamiast stać się pośmiewiskiem w pracy zyskałem spore uznanie...
- To jest facet, który, jeśli mu na czymś zależy, to potrafi nawet do premiera dotrzeć.

Już wkrótce przyszły efekty.

Andrzej ZienkiewiczW ETOB-ie funcjonowal zespół kontroli dużych projektów inwestycyjnych. Nie spotykało się tych ludzi często gdyż większość czasu spędzali w terenie. Ich kierownikiem był Andrzej Zienkiewicz. Ten człowiek promieniował energią i optymizmem. Przypominał mi ZMP-owców obudowujących Polskę i zwalczających analfabetyzm. 

Wyraźnie nie mieścił się z biurokratycznej strukturze ETOBu i postawnowił utworzyć niezależną pracownię na własnym rozrachunku. Tak powstała Pracownia EtobSystem. Nie minęło wiele czasu gdy zaproponowal mi pracę. Nie bardzo wiedziałem na czym będzie polegać ta praca, ale osobowość pana Andrzeja była magnetyczna. Postanowiłem to przedyskutować z moim szefem - inż. Husarskim. To był bardzo inteligentny i kulturalny człowiek, chyba żywił do mnie pewną sympatię, przypominał mi pana Tadeusza W. z Zelmotu, wiedziałem, że da mi dobrą radę. Poradził przyjąć propozycję. 
Pierwsza zmiana to system wynagrodzenia. Pracownia stosowała system biur projektów czyli niezbyt wysoka pensja plus premia zależna od wyników finansowych przedsiębiorstwa. W ETOB-ie dostawałem całkiem dobrą pensję - około 4,500 zł. Została chyba trochę zredukowana, ale na koniec kwartału wypłacono nam ponad 70% premii. Na marginesie dodam, że nadal kontynuowałem pracę na pół etatu w WZM. 

Zespół A. Zienkiewicza stosował do tego czasu tylko jeden system komputerowy - PROKOM - kontrola dużych projektów. System funkcjonowal na polskich komputerach ZAM, należało przenieść go na ODRĘ. Zaoponowałem - przecież tu funkcjonuje PERT, który na pewno spełni wszelkie wymagania użytkowników. Pan Andrzej tarł czoło - musimy się nad tym zastanowić, na razie mam dla pana kilka drobnych programów, ale pomyślimy o czymś większym.

A tymczasem w rodzinnym gnieździe... 
Wszystko biegło jednostajnym rytmem. Ania nie sprawiała wiele kłopotu, Sylwia starała się ją wdrożyć w regularny rytm posiłków, snu, spacerów. Zdawało to egzamin. Pamiętam nasze wysiłki by zapobiec ssaniu palca. Ania dostawała smoczek do ssania, ale w nocy gubiła go i ssała palec. Sylwia nie ustąpiła - dyżurowała przy łóżeczku i gdy Ania ssała palec podtykała jej smoczek. Poprosiła mnie o pomoc, ale oczywiście przespałem krytyczny moment i zostałem usunięty z tej funkcji.

Dla mojej Matki narodziny Ani były dużym wydarzeniem. Po pierwsze cieszyła się, po drugie i ważniejsze martwiła się, że na mnie spadły dodatkowe obowiązki, po trzecie - najmniejszy płacz czy krzyk Ani ogromnie ją niepokoił i sceptycznie odnosiła się do metod stosowanych przez Sylwię. W efekcie każda wizyta Babci była dość stresująca dla wszystkich stron.

Nadeszło lato. Nie należał mi się jeszcze urlop więc Sylwia i Ania spędziły 2 tygodnie lata w Bierutowicach w zaprzyjaźnionym domu wczasowym...

BierutowiceI krok

Reszte lata spędziły u Sylwii cioci we Włocławku. Stosunki Sylwii z ciocią były bardzo serdeczne, na dodatek córka cioci też miała córkę w wieku podobnym do Ani więc łatwiej było podzielić się obowiązkami. Ja dojeżdżałem tam na niedziele...

Włocławek

P.S. Polecam wspomnienie o A. Zienkiewiczu napisane przez jednego z jego najbliższych współpracowników - KLIK.

poniedziałek, 28 września 2015

Lech  Lech

Najpierw to Nowy Świat przybył do nas. Mieszkająca w Nowym Jorku Ciocia Krysia przyjechała w końcu maja na miesiąc do Polski.

