Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: 1983

wtorek, 12 stycznia 2016

Lech  Lech

Moja pierwsza praca...

J.Gadsden Packaging czyli fabryka puszek do piwa w przemysłowej dzielnicy Coburg. Wydaje mi się, że moje doświadczenie z pracy w przemyśle było głównym atutem. 
Zaczęło się jak w Polsce - badanie lekarskie w fabrycznym ambulatorium.  Fabryka też dość podobna do polskich fabryk. Biura firmy i ośrodek komputerowy mieściły się w centrum Melbourne. 

Pierwsza pensja - $24,000 rocznie - była raczej kiepska, ale to był drobiazg, najważniejsze było dla mnie Australian experience.
Komputer HP3000 - całkiem przyzwoity minikomputer. Język programowania - COBOL. To nie było dla mnie problemem. Chyba od pierwszego dnia byłem w pełni wydajnym pracownikiem.
W ośrodku komputerowym było zatrudnionych 8 osób, byłem mile zaskoczony ich kwalifikacjami.
Moje pierwsze zadanie - planowanie produkcji - to była moja specjalność z pierwszej pracy w Polsce. Puszka do piwa w porównaniu z iskrownikiem motocykla to była fraszka. Chyba byłem zbyt arogancki gdyż pierwsza próba uruchomienia nowego systemu mojego autorstwa zakończyła się niepowodzeniem. Powtórka 2 tygodnie później poszła już dobrze.
Te 2 tygodnie to była istotna lekcja - w przypadku niepowodzenia nie wstydź się,  poproś o pomoc, ludzie są życzliwi.

W pierwszej pracy czułem się trochę nie w porządku. Zaczynałem ją z przeświadczeniem, że to tylko drobny stopień w dalszej karierze. Niech tylko uzbieram rok australijskiego doświadczenia i lecę dalej, wyżej. To było logiczne. Tylko zmiana pracy pozwoli mi znacząco podwyższyć zarobki. Poza tym to była zbyt mała firma i zbyt prosta produkcja. Nie widziałem tu wielkich perspektyw.  Jednak zarówno mój szef jak i współpracownicy byli tak sympatyczni, że było mi przykro myśleć o odejściu.
Większość pracowników ośrodka to byli Australijczycy, ale trafił się jeden Rosjanin, to znaczy Żyd z Białorusi, Arkady. Kapitalne poczucie humoru a do tego ileż wspólnych tematów. Któregoś dnia Arkady wziął mnie na spytki:
- Lech, powiedz jak to w Polsce było, bo u nas opowiadali tyle plotek.
- Jakich plotek?
- Są u was sklepy dewizowe? Można dostać paszport? Są prywatni lekarze? Są prywatni rolnicy? 
Lista pytań była długa. Na wszystkie udzieliłem odpowiedzi twierdzącej. Arkady popatrzył mi uważnie w oczy:
- Lech, wyście chyba oszaleli! Skąd wam przyszło do głowy zmieniać taki system? 
Przyznawałem mu rację.

Życie...
Już na początku marca wynajęliśmy mieszkanie w bloku niedaleko od szkoły Michała. Mając w pamięci upały wybraliśmy chłodne mieszkanie, z oknami na bezsłoneczne południe. W połowie marca przyszły takie chłody, że nabawiłem się gorączki reumatycznej. Wydaliśmy fortunę na grzejniki, elektryczną podkładkę pod prześcieradło itp.  

Gdy tylko dostałem pracę kupiłem samochód - Ford Cortina - używany, automatic, bardzo solidna i ciężka maszyna.
Oczywiście przed zakupem samochodu zdaliśmy oboje egzamin na prawo jazdy. Na szczęście musieliśmy zdawać tylko egzamin pisemny. Sylwia dostała arkusze egzaminacyjne w języku polskim. Do każdego pytania 4 odpowiedzi do wyboru. Kilka odpowiedzi zapamiętałem do dzisiaj:
Pytanie - czy podczas jazdy samochodem można wyrzucać śmieci przez okno?
Jedna z odpowiedzi - tylko na wsi.
Pytanie: jak się zachować gdy zobaczysz znak Szpital?
Jedna z odpowiedzi - zatrąbić.
Pytanie: jak się zachować gdy za tobą jedzie wóz strażacki na sygnale?
Jedna z odpowiedzi - ustąpić drogi a potem jechać za nim i pomagać gasić.
Pierwszą praktykę miałem wkrótce po zdaniu egzaminu. Przyszły nasze rzeczy wysłane drogą morską. Musiałem odebrać je z magazynu portowego.
To byl dobry test - wynająć samochód bagażowy w centrum miasta, przejechać przez miasto, znaleźć drogę w portowym labryncie. Wszystko w ruchu lewostronnym. Nie było trudno, po prostu jechać tak jak samochód przede mną. Jedyne poważne wątpliwości miałem gdy trzeba było skręcić w prawo z lewego pasa. To specjalność Melbourne - KLIK.
Samo prawo jazdy było ciekawym dokumentem - nie było na nim zdjęcia właściciela...

