Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: lot

poniedziałek, 07 grudnia 2015

Lech  Lech

Rok 1980 zaczął się... według mnie już w roku 1976. Wtedy to, po rozruchach robotników, powstał Komitet Obrony Robotników - KOR - pierwszy krok do budowania zorganizowanej opozycji.

Dwa lata później wybrano Polaka na papieża. Nastąpił przypływ ludzi do Kościoła. Wydawało się, że nie ma rzeczy niemożliwych. Wizyta Jana Pawła II w Polsce w 1979 roku zespoliła ludzi. 
Pamiętne słowa na placu Zwycięstwa - niech zstąpi DUCH Twój. Niech zstąpi DUCH Twój i zmieni oblicze ziemi...TEJ ZIEMI!

Również w 1979 roku rozpoczęła się interwencja radziecka w Afganistanie. Do gry włączyły się Stany Zjednoczone. Istniejący układ zaczynał się chwiać.

14 sierpnia wybuchł strajk w Stoczni Gdańskiej. Żądania strajkujących - przywrócenie do pracy Anny Walentynowicz i Lecha Wałęsy, budowa pomnika ofiar grudnia 1970, podwyżka płacy. Nie były to według mnie wielkie żądania, które mogłyby zaniepokoić władze państwa. Władze nie użyły siły, dyrekcja zakładu zasiadła do stołu i próbowała się targować.
Zaskoczeniem dla mnie było, że w ciągu następnych kilku dni do strajku dołączyło kilkanaście, kilkadziesiąt zakładów, powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. 21 sierpnia reprezentował on już 350 zakładów pracy.
Kalendarium sierpniowych wydarzeń tutaj - KLIK

Nie potrafię sobie przypomnieć jak odbierałem te wydarzenia - pewnie trochę sceptycznie a trochę z niepokojem - w którymś momencie władza zareaguje siłą.
Zaskoczyło mnie, że Janek N, który został wraz ze mną przyjęty do pracy w Kuwejcie, mocno zaangażował się w akcję strajkową. W każdy weekend latał do Gdańska.
- Co ty tam robisz - pytałem.
- Wszystko co mi polecą. Odbijam ulotki, przygotowuję posiłki, co tylko wpadnie w ręce.
A co myśłi o komitecie strajkowym? - Wałęsa to prosty robotnik - odpowiadał - na szczęście jest otoczony przez mądrych ludzi i to oni wszystkim kierują.
- Jakich mądrych ludzi?
- Mazowiecki, Geremek.
Nie wzbudzało to we mnie wielkiego zaufania.

W ostatnich dniach sierpnia rząd podpisał porozumienia z 4 głównymi komitetami strajkowymi. Podstawą było 21 postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego - KLIK.
Nie wydały mi się one wielką rewelacją. 

Długopis

Po pierwsze raziła mnie ostentacja L. Wałęsy - ten długopis, Matka Boska w klapie. W porónaniu z nim minister Jagielski wygladał na męża stanu.

Po drugie - postulaty...
Pierwszy i najważniejszy - wolne, niezależne związki zawodowe - ten postulat miał wymiar polityczny, ale wydawało mi się, że to z upływem czasu jakoś się rozmyje.
Postulat 2 - prawo do strajku.  To pachniało mi liberum weto. 
Dużą ilość postulatów takich jak - wolność słowa, wyprowadzenie kraju z kryzysu, polepszenie warunków pracy służby zdrowia, dobór kadry kierowniczej stosując kryterium kwalifikacji zawodowych, pełne zaopatrzenie rynku w produkty żywnościowe. zapewnienie odpowiedniej ilości miejsc w żłobkach i przedszkolach, skrócenie czasu oczekiwania na mieszkania - uznałem za pobożne życzenia. Kolejne rządy, od wielu lat, zapewniały, że właśnie to robią, dlaczego teraz ma być inaczej?
Patrząc na obecną sytuację w Polsce odnoszę wrażenie , że spełnił się tylko postulat poprawy zaopatrzenia w żywność.
Kilka postulatów było konkretnych -  wprowadzić kartki na mięso i niektóre przetwory - z tym się zgadzałem, skończyć z tą loterią w sklepach.
Ale taki konkretny postulat (nr 14) - obniżyć wiek emerytalny do 50 lat dla kobiet, 55 dla mężczyzn. Ciekaw jestem co o tym myślą obecni obywatele i partie polityczne w Polsce.

Charakterystyczna dla mnie była reakcja jednego z moich szefów - Krzysztofa. To był urodzony działacz społeczny. Pamiętałem go jeszcze ze studiów gdzie był członkiem każdej organizacji społecznej. Wyznał mi kiedyś, że jest nawet członkiem ZBoWiD - Związku Bojowników o Wolność i Demokrację - KLIK. Jak to możliwe? Toż to był związek kombatantów II Wojny Światowej a Krzysztof był w moim wieku. Moja matka była ze mną w ciąży podczas kampanii wrześniowej 1939 - odpowiedział.
Nie zdziwiło mnie więc gdy porozumienia sierpniowe dodały mu energii. Skrzyknął wokół siebie starych wyjadaczy związkowych - przecież nam  zawsze właśnie o to chodziło.

Pierwszy w PRL niezależny związek zawodowy powstał właśnie w LOCie. Był to związek zawodowy pilotów (a może personelu latającego). Wtedy było to mocno nagłaśniane, teraz nie mogę znaleźć w internecie żadnej informacji na ten temat. 
Przeczytałem statut związku i zmroziło mnie - większość statutu to były przywileje specyficzne dla personelu latającego. To wyraźnie tworzyło nową, uprzywilejowaną, klasę. To była niewielka grupa ludzi, ale ich strajk oznaczał paraliż całej firmy. Z drugiej strony, ponieważ grupa była niewielka to  spełnienie ich wymagań nie było dla LOTu zbyt trudne.
A więc znowu - równi i równiejsi - tylko kryteria będą inne - pomyślałem. 

Niewątpliwie będący w trakcie załatwiania kontrakt w Kuwejcie miał wpływ na moją ocenę sytuacji. Wiele osób wokół mnie przyjęło zmiany entuzjastycznie. 

sobota, 05 grudnia 2015

Lech  Lech.

