Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: kuwejt

sobota, 05 grudnia 2015

Lech  Lech.

Załączona do mojego poprzedniego wpisu depesza z Kuwaitu wspominała o interview w sierpniu w hotelu Hilton. Takiego hotelu nie było w Warszawie, założyłem że goście zamieszkają w hotelu Forum. 
Życie biegło dalej - był lipiec - moja kolejka na wakacje z dziećmi. Tym razem wczasy pracownicze LOT w Międzywodziu. Przez dwa tygodnie pogoda była kiepska, do tego bardzo zimno. Dzieciakom to jednak nie przeszkadzało. Kąpaliśmy się codzienne. Dopiero po wyjściu z wody robiło się zimno...

 Międzywodzie

Ania i Michał to ci wyżsi. Pozostała dwójka to dzieci przypadkowo spotkanego w Międzywodiu kolegi, Jacka S. Jacek pożyczył mi na jeden dzień swój samochód - malucha - i pojechałem z dzieciakami do NRD. Poszliśmy na plażę - w porównaniu z Międzywodziem było tam wiele ludzi, widocznie Niemcy są bardziej odporni na kaprysy pogody, a może mają większe poczucie obowiązku - jak wakacje nad morzem to trzeba spędzać czas na plaży. Pokręciliśmy się po mieście. Wydało mi się, że zaopatrzenie w żywność było dużo lepsze niż w Polsce. A więc u nas było aż tak źle?

Poniższe zdjęcie - naszyjnik z piasku - zrobione wyprodukowanym w NRD aparatem Vera. Dzisiejszym sprzętem nie potrafiłbym takiego zrobić...

Piasek

Po powrocie z wakacji trzeba było pomyśleć o kontrakcie w Kuwejcie. Wiadomo było, że bez oficjalnego wsparcia nie dostanę paszportu. Rozwiązanie wydawało się być proste - POLSERVICE - firma zajmująca się wysyłaniem polskich specjalistów do innych krajów. Wiadomo mi było, że pobiera za to myto w wysokości 35% zarobków, to nie był zły układ.
Udałem się do biura Polservice i pokazałem otrzymaną depeszę...
- Czy, jeśli interview wypadnie pomyślnie, Polservice weźmie mnie pod swoje skrzydła, wyda paszport służbowy i załatwi inne formalności?
- A czy jest pan na naszej liście ekspertów?
- Nie..
- No to musi pan złożyć podanie, zdać egzamin z języka obcego, komisja zdecyduje czy wpisać pana na listę ekspertów.
- Ale proszę pani, ja już zostałem zaproszony na interview...
- O, proszę pana, u nas każdemu się wydaje, że jest wielkim specjalistą, ale o tym zadecyduje komisja. Na naszej liście ekspertów mamy świetnych specjalistów w każdej dziedzinie i być może zaproponujemy klientowi kogoś innego.

Wyszedłem jak zmyty. Życie nie znosi próżni, za kilka dni zadzwonił do mnie dyrektor firmy MeraSystem - pan S.
- Panie inżynierze, od dawna zamierzałem się z panem skontaktować. Jak pan pewnie wie nasza firma wysyła specjalistów komputerowych za granicę a ja z wielu źródeł wiem jak doświadczonym jest pan specjalistą.
...
- Obecnie mamy licznych klientów z Kuwaitu. Wysłaliśmy już tam sporą grupę specjalistów. Są wśród nich pana dobrzy znajomi. 
...
- Za kilka dni przyjeżdżają do Warszawy przedstawiciele naszego klienta. Zamierzamy wstawić pana na listę osób na interview.
- Dziękuję bardzo. Jeśli są to przedstawiciele Kuwait University, to nie musi mnie pan nigdzie wstawiać gdyż ja otrzymałem już bezpośrednio zaproszenie na interview. 
Nastała chwila milczenia. Mój rozmówca musial widocznie zmodulować ton głosu.
- Proszę pana, pan chyba zapomniał w jakim kraju żyjemy. Nikt z zagranicy nie może sobie prywatnie werbować pracowników w Polsce. Ci panowie przeprowadzą interview w naszym biurze. Jak pana nie będzie na naszej liście, to pana nie wpuścimy do budynku.
To był dobry argument. Zgodziłem się na wpisanie na listę.
- Dobrze, że się rozumiemy. Druga sprawa, to musi pan złożyć wypowiedzenie pracy w LOT, my już mamy dla pana etat.
- Chwileczkę, dlaczego ja mam składać wypowiedzenie? Ja chcę kontynuować pracę w LOCie. Jeśli zakwalifikuję się na wyjazd to na pewno dostanę urlop bezpłatny.
- Pan bardzo utrudnia nam działanie. Niech pan pamięta o jednym - bez naszej zgody nie dostanie pan paszportu.
- Pamiętam, pamiętam, ale po co uprzedać fakty? Poczekajmy na wyniki interview.