Pierwsza sprawa to kwestia mieszkania. Moja Matka chciała w jakiś sposób zrewanżować się za swój pobyt u Cioci więc zdecydowaliśmy oddać nasze mieszkanie do dyspozycji Cioci, moja Matka zamieszkała z nią aby dopilnować gospodarstwa. Sylwia i ja wynajęliśmy pokój w willi należącej do matki naszej znajomej.
Druga sprawa to zorganizowanie pobytu. Oczywiście głównym jego punktem były spotkania rodzinne. Spotkań nie zliczę. Jedno było oficjalne - obiad w Hotelu Europejskim...

Ciocia Krysia

Odbyłem z Ciocią dwie wycieczki. Na Aleję Szucha i do Oświęcimia. Z okazji tej drugiej poleciałem pierwszy raz w życiu samolotem - do Katowic. Oba miejsca wywarły na Cioci wstrząsające wrażenie. Zdziwiłem się nieco - przecież Ciocia spędziła miesiące najpierw w sowieckim więzieniu potem w gułagu na Syberii. Ciocia kręciła przecząco głową - to zupełnie co innego. Tam mieliśmy do czynienia w ludźmi. Strażnicy w gułagu byli w pewnym sensie takimi samymi zesłańcami jak my. Oczywiście często byli okrutni, ale to była jakieś ludzkie, zrozumiałe okrucieństwo, a to... tego nie mogli zrobić ludzie tylko jakieś zaprogramowane automaty.
W sumie Cioci bardzo się w Polsce podobało. Wspominała, że może zachęci męża do przyjazdu, że może ona tu jeszcze wróci. Żaden z tych pomysłów się nie zmaterializował.

Po wyjeździe Cioci weszliśmy wraz Sylwią nasz nowy świat - za kilka tygodni miało urodzić się dziecko. Sylwia bardzo źle czuła się podczas ciąży, ostatnie dwa tygodnie ciąży spędziła w swoim miejscu pracy - Szpital Kliniczny Wojskowej Akademii Medycznej. Byłem tym mocno zdezorientowany. Nieco wcześniej złożyłem wymówienie w pracy więc obowiązki służbowe nie odrywały mnie od ciągłych obaw. Była połowa lipca (1971) , duże upały.  W nagrzanym mieszkaniu trudno było zasnąć, straciłem apetyt, od nadmiaru zimnej wody mineralnej dostałem strasznej chrypy.

Wreszcie nadeszła oczekiwana wiadomość - córka! O odwiedzinach na oddziale porodowym nie było oczywiście mody. Dwa czy trzy dni po porodzie pojechałem odebrać Sylwię i córkę. Wiadomo było, że będzie miała na imię Anna, urodziła się 2 dni przed 26 lipca. Sylwia położyła na stole w poczekalni niewielkie zawiniątko - przypilnuj Ani, ja jeszcze muszę pożegnać się na oddziale. Patrzyłem na to zawiniątko z wielką obawą - zdałem sobie sprawę, że całe moje dotychczasowe życie toczyło się w niezbyt realnym świecie, Tak czy siak, zawsze jakoś tam będzie. Zdałem sobie sprawę, że to małe zawiniątko to ogromny ciężar. Od tej chwili nie może być tak czy siak czy jakoś tam. Na szczęście Sylwia wróciła - pełna energii, optymizmu i pewności siebie.
Natychmiast po przyjeździe do domu Sylwia nakarmiła Anię. Ten sielski widok tak mnie rozczulił, że użaliłem się nad sobą - ja też bym coś zjadł.

Już pierwszego wieczora Sylwia nauczyła mnie kąpać Anię i to było moje stałe zadanie.

Gimnastyka

Ania

Ania i Mama

Po kilku dniach udało mi się nabyć wózek w prywatnym sklepie na Pradze. Na spacery jeździliśmy na Cmentarz Żołnierzy Radzieckich po drugiej stronie Alei Żwirki i Wigury.

Park- cmentarz

Łóżeczko dostaliśmy chyba od Sylwii siostry. Nic więcej nie było trzeba. Sylwia imponowało mi pewnościa siebie i kompetencją we wszystkich sprawach dotyczących dziecka. Nie wszystkie jej pomysły sprawdzały się, ale w każdym przypadku mogłem być pewien, że doprowadzi do rozwiązania problemu. To stwarzało mi duży komfort psychiczny i z chęcią stosowałem się do wszelkich wskazówek i poleceń.