Załączona do mojego poprzedniego wpisu depesza z Kuwaitu wspominała o interview w sierpniu w hotelu Hilton. Takiego hotelu nie było w Warszawie, założyłem że goście zamieszkają w hotelu Forum. 
Życie biegło dalej - był lipiec - moja kolejka na wakacje z dziećmi. Tym razem wczasy pracownicze LOT w Międzywodziu. Przez dwa tygodnie pogoda była kiepska, do tego bardzo zimno. Dzieciakom to jednak nie przeszkadzało. Kąpaliśmy się codzienne. Dopiero po wyjściu z wody robiło się zimno...

 Międzywodzie

Ania i Michał to ci wyżsi. Pozostała dwójka to dzieci przypadkowo spotkanego w Międzywodiu kolegi, Jacka S. Jacek pożyczył mi na jeden dzień swój samochód - malucha - i pojechałem z dzieciakami do NRD. Poszliśmy na plażę - w porównaniu z Międzywodziem było tam wiele ludzi, widocznie Niemcy są bardziej odporni na kaprysy pogody, a może mają większe poczucie obowiązku - jak wakacje nad morzem to trzeba spędzać czas na plaży. Pokręciliśmy się po mieście. Wydało mi się, że zaopatrzenie w żywność było dużo lepsze niż w Polsce. A więc u nas było aż tak źle?

Poniższe zdjęcie - naszyjnik z piasku - zrobione wyprodukowanym w NRD aparatem Vera. Dzisiejszym sprzętem nie potrafiłbym takiego zrobić...

Piasek

Po powrocie z wakacji trzeba było pomyśleć o kontrakcie w Kuwejcie. Wiadomo było, że bez oficjalnego wsparcia nie dostanę paszportu. Rozwiązanie wydawało się być proste - POLSERVICE - firma zajmująca się wysyłaniem polskich specjalistów do innych krajów. Wiadomo mi było, że pobiera za to myto w wysokości 35% zarobków, to nie był zły układ.
Udałem się do biura Polservice i pokazałem otrzymaną depeszę...
- Czy, jeśli interview wypadnie pomyślnie, Polservice weźmie mnie pod swoje skrzydła, wyda paszport służbowy i załatwi inne formalności?
- A czy jest pan na naszej liście ekspertów?
- Nie..
- No to musi pan złożyć podanie, zdać egzamin z języka obcego, komisja zdecyduje czy wpisać pana na listę ekspertów.
- Ale proszę pani, ja już zostałem zaproszony na interview...
- O, proszę pana, u nas każdemu się wydaje, że jest wielkim specjalistą, ale o tym zadecyduje komisja. Na naszej liście ekspertów mamy świetnych specjalistów w każdej dziedzinie i być może zaproponujemy klientowi kogoś innego.

Wyszedłem jak zmyty. Życie nie znosi próżni, za kilka dni zadzwonił do mnie dyrektor firmy MeraSystem - pan S.
- Panie inżynierze, od dawna zamierzałem się z panem skontaktować. Jak pan pewnie wie nasza firma wysyła specjalistów komputerowych za granicę a ja z wielu źródeł wiem jak doświadczonym jest pan specjalistą.
...
- Obecnie mamy licznych klientów z Kuwaitu. Wysłaliśmy już tam sporą grupę specjalistów. Są wśród nich pana dobrzy znajomi. 
...
- Za kilka dni przyjeżdżają do Warszawy przedstawiciele naszego klienta. Zamierzamy wstawić pana na listę osób na interview.
- Dziękuję bardzo. Jeśli są to przedstawiciele Kuwait University, to nie musi mnie pan nigdzie wstawiać gdyż ja otrzymałem już bezpośrednio zaproszenie na interview. 
Nastała chwila milczenia. Mój rozmówca musial widocznie zmodulować ton głosu.
- Proszę pana, pan chyba zapomniał w jakim kraju żyjemy. Nikt z zagranicy nie może sobie prywatnie werbować pracowników w Polsce. Ci panowie przeprowadzą interview w naszym biurze. Jak pana nie będzie na naszej liście, to pana nie wpuścimy do budynku.
To był dobry argument. Zgodziłem się na wpisanie na listę.
- Dobrze, że się rozumiemy. Druga sprawa, to musi pan złożyć wypowiedzenie pracy w LOT, my już mamy dla pana etat.
- Chwileczkę, dlaczego ja mam składać wypowiedzenie? Ja chcę kontynuować pracę w LOCie. Jeśli zakwalifikuję się na wyjazd to na pewno dostanę urlop bezpłatny.
- Pan bardzo utrudnia nam działanie. Niech pan pamięta o jednym - bez naszej zgody nie dostanie pan paszportu.
- Pamiętam, pamiętam, ale po co uprzedać fakty? Poczekajmy na wyniki interview.

Okazało się, że moi koledzy - Piotr, Adam i Jan - odbyli podobne rozmowy. W wyznaczonym dniu pojechaliśmy do biura MeraSystem. Okazało sie, że na liście oprócz nas było conajmniej 6 innych osób.

Interview prowadziły dwie osoby: dr Ali Akbar okrągły dobroduszny Arab i Nissar Shariff, chyba Pakistańczyk - szczupły, bardzo zasadniczy i nieco agresywny - szef ośrodka komputerowego. Przypomniały mi się kursy w Anglii w 1974 roku, tam inscenizowaliśmy takie interview. Uznałem, że nie ma sensu przechwalać się moimi wcześniejszymi sukcesami. Mówiłem krótko - mam kilkanaście lat doświadczenia, uczestniczyłem we wdrożeniu wielu systemów. Odbyłem pełne szkolenie programisty systemowego na UNIVAC - tu są świadectwa - na komputerach UNIVAC nigdy nie pracowałem.
To było dobre posunięcie - dr Ali patrzył na mnie z sympatią, uprzedziłem ewentualne podchwytliwe pytania pana Shariffa. Rozmowa nabrała swobodnego charakteru. Pan Shariff opowiedział o centrum komputerowym, dr Ali wypytywał mnie o sytuację rodzinną. 
Pozostawało czekać na wyniki.

Przyszły pod koniec sierpnia...

