Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: praca

niedziela, 10 stycznia 2016

Lech  Lech

Do Australii lecieliśmy liniami Qantas. Zawodem dla mnie było niezwrócenie uwagi na fakt przekraczania równika.

Z pierwszymi promieniami słońca spojrzeliśmy na ląd pod nami - pustynia. Czy my czasem nie wróciliśmy do Kuwejtu?
Zbliżaliśmy się do Melbourne, jeszcze kilkanaście minut lotu a pod nami wciąż pustynia. Pilot powiadomił, że w Melboune upały, blisko 40C. Po Kuwejcie nie było to nic nadzwyczajnego, ale jednak nie spodziewaliśmy się tego.
Wreszcie lądowanie. Najpierw do samolotu wkroczyła ekipa denzynfekcyjna. Powiadomiono nas, że obowiązują tu ostre restrykcje mające na celu ochronę bardzo delikatnej struktury biologicznej. Panowie w kombinezonach pokropili leciutko pasażerów jakimś płynem. Mogliśmy wysiadać.

Przeszliśmy przez kontrolę graniczną...

Wiza

8 lutego 1983 stanęłiśmy na australijskim gruncie.

Na lotnisku czekała na nas kuzynka Sylwii, Basia. Wioząc nas do swojego domu ostrzegła, że w Melbourne panują niezwykłe upały, są ograniczenia w zużyciu wody i poważne zagrożenie pożarowe. Nie brzmiało to sympatycznie. Jeszcze gorsze wrażenie robił widok z okna samochodu.  Jechaliśmy przez dzielnicę przemysłową, jeśli przemysłem można nazwać jakieś nieduże warsztaty, magazyny, budki z blachy falistej. Basia pocieszała, że ich dom znajduje się w starej dzielnicy z dużą ilością drzew i parków. 
Rzeczywiście, dzielnica była elegancka i zadbana, ale trawa w parkach była wypalona przez słońce, drzewa szare, liście zwiędłe. To wynik restrykcji wodnych, nie wolno podlewac ogrodów.
Wreszcie dom - piękna stara rezydencja, grube mury, wysokie sufity, przyjemny chłód. Na zewnątrz korty tenisowe, spory basen. Tak sobie wyobrażaliśmy Australię. 

Po przywitaniu z domownikami - mąż Basi, Janusz był dentystą, dwoje dzieci - Iwonka i Andrzej w szkole średniej - zajrzałem do gazety.
Był wtorek a zatem według informacji uzyskanej w konsulacie powinny być w niej ogłoszenia o miejscach pracy dla informatyków. Pracownik konsulatu zapewnil mnie, że jesli bardzo mi zależy na pracy to mogę zadzwonić do agencji prosto z lotniska i już po lunchu zacząć pracę. Aż tak bardzo mi nie zależało, zadzwoniłem przed lunchem i umówiłem się na spotkanie następnego dnia.

Druga sprawa to szkoła dla dzieci. Tuż obok znajdowała się szkoła podstawowa - Auburn Primary School - KLIK - poszedłem tam z Anią i Michałem.
Z Michałem nie było problemu, zgodziliśmy się, że najlepiej jak zacznie naukę od I klasy. Co innego z Anią. Świadectwo z Kuwait English School zrobiło duże wrażenie. 
- Ona uczęszczała do angielskiej szkoły!  Nic tu po nas. Zapisz ją do szkoły średniej.
Nie pomogły argumenty, że Ania była dopiero w 5. klasie. Trzeba było szukać dalej.
Nie było to takie proste. W dwóch szkołach państwowych odprawili nas z kwitkiem - nie było wolnych miejsc. Znalazło się dopiero w John Gardiner High School. Ta szkoła już nie istnieje i nie pozostawiła żadnego śladu na internecie. 
Michał miał do szkoły 5 minut spacerem, Ania ponad kilometr do przystanku trmawajowego i kilka przystanków jazdy.

Następnego dnia odwiedziłem agenta w sprawie pracy. Zreferowałem krótko swoją dotychczasową karierę, wręczyłem świadectwa pracy z Kuwejtu i podałem swoje oczekiwania.
Poinformował mnie, że komputery UNIVAC to w Australii rzadkość. W Melbourne mają je moze dwie firmy, w tym linie lotnicze, ale oni nie potrzebuja pracowników. W ogóle to Australia jest obecnie w stanie lekkiej recesji, w branży komputerowej zastój, ale nie ma strachu, na pewno znajdą mi pracę. Przerzucił moje papiery...
- A jakie jest Twoje doświadczenie w pracy w Australii (Australian experience)? - zapytał. 
- Przecież powiedziałem ci, że wczoraj przyjechaliśmy do Australii.
- Ach, tak, tak, oczywiście. To nie ma żadnego znaczenia.
Zapadło dłuższe milczenie.
- Więc nie masz żadnego doświadczenia w pracy w Australii?
Nie wiedziałem co odpowiedzieć żeby go nie urazić.
- Świetnie, świetnie. Powinniśmy wkrótce coś dla ciebie znaleźć. Skontaktujemy się z tobą telefonicznie. 

W ciągu następnych dni odbyłem kilka podobnych rozmów.
Nadszedł weekend, Basia zabrała nas na Polanę w Healesville - KLIK - gdzie odbywał się dzień harcerza. Po drodze wstąpiliśmy do Healesville Sanctuary - KLIK - gdzie spotkaliśmy po raz pierwszy kangura wallaby...

Kangur

... a także, emu (proszę najechać myszą na zdjęcie), dziobaka, mrówkojada (echidna).

Dzień harcerza z jednej strony podnosił na duchu, tyle młodzieży podtrzymuje polskie tradycje, tylu ochotników dba o ośrodek. Z drugiej strony zdałem sobie sprawę jak znikoma jest nasza obecność w tym wielkim kraju.
Była również okazja do rozmowy z wieloma Polakami. Zorientowaliśmy się, że nasi gospodarze, Basia i Janusz, są bardzo popularni w środowisku polonijnym i na wiele sposobów wspierają polonijne inicjatywy.
Większość osób, z którymi rozmawiałem przybyła do Australii szlakiem Armii Andersa poprzez Syberię, Iran a potem Indie lub Bliski Wschód. Bardzo porządni, uczciwi, pracowici ludzie, ale ich poglądy wydały mi się nieco archaiczne, na przykład tęsknota za kresami i nadzieje, że wrócą one kiedyś do Polski.
Przy okazji dowiedziałem się o bardzo energicznej akcji Polonii w celu przyjmowania do Australii solidarnościowej emigracji - KLIK. Wszyscy sądzili, że ja jestem właśnie takim uchodźcą i moje wyjaśnienie, że przyjechałem tu prywatnie i nie byłem w Polsce nigdy prześladowany wzbudziły sporą konsternację.

Po weekendzie zaczęło się znowu bezskuteczne szukanie pracy. Wydało mi się, że może w Sydney są nieco bardziej elastyczni i poleciałem tam na dwa dni. O dziwo państwowe linie lotnicze TAA uznały moją legitymację LOT i dały mi bezpłatny bilet.
Niestety było tak jak w Melbourne. Wracałem w środę, 16 lutego. Gdy zbliżaliśmy się do lotniska rozpoczęły się niezwykłe turbulencje, czasem wydawało się, że samolot zatrzymał się w powietrzu poczym następował gwałtowny spadek w dół. Ludzie krzyczeli. Pilot wyjaśnił, że w pobliżu szaleją wielkie pożary i masy gorącego powietrza utrudniają lot. 
Wreszcie wyladowaliśmy, w powietrzu czuć było spaleniznę. Następnego dnia gazety donosiły - Ash Wednesday - środa popielcowa - w okolicy Mt Macedon - KLIK. Setki spalonych domów, 75 osób straciło życie w ogniu.
Melborne nawiedziła burza piaskowa - dust storm. Czytaliśmy o tym w W pustyni i puszczy, przeżyliśmy w Kuwejcie gdzie drobny piaskowy pył przenikał przez zamknięte okna, ale żeby coś takiego...

Dust starm

Powyższe zdjęcie z facebook, chyba trochę podretuszowane.

Coraz mniej mi się tu podobało. Tygodnie mijały. Codziennie odbierałem Michała ze szkoły. Patrzył na mnie ponuro:
- Wszystkie inne dzieci zabierają ze szkoły mamusie.
- Widzisz jakie ty masz szczęście. Ciebie odbiera tatuś. 
- Wcale nie szczęście, bo to znaczy, że nie masz pracy. 
To było błędne koło. Wszystkie ogłoszenia pochodziły od agentów. Byłem pewien, że gdyby mi się udało dotrzeć do pracodawcy to przekonałbym go o swojej wartości. 
Raz się udało, to była wyższa uczelnia. Odbyłem interview przed sporą komisją i widziałem, że zrobiłem dobre wrażenie. Następnego dnia dostałem powiadomienie, że  zakwalifikowałem się "do finału" - shortlisted - i mam przyjść na następne interview. Tym razem poszło fatalnie. Na drugim interview wiekszość osób była ta sama co na pierwszym. Zadawali te same pytania. Wydało mi się to bez sensu, nie pamiętają co mówiłem 3 dni temu? Udzielałem lakonicznych odpowiedzi, straciłem cały entuzjazm. Nie dostałem pracy.
Ktoś zwrócił mi uwagę, że nie powinienem ubiegać się o pracę u zbyt wielu agentów bo rozniesie się pogłoska, że jestem pechowy, niezatrudnialny. Pojechałem ponownie do Sydney.

Po jednym interview wiedziałem, że to strata czasu. Poszedłem na przystanek autobusu na lotnisko żeby wrócić do domu. Czekając na autobus zauważyłem na sąsiednim budynku tabliczkę z nazwą firmy rekrutacyjnej. W gazecie znalazłem ich anons i nr telefonu. Uznałem to za dziwny zbieg okoliczności i zadzwoniłem. Telefon odebrała jakaś pani, zaproponowała żebym przyszedl po lunchu.
- Ja stoję właśnie na przystanku pod waszym budynkiem, albo przyjmiesz mnie teraz albo jadę na lotnisko.
- No dobrze, to na 2. piętrze.
Stary budynek, solidne drewniane schody. Z góry dobiegało stukanie maszyny do pisania. Czasem następowała przerwa i ktoś mruczał - psiakrew, cholera.
Przy maszynie siedziała elegancka pani w średnim wieku.
- Dzień dobry - pozdrowiłem ją po polsku.
- Ach to ty. Przepraszam, ale jedyne znane mi polskie słowa to przekleństwa, których nauczyła mnie moja żydowska babcia.
Poczułem się w domu. Już po kilku słowach relacji moja rozmówczyni przerwała mi...
- Australian experience?
- Tak. Powiedz mi Ruth co ja mam zrobić. Całe moje doświadczenie się tu nie liczy?
- Tu nie chodzi o doświadczenie tylko o asekurację.
- ????
- Ci agenci nie mają kwalifikacji żeby kogokolwiek ocenić. Im jest potrzebna asekuracja na wypadek gdybyś nie spełnił wymagań pracodawcy. Referencje od kogoś pracującego w Australii.
- W jaki sposób ja mogę zdobyć takie referencje? To błędne koło...
- To proste - przerwała mi Ruth - ja ci dam dobre referencje.
Zadzwoniła do agenta w Melbourne. Za 4 dni miałem pracę. 

środa, 02 grudnia 2015

Lech Lech

Po zimowych rozrywkach i obozie wojskowym byłem gotowy do akcji.

Najpierw jednak odbył się wieczór pożegnalny moich kolegów z dawnej pracy - Andrzeja M. j Janka R. Obaj wyjeżdżali na służbowy kontrakt do Kuwejtu. Wspominałem, że pracowali na komputerze IBM w centrum Ministerstwa Przemysłu Maszynowego. Okazało się, że państwowa centrala handlu zagranicznego - Metronex - załatwiła duży kontrakt z instytucją rządową w Kuwejcie. W ramach kontraktu do Kuwejtu miało wyjechać kilkanaście osób. Z jednej strony Kuwejt miał wtedy opinię jednego z najbogatszych krajów na świecie. Z drugiej - moi koledzy mieli dostawać wynagrodzenie od polskiej centrali. Oczywiście każde wynagrodzenie w dewizach - czarnorynkowy kurs dolara na dobre przekroczył 100 zł - wydawało się być fortuną. Nie zazdrościłem im jednak zbytnio, w LOCie będę miał chyba ciekawszą pracę a doświadczenia ostatniego roku pozwalały nie troszczyć się zbytnio o stronę materialną.

W kwietniu miał być zainstalowany komputer i miała się zacząć praca na serio. Tym razem drogę przeciął nam parowóz dziejów. Od kilku miesięcy trwała radziecka interwencja w Afganistanie - KLIK. Stany Zjednoczone z jednej strony mocno wsparły islamskich bojowników z drugiej nałożyły embargo na dostawę wielu produktów do ZSRR i krajów demokracji ludowej. Na liście były komputery UNIVAC, które były niewątpliwie bardzo zaawansowaną technologią, którą można było wykorzystać do celów militarnych.
Przedstawiciele UNIVAC rozkładali bezradnie rece - bardzo nam przykro, oczywiście zapłacimy wszelkie kary umowne  (zwróci nam to Departament Stanu USA). To było bardzo brutalne przebudzenie.

Z dnia na dzień zostaliśmy zdegradowani z pozycji elity informatycznej do pozycji piątego koła u wozu.
W LOCie istniał dział informatyki korzystający z komputera ODRA-1300. Na komputerze tym funkcjonowały systemy obsługi administracyjnej przedsiębiorstwa. Wydaje mi się, że osobny dział obsługujący system rezerwacji nie jest na świecie rzadką praktyką jednak w warunkach polskich musiało to wytworzyć poczucie, z jednej strony wyższości, z drugiej strony - krzywdy. Teraz role się odwróciły. Nie mając innego zajęcia zainteresowaliśmy się pracą naszych kolegów. Traktowali nas grzecznie, ale z rezerwą - radzimy sobie nieźle - róbcie swoje.

