Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: sopot

wtorek, 09 czerwca 2015

Lech

Wspominałem jak to dzięki głośnikowi muzyka zagościła w naszym domu. Wkrótce wyprowadziła mnie z domu na koncerty Wojewódzkiej Orkiestry Symfonicznej, które odbywały się w skromnej sali koncertowej lub w Teatrze im St. Żeromskiego. Z programu tych koncertów zapamiętałem melodyjne utwory a więc Franza von Suppe uwerturę do opery Lekka Kawaleria lub Carl Marii Webera Zaproszenie do tańca czy Mascagniego uwerturę do opery Rycerskość wieśniacza. Kilka razu odwiedziła Kielce Maria Fołtyn wykonując pieśni Moniuszki i na bis L. Delibesa Dziewczęta z Kadyksu.
W głośniku, a potem w radio, słuchałem dość ambitnego repertuaru w wykonaniu orkiestry Filharmonii Narodowej czy Orkiestry Polskiego Radia w Katowicach.
Coraz częściej docierała do mnie również muzyka rozrywkowa. Były to orkiestra Glenna Millera i latynoskie orkiestry Jerry Mango czy Xaviera Cougata. Według mnie nie ustepowała im orkiestra Waldemara Kazaneckiego z Katowic. Zauważyłem też progamy słowno-muzyczne Muzyka i Aktualności czy Rewia Piosenek prowadzona przez Lucjana Kydryńskiego. Miały one urok owocu może nie tyle zakazanego co przemyconego pod niezbyt czujnym okiem władz. Muzyka rozrywkowa podobala mi się, rejestrowałem nazwy żeby móc uchodzić za człowieka obeznanego z tematem, ale szybko doszedłem do wniosku, że to nie jest dla mnie satysfakcjonująca strawa. To było dobre jako szybki relaks, ja czułem potrzebę czegoś co dostarczy trwałe emocje i znajdowałem to w muzyce klasycznej.

Wakacje 1955 i 1956 roku to był znowu Sopot i zapylanie kwiatów ziemniaka. Przypomnę, że pracowałem rano i na plażę docierałem dopiero po drugiej. Samotny chłopiec na plaży - znowu wzbudziłem czyjeś niezdrowe zainteresowanie. Tym razem byli to nauczyciele. Po doświadczeniu ze studentem medycyny reagowałem szybko i dość ostro.
Natomiast nie nabrałem żadnych podejrzeń gdy na kilka dni dokwaterowano mi dwóch lokatorów - księdza z ministrantem. Korzyści były wymierne. Po pierwsze znaczna redukcja opłaty, po drugie ksiądz ze swoim podopieczuym jadali śniadania w dobrej restauracji i zapraszali mnie na nie. Gruby plaster szynki i jajka w szklance to było miłe urozmaicenie mojej diety. Ksiądz byl bardzo miły i dowcipny i ubierał się "po cywilnemu". Po śniadaniu gdzieś znikali i pojawiali się dopiero wieczorem na nocleg.

Lech

W 1956 roku, podczas pobytu w Sopocie, zmieniłem fryzurę. Kazałem się ostrzyc na fanfana.
Tego roku spędzilem w Sopocie tylko lipiec, w sierpniu pojechałem na obóz pływacki nad jeziorem Garczyn w okolicach Kościerzyny na Pojezierzu Kaszubskim. Obóz trwal miesiąc, jego celem było wyszkolić nas na instruktorów pływania. Do Garczyna dotarliśmy chłodnego i deszczowego ranka po całonocnej podróży. Po śniadaniu odbyły się testy pływackie w prowizorycznym basenie przy brzegu jeziora. Zakwalifikowałem się do drugiej grupy i wyznaczono mnie na drużynowego. Każda grupa liczyła chyba 16 chłopców i zajmowała osobny drewniany barak. W baraku były metalowe łóżka, przy każdym niewielka szafka na rzeczy osobiste. Program dnia był mocno wypełniony zajęciami różnego rodzaju - metodyka nauki pływania, doskonalenie stylu pływania, lekkatletyka, gry zespołowe. Nie pozostawało więcej niż 2 godziny wolnego, które najczęściej spędzaliśmy leżąc na łózkach i snując opowieści. Przez cały czas obozu pogoda była bardzo kiepska. Któregoś dnia doszło do małej tragedii. Była niedziela, w planie wycieczka piesza do Kościerzyny i udział w pikniku. W drodze złapała nas ogromna ulewa i burza z piorunami. Kierownictwo ogłosiło odwrót, każdy na własną rękę. Wszyscy rzucili się pędem do obozu. Ja dotarłem dość późno i przed sąsiednim barakiem zauważyłem kilku wijących się z bólu chłopców.  Według relacji ich kolegi dobiegli całą grupą do baraku, byli przemoczeni i spoceni otworzyli więc okno i drzwi żeby był przeciąg i rzucili się na łóżka. Wielu z nich oparło stopy na poręczach łóżek. Właśnie wtedy w stojącą przy baraku brzozę uderzył piorun - kula ognia wpadła przez okno, przepłynęła po metalowych poręczach łóżek i wypadła przez drzwi. Wszyscy chłopcy, którzy mieli stopy oparte na poręczach zostali dotkliwie porażeni prądem. Chłopiec, który zdawał relację trzymał nogi na łóżku. Chyba trzech z nich zabrało pogotowie i już nie wrócili na obóz.