Wybrany

Następnego dnia w pracy dowiedziałem się, że tylko Janek N. dostał podobne powiadomienie. Żaden z kandydatów MeraSystem nie został zakwalifikowany. Nieco dziwiło mnie, że nie wybrali Piotra ani Adama. Obaj mieli większe ode mnie doświadczenie jako programiści systemowi. Być może na mój plus przemawiała sytuacja rodzinna - żonaty, dwójka dzieci. Janek N. też był żonaty i miał jedno dziecko. W kraju arabskim to mogło mieć istotne znaczenie.

Za kilka dni zadzwonił dyrektor S. z gratulacjami. Ponowił propozycję zatrudnienia w MeraSystem. Już przedtem konsultowałem taką opcję z moim partnerem Jankiem N. i zgodziliśmy się, że pozostajemy w LOCie. Przekazałem moje stanowisko. Dyrektor S. nie był zadolony i chyba dzwonił do mnie w tej sprawie kilka razy.
Nadszedł grudzień, do rozpoczęcia kontraktu pozostał niespełna miesiąc. Wreszcie nadeszło pismo z centrali handlu zagranicznego Metronex...

Instrukcja 

Nie byle jakie pismo, Instrukcja Wyjazdowa. A zatem osiągnęłi porozumienie z naszym pracodawcom. Pobiegliśmy wraz z Jankiem do działu kadr i dostaliśmy urlopy bezpłatne...

Urlop

Zadzwoniłem do Metronexu dowiedzieć się jak wygląda sprawa naszych paszportów i biletów. Wydało mi się, że nie wiedzą o czym mówię. Nasze paszporty służbowe znajdowały się w składnicy LOT. Ku naszemu miłemu zaskoczeniu, po okazaniu Instrukcji Wyjazdu, wydano je nam bez żadnego problemu. Bilety - tu pomogły wcześniejsze kontakty w działem rezerwacji. LOT obsługiwał bezpośrednie połączenie z Kuwejtem. Szefowa działu rezerwacji, pani Basia W., osobiście sprzedała nam bilety - w jedną stronę.

Na drugim planie była bezczynność w pracy. Pozytywnym efektem było załatwienie pralki automatycznej. Wymagało to wpisania się na listę i codziennego potwierdzania obecności. Na szczęście do sklepu przy ul. Nowowiejskiej było blisko.

Innego rodzaju efektem była eksplozja "poetycka". Od początku mojej pracy zawodowej pisałem okazjonalne wierszyki. Pod koniec 1980 roku napisałem ich ponad 20 i przygotowałem całą szopkę świąteczną. Wykorzytałem melodie kolend i popularnych piosenek. Kilka wierszyków było tak rytmicznych, że melodie same przyszły mi do głowy. Te musiałem zaśpiewać sam, pozostałe odśpiewali Sylwia i nasz szwagier - szkolone w chórze głosy. Wszystko nagrane na magnetofon gdyż podczas przedstawienia musiałem manipulowac kukiełkami.
Przedstawienie odbyło się w pracy. W którymś momencie zorientowałem się, że widzowie czują się trochę niezręcznie. No tak, wena poniosła mnie, przeszarżowałem z szyderstwem i kilka osób z naszego otoczenia mogło się czuć urażone. 
Takie uboczne efekty pełnej wolności w sztuce. 

Tuż po Świętach Warszawę odwiedziła mieszkająca w Australii kuzynka Sylwii Basia. Poznałem ją w 1974 podczas pobytu w Anglii. Wtedy jej córka Iwonka miała ledwie rok. Teraz wyrosła na dużą pannę a w rodzinie przybył jeszcze syn - Andrzej...

Goście z Australii

Zdjęcie przed naszym domem - od lewej - Sylwia, Basia, Iwonka, Andrzej i ich ciocia z Gdańska. Całe to towarzystwo, razem z bagażami, zmieściło się bez problemu do naszego malucha.

Zaprowadziłem dzieci do kina Oka - koło placu Dzierżyńskiego - wyświetlali tam radzieckie filmy trójwymiarowe. Były zachwycone, czegoś takiego w Australii nie widziały.
Mieli i inne doświadczenie. Michał przechodził ciężkie zapalenie ucha, zaaplikowano mu serię antybiotykowych zastrzyków. Pielęgniarka przychodziła do nas i robiła te zastrzyki wysłużoną, grubą igłą. Było to bardzo bolesne, Michał okropnie krzyczał. Australijskie dzieci zapamiętały to do dnia dzisiejszego.

Basia zauważyła, że Kuwejt to już nieco bliżej Australii, może kiedyś wpadniemy na urlop. Może, może...
Do Kuwejtu wylecieliśmy chyba 7 stycznia 1981. Dwa dni przed odlotem odebrałem pralke automatyczną.

Tagi: kuwejt lot
07:25, pharlap
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 grudnia 2015

Lech Lech

Po zimowych rozrywkach i obozie wojskowym byłem gotowy do akcji.

Najpierw jednak odbył się wieczór pożegnalny moich kolegów z dawnej pracy - Andrzeja M. j Janka R. Obaj wyjeżdżali na służbowy kontrakt do Kuwejtu. Wspominałem, że pracowali na komputerze IBM w centrum Ministerstwa Przemysłu Maszynowego. Okazało się, że państwowa centrala handlu zagranicznego - Metronex - załatwiła duży kontrakt z instytucją rządową w Kuwejcie. W ramach kontraktu do Kuwejtu miało wyjechać kilkanaście osób. Z jednej strony Kuwejt miał wtedy opinię jednego z najbogatszych krajów na świecie. Z drugiej - moi koledzy mieli dostawać wynagrodzenie od polskiej centrali. Oczywiście każde wynagrodzenie w dewizach - czarnorynkowy kurs dolara na dobre przekroczył 100 zł - wydawało się być fortuną. Nie zazdrościłem im jednak zbytnio, w LOCie będę miał chyba ciekawszą pracę a doświadczenia ostatniego roku pozwalały nie troszczyć się zbytnio o stronę materialną.

W kwietniu miał być zainstalowany komputer i miała się zacząć praca na serio. Tym razem drogę przeciął nam parowóz dziejów. Od kilku miesięcy trwała radziecka interwencja w Afganistanie - KLIK. Stany Zjednoczone z jednej strony mocno wsparły islamskich bojowników z drugiej nałożyły embargo na dostawę wielu produktów do ZSRR i krajów demokracji ludowej. Na liście były komputery UNIVAC, które były niewątpliwie bardzo zaawansowaną technologią, którą można było wykorzystać do celów militarnych.
Przedstawiciele UNIVAC rozkładali bezradnie rece - bardzo nam przykro, oczywiście zapłacimy wszelkie kary umowne  (zwróci nam to Departament Stanu USA). To było bardzo brutalne przebudzenie.