Róbcie swoje - znaczy co?
Wydaje mi się, że w tym okresie wzrosła kontrola dyscypliny w naszym dziale. Dość często rano oczekiwał nas w biurze pan z działu kadr - nazywaliśmy go budzik - i sprawdzał punktualność przybycia do pracy. Spóźnionym stawiał krechę. Potem mieliśmy już swobodę.
Pewnym zajęciem były zakupy. Nasze biuro znajdowało się przy ulicy Koszykowej, w pobliżu było wiele sklepów. Najważniejsze były oczywiście spożywcze, największy z nich to Koszyki. Dwa razy dziennie robiłem inspekcję i zawsze udawało mi się coś zdobyć - a to kostkę masła, a to butelkę oleju, a to kawałek mięsa.
Sporo czasu zajmowała lektura gazet. Nadal otrzymywaliśmy angielskie pisma komputerowe - Computer Weekly i Computing. Któregoś dnia zauważyłem tam ogłoszenie: Kuwait University poszukuje programistów systemowych na komputer UNIVAC 1100/62. Komputer zostanie uruchomiony w styczniu 1981 roku.
Programista systemowy na UNIVAC 1100/62 - dokładnie na to zostaliśmy wyszkoleni. Wszyscy czterej złożyliśmy aplikacje. Za kilka tygodni przyszło potwierdzenia...

Potwierdzenie

To tylko potwierdzenie otrzymania aplikacji. Właściwie nic, ale jednak poczułem pewną emocję - jak w kasynie - jestem w grze.
Nie wspomniałem o tym nawet Matce. Po pierwsze wiedziałem jak emocjonalnie podchodzi do spraw mojej "kariery", po drugie wizja kilkuletniej pracy za granicą komplikowała sprawy rodzinne. Spodziewałem się, że w przypadku uzyskania kontraktu Sylwia i dzieci pojadą do Kuwejtu ze mną. Burzyło to świeżo odzyskaną stabilizację Matki. Pozostanie w Warszawie całkiem sama - jej wszystkie siostry i przyjaciółki zmarły.

Na razie nie było co snuć żadnych planów. W czerwcu przyjechał z Anglii brat Matki - wujek Rysiek. Przez wiele lat obawiał się tu przyjeżdżać. Przypomnę - był kapitanem polskiego statku. W 1947 roku dowiedział się, że mogą zabronić mu zagranicznych rejsów ponieważ jego żona i dziecko mieszkają w Anglii. Podczas kolejnego rejsu, podczas postoju statku w angielskim porcie wezwał polskiego konsula, przekazał mu oficjalnie statek i poprosił o stały pobyt w Anglii. Kapitan opuszczający statek - to prześladowało go chyba do końca życia. Jego stała lekturą był Lord Jim. Z drugiej strony obawiał się czy w Polsce nie grożą mu jakieś konsekwencje. Jego żona wymownie pokazywała klauzulę w angielskim paszporcie - rząd brytyjski nie zapewnia pełnej opieki konsularnej w kraju urodzenia.
Tym razem okazja była jednak nadzwyczajna - 50-lecie wydania dyplomów pierwszym absolwentom Szkoły Morskiej - KLIK. Wujek był jednym z nich.
Nie tylko, że nic mu się nie stało to był jedną z najbardziej honorowanych osób na zjeździe. Wrócił do Warszawy szczęśłiwy. Matka promieniowała jego radością.
Ja też przysporzyłem jej nieco radości. LOT wysłał mnie służbowo do Francji. Matka wiedziała, że nasz projekt zawieszono, ale była optymistką. Wyjazd do Francji zdawał się potwierdzać jej nadzieje. Tuż przed wylotem wpadłem do niej z krótką wizytą - miała tyle powodów do radości - sukces brata, mój wyjazd do "stolicy Europy", Sylwia z dziećmi mieli następnego dnia wyjechać na wczasy do Kamieńczyka.

Ten wyjazd to była swego rodzaju nagroda pocieszenia. Poleciałem razem z moimi szefami Markiem i Krzysztofem do biura LOT w Paryżu. Wyjazd ten nie miał żadnego konkretnego celu. Jednego dnia odwiedziliśmy biuro i porozmawialiśmy o systemie rezerwacji, z którego korzystał LOT. Drugi dzień mieliśmy wolny. Udało mi się skontakować z mieszkająca w Paryzu córką jednego z lokatorów naszego domu. Spotkałem się w nią i jej mężem, zawieźli mnie do Wersalu, ale pałac był zamknięty. Pozwolili nam tylko wejść i popatrzyć z dalego na ogród. Tak, ten wyjazd nie mial sensu.

Do Warszawy wróciłem późnym wieczorem. W drzwiach mieszkania znalazłem kartkę - Lechu. Twoja Matka zmarła ostatniej nocy. Powiadomiłam Sylwię.

Doznałem uczuć podobnych jak podczas wspomnianych ostatnio ćwiczeń wojskowych - to niemożliwe, to nie mogło stać się w ten sposób! Wybiegłem przed dom, w żadnym z okien nie paliło się światło. Nie będę nikogo budził. Pobiegłem pod Dom Chemika - w pokoju Matki palila się lampka. Co to może znaczyć?
Wróciłem do domu - właśnie pojeżdżała tam Sylwia z dziećmi.

Kilka dni zajęły nam czynności pogrzebowe. Potem pzyszedł czas refleksji. Sąsiedzi wspominali, że w dniu swojej śmierci Matka odwiedziła nasz dom. Miała klucze, ale nie wchodziła do środka. Siedziała na ławce i patrzyła z uśmiechem w nasze okna - wszystko układa się tak dobrze - syn w Paryżu, synowa z dziećmi nad Bugiem...
Przypominała mi się opowieść Matki jak to wróżka przepowiadała mi dalekie podróże. Matka zawsze w to święcie wierzyła. Pomyślałem, że teraz usunęła się żeby nie krępować mi ruchów. Nie zdziwiłem się gdy niedługo po Jej śmierci przyszła depesza z Kuwejtu...

Depesza

 

sobota, 14 listopada 2015

Lech  Lech

Wspominałem, że czułem, że w FSO nie zagrzeję zbyt długo miejsca. Przyczyną praktyczną była duża odległość od domu. Przyczyną merytoryczną świadomość, że przez długi czas nic nowego mnie tu nie czeka. 
Jak na polskie warunki FSO było wystarczająco wyposażone w sprzęt komputerowy. Jeśli chodzi o wprowadzanie nowych systemów na istniejącym sprzęcie to szanse były niewielkie. Osobna sprawa to niezbyt jasne powiązanie naszego działu z właściwym centrum komputerowym. Stosunki z pracownikami centrum były koleżeńskie, ale ambicje kierownicze mogły przeszkadzać w szerszej współpracy.

Jeśłi nie w FSO to gdzie? Kłopot w tym, że Polska ekonomia była w sytuacji kryzysowej.
Na marginesie wspomnę, że moi koledzy z ETOBu - Andrzej M. i Jan R., z którymi utrzymywaliśmy bliski kontakt towarzysko-rodzinny - przenieśli się do pracy w centrum przemysłu maszynowego, które dysponowało komputerami IBM/370. Jakoś przegapiłem tę okazję.

LOT Polish Airlines.svg

Nie wiem na co liczyłem, ale nie przeliczyłem się. Na początku 1979 roku skontaktował się ze mną Marek Ch. mój partner ze spływu kajakowego, również informatyk. Z Markiem i jego żoną Elą utrzymywaliśmy regularny kontakt i grywaliśmy w brydża.
Okazało się, że Marek pracuje w LOCie jako kierownik zespołu odpowiedzialnego za wdrożenie systemu rezerwacji. System i komputer dostarczy firma UNIVAC - KLIK - w tamtym okresie zdecydowany potentat w dziedzinie produkcji najbardziej zaawansowanych technicznie komputerów i obsługi linii lotniczych. 
Marek zaproponował mi stanowisko kierownika zespołu programistów systemowych czyli ludzi odpowiedzialnych za funkcjonowanie software komputera. Dostawa komputera była planowana na początek przyszłego roku, pracownicy mieli przejść gruntowne szkolenie w centrum UNIVAC w Birmingham.
Wyglądało to jak wygrana na loterii. Praca na najbardziej zawansowanym technicznie sprzęcie, po raz pierwszy właściwe szkolenie przed rozpoczęciem pracy, roboczy kontakt z zagranicznymi fachowcami, szkolenie w Anglii. Sama praca w LOCie wydawała się być sympatyczna. Stały kontakt z zagranicznymi partnerami narzucał wyższe standardy. Prócz tego pracownikom przysługiwał raz w roku bezpłatny przelot na trasie obsługiwanej przez LOT. To wyglądało na spokojne gniazdo aż do emerytury.
Pewnym minusem był charakter pracy - programista systemowy czyli obsługa programów napisanych przez kogoś innego. Miałem jednak nadzieję, że z upływem czasu znajdą się dla mnie bardziej twórcze zadania.

Projekt dopiero startował i byłem pierwszym pracownikiem w swoim zespole. Od razu przyszły mi do głowy dwie kandydatury współpracowników - pracujący w naszym zespole na tłoczni Piotr Z. i pracujący w FSO doświadczony programista systemowy Adam R. Obaj wyrazili chęć zmiany pracy.

Złożyłem wypowiedzenie. W lutym zdążyłem jeszcze skorzystać z wczasów pracowniczych w Augustowie. Na wczasach było trochę nudno - dużo śniegu, ale szaro i mokro. Sensacji dostarczyła Ania, która zajęła drugie miejsce w turnieju warcabowym dla dorosłych, bez żadnej taryfy ulgowej. W drodze powrotnej do domu wpadliśmy na kilka godzin do Tadeusza i Elizy, którzy mieszkali w Białymstoku.

Koniec pracy w FSO zbiegł się z ważnym wydarzeniem rodzinnym. Moja Matka przeniosła się z domu rencistów w Białołęce do Domu Rencistów Chemik - KLIK. To była ogromna zmiana na lepsze. Po pierwsze Dom byl odległy około 200 m od naszego domu więc wzajemne wizyty były bardzo łatwe. Po drugie, niezależne mieszkanie wyeliminowalo wszelkie tarcia między moja Matką i Sylwią. Bardzo szybko Sylwia stała się najbliższą przyjaciółką mojej Matki.

Pracę w LOCie rozpocząłem w końcu marca, w połowie kwietnia pojechaliśmy na pierwsze, trzytygodniowe, szkolenie do Birmingham. Pojechało nas czterech, prócz mnie Marek, Piotr i Adam. Tematem kursu było programowanie w assemblerze i Fortran4. Dawaliśmy sobie dobrze radę, Wydaje mi się, że Piotr i Adam wyróżniali się wśród uczestników kursu.
Jedynym minusem było mieszkanie - duży hotel w środku miasta. Małe, ciemne sypialnie gdyż okna wychodziły na betonową ścianę. Brak miejsca gdzie moglibyśmy wspólnie spędzić czas - przedyskutować przerobiony materiał, porozmawiać, pooglądać wspólnie telewizję. Gdy dowiedzieliśmy się, że UNIVAC płaci za to 16 funtów dziennie przyszedł czas na akcję.
Zaproponowaliśmy żeby dali nam te pieniądze a my znajdziemy sobie coś bardziej odpowiedniego. Firma była zaskoczona, prócz tego pewnie miała wątpliwości czy wynajmieny coś o właściwym standardzie. Wszystkie rozmowy prowadził z nimi Marek i zgodzili się.

Następne szkolenie odbyło się chyba na początku lipca. Już drugiego dnia znaleźliśmy sobie zakwaterowanie. W dużym domu w znanej mi z poprzedniego pobytu dzielnicy Edgbaston. Było jasno, przestronnie, duża kuchnia, pokój telewizyjny.
Płaciliśmy około 20 funtów tygodniowo od osoby. Nasza sytuacja finansowa była bardzo mocna, dostawaliśmy dziennie diety 15 funtów plus 16 funtów na mieszkanie. 
Marek starał się integrować nasz zespół. Na lunch chodziliśmy do chińskiej restauracji, obiady szykowaliśmy sobie sami, nie jakies tam konserwy czy zamrożone dania, porządny obiad. Marek lubił i umiał gotowac i pod jego kierunkiem nabraliśmy wprawy.

Ostatnie szkolenie odbyło się w lipcu lub sierpniu. Pojechaliśmy na nie w nieco zmienionym składzie. To było już bardzo zaawansowane technicznie szkolenie więc Marek ustąpił miejsce świeżoprzyjętemu do mojego zespołu - Jankowi N.

Podczas poprzedniego pobytu zarezerwowaliśmy sobie miejsce w tym samym mieszkaniu, nawet zostawiliśmy w lodówce jakieś puszki. Podczas jazdy autobusem zauważyłem, że jedna z pasażerek przysłuchuje się z uśmiechem naszym rozmowom.. Wreszcie zagadnęła:
- Jak miło posłuchać takich młodych i sympatycznych ludzi. Co panowie robicie w Birmingham?
Wyjaśniliśmy naszą sytuację.
- To może panowie zamieszkacie u mnie? 
- Mamy zamówione wcześniej mieszkanie - zaoponoiałem.
- Och, to zawsze można anulować. Zapraszam na herbatę to sami panowie zobaczycie, to po drodze.
Wstąpiliśmy i jak się można domyślić pozostaliśmy. Pani Helenka była bardzo sympatyczną osobą. Jej mąż, John,  Anglik, również. Czuliśmy się u nich jak w rodzinie.
Oczywiście musiałem zadzwonić do naszej poprzedniej gospodyni i powiadomić ją o zmianie. To było trudne do przełknięcia dla obu stron. Na szczęście okazało się, że nasza poprzednia gospodyni jest klientką pani Helenki, która między innymi była kosmetyczką. Panie dogadały się i podobno nasza poprzednia gospodyni nie miała do nas żalu.

Tym razem szkolenie było dla mnie trudne. Szczegółowa analiza systemu operacyjnego. Bardzo dużo detali do skojarzenia i zapamiętania. Moi koledzy dawali sobie radę lepiej ode mnie.

