Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: religia

czwartek, 19 listopada 2015

Lech  Lech

Bazą wszystkich moich przedsięwięć było mieszkanie nr 1 w domu przy ul. Sąchockej 2...

Sachocka 2

Powyższe zdjęcie pochodzi z google maps view, za naszych czasów nie było tych drzew od strony ulicy. W ogóle nie pamiętam tego domu od strony ulicy Sąchockiej gdyż zawsze dochodziłem do niego z przeciwnej strony.

Mieszkanie przydzieliła nam Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa w 1974 roku. Było to juz trzecie mieszkanie otrzymane od tej spółdzielni. Sądziliśmy, że zostaniemy tam do końca życia. Stało się inaczej, ale gdybyśmy pozostali w Polsce to chyba nigdzie indziej nie chcielibyśmy mieszkać.

Dom był zbudowany dla pracowników Ministerstwa Obrony, ale okazało się, że nie spełniał wymagań zleceniodawcy. Dla nas był całkiem satysfacjonujący. Nieduży, tylko 24 przestronne mieszkania, niewielki plac zabaw dla dzieci.
Najważniejsi byli jednak sąsiedzi - trzech lub czterech naukowców, trzech czy czterech lekarzy, dwaj pracownicy LOT, para tancerzy z zespołu Mazowsze, reszta to inżynierowie o wysokich kwalifikacjach. 
W rezultacie w bloku wszyscy się znali, lubili i wzajemnie sobie pomagali - pomoc w drobnych naprawach, czy przy dzieciach. Istotną sprawą stało się zaopatrzenie w żywność, której coraz bardziej brakowało na sklepowych półkach. Pamiętam jak nieraz ktoś z sąsiadów zapukał z rana w drzwi - dają masło, kostka na osobę. Podrywałem Anię i Michała i biegliśmy do odległego o niecałe 100m sklepu.
Z chwila wprowadzenia kartek kwitł handel wymienny. My mieliśmy zawsze zbyt dużo cukru i Sylwia wymieniała go na inne produkty.

W bloku mieszkało conajmniej 12 dzieci, z tego kilkoro w podobnym wieku co Ania i Michał więc dzieci miały dobre towarzystwo.
Sylwia załatwiła dla dzieci miejsce w przedszkolu pracowników wojska (pracowała w szpitalu Wojskowej Akademii Medycznej). Było niezbyt daleko i bardzo dobrze wyposażone.

Gornik

Powyżej Michał (w środku) świętuje Barbórkę.

W 1978 roku Ania poszła do szkoły, również bardzo blisko domu, nie trzeba jej było tam odprowadzac ani odbierać. 

Nigdy nie doczekaliśmy się w Polsce własnego telefonu, ale w naszym bloku, przy wejściu, był automat telefoniczny - to była duża wygoda.

Dla Michała wielką atrakcją była przebiegająca 200m od naszego bloku linia kolejowa. Pod choinkę dostał akcesoria konduktorai - czapkę, opaskę na ramię, chorągiewkę, torbę i dziurkacz biletów. Prawie codzień chodziliśmy nad tory gdzie odprawiał pociągi na linii Warszawa-Kraków.

Istotną rolę w naszym życiu zaczął odgrywać kościół parafialny Opatrzności Bożej przy ul. Dickensa - KLIK. Wspominałem, że jeszcze przed ślubem widziałem jako cel swojego życia założenie rodziny, która przechowa patriotyczne wartości następnym pokoleniom. Gdy nadeszła pora chrztu Ani zastanowiliśmy się wraz z Sylwią nad tematem religii. Dla nas ten temat nie był zbyt istotną sprawą, ale doszliśmy do wniosku, że dzieci należy wychowac w katolickiej tradycji a w związku z tym my musimy regularnie uczestniczyć w życiu religijnym. Nie sprawiło nam to kłopotu a raczej dało sporo satysfakcji. Duża w tym zasługa wspomnianego wielokrotnie w zlinkowanym artykule naszego proboszcza, księdza Kołakowskiego.
Polecam lekturę zlinkowanych wspomnień o naszej parafii. Wynika z nich, że byla to jedna z najbardziej przebojowych parafii w Polsce. Większość opisywanych dramatycznych akcji wydarzyła się przed naszym włączeniem się do życia parafialnego i pozostaliśmy biernymi parafianami. Być może gdybyśmy włączyli się wcześniej stałbym się z czasem członkiem ukrytej opozycji. Jednak los kierował mymi krokami w ten sposób abym pozostał Dzieckiem Komuny.

Po rozpoczęciu szkoły Ania zaczęła uczęszczać na prowadzone przy kościele lekcje religii. W maju 1980 roku przystąpiła do I komunii. Poniżej ze swoim katechetą - ks. Józefem...

