Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: studia

piątek, 11 września 2015

 Tadeusz
Czwarty rok studiów, poza normalnym i opisywanym już wchodzeniem w tajniki sztuk wizualnych, miał także trochę aspektów prywatnych. Piszę - prywatnych - na myśli mając, że to co z zawodem artysty jest związane to nie jest prywatne, osobiste, ale należy do diaspory przez los preferencjami obdarowanych i także do warsztatu manipulacji odbiorcami dzieł sztuki dopuszczonych. 
A więc na początku roku akademickiego startowałem do uczelnianego konkursu o stypendium artystyczne. Poza oczywistą odpowiednią średnią ocen (wraz z lekceważonymi przedmiotami typu historia tkaniny, chemia barwników, perspektywa itp.) należało zrobić wystawę malarstwa, która decydowała o przyznaniu mocno limitowanego wyróżnienia. Prestiż  tego stypendium był ogromny! W uczelni artystycznej (chyba każdej) student wyróżniający się był przez kolegów bardzo szanowany! Gdy w okolicy grudnia poznałem decyzję o przyznaniu mi tego stypendium  byłem wręcz wniebowzięty. Poza oczywistym prestiżem także finansowe skutki - 1000 zł miesięcznie, zawieszenie pobierania stypendium fundowanego z przemysłu, no i wyrównanie od października. Do Sokółki (miasteczko na północ od Białegostoku) jeździłem by kupić stereofoniczny adapter Ziphona z NRD, najwyższej jakości amatorski sprzęt do odtwarzania winylowych płyt stereo. Władze PRL, zapewne słusznie, nachalnie promowały prowincjonalne miejscowości i sklepy Gminnych Spółdzielni, i tam dostępne były bardzo poszukiwane w "wielkich" miastach produkty. Tyczyło to także książek, aż do końca PRL najlepsze pozycje w rodzaju "Ulissesa" czy "Imienia róży" kupowałem w sklepach GS w Gródku, Surażu czy Lipsku gdzie leżały jako towar niechodliwy. Kto dziś uwierzy, że książka może być towarem reglamentowanym? Do ciekawostek czasów zaliczyć też można, że nieformalny koniak albański Skanderbeg  był tylko w wiejskich placówkach Gminnych Spółdzielni wzbudzając obrzydzenie.

Tak banalny dziś sprzęt czyli odtwarzacz muzyki na odpowiednim poziomie technicznym zmienił nasze nawyki  jak też preferencje zakupowe. Rozpoczęło się kolekcjonowanie płyt ze wspaniałymi nagraniami radzieckiej Miełodii i enerdowskiej Eterny, także węgierskiego Hungarotonu. Z tamtych czasów mam np. "Requiem" Verdiego z E. Schwarzkopf i G. di Stefano (pamiętają te nazwiska znawcy albo mamuty). 

A pod koniec akademickiego roku okazało się, że spodziewamy się dziecka. Miałem przed sobą jeszcze cały rok do absolutorium, a więc pojawił się lęk o miejsce zamieszkania. Gdy przed paru miesiącami dostaliśmy psa to gospodyni twardo postawiła warunki - pozbywamy się psa albo won. Ale w wypadku dziecka okazała się bardzo sympatyczna - młodzi dziecko mieć powinni i ona to akceptuje!  

Wakacje były radosne. Pojechaliśmy autostopem nad morze do Dziwnówka. Podróż traktowaliśmy z należytą starannością wobec błogosławionego stanu małżonki. Dnie zwyczajne, trochę machania na samochody, trochę marszu przez miasta, jeżeli samochód ciężarowy to żona w szoferce. Ale noce luksusowe, w hotelach, choć też raz w stodole. Dziwnówek naraił nam mój profesor Stefan Wegner od estetyki, adorator mojej żony po plenerze w Sieradzu. 
Nawet dla niej obraz namalował z jej tańczącym wizerunkiem (kto znajdzie jej profil na obrazie?). Widać wyraźnie zastosowanie reguł kompozycji - duża grupa luźnych niebieskich plam w lewej górnej części zrównoważona małą i gęstą grupą żółtych w prawym dolnym rogu. Czyste wykoncypowanie kompozycji - te żółcie nie istniały nigdzie, to był powidok czyli reakcja oka na błękity - wiedza teoretyczna ułatwiła znalezienie pięknego wyważenia stron według prawej przekątnej. Użyte nienaturalne kolory mają swoja wymowę - cieplejsza ultramaryna to niebiańskość zjawiska, chłodniejsze turkusy na platoniczność stosunków wskazują. Ten obraz z pewnością był przeżyty przez starego profesora.

 Po parodniowym dojeździe na miejscu okazało się, że w wynajętej izbie chaty w nocy utrapieniem były pchły, a w dzień nie było co jeść, bo tylko jeden barakowóz służył jako restauracja z bardzo niewyszukanym menu. Ale morze jest dla mnie wartością samą w sobie - niezależnie od pogody mogę godzinami plażą iść i stale jestem szczęśliwy. Siedzieliśmy na brzegu po każdej zmianie pogody, morze zmieniało barwy wraz z niebem z każdym innym promieniem słońca, każdym zamgleniem, zachmurzeniem, każdy kierunek wiatru zamieniał scenę morza i nieba w inne widowisko. Dziwnówek nie był jeszcze modny ani popularny, ludzi było mało, a przy zachmurzeniu plaża wręcz pusta. Powrót był bez niespodzianek ani przygód prócz samej końcówki - ostatnie 20 kilometrów do Łodzi przeszliśmy pieszo podczas ulewnego deszczu po rozbijanym przez wielkie krople świeżym asfalcie. Po pas byliśmy pokryci drobinami smoły - ówczesny asfalt był marnej jakości.

Potem była praktyka w zakładach lniarskich w Walimiu, do którego dojazd autostopem na ciężarówce z prętami zbrojeniowymi i samą miejscowość trochę  już opisałem. Tam uzgodniłem, że u nich pracę podejmę za rok. Mieszkanie dostanę. Stanowisko kierownika komórki wzorcującej otrzymam. W środku Gór Sowich zamieszkamy.  

czwartek, 27 sierpnia 2015

 Tadeusz
Po pierwszym roku trzeba było wybrać specjalizację.
Projektowanie odzieży, tkactwo lub druk na tkaninie. Wszystkie kierunki miały wspólny trzon ogólny, artystyczny - malarstwo z rysunkiem i kompozycję, a także przedmioty  uzupełniające typu estetyka, historia sztuki, zasady projektowania wnętrz z różnymi rodzajami perspektyw, grafika warsztatowa. Także technologia malarstwa - opis technik, materiałów, pigmentów, chemikaliów używanych przez malarzy od początku świata! Moją zmorą było liternictwo - jego część obejmująca pisanie odręczne była dla mnie leworęcznego prawie niewykonalna - pisanie i rysowanie to są dwa zupełnie oddzielne działania dla mózgu.
Specjalizacja to było projektowanie przemysłowe ze wszystkimi jego aspektami technologicznymi. 
Absolwent naszej uczelni musiał być gotowy do podjęcia pracy w zakładzie przemysłowym, powinien znać proces produkcji, prowadzić nadzór autorski itp. To była uczelnia kształcąca kadry w sposób bardzo pragmatyczny, racjonalny. 

Wybrałem druk na tkaninie z racji na jego najbliższy kontakt z malarstwem - i to się okazał bardzo trafny wybór. Przez 4 lata opanowałem technologię druku w takim stopniu, że po absolutorium po V roku mogłem nie tylko projektować nowe wzory, ale też poprowadzić całą prostą drukarnię z filmdrukiem czyli drukiem ręcznym poklatkowym, a po krótkim rozeznaniu sprzętowym także rotacyjnym (przypominał on nanoszenie na ścianę wzoru wałkiem z deseniem). 
Opanowany miałem proces opracowania projektu pod względem technicznym czyli ustawienia modułu powtarzalnego (tzw. raport) tworzącego ciągły wzór, także cały proces przygotowania wyciągów barwnych, szablonów, receptur farb. Miałem rozeznanie o charakterystyce barwników, ich trwałości, celowości stosowania takiej, a nie innej grupy.
Ku memu zaskoczeniu przy pracach nad projektami drugorzędnie traktowane były demonstracje indywidualności, kreatywności. Na każdym początku kolejnych lat przedstawiane były przywożone z różnych wystaw i targów światowych najnowsze tendencje mody.  Do nas należało ich wdrożenie, tworzenie kolekcji wzorów wedle narzuconych wytycznych. Nie było tolerowane osobiste upodobanie, nowatorstwo, eksperymenty, najważniejsza była elastyczność projektanta wobec żądań odbiorców. Projektowanie obejmowało tkaninę zasłonową i odzieżową. O ile ta pierwsza miała swe uniwersalne typy wzorów i zasady, zmienność była powściągliwa niby moda męska, o tyle druga była kapryśna jak kobiece upodobania. Ściślej - jak merkantylne i wyrachowane zasady producentów tendencji w modzie odzieżowej.

Miałem poważne kłopoty z tą odzieżówką - uleganie wytycznym i podleganie cudzym wymaganiom wydawało się dalekie od twórczości i budziło we mnie wewnętrzny sprzeciw. Banalność używanych motywów nie ułatwiała mentalnego zaangażowania. Przez całe moje późniejsze życie zawodowe okazało się, że jednak właśnie umiejętność dostosowania się do wymagań zleceniodawcy jest cechą najcenniejszą - dającą największy zysk.
Po latach dopiero zdałem sobie sprawę jak wielki i decydujący wpływ na moją osobowość i postawę zawodową miała prof. Teresa Tyszkiewicz KLIK prowadząca zajęcia z projektowania tkaniny odzieżowej, ale też podczas zajęć, korekt i rozmów pokazująca nam wzorce postaw estetycznych, etycznych, intelektualnych. Miałem zaszczyt i szczęście mieć z nią parę rozmów prywatnych w jej pracowni. O ile nie podzielałem wtedy jej zachwytu dla muzyki Oliviera Messiaena, to jednak jej stosunek do koncepcji filozoficznych Pierre'a Teilharda de Chardin jest mi nadal bliski i inspirujący. O tym napiszę jednak później. Teresa Tyszkiewicz i Stanisław Fijałkowski to dwie osoby, które do opisanych już przeze mnie wcześniej 4 książek dodały swój udział nadal funkcjonujący. Na zdjęciu oni razem.

Do dziś istniejąca pozostałość z mojego romansu z robieniem projektów na sukienkowe wzory jest moje zainteresowanie roślinami. Bo kwiaty i liście były podstawą ówczesnego projektowania. Dla czystej satysfakcji uczyłem się nazw i wyglądu roślin, kupowałem atlasy, naukowe spisy i opisy, rośliny fascynowały mnie. Po latach, w czasie trudnego do zdobywania zleceń okresu stanu wojennego, te zainteresowania pozwoliły na stworzenie katalogu roślin leczniczych wydanego jako dodatek do Zielonego Sztandaru (organ ZSL - olbrzymi nakład!) poradnika zielarskiego.
Dał on mnie i grupie współpracowników, zakamuflowanych opozycjonistów, utrzymanie na parę lat. A i dziś mogę zobaczyć na trawniku żółte kwiatki i powiedzieć, że to pięciornik gęsi, a tam pięciornik kurze ziele. Że o tojeści - przepięknym chwaście, lub rzadkim arcydzięglu i storczyku kukawce i wielu, wielu innych, po łąkach i lasach chodząc, nie wspomnę. Ulubioną moją rodziną roślin są baldaszkowate. Każdy zna kwiatostany kopru, podobne są marchwi i pietruszki, ale rzadko dopuszcza się do ich rozkwitnięcia. Ciekawostka taka: w środku białego baldacha u marchwi jest jeden malutki bordowy kwiatek! W tej rodzinie są też dwie rosnące i u nas rośliny bardzo silnie trujące: cykuta i szczwół - podobno wbrew powszechnej opinii tą drugą, a nie pierwszą otruto Sokratesa. 
Samo projektowanie to była tylko artystyczna podstawa naszej edukacji. Były też warsztaty, na których ręcznie, pędzelkiem nanosząc wyciąg koloru na siatkę robiliśmy szablony  - w semestrze każdy miał swej własnej tkaniny parometrowy wydruk - jednej sukienkowej i jednej zasłonowej. Oczywiście technologia przygotowania i druku była najtańsza, bez profesjonalnego, przemysłowego zaplecza, farby pigmentowe mało odporne na ścieranie i spieranie. W naszym wynajętym pokoju na oknie wisiały zasłony mojego projektu. To była satysfakcja! Sukienek z moimi wzorami żona nie nosiła, zapewne z powodu tandetnej tkaniny użytej do produkcji.