Podczas pobytów w Anglii odwiedziłem kilkakrotnie mojego wujka i jego rodzinę w Londynie. Wujek był już od kilku lat na emeryturze jednak z powodu szeregu kryzysów naftowych jego firma poprosiła go o powrót do pracy. Renesans przechodził węgiel, uruchomiono kilka wcześniej zamkniętych kopalni i wzrosło zapotrzebowanie na usługi  żeglugi przybrzeżnej. Podczas jakiejś narady w firmie narzekano na wysokie koszty pilotów wprowadzających statki do portów. Ktoś wspomniał dawne dobre czasy kiedy to kapitanowie statków mieli uprawnienie pilotów.
- Chwileczkę. Pamiętacie kapitana Umińskiego? On miał chyba uprawnienia pilota na wszystkie angielskie porty, również na Tamizę.
Okazało się, że uprawnienia były jeszcz ważne i wujek wrócił na kilkanaście miesięcy do pracy. Była to dla niego ogromna satysfakcja. Przypomnę, że wujek miał polski tytuł kapitana i przez całą wojnę, jako kapitan, prowadził statki pod brytyjską banderą, przez Atlantyk i do Murmańska. Jednak po wojnie jego tytułu kapitańskiego nie uznano i musiał odbyć 7-letni staż jako I oficer. Teraz okazał się być najwszechstronniej kwalifikowanym kapitanem w Anglii.

Po powrocie do domu podliczyłem swoje oszczędności dewizowe i zdecydowaliśmy kupić samochód - fiat 126p - czyli maluch. Kupując za dewizy - około 1,300 dolarów - nie musiałem czekać w kolejce. Sylwia czymprędzej zrobiła prawo jazdy.

W listopadzie wykorzystałem, nieco przedwcześnie, swój pracowniczy przywilej - bezpłatny przelot. Polecieliśmy razem z Sylwią do Budapesztu gdzie mieszkała dobra koleżanka Sylwii. Dziećmi zajęła się matka Sylwii.
To była moja pierwsza wizyta w kraju demokracji ludowej. Budapeszt zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie - spokój, elegancja, tradycja - podobnie jak w Wiedniu.
Zdążyliśmy odwiedzić operę, piękny stary gmach, znowu skojarzenie z Wiedniem...

Opera 

Wystawiali W.A. Mozarta - Uprowadzenie z seraju , w wersji koncertowej. Tu spostrzeżenie - język węgierski bardzo mnie frustrował, nie potrafiłem zapamiętać żadnego słowa. Zapamiętałem jedno jedyne - dziękuję - köszönöm - wymawia się: kesenem - właśnie na tym spektaklu.
Do tego jeszcze wizyta w cesarsko-królewskim pałacu...

Pałaz

Stosownym zakończeniem roku był wyjazd do ośrodka komputerowego Air France na francuskiej Rivierze.  Air France korzystało z komputera i systemu rezerwacji UNIVAC i miało pełnić rolę starszego brata w naszym projekcie. 
Centrum było imponujące. Przede wszystkim lokalizacja w pięknych górach. Na sąsiedniej górze znajdowało się centrum badawcze IBM, w którym pracował mój kuzyn Andrzej Milewski.
Ten wyjazd miał dla mnie bardziej rodzinny niż służbowy charakter. W okolicy mieszkał stryjeczny brat moje Ojca - Józef oraz jego dwaj synowie - Józef i wspomniany powyżej Andrzej. Spotkaliśmy się i spędziliśmy razem jeden wieczór.

Do domu przywiozłem butelkę wina beaujolais - wypiliśmy toast za udany rok, kolejny zapowiadał sie równie dobrze.

PS1 Wspomnienie o tym jak spędzałem wolny czas w Birmingham - KLIK.
PS2 Andrzej Milewski był zapalonym lotniarzem. Był chyba reprezentatntem Francji w tej dyscyplinie. Gdy przeszedł na emeryturę spędzał czas następująco: całe lato latał na lotni we Francji, w grudniu przyjeżdżał latać w Australii a w marcu przenosił się na 2 miesiące do Maroka.
Znalazłem filmik z jego lotu - rok 2013 - czyli liczył sobie ponad 80 lat - KLIK

12:35, pharlap
Link Komentarze (1) »
piątek, 06 listopada 2015

Lech  Lech

Wkrótce otrzymaliśmy informację o szkoleniu - 2-tygodniowy kurs projektowania systemów informatycznych w ośrodku IBM w Essen. Mamy opłacony hotel, dostaniemy diety 20 marek dziennie - niecałe 12$.

Wyjechaliśmy chyba w lipcu 1978 roku. Przed wyjazdem zrobiliśmy w domu Jacka naradę roboczą. Głównym tematem był oczywiście prowiant. Jacek zadeklarował, że upiecze boczek, prócz tego każdy z nas zabierze konserwy. 
Polecieliśmy LOT-em do Frankfurtu a stamtąd Lufthansą do Essen. Podczas przesiadki musieliśmy na nowo odprawić bagaże.
Przy odbiorze walizek zagadnął nas bagażowy:
- Przeglądu Sportowego nie macie? - nie mieliśmy, okazało się, że to rodak z Bytomia.
Podczas odprawy urzędnik wpatrywał się uważnie w ekran wreszcie zapytał:
- Czy przewozi pan jakąś broń? - połapałem się o co mu chodzi.
- To tylko nóż kuchenny. Wiozę go w pokojowych celach (do krojenia boczku).
Urzędnik poprosił mnie o pokazanie noża. Grzebałem w walizce a zza kurtyny wychylił się policjant z wymierzonym we mnie pistoletem maszynowym. Czułem, że duch we mnie rośnie. Ustalono, że nóż poleci w osobnym opakowaniu.

Do Essen przyjechaliśmy wieczorem. Pierwszy widok miasta zaskoczył nas. Wszak to centrum Żagłębia Ruhry - przemysł ciężki, kopalnie, huty, Krupp i jeszcze gorzej...

Krupp

Spodziewaliśmy się szarych kamienic i zamglonego dymem powietrza, jak w Katowicach. Tymczasem domy były kolorowe i świeżo malowane, ulice czyste. Na placu przed dworcem zakończyła się właśnie jakaś impreza. Ostatnie zadęcia orkiestry, ostatni kufel piwa, weseli ludzie rozchodzili się do domów. 

Nasz hotel a raczej hotelik znajdował się niedaleko. Niewielki, świeżo odmalowany domek. W recepcji czekał na nas list od organizatorów szkolenia.  Zawierał wyjaśnienie, że nasze noclegi zostały opłacone z funduszy przekazanych z Polski, z tym że za takie pieniądze nie można było znaleźć w Essen żadnego przyzwoitego miejsca. Przepraszają, że załatwili nam bardzo skromne lokum, ale i tak musieli za nie dopłacić ze swojej kasy.
Mieszkanie było w porządku - przestronny pokoik na 3 osoby. Tyle, że w suterenie. Okno znajdowało się poniżej poziomu ulicznego chodnika. Nad głowami rozlegał się stukot butów nielicznych przechodniów.
Rano dostawaliśmy śniadanie za to korzytanie z łazienki było płatne - 2 marki - klucz w recepcji. Oczywiście zakładalśmy, że to opłata od pokoju, nie od osoby. Zdarzało się również, że gdy rano usłyszeliśmy odgłos otwieranych drzwi od łazienki dostawałem polecenie:
- Lechu, szybko, powiedz temu esesmanowi, że zostawiłeś mydło w łazience.

Kurs odbywał się w ośrodku IBM w zielonej i zalesionej podmiejskij dzielnicy. Dojeżdżaliśmy autobusem - koszt 4 marki w jedną stronę. To był poważny wydatek.
Organizatorzy przywitali nas bardzo sympatycznie. Podczas przerwy na poranną herbatę rozdano uczestnikom informację o pobliskich miejscach gdzie można udać się na lunch. Urocze restauracje, najtańszy lunch jaki znalałem na liście kosztował ponad 14 marek. Koledzy z kursu (nie było ani jednej kobiety) proponowali nam podwiezienie samochodem, ale odmówiliśmy tłumacząc, że musimy wykorzystać przerwę na przedyskutowanie przerobionego materiału i przygotowanie się do popołudniowych zajęć. 
Podczas przerwy trafiliśmy na zatrudnionego w centrum Polaka. Pan Rudolf (Rudek) obsługiwał kserograf. Pzy okazji spytaliśmy go o zasady funkcjonowania stołówki, w której popijaliśmy poranną herbatę. Zauważyliśmy tam menu na lunch z atrakcyjnymi daniami po bardzo umiarkowanych cenach - około 3 marek. Pan Rudek wyjaśnił, że to stołówka pracownicza. Dla gości jest otwarta tylko na poranną i popołudniową herbatkę. Spuściliśmy nosy na kwintę. Jednak pan Rudek zrozumiał. Za dwa dni, gdy spożywaliśmy nasze lunchowe kanapki, odwiedziła nas oficjalna delegacja. Dyrektor centrum wyjaśnił, że jesteśmy pierwszymi kursantami z Polski, że czują się bardzo zaszczyceni naszą wizytą i chcieliby w jakiś sposób podkreślić nasz honorowy status. Jedyne co przychodzi im do głowy to dać nam karty identyfikacyjne o tych samych kolorach jakie mają pracownicy centrum. Dziękowaliśmy nieco zdezorientowani. 
- Karty te uprawniają do korzystania ze stołówki pracowniczej -  wspmniał mimochodem dyrektor centrum.
Byliśmy urządzeni. Posiłki były smaczne i obfite. Wystarczyło kupić we włoskim sklepie chleb i wino na kolację w hotelu.

Sam kurs nie był dla nas rewelacją. Wszyscy mieliśmy spore doświadczenie w projektowaniu systemów i podczas naszej pracy wyrobiliśmy sobie pewne standardy działania. Oczywiście każdy taki kurs dostarcza jakichś nowych informacji, które pewnie gdzieś i kiedyś mogą być przydatne. 
Istotne było utrzymać się językowo na powierzchni. Wiedziałem, że dłuższe słuchanie wykładu w dość obcym języku ma silne właściwości usypiające więc przyjąłem agresywną taktykę. Bardzo często podnosiłem rękę żeby zadać jakieś pytanie, na które często znałem odpowiedź albo żeby coś skomentować. Zresztą kurs był prowadzony metodą interaktywną, co kilkanaście minut wykładowca inicjował dyskusję lub ćwiczenie.
Wieczorem, w hotelu, spędzałem sporo czasu czytając ze słownikiem w ręku material na dzień następny i zapisywałem sobie pytania i komentarze do wtrącenia. Moi towarzysze mieli mi pomagać znajdować słówka, ale na ogół pogrążali się w zażartej dyskusji na temat - dlaczego tu tak dobrze a u nas taki gnój?
Zauważyłem, że czasami nad naszym oknem cichł na chwile stukot obcasów. Pewnie jakiś spóźniony przechodzień zainteresował się coż to za awantura w tej suterenie.

W czasie naszego pobytu wypadał jeden weekend. Spędziłem go w miasteczku Remscheid z moją korespondencyjną znajomą Inge i jej rodziną. Mieli dwoje dzieci - Nora i Jochen, 10 i 8 lat, bardzo wesołe i sympatycznie psotne.
Jacek wyjechal na weekend do znajomych w Luksemburgu lub innym BeNeLuxie a Bogdan spędził chyba jeden dzień w gościnie u naszego znajomego - pana Rudka.

Na zakończenie kursu podzielono uczestników na zespoły. Każdy zespół miał za zadanie przygotować 15-minutową prezentację projektu systemu.
Tu moi koledzy poderwali się do działania. Szczególnie Bogdan nalegał żebyśmy przedstawili coś zupełnie oryginalnego. Stanęło na metodzie HIPO - Hierarchical Input Processing Output - KLIK. To było coś czego nie przerabialiśmy na kursie i wydaje mi się, że zrobiło to dobre wrażenie na wykładowcy i nieco zamieszało w głowach naszym kolegom z kursu.

Nie pamiętam czy udało nam się zaoszczędzić wiele marek, jedyne zakupy jakie pamiętam to elektroniczne zegarki.

08:35, pharlap
Link Komentarze (2) »
wtorek, 03 listopada 2015

Lech  Lech

Na wiosnę 1977 roku skontaktował się ze mną znajomy - inż Bogdan Zaborowski, którego dobrze znałem z czasów pracy w ZELMOCIE (lata 1969-71). Był on kierownikiem działu w CROPI - resortowym ośrodku, który komputeryzował Zelmot. 
Pamiętałem go jako kierownika, który zawsze pozostawał w cieniu swoich pracowników.

Bogdan opowiedział mi ciekawą historię - Fabryka Samochodów Osobowych na Żeraniu (FSO) kupiła kilka lat wcześniej dwa czy trzy amerykańskie komputery IBM serii S/7 - KLIK - służące do kontroli procesów w trybie on-line. Był to poważny wydatek i projekt był pod szczególną opieką najwyższych władz. Kłopot w tym, że jakoś zapomniano o uruchomieniu ostatniego z tych komputerów przeznaczonego do sterowania procesami w nowej tłoczni a termin się zbliża - chyba rocznica Rewolucji Październikowej czyli początek listopada. Zespół informatyków FSO nie ma możliwości wykonania tego zadania, większość osób wyszkolonych do programowania komputera S/7 już nie pracuje, CROPI podjęło się współpracy, ale bez silnego wsparcia zespołu pracującego bezpośrednio na tłoczni nie ma szansy na wykonanie projektu.

No tak, przez ostatni rok poznałem kilka podobnych spraw. Jednak Bogdan nie spotkal się ze mną żeby pobiadolic nad stanem polskiej gospodarki, ale żeby stworzyć na tłoczni ten zespół roboczy, który na rocznicę Wielkiej Rewolucji wykona i dostarczy. Popatrzyłem na niego z podziwem.
Jego plan był prosty - potrzebuje dwóch ludzi, którzy żadnej pracy się nie boją. Ma na myśli mnie i Jacka Miłobędzkiego. To zestawienie bardzo mi pochlebiło.
Jacka poznałem w 1968 roku na kursie programowania. Uczył nas programować w języku COBOL.
Robił wrażenie człowieka na całkowitym luzie.  W oczach zawsze błyskały iskry inteligencji i dowcipu. Już z daleka roztaczał aurę osoby, ktora lubi ludzi. I wzajemnie, ludzie też go lubili.
Powyższe cechy nie pasowaly mi do omawianego projektu. Dlaczego Jacek miałby skazać się na zesłanie do fabrycznej tłoczni, z dala od ludzi, łamiąc kod nieznanego w Polsce komputera?
Nie pamiętam czy Bogdan podał jakieś wyjaśnienie natomiast wyjaśnił swoją pozycję - zdecydował się na to przedsięwzięcie z desperacji - jeśli zadanie zostanie wykonane w terminie to FSO przyzna mu mieszkanie. Okreslił również swoją rolę w projekcie - ja jestem głównie po to żebyście wy nie musieli zajmowac się niczym innym tylko właściwą robotą. To było dużo.
Warunki pracy - stawki fabryczne oznaczały dla mnie obniżkę zarobków o około 20%, ale to mnie nie odstraszało, byle wyzwolić się z tych nieproduktywnych funkcji. Bogdan wspomniał, że po zakończeniu projektu czeka nas wysoka nagroda w gotówce a prócz tego wyjazd na szkolenie zagraniczne i talon na zakup samochodu. Na samochody trzeba było się w tamtych czasach zapisywać i czekać w kolejce kilka lat. Talon oznaczał dobre miejsce w kolejce - mniej niż pół roku czekania.
Dla mnie wystarczającym argumentem była praca przy autentycznym projekcie. Dodatkową atrakcją była praca na komputerze z rodziny IBM. W tym czasie dominacja firmy IBM w Polsce była już faktem. Dodatkowej wagi dodawał fakt, że wspólnym projektem komputerowym krajów Wschodniej Europy była budowa jednolitego systemu RIAD - KLIK, który był emulatorem komputera IBM-360.