Droga powrotna do domu... koniec sierpnia, okropnie zatłoczony pociąg, do Warszawy jechałem stojąc w korytarzu. Tuż obok mnie stały dwie osoby, których twarze i nazwiska znałem ze sportowych gazet - trójskoczek Ryszard Malcherczyk i oszczepniczka Anna Wojtaszek - reprezentanci Polski na zbliżające się igrzyska olimpijskie w Melbourne. Olimpijczycy i tak jak ja stoją w tłoku, czułem się znobilitowany. Przysunąłem się bliżej. Bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie poziom ich rozmowy, to byli kulturalni, myślący, ładnie się wyrażający ludzie. Rozmawiali głównie o sporcie. Moją uwagę zwróciły słowa Anny Wojtaszek, że ten wyjazd ma dla niej wyjątkowo duże znaczenie. To było przecież oczywiste - olimpiada - jakże mogłoby byc inaczej? Nawet pan Malcherczyk nieco się zdziwił tym wyznaniem.

Obóz pływacki pamiętam z jeszcze jednego powodu - przez ten obóz nie było mnie w Sopocie w okresie pierwszego Festiwalu Jazzowego. Oczywiście robiłem minę męczennika i ogromnie narzekałem na los. Po powrocie do domu zainteresowałem się głębiej tym tematem. Prawdę mówiąc to jazz robił na mnie jeszcze mniejsze wrażenie niż wspomniana na wstępie muzyka rozrywkowa, ale poczułem, że jest to temat, którego znajomość dodaje powagi i autorytetu więc poświęciłem mu sporo uwagi i wysiłku. Przy okazji było to drobne ćwiczenie w języku angielskim - wymowa nazwisk muzyków i zepołów, nazwy styli jazzowych.
W 1957 roku byłem znowu na wakacjach w Sopocie i tym razem miałem okazję uczestniczyć w festiwalu. Nie wiem czy informacje o festiwalu w 1956 roku były mocno przesadzone, czy po jednym roku entuzjazm wygasł, ale to nie była już impreza, która narzucałaby całemu Trójmiastu swój klimat. Byłem na koncercie w hali Stoczni Gdańskiej i na Jam Session w Operze Leśnej. Na jam session krążyła po widowni taca z kromkami chleba posmarowanymi dżemem śliwkowym a na scenie orkiestra Karela Vlacha grała bardzo popularny przebój - Wiśniowy sad - KLIK. Oczywiście wywyższałem się z powodu tych doświadczeń niesamowicie, ale tak naprawdę tylko kilka pierwszych taktów dixielandu wzbudzało we mnie jakieś emocje - KLIK.