Prawo jazdy

Dla wiekszości osób był to jedyny dokument tożsamości, nie było (i nie ma nadal) żadnych dowodów osobistych czy kart identyfikacyjnych.

Wszystkie formalności okazały się bardzo proste - konto w banku, zasiłek rodzinny, ubezpieczenie, wynajęcie mieszkania, załatwienie tefonu. To ostatnie najbardziej nam zaimponowało gdyż w Polsce nie doczekaliśmy się telefonu. Tu czekaliśmy niecałą dobę.

Szkoła dzieci. Wszystko szło bardzo dobrze. Michał asymilował się w Australii...

Bumerang

Ania błyszczała nadal blaskiem angielskiej szkoły. Któregoś dnia zadzwonil do mnie jej wychowawca.
- Ta twoja córka jest nadzwyczajna. A już w językach obcych.
- ????
- Jak ona świetne zna francuski! Poziom maturalny. Ona chyba się nudzi na lekcji.
- Nie szkodzi. Nowy kraj, sporo stresów. Niech się zrelaksuje na jednym przedmiocie.
- O tym chciałem z tobą porozmawiać. Co myślisz o przeniesieniu jej na język grecki?
- Grecki? Co za pomysł dziwny?
- Jest taka sprawa, że mamy tu nauczyciela greckiego, ale jak nie zbierzemy 16 uczniów to on straci pracę. Wszak też jesteś nowym imigrantem. Powinieneś to zrozumieć.
Spytałem Ani o zdanie. Śmała się - ta cała szkoła to jeden żart, wszystkie przedmioty. Może być grecki. Zgodziłem się. Ania z greckim nie miała żadnego problem, ale też niczego się nie nauczyła.
Jedyna sprawa, która mnie smuciła to brak kontaktu dzieci z rówieśnikami. Po szkole każde dziecko wracało do domu. Nie było podwórek, nikt nie bawił się na ulicy. W naszym bloku nie mieszkały żadne dzieci.

Możliwości pracy dla Sylwii były mocno ograniczone. W Polsce ukończyła pomaturalną szkołę techników fizjoterapii. Tutaj taka specjalność nie istniałą. Albo pielęgniarka albo fizjoterapeuta. Oba zawody wymagały długoletnich studiów. 
Narazie priorytetem był język angielski. Na szczęście były dostępne kursy angielskiego dla świeżoprzybyłych migrantów. 

Radosnym wydarzeniem była kilkudniowa wizyta w Melbourne mojego kuzyna - Józefa Milewskiego...

Józef M.

Józef był dyrektorem wielkiej francuskiej kopalni azbestu w Brazylii i przyjechał do Australii służbowo.
- Chcesz sprzedawać azbest w Australii? - zdumiałem się - tu właśnie zaczęła się antyazbestowa histeria.
Józef zapewniał mnie, że azbest z jego kopalni jest bezpieczny. Ulubionym zajęciem jego trójki dzieci było turlanie się w dół w tumanach pyłu z azbestowych hałd. Jednak Australijczyków nie przekonał. Na marginesie wspomnę, że Józef odkrył złoża azbestu w Brazylii, stoczył wielką batalię o zezwolenie francuskiej firmie na budowę kopalni i w końcu został tej kopalni dyrektorem. Na interecie znalazłem tylko maleńki ślad tej pasjonującej historii - KLIK.
Dla mnie ta wizyta była bardzo istotna, nie żyjemy na zupenym odludziu, nie zostaliśmy całkiem zapomniani.

Oczywiście niezawodną ostoją był gościnny dom Basi i Janusza. Wkrótce potrzebowaliśmy ich rady i pomocy w bardzo poważnej sprawie.
Bank ANZ ogłosił, że dla nowych migrantów znosi na 3 miesiące ograniczenia w udzielaniu kredytów na dom (2 lata systematycznego oszczędzania, spory depozyt).
- Absolutnie powinniście z tego skorzystać - radziła Basia - własny dom to najlepsza inwestycja. Jak nie skorzystacie teraz to będziecie jeszcze przez 2 lata płacić za nieswoje a przez 2 lata ceny pójdą w górę.
Dostaliśmy pożyczkę - $30,000, plus obietnicę dodatkowej pożyczki prywatnej do $10,000. Musieliśmy kupić dom w ciągu 3 miesięcy, potem pożyczka przepadała.
Każdy weekend spędzaliśmy na poszukiwaniach.
- Szukajcie w dobrych dzielnicach - radziła Basia - najgorszy dom w najlepszej dzielnicy, to powinno być waszą dewizą.
Znaleźliśmy...

Dom

Cena $63,500. O dużo za dużo. Bank pożyczył nam w sumie $40,000. Wysupłałem wszystkie oszczędności, resztę pożyczyli nam Basia i Janusz.
Spłaty dwóch pożyczek w banku plus pożyczki od Basi i Janusza to było bardzo duże obciążenie. Sylwia podjęła pracę jako szwaczka w fabryce kostiumów kapielowych.
Na wprowadzenie się do naszego domu musieliśmy czekać 3 miesiące. Prawie co weekend podjeżdżaliśmy sprawdzić czy dom jeszcze stoi. Podczas jednej z wizyt spotkaliśmy naszego sąsiada - George'a. Okazało się, że był weteranem bitwy pod Tobrukiem i pamiętał udział Polaków w tej bitwie...