FSO

Pracę w FSO rozpocząłem pod koniec maja 1977 roku. Zmorą był daleki dojazd - prawie godzina jazdy tramwajem nr 7. Pewnym plusem było, że z Żerania można było łatwo dojechać do Białołęki gdzie w domu rencistów mieszkała moja Matka.

Nowa tłocznia robiła wrażenie. Nowy budynek, ogromna hala produkcyjna, dużo przestrzeni, czysto. Kilka rzędów potężnych pras Erfurt produkowanych w NRD...

Prasa Erfurt
Naszemu zespołowi przydzielono dwa pokoje. W jednym z nich stał nasz komputer. Prócz tego do dyspozycji mieliśmy podręcznik języka programowania (macro-assembler).
Bogdan zapoznał nas z koncepcją systemu. Dwójka progamistów z CROPI programowała moduł planowania produkcji. Do nas należał moduł kontroli produkcji. Wszystkie prasy miały być połączone z komputerem w celu kontroli wykonanych operacji. Każde uderzenie prasy miało byc rejestrowane. System obejmował dużo więcej modułów, ale na rocznicę Rewolucji potrzebne było tylko to - rejestracja przez komputer każdego uderzenia pras.

Pierwsze tygodnie to było czytanie podręczników i próbki prostych programów. Jacek okazał się być bardzo dociekliwym programistą. Pamiętam, że testował zachowanie programów w przypadku odłączenia prądu. Dość szybko zaproponował żebyśmy zaprogramowali nasz moduł używając języka PL/7. Oczywistą zaletą było, że był to język "wyższego rzędu" czyli instrukcje dla komputera były pisane potocznym językiem angielskim podczas gdy macro-assembler to był język komputera - każda czynność wymagała napisania wielu rozkazów. Wadą było, że nie znaliśmy nikogo używającego PL/7 i musieliśmy wykonać wiele prób żeby zorientować się w jego niuansach. Jednak na dłuższą metę była to bardzo dobra decyzja.
Przedstawiciele firmy IBM zainteresowali się naszą działalnością. Po pierwszym spotkaniu wpadli w panikę - dwóch ludzi nie mających pojęcia o programowaniu komputera S/7 robi testy, które mogą uszkodzić maszynę. Jednak zachowali się elegancko i spędzili z nami kilka godzin tłumacząc podstawy i odpowiadając na bardzo chaotyczne pytania.

Zadanie zostało wykonane. W rocznicowym dniu hala się trzęsła od uderzeń pras, komputer rejestrował każde uderzenia, dygnitarze partyjni i rządowi byli usatysfakcjonowani, dyrekcja FSO mogła odetchąć z ulgą.

Lepiej jednak zapamiętałem reakcję kierownika nowej tłoczni - inż. Potyry...
- Co ja najlepszego zrobiłem? Tyle lat doświadczenia i takie głupstwo palnąć..
- Jakie głupstwo?
- Ja teraz jestem nagi i bezbronny...
- ???
- Cała moja produkcja idzie na spawalnię. Dotąd to ja byłem panem sytuacji. Jak na spawalni groził przestój to przylatywali do mnie i dawali moim ludziom godziny nadliczbowe żeby wykonali potrzebne elementy. A teraz będą widzieli czarno na białym co jest wykonane, co się robi i kiedy się zakończy. Panowie wyjęliście mi z ręki wszystkie argumenty.
Czyli jednak system przyniósł pewne korzyści ekonomiczne. 

Jak wspomniałem system sterowania tłocznią składał się z wielu modułów. Uruchomienie najbardziej spektakularnego modułu kontroli pracy pras gwarantowało, że wszystkie pozostałe moduły również zakończą się sukcesem. Dostaliśmy zielone światło a zespół poważnie  się rozrósł...

FSO

Bogdan Zaborowski - na dole, otoczony przez trzy panie. Jacek Miłobędzki - drugi z prawej w górnym rzędzie.

Rozrost zespołu to głównie młodzi ludzie. Zrobili na mnie bardzo dobre wrażenie. Piotr Z. był prawidłowo wyszkolonym informatykiem i to było widać w jego działaniu. Ewa M. była na etapie pracy dyplomowej. Imponowała nam wszystkim energią i praktycznym podejściem do pracy. Resztę niech dopowie fragment napisanego wtedy przeze mnie wierszyka:

Kiedy Ewa przyszła na tłocznię
i do pracy się rwała okropnie,
pomyślałem - ta dziewczyna nie spocznie
póki celu swego nie dopnie... 

... kiedy Piotra miala na oku,
który dziewcząt się zdawał nie cenić,
to nie minęło pół roku
a już się z nią zapragnął ożenić.

Myślę, że tę sympatyczną parę łatwo zidentyfikować na powyzszym zdjęciu.

Pracy miałem nadal sporo, ale teraz stałem już na mocnym gruncie, znajdowałem czas i okazje na korzystanie z przywilejów pracownika FSO.
Pierwszą atrakcją był wyjazd do Jugosławii do fabryki produkującej samochód zastava 101 - KLIK. Fabryka mieściła się w mieście Kragujevac niedaleko od Belgradu. Dla mnie najciekawszy był wydział montażu silników, którego produkcja była również sterowana przy zastosowaniu komputera S/7.
Z pewnym smutkiem stwierdziłem, że Jugosłowianie zrobili lepszy system niż my. Przyczyna była jasna - przepływ produkcji na tłoczni był bardzo prosty i nie wymagał tak zaawansowanej i kosztownej technologii. Co innego montaż silnika samochodowego - tu istniała duża dynamika przepływu elementów i komputerowa kontrola była bardzo użyteczna.

W ogóle Jugosławia zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Dobre wina, smaczne jedzenie, sympatyczni ludzie. Nasza tłumaczka (na angielski) zaprosiła nas na kawę do swojego mieszkania. Ładnie umeblowane, wyposażone w pralkę automatyczną (gorenje) i ekspres do kawy, w garażu samochód zastava 101. Twierdziła stanowczo, że nie istnieją już żadne tarcia między Serbami, Chorwatami i innymi narodami Republiki. Ona sama była Chorwatką.
Wzruszającym elementem wycieczki była wizyta w muzeum upamiętniającym masową egzekucję przez Niemców wszystkich mężczyzn w Kragujevac - KLIK.

Na początku czerwca pojechałem z Anią i Michałem na wczasy do Muszyny. Domy wczasowe FSO miały bardzo wysoki standard i dobre jedzenie.

W międzyczasie odebraliśmy obiecane nagrody. Najprotsze były talony na samochód zastawa 101. Ja jednak nie złożyłem podania. Czułem, że nie zagrzeję w FSO miejsca na długo a wydawalo mi się, że taki talon stwarza tego rodzaju zobowiązanie.
Z nagrodą pieniężną było trochę śmiesznie. Musiała ona być zatwierdzona przez związki zawodowe a te zakwestionowały przyznawanie wysokich nagród osobom zatrudnionym zaledwie kilka miesięcy.
- W tym rzecz - tłumaczył szef ośrodka komputerowego - zostali przyjęci do wykonania bardzo pilnego zadania.
- Skoro wykonali tak szybko to widocznie nie było zbyt trudne - ripostowali związkowcy.
W końcu osiągnęli jakiś kompromis. Nagrody zostały nieco zredukowane, dostałem trochę mniej niż moja miesięczna pensja. 

Najśmieszniej było ze szkoleniem zagranicznym. Szef ośrodka - Sławomir Trautman - kolejny bardzo inteligentny i dowcipny człowiek spotkany na mojej zawodowej ścieżce - rozkładał bezradnie ręce. Bardzo was przepraszam, ale z tym sobie nie poradzę. Związki zawodowe mają listę osób, którym już dawno obiecano szkolenie zagraniczne, tego nie da rady przeskoczyć... chyba że, chyba że...
- Chyba że co?
- Czy któryś z was zna niemiecki? - dumnie podniosłem rekę...
- Mam nawet świadectwo zdania egzaminu państwowego.
- Świetnie. Nikt w ośrodku nie zna niemieckiego więc nie ma powodu do sprzeciwów.
- A wy (to było skierowane do Bogdana i Jacka) jakoś przy pomocy Lecha dacie sobie radę. Skinęliśmy radośnie głowami.  

Raport ze szkolenia w kolejnym odcinku...

Tagi: FSO praca
10:08, pharlap
Link Komentarze (9) »
sobota, 24 października 2015

Lech  Lech

Michal

Rok 1976 zaczął się spokojnie i nie zapowiadały się istotne zmiany.
Michał rozwijał się dobrze - dużo jadł, dużo spał. Jedynym kłopotem była podatność na zaziębienia.

W lutym pojechałem z Anią na wczasy, tradycyjnie do Bierutowic. W domu wczasowym Ania trafiła na doskonałą partnerkę da zabaw - Edytkę, która byla tam pod opieką dziadków. Ulubioną zabawą była inscenizacja Kopciuszka. Ja odgrywałem niezmiennie macochę. Dziewczynki wymieniały się rolą Kopciuszka i prosiły żebym na nie strasznie krzyczał. 

 Ania i Edytka


Nieco gorzej było na zabawie dla dzieci. Tam nikt nie krzyczał, ale w tłumie dzieci obie dziewczynki były bardzo speszone. 

Dziadek

 

 

Mój rozkład zajęć był bardzo napięty. Po śniadaniu 2-godzinny spacer, sanki. Po obiedzie leżakowanie. Potem minimum godzina spaceru. Po kolacji zabawa dzieci i uśpienie Ani. Wreszczie czas dla siebie - spędzałem go często na wczasowych zabawach. Na balu przebierańców wystąpiłem jako dziadek nocnikowyi zasłużenie wygrałem pierwszą nagrodę.

Po powrocie do pracy wszystko mi się pomieszało.
Wspominałem wcześniej, że Pracowni EtobSystem wyrwano zęby - usunięto kierownika - Andrzeja Zienkiewicza. Należało uzbroić się w cierpliwość i czekać jak sprawy sie potoczą. To nawet wpasowywało się dobrze w sytuację rodzinną - więcej czasu dla domu i dzieci.
Nasza sytuacja finansowa była bardzo dobra. Nie mając na co wydać pieniędzy zgromadziliśmy pewne oszczędności. Pewnego razu odwiedziła nas moja znajoma z mężem Hansem - Szwedem. Hans wspomniał o możliwościach dobrego zarobku - samochody Polski Fiat 126 można było kupić za 65,000 zł i sprzedać za 100 tys. Jedyny kłopot to trzeba wpłacić całą kwotę z góry i czekać około 2 lat na dostawę, ale jeśli ktoś ma zapasy gotówki...
Roześmiałem się pod nosem -  skoro tak dobrze zarabiam robiąc to co lubię to dlaczego miałbym się przekwalifikować na handlarza samochodami?
Wydawało mi się to bardzo dowcipne,ale zapomniałem, że akurat nie robiłem wiele tego co lubiłem.

W takim właśnie stanie umysłu przyjąłem propozycję awansu na zastępcę kierownika Pracowni. To było bez sensu, wiedziałem, że dni istnienia Pracowni są policzone, nie miałem żadnej idei co na tej pozycji chciałbym osiągnąć. Może uległem namowom kierownika Pracowni - pana Ł? Może intrygowało mnie czy Partia wyrazi zgodę gdyż to stanowisko podlegało już politycznej kontroli. Najchętniej tłumaczyłem sam sobie, że zrobiłem to pod wpływem telewizyjnego serialu Czterdziestolatek - KLIK. Bardzo nam się ten serial podobał i rozbawił mnie fakt, że główny bohater - inż Karwowski - złamał sobie nogę w czasie gdy ja kurowałem swoją złamaną nogę. Trzeba trafu, że w okresie gdy pan Ł namawiał mnie na kierowniczy awans inżynier Karwowski awansowal na dyrektora. 

Awans łączył się z wymiernymi stratami. Pensję nieco mi podwyższono, ale premia kierownictwa była niższa niż premia naszego zespołu. Poza tym musiałem zrezygnować z pół etatu w WZM. Znacznie gorsze było, że nie miałem wiele do roboty i najchętniej spędzałem czas promując opracowany przy moim udziale system SEZAM. Na moje szczęście po kilku miesiącach, we wrześniu 1976 roku, Pracownię EtobSystem rozwiązano a ja zostałem przekazany do dyspozycji dyrekcji Centrum ETOB. 

Życie rodzinne biegło swoim trybem - wczasy, wyjazd Ani na wakacje z siostrą Sylwii. Bolesna była sprawa mojej Matki. Prawie 3 lata wcześniej oceniła, że nie jest w stanie samodzielnie egzystować i wprowadziła się do nas. Niestety mieszkanie z nami układało się niedobrze. Matkę denerwowało wiele rzeczy i jej stan promieniowl na cały dom. Miała bardzo silną osobowość i często, wracając z pracy, już 200 m od domu mogłem wyczuć, że nie jest dobrze. W domu zastawałem zamknięte drzwi od pokoju Matki i silny zapach papierosów.
Kilka razy Matka wyjechała na dłuższe odwiedziny do swojej siostry Stanisławy. Bardzo brakowało jej towarzystwa życzliwych osób jak pp Bobrowicz w Kielcach. Wreszcie złożyła podanie o przyjęcie do domu rencistów. W lutym 1976 roku przeprowadziła się do domu w okolicy placu Narutowicza. To było blisko do jej sióstr, dość blisko do nas, ale pokoje były małe i miała dwie współlokatorki. Po kilku miesiącach załatwiła sobie przeniesienie do domu rencistów w Białołęce. To było bardzo daleko, ale warunki bytowe były dobre a otoczenie piękne.