Podczas wakacji mieliśmy praktyki w zakładach włókienniczych. Polegały one jednak nie na konkretnej pracy, ale na patrzeniu, pytaniu, podglądaniu sztuczek produkcyjnych, zwiedzaniu oddziałów przygotowujących tkaniny, a potem wykończających. 
Pierwsza praktyka była w Zakładach Przemysłu Bawełnianego im. J. Marchlewskiego w Łodzi - (dawne zakłady Poznańskiego). To był chyba największy zakład włókienniczy w Polsce. Na IV roku dostałem od nich stypendium fundowane. Tym samym, prócz 650 zł. na miesiąc czyli o 150 więcej od stypendium państwowego,  zagwarantowane miałem miejsce pracy po studiach. Tam po raz pierwszy zetknąłem się z prawdziwą klasą robotniczą. Ale też z jej rozwarstwieniem. Otumanione hałasem, niecierpliwie czekające końca zmiany snowaczki, natykaczki, prządki i tkaczki (dużo było zawodów o dość unikalnych nazwach) z jednej strony, z drugiej przedwojenni specjaliści robiący stalowe elementy do szablonów do druku wielkoseryjnych produkcji tkanin o drobnych wzorach, konserwatorzy maszyn, ślusarze precyzyjni umiejący dorobić zużytą część. Kółka w produkcyjnej machinie i fachowcy - rzemieślnicy.
Najsilniejsze i najbardziej przygnębiające wrażenie zrobiły na mnie dwa oddziały.
Bielnik czyli XIX -wieczna ciemna, duszna, mokra hala z latającymi z maszyny do maszyny taśmami tkanin bielonych po utkaniu, gryzący zapach podchlorynu. Widok bielnika w tych zakładach był miejscem kręcenia scen filmu "Ziemia obiecana" Wajdy, nie było potrzeby robienia scenografii.
Oddział drugi to tkalnia z setkami warczących i dudniących krosien, między którymi biegały i pochylały się szaro ubrane kobiety - każda obsługiwała po kilka krosien, często musiały wiązać urwany wątek lub osnowę. Takiego poziomu nieustającego, monotonnego hałasu nie spotkałem nigdzie. A jednak bardzo niechętnie tkaczki nakładały ochraniacze na uszy. 

Druga praktyka była po IV roku w Zakładach Przemysłu Lniarskiego w Walimiu koło Wałbrzycha. Stary, z XIX w. niemiecki zakład jedwabniczy, maszyny tkackie, także żakardowe czyli robiące tkane wzory, tak zużyte, że zamiast cienkiego jedwabiu luzy w ruchomych częściach pozwalały jedynie na grube nici lniane.
To było miejsce wymarzone pod względem piękna okolicy - dolina wśród Gór Sowich. Ale też moich kompetencji - tamtą drukarnię filmdruku potrafiłbym sam prowadzić. Felerem był brak potrzeb projektowych, cała produkcja szła na eksport wedle przesłanych wzorów. PRL była słynna z polskich tkanin lnianych, lnem obsiane było 100 tysięcy hektarów.  Atutem zakładu była potrzeba posiadania własnej komórki wzorcującej czyli atrybutu potwierdzającego rzetelny status i prestiż  zakładu włókienniczego. I ten atut wiązał się z nowymi wydarzeniami mojego życia, co skwapliwie po roku wykorzystałem. 

Specjalizacja zawodowa, rzemieślnicza, była prozą moich studiów i chlebem powszednim. Poezją lub raczej magią albo też omastą smakowitą były sprawy sztuki czystej - a więc malarstwo z rysunkiem i kompozycja. To osobny nurt studiów, z którego rzemiosło tylko częściowo czerpało.

 
wtorek, 11 sierpnia 2015

Lech  Lech

Kilka dni po przyjeździe z Norwegii wróciłem do normalnego trybu życia i pracy. Okazało się, że podczas mojej nieobecności w Zelmocie rozpoczęto prace nad stworzeniem właściwych zapasów produkcyjnych w celu poprawy rytmiczności produkcji. To zgadzało się z moimi wnioskami z analizy zakładu i z podaną przeze mnie metodyką prac. Włączono mnie do pracy w zespole opracowującym to zadanie. Łączyło się to chyba z pracą w godzinach nadliczbowych. Byłem w siódmym niebie - moja praca dyplomowa jest wdrażana już przed jej zakończeniem, zauważono mnie, jestem potrzebny.

Kilka dni później kierownik naszej katedry, profesor Chajtman, przeprowadził przegląd postępu prac dyplomowych. Oczywiście zgłosiłem się na ochotnika do prezentacji swoich osiągnięć. W miarę prezentacji widziałem jak twarz profesora pochmurniała. Skończyłem. 
- Co pan o tym myśli? - spytał profesor jednego z asystentów. Ten udzielił dość wymijającej odpowiedzi.
- Zastanawiam się - to było skierowane do mnie - czy pana nie należy cofnąć na III rok. Pan w ogóle nie orientuje się w zagadnieniach struktury produkcyjnej. 
Po sali przebiegł szmer grozy. Czułem, że ziemia zapada mi się pod nogami. Gdy nieco ochłonąłem zgłosiłem się po pomoc do magistra Lisa. Magister Lis nie robił kariery naukowej, ale robił wrażenie bardzo rozsądnego i praktycznego człowieka. Przyjął mnie ze sporą rezerwą. 
- Struktura produkcyjna - powiedział - pamięta pan tablicę elementarnych form struktury produkcyjnej? 
Oczywiście, że pamiętałem, to był ulubiony temat profesora. Krążyła anegdota, że jest to dla niego odpowiednik tablicy Mendelejewa.  Magister Lis wyciągnął stronę z tą tablicą i przez chwilę patrzyliśmy na nią z zadumą. Niech pan dobrze pomyśli na ten temat i wyciągnie właściwe wnioski. Taki był właśnie magister Lis - bardzo ogólne i niezobowiązujące wskazówki. Jakie wnioski? Jakie wnioski?! To pytanie dręczyło mnie chyba 3 dni, aż wpadłem na właściwy trop. Nie będę tu wdawał się w szczegóły, ale za miesiąc zaprezentowałem profesorowi swój pomysł zastosowania tablicy form struktury produkcyjnej w Zelmocie i całkowicie podbiłem tym jego serce. O dyplom nie musiałem się już martwić zresztą życie przynosiło coraz to nowe tematy.

Najważniejszą sprawa było mieszkanie. Zelmot podpisał umowę z Warszawską Spółdzielnią Mieszkaniową, w ramach której spółdzielnia przeznaczała co roku kilkanaście mieszkań dla pracowników zakładu. Pan Tadeusz osobiście dopilnował żebym złożyl podanie. W tym roku pan nie dostanie, ma pan za krótki staż pracy, ale w przyszłym roku na pewno.

Kolejną ważną sprawą był praktykant z Cejlonu - od 1972 roku ten kraj nazywa się Sri Lanka. Polska zawarła kontrakt na budowę dużej galwanizerni na Cejlonie. W ramach kontraktu miano przeszkolić w Polsce kilku przyszłych pracowników tego zakładu. Jednego z nich skierowano do Zelmotu. Centrala handlu zagranicznego miała zapewnić praktykantowi tłumacza, ale tu wtrącił się pan Tadeusz. Po co nam obcy tłumacz? Przecież pan Milewski zna angielski i to praktycznie, właśnie wrócił ze stażu w Norwegii. A do tego zna nasz zakład i naszych ludzi. On zrobi to najlepiej.
Ustalono, że codziennie będę spędzał 2 godziny na galwanizerni tłumacząc wszelkie instrukcje i zadania, pytania i problemy. Prócz tego opracuję materiały szkoleniowe według wskazówek kierownictwa galwanizerni. Poświęcony na to czas odpracuję po godzinach. Za ten wysiłek dostawałem wynagrodzenie równe mojej płacy podstawowej.
Cejlończyk był całkiem sympatyczny. Miał bardzo długie nazwisko i kilka imion, z których zapamiętałem jedno - Achilles. Pochodzę z bardzo dobrej i wykształconej rodziny - wyjaśnił - sam też mam bardzo gruntowne wykształcenie w angielskiej szkole. Był bardzo dumny ze swojego kraju. Pani Bandaranaike, pierwsza na świecie kobieta premier - KLIK - mówił z dumą.

Cejlon

Wyciął z blachy plakietkę w kształcie Cejlonu i pięknie ją pochromował w galwanizerni. Gorzej było ze szkoleniem. Zatrudnieni w galwanizerni inżynierowie stwierdzili, że Achilles nie zna najprostszych podstaw chemii - symboli pierwiastków, budowy chemicznej kwasów i zasad. Musieli zacząć od podstaw. Mnie przypadło tłumaczenie na angielski podręcznika chemii z V klasy szkoły podstawowej. Po kilku dniach Achilles zbuntowal się. Wybuchł gniewem, krzyczał, płakał - oszukujecie mnie, tracicie czas na jakieś naukowe rozważania zamiast mnie uczyć fachu. Ja wiem co powinien wiedzieć pracownik techniczny galwanizerni!
- Co powinien wiedzieć? - spytaliśmy.
- Jak przychodzą z Anglii worki z chemikaliami to na nich są litery: A,B,C... Inżynier ma karteczkę, której nikomu nie pokazuje. Tam pisze ile wsypać z każdego z tych worków do kąpieli galwanicznej. Ja chcę tu dostać taką karteczkę.
Inżynierowie kiwali głowami - prawdziwe oblicze kolonializmu. Uczą ich mitologii greckiej a inżynierię zastępują karteczką z recepturą. Taki specjalista pozostaje całkowicie uzależniony od dostawcy z Anglii. Nie ma pojęcia co kryje się pod symbolami A, B, C... Cała nadzieja w pani Bandanaraike.
Póki co potrzebna była pomoc ludzi z centrali handlowej i chyba nawet z cejlońskiego konsulatu. Achilles pogodził się z losem.Dużo lepiej radził sobie ze sprawami osobistymi. Któregoś dnia zaprosił mnie do siebie do hotelu Polonia. Wyciągnął paczkę z jakimiś cejlońskimi przysmakami, ja przyniosłem butelkę wódki. Nie minęło wiele czasu a ktoś zapukał do drzwi. Weszły dwie bardzo efektowne dziewczyny. Oczywiście - hotel Polonia - toż to była oaza płatnej miłosci. Achilles był w doskonałym humorze. Podziwiałem jak wiele nauczył się po polsku. Czułem się całkiem niepotrzebny. Na dodatek jedna z pań powiedziala - a ja pana dobrze znam.
Tylko tego brakowało.
- Skąd pani mnie zna?
- Z Zelmotu, pan codziennie przychodzi na wydział. 
Wódka, po godzinach, w hotelu, z koleżankami z pracy - tego było za wiele. Wymyśliłem jakiś pretekst i wymknąłem się.
Następnego dnia rozejrzałem się dokładniej po galwanizerii. 
- Dzień dobry panu - zgarbiona postać w brudnym kombinezonie z wypalonymi przez kwasy dziurami, zniszczona twarz bez makijażu, niezgrabne wielkie kalosze i gumowe rękawice. 
- Dzień dobry pani.
Od kierownika galwanizerni dowiedziałem się, że milicja kieruje tu regularnie prostytutki na "reedukację". Po kilku latach pracy w takich warunkach stracą zdrowie i urodę.

Sylwia

Skończył się kolejny semestr a moja praca dyplomowa nie była zakończona. Dalsze mieszkanie w akademiku wymagało specjalnych zabiegów. Pan Tadeusz zasugerował zamieszkanie w hotelu robotniczym - to zwiększy pana szanse na otrzymanie mieszkania - argumentował. Hotel robotniczy znajdował się na Służewcu Przemysłowym, łatwy dojazd autobusem. Dostałem miejsce w dwuosobowym pokoju razem z Janem - kolegą z pracy. Minusem był brak stołówki i towarzystwa kolegów. Zacząłem korzystać ze stołówki w pracy. Obiady nie były takie dobre jak w akademiku, ale była to duża wygoda, szczególnie w sytuacji gdy musiałem odsiadywać nadgodziny za czas spędzony z Cejlończykiem.W Zelmocie było także ambulatorium z gabinetami lekarskim, dentystystycznym i fizjoterapii.

W drugiej połowie maja 1965 ukończyłem wreszcie i obroniłem pracę dyplomową. Zostałem magistrem inżynierem. Rok później moja praca dyplomowa została wyróżniona na ogólnopolskim konkursie. 

Praca, hotel robotniczy, Cejlończyk, dyplom - nie wspomniałem ani słowem o Sylwii.
Sylwia ukończyła szkołę techników fizjoterapii już w czerwcu 1964 i we wrześniu rozpoczęła pracę w szpitalu Wojskowej Akademii Medycznej na ulicy Szaserów. Tak więc oboje byliśmy samowystarczalni i niezależni. Pora na decyzję co do naszej przyszłości. Tymbardziej, że Sylwia świetnie prezentowała się na skuterze. Nie moim. Może odjechać w siną dal.

Poniżej mój dyplom...

Dyplom

czwartek, 30 lipca 2015

Lato 1963 roku zapowiadało się interesująco.

Rozpoczęło się w szpitalu na ul Barskiej. Przepuklina to bardzo prosta operacja, ale w tym czasie wymagała 10-dniowego pobytu w szpitalu po operacji żeby pacjent nie wykonał jakiegoś wysiłku, który mógłby zniweczyć trud chirurga.
Potrzebny był równiez 2-dniowy pobyt w szpitalu przed operacją żeby wykonać wszystkie potrzebne badania. Dlaczego nie można było wykonać tych badań przed wizytą w szpitalu? Dobrze poinformowani twierdzili, że w ten sposób szpital poprawia wskaźniki ekonomiczne - łóżko zajęte a koszt obsługi pacjenta żaden.
Ze mnie szpital odniósł dodatkowe korzyści. Na mojej sali oprócz mnie leżały trzy osoby operowane na wrzód dwunastnicy. Po tej operacji pacjenci ciepieli mocno a pielęgniarka obsługiwała kilka sal.
- Panie student, czy to tak ładnie? Pan się wyleguje, ja mam ręce pełne roboty a koledzy się męczą. - Przyznałem, że nieładnie. Przydzieliła mi dwa zadania - pierwsze - zwilżać chorym usta wodą przy pomocy szpatułki owiniętej gazą. Drugie - pomagać im oddać mocz do "kaczki".
- Chyba bardziej przystoi żeby to kolega trzymał koledze fajfusa - uzasadniała pielęgniarka.
Pacjenci gorączkowali, mieli kłopoty z oddaniem moczu, miałem więc sporo zajęcia.