Bardziej pamiętne są dla mnie rozgrywane w Sopocie turnieje tenisowe. Pamiętam, że moimi towarzyszami był kolega szkolny Andrzej Sz. wraz z ojcem i siostrą. To był tenis o jakim opowiadała mi Matka - sport królów. Wszyscy zawodnicy i zawodniczki ubrani na biało. Sporo mężczyzn grało w długich spodniach. W przerwach podawano zawodnikom gorącą herbatę. W turnieju występowała przedwojenna gwiazda polskiego tenisa Jadwiga Jedrzejowska i dość łatwo pokonywała o połowę młodsze rywalki. W konkursie męskim sensację budził Władysław Skonecki, który w poprzednich latach święcił spore triumfy w tenisie zawodowym. Do Polski wrócił wyraźnie na sportową emeryturę. Wprawdzie nadal błyszczał, szczególnie w grze przy siatce, to jednak w długich tenisowych pojedynkach ulegał młodszym zawodnikom z lepszą kondycją - Andrzejowi Licisowi czy Wiesławowi Gąsiorkowi.

Jeszcze inne wspomnienie z roku 1956 w Sopocie to występ Kazimierza Krukowskiego w koncercie wspomnień o kabarecie Qui pro Quo. Tę nazwę znałem z opowiadań Matki i to zwabiło mnie na występ. To było duże rozczarowanie. Więc moi Rodzice pasjonowali się czymś takim? Wprawdzie prowadzący program i moja Matka zapewniali, że tego nie da się powtórzyć, że to trzeba było osobiście przeżyć, ale niezbyt mnie to przekonywało.

czwartek, 28 maja 2015

Lech  Lech

Nadszedł czas wakacji i poważny kłopot. Nikt z nie wybierał się do Ameliówki. Nikt nie miał ochoty zabrać mnie ze sobą na wakacje. Matka znowu była zrozpaczona. W końcu udało jej się coś załatwić - jak 3 lata temu do Pieszyc, do rodziny pani, u której jadałem obiady. Nie umywało się to do Ameliówki, ale wspomnienia z Pieszyc miałem miłe, może być. Matka ucieszyła się, to świetnie. Pani S wspominała, że bedzie tam też jej syn Janek i , że on bardzo chciał żebym przyjechał do Pieszyc. Ta wiadomość zmroziła mnie. Długo się wahałem, wreszcie wykrztusiłem - ja nie chcę z nim być na wakacjach.

Co się stało? Dlaczego?
To wydarzyło się chyba w lutym, kiedy Janek był w Kielcach w okresie przerwy międzysemestralnej. Któregoś dnia pani S powiedziała - mój syn jest studentem medycyny, chciał z tobą porozmawiać na tematy medyczne, podam ci obiad w drugim pokoju.
Janek zamknął drzwi i wyjaśnił, że jestem w okresie dojrzewania, nie mam w rodzinie mężczyzny a właśnie teraz potrzebna jest mi męska rada. W duszy przyznałem mu rację. Potem... mówiąc krótko i po angielsku "indecently touched me". To mi się zupełnie nie podobało. Zjadłem podaną zupę siadając w ten sposób żeby nie mógł mnie dotknąć a na drugie danie przeszedłem do głównego pokoju.
Janek wrócił na studia a ja zupełnie zapomiałem o tym incydencie, ale teraz skojarzenie było oczywiste.

Matka była zdruzgotana. Najpierw ogarnęła ją wściekłość - zgłosimy to na milicję, powiadomimy akademię medyczną, taki człowiek nie może mieć uprawnień lekarskich. Uspokajałem ją, że przecież nic mi się nie stało, że właściwie już o wszystkim zapomniałem. W końcu uznała, że ewentualne zeznawanie na milicji czy w akademii medycznej będą dla mnie większym stresem niż samo wydarzenie i dała spokój.

Pozostała sprawa wakacji. Matka napisała list do brata Ojca, stryja Ziemowita, malując w najczarniejszych barwach perspektywy moich wakacji - w domu z chorymi, z gruźlicą rozpadową i syfilisem snującymi się po korytarzach. Stryj odpisał proponując żebym przyjechał do Sopotu. Ciekawe, ze wile osob nie mowilo Sopot tylko Sopoty.

Następnego dnia Matka spakowała mnie i wyprawiła pociągiem do Sopotu. Tam na dworcu czekał na mnie stryj. Pieszo przeszliśmy do miejsca jego zamieszkania. Piękna stara willa na ulicy Krasickiego blisko ulicy Armii Czerwownej (obecnie ul. Armii Krajowej, w czasie wojny Horst Wessel Strasse, przed wojną Kronpzinzenstr.). W tej willi mieszkała moja stryjenka Helena a stryj wynajmował pokój na poddaszu. Trudno to zresztą nazwać pokojem. Była to część strychu pod stromym dachem i bardzo wysoki stryj nie mógł się tam wyprostować. W pomieszczeniu było łóżko oparte na cegłach oraz łóżko polowe dla mnie. To wszystko.