Z dnia na dzień zostaliśmy zdegradowani z pozycji elity informatycznej do pozycji piątego koła u wozu.
W LOCie istniał dział informatyki korzystający z komputera ODRA-1300. Na komputerze tym funkcjonowały systemy obsługi administracyjnej przedsiębiorstwa. Wydaje mi się, że osobny dział obsługujący system rezerwacji nie jest na świecie rzadką praktyką jednak w warunkach polskich musiało to wytworzyć poczucie, z jednej strony wyższości, z drugiej strony - krzywdy. Teraz role się odwróciły. Nie mając innego zajęcia zainteresowaliśmy się pracą naszych kolegów. Traktowali nas grzecznie, ale z rezerwą - radzimy sobie nieźle - róbcie swoje.

Róbcie swoje - znaczy co?
Wydaje mi się, że w tym okresie wzrosła kontrola dyscypliny w naszym dziale. Dość często rano oczekiwał nas w biurze pan z działu kadr - nazywaliśmy go budzik - i sprawdzał punktualność przybycia do pracy. Spóźnionym stawiał krechę. Potem mieliśmy już swobodę.
Pewnym zajęciem były zakupy. Nasze biuro znajdowało się przy ulicy Koszykowej, w pobliżu było wiele sklepów. Najważniejsze były oczywiście spożywcze, największy z nich to Koszyki. Dwa razy dziennie robiłem inspekcję i zawsze udawało mi się coś zdobyć - a to kostkę masła, a to butelkę oleju, a to kawałek mięsa.
Sporo czasu zajmowała lektura gazet. Nadal otrzymywaliśmy angielskie pisma komputerowe - Computer Weekly i Computing. Któregoś dnia zauważyłem tam ogłoszenie: Kuwait University poszukuje programistów systemowych na komputer UNIVAC 1100/62. Komputer zostanie uruchomiony w styczniu 1981 roku.
Programista systemowy na UNIVAC 1100/62 - dokładnie na to zostaliśmy wyszkoleni. Wszyscy czterej złożyliśmy aplikacje. Za kilka tygodni przyszło potwierdzenia...

Potwierdzenie

To tylko potwierdzenie otrzymania aplikacji. Właściwie nic, ale jednak poczułem pewną emocję - jak w kasynie - jestem w grze.
Nie wspomniałem o tym nawet Matce. Po pierwsze wiedziałem jak emocjonalnie podchodzi do spraw mojej "kariery", po drugie wizja kilkuletniej pracy za granicą komplikowała sprawy rodzinne. Spodziewałem się, że w przypadku uzyskania kontraktu Sylwia i dzieci pojadą do Kuwejtu ze mną. Burzyło to świeżo odzyskaną stabilizację Matki. Pozostanie w Warszawie całkiem sama - jej wszystkie siostry i przyjaciółki zmarły.

Na razie nie było co snuć żadnych planów. W czerwcu przyjechał z Anglii brat Matki - wujek Rysiek. Przez wiele lat obawiał się tu przyjeżdżać. Przypomnę - był kapitanem polskiego statku. W 1947 roku dowiedział się, że mogą zabronić mu zagranicznych rejsów ponieważ jego żona i dziecko mieszkają w Anglii. Podczas kolejnego rejsu, podczas postoju statku w angielskim porcie wezwał polskiego konsula, przekazał mu oficjalnie statek i poprosił o stały pobyt w Anglii. Kapitan opuszczający statek - to prześladowało go chyba do końca życia. Jego stała lekturą był Lord Jim. Z drugiej strony obawiał się czy w Polsce nie grożą mu jakieś konsekwencje. Jego żona wymownie pokazywała klauzulę w angielskim paszporcie - rząd brytyjski nie zapewnia pełnej opieki konsularnej w kraju urodzenia.
Tym razem okazja była jednak nadzwyczajna - 50-lecie wydania dyplomów pierwszym absolwentom Szkoły Morskiej - KLIK. Wujek był jednym z nich.
Nie tylko, że nic mu się nie stało to był jedną z najbardziej honorowanych osób na zjeździe. Wrócił do Warszawy szczęśłiwy. Matka promieniowała jego radością.
Ja też przysporzyłem jej nieco radości. LOT wysłał mnie służbowo do Francji. Matka wiedziała, że nasz projekt zawieszono, ale była optymistką. Wyjazd do Francji zdawał się potwierdzać jej nadzieje. Tuż przed wylotem wpadłem do niej z krótką wizytą - miała tyle powodów do radości - sukces brata, mój wyjazd do "stolicy Europy", Sylwia z dziećmi mieli następnego dnia wyjechać na wczasy do Kamieńczyka.

Ten wyjazd to była swego rodzaju nagroda pocieszenia. Poleciałem razem z moimi szefami Markiem i Krzysztofem do biura LOT w Paryżu. Wyjazd ten nie miał żadnego konkretnego celu. Jednego dnia odwiedziliśmy biuro i porozmawialiśmy o systemie rezerwacji, z którego korzystał LOT. Drugi dzień mieliśmy wolny. Udało mi się skontakować z mieszkająca w Paryzu córką jednego z lokatorów naszego domu. Spotkałem się w nią i jej mężem, zawieźli mnie do Wersalu, ale pałac był zamknięty. Pozwolili nam tylko wejść i popatrzyć z dalego na ogród. Tak, ten wyjazd nie mial sensu.

Do Warszawy wróciłem późnym wieczorem. W drzwiach mieszkania znalazłem kartkę - Lechu. Twoja Matka zmarła ostatniej nocy. Powiadomiłam Sylwię.

Doznałem uczuć podobnych jak podczas wspomnianych ostatnio ćwiczeń wojskowych - to niemożliwe, to nie mogło stać się w ten sposób! Wybiegłem przed dom, w żadnym z okien nie paliło się światło. Nie będę nikogo budził. Pobiegłem pod Dom Chemika - w pokoju Matki palila się lampka. Co to może znaczyć?
Wróciłem do domu - właśnie pojeżdżała tam Sylwia z dziećmi.