Wreszcie operacja pod znieczuleniem miejscowym. Chirurg podźgał mi trochę brzuch strzykawką a potem już nic nie czułem. Następnie 10 dni leżenia na plecach w bezruchu. To było bardzo ciężkie, ale jakoś minęło. Pod reką miałem długi bandaż przywiązany do przeciwnej poręczy łóżka. Nazywano to lejcami - dzięki nim mogłem się podciągnąć do pozycji siedzącej. Gdy zobaczyl to mój współlokator Wiesiek to zaproponował - chcesz, załatwimy ci wczasy hippiczne?

Lech

Zamiast wczasów w siodle miałem obóz za kierownicą. Przypomnę, służyłem w wojskach samochodowych. Trzeba przyznać, że treningu za kierownicą nam nie brakowało. W Warszawie były to samochody osobowe. Zmorą było zapalanie silnika na korbę. Szczególnie gdy silnik zgasł podczas przejazdu przez tory tramwajowe w godzinach szczytu. Patrzyłem błagalnie na instruktora żeby pozwolił użyć startera, ale on patrzył w niebo. Wysiadałem z samochodu z korbą i kręciłem. Tramwaj dzwonił, pasażerowie na stopniach wygrażali mi a silnik ani mru-mru. Spoglądałem pytająco na instruktora a on coś pokazywał na migi.
- Wyłączyłem stacyjkę bo zostawiłeś silnik na biegu.
Na obozie w Ostródzie prowadziliśmy ciężarówki i ćwiczyliśmy bardziej specjalistyczne operacje - jazda w kolumnie, jazda nocna, wjazd ciężarówką na wagon kolejowy. Wszyscy zdali egzamin bez problemów. Dostałem zawodowe prawo jazdy. Powyżej fotografia z prawa jazdy.

Po obozie miałem chyba 3 tygodnie wolnego, potem wycieczka. Było nas około 30 osób. Wycieczka odbywała się na zasadzie bezdewizowej wymiany z jakąś austriacką organizacją studencką. Oni zapewniali nam transport, zwiedzanie, wyżywienie i noclegi. W zamian za to ich wycieczka zwiedzała Polskę na takich samych zasadach. Mogliśmy wykupić kieszonkowe 200 szylingów czyli około 8 dolarów.
W wycieczce brały udział jeszcze dwie osoby z naszego wydziału. To mnie zdziwiło - nie widziałem was na liście kandydatów. A bo myśmy się zakwalifikowali w ramach puli rady naczelnej. A więc byli równi i równiejsi.
Sporym przeżyciem było podwójne przekraczanie granicy czechosłowackiej. Kilkugodzinna kontrola pociągu, psy, strażnicy z przemyślnymi lusterkami na kółkach, które wsuwali pod siedzenia żeby sprawdić czy czegoś tam nie ukryliśmy. Przed granicą czesko-austracką do pociągu wsiedli jacyś panowie w nieznanych nam mundurach i obserwowali z ironicznym uśmiechem te procedury kontrolne. Wreszczie pociąg ruszył, przekroczył żelazną kurtynę a panowie przypięli piękne odznaki austrackiej straży granicznej - witamy w wolnej Austrii. Moi towarzysze w przedziale zrelaksowali się. Wszyscy zaczęłi wyciągać ukryte dotąd dolary. Byłem chyba jedynym, który zadowolił się kieszonkowym. Zaczęły się rozmowy na tematy handlowe. Co też warto w Wiedniu kupić i gdzie. Co do ostatniego pytania odpowiedzi były zgodne - u Skoczylasa (a może Szumilasa?), WipplingerStrasse 11. Zorientowałem się, że para studentów z mojego wydziału (małżeństwo) ma duże doświadczenie handlowe - z Bułgarii kożuszki, z Turcji skórzane kurtki. A co z Austrii? Ortalionowe płaszcze i koszule non-iron - brzmiała poprawna odpowiedź.

W Wiedniu zamieszkaliśmy w domu akademickim na Pfeilgasse gdzie dostawaliśmy raczej skromne śniadania i kolacje. Na gorący posiłek popołudniowy jeździliśmy do stołówki Mensa*.
Pierwszego ranka po przyjeżdzie stałem się dość popularną osobą - tłumaczem w banku gdzie wszyscy wymieniali dolary na szylingi. A zatem wymaganie znajomości języka obcego nie było decydującym kryterium kwalifikacyjnym, ważniejszy był kontakt w Radzie Naczelnej.
Poszedłem też z moimi towarzyszami do sklepu na WipplingerStrasse. Obsługiwał nas sam pan Szumilas (a może Skoczylas?), ponoć przed 1956 rokiem był wyższym urzędnikiem w jakimś ministerstwie w Polsce.
- Witamy przedstawicieli klasy robotniczej - pozdrawiała nas kasjerka.
- To nie klasa robotnicza pani Irenko, to jest już czerwona burżuazja - korygował ją właściciel. Miał rację.
Podliczyłem moje zapasy waluty. Płaszcz ortalionowy był poza moim zasięgiem - chyba 130 szylingów (5 dolarów) - po 1300 zł w Polsce - komentowała koleżanka z wydziału. Kupiłem nylonowe pończochy dla Matki i Sylwii oraz koszulę non-iron dla siebie. Pozostała mi jeszcze połowa kieszonkowego.

Pierwsza wizyta w stołówce Mensa była dla mnie pamiętna. Mogliśmy wybrać jedno gorące danie i jedną butelkę napoju - woda mineralna, lemoniada, Coca Cola. Coca Cola? - toż to był symbol zgniłego kapitalizmu. Piłem ją z nabożeństwenm i pewnym niepokojem - czy też to mi nie przewróci w głowie? Nie przewróciło. Po powrocie do Polski znalazłem gdzieś doskonałą charakterystykę tego napoju - jakbyś łykał piłeczki pinpongowe.

Naszym głównym zajęciem było zwiedzanie Wiednia, ale to trudniej opisac niż drobne scenki rodzajowe. Zwiedziliśmy cesarski pałac, letnią rezydencję Schönbrunn - KLIK, kilka kościołów i muzeów. Podczas zwiedzania katedry św Stefana zauważyłem ogłoszenie o wieczornym koncercie organowym. Opuściłem kolację żeby go wysłuchać. Innym wydarzeniemn muzycznym był koncert symfoniczny w sali ratuszowej. Grali nieznaną mi do tego czasu VII symfonię Beethovena.

Oczywiście nie obyło się bez porównań warunków życia. Wiedeń nie ucierpiał wiele podczas wojny więc nie było można porównywac go do Warszawy. Do Krakowa dał się jednak porównać. Oczywiście budynki na miarę wielkiego cesarstwa, ale to zasługa dawnych czasów. Zdecydowaną różnicą była ilość samochodów i ruch na ulicach. Dużo sklepów, ładne wystawy, dużo reklam - tego można było się spodziewać.
Amerykański dolar był wart około 25 szylingów. W tym samym czasie oficjalny kurs dolara w Polsce, po którym kupowałem swoje kieszonkowe wynosił 24 zł. Patrząc na ceny na wystawach odnosiłem wrażenie, że są bardzo podobne do tych w Polsce. Pozostawało pytanie - jakie są tu zarobki? Niestety nie mieliśmy kontaktu z nikim z miejscowych więc nie znaliśmy odpowiedzi. Nasi przewodnicy unikali dyskusji na takie tematy.
Na marginesie dodam,  że istniał rówież jeszcze bardziej oficjalny kurs dolara - 4 zł, ale nie wiem w jakich przypadkach był stosowany. Na czarnyn rynku kurs dolara wynosił około 100 zł. W 1972 roku utworzono sklepy Pewex, które skupowały dolary po 72 zł.

Kolejnym etapem był Linz. Jedynym uzasadnieniem pobytu w tym mieście była chyba wizyta w hucie i obejrzenie spustu surówki z wielkiego pieca. Tak jak w Nowej Hucie. W Linzu doszło do niemiłego incydentu. Obiad dostaliśmy w zakładowej stołówce a tam napoje można było sobie kupić w automacie. Kilka osób podniosło wielki krzyk - co za traktowanie!? Nasi przewodnicy zauważyli, że po pierwsze na stołach są dzbanki z wodą a po drugie właśnie na ten cel mamy kieszonkowe. Krzykacze nie ucichli - o chlebie i wodzie nas tutaj trzymają. Na szczęście nie umieli tego powiedziec w żadnym jezyku obcym a ja uchyliłem się od tłumaczenia. Oczywiście najwiecej krzyku podnieśli ci, którzy przewieźli do Austrii najwięcej dewiz.

Następny etap - Salzburg...

Salzburg

Tu spędzilismy chyba dwa dni. Oczywiście odwiedziliśmy dom rodzinny Mozarta. Mieszkaliśmy w hotelu młodzieżowym (Jugend Herberge) w pobliżu lotniska. Było tam pianino. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności zagrania menueta Mozarta. Moja pycha została ukarana, nie mogłem żadnego sobie przypomnieć, skończyło się na uproszczonej wersji Serenady Schuberta.

Następnego dnia pojechaliśmy do Zell am See. Kierowca autobusu wybrał krótszą trasę, która przechodziła przez Niemcy Zachodnie. Jakież było jego zdumienie gdy dowiedział się, że my nie możemy wjechac do NRF (nawet na 20 minut) bez wizy. Jechaliśmy więc dłuższą trasą przez Austrię, sceneria jak w bajce. Oto cel podróży...

Zell am See

Odbyliśmy wycieczki na lodowiec Kaprun i na Schmittenhohe. Drugiego dnia pobytu w Zell am See wypadał 1 września. Nagle zdałem sobie sprawę, że to przecież rocznica wybuchu II Wojny Światowej. Usłyszałem język niemiecki, wesołe śmiechy. W Polsce ten dzień nie robił na mnie specjalnego wrażenia, ale tutaj tak. Poczułem zażenowanie, że właśnie w tym dniu wypoczywam w tak pięknym miejscu w towarzystwie beztroskich ludzi mówiących po niemiecku. 1 września 1939 roku pewnie było tu tak samo jak teraz. Jakąś rekompensatą było wspomnienie odwiedzonego kilka dni wcześniej w Wiedniu pomnika ku czci żołnierzy radzieckich - KLIK
Pobyt dobiegał końca a mnie zostało pół kieszonkowego. Wydałem je bardzo rozsądnie. W Zell am See poszedłem do kawiarni w której występowali jodłujący śpiewacy i tancerze w krótkich skórzanych spodniach - KLIK. Niemiecka wersja tutaj - KLIK. Zostało mi kilka szylingów na zakup butelki Coca-Cola żeby mieć przy czym opowiadać Sylwii o moich wrażeniach.

Ostatniego dnia spędziliśmy jeszcze kilka godzin w Wiedniu - kolacja w restauracji pod gołym niebem na Grinzingu. Podawali młode wino, orkiestra grała walce i polki. Wielu gości częstowało muzyków winem i obawiałem się, że orkiestra szybko wymknie się spod kontroli. Nie ma obaw, muzycy tylko maczali usta w szklance i przelewali zawartość do dzbanów pod krzesłami.

* Mensa to organizacja zrzeszająca osoby o wysokim IQ - KLIK. Polecam test podany na zlinkowanej stronie. 

niedziela, 26 lipca 2015

Lech  Lech

Nowy rok akademicki (1962/63) zacząłem z dużym entuzjazmem. Po pierwsze wróciłem do akademika przy placu Narutowicza. Po drugie wskoczyłem w normalny rytm studiów w związku z czym przysługiwało mi stypendium. Jednocześnie stworzono nową możliwość - stypendia fundowane. Te stypendia przyznawał wybrany przez studenta zakład pracy. W zamian za to student po ukończeniu studiów musiał odpracować u swojego sponsora conajmniej okres pobierania stypendium. Studenci, którzy pozostawali na stypendiach uczelnianych dostawali po ukończeniu studiów nakaz pracy we wskazanej przez uczelnię instytucji. Dodatkową zaletą stypendiów fundowanych był fakt, że były wyższe - chyba 650 zł.

W związku z opisanymi wcześniej rozterkami na temat sensu organizacji pracy w fabryce oraz przyczepioną do naszego kierunku etykietą - szkoła dyrektorów - szukałem sponsora innego niż zakład przemysłowy. Znalazłem - Centrala Handlu Zagranicznego Metalexport. Nie miałem pojęcia co też mogę robić w centrali handlowej, ale to był już ich problem - płacą to niech się martwią jak mnie wykorzystać. Oczywiście atrakcją była wizja wyjazdów zagranicznych.
Spotkanie w dziale kadr Metalexportu wypadło bardzo dobrze, pochwaliłem się znajomością języków obcych, moi rozmówcy byli inteligentni i eleganccy w zachowaniu. Podpisaliśmy umowę.