Polskie szczury Tobruku

Powyżej polscy weterani Bitwy pod Tobrukiem na corocznej paradzie w Melbourne.

Po sprawdzeniu czy słyszeliśmy o królu Janie Sobieskim wyraźnie nas zaakceptował. Poinformował nas, że dom jest niezamieszkały, my nie mamy jeszcze prawa wstępu, ale on przejdzie przez dziurę w płocie i zacznie kosić regularnie trawę gdyż w innym przypadku tak zarośnie, że żadna kosiarka jej nie weźmie.

We wrześniu wprowadziliśmy się do własnego domu. Wymagał sporo drobnych prac. Część udało nam się wykonać. Resztę powinniśmy zrobić podczas letnich wakacji.
Lato w grudniu. To było dziwne i nienaturalne. Wigilię spędziliśmy u Basi i Janusza. Próżno było czekać na pierwszą gwiazdę. Polskie dania wigilijne smakowały dziwnie podczas upału.

Po Świętach wiele instytucji zawieszało działalność na minimum 2 tygodnie. Tak było w Sylwii i mojej pracy. To był właściwy czas na poważniejsze prace wokół domu. Jednak stare przyzwyczajenia tak łatwo nie ustepują. Wszak od dzieciństwa wiedzieliśmy, że w lecie dzieci jadą na wakacje. Kupiliśmy duży namiot i dwa dni przed końcem roku pojechaliśmy zwiedzić Sydney i okolice.

07:28, pharlap
Link Komentarze (4) »
niedziela, 10 stycznia 2016

Lech  Lech

Do Australii lecieliśmy liniami Qantas. Zawodem dla mnie było niezwrócenie uwagi na fakt przekraczania równika.

Z pierwszymi promieniami słońca spojrzeliśmy na ląd pod nami - pustynia. Czy my czasem nie wróciliśmy do Kuwejtu?
Zbliżaliśmy się do Melbourne, jeszcze kilkanaście minut lotu a pod nami wciąż pustynia. Pilot powiadomił, że w Melboune upały, blisko 40C. Po Kuwejcie nie było to nic nadzwyczajnego, ale jednak nie spodziewaliśmy się tego.
Wreszcie lądowanie. Najpierw do samolotu wkroczyła ekipa denzynfekcyjna. Powiadomiono nas, że obowiązują tu ostre restrykcje mające na celu ochronę bardzo delikatnej struktury biologicznej. Panowie w kombinezonach pokropili leciutko pasażerów jakimś płynem. Mogliśmy wysiadać.

Przeszliśmy przez kontrolę graniczną...

Wiza

8 lutego 1983 stanęłiśmy na australijskim gruncie.

Na lotnisku czekała na nas kuzynka Sylwii, Basia. Wioząc nas do swojego domu ostrzegła, że w Melbourne panują niezwykłe upały, są ograniczenia w zużyciu wody i poważne zagrożenie pożarowe. Nie brzmiało to sympatycznie. Jeszcze gorsze wrażenie robił widok z okna samochodu.  Jechaliśmy przez dzielnicę przemysłową, jeśli przemysłem można nazwać jakieś nieduże warsztaty, magazyny, budki z blachy falistej. Basia pocieszała, że ich dom znajduje się w starej dzielnicy z dużą ilością drzew i parków. 
Rzeczywiście, dzielnica była elegancka i zadbana, ale trawa w parkach była wypalona przez słońce, drzewa szare, liście zwiędłe. To wynik restrykcji wodnych, nie wolno podlewac ogrodów.
Wreszcie dom - piękna stara rezydencja, grube mury, wysokie sufity, przyjemny chłód. Na zewnątrz korty tenisowe, spory basen. Tak sobie wyobrażaliśmy Australię. 

Po przywitaniu z domownikami - mąż Basi, Janusz był dentystą, dwoje dzieci - Iwonka i Andrzej w szkole średniej - zajrzałem do gazety.
Był wtorek a zatem według informacji uzyskanej w konsulacie powinny być w niej ogłoszenia o miejscach pracy dla informatyków. Pracownik konsulatu zapewnil mnie, że jesli bardzo mi zależy na pracy to mogę zadzwonić do agencji prosto z lotniska i już po lunchu zacząć pracę. Aż tak bardzo mi nie zależało, zadzwoniłem przed lunchem i umówiłem się na spotkanie następnego dnia.

Druga sprawa to szkoła dla dzieci. Tuż obok znajdowała się szkoła podstawowa - Auburn Primary School - KLIK - poszedłem tam z Anią i Michałem.
Z Michałem nie było problemu, zgodziliśmy się, że najlepiej jak zacznie naukę od I klasy. Co innego z Anią. Świadectwo z Kuwait English School zrobiło duże wrażenie. 
- Ona uczęszczała do angielskiej szkoły!  Nic tu po nas. Zapisz ją do szkoły średniej.
Nie pomogły argumenty, że Ania była dopiero w 5. klasie. Trzeba było szukać dalej.
Nie było to takie proste. W dwóch szkołach państwowych odprawili nas z kwitkiem - nie było wolnych miejsc. Znalazło się dopiero w John Gardiner High School. Ta szkoła już nie istnieje i nie pozostawiła żadnego śladu na internecie. 
Michał miał do szkoły 5 minut spacerem, Ania ponad kilometr do przystanku trmawajowego i kilka przystanków jazdy.