6 tygodni po urodzinach Ani wkroczyłem w zawodowy nowy świat - nowa praca. Znalazłem ją kilka miesięcy wcześniej, złożyłem w Zelmocie regulaminowe 3-miesięczne wypowiedzenie. Zostało przyjęte ze zrozumieniem.
Moja nowa praca była w ETOBie - Centrum Elektronicznej Techniki Obliczeniowej Budownictwa. Centrum właśnie instalowało polski komputer ODRA-1300 - KLIK - budowany na licencji znanej mi firmy ICL. Zostałem zatrudniony w dziale obsługi procesów zarządzania kierowanym przez inż. Kazimierza Husarskiego.
Pierwsze tygodnie w ETOBie to była lekcja pokory. W Zelmocie byłem poza wszelką konkurencją, mogło mi się wydawać, że jestem najlepszy na świecie. Tak jak w tym dialogu:
- Mój tatuś jest najlepszym rewolwerowcem Teksasu! 
- Najlepszym rewolwerowcem Teksasu?
- A tak, w Ostrołęce. 
Już na drugi dzień wezwał mnie dyrektor techniczny - K. Jarosławski. 
- Pan pisze programy w asemblerze?
- Tak... to znaczy w języku PLAN, to jest macro-assembler.
- To powinien pan sobie poradzić. Niech się pan skontaktuje z naszym zakładem obliczeniowym na Woli, oni mają jakieś problemy.
Skontaktowałem się, okazało się, że chodzi o komputer Minsk-32 - KLIK. Mina mi zrzedła, nie po to przenosiłem się do ETOBU. Nie bardzo wiedziałem od czego zacząć. Okazało się, że bez dobrej dokumentacji i zaplecza technicznego jestem bezradny. W rezultacie w niczym nie pomogłem.
Na marginesie wspomnę, że już w Australii spotkałem emigranta ze Związku Radzieckiego, który stwierdził, że MINSK-32 wcale nie ustępował wiele komputerom produkowanym w tym czasie na Zachodzie.
Na drugim marginesie dodam, że dyrektor K. Jarosławski nie miałby problemów z programem w asemblerze, wkrótce porzucił dyrektorską posadę i dołączył do zespołu Jacka Karpińskiego pracującego nad budową komputera K-202 - KLIK.

W ETOBie istniał silny zespół obliczeń inżynierskich. Ci ludzie używali języków dostosowanych do obliczeń - ALGOL i FORTRAN. To była bardzo odległa mi dziedzina.
Mój szef z kolei był pasjonatem system PERT - KLIK - służącego do kontroli dużych projektów. Metodę PERT znałem wprawdzie ze studiów, ale nigdy nie stosowałem jej na komputerze.
Czekałem więc z niecierpliwością na uruchomienie ODRY, wtedy poczuję pewniejszy grunt pod nogami.
W moim zespole pracowały 4 osoby. Dwie z nich były specjalistami od zarządzania budownictwem. Ja i Andrzej M. mieliśmy przekształcać ich idee w systemy komputerowe.
Wreszcie ODRA ruszyła. Rozczarowaniem była jej mała prędkość, pewnie 3 razy wolniej niż ICL. Pociechą było, że całe oprogramowanie ICL funkcjonowało na niej bez zarzutu.  Byłem w domu.

piątek, 18 września 2015

 Tadeusz
Rok piąty na studiach to dla wszystkich normalnych studentów rok ostatni. A u mnie to tylko absolutorium. Okazuje się, że sztuki plastyczne są tak złożone i takiego wymagają nakładu czasu przy tworzeniu nowego fachowca co i  medycyna, która jest przecież dziedziną najważniejszą ze wszystkich na świecie. Obok, jak się okazuje, sztuk plastycznych.A ja w ten rok wstąpiłem w roli podwójnej. Zawodowej i prywatnej, rodzinnej.