Moim współlokatorem w pokoju był Wiesiek K., który był przewodniczącym Związku Młodzieży Socjalistycznej (ZMS) na naszym wydziale. To mnie trochę zmroziło jednak już po klku dniach lody prysły. Po pierwsze fakt, że Wiesiek mieszka w pokoju 4-osobowym oznaczał, że nie wykorzystuje swojego stanowiska dla celów osobistych, po drugie był wyjątkowo koleżeński i wkładał wiele autentycznego trudu w działalność społeczną. Nie minęło wiele czasu gdy Wiesiek zapytał dlaczego ja nie włączam się do żadnych prac społecznych. Na pewno nie zapiszę się do ZMS - warknąłem. A kto mówi o ZMS, jest jeszcze ZSP, radiowęzeł, gazeta Politechnik.  Tyle rzeczy do zrobienia a w nagrodę można dostać atrakcyjne wczasy, nawet zagraniczne - kusił. Ten ostatni argument zastanowił mnie - jaką działalność byś mi sugerował? Sąd koleżeński - odpowiedział Wiesiek - tam poznasz dużo osób, zorientujesz się jak wyglądają inne rodzaje działalności. Zgodziłem się, właśnie zbliżał się termin wyborów, zostałem wybrany jakąś astronomiczną ilością głosów. To dlatego, że nikt cię nie zna - śmiał się Wiesiek - im więcej działasz tym większa szansa, że komuś podpadniesz.

Na marginesie studiów... wspomnienie z 1961 roku... do Warszawy przyjechał słynny zespół zawodowych koszykarzy - Harlem Globetrotters. Postanowiliśmy wraz z jednym z kolegów iść na ich występ na Torwarze. Wcześnie rano pospieszyłem do kas Orbisu na Brackiej. Była tam już spora kolejka. Czekając na otwarcie kas nawiązałem całkiem miłą rozmowę ze stojącym obok mnie chłopakiem. Nagle rozeszła się pogłoska, że bilety są już sprzedawane w kasach na Stadionie X-lecia. W kolejce zapanowała konsternacja, niektóre osoby pobiegły do tramwaju.
- Może jeden z nas skoczy na stadion i w razie czego kupi dla nas dwóch? - zaproponowałem mojemy przypadkowemu towarzyszowi.
- Bardzo dobrze, tylko wiesz, ja mam tylko 50zł, na jeden bilet. Jakbyś ty mógł pojechać i kupić bilet dla mnie za swoje pieniądze a ja tu bedę trzymał kolejkę.
- Świetnie, ale jakbyś doszedł do kasy zanim ja wrócę to kupisz bilet dla mnie - podsumowałem.
- Ale ja mam tylko na jeden bilet - chłopak rozłożył bezradnie ręce. Dałem mu więc 50 zł i pojechałem na stadion. Tam też kasy były zamknięte a przed nimi kolejka. Godzina 9, kasy nadal zamknięte. Za kilkanaście minut pojawił się ktoś z komunikatem - na Brackiej otworzyli już kasy i sprzedają bilety. Popędziłem więc spowrotem i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że dałem 50 zł zupełnie przypadkowej osobie na ulicy i na dodatek nie mogę sobie przypomnieć jak ona wygląda. Jeśli ten chłopak nie da mi jakiegoś znaku (o ile jeszcze tam jest) to pieniądze stracone. Dał znak, był już bardzo blisko kasy i wyglądał mnie z niecierpliwością.
Sam występ Harlemu mocno mnie rozczarował. Pokazali kilka tricków, które już widziałem na kronice filmowej. Potem rozegrali pokazowy mecz z towarzyszącą im zawodową drużyną, ale to nie budziło żadnych emocji. To było moje pożegnanie z oglądaniem imprez sportowych.

Studia nie były zbyt intensywne. W programie studiów było wiele jednosemestrowych przedmiotów, których nie traktowaliśmy zbyt poważnie. Między innymi prawo pracy. Zaskoczeniem był dla mnie fakt, że było ono w całości oparte na prawie pracy z 1935 roku czyli okresu wyzysku klasy robotniczej. Wyzysk nadal trwał - pracownicy fizyczni dopiero po 10 latach pracy uzyskiwali prawo do miesięcznego urlopu.
Powtarzając rok zaliczyłem kilka przedmiotów z wyższego roku. Wolny czas postanowiłem wykorzystać na naukę gry na pianinie. Zapisałem się do Ogniska Muzycznego do pierwszej klasy. Lekcje odbywały się w mieszkaniu mojej nauczycielki, bardzo blisko akademika. W akademiku przy ul Akademickiej, w świetlicach, były dwa pianina. Do tego jeszcze jedno na moim wydziale. Ćwiczyłem więc codziennie, czasem po kilka godzin. Na wyniki nie trzeba było czekać. W styczniu odbył się półroczny popis, na którym wystąpili uczniowie klas 1-3 czyli dzieci w wieku 7-10 lat. Gdy czekałem na swoją kolej zagadnęła mnie jedna z matek - a która to pana pociecha? Ja sam jestem swoją pociechą - odpowiedziałem. Mój występ wypadł bardzo dobrze, awansowałem chyba do 3 klasy. Widzicie państwo co to znaczy przyłożyć się do ćwiczeń - dwie klasy w ciągu pół roku - pochwaliła mnie przewodnicząca komisji egzaminacyjnej. Rodzice i ich pociechy pożegnali mnie bardzo niechętnym spojrzeniem.

Sylwia i jej rodzice nie mieli jasnego poglądu na temat jej przyszłości zawodowej i po wakacjach zaczęła naukę w szkole techników fizjoterapii. Nasza znajomość ustabilizowała się. Spotykaliśmy się dośc często, chodziliśmy razem do teatru, do kina i na koncerty a w świecie muzycznym działo się dużo. W Filharmonii Narodowej występowali doskonali dyrygenci i soliści, największe wrażenie zrobił na mnie Igor Markevitch, który dyrygował Świętem Wiosny Strawińskiego. O utworze tym naczytałem się w książce Stefana Kisielewsiego - Gwiazdozbiór muzyczny i nie zawiodłem się. Gwiazdozbiór muzyczny bardzo wpłynął na mój sposób odbioru muzyki. Inny pamiętny występ to recital fortepianowy Światosława Richtera. W operze, która jeszcze rezydowała w sali Roma kierownictwo objął Bohdan Wodiczko i on też wprowadził do repertuaru utwory Strawińskiego czy Bartoka. 

W lutym 1963 roku, podczas przerwy międzysemestralnej, pojechałem na wczasy zimowe do Karpacza. Tym razem trafiłem na doskonałe warunki śniegowe, tak dobre, że ogłoszono zimę stulecia i przedłużono nam przerwę międzysemetralną do 4 tygodni.
W naszym turnusie znalazło sie kilku zapaleńców narciarstwa. Codziennie rano spieszyliśmy do stacji wyciągu na Kopę. Po wjeździe na górę lepiej było nie zjeżdżać na dół gdyż oznaczało to ponad godzinę czekania w kolejce do wyciągu. Wędrowaliśmy więc do schroniska Strzecha Akademicka...

Strzecha Akademicka

... skąd zjeżdżaliśmy do pobliskiego schroniska Samotnia...

Samotnia

Tu można było pozjeżdżać na krótkich, ale bardzo stromych trasach, oczywiście nie było tam żadnych wyciągów. Kolejny etap prowadził do nieistniejacego obecnie schroniska im Bronisława Czecha. Stamtąd można było zjechać do dolnej stacji wyciągu na Kopę w nadziei, że kolejka zmalała, albo powędrować do nieistniejących już z nazwy Bierutowic, w których wyróżniał się kościółek Wang sprowadzony tutaj w połowie XIX wieku z Norwegii - KLIK.
Gdy relacjonowałem potem mój pobyt znajomi dziwili się - jak to przez prawie 4 tygodnie codziennie ta sama trasa? To chyba nudne. To nie było nudne. Równia pod Śnieżką to była galeria niezwykłych śnieżnych rzeźb, codziennie innych... 

Równia pod Śniezką

Wędrówka na nartach w terenie nigdy nie jest nudna. Ta prawda powróciła do mnie prawie 30 lat później.

Pobyt w Karpaczu miał również muzyczne akcenty. Po pierwsze w świetlicy było pianino więc codziennie wstawałem przed 7. żeby trochę poćwiczyć. Po drugie w turnusie znalazł się domorosły pianista, który potrafił z każdej melodii zrobić doskonały utwór do tańca. Postukał chwilę na klawiaturze jednym palcem, spróbował kilku akordów - gotowe. Któregoś ranka zastał mnie przy pianinie, popatrzył na rozłożone nuty - nie potrafię grać z nut - stwierdził. Ogromnie mnie to sfrustrowało - ileż ja bym dał żeby grać tak jak on. Po trzecie w turnusie była osoba studiująca kompozycję w Krakowie - Anna. Ona potrafiłaby zagrać wszystko, ale nie grała. Opowiadała mi trochę o swoich studiach. Dowiedziałem się, że na pierwszym roku od każdego studenta kompozycji oczekuje się, że napisze barokową fugę. Taką jakiej nie powstydziłby się J.S. Bach. Gdzie ja jestem z moimi pilnymi ćwiczeniami na pianinie? Chyba jednak wśród 10-letnich dzieci.
Pewną pociechą była nabyta w Karpaczu książka - Mozart autorstwa Karola Stromengera. 

Praca w sądzie koleżeńskim nie była zbyt wymagająca. Na ogół wystarczało jedno zebranie na miesiąc, na którym rozpatrywaliśmy zgłoszone sprawy. W większości były to skargi na niewłaściwe zachowanie w domu akademickim i nasza rola ograniczała się do rozmowy z zainteresowanymi. To właściwie nie była rola sądu, ale to przynosiło jakiś pożytek. Właściwą rolą sądu było rozpatrywanie zachowań, które naruszały statut organizacji, ale ta sfera wydawała nam się zbyt abstrakcyjna. Na naszych spotkaniach raziły mnie popisy oratorskie niektórych kolegów. W końcu byliśmy w małym gronie i mieliśmy konkretne sprawy do omówienia. Uznałem, że to może być jakiś rodzaj rekompensaty dla osób, które czuły się powołane do działania na ważniejszej arenie.

W drugim semestrze mieliśmy znowu do wykonania pracę przejściową. Po temat zgłosiłem się do Metalexportu. Zasugerowali mi analizę importu maszym włokienniczych. Temat okazał się ciekawy. Technologia produkcji syntetycznych włókien wydała mi się ciekawsza niż skrawanie czy spawanie, promotor był zadowolony z moich postępów, ale na końcu spotkało mnie rozczarowanie. Złozyłem zakończony projekt do oceny. Po kilku dniach mój promotor wezwał mnie na rozmowę i nieco zażenowony oznajmił, że przeoczyliśmy jedną sprawę. W tym projekcie oczekuje się, że student wykona szkicowy plan zakładu przemysłowego a ja tego nie zrobiłem. Zdziwiłem się - przecież moja praca była o imporcie więc o jakim zakładzie tu mowa. Promotor przyznał mi rację i przeprosił gdyż to on przeoczył to wymaganie, ale jednak muszę ten kawałek dorobić, w końcu to nie taki wielki wysiłek. Dorobiłem, ale po pierwsze straciłem kojejny kawałek ufności w wartość moich studiów a po drugie nabrałem obaw czy przy pracy dyplomowej nie wystąpią podobne nieporozumienia.

W okolicach Wielkanocy dotarła do mnie wiadomość o organizowanych przez ZSP wycieczkach zagranicznych. Jedna z nich wyglądała nadzwyczaj atrakcyjnie - 2 tygodnie w Austrii - Wiedeń-Salzburg-Alpy. Złożyłem podanie. Konieczne było zdanie egzaminu z języka obcego. Zdałem z angielskiego na 5 i z niemieckiego na 4. Egzamin z języka okazał się trudnym progiem i w rezultacie pozostało bardzo niewielu kandydatów - zakwalifikowałem się.

W maju odbyły się badania lekarskie przed czekającym nas w lipcu obozem wojskowym. Wyglądało na bardzo powierzchowne - trzeba było nago podejść do stołu komisji lekarskiej, odwrócić się do niej tyłem, pokazać spody obu stóp i wypiąć się na komsję. Jednak jeszcze zanim się odwróciłem jeden z lekarzy zadał mi szokujące pytanie:
- A wy podchorąży, czemu to wyglądacie jak panienka?
Jak panienka? Oblałem się rumieńcem (jak panienka) i to mnie jeszcze bardziej zdeprymowało. Reszta komisji zainteresowała się moja osobą, kazali podejść bliżej i stwierdzili, że mam przepuklinę pachwinową.
- Zgłoście się natychmiast do szpitala na operację to zdążycie się wykurować do lipca, bo inaczej możecie stracić rok.
Najbliższy szpital był przy ulicy Barskiej.

czwartek, 23 lipca 2015

Lech  Lech

Po wakacjach 1961 przydzielono mi mieszkanie w akademiku na Jelonkach - KLIK. To była poważna zmiana. Czas dojazdu na uczelnię zwiększył się prawie o godzinę. Mieszkaliśmy w drewnianych domkach zbudowanych kiedyś dla budowniczych Pałacu Kultury. Dodatnią stroną były przestronne pokoje, ujemną - zawężenie kontaktów koleżeńskich. Chyba nie mieszkał tam nikt z mojej inżynieryjno-ekonomicznej grupy. 4-osobowy pokój dzieliłem z dobrze znanymi mi kolegami i ceniłem sobie ich towarzystwo.

Mieszkając z dala od miasta i jego atrakcji spędzałem więcej czasu w dobrze zaopatrzonej bibliotece. Tam dotarłem 3 lata później od Tadeusza do książek Władysława Tatarkiewicza na tematy filozoficzne. Erudycja i pomysłowość filozofów zaimponowały mi, ale dużo większe wrażenie wywarła na mnie Czarodziejska Góra Tomasza Manna. W szkole średniej na liście lektur figurowali Buddenbrookowie tego autora, ale nie potrafiłem tego strawić. Już wtedy Matka wspominała o Czarodziejskiej Górze, ale jakoś ta książka nie wpadła w moje ręce. Teraz wpadła... a może to ja wpadłem? Do tego stopnia, że w roku 2003 czyli 42 lata (6 x 7) po zapoznaniu się z książką odwiedziłem Davos żeby pospacerowć ścieżkami wydeptanymi przez Hansa Castorpa...