Następnego dnia odwiedziłem agenta w sprawie pracy. Zreferowałem krótko swoją dotychczasową karierę, wręczyłem świadectwa pracy z Kuwejtu i podałem swoje oczekiwania.
Poinformował mnie, że komputery UNIVAC to w Australii rzadkość. W Melbourne mają je moze dwie firmy, w tym linie lotnicze, ale oni nie potrzebuja pracowników. W ogóle to Australia jest obecnie w stanie lekkiej recesji, w branży komputerowej zastój, ale nie ma strachu, na pewno znajdą mi pracę. Przerzucił moje papiery...
- A jakie jest Twoje doświadczenie w pracy w Australii (Australian experience)? - zapytał. 
- Przecież powiedziałem ci, że wczoraj przyjechaliśmy do Australii.
- Ach, tak, tak, oczywiście. To nie ma żadnego znaczenia.
Zapadło dłuższe milczenie.
- Więc nie masz żadnego doświadczenia w pracy w Australii?
Nie wiedziałem co odpowiedzieć żeby go nie urazić.
- Świetnie, świetnie. Powinniśmy wkrótce coś dla ciebie znaleźć. Skontaktujemy się z tobą telefonicznie. 

W ciągu następnych dni odbyłem kilka podobnych rozmów.
Nadszedł weekend, Basia zabrała nas na Polanę w Healesville - KLIK - gdzie odbywał się dzień harcerza. Po drodze wstąpiliśmy do Healesville Sanctuary - KLIK - gdzie spotkaliśmy po raz pierwszy kangura wallaby...

Kangur

... a także, emu (proszę najechać myszą na zdjęcie), dziobaka, mrówkojada (echidna).

Dzień harcerza z jednej strony podnosił na duchu, tyle młodzieży podtrzymuje polskie tradycje, tylu ochotników dba o ośrodek. Z drugiej strony zdałem sobie sprawę jak znikoma jest nasza obecność w tym wielkim kraju.
Była również okazja do rozmowy z wieloma Polakami. Zorientowaliśmy się, że nasi gospodarze, Basia i Janusz, są bardzo popularni w środowisku polonijnym i na wiele sposobów wspierają polonijne inicjatywy.
Większość osób, z którymi rozmawiałem przybyła do Australii szlakiem Armii Andersa poprzez Syberię, Iran a potem Indie lub Bliski Wschód. Bardzo porządni, uczciwi, pracowici ludzie, ale ich poglądy wydały mi się nieco archaiczne, na przykład tęsknota za kresami i nadzieje, że wrócą one kiedyś do Polski.
Przy okazji dowiedziałem się o bardzo energicznej akcji Polonii w celu przyjmowania do Australii solidarnościowej emigracji - KLIK. Wszyscy sądzili, że ja jestem właśnie takim uchodźcą i moje wyjaśnienie, że przyjechałem tu prywatnie i nie byłem w Polsce nigdy prześladowany wzbudziły sporą konsternację.

Po weekendzie zaczęło się znowu bezskuteczne szukanie pracy. Wydało mi się, że może w Sydney są nieco bardziej elastyczni i poleciałem tam na dwa dni. O dziwo państwowe linie lotnicze TAA uznały moją legitymację LOT i dały mi bezpłatny bilet.
Niestety było tak jak w Melbourne. Wracałem w środę, 16 lutego. Gdy zbliżaliśmy się do lotniska rozpoczęły się niezwykłe turbulencje, czasem wydawało się, że samolot zatrzymał się w powietrzu poczym następował gwałtowny spadek w dół. Ludzie krzyczeli. Pilot wyjaśnił, że w pobliżu szaleją wielkie pożary i masy gorącego powietrza utrudniają lot. 
Wreszcie wyladowaliśmy, w powietrzu czuć było spaleniznę. Następnego dnia gazety donosiły - Ash Wednesday - środa popielcowa - w okolicy Mt Macedon - KLIK. Setki spalonych domów, 75 osób straciło życie w ogniu.
Melborne nawiedziła burza piaskowa - dust storm. Czytaliśmy o tym w W pustyni i puszczy, przeżyliśmy w Kuwejcie gdzie drobny piaskowy pył przenikał przez zamknięte okna, ale żeby coś takiego...

Dust starm

Powyższe zdjęcie z facebook, chyba trochę podretuszowane.