Stryj zapoznal mnie ze stryjenką Heleną i zaprowadził na pobliską ulicę Mickiewicza na kolację do domu stryja Wladysława.

Dygresja rodzinna. Pisałem obszernie o rodzinie Ojca. Stryjenka Helena, stryj Władysław - to były dzieci Antoniego, brata mojego dziadka Jakuba. Matka wspominała tę gałąź mojej rodziny z wielkim uznaniem - Antkowicze - jak oni się trzymali. Ojciec na posadzie, dziewięcioro dzieci. Wszystkie pokończyły studia. Założyli rodzinną spółdzielnię, ci którzy już zarabiali wpłacali składkę na fundusz na studia młodszego rodzeństwa...

 Antkowicze

Na powyższym zdjęciu stryjenka Helena to chyba ta dziewczynka po prawej a stryj Władysław to na pewno ten chłopiec obok niej, w czarnym ubraniu, ze szpicrutą w dłoni.

Stryj Władysław mieszkał z rodziną w ładnej willi. Potężnie zbudowany mężczyzna o silnym głosie i ciemnych włosach. Przed wojną ukończył szkołę morską w Tczewie, tę samą co brat Matki wuj Rysiek, tylko wydział mechaniczny. Wojna zaskoczyła go w Gdyni, brał udział w obronie Helu i spędził wojnę w niemieckim oflagu. Obecnie był dyrektorem Polskiego Rejestru Statków. Poznałem również jego żonę - stryjenkę Wandę i trzy córki - Kasię, już studentkę, Anielę, maturzystkę, i Joasię - 7 lat. Prócz nich były tam jeszcze dwie córki stryja Antka - najmłoszy chłopiec na powyższym zdjęciu - Basia, maturzystka i Dorota, 7 lat.
Tyle nowych twarzy. Byłem mocno oszołomiony. Tu masz zawsze bezpieczną przystań - powiedział stryj Ziemowit.

Następnego dnia wprowadził mnie w nowy rytm życia. Przedstawił mnie właścicielom naszej kwatery - miłe małżeństwo w średnim wieku. Spytał czy prowadzę rejestr wszystkich wydatków. Nie prowadziłem. Dał mi więc notesik i polecił robić to codziennie. Pierwsza pozycja to opłacenie kwatery. Stryj rozliczył mój udział w koszcie mieszkania na 2 dni, potem będę mieszkał sam i zapłacę za to właścicielce.
Następnego dnia rano poszliśmy na śniadanie do baru mlecznego przy dworcu kolejowym. Kawa z mlekiem i bułka z serem. Potem poszliśmy na plażę. Bezpłatną, obok Łazienek Północnych. Na obiad do baru mlecznego - makaron z jajkami - cena chyba 6.70 - to było najdroższe danie. Na kolację do stryjostwa Władków. Po kolacji dorośli grali w bridża. Dowiedziałem się, że od najbliższego poniedziałku rozpocznę pracę na polach doświadczalnych Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin (IHAR), w którym pracowała stryjenka Helena. Stryj wyjechał w niedzielę po południu.

To było dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Nigdy dotąd nie mieszkałem sam, nigdy nie musiałem się troszczyć o swoje sprawy bytowe. Nigdy nie pracowałem zarobkowo. Jednak nie był to dla mnie żaden szok. Matka nie przekazała mi żadnych praktycznych umiejętności, ale przekazała jakiś fatalizm, pozytywne godzenie się z losem - świat wokół ciebie może się w każdej chwili zawalić a ty masz dalej robić swoje.