Okazało się, że moi koledzy - Piotr, Adam i Jan - odbyli podobne rozmowy. W wyznaczonym dniu pojechaliśmy do biura MeraSystem. Okazało sie, że na liście oprócz nas było conajmniej 6 innych osób.

Interview prowadziły dwie osoby: dr Ali Akbar okrągły dobroduszny Arab i Nissar Shariff, chyba Pakistańczyk - szczupły, bardzo zasadniczy i nieco agresywny - szef ośrodka komputerowego. Przypomniały mi się kursy w Anglii w 1974 roku, tam inscenizowaliśmy takie interview. Uznałem, że nie ma sensu przechwalać się moimi wcześniejszymi sukcesami. Mówiłem krótko - mam kilkanaście lat doświadczenia, uczestniczyłem we wdrożeniu wielu systemów. Odbyłem pełne szkolenie programisty systemowego na UNIVAC - tu są świadectwa - na komputerach UNIVAC nigdy nie pracowałem.
To było dobre posunięcie - dr Ali patrzył na mnie z sympatią, uprzedziłem ewentualne podchwytliwe pytania pana Shariffa. Rozmowa nabrała swobodnego charakteru. Pan Shariff opowiedział o centrum komputerowym, dr Ali wypytywał mnie o sytuację rodzinną. 
Pozostawało czekać na wyniki.

Przyszły pod koniec sierpnia...

Wybrany

Następnego dnia w pracy dowiedziałem się, że tylko Janek N. dostał podobne powiadomienie. Żaden z kandydatów MeraSystem nie został zakwalifikowany. Nieco dziwiło mnie, że nie wybrali Piotra ani Adama. Obaj mieli większe ode mnie doświadczenie jako programiści systemowi. Być może na mój plus przemawiała sytuacja rodzinna - żonaty, dwójka dzieci. Janek N. też był żonaty i miał jedno dziecko. W kraju arabskim to mogło mieć istotne znaczenie.

Za kilka dni zadzwonił dyrektor S. z gratulacjami. Ponowił propozycję zatrudnienia w MeraSystem. Już przedtem konsultowałem taką opcję z moim partnerem Jankiem N. i zgodziliśmy się, że pozostajemy w LOCie. Przekazałem moje stanowisko. Dyrektor S. nie był zadolony i chyba dzwonił do mnie w tej sprawie kilka razy.
Nadszedł grudzień, do rozpoczęcia kontraktu pozostał niespełna miesiąc. Wreszcie nadeszło pismo z centrali handlu zagranicznego Metronex...

Instrukcja 

Nie byle jakie pismo, Instrukcja Wyjazdowa. A zatem osiągnęłi porozumienie z naszym pracodawcom. Pobiegliśmy wraz z Jankiem do działu kadr i dostaliśmy urlopy bezpłatne...