Davos Dorf.

Kliknięcie w powyższe zdjęcie stacji Davos-Dorf wyświetli moja relację.

Innym sympatycznym przerywnikiem w studiach było uczęszczanie na wykłady muzykologii dla amatorów prowadzone w Pałacu Kultury przez profesora Stefana Śledzińskiego - KLIK. To był cudowny człowiek. Na wykładach niewiele mówił - krótko tłumaczył strukturę dzieła, zwracał uwagę na proste tajniki sztuki kompozytorskiej i puszczał stosowną muzykę z płyty. Odczuwałem wyraźną przyjemność słuchania świetnej muzyki właśnie w jego towarzystwie.

Osobna sprawa to zabawy taneczne. Na moim wydziale przy ul. Narbutta odbywały się zabawy taneczne organizowane przez ZMS, ale wydawały mi sie zbyt prymitywne. Odbywały się również w akademiku przy ul. Akademckiej, ale ich atmosfera - tłok, hałas - nie odpowiadała mi. Na Jelonkach atmosfera była bardziej stonowana, było dużo miejsca, można było nie tylko tańczyć, ale również porozmawiać i to było dla mnie bardziej istotne. Wspominałem już o swoich rozterkach towarzyszących kontaktom z dziewczynami - KLIK. Taniec był wygodną ścieżką do nawiązania kontaktu. Zorientowałem się, że dziewczyny są gotowe dać mi szansę na przedstawienie się. Oczywiście nie przedstawiałem siebie tylko swoje aktualne myśli. Na przykład rozważania pana Naphty na temat humanistycznej wyższości systemu geocentrycznego nad heliocentrycznym. Z osobnikiem płci męskiej nigdy bym się nie odważył poruszyć takiego tematu, dziewczyny były dużo bardziej tolerancyjne. Nie byłem jednak na tyle naiwny żeby łudzić się, że ktoś będzie skłonny spędzać ze mną długie godziny nad wspólną wiwisekcją Czarodziejskiej Góry. Co ja mogę dać jej w zamian? - myślałem gorączkowo i nic nie przychodziło mi do głowy a dziewczyny najwidoczniej uważały, że chłopak powinien takie rzeczy wiedzieć. Podobnie było z koncertami w Filharmonii. Wystarczała drobna wzmianka a dziewczyna stwierdzała, że ma ochotę iść. Ale przecież wyraźnie czułem, że nie jest to jej ulubione miejsce, że robi to że względu na mnie. Przypominały mi się rozważania Sartre'a na temat miłości: "...z randki wracałem z zaschniętymi ustami, mięśniami twarzy zmęczonymi od ciągłych uśmiechów i głosem, który jeszcze ociekał miodem..." - KLIK. Czy to jedyna droga?

Większą część ferii zimowych postanowiłem spędzić, podobnie jak rok wcześniej, na nartach. Tym razem załatwiłem sobie wczasy studenckie w Nawojowej koło Starego Sącza. Ze śniegiem było jeszcze gorzej niż rok wcześniej natomiast nieoczekiwaną atrakcją była obecność chóru Unwersytetu Warszawskiego. Cały budynek rozbrzmiewał śpiewem. Nie mogąc korzystać zbyt wiele z nart kręciłem się koło chóru, przysłuchiwałem się próbom.
W przeddzień Sylwestra zorganizowano nam wycieczkę do Bukowiny Tatrzańskiej. Po raz pierwszy widziałem Tatry z bliska, poczułem ich przyciąganie. Tuż przed powrotem chórzyści urządzili bitwę na śnieżki. W którymś momencie cała śnieżna kanonada skoncentrowała się na jednej osobie - Sylwii.
Sylwii trudno było nie zauważyć w naszej rezydencji. Wszędzie było jej pełno, zawsze pierwsza do wygłupów i psot. Nic dziwnego, że stała się ofiarą masowego ataku. Nie uczestniczyłem w nim, nigdy nie lubiłem akcji typu wszyscy na jednego. Dopiero gdy po ostatecznym wezwaniu do autobusu kanonada ustała a jej uczestnicy otrzepali się ze śniegu, uformowałem dużą pigułę i rzuciłem. Nie liczyłem na to, ze trafię, było zbyt daleko, nie celowałem zbyt dokładnie, a jednak trafiłem. Teraz cała uwaga skupiła się na mnie...

Bukowina

Dzięki tej celnej pigule, po powrocie do Nawojowej, miałem pierwszą okazję zamienić z Sylwią kilka słów. Ku mojemu zaskoczeniu zaproponowała żebyśmy siedzieli razem na zabawie sylwestrowej. Nowy rok - 1962 - rozpocząłem w stanie głębokiego zakochania.

Po powrocie do Warszawy zadzwoniłem do Sylwii i zaproponowałem żebyśmy poszli razem na koncert do Flharmonii. Zgodziła się, ale najpierw zaprosiła mnie do domu żeby przedstawić mnie rodzicom. Okazało się, że Sylwia nie jest jeszcze studentką, jest w maturalnej klasie w szkole im N. Żmichowskiej. Dołączyła do uniwersyteckiego chóru gdyż śpiewała w nim jej siostra Roma - studentka fizyki. Jej rodzice byli mocno tradycyjni i chcieli znać towarzystwo w jakim obracają się ich córki.
W Filharmonii głównym punktem programu były kadryle Mozarta. Z przyjemnością stwierdziłem, że Sylwia żywo reaguje na muzykę i chętnie rozmawia na tematy muzyczne. Nie zwleka również z poruszeniem innych tematów. Po raz pierwszy nie musiałem się głowić jak zrekompensować dziewczynie jej cierpliwość w wysłuchaniu moich rozważań. 
Spotykaliśmy się niezbyt często gdyż Sylwia była zajęta przygotowaniem do matury. Udało nam się jednak jeszcze kilka razy odwiedzić Filharmonię. Tam miałem okazję przedstawić Sylwię mojemu regularnemu towarzyszowi na koncertach - Ryszardowi. Widziałem, że zaaprobował mój wybór.

Z nadejściem wiosny odwiedzaliśmy czasem Łazienki gdzie Sylwia pozorowała naukę...

Nauka

Proszę połaskotać zdjęcie myszą, może się uśmiechnie?

Podczas najbliższego spotkania z Matką opowiedziałem jej o Sylwii i zażartowałem, że jeśli Sylwia nie zda matury to się z nią ożenię - to dopiero będzie heca gdy będę chodził na wywiadówki swojej żony.
Nadeszła matura, Matka w liście wspomniała, że zapaliła w kościele świeczkę za pomyślnośc egzaminów. Zrozumiałem aluzję - tu nie chodziło o zdanie egzaminów lecz o to żebym się nie ożenił. Sylwia zdała maturę. Na cały lipiec wybierała się wraz z siostrą do Zakopanego gdzie miały zatrzymać się u wujka. Wybrałem się  więc tam i ja.

Noclegi załatwiłem sobie w wieloosobowym pokoju w Domu Turysty. Pewną niewygodą był fakt, że maksymalna długość pobytu była ograniczona do 3 dni. A więc po każdym trzecim noclegu ustawiałem się w kolejce do recepcji żeby zapisać się na nowo.
W Zakopanem przebywał również Krzysztof - chłopak Romy, siostry Sylwii. Była więc nas całkiem zgrana czwórka i przez miesiąc obeszliśmy chyba wszystkie trasy górskie dostępne dla turystów amatorów. Najbardziej pamiętna była chyba Orla Perć gdzie złapała nas gwatłowna burza z piorunami bijącymi w pobliskie szczyty górskie.

Orla Perc

W Zakopanem przytrafiła mi się również dość dziwna przygoda. Któregoś dnia spotkałem w Domu Turysty znajomego ze studiów. W Warszawie spotkałem go chyba tylko dwa razy i to przelotem, ale zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie - bardzo kulturalny, inteligentny, elokwetny. Wydaje mi się, że należał do Klubu Inteligencji Katolickiej bo poznałem go przez kolegów, którzy do KIK należeli. Teraz, wspominając te spotkania, zastanowiłem się dlaczego ja do tego klubu nie należałem? Chyba tylko dlatego, że niezbyt lubiłem kolegę, który mi o KIK wspomniał. Gdybym wtedy natrafił na tego kolegę spotkanego teraz w Zakopanem na pewno bym się zapisał.
Tym razem sprawa wyglądała dość tajemniczo. Kolega spytał czy mam następny dzień wolny. To było do uzgodnienia. Drugie pytanie brzmiało - czy mam pewne alibi na dzień wczorajszy? Miałem. W takim razie czy pomógłbym mu w odszukaniu plecaków pozostawionych ostatniej nocy na hali Ornak? To było dość dziwne, ale dzień spędzony w jego towarzystwie wydawał mi się atrakcyjnym przerywnikiem, zgodziłem się. Wtedy dorzucił jeszcze jeden, mocno podejrzany, szczegół - dostanę za to 100 zł. Co jest w tych plecakach - zapytałem. Tego nie mogę Ci powiedzieć, ale zapewniam cię, że nic ci nie grozi. Powiadomiłem dość enigmatycznie Sylwię, że następnego dnia idę z kolegą do Doliny Kościeliskiej.
Ruszyliśmy koło południa następnego dnia. U wejścia do Doliny Kościeliskiej kolega wręczyl mi obiecane 100 zł. Dość szybko doszliśmy do Hali Ornak i tu kolega zarządził dłuższą przerwę. Musimy poczekać do godziny - nie pamiętam której - wtedy zmieniają się strażnicy. Podczas oczekiwania wyjaśnił mi, że przedostatniej nocy przechodził wraz z kolegą nielegalnie przez granicę i zauważyła ich straż graniczna. Żeby uniknąć złapania porzucili plecaki, które bardzo zwalniały ucieczkę. Ot wszystko. Specjalnie przyszliśmy tu dzisiaj wcześniej żeby straż przyzwyczaiła się do naszego widoku. Kiedy straż będzie się zmieniać my szybko znajdziemy plecaki i powędrujemy jak gdyby nigdy nic w drogę powrotną. Tak też się stało. Dostałem mniejszy plecak i ugiąłem się pod jego ciężarem. Patrzyłem z podziwem na kolegę, który zarzucił sobie na plecy większy plecak. Co było w środku? To zdecydowanie nie wyglądało na sprzęt turystyczny. Doszedłem do wniosku, że to były jakieś materiały drukowane, ale nie było sensu pytać.

Lipiec dobiegał końca. Sylwia z siostrą miały spędzic następny miesiąc z rodzicami nad morzem, ja wróciłem do Kielc.

środa, 15 lipca 2015

Lech  Lech

Po wakacjach 1960 roku wrócilem do akademika. Kolega działający w akademickim radiowęźle zaproponował mi żebym zamieszkał z nim w 2-osobowym pokoju. Zgodziłem się.

Trzeci rok studiów. Zanim przejdę do studiów mała dygresja -  w akademiku była sala telewizyjna i miałem tam okazję obejrzeć kilka relacji z olimpiady w Rzymie. To było duże rozczarowanie. Sport odarty z dramatyzmu inscenizowanego przez utalentowanych sprawozdawców sportowych pism utracił wiele uroku. Obraz nie dorównywał słowom.
Co innego mecz lekkoatletyczny Polska-NRF rozegrany na Stadionie X-lecia - KLIK. Oglądałem go razem z moim partnerem do słuchania muzyki - Ryśkiem K. Szybkie tempo imprezy - pełen program olimpijski w ciągu niespełna 3 godzin - bezpośrednia rywalizacja drużynowa, wypełniony do ostatniego miejsca stadion. To były niezapomniane emocje. Polska zdecydowanie wygrała. Z nieoficjalnych kanałów dochodziły informacje, że Polski Związek Lekkiej Atletyki nie zgodził się na rozegranie podobnego meczu z drużyną NRD. Uzasadnienie - za słaby przeciwnik. 10 lat później to NRD nie mogło znaleźć w Europie równorzędnego przeciwnika.

Na trzecim roku studiów do głosu doszła moja specjalizacja - studia inżynieryjno-ekonomiczne. Nasza katedra znajdowała się na końcu korytarza w północnym skrzydle budynku. Przed drzwiami sekretariatu zawsze wysiadywała gromadka rozplotkowanych studentów. Pierwsza informacja o mojej specjalizacji była dla mnie szokująca - katedra jest całkowicie opanowana przez Żydów!
Nie rozumiałem co to może znaczyć. Zawsze wydawało mi się, że w Polsce żyją tylko Polacy. Pisząc o wakacjach 1959 roku wspomniałem jakim zaskoczeniem było dla mnie napotkanie ludzi, którzy uważali się za Niemców. Ale przecież pracownicy mojej katedry nie kwestionowali swojej polskości. Zignorowałem więc ten komentarz. Dopiero w 1968 roku zdałem sobie sprawę, że niektórzy Polacy mieli problem.