Kilka dni zajęły nam czynności pogrzebowe. Potem pzyszedł czas refleksji. Sąsiedzi wspominali, że w dniu swojej śmierci Matka odwiedziła nasz dom. Miała klucze, ale nie wchodziła do środka. Siedziała na ławce i patrzyła z uśmiechem w nasze okna - wszystko układa się tak dobrze - syn w Paryżu, synowa z dziećmi nad Bugiem...
Przypominała mi się opowieść Matki jak to wróżka przepowiadała mi dalekie podróże. Matka zawsze w to święcie wierzyła. Pomyślałem, że teraz usunęła się żeby nie krępować mi ruchów. Nie zdziwiłem się gdy niedługo po Jej śmierci przyszła depesza z Kuwejtu...

Depesza

 

niedziela, 22 listopada 2015

Lech  Lech

Rok 1980 zaczął się dobrze. W lutym polecieliśmy na kilka dni do Moskwy na spotkanie z personelem ośrodka komputerowego Aerofłotu. My to mój bezpośredni szef Marek, szef całego projektu Krzysztof S. i ja. 
Aerofłot używał komputera i systemu rezerwacji UNIVAC. Ich doświadczenia wydały mi się dużo ciekawsze i bardziej pożyteczne niż te z Air France. Powód był prosty - ich komputer miał o wiele mniejszą moc obliczeniową w związku z czym musieli samodzielnie opracować wiele procedur zastępczych i awaryjnych. Ich programiści zaimponowali mi wiedzą, doświadczeniem i pomysłowością. Wprawdzie LOT miał dostać najnowszą wersję UNIVACa - model 1100/62 i dostawca gwarantował, że maszyna sprosta wszelkim wymaganiom, ale czułem, że na dłuższą metę współpraca w Aerofłotem może być bardzo potrzebna i korzystna.

Ze spraw pozasłużbowych wspomnę, że zasypana śniegiem Moskwa wyglądała ładnie. Moskiewskie metro prezentowało się lepiej niż londyńskie. Zajrzałem do wielkiego domu towarowego GUM - KLIK. Podałem link do angielskiej wersji wikipedii gdyż jej autorzy jeszcze zachowali naiwność i obszernie informują o faktach, które w Polsce nikogo nie powinny interesować.
W GUMie kupiłem zabawkę - czołg dla Michała. Coż to był za czołg!  Nie do zatrzymania, z łatwością przejeżdżał przez zabawki, które w poprzednich latach kupiłem w Anglii czy Francji. W GUMie zwróciłem uwagę na starsze panie, do ktorych idealnie pasowało określenie babuszka, siedzące obok stosów zakupów. Później dowiedziałem się, że są to osoby z prowincji, które zostały wydelegowane na zakupy dla całej wsi czy osiedla.
Dla siebie kupiłem prostownik do ładowania akumulatora w naszym samochodzie. No tak, od początku wiedziałem, że samochód otworzy worek problemów. W sklepie z artykułami elektrycznymi była ogromna kolejka okazało się jednak, że klienci zagraniczni obsługiwani są poza kolejnością. Prostownik był wielkości niedużej walizki i ważył pewnie 15 kg. Na szczęście jako pracownik LOT nie miałem restrykcji bagażu. 
Prostownik działał równie niezawodnie jak czołg. Zima w Polsce była ostra, akumulator trzeba było na noc zabierać do domu i dość często ładować. 

Dziwnym zbiegiem okoliczności dwa tygodnie później byłem znowu w Moskwie. Tym razem w drodze na narty.
Na marginesie wspomnę, że na narty jeździłem każdego roku. Moimi stałymi partnerami byli wspomniani wielokrotnie Andrzej M. i Janek R.
Tym razem narty zapowiadały się wyjątkowo atrakcyjnie - wycieczka PTTK w Wysoki Kaukaz. Jedną dobę spędziliśmy w Moskwie, w hotelu Kosmos...

Kosmos

Ogromny budynek, na każdym piętrze urzędowała "etażnaja" czyli opiekunka piętra, która rejestrowała starannie ruchy gości hotelowych.

Wśród broszurek informacyjnych zauważyłem coś ciekawego, w języku angielskim - Khatyn masacre. Rosjanie piszą o Katyniu - zdumiałem się. Lektura broszurki rozwiała złudzenia:
.. jeśli przyjechałeś do Związku Radzieckiego odwiedzając po drodze nasze bratnie kraje, Czechosłowację czy Polskę, to prawdopodobnie zetknąłeś się z nazwą Khatyn (Chatyń). Tu znajdziesz wszelkie informacje na ten temat. Chatyń to niewielka wioska na Białorusi. Cała ludność tej wioski została w 1943 roku zamordowana przez niemieckich faszystów...
To jest prawda - patrz tutaj - KLIK. Wydaje mi się, że to był majstersztyk manipulacji.

Otoczenie hotelu było ciekawe. Z jednej strony pomnik zdobywców kosmosu...

Pomnik kosmonautów

Z drugiej strony malutka stara cerkiew. Wszedłem do środka. Trwało jakieś nabożeństwo. Prawie same starsze kobiety, atmosfera zupełnie niepodobna do naszego kościoła. Kobiety krążyły po cerkwi jak po własnym domu, Zapalały świeczki, śpiewały. W końcu wyszedł pop i przyniósł stertę malych kawałków chleba na tacy. Komunia? Czułem się nieswojo i dość szybko wyszedłem. Tuż po mnie wyszło młode małżeństwo z pewnie 10-letnia córką. Odwrócili się w stronę cerkwi i przeżegnali się, tak prawosławnie, trzy razy. Ich córka tylko zamarkowała znak krzyża. Zrugali ją i dopilnowali żeby się wyraźnie przeżegnała. Podszedłem bliżej i spytałem co to za kościół.
- To stara cerkiew pod wezwaniem Matki Boskiej Kazańskiej.
- Acha - podziękowałem za informację.
- A kto to Matka Boska Kazańska wiesz?
- Nie wiem.
- To dlaczego nie spytasz? 
Bardzo mi się to podejście spodobało. Wyjaśnili, że to odpowiednik naszej Matki Boskiej Częstochowskiej. 
- Teraz wiesz? - upewnili się.
Jak widać zapamiętałem to przez 35 lat. 