W poniedziałek rano stryjenka Helena pojechała ze mną na pola doświadczalna gdzie zapoznano mnie z moją pracą. Miałem pracować jako pszczółka - zapylać kwiaty ziemniaka To było proste. W pudełku od zapałek miałem kwiaty których pyłek miałem użyć do zapylania. Na wyznaczonej działce rosły ziemniaki, które miały być zapylone. Najpierw trzeba było każdy kwiat wykastrować - wykałaczką odciąć mu pręciki. Na paznokieć kciuka lewej ręki sypałem pyłek z kwiatów w pudełku od zapałek i zanurzałem w tym pyłku czubek słupka zapylanego kwiatu. Oprócz mnie zapylał jeszcze jeden chłopiec, mój rówieśnik. Na poletku była z nami para etatowych pracowników Instytutu.
Pracowałem 5 dni w tygodniu, tylko gdy nie padał deszcz. Zaczynaliśmy pracę chyba o 6:30, 6 godzin. Po zakończeniu pracy szybko szedłem do stacji Sopot-Wyścigi i jechałem kolejką do Sopotu żeby zdążyć na plażę.

Gospodarze mojej kwatery pozwolili mi korzystać z bardzo prowizorycznej kuchni. Był to mały pokoik bez okna wyposażony tylko w zlew i maszynkę elektryczną.
Maszynkę elektryczną.... zaraz przecież teraz nikt nie zrozumie co mam na myśli - google zasypuje mnie ofertami eletrycznych płyt kuchennych. Maszyka eletryczna było to urządzenie o średnicy dużego talerza, wysokości około 8 cm, w którym, w ceramicznej obudowie, znajdowała się niczym nie przykryta spirala elektryczna. Można było na niej postawić garnek lub czajnik i gotować. Ja ograniczałem się do gotowania wody na herbatę a w niedzielę jajek na twardo. Do tego kromka lub dwie chleba z masłem i serem i śniadanie załatwione. Biegiem do przystanku tramwajowego i jazda do pracy. Lodówek nie było a kuchnia na poddaszu mocno się nagrzewała więc trudno było robić jakiekolwiek zapasy. Nawet pół kostki masła zdążyło się czasem roztopić zanim je skończyłem.
Gdy docierałem nad morze nie było już tam moich znajomych więc przeniosłem się na plażę obok Łazienek Południowych gdyż serwowano tam dobre obiady - fasolkę po bretońsku. W zatłoczonej, dusznej i gorącej sali kłębił się tłum, zlana potem załoga dwoiła sie i troiła. Trzeba było odczekać w kolejce conajmniej pół godziny. Potem miałem już wolne.
Plażowanie kończyłem około 5 i kierowałem się na ul. K Rokossowskiego (obecnie Bohaterów Monte Cassino, poprzednio - Meerstr - ulica Morska). Tam sprzedawali włoskie lody a na przeciwko był (i chyba jest nadal) Klub Międzynarodowej Książki i Prasy. 
Jak spędzałem wieczory? W Sopocie były dwa kina, w lecie zmieniały program 2 razy w tygodniu więc było co ogladać. Miałem wprawdzie stałe zaproszenie do domu stryja Władysława, ale nie korzystałem z niego zbyt często gdyż nie było tam nikogo w moim przedziale wiekowym więc wpadałem tam aby pożyczyć książki. Przeglądałem książki i inne materiały zgromadzone w moim pokoiku. Był tam pięknie wydany Mein Kampf i albumy z walk niemieckich łodzi podwodnych.
Pamiętam, że wkradłem się przed dziurę w siatce do Opery Leśnej, w której wystawiano Fausta Gounoda w wersji koncertowej.
Zapylanie ziemniaków kończyło się pod koniec lipca. Stryj zakładał, że wkrótce potem wrócę do Kielc, ale Matka poleciła mi zostać do końca wakacji. Wtedy miałem okazję plażować razem ze szkolnymi kolegami. Byli to głównie koledzy, których ojcowie byli lekarzami. Był więc oczywiscie Staszek Ś. Pamiętam jak starał się mnie usilnie przekonać żebym zmienił klasę i przeniósł się do klasy A, w której była większość kolegów z Nazaretu. Jego argumenty - solidarność, siła przebicia - wydawały mi się zupełnie nie z tej ziemi. Wiedziałem, że i tak będzie jak będzie.
Już po powrocie do Kielc otrzymałem przekaz pocztowy z moimi zarobkami - 420 zł. Matka kręciła głową z niedowierzaniem - może metody wychowawcze braci Ojca nie były takie złe.