 Tymczasem ja, zamiast poddać się życzliwemu mi losowi i czekać co też zaproponują mi w ETOBie, wpakowałem się znowu w niepewne układy. Dostałem propozycję objęcia stanowiska głównego specjalisty w zjednoczeniu przemysłu elektronicznego UNITRA. Propozycja wyglądała ciekawie - na miejscu byli już angielscy konsultanci z firmy ICL, miano zastosować znany mi software dla przemysłu, kilka fabryk należących do zjednoczenia miało już komputery ICL, samo zjednoczenie miało nowoczesny komputer ICL-2903, był zespół młodych entuzjastycznych ludzi. W październiku 1976 roku zgodziłem się.

W praktyce wszystko wyglądało bardzo ponuro. Angielscy konsultanci skarżyli się, że od miesięcy siedzą bezczynnie. Zespół młodych pracowników - to samo. Chyba 4 programistów plus kierowniczka sekcji, która prowadziła z nimi regularne ćwiczenia przy tablicy żeby jakoś zabić czas i nie wyjść zupełnie z wprawy. Do tego jeszcze 3 analityków byznesu, którzy też nie wiedzieli co mają zrobić.
Od dyrekcji wiedziałem, że podstawowym naszym zadaniem jest wdrożyć system zarządzania produkcją w zakładach radarowych. Pierwsza wizyta wypadła fatalnie. W fabryce istniał dział informatyki, który miał ambicję samodzielnie opracować taki system i nie chciał słyszeć o wdrażaniu cudzych pojektów. Nie chciał słyszeć o żadnym rodzaju współpracy. Przypomniała mi się moja sytuacja w Zelmocie, tam też ja miałem pomysły, które uważałem za najlepsze. Ale byłem sam i nie zamierzałem toczyć bojów z resortowym ośrodkiem.
Jedynym jasnym punktem była przyjęta nieco później niż ja pani Ewa Kubacka. Ją też przeraziła bezczynność pracowników. Miała tę przewagę, że znała sporo osób w zjednoczeniu i udało jej się znaleźć jakieś niewielkie systemy do oprogramowania. Moim najpoważniejszym osiągnięceim było wysłanie do domu angielskich konsultantów. Po trzech miesiącach nieudanych wysiłków zacząłen gorączkowo rozglądać się za jakąś inną posadą. Żadne tam kierownictwo - konkretna praca na komputerze.

Szczęście mi znowu dopisało

poniedziałek, 12 października 2015

Lech  Lech

Po powrocie z Anglii z entuzjazmem zabrałem sie do pracy, ale wkrótce na horyzoncie pokazały sie ciemne chmury. Nasz szef, pan Andrzej Zienkiewicz, poinformował nas, że system WEKTOR rezygnuje z naszych usług. 
Wyjaśnienie było dość oczywiste - przesyłane przez nas informacje były coraz gorsze. Zadania nie były wykonywane w terminie, zamówione urządzenia nie były uruchomione, mało tego, nie były nawet właściwie magazynowane.
Pan Andrzej był jednak optymistą: dopiero teraz nasz system jest przydatny. Przecież im wcześniej kierownictwo wie o nadchodzącym kryzysie tym lepiej może przeciwdziałać. Ma większą władzę. To nie są głupi ludzie, wkrótce ktoś pójdzie po rozum do głowy. W każdym razie my będziemy im wysyłali nadal nasze raporty. Za darmo, stać nas na to, sytuacja finansowa pracowni jest bardzo dobra.
Zupełnie inaczej widział tę sprawę Andrzej Targowski - jedna z najbardziej znaczących osób w polskiej informatyce - KLIK.
Tutaj link do jego wspomnień o systemie WEKTOR - KLIK. W zlinkowanycm wspomnieniu pisze: "System WEKTOR uwypuklił dobitnie, że systemy informatyczne w skali krajowej — to więcej niż systemy informatyczne: dobrze zaprojektowane stają się systemami władzy. System WEKTOR został zaprojektowany jako system kontrolujący m. in. resort budownictwa. W związku z tym, momentalnie minister tego resortu Karkoszka, były I sekretarz KW PZPR w Gdańsku, uruchomił swój układ partyjnych sojuszników, aby system WEKTOR nie wszedł do użytku, bowiem chciał uniknąć kontroli swojej działalności.".

Na Boże Narodzenie pojechaliśmy w trójkę do Bierutowic. Zapowiadało się pięknie, ale po kilku dniach Ania dostała bardzo silnego przeziębienia. Wysoka gorączka, na krótki czas straciła przytomność. Na szczęście trafiliśmy na bardzo dobrego doktora i wyzdrowiała.

W lutym znowu na śnieg. Tym razem na Bukowinę. Ja z Anią i siostrzenicą Sylwii - Kasią. Znowu nieudany wyjazd. Wielka odwilż, cały śnieg stopniał, Bukowina tonęła w błocie. Nasza prywatna kwatera też nie była najlepsza - gdy wygasł żeliwny piecyk w pokoju robiło się niezwykle zimno. Całą noc hałasowały myszy. Rada gospodarzy - na noc trzeba sobie zasłonić uszy żeby mysz się w nie nie wkręciła. Skutkowało - nikomu mysz się nie wkręciła, ale nie wystarczyło żeby stłumić hałasy.
Nie można było jeździć na nartach. Spacery w błocie nie były żadną atrakcją. W pobliżu nie było żadnych dzieci. Dziewczynki się nudziły. 

W pracy dowiedzieliśmy się, że ludzie z Komisji Planowania udzielili nam upomnienia za dostarczanie niezamówionych raportów (dla systemu WEKTOR). Pan Andrzej tłumaczył wszystko pozytywnie - dobrze, że jest jakaś akcja, znaczy zauważają, wkrótce zrozumieją, że to dla nich korzystne.
Optymizm nie trwał długo. Któregoś poranka zastaliśmy na korytarzu milicjantów. Dwa pokoje, w których pracował zespół obsługujący WEKTOR były zapieczętowane. Pan Andrzej nie pojawiał się w pracy.  
Sprawa wyjaśniła się chyba za dwa dni. Okazało się, że milicja zrobiła rewizję pokojów naszej praconi i w dwóch znaleźli wiele tajnych dokumentów niewłaściwie zabezpieczonych. One nie były wcale zabezpieczone, to był skutek uboczny skierowania uwagi rządu na potrzeby ludzi. Pan Andrzej robił wiele starań zeby znaleźć dla pracowni osobny lokal, żeby zakupić odpowiednie szafy, ale to nie było możliwe. Administracja lokali dostała polecenie żeby nie przyznawac instytucjom lokali nadających się na mieszkania. Sklepy meblowe dostały polecenie żeby nie sprzedawać instytucjom mebli. To tłumaczy dlaczego nasza pracownia miała nadmiar gotówki - bo nie mogła niczego kupić. Na marginesie dodam, że sklepy spożywcze dostały polecenie żeby zamówienia instytucji załatwiać na końcu. O tym ostatnim dowiedziałem się w przedszkolu Ani gdzie tłumaczono rodzicom trudności w przyrządzeniu dzieciom posiłków. 
Pan Andrzej pojawił się w pracy, ale na krótko. Został służbowo przeniesiony do Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego. Kierownictwo Etobsystemu przejął inż. W.

W zlinkowanej powyżej publikacji Andrzeja Targowskiego nie ma wzmianki o EtobSystemie, jest za to wspomniane Centrum ETOB i nazwiska naszych konsultantów organizujących zbieranie danych w terenie. Formalnie jest to  poprawne - nasza Pracownia była wprawdzie na własnym rozrachunku, ale nie maiła pełnej osobowości prawnej, działu kadr itp. 

Pod koniec kwietnia nasz zespół dostał zaproszenie na konferencję na temat baz danych w Nowym Sączu. Bohaterem imprezy był system bazy danych Rodan - KLIK projektowany przez zespół pod kierownictwem Witolda Staniszkisa. Kolejny inteligentny, dobrze wykształcony, energiczny człowiek.

Mnie poproszono o krótką prezentację SEZAMu. Po prezentacji nie czekaliśmy na zakończenie obrad, pospieszyliśmy do Zakopanego. Następnego dnia był 1 maja, dzień wolny a tu masa śniegu. My to oczywiście trzon zespołu SEZAM - ja, Andrzej M. i Janek R. Zjeżdżaliśmy  z Kasprowego na Halę Gąsiennicową. Kolejka do wyciągu nie była zbyt długa, słoneczny dzień, puszysty śnieg - rozkosz.
Ooops - śnieg tylko wyglądał na puszysty. Był świeżutki, bielutki, ale bardzo mokry i przy dotknięciu kleił się w gęstą masę. Osobiście tego doświadczyłem. Na samym końcu zjazdu chciałem efektownie skręcić w głębokim śniegu, śmignąć chmurą białego puchu. Nie śmignąłem. Leżałem w stercie śniegu i wydawało mi się, że moja prawa stopa jest uwięziona w jakichś kleszczach.
- Czy to pan krzyknął? - zapytał przejeżdżający w pobliżu narciarz.
- Krzyknął? Nie słyszałem żeby ktoś krzyczał.
- Czy z panem wszystko w porządku? Moze pan wstać? - dopytywał się narciarz.
- Oczywiście, że w porządku. Zaraz wstanę... tylko jeszcze chwilkę odpocznę. 
Za chwile podjechali do mnie Andrzej i Janek.
- Wszystko w porządku - odpowiedziałem na ich pytania -  tylko w bucie coś mnie okropnie gniecie.
Buta nie potrafiliśmy zdjąć, trzeba było wołać GOPR. Dwóch ratowników poradziło sobie z butem, ale nie mieli wątpliwości - złamana noga. O kuracji złamanej nogi napiszę w osobnym wpisie gdyż zrobiła się z tego niezależna opowieść.
Przy okazji trzeba było wyjawić kolegom rodzinny sekret. Janek i Andrzej odwiedzili mnie w szpitalu i oczywiście powiedzieli, że wieczorem zawiadomią Sylwię.
- Nie, nie róbcie tego - prosiłem - po co ma sie martwić.
- Ale przecież i tak się dowie. Zresztą ty nie wrócisz z nami do Warszawy. Trzeba ją powiadomić jak najszybciej.
- Ale, ale... - machnąłem ręka z rezygnacją - ale ona jest w ciąży, tylko się zdenerwuje. 

Do domu wróciłem dopiero pod koniec maja. Sylwia energicznie wzięła się za moją kurację za pomocą diety. Kuracja przyniosła dobre efekty. Pod koniec czerwca zdjęto gips i sprawdzono stan złamania. Zrosło się tak dobrze, że nie trzeba było już zakładać gipsu. Standardem było zakładanie krótkiego gipsu na dodatkowe 3 tygodnie. 
Jednak przez następne 2 miesiące musiałem poruszać się o kulach . Sylwia znowu źle znosiła ciążę - co zrobić z Anią na lato. Na 2 tygodnie wzięła ją siostra Sylwii, na następne dwa wysłaliśmy ją na prywatne kolonie w okolicach Warszawy. Kolonie okazały się bardzo kiepsko zorganizowane. Na szczęście udało nam się załatwić wczasy rodzinne w Ryni nad Zalewem Zegrzyńskim - to były dwa tygodnie doskonałej pogody i miłego wypoczynku.

We wrześniu wróciłem do pracy. Mieliśmy trochę zadań, ale wiadomo było, że EtobSystem niedługo zakończy swój żywot.

Ja miałem jednak ważniejsze sprawy na głowie - 30 paździenika urodził się Michał. Ania przyjęła urodziny brata entuzjastycznie. A więc może koło fortuny zaczęło się kręcić we właściwą stronę?