Pojawił się przedmiot nowy -  tkanina unikatowa. Prowadził ją Lech Kunka, malarz znany, uczeń Legera, ale chyba ani jednej tkaniny nie zrobił. I my też ani jednego projektu tkaniny nie zrobiliśmy, same malarskie projekty, o realizację nie troszcząc się absolutnie. Z mojego ulubionego przedmiotu - kompozycji u prof. Fijałkowskiego - robiłem analizę formalną Piety z Avignonu, arcydzieła, którego autorem był Mistrz Piety z Avignonu. Z niczego innego nie był znany. Arcydzieła potrafią żyć swym życiem bez rodziców! Bardzo mi szkoda, że nie mam żadnej dokumentacji tej pracy. To było kilkanaście par zestawu  dzieła z jego wektorową analizą. Mgliście pamiętam, że to były aspekty wedle poszczególnych osi symetri i przekątnych zestawionych także z negatywami fotograficznymi. Bo analiza dzieła może być interpretowana na różne sposoby. A wszystko w czerni i bieli bo nie mialem możliwości technicznych pokazania koloru - takie to były czasy bez barwnej fotografii. Wyszło dobrze i zdobyłem zaliczenie. Pieta nadal jest dla mnie arcydziełem. W malarstwie w tamtym okresie trochę się zagubiłem. Nigdy nie miałem wizji siebie, bo siebie w tej dziedzinie nigdy nie ceniłem. To nie jest skromność - ani wtedy ani dziś nie widzę indywidualności na miarę światowego twórcy na polskiej arenie sztuki. Gorzej - ja tej indywidualności nie widzę  obecnie nigdzie na świecie! To był okres gdy narastał kryzys dotychczasowego malarskiego ładu i logicznej konsekwencji. A dalej była tylko albo pustka albo cyrk w rodzaju opakowywania papierem toaletowym mostu. Nadchodził dekadencki okres instalacji do dziś trwający. Czułem to i byłem bezradny. 

Prywatnie czekaliśmy na dziecko. Strategiczne decyzje już podczas praktyki w Walimiu zostały podjęte. Widziałem możliwości zostania na uczelni, ale z niską płacą asystenta i, co najważniejsze, bez żadnych szans na mieszkanie. Nie wiedzieliśmy jaka płeć będzie, wówczas jeszcze żadne USG nie istniało. Chłopiec miał być Mateuszem, a dziewczynka? Moja i Elizy przyjaciółka Monika Gawińska, koleżanka ze studiów,  zaproponowała Magdalenę, Magdę. Bardzo nam się spodobało. I w ten sposób stała się cywilną matką chrzestną naszego dziecka.
Wieczorami słuchaliśmy muzyki z nowego adapteru. Prawie codziennym utworem był XX koncert Mozarta na fortepian w wykonaniu Światosława Richtera. Ta płyta nadal u nas jest, link do tego właśnie wykonania KLIK Przez dużą część swego płodowego życia nasze dziecko go słuchało. 
Załóżmy, że dziecko reprezentowane było przez fortepian Richtera - oto jestem, nowe dziecko świata, nowe życie, piękne, harmonijne, czeka i tęskni  do was. A świat czyli orkiestra pod batutą Stanisława Wisłockiego odpowiada - jesteś jak my, czekamy na ciebie, świat jest twój i nasz. Mówimy tym samym jezykiem, piękno twoje jest takie samo jak nasze. Przychodź! Bardzo jestem ciekawy co moja córka na taką interpretację tego koncertu Mozarta odpowie. To chyba niemożliwe by swe życie prenatalne pamiętała!

Muzyka była zawsze moim ideałem sztuki. Całkowicie abstrakcyjna, a realia i realne uczucia wspaniale przekazująca. Czułem się jako plastyk gorszy wobec tamtej dziedziny sztuki.  To był dręczący mnie kompleks. Dopiero po latach znalazlem aspekt nie wyższości, bo to niemożliwe, ale odrębnej wartości - sztuki plastyczne nie wymagają, jak muzyka, zaufania ani zgody - atakują w ułamku sekudy i mogą w tej jednej chwili opanować odbiorcę. 
Chodziliśmy co tydzień na koncerty do filharmonii łódzkiej. Na jednym podczas koncertu skrzypcowego Beethovena dziecko kopnęło żonę tak mocno, że spadła z jej kolan torebka. Nie pamiętamy ani wykonawcy ani dyrygenta. To był luty lub początek marca 1965.  Po latach dziecko okazało się być muzykologiem!

Mama Moniki Gawińskiej była lekarzem, a więc zaprotegowała nas do najlepszej wówczas kliniki porodowej w Łodzi czyli milicyjnej. Żona była tam traktowana prawie jak zaprzyjaźniona osoba, lekarze wiedzieli nawet jakie przewidziane są imiona. Noc porodu spędziłem u Moniki.  Miała telefon co nie było częste w tamtych czasach.  Wieczorem usłyszałem wiadomość, że Eliza właśnie poszła na porodową salę. To był ten moment, który wywoływał we mnie poczucie inności i gorszości jednocześnie. My mężczyźni rodzić nie możemy. To było magiczne poczucie wyobcowania z jakiejś nadzwyczajnej metafizycznej czynności.