Kierownikiem katedry był profesor Chajtman - KLIK. Wykładał główny przedmiot - organizacja w przemyśle maszynowym. Ten przedmiot budził we mnie poważne wątpliwości. Profesor wielokrotnie podkreślał, że organizacja jest nauką z czym trudno było mi się zgodzić. Nauka to było dla mnie coś gdzie niewiele się gadało a wnioski były wynikiem obliczeń. Zaś organizacja... pionier tej dyscypliny - H. Emerson - KLIK - zasłynął z 12 zasad. Pierwsza zasada - cel jasny i prosty. Uporządkowany zbiór truizmów - to miała być nauka? Trochę lepsze wrażenie robił F.W. Taylor - KLIK. Oto cytat ze zlinkowanej strony: "Ustalając dokładnie wszystkie szczegóły procesu ładowania przez robotników surówki żelaza na wagony m.in. kształt szufli, długość trzonka, kąt nachylenia łopaty przy nabieraniu surówki i jej wychylenia przy wyrzucaniu na wagon, a nawet sposób ustawienia stóp pracownika doprowadził do 3,8-krotnego zwiększenia wydajności pracy ładowaczy". To było imponujące. Zakładam, że ładowacz osiągał ten efekt przy niezwiększonym wysiłku. Dla mnie to była racjonalizacja pracy, o której tyle się nasłuchałem na kronikach filmowych - Pstrowski, Saja, Kolesow. Ale przecież nie nauka. Efektem tayloryzmu była praca przy taśmie. Rozbicie procesu budowy na elementy, które można a nawet trzeba wykonywać całkiem bezmyślnie. To pasowało do dzikiego kapitalizmu z opowiadań Jacka Londona, ale u nas człowiek miało brzmieć dumnie.
Osobna sprawa do arogancja z jaką Taylor traktuje pracowników - większość robotników nie rozumie czynności, którą wykonują, powtarzają bezmyślnie przekazane im przez kogoś procedury - patrz anglojęzyczna strona wikipedii.
Na marginesie wspomnę, że podobną arogancję wykazałem również i ja gdy po wielu rozterkach znalazłem wreszcie swoje powołanie.
Poznaliśmy różne techniki obserwacji i analizy pracy. To było nawet ciekawe. W wielu przypadkach usprawnienia były oczywiste. Osobnym tematem była motywacja pracowników zredukowana do systemu płacy - akord i róźne jego odmiany. To również było oczywiste, ale jak to się miało do zasady każdemu według potrzeb?  Czy nasz, wykształcony w ZSRR profesor, nie widział tej sprzeczności?

Inne istotne przedmioty to rachunkowość wykładana przez profesora Haendla i ekonomia, z której ćwiczenia prowadził dr M. Weiss. Podstawą był Kapitał Marksa. Ekonomia kapitalizmu to było coś oczywistego. Oczywistego jak akord i praca przy taśmie. Ekonomia socjalizmu wyglądała przy niej jak zbiór dobrych intencji.

Na trzecim roku musieliśmy wykonac t.zw. przejściówkę czyli spory projekt. To był mój ostatni kontakt z inżynierią. Większość kolegów wybrało dźwignice czyli obliczenie sił i naprężeń w przęśle mostu czy ramieniu dźwigu. To mnie nawet trochę kusiło gdyż pozwalało wykorzystać graficzną metodę obliczeń o dźwięcznej nazwie Cremona - KLIK

krzyz maltanskiJeszcze bardziej jednak kusiła mnie teoria mechanizmów i maszyn. To była dla mnie kwintesencja inżynierii - poznanie i zrozumienie zasad funkcjonowania tak zmyślnych mechanizmów jak czółenko tkackie, korbowód, zamek karabinu czy krzyż maltański.
Krzyż Maltański? Jakichże to maszyn używali dzielni rycerze krzyżowi? Nie o krucjaty tu jednak chodziło tylko o kinematografię. Żeby przy pomocy aparatu fotograficznego stworzyć złudzenie ruchu należy wykonać całą serię fotografii. Serię fotografii - czyli trzeba przesunąć taśmę filmową, zrobić zdjęcie, przesunąć taśmę... i tak dalej 10 klatek na sekundę. To samo trzeba wykonać przy projekcji filmu. Kamery filmowe i projektory napędzane są silnikiem, który kręci szpulę z taśmą. Czyli silnik musi się zatrzymać 10 razy na sekundę. Jak to zrobić? Mechanizm krzyża maltańskiego pozwala przesuwać i zatrzymywać taśmę podczas gdy silnik kręci się ze stałą prękością - proszę kliknąć w zdjęcie krzyża żeby zobaczyć jak.
Analiza działania tego mechanizmu była przedmiotem mojej przejściówki robionej pod kierownictwem docenta A. Olędzkiego - KLIK. Współpracowało nam się dobrze, docent Olędzki był osobą o wysokiej kulturze osobistej i świetnym poczuciu humoru. Niestety projekt zakończył się niepowodzeniem. Wszystko szło dobrze aż do momentu kiedy trzeba było wykonać pomiary naprężeń w zmodyfikowanej przez mojego promotora konstrukcji krzyża. W tym celu pojechałem do zakładu techniki filmowej w Łodzi gdzie mieli prototyp mechanizmu. Zapomniałem o wspomnianej nie tak dawno regule, że metoda badania musi być delikatniejsza niż badany obiekt i prototyp rozleciał się na kawałki. Docent Olędzki bardzo zdenerwował się tą wiadomością a ja tak się speszyłem, że zacząłem go unikać. Nadszedł koniec semestru i nieuniknione konsekwecje - przejściówka niezaliczona. Dostałem warunkową rejestrację na następny semestr. Tym razem już nie eksperymentowałem - wybrałem przejściówkę z dźwignic. Po jakimś czasie spotkałem doc. Olędzkiego na korytarzu - co się z panem stało? - zapytał - przecież miał pan właściwie skończony projekt. Wystarczyło dopisać końcowe wnioski i bym go panu zaliczył. Z tej niezdolności przyznania się do niepowodzenia wyleczyłem się dopiero w Australii.
Przejściówkę z dźwignic zrobiłem z łatwością, ale pierwszy wyłom w ciągłości studiów został dokonany, w ciągu następnych 18 miesięcy jakoś zgubiłem jeden rok.  

A tymczasem w USA...
Listy od Matki otrzymywałem co dwa tygodnie. Jej relacje nie były zbyt radosne. Ciocia Krysia przeżywała kryzys psychiczny. Złożyło się na to wiele czynników - brak dzieci, brak bliskiego kontaktu z mężem, poczucie osamotnienia. Ciocia poznała swojego obecnego męża - Janka - w Teheranie. Pochodził z Baranowicz, wraz z rodziną wyemigrował przed wojną do USA, w czasie wojny powołano go do wojska. Ciocia dotarła do Teheranu z armią Andersa po prawie 2 latach sowieckiego wiezienia i łagru. Okoliczności sprzyjały rozkwitnięciu uczucia. Pobrali się. Po zakończeniu wojny wrócili do USA. Janek był dokonałym piekarzem a gdy pojawiła się astma został cieślą na budowach. Ciocia pracowała jako urzędniczka w liniach lotniczych. Szybko kupili dom - nadszedł czas stabilizacji. Janek pasował do USA - wesoły, beztroski, towarzyski, interesował się baseballem i amerykańskim rugby. Ciocia była jego przeciwieństwem. 
Matka skarżyła się na całonocne smutne rozmowy a właściwie wysłuchiwanie żalów Cioci.
Ciocia z mężem mieli sporo znajomych Polaków, ale według Matki było to bardzo nieciekawe towarzystwo. Nie obyło się bez próby wyswatania Matki za jakiegoś samotnego Polonusa. Już tęsknię do swoich koleżanek z pracy i wyziębionego domku w Kielcach, pisała Matka.

W listach naogół orzymywałem banknot 5 dolarowy. To było istotne gdyż w związku z opóźnieniami na studiach utraciłem stypendium.

Zbliżało się Boże Narodzenie i dość późno zorientowałem się, że nie mam żadnego planu na spędzenie ferii zimowych. Związek Studentów Polskich (ZSP) organizował wczasy zimowe, ale przespałem termin składania podań. Znalazłem wczasy narciarskie organizowane przez PTTK w Łopusznej koło Nowego Targu. Wprawdzie marzyło mi się Zakopane, ale Święta się zbliżały nie było co przebierać. Na wczasach spotkałem chyba dwóch rówieśników. Reszta to młodzi ludzie po studiach, głównie z Krakowa i Łodzi. Warunki śniegowe były bardzo słabe. Pierwszego dnia wybrałem się pieszo w góry i znalazłem niewielką polanę z dobrą pokrywą śniegu. Następnego dnia zaprowadziłem tam całą grupę i to było nasze miejsce ćwiczeń narciarskich. Polana była oddalona dobrą godzinę marszu od schroniska. Na szczęście było to takie pustkowie, że zostawialiśmy narty ukryte wśród drzew i nie musieliśmy ich codziennie dźwigać. Naszym instruktorem był Marek Tarnowski z Krakowa. Cóż to był za cudowny narciarz i człowiek - KLIK.

Pod koniec zimy Matka wróciła do Polski, nieco wcześniej niż planowano. Bardzo zeszczuplała, była pełna energii. Pierwsza sprawa, znalezienie pracy trwało ponad 2 tygodnie. Potem wszystko wróciło do normy.
Wakacje 1961 roku - jeden miesiąc - praktyka w Warszawskiej Fabryce Motocylki (WFM). Pracowaliśmy w dziale normowania i tam miałem okazję zastosować w praktyce naukowe metody analizy pracy. Nasi opiekunowie nie kryli, że nasza pomoc była bardzo przydatna. Wy sobie za miesiąc pójdziecie, gdybyśmy my to robili to robotnicy pamiętali by nas przez długi czas i nie bylibyśmy bezpieczni. 

Drugi miesiąc wakacji spędziłem głównie w Kielcach z Matką.

poniedziałek, 13 lipca 2015

 Tadeusz
Wakacje po pierwszym roku zaczęły się podczas przerwy międzysemestralnej. Po pierwszym semestrze pod koniec marca 1961 postanowiłem jechać do Kielc bezpośrednim nocnym pociągiem. Na dworcu Łódź Kaliska byłem z kolegą. Bardzo nam się spodobała przechodząca dziewczyna. Czekając na peronie łatwo nawiązać rozmowę. No więc nawiązaliśmy. Także do Kielc jechała, studentka politechniki. Nadjechał pociąg jak zwykle bardzo przepełniony. Wcisnęliśmy się na korytarz, stanęliśmy przy oknie. Podczas rozmowy dziewczyna wyraźnie ignorowała kolegę mimo, że miał ze sobą gitarę. My dwoje mieliśmy sobie jakby więcej do powiedzenia. Kolega wyraźnie czuł się lekceważony. Ze złości ściągnął mi z głowy beret by pokazać, że jestem łysawy facet. Ale to nie pomogło, dziewczyna nadal mnie wolała. Kolega w końcu poszedł szukać jakiegoś miejsca do siedzenia i już nie wrócił. Gdy konduktor sprawdzał bilety powiedział do dziewczyny, że ona ma bilet 1 klasy, a tam są miejsca wolne. Ale nie chciała iść. I tak rozmawialiśmy stojąc aż do rana, do samych Kielc. Dla niej to był strzał Amora w samą dziesiątkę. Moja miłość dojrzewała dużo wolniej. Dopiero po trzech miesiącach wzięliśmy ślub. Zanim do niego doszło spotykaliśmy się w Kielcach i w Łodzi, rozmowom nie było końca, wyraźnie pasowaliśmy do siebie. Gdy mamie powiedziałem o małżeńskich planach to wpadła w rozpacz - jestem jeszcze dziecko, 21 lat, bez zawodu, dopiero zaczęte studia. Ciocia Jadzia podeszła do sprawy inaczej - będzie z jedną, a nie z wieloma, będzie pilnowany, może tak będzie lepiej. Przekonała mamę. Rodzice dziewczyny byli w trakcie przeprowadzki z Kielc do Krakowa, i mam wrażenie, że niezbyt się córką interesowali, matka była jeszcze w starym mieszkaniu, ojciec już w nowym. Poznałem trzech szwagrów, od najstarszego - 19 lat - nawet buty na ślub pożyczyłem. Ślub był dość skromny - tylko para młoda i świadkowie: koleżanka mamy i Ostaś

(zabawne, że wyciąg z aktu ślubu podpisała Jadwiga Tobera, ta sama, która była naszym świadkiem). Ze strony żony nikogo. Wesele w tym samym składzie czyli obiad w restauracji.


A potem wsiedliśmy do pociągu, bilety z tego przejazdu to właściwie jedyna pamiątka ślubna. W Krakowie na dworcu poznałem zupełnie nowiutkiego teścia. Inżynier kolejowy, vicedyrektor krakowskiej DOKP - to dlatego Eliza miała ulgę 80% na PKP. Załatwił nam apartament poślubny na dworcu Kraków Główny. To był służbowy pokój gościnny. Przez okno zaglądał do nas zegar dworcowy z podświetlaną tarczą, słychać było zapowiedzi pociągów. Przez prawie dwa tygodnie zwiedzaliśmy miasto, chodziliśmy do teatrów, spacerowaliśmy po ulicach Krakowa, jakiego już nie ma - romantyczny, nieco senny Rynek, żadnych turystów, popękane tynki na domach, zapuszczone podwórka starych kamieniczek, nostalgiczny nastrój Krakowa sprzed wojen. Byliśmy też z teściem na drugim weselu u Wierzynka.
Dalszy ciąg miesiąca miodowego spędziliśmy w Noclegowni Drużyn Konduktorskich w Zakopanem. Noclegownia była prawdziwa, ale tylko na parterze i I piętrze, na II były pokoje dla dyrekcji. Pierwszy raz wędrowałem po tatrzańskich szlakach, nie wchodziliśmy jednak na szczyty, bardziej od wyczynowych działań zajmowała nas kontemplacja krajobrazu i my w nim. To były wspaniałe chwile, dni, pogoda też nas rozpieszczała. Na trzecim weselu byliśmy już sami i za swoje pieniądze u Poraja na smażonych rydzach - smakowite cudo to było. W tamtych latach restauracja Poraja nie była aż tak snobistyczna jak obecnie, a więc i nie tak droga.
Sporo czasu zajmowały nam dyskusje przeradzające się niekiedy w kłótnie -  wciąż o te same problemy - co ważniejsze: miłość czy rozum, co lepsze: poezja czy proza. Przez następne lata szliśmy wedle tych własnych priorytetów - żona rzuciła studia i zdała się na mnie całkowicie, a ja wsiąkłem w prozę rzetelnego studiowania i pracy. 
Teść stanął na wysokości zadania i znalazł dla nas mieszkanie w Łodzi, dokładniej to pokój na poddaszu małego domku jednorodzinnego na przedmieściach - dzielnica Stoki, ulica Skalna. I nawet za pierwsze miesiące zapłacił - to była pierwsza pomoc finansowa z jego strony, na drugą to musieliśmy poczekać kilka lat.  