Michal 

Pewnym urozmaiceniem w pracy było prywatne zlecenie z Mennicy Państwowej, która znajdowała się bardzo blisko ETOBu. Moim zadaniem było opracowanie systemu komputeryzacji gospodarki materiałowej. Pewnym rozczarowaniem było, że system nie obejmował metali szlachetnych, te miały osobny system rozliczeń pod kontrolą władz zwierzchnich.
W Mennicy poczułem powiew Zachodu - dobra organizacji, dobre wyposażenie biurowe, maszyny liczące Olivetti w księgowości. Bardzo sympatyczny dyrektor, pan Biernacki. Miejscem mojej pracy był Dział Gospodarki Materiałowej, praca szła dobrze i szybko, bardzo rzeczowi ludzie. Za wyjątkiem jednego - bardzo niepozorny pan o smutnych oczach, zauważyłem, że uważnie przysłuchuje się naszym rozmowom. Któregoś dnia zagadnął mnie:
- Na jakim lomputerze będziecie przetwarzać nasz system?
- ODRA- 1300, nowoczesny polski komputer.
- A czy są takie komputery.. Honeywell? - Jego wiedza zaskoczyła mnie.
- Są, to bardzo dobre komputery (znałem je z pobytu w Anglii w 1964 roku), ale w Polsce ich nie ma.
- Są, są -  zaprzeczył pan R. ze smutnym uśmiechem.
Ta informacja zbulwersowała mnie. Praca na zachodnim komputerze to było marzenie każdego informatyka sledziłem więc dokładnie co też dzieje się w innych instytucjach. Po powrocie do pracy natychmiast pobiegłem do mojego poprzedniago szefa pana K. Husarskiego -
- Szefie, czy ktoś w Polsce ma Honeywella??
- Oczywiście, że nie, przecież pan śledzi te sprawy lepiej niż ja. A skąd to przyszło panu do głowy?
- Jeden facet w Mennicy, szeregowy pracownik, powiedział, że ktoś ma. 
Następnego dnia pan Husarski czekał na mnie od rana...
- Kto panu to powiedział?
- No mówiłem, szeregowy pracownik, nikt.
- Panie, Honeywella ma Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. To zupełna tajemnica. Ten pana  "szeregowy pracownik" musi mieć dobre wtyczki w Bezpiece. 
Popędziłem do dyrektora Biernackiego..
- Panie dyrektorze ten pan R??
- Tak?
- On jest taki trochę dziwny...
- Pan Różański? - drektor zrobił znacząca przerwę - tak to TEN - KLIK. (przepraszam, że aż dotąd posługiwałem się inicjałem, ale chciałem czytelników zaskoczyć).
Polecam lekturę artykułu w wikipedii, leniwym wyjaśnię, że było to pan  bardzo zaangażowany w stosowanie tortur w stalinowsko-bierutowskim aparacie bezpieczeństwa. Po przewrocie 1956 roku został skazany na więzienie, ale dość szybko ułaskawiony.
Siedzieliśmy z dyrektorem chwilę w milczeniu.
- Tak - przerwał milczenie dyrektor - odsiedział wyrok, przyznano nu emeryturę, ale nie mógł wytrzymać bezczynności i prosił o jakąś pracę więc przysłali go do nas. Tu ma zapewnione bezpieczeństwo.
On tylko markuje pracę, nie przydziela mu się żadnych poważnych zadań, ale raz okazał się użyteczny - ciągnął dyrektor - My współpracujemy blisko z mennicą w Wiedniu. Kiedyś przysłali mi zaproszenie na jakąś uroczystość. Zaproszenie zostało przetrzymane w Ministerstwie Finansów i nie było wystarczająco dużo czasu żeby wydali mi paszport. Pan R. usłyszał jak skarżyłem się na to sekretarce, bo on potrafi tak jakoś bezszelestnie wszędzie się wślizgnąć. Spytał czy może wejść do mnie do gabinetu. Zgodziłem się.
- Panie dyrektorze, czy ja mogę prosić o przepustkę na wyjście poza zakład?
- Ale dlaczego mnie? To może wydać pana kierownik.
- Panie dyrektorze, bardzo proszę, to tylko na 5 minut, do budki telefonicznej.
- Ale przecież może pan zadzwonić z pracy...
- Panie dyrektorze... - wypisałem mu przepustkę. Za trzy godziny sekretarka dostała telefon, że może odebrać mój paszport.

System gospodarki materiałowej został wykonany zgodnie z planem. Dodatkową nagrodą dla mnie był medal wykonany przez Mennicę na zlecenie Polskiej Akademii Nauk.

Medal PAN

P.S. Wikipedia wspomina o pracy J. Różańskiego w Mennicy, ale podaje, że w 1969 roku przeszedł na emeryturę. Nie dałbym sobie uciąć ręki za to, że opisywana scena miała miejsce w 1975 roku, ale na pewno nie wcześniej niż druga połowa 1973 roku.

czwartek, 08 października 2015

Lech  Lech

Rok 1974 obfitował w liczne ważne wydarzenia.

Główne funkcje systemu Sezam zostały zakończone i uruchomione. Użytkownicy mogli korzystać z systemu bez naszej pomocy. To był duży sukces. Szef Pracowni - pan Andrzej Z. cieszyl się z tego nie mniej niż my. To było potwierdzenie słuszności jego metody - znaleźć dobrych ludzi, dać im swobodę, rezultaty przewyższą oczekiwania.

Na marginesie dwa drobiazgi z życia naszego zespołu. Któregoś dnia nazbierało się wiele zadań do wykończenia. Trzeba było zostać po godzinach i wszystko skończyć. Ja miałem jednak zadanie domowe - wyjść z Anią na spacer. Zapowiedziałem, że muszę zrobić przerwę na 2 godziny, potem wrócę i będę pracował do skutku. Na to koleżanka, która właśnie wychodziła do domu zaoferowała się, że może mnie zastąpić. Dałem jej list polecający do Sylwii (telefonu wszak nie mieliśmy) i mogłem pracować dalej.
Drugi przykład - do zespołu dołączyła nowa osoba, pani Helena K, którą nie jestem pewien dlaczego, nazywaliśmy panią Zosią. Z jednej strony nie znała komputera ODRA ani stosowanego tu języka Z drugiej - ukończyła wydział matematyki, metody numeryczne - pracowała przy systemach obliczeniowych na Wojskowej Akademii Technicznej (WAT). Od razu zorientowaliśmy się, że znacznie nas przewyższa wiedzą na temat programowania. Daliliśmy jej więc bardzo duże zadanie - zaprogramować moduł selekcj danych i drukowania raportów. Nie mieliśmy żadnej specyfikacji. Pokazaliśmy jej tylko działanie angielskiego systemu FIND i powiedzieliśmy - niech pani pomyśli jak coś podobnego zrobić. Jak będzie pani miała jakiś pomysł to porozmawiamy jak się do tego zabrać. Pierwszy pomysł jakim pani Zosia się z nami podzieliła, to że według niej warto tu zastosować odwrotną polską notację - KLIK. Po naszej reakcji chyba uznała, że nie warto tracić czas na szczegóły i za niecałe 2 miesiące samodzielnie zaprojektowała i zaprogramowała cały moduł.
Pani Zosia zaimponowała mi jeszcze jednym. Ktoś podczas narzekań na urzędniczkę czy sprzedawczynię użył słów - głupia baba ze wsi. Pani Zosia zainterweniowała - przepraszam, ja jestem ze wsi i nie uważam żeby było tam więcej głupich ludzi niż w mieście.

W Polskim Towarzystwie Cybernetycznym wysłuchałem wykładu na temat budowy baz danych. Wspomniano o śpiewce przyszłości - relacyjnej bazie danych. Poskrobałem się po głowie - bardzo wiele podobieństw. Nasz Sezam był conajwyżej biednym kuzynem relacyjnej bazy danych, ale mial dwie zalety - funkcjonował i wystarczył mu komputer wyposażony w taśmy magnetyczne.
Z jednej strony - gdybym wiedział o tym wcześniej to użylibyśmy pewnie w Sezamie terminologii właściwej dla relacyjnej bazy danych. Z drugiej - być może w ogóle nie podjąłbym się takiego zadania gdyż prerekwizytem systemu bazy danych był komputer wyposażony w dyski.
Szczęśliwi ludzie małej wiedzy. 

Kilka ośrodków obliczeniowych kupiło Sezam dla swoich zastosowań. Ja dostałem awans na dziwne stanowisko Głównego Projektanta, łączyła się z tym podwyżka. Premie nie spadały poniżej 120%.

Czas było pomyśleć o sobie.
Pierwsza sprawa to mieszkanie. Wspominałem o oszczędnościowym systemie ogrzewania, który powodował stałe przegrzanie. Po kilku interwencjach przyszła do nas komisja, kiwali ze zrozumieniem głowami, ale oczywiście nie mogli niczego zrobić, to wymagałoby zmiany instalacji grzewczej w całym bloku. 
Udałem się do prezesa spółdzielni (WSM Rakowiec). Gdy się przedstawiłem powiedział
- O, ja o panu słyszałem, pan jest znanym rozrabiaką.
A więc moja absurdalna interwencja u premiera - KLIK - stawała się legendą. 
Zaproponowałem ustrzelenie dwóch wróbli jednym strzałem. Prosimy o przeniesienie nas do mieszkania M-6 (obecne to było M-3). Po pierwsze przestanę składac skargi na ogrzewanie, po drugie my planujemy powiększenie rodziny - kolejne dziecko, plus moja Matka mieszka samotnie w mieszkaniu spółdzielczym, ale spodziewamy się, że w niedługim czasie będzie wymagała opieki i przeprowadzi się do nas. To była prawda. Prawdę mówiąc Matka liczyła na to, że gdy zacznę pracować będzie mieszkać ze mną. To nie nastąpiło i nieco obawialiśmy się jak będzie się układać wspólne życie.
Prezes słuchał uważnie, robił notatki, pożegnaliśmy się sympatycznie. Nie miałem o co rozrabiać.

Snieznik

Po drugie wybrałem się na wczasy narciarskie PTTK, na Śnieżnik, który właśnie był promowany jako alternatywa dla Zakopanego.
Widok był jan na zdjęciu, ale warunki już nie bardzo - najpierw kilkugodzinna wspinaczka z całym ekwipunkiem, wyciąg nieczynny a elektryczność tylko w wyznaczonych godzinach.
Natomiast bajkowy był śnieg i towarzystwo.

Po powrocie z wczasów dostaliśmy z WSM powiadomienie, że mają dla nas propozycję zmiany mieszkania. Prosili nas o wizję lokalną żeby znowu nie doszło do skarg i żądania kolejnej zamiany. Mieszkanie było rozmiaru M-6 - trzy pokoje o akceptowalnych rozmiarach, w niewielkim, 4-piętrowym bloku, na parterze. Dowiedzieliśmy się, że blok był początkowo przeznaczony dla pracowników Ministerstwa Obrony, ale nie zaakceptowali go. Stąd tak niespodziewana oferta. Oferta przewyższała nasze oczekiwania. Zaakceptowaliśmy.
Przeprowadzka wypadła znowu podczas nieobecnosci Sylwii, która pojechała z Anią na 2 tygodnie do Zakopanego. Wszystkie firmy przeprowadzkowe miały pełno zleceń na najblizsze 2 tygodnie. Ktoś wspomniał o prywatnej firmie Węgiełek. To brzmiało jak kontynuacja Lalki B. Prusa. Zadzwoniłem. Gdy usłyszeli, że chodzi o przeprowadzkę z M-3 roześmieli się. My specjalizujemy się w dużych przeprowadzkach - rezydencje zagranicznych dyplomatów. M-3 - toż to robota na godzinę, nie warto wysyłać ludzi... chwileczkę... mamy tu okienko.
Robota na godzinę? Poprzednia przeprowadzka trwała ponad pół dnia a przecież od tego czasu nieco obrośliśmy w piórka.
W przeddzień przeprowadzki odwiedził mnie kierownik załogi. Spojrzal krytycznie na przygotowane pudełka - proszę niczego nie pakować, my nie ponosimy za to żadnej odpowiedzialności.
- Ale kryształy, wazony - oponowałem. Powiedziałem - my robimy wszystko i ponosimy za to odpowiedzialność. Rozejrzał się po mieszkaniu.
- Gdzie pan trzyma dolary i kosztowności?
- Nie trzymam.
- Jak pan chce. Ja powiedziałem - za wszystko co dostaliśmy do spakowania ponosimy odpowiedzialność.
Zaczął coś notować na pudełku od papierosów - ja tutaj robię plan przeprowadzki. Niech pan się nie waży niczego przestawiać bo cały plan mi się zawali.
Na koniec zapytał:
- Ile pan myśli, że to będzie kosztowało?
- Pewnie 2,000 zł.
- Mam dla pana propozycję: Węgiełkowi zapłacimy 1,600, 100 zl dla mnie, 200 zł dla chłopaków, 100 zł dla pana. Zgadza się pan?
- Zgadzam.
- No to niech pan mi da te 100 zł teraz jak chłopaki nie widzą. A jutro, jak już skończymy, to ja zapytam pana - no co, chyba chłopaki się dobrze spisali? A pan potwierdzi i da mi te 200 zł. Zgadza się?
Zgadzało się. Następnego dnia rano przyjechał wraz z 4-osobową ekipą. W ciągu 20 minut mieszkanie opustoszało. Do nowego mieszkania było tylko 300 m. Nie nadążałem pokazywać gdzie co ma stać. Chłopaki spisali się dobrze.

Po trzecie - za namową mojego szefa, pana Andrzeja Z., złożyłem podanie o przyznanie mi stypendium rządu angielskiego. Dostałem świetne opinie z pracy, zdałem egzamin państwowy z angielskiego. Czekał mnie jeszcze egzamin z angielskiego w British Council. Poprosiłem ich żeby podali mi kontakt do jakiegoś rodowitego Anglika mieszkającego w Warszawie i chętnego do udzielenia lekcji konwersacji.
Znaleźli - młodą Angielkę, która wyszła za mąż za Polaka. Konwersacje odbywały się w ich mieszkaniu. To była nie tylko nauka konwersacji, ale równeż powiew angielskiego klimatu. Gdy przychodziłem, zazwyczaj około 2., moja korepetytorka była jeszcze w piżamie, podobnie jej 2-letnia córka. W mieszkaniu niesamowity bałagan. Nie wiadomo czy dziecko jadło śniadanie. Nie wiadomo gdzie szukac ubrania.
- Opowiadaj coś bo u mnie nic się nie dzieje - prosiła i szukała ubrań w szafach i walizkach. Relacjonowałem więc wiadomości kulturalne i sportowe. Muszę przyznać, że słuchała uważnie i wychwytywała błędy. Dawała celne komentarze. Przerobiła ze mną starannie kilka często używanych zwrotów. Wystarczyło - egzamin w British Council przeszedl bardzo sympatycznie. Wkrótce potem przyszło powiadomienie o przyznaniu mi stypendium. Na 3 miesiące, początek w sierpniu. Moją bazą miało być Birmingham.

Nadeszło lato. Znowu podzieliliśmy się z Sylwią wakacjami - spędziłem 2 tygodnie z Anią w Mielnie.

Na początku sierpnia poleciałem do Londynu. O pobycie w Anglii w osobnym wpisie.

niedziela, 04 października 2015

Lech  Lech

W poprzednim wpisie wspomniałem, że zacząłem pracować w Pracowni EtobSystem i, że jej szef Andrzej Zienkiewicz wiązał z moja osobą duże nadzieje.

Na początek pożyczył mi książkę Roberta Townsenda - Up the Organization: How to Stop the Corporation from Stifling People and Strangling Profits  - KLIK.
Informacja po polsku tutaj - KLIK.