Następnego dnia pojechaliśmy na lotnisko Wnukowo i polecieliśmy do miasta Nalczyk - stolicy republiki kabarsko-bałkarskiej - KLIK. a stamtąd autobusem do naszej bazy - dużego hotelu u podnóża wielkiej góry.
Było późno więc tylko zjedliśmy obiad i zapoznaliśmy się z naszymi przewodnikami. Na obiad była dość rzadka zupa i ryż z sosem z niewielkini kawałkami mięsa i kawałkiem kwaszonego ogórka. Do tego pół litra wódki na stolik.
Nasz hotel był na wysokości 2,200 m, miałem kłopoty z zaśnięciem.
Następnego dnia zaczęły się narty. Po pierwsze kierownictwo hotelu było bardzo zmieszane naszą obecnością. Zrozumieliśmy, że jest to miejsce niedostępne dla cudzoziemców - duża ilość instalacji militarnych i tarcia etniczne. Trochę czasu zajęło wyjaśnienie, że nasz pobyt jest legalny. Po drugie wyjaśniono nam, że zasadniczo powinniśmy być cały czas w zasięgu wzroku naszych przewodników. Po trzecie - udaliśmy się do stacji wyciągu krzesełkowego. Byliśmy u stóp bardzo stromej góry, której szczyt tonął w chmurach. Jednoosobowe krzesełka szybko znikały we mgle. Kilka osób od razu zrezygnowało. Mieli trochę racji. Krzesełka były w dużej odległości od siebie, również odległość między słupami była bardzo duża. Pod nogami przepaść bez dna. Bylo bardzo zimno a nie było żadnych okryć. Na dodatek wyciąg zatrzymał się raz czy dwa razy. W rezultacie kilka osób było bliskich ataku histerii. 
Na górze był mały raj - świeciło słońce, było stoisko serwujace niezwykle smaczne szaszłyki. Większość naszej grupy zdecydowała zostać tu cały dzień i zjechać wyciągiem na dół. Gdy spojrzalem na trasę zjazdu miałem ochotę do nich dołączyć. Była piekielnie stroma, nie widać było końca, nie wiadomo było co jest po bokach. Od dawna nie padał śnieg więc można było się spodziewać zmrożonego, twardego i bardzo szybkiego śniegu. 
- Jesli tu upadnę to nic mnie juz nie zatrzyma - pomyślałem i ruszyłem w dół. 
Ku mojemu zaskoczeniu śnieg okazał się wyjątkowo przyjazny. Mam na myśli fakt, że narty wykonywały bardzo posłusznie wszelkie moje zamiary. Jeździłem w tę i spowrotem. Oczywiście o kontakcie z przewodnikami nie było mowy. Kilku dobrych narciarzy popędziło na łeb na szyję, przewodnicy razem z nimi. Ja musiałem kilka razy się zatrzymać, inni zatrzymywali się jeszcze częściej.

Wieczorem obiad podobny do wczorajszego i znowu pół litra wódki na stolik. Po wyczerpującym dniu i z perspektywą kolejnego intensywnego dnia nikt nie miał ochoty na wódkę. Poprosiliśmy kierownika wycieczki o interwencję - prosimy bez wódki, ale może trochę więcej jedzenia, przynajmniej jarzyn.
Bardzo szybko otrzymaliśmy wyjaśnienie - zgodnie z umową wasza racja żywieniowa ma kosztować ileś tam rubli. Jedzenia u nas brak więc kompensujemy to wódką.
To była prawda. W hotelu był mały kiosk z żywnością były tam owoce, słodycze. Żeby kupić pół kilo jabłek trzeba było kupić również ćwiartkę wódki.
Na szczęście nasi przewodnicy natychmiast znaleźli rozwiązanie. Pomógł im przypadek jednego z naszych kolegów. Podczas zjazdu upadł, wypięła mu się narta i odjechała kilkadziesiąt metrów. Zanim doszedł do narty zjawił się ratownik (a może strażnik), podniósł nartę i poczekał na właściciela. Jednak nie oddał mu jej tylko zapytał gdzie jego przewodnik. Tego oczywiście narciarz nie wiedział w związku z czym "ratownik" nie oddał mu narty lecz asystował mu aż do hotelu gdzie zameldował o wykroczeniu.
Rozwiązanie było proste - oddajcie nam niewykorzystaną wódkę, również tę z kiosku, a my załatwimy wam wyciągi bez kolejki i przychylność "ratowników". Chętnie się zgodziliśmy i mogliśmy rozkoszować się emocjonującymi zjazdami.
Inna rzecz, że uprzywilejowana pozycja w kolejce do wyciągu nie zyskała nam przychylnośc miejscowych narciarzy. Gdy rano szliśmy do wyciągu ludzie w kolejce mruczeli gniewnie pod nosem i podstawiali nam nogi. 

A co poza nartami?
W naszej grupie było kilka inteligentnych osób więc wieczorne rozmowy były ciekawe. Hotel leżał koło jakiejś malutkiej wioski czy osady. Tam jedynym miejscem publicznym był spory bazar nastawiony głównie na hotelowych gości. Było tam trochę lokalnych wyrobów ludowych, ale jedyne co dobrze zapamiętałem to węgierskie wino - Egri Bikaver. Zapamiętałem ponieważ jeden z moich współlokatorów (pokoje były 4-osobowe) nie mógł w nocy spać i tylko czekał na jakiś poranny ruch w pokoju. Spałem naprzeciw niego i wystarczyło żebym otworzył oczy a już słychać było bulgotanie i za chwilę pojawiała się przy moim łóżku szklanka z winem.
Ciekawa była rozmowa z młodą uczennicą. Szedłem do sąsiedniej wioski na jakieś występy ludowe i dołączyłem do pary miejscowych - ojca i córki. Gdy zorientowali się, że jestem Polakiem dziewczynka zapytała:
- Czy ja mogę o coś spytać obywatela z Polski?
- Oczywiście, pytaj o co chcesz - odpowiedziałem. Jej ojciec rzucił mi pełne nagany spojrzenie, odczekał chwilę, wreszcie powiedział:
- Możesz, ale to jest nasz gość więc masz się zachowywać z szacunkiem.
- Obywatelu z Polski - czy w Polsce kościół ma dużą siłę? - zapytała, ojciec rzucił jej nieco gniewne spojrzenie.
- Kościół, siłę... - odpowiedziałem - jak we wszystkich krajach demokracji ludowej panuje u nas tolerancja religijna. Kościół jako instytucja nie ma u nas siły, siła jest u wiernych a u nas jest ich wielu.
- Ale księża? Oni podobno są w Polsce bardzo bogaci.
- Skąd bogaci? Kościół nie ma własnego majątku, wszystkie dochody to datki wiernych. Księżą, których znam poświęcaja większość pieniędzy na utrzymanie kościóła i żyją bardzo skromnie.
- Jak to jest Tato? U nas nauczyciel mówił, że księża w Polsce dostają pieniądze z CIA. Dostają? - to było skierowane do mnie.
- Nauczyciel powiedział wam to co jest właściwe - ojciec uprzedził moją odpowiedź - to bardzo niegrzeczne podawać w wątpliwość słowa nauczyciela w obecności gościa z Polski.
Zmieniliśmy temat rozmowy.