Coraz mniej mi się tu podobało. Tygodnie mijały. Codziennie odbierałem Michała ze szkoły. Patrzył na mnie ponuro:
- Wszystkie inne dzieci zabierają ze szkoły mamusie.
- Widzisz jakie ty masz szczęście. Ciebie odbiera tatuś. 
- Wcale nie szczęście, bo to znaczy, że nie masz pracy. 
To było błędne koło. Wszystkie ogłoszenia pochodziły od agentów. Byłem pewien, że gdyby mi się udało dotrzeć do pracodawcy to przekonałbym go o swojej wartości. 
Raz się udało, to była wyższa uczelnia. Odbyłem interview przed sporą komisją i widziałem, że zrobiłem dobre wrażenie. Następnego dnia dostałem powiadomienie, że  zakwalifikowałem się "do finału" - shortlisted - i mam przyjść na następne interview. Tym razem poszło fatalnie. Na drugim interview wiekszość osób była ta sama co na pierwszym. Zadawali te same pytania. Wydało mi się to bez sensu, nie pamiętają co mówiłem 3 dni temu? Udzielałem lakonicznych odpowiedzi, straciłem cały entuzjazm. Nie dostałem pracy.
Ktoś zwrócił mi uwagę, że nie powinienem ubiegać się o pracę u zbyt wielu agentów bo rozniesie się pogłoska, że jestem pechowy, niezatrudnialny. Pojechałem ponownie do Sydney.

Po jednym interview wiedziałem, że to strata czasu. Poszedłem na przystanek autobusu na lotnisko żeby wrócić do domu. Czekając na autobus zauważyłem na sąsiednim budynku tabliczkę z nazwą firmy rekrutacyjnej. W gazecie znalazłem ich anons i nr telefonu. Uznałem to za dziwny zbieg okoliczności i zadzwoniłem. Telefon odebrała jakaś pani, zaproponowała żebym przyszedl po lunchu.
- Ja stoję właśnie na przystanku pod waszym budynkiem, albo przyjmiesz mnie teraz albo jadę na lotnisko.
- No dobrze, to na 2. piętrze.
Stary budynek, solidne drewniane schody. Z góry dobiegało stukanie maszyny do pisania. Czasem następowała przerwa i ktoś mruczał - psiakrew, cholera.
Przy maszynie siedziała elegancka pani w średnim wieku.
- Dzień dobry - pozdrowiłem ją po polsku.
- Ach to ty. Przepraszam, ale jedyne znane mi polskie słowa to przekleństwa, których nauczyła mnie moja żydowska babcia.
Poczułem się w domu. Już po kilku słowach relacji moja rozmówczyni przerwała mi...
- Australian experience?
- Tak. Powiedz mi Ruth co ja mam zrobić. Całe moje doświadczenie się tu nie liczy?
- Tu nie chodzi o doświadczenie tylko o asekurację.
- ????
- Ci agenci nie mają kwalifikacji żeby kogokolwiek ocenić. Im jest potrzebna asekuracja na wypadek gdybyś nie spełnił wymagań pracodawcy. Referencje od kogoś pracującego w Australii.
- W jaki sposób ja mogę zdobyć takie referencje? To błędne koło...
- To proste - przerwała mi Ruth - ja ci dam dobre referencje.
Zadzwoniła do agenta w Melbourne. Za 4 dni miałem pracę. 

piątek, 08 stycznia 2016

Lech

Jak boginie w oceanie sinym.
Kąpią się urocze Filipiny.
Wulkanami lazur nieba kłują,
Palmy stopy im wachlują.
Kraj piękniejszy nie śnił się i muzom
Od urody cudnej wyspy Luzon
I pieszczonej spojrzeniami gwiazd
Manilli, perły miast.
Manilla! Manilla!...
Kabaret Starszych Panów - KLIK.

Kontrakt z Uniwersytem gwarantował na zakończenie kontraktu bilet lotniczy do kraju zamieszkania dla mnie i mojej rodziny. Ponieważ nie wracaliśmy do Polski mogliśmy otrzymać bilety na dowolny lot liniami Kuwait Airways. 
Do Australii nie latali wybraliśmy więc Filipiny.

Do Manilli przylecieliśmy rano. Zieleń jak na Florydzie a jednocześnie znośne temperatury i słoneczna pogoda. Postanowiliśmy spędzić tu kilka dni. 

Atmosfera miasta oczarowała nas. Przede wszystkim przyjaźni ludzie. Po prostu było przyjemnie zmieszać się z nimi na ulicy. Jeszcze przyjemniej wsiąść do zatłoczonego miniautobusiku - jeepney - KLIK. Dokoła pomocne ręce, uśmiechnięte twarze. Kręciliśmy się dość chaotycznie po mieście. Na zdjęciu uwidoczniona wizyta w ogrodzie botanicznym (a może w ZOO) ...

 W dżungli

Najbardziej bawił mnie fakt, że gęsta dżungla dookoła robiła znacznie większe wrażenie niż ta na obrazku. 

Kolejne dwa dni spędziliśmy na wycieczkach w okolice Manilli.
Pierwsza - Tagaytay - wulkan w jeziorze, jezioro w wulkanie -  KLIK.

Po drodze odwiedziliśmy fabrykę, w której produkowano ulubione przez nas jeepneye (proszę najechać myszą to pokaże się jeepney w akcji)...