Książka bardzo mi sie podobała jednak oddając ją panu Andrzejowi zwróciłem uwagę, że opisuje ona sytuację w gospodarce wolnorynkowej, w prywatnej firmie. a u nas o wszystkim decyduje Partia.
- A wie pan, że ja jestem bezpartyjny? - spytał pan Andrzej.
Nie wiedziałem.
- A wie pan, ze Jacek Karpiński, który nie tylko jest bezpartyjny, ale deklaruje publicznie swoją niechęć do ustroju jest dyrektorem fabryki produkującej komputery jego własnej konstrukcji?
Wiedziałem.
- No to jak to jest? - zapytałem. 
- Bardzo prosto. Ludzie na wysokich stanowiskach w partii pną się po szczeblach kariery. Muszą być ostrożni żeby nie dać swoim konkurentom jakichś atutów. Z drugiej strony muszą się wykazać jakimiś osiągnięciami. To jest szansa dla nas - my nie stanowimy dla nich konkurencji, nasze sukcesy będą szczeblami w ich karierze. Możemy robić to co lubimy, oni stworzą nam do tego warunki. Karpiński wścieka się na partyjny aparat. Według mnie nie ma racji. Ci ludzie ponoszą duże ryzyko, działają w określonych uwarunkowaniach. Wszak komputery produkuje już Elwro, mówi się o wspólnym komputerze państw RWPG. To jest tak jak walka z wielkimi koncernami w krajach kapitalistycznych. Ktoś toczy tę walkę żeby komputery Karpińskiego były produkowane.

Nieco uspokojony wróciłem do rozważań nad książką. Robert Townsend zadaje pytanie - jeśli obecna praca nie sprawia ci radości albo nie przynosi dużych pieniędzy, to dlaczego jej nie rzucisz?
Tak jest - poznałem już radość pracy i tego szukałem.
Pan Andrzej mi to dostarczył. EtobSystem podpisał bardzo lukratywny kontrakt z rządowym projektem WEKTOR - KLIK
Rząd Gierka, zgodnie z obietnicami, zabrał się bardzo energicznie do inwestycji - huta Katowice, Bełchatów, kombinat miedziowy w Legnicy. To były wielkie projekty i wielkie wydatki, również dewizowe. Rząd potrzebował narzędzi do kontroli postępu prac. 
EtobSystem posiadał kadrę doświadczonych ludzi, którzy potrafili na miejscu ocenić postęp prac i potrzeby. Brak było komputerowego systemu gromadzenia i wstępnego przetwarzania tych informacji. System Wektor kontrolował 300 najważniejszych inwestycji.

Pan Andrzej przedstawił mi sprawę tak: nasz człowiek wizytuje wielką budowę, widzi co zakończono, co jest w toku, co ma się wkrótce zacząć. Potrafi ocenić jakich środków - materiałów, maszyn - potrzeba dla każdego zadania. On powinien móc natychmiast wprowadzić to do komputera. Komputery ODRA są już w prawie każdym wojewódzkim mieście, dostęp nie będzie problemem. Rzecz w tym, że nie wiemy jakiego rodzaju to będą informacje. Potrzebne jest narzędzie, które pozwoli jemu samemu to zdefiniować. Systemu, który przyjmie nieoczekiwane informacje i sporządzi wymyślone na poczekaniu raporty.
Co pan na to?

To było to. Pierwsza sprawa to nazwa systemu. Rządowy system zbierania danych miał nazwę AWIZO-MOC więc najlepszy był SEZAM - oficjalnie tłumaczyło się to jako System Eksploatacji Zbiorów Awizo Mocy, ale dla mnie to było to bajkowe doświadczenie.
Druga sprawa to zespół. Na początek dostałem do pomocy dwie wspaniałe osoby - wspomnianego wcześniej Andrzeja M - świetnego kolegę i bardzo inteligentnego programistę i Janka R - doskonałego projektanta systemów. 

Praca toczyła się na dwóch płaszczyznach - z jednej strony konstrukcja dość złożonego systemu, z drugiej - co miesiąc, dwa, musieliśmy dać użytkownikom jakąś funkcjonującą cząstkę systemu. Na początek było to oczywiście wprowadzanie informacji źródłowych. Docierały one do nas i trzeba było szybko przekształcić je w raporty dla systemy WEKTOR, w jaki sposób to już nasz kłopot.

Wspomniałem, że kontrakt z WEKTOREM był lukratywny. Tak, nasze premie przekraczały 100% wynagrodzenia.
Tu znowu refleksja pana Andrzeja. Dobra praca to taka, którą chętnie by się robiło nawet za darmo. Sprawą kierownictwa jest wynagradzać dobrych ludzi tak żeby nigdy nie musieli ubiegać się o podwyżkę.
W EtobSystemia tak właśnie w tym czasie było. 

W polskiej informatyce działo się wiele. We Wrocławiu produkowano seryjnie komputery ODRA, zaczynała działać fabryka komputerów K-202 konstrukcji inż Jacka Karpińskiego, firma IBM zdołała zainstalowac kilka komputerów w krajowej sieć ośrodków obliczeniowych ZETO. Wydaje mi się, że angielska firma ICL postawiła na budownictwo. W ETOBie zaczęli się pojawiać konsultanci z tej firmy, szukali ścieżki do nawiązania współpracy na zasadach partnerstwa. Nie łudziłem się myślą, że o partnerstwo tu chodzi. Oni wiedzieli, że status partnera ułatwi naszej dyrekcji uzasadnienie wniosku o zakup komputera.

Na razie skorzystałem na tym ja. 
Współpraca z rządowym systemem WEKTOR dodała nam wiele autorytetu. Anglicy zaproponowali żeby ktoś z naszej pracowni opracował referat na temat sterowania wielkimi inwestycjami i wygłosił go na konferecji w Londynie. Referat opracował nasz czołowy konsultant Jurek W. a mnie przypadła rola przetłumaczenie go na angielski i wygłoszenia na konferencji.

Konferencja miała tytuł - Profitable computing in building industry. Pojechaliśmy na nią obaj. Zamieszkaliśmy w bardzo dobrym hotelu. W recepcji zauważyłem informację, że załatwiają bilety na musical Jesus Christ Superstar. Kupiliśmy.
Trzeba przedtem coś zjeść. Jurek wskazał na hotelową restaurację. Ceny były bardzo wysokie - niech dopiszą do rachunku za hotel - zdecydował Jurek. Obiad był pewnie bardzo dobry, ale mieliśmy zbyt mało czasu żeby to docenić. Pobiegliśmy do teatru, na szczęście było dość blisko.
4 lata wcześniej zachwycił mnie w Londynie musical Fiddler on the roof tym razem wrażenia były jeszcze lepsze, przede wszystkim pod wzgledem muzycznym (Andrew Webber)  - KLIK.
Powyższy link to fragment z filmu. Na scenie było to o wiele lepsze, właśnie z powodu ograniczeń sceny teatralnej.

Następnego dnia poszliśmy posłuchać konferencyjnych obrad. Mina mi zrzedła. Referaty były ciekawe, świetnie przygotowane i prezentowane, dyskusja ostra. Jeszcze bardziej mi zrzedła po  prezentacji jakiegoś Francuza. W dyskusji zarzucono mu, że właściwie niczego nie zaprezentował tylko wygłosił truizmy.
Po obradach spotkaliśmy naszego opiekuna z ICL, minę miał równie ponurą jak ja. Po pierwsze chyba zaniepokoiły go koszty nazego obiadu dopisane do rachunku hotelowego. Zaprosił nas na obiad do jakiejs egzotycznej restauracji i wielokrotnie zapewniał, że to większa atrakcja niż jedzenie w hotelu. Po drugie zaproponował żeby zrobić próbę generalną mojej prezentacji, przyprowadzi na nią polskiego doktoranta, specjalistę od budownictwa.
Doktorant przydał się gdyż uzgodniłem z nim angielskie terminy dla kilku specjalistycznych zwrotów poczym nastąpiła próba generalna.  Wygłosiłem otwierające zdanie i poczułem tak wielkie znużenie, że stwierdziłem, że nie jestem w stanie kontynuować. Nastąpiła zupełna konsternacja. Muszę przyznać, że przedstawiciel ICL zachował się jak gentlemen - życzył mi dobrego wypoczynku i udanej prezentacji.
Pierwsza część życzenia nie spełniła się, prawie wcale nie spałem, w kółko przypominał mi się mój próbny występ - jedno zdanie i zupełna pustka w mózgu.

Na prezentacji jednak czułem w sobie jakąś nieznaną mi dotąd energię. Żeby oswoić się z salą zrobiłem krótką próbę rzutnika i w tym czasie spostrzegłem na widowni starszego pana, który patrzył na mnie z życzliwym uśmiechem. Zrobło mi się ciepło na sercu - będę mówił tylko dla niego! Wszystko poszło jak z płatka, pan nadal sympatyznie się uśmiechał i potakiwał, kątem oka zauważyłem, że przedstawiciel ICL potakiwał z wielkim entuzjazmem.
Zadano mi kilka całkiem sensownych pytań, Jurek odpowiedział, ja przetłumaczyłem. Jedno pytanie zapamiętałem na długo - nie zauważyłem w waszym systemie żadnej troski o koszty inwestycji. Tu nie musiałem prosić Jurka o odpowiedź gdyż mogłem zacytować słowa pana Andrzeja Z. - kopalnia miedzi w Lubinie wydobędzie dziennie materiał wartości ponad miliona dolarów. Przyspieszenie jej uruchomienia zrekompensuje wszelkie koszty. Pożegnano mnie brawami.
Ciekaw jestem czy ktoś pamiętał moją wypowiedż kilka lat później kiedy inwestycje w Polsce stanęły a rząd Gierka ugrzązł w długach.
Na marginesie dodam, że doświadczenie z tej prezentacji przydało mi się podczas późniejszych interview u sprawie pracy a było ich wielu. Po pierwsze znaleźć w komisji sympatyczną osobę i mówić do niej i dla niej. 30 lat później dowiedziałem się, że jest to naukowo potwierdzona metoda. Po drugie - żadnych prób generalnych - prezentacja musi być spontaniczna. To już moja osobista specyfika niezgodna z poglądami specjalistów.

Nadeszło lato. Sylwia znalazła prywatną kwaterę w Rybienku w okolicach Wyszkowa. Ania miała już 2 lata, powinienem dać sobie z nią radę. A zatem Sylwia i ja przydzieliliśmy sobie po 2 tygodnie urlopu. Najpierw pojechałem ja - na spływ kajakowy PTTK na Mazury. Gdy wróciłem Sylwia pojechała na obóz wedrowny PTTK w Beskid Sądecki.

Z Anią nie miałem problemu. Natychmiast po wyjeździe Sylwii przyjechala moja Matka. Obiady mieliśmy załatwione w prywatnej jadłodajni. 

RybienkoRybienko

piątek, 02 października 2015

 Tadeusz
W ostatnie dni czerwca 1965 rozpoczęliśmy nasze przygotowania do wyjazdu z Łodzi na nowe miejsce życia. Sprzedałem dużą część swego zbioru znaczków pocztowych i kupiliśmy pierwsze własne miejsce do spania czyli wersalkę. Ona do dziś jest w moim letnim domu. Od Januszów Gajlów czyli łódzkiej rodziny dostaliśmy łóżeczko dla Magdy. Od Moniki  pięknym prezentem był duży solidny, okrągły, rozkładany stół. Służył mi przez wiele lat jako miejsce pracy w domu, dziś jest stołem biesiadnym na wsi. Mieliśmy też czarnego kota ukrywanego przed gospodynią przez kilkanaście dni w pokoju. Najwięcej kłopotu i czasu zajęło pakowanie książek, których było ponad tysiąc - w sporej części owoc naszej przyjaźni z panem Heniem antykwariuszem z pasażu ZMP odchodzącego od Piotrkowskiej, u którego mieliśmy nie tylko niskie ceny, ale też dostęp na zaplecze do najciekawszych pozycji. Sporo płyt, adapter, radio. W pierwszych dniach lipca przyjechała po nas duża ciężarówka kryta plandeką. Wszyscy rozmieściliśmy się  w budzie z otwartym tyłem. Magda w wózku unieruchomionym między meblami i książkami, kot w pudle kartonowym z dziurkami, Eliza i ja na wersalce. Podczas podróży uwijaliśmy się między dzieckiem a kotem - jedno i drugie nie było zachwycone wstrząsami na twardych resorach samochodu i dziurawych drogach. Zmiana pieluszek podczas jazdy to było wyzwanie. Trasa miała 350 km, szybkość pojazdu niewielka, im bardziej w górach tym mniejsza, jechaliśmy ponad 7 godzin. Czekał na nas wielki pokój około 30 m2 w w hotelu zakładowym - miejscem dla delegacji z zewnątrz i z mieszkaniem dyrektora naczelnego. Wspólna kuchnia i łazienka, w praktyce jednak nasze, bo goście byli rzadko i bez zapędów do gotowania, gospodyni prowadząca hotel miała kuchnię swoją, dyrektor miał wszystko swoje na piętrze. Budynek z naszym przyszłym mieszkaniem był w wieloletnim remoncie  kapitalnym, który miał się lada miesiąc skończyć. Mój czas pracy to było 8 godzin od 7 do 15, przez 5 dni w tygodniu. Wówczas o wolnej sobocie nikt nawet nie myślał, ale władze Polski, mając na celu dobro artystów, a w konsekwencji polskiej sztuki, dawały im w każdym tygodniu dowolnie wybrany dzień na pracę twórczą. Oczywiście tyczyło to artystów licencjonowanych czyli członków związków twórczych, do których bez odpowiednich studiów dostać się było niezmiernie trudno. Członkostwo w takich związkach było podstawowym warunkiem otrzymania zlecenia na prace projektowe. Zlecenie przechodziło przez państwowe biuro pośredniczące, innej możliwości wystawienia oficjalnego rachunku nie było. Można nazwać to komunistyczną kontrolą. Ale było też nadzorem nad jakością realizacji zleceń, każdy projekt przechodził przez komisję artystyczną złożoną z samych plastyków. Po latach ja też otrzymałem nominację z Ministerstwa Kultury i Sztuki na rzeczoznawcę grafiki współczesnej z uprawnieniami nawet na rozprawach sądowych. Póki co w Walimiu mój status był przejściowy, ale w pełni dniem wolnym honorowany - byłem studentem VI  roku dyplomowego. Miałem zniżkę studencką na PKP, a nawet na krajowe przeloty samolotowe, parę razy z tego korzystałem na trasie Warszawa - Wrocław. 

