Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: 1967

niedziela, 08 listopada 2015

 Tadeusz

Walim był osiedlem na 1500 osób. Możliwości zleceń nie było. Jako miejsce rekreacyjne było wspaniałe, jako miejsce do twórczego, aktywnego życia było końcem świata. A to nie były czasy internetu. Rozmowa telefoniczna międzymiastowa wymagala zamówienia, czekania parę godzin i wrzeszczenia w słuchawkę. Po zdobyciu dyplomu szybko zostałem członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków oddziału we Wrocławiu w sekcji malarskiej. W prasie przeczytałem, że w białostockim kombinacie przemysłu bawełnianego Fasty powstaje najnowocześniejsza w Polsce drukarnia filmdruku rotacyjnego. Zupełna technologiczna nowość importowana z Holandii. Dawny płaski szablon z syntetycznej siatki zamieniony zostaje w metalowy ażurowy rulon  z mikroskopijnymi otworami, farba wlewana do środka wyciskana jest jak dawniej raklem w tej rurze działającym, tkanina przesuwa się pod obracającymi się rurami-szablonami.  A wszystko działa w jednym procesie, czyli wszystkie, nawet kilkanaście, kolory jednocześnie są drukowane. Podczas jednej z delegacji do zjednoczenia lniarskiego skręciłem nieco z Łodzi na Białystok. Jeszcze miałem ważną legitymację studencką, w akademiku Akademii Medycznej przenocowano mnie zupełnie sympatycznie i bez żadnych zastrzeżeń za jedyne 10 zł. Rano pojechałem do leżącego na przedmieściach Białegostoku zakładu, a właściwie kompleksu wielu oddziałów produkcyjnych powstających od lat 50. na bazie wyposażenia radzieckiego - krosna tkackie, maszyny wykończalnicze, sama konstrukcja budynków i struktura zakładu.  To był moloch, który w swym największym rozkwicie zatrudniał ponad 6 tysięcy pracowników. Własna przychodnia lekarska, dentystyczna, elektrociepłownia, stołówka, parę ośrodków wczasowych. Pracownicy dowożeni specjalnymi autobusami z każdego większego osiedla. Praca na trzy zmiany.
Przyjęto mnie z otwartymi rękami. Prace montażowe samej drukarni były na ukończeniu, ekipa techniczna była w trakcie kompletowania. Sekcja wzornictwa, jak zwykle bardziej prestiżowa niż potrzebna, nieco zapomniana. A ja byłem stypendystą zjednoczenia bawełnianego - swój człowiek. Uzgodnienia były krótkie i rzeczowe - przyjeżdżam do pracy we wrześniu 1967, mieszkanie na mnie czeka - dwa duże pokoje z kuchnią, łazienka, parkiety, szafy i antresole wbudowane, spora loggia, centralne ogrzewanie, transport rodziny i majątku zapewniony. Stanowisko Kierownika Komórki Wzorcującej, której jestem całą obsadą. Biuro czyli pracownia projektowa czyli gabinet  to była spora pusta sala w cichej i spokojnej części zakładu. Wtedy to skromnie, socjalistycznie wyglądało, dziś zapewne byłbym nazwany dyrektorem do spraw disajnu i oczywiście po angielsku.

Więcej o zakładzie można poczytać w pliku, który niedawno w internecie znalazłem. W nim, prócz historii, rozmowy z dawnymi pracownikami, aż z trzema znaliśmy się dobrze, można powiedzieć, że byliśmy zaprzyjaźnieni. To Adam Karwowski, Jurek Jamiołkowski i Antoni Chodorowski. Na zdjęciu na stronie 7, takim z Moskwy, nawet ja jestem - pierwszy od lewej. KLIK  Publikacja - praca licealistów -  powstała w 2000 r., bardzo obiektywnie jednak stare peerelowskie stosunki pracy zostały pokazane! Zapewne to zasługa nadzoru do dziś znanego i cenionego licealnego nauczyciela historii, nawet mój wnuk do niego na korepetycje chodził.
We wrześniu z mieszkaniem był mały poślizg. Musiałem cały tydzień czekać w pokoju gościnnym na skończenie remontu po poprzednikach. Bo to były tzw. bloki awaryjne przy samym zakładzie. Komendant  straży pożarnej, specjaliści od ciepłownictwa, wodociągów, elektrowni zakładowej, straży przemysłowej, kierowcy czyli  niezbędne podręczne zaplecze techniczne fabryki.  Mój majątek czyli parę mebli i książki przyjechał przed żoną z dzieckiem, która u rodziców się parę dni w Krakowie przechowywała. Przyjechała do Białegostoku całkiem w ciemno, nigdy tego miasta wcześniej nie widziała.  
Wrażenia po Walimiu - jak tu dużo nieba, jak tu płasko!
Na jednym z pierwszych spacerów z wózkiem dziecinnym i małą Magdą idąca z przeciwka młoda kobieta syknęła do Elizy: ty polka job twoju mać. Szokujące i zupełnie absurdalne, nigdy się potem z takim potraktowaniem nie spotkaliśmy. To było pechowe zdarzenie, które na bardzo wiele lat wyrobiło w nas poczucie obcości, ale też sporej nieufności do tego miasta. Być może incydent był jakimś odpryskiem nastrojów narodowościowych województwa. I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR był wówczas  Arkadiusz Łaszewicz, Białorusin. Wpadały w ucho plotki lub przecieki, że zgłosił on stronie radzieckiej pomysł przyłączenia wschodniej Białostocczyzny do Białoruskiej Republiki Radzieckiej. Gdy po latach w jakiejś konkretnej sytuacji określono mnie jako zwolennika Białorusinów, to aż się roześmiałem - nie bym przeczył, albo się zgadzał, ale z powodu łaciatości i płytkości ludzkich ocen. 
Z naszego mieszkania na przedmieściu był tylko jeden miejski autobus nie jeżdżący zbyt często. Załoga była przecież przywożona specjalnymi autobusami. Trasa biegła przez  osiedla drewnianych domków, ale też wzdłuż łąk i pastwisk. Pewnego razu dwuletnia Magda wyglądająca przez okno  wrzasnęła na cały autobus: - Mamo, patrz, słoń! - To była pierwsza krowa przez nią widziana.

Tagi: 1967 fasty
11:48, tg1940
Link Komentarze (4) »