Jeepney

Nasz kierowca i przewodnik był bardzo sympatyczny i udzielał wyczerpujących informacji o mijanych miejscach. 

Oto cel naszej wycieczki, proszę najechać myszą to pokaże sie cała rodzina...

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na plantacji ananasów. Degustacja na miejscu...

Ananas

Na następny dzień mieliśmy zaplanowaną wycieczkę do wodospadu Pangsanjan - KLIK.

Oczywiście zamówiłem ją w tej samej firmie i poprosiłem żeby towarzyszył nam ten sam przewodnik. 
Ledwie zdążyłem złożyć to zamówienie, odwiedził nas Filipińczyk, dla którego Sylwia przewiozła paczkę od jego żony pracującej w Kuwejcie. Bardzo nie podobał mi się pomysł wiezienia do obcego kraju paczek od nieznanych osób, ale uczynność Sylwii nie zna granic. 
Filipińczyk był bardzo wdzięczny i koniecznie chciał się jakoś zrewanżować. Gdy usłyszał o planowanej wycieczce zaczął nalegać żebyśmy pozwolili jemu to zorganizować. Byłem przeciwny, już zamówione, sympatyczny przewodnik na nas liczy. Jednak nasz gość prosił ze łzami w oczach, zgodziliśmy się.

Następnego dnia nasz nowy przyjaciel spóźnił się ponad pół godziny. Okazało się, że zepsuł mu się samochód. Jednak pożyczył samochód od kolegi. Była to dość mała, nieklimatyzowana toyota. Co gorsza samochód został pożyczony razem z właścicielem a zatem cała nasza czwórka musiała upchać się na tylnym siedzeniu. 
Dojechaliśmy na miejsce gdzie zaczynał się spływ rzeką. Droga zamknięta i informacja, że wyłączne prawo do spływu ma miejscowa firma, koszt spływu był większy niż koszt wycieczki zamówionej w firmie turystycznej. Mocno się zdenerwowałem, ale nasi gospodarze zapewnili nas, że oni załatwią to dużo taniej. Skręciliśmy z szosy gdzieś w las. Wkrótce dojechaliśmy do jakiejś wioski, otoczył nas rozkrzyczany, przyjazny tłum. Wygladało to na bardzo biedną wioskę, ale ludzie nie byli wychudzeni i mieli uśmiechy na twarzach. Nasi gospodarze udali się szukać przewoźnika a my odwzajemnialiśmy uśmiechy otaczającego nas tłumu. 
- Wydaje mi się, że się stąd nie wydostaniemy jeśli nie opłacimy wyżywienia całej wioski przez miesiąc - stwierdziłem.
Nie pomyliłem się. Nasi gospodarze wrócili radośni, znaleźli przewoźnika, cena mniejsza niż oficjalna. Okazało się jednak, że do łodzi mieści się dwójka pasażerów a więc 3 łodzie gdyż musimy zafundować wycieczkę naszym gospodarzom. Zapłaciłem i czekaliśmy na łodzie. Po pewnm czasie zjawił się przewoźnik. Miał stroskaną minę - policja patroluje rzekę, trzeba zapłacić łapówkę. Nie było odwrotu, zapłaciłem. Kolejne pół godzimy czekania i ruszyliśmy.
Rzeka Bumbungan, która płynęliśmy, to miejsce gdzie nakręcono sceny do filmu Apocalypse Now (luźniej adaptacji Jądra ciemności J. Conrada). W filmie Amerykanie wypatrywali na każdym zakrecie zasadzki Vietcongu, my wypatrywaliśmy z równymi emocjami patrolu policji. Obyło się bez ofiar (proszę najechać myszą, pokaże się inny widok rzeki)...

Pangsanjan

Droga do wodospadu wiodła wąskim, kamienistym, stromym, wąwozem. Nasi wioślarze przepychali a czasem przenosili łódź wraz z pasażerami. Poniżej zdjęcie z wąskiego gardła...

Przeprawa

Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Pod wodospad podpływało się tratwą (za dodatkową opłatą).

Wodospad

Wieczorem zostawiliśmy dzieci w hotelu a sami wybraliśmy się do kasyna.

Naopowiadałem Sylwii tyle o moich przygodach w kasyno w Birmingham - KLIK, że chciała osobiście sprawdzić. W kasynie obowiązywał strój wieczorowy. Nie miałem zbytniej ochoty zakładać garnituru, na szczęście dowiedziałem się, że jako strój wieczorowy traktowana jest ozdobna filipińska koszula jaką sobie kupiłem.
Kasyno nas rozczarowało. Było bardzo tłoczno, głośno a różnica między minimalną a maksymalną stawką nie pozwalała podwoić stawki więcej niż 5 razy.

Przedostatni dzień spędziliśmy w okolicach hotelu. Był tam duży bazar, na którym kupiliśmy kilka drobiazgów. Było też kilka restauracji oferujących lokalne potrawy, muzykę i towarzystwo (proszę najechać myszą a pokaże się towarzystwo właściwe dla mnie)...