Lech

Lech wtrąca swoje trzy grosze.
Uważni czytelnicy pewnie spostrzegli - dzisiaj - 13 lipca - wypada kolejna rocznica tego wydarzenia. Fakt, że ten wpis został opublikowany właśnie w rocznicowym dniu jest absolutnym zbiegiem okoliczności.
Gratuluję Wam Tadku i Elizo tylu pięknych lat razem i życzę żeby nachodzące lata obfitowały w same pomyślne zbiegi okoliczności.

czwartek, 09 lipca 2015

 Tadeusz
Już w liceum zaczęło mi się zarysowywać przypuszczenie, że ze starożytnej triady - dobro, piękno, prawda - to piękno jest wartością nadrzędną, być może nawet elementem definicji człowieczeństwa, jest jedynym pojęciem, którego biologia nie wymaga. By moje rozumowanie wyjaśnić - piękno istnieje wyłącznie w człowieku, w jego osobistym zachwycie, piękno natury ani sztuki nie istnieje poza świadomością człowieka-świadka. Dobro zawsze jest relatywne, wymaga zła dla swego istnienia. Prawda w swej czystej postaci zbędna - przydają się jedynie jej wyselekcjonowane fragmenty, przez brak kontekstu niekoniecznie autentyczne. Podziwianie i upajanie się pięknem to jest punkt widzenia odbiorcy, konsumenta, adresata. Ja na nowych studiach miałem nauczyć się tworzenia przedmiotów pięknych,  stać się ich projektantem, poznać proces tworzenia od strony kuchni, która najczęściej jest stroną  przyziemną i racjonalną. Piękno, rzecz nieuchwytną, niemożliwą do zdefiniowania jednoznacznego, miałem właśnie zacząć definiować. Zdarzają się geniusze, którym tworzenie przychodzi łatwo jak oddychanie, ale w naszej polskiej historii sztuki to mieliśmy tylko Chopina, w malarstwie nikogo na tym najwyższym, boskim poziomie. 

Przede mną było 6 lat  uczenia  się rzemiosła, od czeladnika do mistrza czyli magistra sztuki (5 lat studiów plus rok dyplomowy, bardzo długie studia). Na zdjęciu z google-view stary budynek uczelni z czasów moich studiów, nasza pracownia malarska była na 2 piętrze, na rogu.
Moje podejście do siebie jako artysty było pełne pokory i należytego dystansu do swej wątpliwej wyjątkowości. Już na pierwszym roku, na zajęciach z rysunku poznałem jednak zasady dające twórcy techniczną kontrolę nad odbiorcą, możliwościami manipulowania jego przeżywaniem odbiorem. Zasady kształtowania rysunku światłocieniem były, są, aż zaskakująco proste. Miejsce o największym kontraście walorów czyli w uproszczeniu czerni i bieli każe, w zgodzie z fizjologią widzenia, najpierw spojrzeć w to właśnie miejsce, kontrasty nieco mniejsze ustawiają w ordynku 
kolejne spojrzenia. Stopień złożoności detalu, miejsca, fragmentu - powoduje zatrzymanie uwagi tym dłużej im miejsce bardziej skomplikowane, dokładniej pokazane. Tworząc rysunek ustalić można kolejność oglądania fragmentów i długość ich kontemplowania. W rysunku realistycznym takie ustalanie kolejności i zatrzymywania uwagi to tworzenie procesu narracyjnego, niemalże opowieści literackiej. Odbiorca reaguje na scenariusz twórcy zupełnie nieświadomie, idzie po sznurku intencji rysownika. To jest wąski i dość prosty aspekt sztuk plastycznych, ale skuteczny do uczenia zasad klasycznej estetyki. Z wielu środków kreowania dzieła plastycznego wybrany został jeden - światłocień - i na tym bardzo prostym modelu prowadzone było uczenie procesu tworzenia. Zadaniem studenta nie było jednak tworzenie narracji, lecz obserwacja i powtórzenie zauważonych zjawisk - wciąż jednak mając na uwadze jednorodność środka kreującego, rugowanie środków innych, np. koloru lokalnego. Obiektem była naga kobieta. Zjawisko u wielu wywołujące emocje erotyczne, musiało stać się bryłą, na której światło wywoduje kontrasty, linie graniczne światła i cienia, ich intensywność i złożoność. Zwracanie uwagi na czerń wzgórka łonowego lub włosów na głowie było oczywistym błędem - kolor lokalny był cechą odrzuconą, nieistotną. Traktowanie kobiecego ciała jako gry światłocieni było dla naszych znajomych spoza uczelni czymś niezrozumiałym. A dla nas, młodych studentów, nowością, której uczyliśmy się przez pierwsze miesiące. Odcienie szarości i ich faktury osiągane były całym wachlarzem ołówków o różnej twardości. Zamiast zwykłego ołówka o średniej twardości używaliśmy po kilka typu H i B. W ciągu 1 roku zrobiliśmy po 2 rysunki, po jednym na semestr. Z wymagań przy pracy pomijam  zgodność proporcji, podobieństwa układu sylwetki, ciała - to jest aspekt oczywisty nawet dla amatora. 
Równoległe z rysunkiem były zajęcia z malarstwa. Łódzka uczelnia była wyjątkowa pod względem systemu nauczania malarstwa. Nie istniało na początku coś, co można by nazwać indywidualnością. Przez pierwszy rok malowaliśmy jeden obraz  wykonywany w technice malarstwa renesansowego. To była technika najbardziej wyrafinowana i pracochłonna w historii. Pierwsza faza to był malowany na białym płótnie jednobarwny układ  światłocieni - czarną lub brązową farbą olejną. Był to więc rysunek ale malowany. Zajęcia malarstwa i rysunku w tej fazie różniły się jedynie techniką - ołówki w jednym, a farba i pędzle w drugim wypadku, Jednak przewidywane barwy nieco zmieniały traktowanie walorów czyli stopnia ciemności płaszczyzn. Modelem był stary nagi mężczyzna siedzący na krześle. Po zrobieniu tego rysunkowego podkładu, szkieletu przyszłego obrazu, zaczęliśmy nakładać barwne cienkie warstwy koloru półprzezroczystymi farbami. I wtedy zaczęło się studiowanie cech kolorów. Ich podstawowych składowych - trójkąta barw, temperatury, waloru, nasycenia, czystości. Także farb - stopnia krycia, składu chemicznego, spoiwa. Przygotowywania blejtramu, naciągania płótna, gruntowania uczono nas niejako mimochodem - to był taki typowo rzemieślniczy zasób wiedzy. Technika laserunkowa była bardzo przemyślaną decyzją, bo w niej wszystkie cechy farby i koloru musiały być świadomie dobrane, stosowane. Ta technika pozwala na oddzielenie  troski o kształt od wyglądu barw. Przez cały 1 rok namalowaliśmy jeden obraz! Przez cały ten rok trwały korekty i wskazówki profesora, adiunkta i asystenta - w pracowni było nas 15 osób i każdy miał kontakt z nimi na każdej sesji malarstwa lub rysunku. 
Trzecim przedmiotem, najważniejszym do prawdziwego kreowania dzieła plastycznego była kompozycja. Prowadził ją Stanisław Fijałkowski (zdjęcie obok z 1964) , to on miał największy wpływ na całe moje życie zawodowe, twórcze. Był wówczas adiunktem u prowadzącego malarstwo i rysunek prof. Romana Modzelewskiego. Już po moim skończeniu studiów został profesorem i jednym z najwyżej cenionych, choć hermetycznym intelektualnie malarzem polskim KLIK
Kompozycja to zasady układania figur w taki sposób by wszystkie pasowały do siebie i wzajemnie się uzupełniały oraz by te kształty niosły treści i intencje artysty zgodne z ludzką fizjologią widzenia. To bardzo uproszczone określenie. W istocie malowanie obrazu czy robienie grafiki to jest sztuka zakomponowania płaszczyzny - reszta to literatura, anegdota, uroda przedmiotu pokazanego. Dobra kompozycja jest dobra niezależnie czy jest oglądana z boku, do góry nogami, czy z boku drugiego. Ale znaczyć, wywoływać emocje może za każdym razem inne. Przez pierwszy rok studiów badaliśmy takie dzielenie kwadratu liniami o różnych grubościach i kierunkach aby powstały największe kontrasty tak tych linii jak i powstałych przez podziały barwnych pól.

    W efekcie powstawały obrazy przypominające Mondriana (jego obraz obok), ale z mocno zróżnicowanymi grubościami linii dzielących na pola. Dopracowywany miesiącami projekt należało namalować na płótnie temperami - zrobienie temperą równej płaszczyzny to dość trudne technicznie zadanie. To było czysto warsztatowe zakończenie długich spekulacji na prostych abstrakcyjnych elementach. 
Poza tymi trzema zasadniczymi przedmiotami były też dla nas drugoplanowe: filozofia, historia sztuki, lektorat.
Nie pamiętam ocen na zaliczeniach kończących pierwszy i drugi semestr, chyba były zupełnie dobre. Pamiętam natomiast zafascynowanie metodami teoretycznymi tworzenia układów pięknych, otwierał mi się zupełnie nowy świat logiczny niczym matematyka, ale mogący służyć pokazaniu ponadczasowej, uniwersalnej Wenus. 

wtorek, 07 lipca 2015

Lech Lech

Byłem więc na drugim roku studiów. Nie musiałem już się obawiać, że mnie wyrzucą z uczelni, zostanę inżynierem.

Pierwsza sprawa to akademik, który będzie moim domem przez następne 4 lata, a może i dłużej. Przydzielono mi miejsce w 4-osobowym pokoju nr 836, na 8. piętrze. Pokój miał powierzcjnię około 14 m2. Wejście prowadziło do malutkiego przedpokoju, w którym był wieszak na wierzchnie ubrania. Po jednej stronie przedpokoju wnęka z umywalką, tylko zimna woda, po drugiej szafki na ubrania.
W pokoju dwa piętrowe łózka. Między łóżkami a wnękami po jednej stronie stół, po drugiej półka na ksiązki itp. Na każdym piętrze była wieloosobowa toaleta oraz kuchnia i pralnia. Pościel prała nam administracja akademika, koszule oddawałem do prywatnej pralni na ul. Filtrowej.
Koszt mieszkania - 140 zł miesięcznie, ale każdy mieszkaniec, który nie powtarzał roku, otrzymywał stypendium mieszkaniowe w wysokości 120 zł. Przyznano mi również pełne stypendium pieniężne - 450 zł i stypendium stołówkowe. Stypendium stołówkowe oznaczało, że miesięcznie za posiłki musiałem zapłacić około 360zł. Jego wartość praktyczna była ogromna. Moja sytuacja finansowa była lepsza niż mojej Matki.
Wielka stołówka mieściła się na parterze. Śniadanie - płatki owsiane, kawa lub herbata, chleb, masło, ser żółty i dżem. W niedzielę nie było płatków owsianych, za to były wędliny i jajka. Obiad - zupa, drugie danie, kompot. Kolacja - pewnie podobna do śniadania tylko bez zupy mlecznej. Życie bez stołówki trudno było sobie wyobrazić gdyż w naszych pokojach nie było warunków do przechowywania żywności ani do spożywania posiłków.

Moimi wspólokatorami byli koledzy z tego samego roku. Najbardziej zaprzyjaźniłem się z Ryszardem K., który zaczął towarzyszyć mi w wizytach do Filharmonii Narodowej. Nikt z nas nie palił. Byłem przyzwyczajony do dymu papierosowego gdyż paliła moja Matka jednak w pokojach, w których palili wszyscy mieszkańcy, trudno było oddychać. Nie graliśmy w pokoju w karty, chyba nie piliśmy alkoholu, idealne warunki do studiów.
Nasz pokój był po zewnętrznej stronie budynku. Korytarz oddzielał go od pokoi po wewnętrzej stronie, których okna wychodziły na głęboki i ponury dziedziniec - studnię. Pokoje wewnętrzne były dwuosobowe i mieszkali w nich studenci wyższych lat. Studnia nie była bezpiecznym ani spokojnym miejscem. Niektórzy wyrzucali tam butelki po winie. Często sfrustrowany student otwierał okno i dzielił się z innymi swoją złością wrzeszcząc na cały głos - LEOOON! Wybór właśnie tego imienia wynikał pewnie z jego echotwórczych właściwości. Na ten okrzyk otwierały się inne okna i podchwytywały imię. To trwało dobre kilka minut.