I Komunia

Częścią obchodów komunijnych był wyjazd na Jasną Górę. Pojechałem tam z Anią. Ksiądz Józef dokwaterował nam do samochodu starszą panią z  wnuczką.

Oczywiście bardzo znaczącym faktem był wybór Polaka na papieża. To potwierdzało słuszność naszej decyzji. Gdy Ania opanowała pisanie wymyśliłem jej projekt - będziemy co tydzień odwiedzać jakiś kościoł i ona, na podstawie mojej relacji, coś o tym kościele napisze. Może wspólnie zrobimy jego rysunek. Jak uzbiera się cały zeszyt to wyślemy to Papieżowi w prezencie. Z przyczyn obiektywnych nie uzbierało się 

Przy okazji kilka słów o wakacjach. Staraliśmy się żeby dzieci spędzały całe lato i dwa tygodnie zimy poza Warszawą. Najlepszym rozwiązaniem były oczywiście wczasy - Sylwii w Kamieńczyku nad Bugiem, siostry Sylwii gdzieś nad morzem, ojca Sylwii w Sasku na Mazurach. Wczasy zimowe do była moja domena - 4 razy w Bierutowicach i raz w Augustowie.

Gdy wczasów nie starczało szukaliśmy prywatnego letniska. Raz trafiliśmy do Świdra pod Warszawą. Najpierw Sylwia z Anią, Michałem i koleżanką z dwójką dzieci. Okazało się, że gospodarz letniska zajmuje się również (a raczej głównie) produkcją bimbru. Sylwia odziedziczyła po ojcu bardzo silną głowę i zyskała dużą popularność wśród klientów meliny. Wielu z nich to byli kierowcy z pobliskiej bazy transportowej.
Po dwóch tygodniach zmieniłem Sylwię. Nie zyskałem sobie żadnej popularności.

Wczasy zimowe w 1980 roku były nieco inne od poprzednich. Po pierwsze zaprzyjaźniona z nami kierowniczka domu wczasowego Słoneczna w Bierutowicach wybudowała własny dom i wynajmowała tam pokoje, trzeba było z tego skorzystać. Po drugie po raz pierwszy zabrałem na wczasy zimowe dwójkę dzieci. Podczas całonocnej jazdy pociągiem do Jeleniej Góry w przedziale było bardzo gorąco. Kilka razy musiałem w nocy przebierać dzieci gdyż były całe mokre od potu. Następny etap to autobus do Karpacza. Miałem sporo bagażu - plecak, dwie walizki, 3 pary nart. Należy tak się ustawić żeby drzwi autobusu wypadły tuż przede mną. To nie było bezpieczne, autobus buksował po zamarzniętych koleinach, z tyłu napieral na nas tłum, dzieci miały się trzymać uchwytów walizek. Udało się, otworzyły się drzwi, ale z tymi bagażami nie byłem w stanie wspiąć się na stopień. W końcu ktoś mnie podsadził. 
Po godzinie Michał musiał skorzystać z nocnika, miałem go oczywiście na wierzchu, niedługo później zaczęły się ostre zakręty i dla Ani była potrzebna torba. Wreszcie dojechaliśmy. Nasza gospodyni załatwiła nam obiady w domu wczasowym, śniadania i kolacje trzeba było przygotować samemu. Przygotowanie nie było problemem, problemem było zaopatrzenie. Wstawałem przed 6 rano i biegłem do sklep spożywczego. O tej porze mogłem dostać chleb i mleko, czasem jajka czy masło. 
Po śniadaniu szedłem z dziećmi na narty. Ania miała prawdziwe narty i próbowałem ją trochę uczyć. Michał miał dziecinne plastikowe nartki, polecałem mu zdjeżdżac w kucki i na dole się przewracać gdyż było ryzyko, że wjedzie na szosę. Wywracał się we właściwym miejscu, ale nie miał ochoty się podnosić. Zjeżdżałem więc po niego, wnosiłem go na góę na ramieniu i od początku. Po 1.5 godzinach wracaliśmy się przebrać i szliśmy na obiad. Po obiedzie dzieci leżakowały dwie godziny a ja pędziłem na narty. Mieszkaliśmy w Karpaczu, niedaleko stacji wyciągu, o tej porze kolejka do wyciągu znacznie malała więc miałem szansę na kilka zjazdów z Kopy. Widzę, że nic się tam nie zmieniło - KLIK.
Po powrocie do domu podrywałem dzieci na intensywny spacer, potem kolacja, bajeczka i spać. Nie pamiętam żebym wiele razy poszedł jeszcze na wieczorek zapoznawczy.