Urlop

Zadzwoniłem do Metronexu dowiedzieć się jak wygląda sprawa naszych paszportów i biletów. Wydało mi się, że nie wiedzą o czym mówię. Nasze paszporty służbowe znajdowały się w składnicy LOT. Ku naszemu miłemu zaskoczeniu, po okazaniu Instrukcji Wyjazdu, wydano je nam bez żadnego problemu. Bilety - tu pomogły wcześniejsze kontakty w działem rezerwacji. LOT obsługiwał bezpośrednie połączenie z Kuwejtem. Szefowa działu rezerwacji, pani Basia W., osobiście sprzedała nam bilety - w jedną stronę.

Na drugim planie była bezczynność w pracy. Pozytywnym efektem było załatwienie pralki automatycznej. Wymagało to wpisania się na listę i codziennego potwierdzania obecności. Na szczęście do sklepu przy ul. Nowowiejskiej było blisko.

Innego rodzaju efektem była eksplozja "poetycka". Od początku mojej pracy zawodowej pisałem okazjonalne wierszyki. Pod koniec 1980 roku napisałem ich ponad 20 i przygotowałem całą szopkę świąteczną. Wykorzytałem melodie kolend i popularnych piosenek. Kilka wierszyków było tak rytmicznych, że melodie same przyszły mi do głowy. Te musiałem zaśpiewać sam, pozostałe odśpiewali Sylwia i nasz szwagier - szkolone w chórze głosy. Wszystko nagrane na magnetofon gdyż podczas przedstawienia musiałem manipulowac kukiełkami.
Przedstawienie odbyło się w pracy. W którymś momencie zorientowałem się, że widzowie czują się trochę niezręcznie. No tak, wena poniosła mnie, przeszarżowałem z szyderstwem i kilka osób z naszego otoczenia mogło się czuć urażone. 
Takie uboczne efekty pełnej wolności w sztuce. 

Tuż po Świętach Warszawę odwiedziła mieszkająca w Australii kuzynka Sylwii Basia. Poznałem ją w 1974 podczas pobytu w Anglii. Wtedy jej córka Iwonka miała ledwie rok. Teraz wyrosła na dużą pannę a w rodzinie przybył jeszcze syn - Andrzej...

Goście z Australii

Zdjęcie przed naszym domem - od lewej - Sylwia, Basia, Iwonka, Andrzej i ich ciocia z Gdańska. Całe to towarzystwo, razem z bagażami, zmieściło się bez problemu do naszego malucha.

Zaprowadziłem dzieci do kina Oka - koło placu Dzierżyńskiego - wyświetlali tam radzieckie filmy trójwymiarowe. Były zachwycone, czegoś takiego w Australii nie widziały.
Mieli i inne doświadczenie. Michał przechodził ciężkie zapalenie ucha, zaaplikowano mu serię antybiotykowych zastrzyków. Pielęgniarka przychodziła do nas i robiła te zastrzyki wysłużoną, grubą igłą. Było to bardzo bolesne, Michał okropnie krzyczał. Australijskie dzieci zapamiętały to do dnia dzisiejszego.

Basia zauważyła, że Kuwejt to już nieco bliżej Australii, może kiedyś wpadniemy na urlop. Może, może...
Do Kuwejtu wylecieliśmy chyba 7 stycznia 1981. Dwa dni przed odlotem odebrałem pralke automatyczną.

Tagi: kuwejt lot
07:25, pharlap
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 grudnia 2015

Lech Lech

Po zimowych rozrywkach i obozie wojskowym byłem gotowy do akcji.

Najpierw jednak odbył się wieczór pożegnalny moich kolegów z dawnej pracy - Andrzeja M. j Janka R. Obaj wyjeżdżali na służbowy kontrakt do Kuwejtu. Wspominałem, że pracowali na komputerze IBM w centrum Ministerstwa Przemysłu Maszynowego. Okazało się, że państwowa centrala handlu zagranicznego - Metronex - załatwiła duży kontrakt z instytucją rządową w Kuwejcie. W ramach kontraktu do Kuwejtu miało wyjechać kilkanaście osób. Z jednej strony Kuwejt miał wtedy opinię jednego z najbogatszych krajów na świecie. Z drugiej - moi koledzy mieli dostawać wynagrodzenie od polskiej centrali. Oczywiście każde wynagrodzenie w dewizach - czarnorynkowy kurs dolara na dobre przekroczył 100 zł - wydawało się być fortuną. Nie zazdrościłem im jednak zbytnio, w LOCie będę miał chyba ciekawszą pracę a doświadczenia ostatniego roku pozwalały nie troszczyć się zbytnio o stronę materialną.