Bal

Gorąco zapraszali nas na wieczorny bal. Ze względu na dzieci przyszliśmy jako jedni z pierwszych. Za chwilę zaczęły się występy.  Konferansjer zaanonsował bardzo szumnie jakiegoś śpiewaka a po zakończeniu jego występu postawił na scenie słoik i zasugerowano żeby wrzucać tam wymierne oznaki uznania. Chyba byłem pierwszym , który coś wrzucił, niewiele, może $5. Konferansjer spytal mnie o nazwisko i kraj i szumnie ogłosił:
- Nasza impreza jest sponsorowana przez pana Milewskiego z Polski! 
W miarę upływu czasu przybywało gości. Po każdym występie  była zbiórka do słoika, anons nowych dawców , czasem bardzo szczodrych, i przypomnienie:
- Nasza impreza jest sponsorowana przez pana Milewskiego z Polski!

Oprócz wystepów były różne konkursy dla widzów. Wszyscy w nich ochoczo uczestniczyliśmy (proszę najechac myszą a pokaże się Michał  akcji)...

Zabawa

Mnie najbardziej przypadł do gustu taniec, podczas którego trzeba było skakać przez bambusowe pręty...

Taniec

To tinikling - KLIK

Robiło się późno, zbieraliśmy się do wyjścia, ale podbiegł do nas mistrz ceremonii o poprosił żeby zostać jeszcze chwilę gdyż odbędzie się ceremonia dekoracji Królowej Balu a dokona tego Honorowy Gość... czyli ja (po najechaniu myszą pokaże się zblizenie )...

Koronacja

Gdy wreszcie wychodziliśmy z balu orkiestra zagrała nam fanfarę a konferansjer poprosił całą publiczność o powstanie.

Następnego dnia wyszedłem kupić mleko i pieczywo na śniadanie. Był późny ranek, po ulicy spacerowały parami młode dziewczyny, wyraźnie poszukujące sponsora. Na mój widok machały przyjaźnie dłońmi
- Good morning Mr Milewski from Poland.

Pomyślałem, że gdybyśmy tu dłużej zostali to może zostałbym prezydentem tego sympatycznego kraju, ale wieczorem australijskie linie Qantas zabrały nas w dalsza drogę.

P.S. Jako motto do tego wpisu wybrałem piosenkę Manilla. Na internecie znalazłem tylko tekst przypisywany Kabaretowi Starszych Panów. Piosenki nie znalazłem na youtube, ale moja pamięć mówi, że wykonawcą była Maria Koterbska i w piosence nie było ostrych antykolonialnych akcentów, które znalazłem w zlinkowanym tekście wiersza.

Tagi: 1983 Filipiny
07:59, pharlap
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 stycznia 2016

Lech  Lech

Kilka tygodni przed wyjazdem zacząłem szukać w Kuwejcie jakiegoś Australijczyka żeby z pierwszej ręki dowiedzieć się jakichś konkretów o miejscu naszego przeznaczenia. Nie było to łatwe co uznałem za dobrą wiadomość - znaczy, że tam tak dobrze, że nie szukają pracy w innych krajach.
W końcu znalazłem, zaprosiłem do domu na obiad. Był bardzo sympatyczny, ale wydawał się nieco bezradny
- Oj żeby tu była moja żona to by wam wszystko dobrze wyjaśniła, ona wszystko wie.
- Macie dzieci?
- Tak dwóch chłopców, jeden ma.... chyba 8 lat... oj żeby tu moja żona była. 7 albo 8, drugi o dwa lata młodszy.
- Szkoła...-
O, szkoły w Australii są najlepsze na świecie. A już najbardziej dla migrantów jak wy.
- Dlaczego?
- Dzieci mogą robić uproszczony kurs angielskiego a poza tym... ileż tam uczą języków obcych.
- ???
- Na przykład w szkole mojego syna są trzy okresy (terms). W pierszym uczą włoskiego, w drugim francuskiego, a w trzecim mają pływanie.
I tak dalej...

Gdy odwoziłem go go hotelu zatrzymaliśmy się na światłach. Światło zmieniło się na zielowe, ktoś zatrąbil na spóźnialskich.
- Co się stało, policja? - zaniepokoił się Australijczyk.
- Nie, ktoś spóźnił się na zmianie świateł.
- Spóźnił na zmianie świateł? U nas, w Australii, dopiero jak przegapisz trzy zielone to na ciebie zatrąbią.
To spodobało mi się najbardziej. Powtórzyłem Sylwii z komentarzem - jak tam jest, tak jest, ale chyba w takim kraju damy sobie radę.
Na marginesie wyjaśnię, że mój rozmówca był ze stanu Queensland a tam rzeczywiście życie toczyło się nieco wolniej.

Bardziej konkretne były rozmowy telefoniczne ze wspominaną na tym blogu kuzynką Sylwii , Basią. Wraz z rodziną mieszkała w Melbourne i tam właśnie radziła nam się osiedlić. Jednocześnie zaoferowała nam mieszkanie do czasu aż znajdziemy sobie coś odpowiedniego.
Przy okazji doradziła aby ubiegać się o miejce w Migrant Centre.
- Chodzi o to, że na początku trzeba załatwić wiele formalności - prawo jazdy, ubezpieczenie, itp. Oni wiedzą co załatwić i zrobią to za was. Po dwóch dniach przeniesiecie się do nas a zaoszczędzicie masę czasu i zachodów.