Nawiększą atrakcję zachowano na przedostatni dzień turnusu - wycieczka na Elbrus...

Elbrus

Taki widok mogliśmy podziwiać codziennie spod naszego hotelu i ze szczytu góry, z której zjeżdżaliśmy na nartach.
Po godzinie jazdy autobusem znaleźliśmy się u stop góry. Kolejka linowa wjeżdżała na wysokość sporo ponad 4,000 m. Śnieg miał bajeczne właściwości, bardzo szybki a jednocześnie zgadywał zamiary narciarza. Jazda była cudowna. Spędziliśmy kilka  godzin na górze zadawalając się krótkimi zjazdami (i podchodzeniem) gdyż obawialiśmy się, że po zjeździe na dół spędzimy resztę dnia w kolejce do kolejki linowej. Końcowy, wielokilometrowy zjazd na dół był wielkim przeżyciem. Wiele lat później miałem okazję jeździć na nartach w Nowej Zelandii, USA, w St Moritz i Davos, ale żadne zjazdy nie dorównały Elbrusowi.

Cały ostatni dzień spędziliśmy w drodze. Najbardziej dramatyczna była jazda autobusem do Nalczyk. Autobus popsuł się. Kierowca powiadomił o tym pasażerów i zapadł w sen w swoim fotelu.
- Co się stało? Trzeba coś zrobić - wyrwaliśmy go z drzemki. Wzruszył ramionami:
- Ja i tak nie mam żadnych narzędzi ani części zapasowych.
Jednak zmusiliśmy go do podniesienia maski. Pękło jakieś cięgno i udało się to naprawić kawałkiem drutu. Zdążyliśmy na samolot.

P.S. Tytuł wpisu - LOTem dalej - to parafraza reklamowego hasła - LOTem bliżej. Hasło to wymyślił Melchior Wańkowicz, autor popularnego przed wojną hasła reklamowego - Cukier krzepi.

Tagi: lot narty zsrr
11:08, pharlap
Link Komentarze (6) »
sobota, 14 listopada 2015

Lech  Lech

Wspominałem, że czułem, że w FSO nie zagrzeję zbyt długo miejsca. Przyczyną praktyczną była duża odległość od domu. Przyczyną merytoryczną świadomość, że przez długi czas nic nowego mnie tu nie czeka. 
Jak na polskie warunki FSO było wystarczająco wyposażone w sprzęt komputerowy. Jeśli chodzi o wprowadzanie nowych systemów na istniejącym sprzęcie to szanse były niewielkie. Osobna sprawa to niezbyt jasne powiązanie naszego działu z właściwym centrum komputerowym. Stosunki z pracownikami centrum były koleżeńskie, ale ambicje kierownicze mogły przeszkadzać w szerszej współpracy.

Jeśłi nie w FSO to gdzie? Kłopot w tym, że Polska ekonomia była w sytuacji kryzysowej.
Na marginesie wspomnę, że moi koledzy z ETOBu - Andrzej M. i Jan R., z którymi utrzymywaliśmy bliski kontakt towarzysko-rodzinny - przenieśli się do pracy w centrum przemysłu maszynowego, które dysponowało komputerami IBM/370. Jakoś przegapiłem tę okazję.

LOT Polish Airlines.svg

Nie wiem na co liczyłem, ale nie przeliczyłem się. Na początku 1979 roku skontaktował się ze mną Marek Ch. mój partner ze spływu kajakowego, również informatyk. Z Markiem i jego żoną Elą utrzymywaliśmy regularny kontakt i grywaliśmy w brydża.
Okazało się, że Marek pracuje w LOCie jako kierownik zespołu odpowiedzialnego za wdrożenie systemu rezerwacji. System i komputer dostarczy firma UNIVAC - KLIK - w tamtym okresie zdecydowany potentat w dziedzinie produkcji najbardziej zaawansowanych technicznie komputerów i obsługi linii lotniczych. 
Marek zaproponował mi stanowisko kierownika zespołu programistów systemowych czyli ludzi odpowiedzialnych za funkcjonowanie software komputera. Dostawa komputera była planowana na początek przyszłego roku, pracownicy mieli przejść gruntowne szkolenie w centrum UNIVAC w Birmingham.
Wyglądało to jak wygrana na loterii. Praca na najbardziej zawansowanym technicznie sprzęcie, po raz pierwszy właściwe szkolenie przed rozpoczęciem pracy, roboczy kontakt z zagranicznymi fachowcami, szkolenie w Anglii. Sama praca w LOCie wydawała się być sympatyczna. Stały kontakt z zagranicznymi partnerami narzucał wyższe standardy. Prócz tego pracownikom przysługiwał raz w roku bezpłatny przelot na trasie obsługiwanej przez LOT. To wyglądało na spokojne gniazdo aż do emerytury.
Pewnym minusem był charakter pracy - programista systemowy czyli obsługa programów napisanych przez kogoś innego. Miałem jednak nadzieję, że z upływem czasu znajdą się dla mnie bardziej twórcze zadania.

Projekt dopiero startował i byłem pierwszym pracownikiem w swoim zespole. Od razu przyszły mi do głowy dwie kandydatury współpracowników - pracujący w naszym zespole na tłoczni Piotr Z. i pracujący w FSO doświadczony programista systemowy Adam R. Obaj wyrazili chęć zmiany pracy.