Zakłady czyli fabryka lniarska to było kilkanaście ceglanych, kilkupiętrowych, XIX-wiecznych budynków połączonych  łącznikami na różnych wysokościach, korytarzami, wiatami, istny labirynt. KLIK To zadziwiające, że taki kompleks funkcjonujących zabytkowych obiektów dziś wygląda jak na zdjęciu wyżej. Zakład składał się z 4 głównych członów. Biurowiec to część nieodzowna wszędzie, ten był w stylu początku XX wieku, z wysokim korytarzem z ciemnymi boazeriami i pięknymi mosiężnymi lampami zwisającymi z sufitu wzdłuż całej długości.      
W 1967 zamieniono oświetlenie żarowe na rury jarzeniowe, lampy wyrzucono. Jedną udało mi się uratować i mam ją do dziś. Pokoje z wielkimi oknami dzielonymi na mniejsze pola. Moja sala po przeniesieniu do administracji miała  7 biurek, koszmar i nuda kontrolowana. Pracownię miałem nadal, ale dano mi tyle czynności administracyjnych związanych z ewidencją i ruchem wzorów, że rzadko tam się chroniłem. Tkalnia, w której na zwykłych krosnach powstawały tkaniny gładkie, a na żakardowych wzorzyste - przede wszystkim obrusy. Drukarnia filmowa. Wykończalnia - obróbka mokra i zakończenie procesu produkcyjnego - bielenie płócien, utrwalanie wydruków, nadawanie apretur wszystkim wyrobom, konfekcjonowanie, ten dział przypominał opisywane przeze mnie mroczne bielniki i farbiarnie z zakładów im. Marchlewskiego czyli Poznańskiego w Łodzi. Było też parę działów mniejszych, pomocniczych - kotłownia, warsztat stolarski, ślusarski, straż pożarna itp.  Była też przyzakładowa przychodnia lekarska. Pracowników było kilkuset, a cały Walim, który miał status osady 1500 mieszkańców.
Lech opisywał jak do wprowadzania danych do dawnych komputerów używane były karty dziurkowane. Przy tkaniu na krosnach żakardowych takie same karty służyły do sterowania nitkami osnowy, każda dziurka odpowiadała za 1 nitkę. Dowolny wzór serwety czy tkaniny obiciowej to była długa wstęga połączonych ze sobą kart, które przesuwały się po każdym przelocie czółenka. Właśnie te karty były pierwowzorem dla kart w komputerach. A krosno żakardowe pierwszą maszyną sterowaną programem. KLIK 
W Walimiu nie było projektowania na tkaniny żakardowe - gotowe zestawy kart były przysyłane. Moja jednostka organizacyjna czyli komórka wzorcująca należała do drukarni. To był wydział ze sprzętowego punktu widzenia wręcz prymitywny. Projekt rysowniczki rozbijały na kolory na przezroczystej folii. Jeden kolor druku to jeden arkusz.  Folia z zaczernionymi elementami to była maska, przez którą szablon czyli rama z naciągniętą siatką był naświetlany.  Siatka pokryta była światłoczułą emulsją. W ciemni szablon był intensywnie płukany, oczka siatki naświetlone pozostawały zamknięte, nienaświetlone otwierały się. Szablon z nalaną farbą był kładziony na tkaninie. Deską, zwaną raklą, farba była przeciskana na tkaninę. Stół drukarski był długi na parędziesiąt metrów, drukarze stali parami po obu stronach stołu i po wydrukowaniu pojedynczej klatki przemieszczali szablon o ustalony odcinek. Analogia do wyświetlania filmu jest oczywista i tłumaczy termin filmdruk. Proces był powtarzany tyle razy ile było kolorów. Pasowanie klatek, kolorów, przesunięć umożliwiała szyna z regularnie rozstawionymi bolcami. Wszystko to miałem opanowane własnoręcznie już na studiach, nawet umiałem zrobić emulsję światłoczułą do szablonów. Na swoją pracownię  dostałem duży pokój z wielkim stołem do rysowania - jego odchylany blat miał 3 na 2 metry! Z pewnością na nim powstawały żakardowe wzory w niemieckiej przed wojną fabryce. Dopóki nie przeniesiono mnie do prac administracyjnych w sali z urzędnikami miałem okres wyjątkowo męczącej  bezczynności. Po ośmiu godzinach nicnierobienia wracałem do domu wykończony. Projekty nie były nikomu potrzebne. Jak już opisywałem, fabryka realizowała zamówienia eksportowe, cała produkcja szła na Zachód, a komórka wzorcująca istniała tylko dla prestiżu zakładu albo raczej dla realizacji zaplanowanej struktury przedsiębiorstwa. Projektanci wszystkich zakładów lniarskich przedstawiali raz w miesiącu swe projekty, były one oceniane i zatwierdzane przez Komisję w Centralnym Laboratorium Przemysłu Lniarskiego w Żyrardowie, próbnie realizowane, i przeważnie nie wprowadzane do  masowej produkcji. Tak więc co miesiąc jeździłem do Żyrardowa na spotkania z kolegami projektantami i na Komisję. Projektanci, jak większość artystów w PRL, mieli różne przywileje, prócz wolnego dnia, o którym już  pisałem, także coroczny parotygodniowy plener nie wliczany do urlopu. Ja byłem na jednym w Malborku. Zamek był wówczas podczas wieloletniego remontu, mieliśmy jednak dostęp do wszystkich nieudostępnianych turystom zakamarków.
Zakład jakieś jednak musiał mieć ze mnie korzyści, więc wysyłał mnie z wzorcami do eksportowej produkcji do  Zjednoczenia Przemysłu Lniarskiego, które było w Łodzi. Na każdym wzorcu był oczywiście mój podpis i pieczątka. Wzorzec to był po prostu próbny wydruk czyli ustalone już opracowanie techniczne i receptury farbiarskie do druku. No i oczywiście parametry samej tkaniny, które były piętą achillesową ponieważ tkalnie nie trzymały odpowiedniej gęstości wątku mającej wpływ na wydajność pracy i zużycie surowca. Dopiero po akceptacji zamawiającego przychodziło zamówienie na produkcję. Wzory przysyłane to przeważnie były serwety i ściereczki kuchenne. Trochę tkanin zasłonowych. Poznałem całą faunę australijską - stamtąd było najwięcej zamówień. Jeżeli zjednoczenie nazwać koncernem to nie będzie wielkiego błędu - to było miejsce zarządzania od kontraktacji i skupu lnu po sprzedaż produktów finalnych z eksportem włącznie. Łódź to było miasto, w którym byłem studentem, musiałem mieć z uczelnią uzgodnienia formalne i konsultacje artystyczne - wszystko idealnie do siebie pasowało. Dwa razy do roku odbywały się targi tkanin w Poznaniu. Ja projektowałem i wraz z kilkoma osobami realizowałem zakładowe stoisko - na wszystko mieliśmy dobę, a upinanie tkanin w różne dekoracyjne figury było dość męczące fizycznie. 


Życie zawodowe w Walimiu nie było ekscytujące, ale prywatnie mieliśmy kilka sposobów spędzania czasu. Najczęstszym było wędrowanie po okolicy. A ona była przepiękna!  Na zdjęciu w tle Wielka Sowa, u jej podnóża jest Walim. Zupełnie wyjątkowe bogactwo roślin! Tam poznałem arcydzięgla. Tam zbierałem i jadłem muchomora jadalnego. Tylko tam widziałem sromotnika bezwstydnego. Piękne lasy bukowe - na mrocznym, zielonym dywanie mchu srebrzysta kolumnada pni, świecące jak witraż sklepienie jaskrawo zielonych lub jesienią złotych splątanych koron. Bladożółte pola pierwiosnków na wiosnę, fioletowe łąki zimowitów jesienią. Dziewięciosiły co krok do znudzenia. Rododendrony rosnące przy każdym domu, na każdej  działce. Lilie złotogłów, które dopiero w Puszczy Knyszyńskiej jako rzadkość spotkałem. Osada wiła się wraz z potokiem górskim z wielkimi głazami i pianą, szumem wody. Już w marcu, na brzegach potoku pokrytych jeszcze śniegiem rozkwitały różowe lepiężniki.  Dopiero po przeniesieniu się na tereny równinne uświadomiłem sobie jak bardzo skracał się dzień przez szybsze zachody słońca - w dolinie nastawał cień, i było widać bardzo mało nieba. Magda powoli zaczynała wychodzić z pieluch, stawiała pierwsze kroki. Chodziliśmy godzinami po wzgórzach i dolinach.  

Z dzieckiem w wózku weszliśmy nawet na szczyt Wielkiej Sowy z betonową wieżą widokową . Dziś to odrestaurowana i odstręczająca nowością i dodatkami budowla. Ale w tamtych czasach była szara, tajemnicza, nieco groźna - zwłaszcza przy niebie pokrytym szybko lecącymi chmurami, wokół żadnych cywilizacyjnych aspektów - relikt minionych lat, zapomniana, ale imponująca. 
Szare jesienne wieczory wypełniało bardzo elitarne towarzystwo przemysłowego osiedla. Czyli lekarz i aptekarz.  To było nasze towarzystwo brydżowe.  Aptekarz często przynosił spirytus. A my potem robiliśmy nalewkę na następne spotkania. Najlepsza wersja to przefermentowany sok z czarnej porzeczki ze spirytusem - pół na pół. Były też brydże z przedstawicielami zjednoczenia, którzy przyjeżdżali na jakieś kontrole i dla relaksu. Po wypełnieniu swych zadań wieczory mieli puste, niechęć do spotkań z szefami zakładu oczywista. A więc artysta z żoną umiejący grać byli towarzystwem w sam raz.  
Co jakiś czas jeździłem do Wałbrzycha na zakupy. Wałbrzych to było miasto górnicze, stolica zagłębia z najcenniejszym węglem koksującym. A górnicy bardzo przez ludową ojczyznę faworyzowani i doceniani. Wybór produktów, zwłaszcza wędlin i mięs w wałbrzyskich "delikatesach" był,  jak na szare gomółkowskie czasy, oszałamiający. Dziś taka uwaga może wydać się młodzieży bezsensowna, wówczas pełne sklepowe półki o urozmaiconym wyborze towarów to było cenione uprzywilejowanie miasta, środowiska, regionu. 
W lecie 1967 roku odwiedził nas Ostaś z żoną Zosią. Na jej rękach Magda powiedziała swe pierwsze w życiu słowo: piś. Zosia, choć była wtedy nauczycielką języka polskiego (w liceum kieleckim, do którego chodziłem na zabawy 10 lat wcześniej) nie wyjaśniła znaczenia tego słowa. Na zdjęciu Ostaś niesie Magdę, a my z zachwytem patrzymy. Ostaś, obok Lecha, to był mój największy przyjaciel, a mam tylko parę jego zdjęć.
W obecnych czasach dobrobytu hotele korporacjom  proponują "dedykowaną powierzchnię eventową" wraz ze spa i apartamenty. Z mroków PRL z mej pamięci wyłaniają się wczasy nad morzem. Zawsze 2 tygodnie, krótszych nie było. Kilkuosobową grupę pracowników (sami pracownicy fizyczni, ja jeden umysłowy - co piszę aby zadać kłam głosom o uprzywilejowaniu komunistycznych kacyków w dostępie do wczasów) dowiozła zakładowa nyska. Trasa 530 km. Oczywiście wczasy były rodzinne, była więc cała nasza trójka. Opłata niższa niż utrzymanie w domu. Na trasie, nad ranem urwała się przednia półośka. Mieliśmy szczęśliwie niewielką szybkość i wspaniałego kierowcę. Parę kilometrów dalej był jakiś malutki zakład przemysłowy - użyczył półośki! Istniała spora komitywa robotników z różnych przedsiębiorstw. 
Na miejscu w ośrodku zakwaterowania kilka zakładowych domków kempingowych. Wyposażenie przaśne - 3 prycze z pościelą, mały stolik i maszynka czyli malutka kuchenka elektryczna, co było już luksusem. Wózka dla Magdy nie mogliśmy zabrać, a więc na pryczy miała szelki, którymi na noc przypinaliśmy ją aby nie spadła. W dni pogodne spacer do pięknej plaży, przez las sosnowy i wydmy. W deszczowe było nudno - przeważnie jeździliśmy do pobliskiego Gdańska. Niestety skończyło się to utratą wszystkich posiadanych pieniędzy - kupiliśmy nasz pierwszy serwis porcelanowy na 12 osób za 550 zł. Ogromnym problemem były pieluchy - pranie dało się załatwić, ale w pochmurne i deszczowe dni suszenie to był dramat, maszynka grzała non stop. Powrót zapowiadał się kłopotliwie - zawiodło planowanie i wszystkie samochody w Walimiu były w trasach! Nerwowe rozmowy telefoniczne między zakładami dały efekt - wracaliśmy jeszcze wygodniej, niż przyjechaliśmy - autobus z bliskiej Walimiowi lniarskiej Głuszycy z ich wczasowiczami trochę kilometrów nadrobił i podwiózł nas pod sam dom. Było przez nas bardzo ciasno, Magda jechała na moich kolanach, jazda trwała ponad 12 godzin. Coraz żarliwiej pragnęliśmy końca okresu pieluszkowego.
Tak to było w PRL, żadnych autobusowych WC, klimatyzacji ani pampersów! Rok 1967, XX wiek. Sieć przekaźników telewizyjnych w tamtych latach dopiero raczkowała. Nasza osada zagubiona w głębokiej dolinie swego przekaźnika nie miała. Irytującą była konieczność szukania zmieniającego się zależnie od pogody, pory roku, wiatru, miejsca dla anteny. Mieliśmy swój pierwszy telewizor o nazwie Pegaz i z jednym kanałem - mimo kłopotów z zasięgiem, zakłóceniami, dawał nam sporo przyjemności. Dwie pozycje zapamiętane to serial z doktorem Kilderem i festiwal piosenki w Sopocie - w 1966 był Gerry Wolff, o którym pisałem wcześniej, Udo Jürgens, Angela Zilia. Lata 60. i 70.  to był szczyt poziomu Sopotu.
Równolegle do fabrycznej pracy i prywatnych rozrywek biegł proces zdobywania magisterium - projektowanie, konsultacje i realizacja prac dyplomowych. 

P.S. Od Lecha - Tadeusz wspomiał o lnianych ściereczkach eksportowanych do Australii. Tak jest, mieliśmy ich sporo. Zajrzałem do szafy, na samym wierzchu znalazłem tę...

Polski len

W lewym górnym rogu umieściłem znajdujący się na dole ściereczki napis - Designed in Australia for. W prawym dolnym rogu metka w krajem producenta.

 
1 , 2