W kwietniu miał być zainstalowany komputer i miała się zacząć praca na serio. Tym razem drogę przeciął nam parowóz dziejów. Od kilku miesięcy trwała radziecka interwencja w Afganistanie - KLIK. Stany Zjednoczone z jednej strony mocno wsparły islamskich bojowników z drugiej nałożyły embargo na dostawę wielu produktów do ZSRR i krajów demokracji ludowej. Na liście były komputery UNIVAC, które były niewątpliwie bardzo zaawansowaną technologią, którą można było wykorzystać do celów militarnych.
Przedstawiciele UNIVAC rozkładali bezradnie rece - bardzo nam przykro, oczywiście zapłacimy wszelkie kary umowne  (zwróci nam to Departament Stanu USA). To było bardzo brutalne przebudzenie.

Z dnia na dzień zostaliśmy zdegradowani z pozycji elity informatycznej do pozycji piątego koła u wozu.
W LOCie istniał dział informatyki korzystający z komputera ODRA-1300. Na komputerze tym funkcjonowały systemy obsługi administracyjnej przedsiębiorstwa. Wydaje mi się, że osobny dział obsługujący system rezerwacji nie jest na świecie rzadką praktyką jednak w warunkach polskich musiało to wytworzyć poczucie, z jednej strony wyższości, z drugiej strony - krzywdy. Teraz role się odwróciły. Nie mając innego zajęcia zainteresowaliśmy się pracą naszych kolegów. Traktowali nas grzecznie, ale z rezerwą - radzimy sobie nieźle - róbcie swoje.

Róbcie swoje - znaczy co?
Wydaje mi się, że w tym okresie wzrosła kontrola dyscypliny w naszym dziale. Dość często rano oczekiwał nas w biurze pan z działu kadr - nazywaliśmy go budzik - i sprawdzał punktualność przybycia do pracy. Spóźnionym stawiał krechę. Potem mieliśmy już swobodę.
Pewnym zajęciem były zakupy. Nasze biuro znajdowało się przy ulicy Koszykowej, w pobliżu było wiele sklepów. Najważniejsze były oczywiście spożywcze, największy z nich to Koszyki. Dwa razy dziennie robiłem inspekcję i zawsze udawało mi się coś zdobyć - a to kostkę masła, a to butelkę oleju, a to kawałek mięsa.
Sporo czasu zajmowała lektura gazet. Nadal otrzymywaliśmy angielskie pisma komputerowe - Computer Weekly i Computing. Któregoś dnia zauważyłem tam ogłoszenie: Kuwait University poszukuje programistów systemowych na komputer UNIVAC 1100/62. Komputer zostanie uruchomiony w styczniu 1981 roku.
Programista systemowy na UNIVAC 1100/62 - dokładnie na to zostaliśmy wyszkoleni. Wszyscy czterej złożyliśmy aplikacje. Za kilka tygodni przyszło potwierdzenia...

Potwierdzenie

To tylko potwierdzenie otrzymania aplikacji. Właściwie nic, ale jednak poczułem pewną emocję - jak w kasynie - jestem w grze.
Nie wspomniałem o tym nawet Matce. Po pierwsze wiedziałem jak emocjonalnie podchodzi do spraw mojej "kariery", po drugie wizja kilkuletniej pracy za granicą komplikowała sprawy rodzinne. Spodziewałem się, że w przypadku uzyskania kontraktu Sylwia i dzieci pojadą do Kuwejtu ze mną. Burzyło to świeżo odzyskaną stabilizację Matki. Pozostanie w Warszawie całkiem sama - jej wszystkie siostry i przyjaciółki zmarły.