Po paru godzinach wiadomość - ma pan córkę.
To było o północy 13 marca 1965. Mogło być 14, ale żona wybrała tę datę bo 13 lubimy.  Poród był długi, męczący, ale normalny.
Pierwsze słowa odbierającego poród lekarza to - Jest Magda!
Pierwszymi słowami żony było: Dajcie papierosa!
Dnia następnego szedłem rozsłonecznioną ulicą w wiosenny marcowy poranek i nagle poczułem, że jestem człowiekiem dorosłym. Nie boję się niczego, wszystkiemu dam radę. Odpowiadam za życie nowego człowieka, muszę mu zapewnić bezpieczeństwo i zrobię to. Pierwszy raz w życiu miałem przekonanie, że jestem dla kogoś, a nie dla siebie! Odpowiedzialność - cecha, która we mnie tylko nieśmiało pączkowała stała się jedną z najważniejszych.

Potem to było normalne życie. Jako małżeństwo studenckie dostaliśmy darmową wyprawkę. Dwa kaftaniki dla noworodka i kapturek by uszy nie odstawały - ze zwykłego pościelowego szorstkiego płótna, żadne dzisiejsze delikatności i batysty. 12 pieluszek tetrowych - norma w tamtych czasach. Musieliśmy dokupić jeszcze dwa  tuziny. Kocyk flanelowy. Ceratka.  
Przez pierwsze dni przychodziła położna i pokazywała jak dziecko kąpać, przewijać, trzymać do beknięcia po karmieniu.  Potem sam wszystkiego się nauczyłem. Także prać pieluchy - czynność dziś zapewne nieznana. Wychodziło do 20 pieluch dziennie.  Wieczorne kąpanie było w miednicy o średnicy około 60 cm. Pożyczyliśmy ją od sąsiadki. Fajnie było trzymać plecy niemowlęcia w rozpostartych palcach i z opartą na nadgarstku jego główką i jednocześnie myć resztę - to wymagało uwagi i staranności. 
Magda nie miała łóżeczka dziecinnego. Spała w wiklinowym koszu na bieliznę. Takim owalnym, z uchwytami na końcach. Wieczorami sporo pracowałem przy projektach, rysunkach. Lampę osłaniałem szmatką by dziecka światło nie raziło. Ale dym z papierosów - paliliśmy sporo, zwłaszcza ja przy pracy - otaczał dziecko bez przerwy. Nie było wówczas powszechnej świadomości szkodliwości palenia, walka z papierosami rozpoczęła się dopiero po latach. 

Była coraz cieplejsza wiosna i zaczęliśmy starania o wózek. Polegało to na pytaniu czy ktoś wie o wózku, który już przestał być potrzebny. Znajomi znaleźli znajomych, którzy za ćwierć ceny nowego sprzedali nam pojazd, Magda była dopiero trzecim jego użytkownikiem. Brakowało mu jednego resoru, ale uzupełniłem to sznurkiem. Poza spacerami specjalnymi było codzienne wędrowanie do stołówki na obiad. W obie strony około 3-4 kilometrów. W czasie naszego obiadu wózek z dzieckiem zostawał na dziedzińcu przy wejściu - stołówka była w suterenie. Prawie każda muzyczka, plastyczka czy aktorka - bo taki był zestaw studentów - przed zejściem na obiad do wózka zaglądała i uśmiechała się. Nigdy nie musieliśmy biec do płaczącego dziecka. Chłopcy byli mniej aktywni w okazywaniu sympatii stołówkowej maskotce.
To były najpiękniejsze miesiące roku - kwiecień, maj, czerwiec. Ostatnie dni naszego pobytu w Łodzi. 

P.S. Od Lecha - Pieta z Avinionu - to chyba to:

Pieta

Proszę kliknąć w obraz żeby przeczytać informacje w wikipedii.


 PS od Tadeusza: Światosław Richter zdominował  komentarze więc dodaję moją karykaturę z lutego  1977 przy recenzji z koncertu w Białymstoku.
 Ś.  Richter słynął z wielkich, ciężkich dłoni.