Druga bardzo istotna zmiana to pojawienie się w programie studiów służby wojskowej. Studenci unikali poboru do wojska. Zamiast tego mieli przez 3 lata jeden dzień w tygodniu przeznaczony na zajęcia w Studium Wojskowym, które mieściło się przy ulicy Koszykowej, zaledwie 3 przystanki tramwajowe od akademika. My, jako studenci wydziału mechanicznego, zostaliśmy przydzieleni do służby samochodowej. Po ukończeniu Studium studenci zostawali przeniesieni do rezerwy ze stopniem podporucznika.
Studium wojskowe obowiązywało tylko mężczyzn, nasze koleżanki miały jakieś zajęcia z samoobrony, ale przez większość studiów miały jeden dzień wolny w tygodniu.
Otrzymaliśmy mundury - buty, brezentowe spodnie i bluza, pas, wełniany płaszcz i czapka. To musieliśmy przechowywać w domu. Fasonem było traktować zajęcia wojskowe z wyższością. Po pierwsze - nie dbać o mundur. A zatem nie czyścić butów,nie przyszywać urwanych guzików przy płaszczu, mocować je na zapałkach. nie prać bluzy i spodni.
Po drugie - traktować naszych wykładowców z lekceważeniem. Na internecie można znaleźć całe strony pełne dowcipów ze studium wojskowego. Niektóre całkiem dobre, nic dziwnego - tworzyli je od początku do końca dowcipni studenci - w praktyce takie sytuacje zdarzały się rzadko.
Nasi wykładowcy byli w większości inteligentnymi, wykształconymi, ludźmi. Dobrze przygotowani do wykładów, chętni do podzielenia się ze studentami swoją wiedzą i doświadczeniem. Niestety nie było chętnych odbiorców. To była trzecia reguła - na zajęciach drzemać. Sprzyjało temu zawiesiste powietrze w salach wykładowych - efekt nieprania mundurów.
Jako przyszła służba samochodowa mieliśmy sporo wykładów na temat budowy i konserwacji samochodu. Na trzecim roku studiów, na zajęciach z termodynamiki, wdałem się w dyskusję z wykładowcą. Słuchał mnie z uznaniem. Skąd pan to wie? - zapytał - pan powtarza rok?
- Nie, nam to wykładali na studium wojskowym - odpowiedziałem.
Wykładowca był chyba trochę niemile zaskoczony. Na sali rozległy się nieprzyjazne komentarze - on nie spał na wojsku.
Mieliśmy dwa przedmoty praktyczne - musztra i strzelanie. Do obu byłem przygotowany podczas 3 lat Przysposobienia Wojskowego w szkole średniej. 45 minut musztry było dobrym odprężeniem i okazją do odetchnięcia świeżym powietrzem. Strzelanie to było całkiem nowe doświadczenie. W szkole strzelaliśmy z karabinków sportowych - kbks, tu dostaliśmy do ręki pełnowymiarowy karabin. Pierwsze strzelanie było w pozycji leżącej, trzeba było oddać 3 strzały do tarczy. Szykowałem się do strzału gdy nagle wydało mi się, że ktoś walnął mnie pałką w głowę - dzwonienie w uszach, gwiazdy przed oczami. Nikt mnie nie uderzył, to strzelił kolega z prawej strony. Więc to tak mocno bije, przycisnąłen kolbę do ramienia z całej siły żeby uniknąć kopnięcia przy odrzucie, wymierzyłem - walnięcie z lewej strony. Znowu potrzebuję trochę czasu żeby odzyskać równowagę i wzrok. Strzeliłem prawie bez celowania gdyż obawiałem się, że kolejne strzały nigdy nie dopuszczą mnie do głosu.
Strzelaliśmy również z pistoletu TT. Pistolet trzeba było bardzo mocno ściskać w dłoni żeby odrzut go nie wyrwał. Okazało się, że niełatwo jest uniknąć drgania ręki. Koledzy nauczyli nas sprytnego tricku - razem z kolbą pistoletu chwycić w dłoń skrawek rękawa - to stabilizowało rękę.  Nie wiem dlaczego nasi instruktorzy pilnowali zebyśmy nie stosowali tego oczywistego ułatwienia.

Na drugim roku zdecydowanie przeważały przedmioty inżynierskie, jedynym przedmiotem "szkolnym" była matematyka. Ona jednak wkroczyła w niedostępne dla mnie rejony - transformacja Fouriera, równania Cauchy-Riemanna. Nasza pani wykładowca żmudnie przepisywała swoje notatki na tablicę, studenci kopiowali, nie pamiętam zbyt wielu dyskusji na przerabiane tematy. Nie było więc rady - na egzaminie trzeba było korzystać z gotowców. Tu nie było żadnych karteczek, temat dyktowano nam na egzaminie. Tematów egzaminacyjnych było około 20, mieliśmy więc przygotowane gotowce na każdy z nich. Ktoś w ostatnim rzędzie szybko wertował ukryte w torbie gotowce. Gdy znalazł ten wybrany na egzamin informował kolegów - numer 17. Przez następną godzinę lub więcej trzeba było czymś zapełniać kartki papieru, po tym czasie wystarczyło odliczyć 17 gotowców (wszyscy mieli je ułożone w tej samej koleności) i dokonać podmiany.

Młotek

Mieliśmy także warsztaty mechaniczne. Tu zetknęliśmy się praktycznie z obróbką skrawaniem. Praca na wiertarce, tokarce, frezarce. Zobaczyliśmy w akcji nóż Kolesowa, obiekt zachwytów propagandy lat 50. Jednak najpierw musieliśmy własnoręcznie wykonać głowicę młotka. Najtrudniejszą sprawą było spiłowanie górnej części młotka - usunięcie części materiału zakreskowanej na rysunku. Robiliśmy to ręcznie, pilnikami. Piłowanie twardej stali to była ciężka praca i tylko niewielu z nas udało się to dobrze zrobić. 

Trzy przedmioty inżynierskie miały charakter teoretyczny - wytrzymałość materiałów, metaloznawstwo, teoria mechanizmów i maszyn. Pozostałe to były już specyficzne technologie - spawanie, odlewnictwo, obróbka skrawaniem, obróbka plastyczna, budowa obrabiarek. Pod koniec drugiego roku studenci wybierali technologie, w której zamierzali się specjalizować. Ja i koledzy z mojej grupy dokonaliśmy wyboru przed rozpoczęciem studiów - organizacja i ekonomia.
Większość z nas czuła pewną zadrość. Kierunki technologiczne prowadzili wspaniali specjaliści - odlewnictwo prof Skarbińśki i dr Murza-Mucha, obrabiarki prof Gwiazdowski, spawanie prof Nekanda-Trepka, obróbka plastyczna prof Pełczyński. O naszej specjalności nie wiedziano nic - szkoła dyrektorów żartowali z nas koledzy.
Inna rzecz, że zdawałem sobie sprawę, że sztuka inżynieryjna daje imponujące efekty i jest bardzo ciekawa przy pierwszych kontaktach. Diabeł tkwi w szczegółach. To jest podobne do matematyki - pasjonuje na etapie równań z jedną lub kilkoma niewiadomymi a w zanadrzu chowa Fourriera i Cauchy-Riemanna.

Znamiennym spotkaniem ze sztuką inżynierską był przedmiot Tolerancje i pasowania. Podstawy były ciekawe - czy można jakąś część maszyny wykonać dokładnie według rysunku, na przykład pręt o średnicy 5 mm? Nie można. Chwileczkę - czy można tę średnicę dokładnie zmierzyć? Nie można. Wniosek - przyrząd pomiarowy musi być wykonany z większą dokładnością niż przedmioty, do których mierzenia jest przeznaczony. To nie koniec, zależy co mierzymy. Średnica pręta nie stwarza problemu, ale na przykład twardość materiału na jego powierzchni. Na powierzchni? A gdzie jest ta powierzchnia - spójrzcie przez mikroskop - powierzchnia tego, dokładnie wyszlifowanego pręta, przypomina może nie Alpy, ale conajmniej Góry Świętokrzyskie. Więc gdzie zaczyna się jego powierzchnia? Na szczytach? Jedyne wyjście to wbić przyrząd pomiarowy w tę powierzchnię, tak żeby poczuć opór. Ale uwaga - nie za głęboko bo powstaje ryzyko, że proces pomiaru zniekształci mierzony obiekt, mierzymy już nie to co było naszym zamiarem.
Konkluzja - konieczna jest tolerancja. Tolerancja zależna od przeznaczenia przedmiotu. Część nie musi byc wykonana dokładnie, musi być wykonana nie gorzej niż na to pozwala tolerancja.
Pasowanie - pręt ma być na siłę wciśnięty w otwór. Co to znaczy na siłę? Na jaką siłę? Znowu tolerancja. Powiedzmy, że pręt powinien być o 0.1 mm grubszy niż średnica otworu - z tolerancją 0.05 mm. W takim razie jakie tolerancje zastosować do pręta i do otworu? Czyżby 0.025 - połowę tego 0.05mm? Nie, wystarczy tolerancja 0.1 dla każdej części z osobna, trzeba je tylko dopasować. 
Przekładałem to na sytuacje życiowe - "nie gorszy niż" to było jakieś równanie w dół. Powierzchnia - gdzie zaczyna się sfera osobista człowieka? U niektórych osób już w promieniu pół kilometra. Jak bardzo trzeba się zbliżyć do innej osoby żeby ją poznać? Czy trzeba nacisnąć tak żeby poczuć ból? Czy za bliskie poznanie grozi zniszczeniem związku? Dopasowanie - czy to należy tłumaczyć na - każda potwora znajdzie swego amatora?
Profesor Wolniewicz wyrywał mnie z tych rozważań - do tego są tablice norm. Polskie Normy nie są zbyt szczegółowe, często korzystamy z radzieckich norm GOST - KLIK. Radzieckie normy - to rozwiązywało wiele problemów. Również tych życiowych.

Na marginesie studiów była nauka języków. Niemieckiego uczyłem się na lektoracie. Lektorka - pani Rosemary Tertel - była sympatyczna i miała duże poczucie humoru. Nie wymagała od studentów zbyt wiele, ale było mi przyjemnie zaskoczyć ją swoimi postępami. Przy okazji stwierdziłem, że chyba górowałem swoimi umiejętnościami nad resztą grupy, profesor Miętus dał mi dobre podstawy.
Angielski - starałem się wykorzytać każdą możliwą okazję by z niego korzystać. W Klubie Międzynarodowej Książki i Prasy były dostępne pisma angielskie i amerykańskie - The Times, The Guardian, New York Herald Tribune. Z tej ostatniej pamiętam felietony Arta Buchwalda - KLIK - takie teksty mogłyby ukazać się w naszej Polityce, a więc żyjemy w normalnym świecie.
Nadal próbowałem korepondować z osobami, których adresy podawało najpierw Dookoła Świata a potem pismo Radar. Wspominałem już, że takie kontakty kończyły się po wymianie 3-4 listów. Jednak jeden przetrwał aż do dziś - tak - 55 lat!

Ferie zimowe spędziłem w Kielcach. Przed Świętami nadeszła sensacyjna wiadomość - ciocia Krysia, siostra Matki mieszkająca w Nowym Jorku, zaprosiła Matkę do siebie na rok. Czytaliśmy ten list z niedowierzaniem - wróźby się spełniają. Kilkanaście lat wcześniej, jeszcze zanim zacząłem uczęszczać do szkoły, przysiadła się do nas w parku znajoma Matki, bardzo elegancka pani. W którymś momencie spytała - czy ja mogę państwu powróżyć z ręki? Proszę nikomu o tym nie mówić, ale ja mam zdolności w tym kierunku. Oczywiście nie biorę żadnych pieniędzy. Najpierw wróżyła Matce. Po chwili skrzywiła się - pani pojedzie za wielką wodę, ale to nie będzie dobra podróż. Potem wróżyła mnie - ależ urozmaicone życie, podróże, podróże na koniec świata. Matka była bardzo zadowolona z wróżby dla mnie, ale potraktowała cały incydent sceptycznie - nie ma co robić tylko ludziom bajki opowiada, wszyscy odbędą dalekie podróże, jakie to naiwne. W tym czasie nie wiedzieliśmy jeszcze, że ciocia Krysia przebywa w USA.
Teraz wróżba stała się faktem. Do listu załączone było formalne zaproszenie. Ciocia zarezerwowała bilet na statek Batory na marzec. Nie było co się zastanawiać nad ostrzeżeniem wróżki, Matka złożyła podanie o paszport. Wyjechała przed Wielkanocą.

MöveWielkanoc spędziłem w Kielcach pod opieką gastronomiczną naszej sąsiadki. Od cioci Krysi dostałem w prezencie rower. Kolejny przykład niepraktycznego podejścia Cioci. W Polsce można było dostać bardzo przyzwoite rowery produkowane w Bydgoszczy. Taki rower kosztowałby poniżej 20$ sprzedanych na czarnym rynku. Ciocia zapłaciła około 35$. Decyzji ofiarodawcy nie można było zmienić, dostałem rower Möve produkcji NRD. Bardzo solidny, oczywiście bez przerzutki. Przez 3 dni wyprowadzałem rower wieczorem do pobliskiego lasu i tam, w ukryciu, uczyłem się jeździć. Po trzech dniach wyszedłem na szosę i przejechałem około 50 km. To otwierało nowe możliwości, przyszedł mi pomysł żeby spędzić na rowerze miesiąc wakacji. Drugi miesiąc był zarezerwowany na obóz wojskowy.

 
1 , 2