Na razie nie było co snuć żadnych planów. W czerwcu przyjechał z Anglii brat Matki - wujek Rysiek. Przez wiele lat obawiał się tu przyjeżdżać. Przypomnę - był kapitanem polskiego statku. W 1947 roku dowiedział się, że mogą zabronić mu zagranicznych rejsów ponieważ jego żona i dziecko mieszkają w Anglii. Podczas kolejnego rejsu, podczas postoju statku w angielskim porcie wezwał polskiego konsula, przekazał mu oficjalnie statek i poprosił o stały pobyt w Anglii. Kapitan opuszczający statek - to prześladowało go chyba do końca życia. Jego stała lekturą był Lord Jim. Z drugiej strony obawiał się czy w Polsce nie grożą mu jakieś konsekwencje. Jego żona wymownie pokazywała klauzulę w angielskim paszporcie - rząd brytyjski nie zapewnia pełnej opieki konsularnej w kraju urodzenia.
Tym razem okazja była jednak nadzwyczajna - 50-lecie wydania dyplomów pierwszym absolwentom Szkoły Morskiej - KLIK. Wujek był jednym z nich.
Nie tylko, że nic mu się nie stało to był jedną z najbardziej honorowanych osób na zjeździe. Wrócił do Warszawy szczęśłiwy. Matka promieniowała jego radością.
Ja też przysporzyłem jej nieco radości. LOT wysłał mnie służbowo do Francji. Matka wiedziała, że nasz projekt zawieszono, ale była optymistką. Wyjazd do Francji zdawał się potwierdzać jej nadzieje. Tuż przed wylotem wpadłem do niej z krótką wizytą - miała tyle powodów do radości - sukces brata, mój wyjazd do "stolicy Europy", Sylwia z dziećmi mieli następnego dnia wyjechać na wczasy do Kamieńczyka.

Ten wyjazd to była swego rodzaju nagroda pocieszenia. Poleciałem razem z moimi szefami Markiem i Krzysztofem do biura LOT w Paryżu. Wyjazd ten nie miał żadnego konkretnego celu. Jednego dnia odwiedziliśmy biuro i porozmawialiśmy o systemie rezerwacji, z którego korzystał LOT. Drugi dzień mieliśmy wolny. Udało mi się skontakować z mieszkająca w Paryzu córką jednego z lokatorów naszego domu. Spotkałem się w nią i jej mężem, zawieźli mnie do Wersalu, ale pałac był zamknięty. Pozwolili nam tylko wejść i popatrzyć z dalego na ogród. Tak, ten wyjazd nie mial sensu.

Do Warszawy wróciłem późnym wieczorem. W drzwiach mieszkania znalazłem kartkę - Lechu. Twoja Matka zmarła ostatniej nocy. Powiadomiłam Sylwię.

Doznałem uczuć podobnych jak podczas wspomnianych ostatnio ćwiczeń wojskowych - to niemożliwe, to nie mogło stać się w ten sposób! Wybiegłem przed dom, w żadnym z okien nie paliło się światło. Nie będę nikogo budził. Pobiegłem pod Dom Chemika - w pokoju Matki palila się lampka. Co to może znaczyć?
Wróciłem do domu - właśnie pojeżdżała tam Sylwia z dziećmi.

Kilka dni zajęły nam czynności pogrzebowe. Potem pzyszedł czas refleksji. Sąsiedzi wspominali, że w dniu swojej śmierci Matka odwiedziła nasz dom. Miała klucze, ale nie wchodziła do środka. Siedziała na ławce i patrzyła z uśmiechem w nasze okna - wszystko układa się tak dobrze - syn w Paryżu, synowa z dziećmi nad Bugiem...
Przypominała mi się opowieść Matki jak to wróżka przepowiadała mi dalekie podróże. Matka zawsze w to święcie wierzyła. Pomyślałem, że teraz usunęła się żeby nie krępować mi ruchów. Nie zdziwiłem się gdy niedługo po Jej śmierci przyszła depesza z Kuwejtu...

Depesza