Nieco inaczej wyglądały rozmowy w konsulacie australijskim.
Niejaka pani R. wyraźnie sobie mnie upodobała i podczas każdej wizyty poświecała mi sporo czasu. Jej główną troską było aby nasze pierwsze wrażenie z Australii było pozytywne.
- Jesteście wszak ludźmi o dużej kulturze i tradycji. Zmiana kraju to będzie dla was duży szok, szczególnie dla dzieci. Ważne jest żebyście od pierwszej chwili byli przekonani, że jesteście we właściwym miejscu i wśród właściwych ludzi. Dopiero wtedy można zacząć budować nowe życie. Czy zdecydowaliście już gdzie zamierzacie się osiedlić?
- To będzie zależało od tego gdzie znajdę pracę. Zamierzamy przylecieć do Melbourne. - pani R. skrzywiła się z dezaprobatą.
- Melbourne jest dużo lepsze od Sydney, ale to są kosmopolityczne metropolie, wiewiele różnia się od Nowego Jorku. W takim mieście nigdy nie czujesz się jak u siebie. Gorąco doradzam ci Perth. To juz jedyne na wskroś australijskie miasto.
Przyjąłem to do wiadomości.

Nic dziwnego, że gdy zapytałem panią R. o formalności zwiazane z załatwieniem pobytu w Migrant Centre to doznała szoku
- Naprawdę chciałbyś zamieszkać w Migrant Centre?
- A co w tym złego?
- Złego? Nic złego, rzad australijski dokłada wszelkich starań zeby ułatwic migrantom start w Australii. Ale żeby ty, profesjonalista, człowiek o dużej kulturze, do Migrant Centre... - kręciła z niedowierzaniem głową.
- Ale co tam jest złego? - popatrzyła mi w oczy i ściszonym głosem wyjaśniła.
- Wszak bedziesz z dziećmi, europejskimi dziećmi. Pomyśl sobie jaka będzie ich reakcja gdy pewnego dnia spotkają na schodach wietnamską rodzinę konsumującą kotka, z którym twoje dzieci dzień wcześniej się zaprzyjaźniły!
Nie wiem co o tym mysleć, ale ta wizja mnie rozśmieszyła.
- Czy mogę prosić o formularz aplikacyjny do Migrant Centre?
Pani R. rzuciła mi lodowate spojrzenie, wstała, i poleciła mi udać się do recepcji. Już więcej jej nie zobaczyłem.
Złożyłem aplikację, ale jakimś dziwnym trafem gdzieś się urzędnikom zawieruszyła i nie zdążyli załatwić jej w terminie. Nie przejmowałem sie tym zbytnio, uważałem że osobiste załatwianie formalności będzie dobrym przygotowaniem do życia.

Końcówka w pracy przebiegła spokojnie. O zakończeniu kontraktu poinformowałem dużo wcześniej, tak że szef zdążył znaleźć dobrego nastepcę. Był to Amerykanin hinduskiego pochodzenia, miał duze doświadczenie i nie bał się podejmować nowych projektów.
Trochę mi było szkoda odejść własnie w takim momencie. Jako kierownik rozwoju systemów pracowałem nad projektem przeniesienia systemu administracji studentów na system bazy danych. Zamówiłem już odpowiedni software - DMS-1100 uchodził za najlepszy system bazy danych. Do tego system przetwarzania tranzakcji on-line (TIP). Świerzbiały mnie ręce żeby wreszcie opracować i wdrożyc jakąś dużą aplikację. Może w Australii?

Mój szef , Nisar Shariff, pożegnal mnie bardzo sympatycznie. Zorganizował nawet u siebie w domu pożegnalny obiad, na który zaprosił wszystkich Polaków i Amerykanów zatrudnionych w ośrodku...

Pozegnanie

Drugi od prawej - wspomniany kilkakrotnie w tym blogu Bob Stratton, trzeci od prawej - Darek Kucharski, ostatni po prawej - mój następca. Na froncie, w jasnych ubraniach, mój szef i jego żona. 

Jako prezent pożegnalny dostałem poniższą pamiątkę. To najbardziej charakterystyczna budowla Kuwejtu - KLIK...

Wieze

Po najechaniu myszą na zdjęcie pokaże się oryginał.

Komentarz Darka: jeśli kiedykolwiek zatęsknisz za Kuwejtem, to usiądź na tym.
Nie tęsknię za Kuwejtem w sensie, że nie odczuwam jego braku, jednak czas tam spędzony uważam za bardzo dobry i istotny.

Pozostało jeszcze zdjąć tabliczkę z mojego biurka...

Tabliczka

Ostatnia msza w Ahmadi i spacer ze znajomymi...

Po mszy

Ostatni spacer po zimowej plaży...

Na plazy

Wieczorem polecieliśmy do ciepłych krajów.

Tagi: 1983 Kuwait
10:02, pharlap
Link Komentarze (1) »