Złożyłem wypowiedzenie. W lutym zdążyłem jeszcze skorzystać z wczasów pracowniczych w Augustowie. Na wczasach było trochę nudno - dużo śniegu, ale szaro i mokro. Sensacji dostarczyła Ania, która zajęła drugie miejsce w turnieju warcabowym dla dorosłych, bez żadnej taryfy ulgowej. W drodze powrotnej do domu wpadliśmy na kilka godzin do Tadeusza i Elizy, którzy mieszkali w Białymstoku.

Koniec pracy w FSO zbiegł się z ważnym wydarzeniem rodzinnym. Moja Matka przeniosła się z domu rencistów w Białołęce do Domu Rencistów Chemik - KLIK. To była ogromna zmiana na lepsze. Po pierwsze Dom byl odległy około 200 m od naszego domu więc wzajemne wizyty były bardzo łatwe. Po drugie, niezależne mieszkanie wyeliminowalo wszelkie tarcia między moja Matką i Sylwią. Bardzo szybko Sylwia stała się najbliższą przyjaciółką mojej Matki.

Pracę w LOCie rozpocząłem w końcu marca, w połowie kwietnia pojechaliśmy na pierwsze, trzytygodniowe, szkolenie do Birmingham. Pojechało nas czterech, prócz mnie Marek, Piotr i Adam. Tematem kursu było programowanie w assemblerze i Fortran4. Dawaliśmy sobie dobrze radę, Wydaje mi się, że Piotr i Adam wyróżniali się wśród uczestników kursu.
Jedynym minusem było mieszkanie - duży hotel w środku miasta. Małe, ciemne sypialnie gdyż okna wychodziły na betonową ścianę. Brak miejsca gdzie moglibyśmy wspólnie spędzić czas - przedyskutować przerobiony materiał, porozmawiać, pooglądać wspólnie telewizję. Gdy dowiedzieliśmy się, że UNIVAC płaci za to 16 funtów dziennie przyszedł czas na akcję.
Zaproponowaliśmy żeby dali nam te pieniądze a my znajdziemy sobie coś bardziej odpowiedniego. Firma była zaskoczona, prócz tego pewnie miała wątpliwości czy wynajmieny coś o właściwym standardzie. Wszystkie rozmowy prowadził z nimi Marek i zgodzili się.

Następne szkolenie odbyło się chyba na początku lipca. Już drugiego dnia znaleźliśmy sobie zakwaterowanie. W dużym domu w znanej mi z poprzedniego pobytu dzielnicy Edgbaston. Było jasno, przestronnie, duża kuchnia, pokój telewizyjny.
Płaciliśmy około 20 funtów tygodniowo od osoby. Nasza sytuacja finansowa była bardzo mocna, dostawaliśmy dziennie diety 15 funtów plus 16 funtów na mieszkanie. 
Marek starał się integrować nasz zespół. Na lunch chodziliśmy do chińskiej restauracji, obiady szykowaliśmy sobie sami, nie jakies tam konserwy czy zamrożone dania, porządny obiad. Marek lubił i umiał gotowac i pod jego kierunkiem nabraliśmy wprawy.

Ostatnie szkolenie odbyło się w lipcu lub sierpniu. Pojechaliśmy na nie w nieco zmienionym składzie. To było już bardzo zaawansowane technicznie szkolenie więc Marek ustąpił miejsce świeżoprzyjętemu do mojego zespołu - Jankowi N.

Podczas poprzedniego pobytu zarezerwowaliśmy sobie miejsce w tym samym mieszkaniu, nawet zostawiliśmy w lodówce jakieś puszki. Podczas jazdy autobusem zauważyłem, że jedna z pasażerek przysłuchuje się z uśmiechem naszym rozmowom.. Wreszcie zagadnęła:
- Jak miło posłuchać takich młodych i sympatycznych ludzi. Co panowie robicie w Birmingham?
Wyjaśniliśmy naszą sytuację.
- To może panowie zamieszkacie u mnie? 
- Mamy zamówione wcześniej mieszkanie - zaoponoiałem.
- Och, to zawsze można anulować. Zapraszam na herbatę to sami panowie zobaczycie, to po drodze.
Wstąpiliśmy i jak się można domyślić pozostaliśmy. Pani Helenka była bardzo sympatyczną osobą. Jej mąż, John,  Anglik, również. Czuliśmy się u nich jak w rodzinie.
Oczywiście musiałem zadzwonić do naszej poprzedniej gospodyni i powiadomić ją o zmianie. To było trudne do przełknięcia dla obu stron. Na szczęście okazało się, że nasza poprzednia gospodyni jest klientką pani Helenki, która między innymi była kosmetyczką. Panie dogadały się i podobno nasza poprzednia gospodyni nie miała do nas żalu.

Tym razem szkolenie było dla mnie trudne. Szczegółowa analiza systemu operacyjnego. Bardzo dużo detali do skojarzenia i zapamiętania. Moi koledzy dawali sobie radę lepiej ode mnie.

Podczas pobytów w Anglii odwiedziłem kilkakrotnie mojego wujka i jego rodzinę w Londynie. Wujek był już od kilku lat na emeryturze jednak z powodu szeregu kryzysów naftowych jego firma poprosiła go o powrót do pracy. Renesans przechodził węgiel, uruchomiono kilka wcześniej zamkniętych kopalni i wzrosło zapotrzebowanie na usługi  żeglugi przybrzeżnej. Podczas jakiejś narady w firmie narzekano na wysokie koszty pilotów wprowadzających statki do portów. Ktoś wspomniał dawne dobre czasy kiedy to kapitanowie statków mieli uprawnienie pilotów.
- Chwileczkę. Pamiętacie kapitana Umińskiego? On miał chyba uprawnienia pilota na wszystkie angielskie porty, również na Tamizę.
Okazało się, że uprawnienia były jeszcz ważne i wujek wrócił na kilkanaście miesięcy do pracy. Była to dla niego ogromna satysfakcja. Przypomnę, że wujek miał polski tytuł kapitana i przez całą wojnę, jako kapitan, prowadził statki pod brytyjską banderą, przez Atlantyk i do Murmańska. Jednak po wojnie jego tytułu kapitańskiego nie uznano i musiał odbyć 7-letni staż jako I oficer. Teraz okazał się być najwszechstronniej kwalifikowanym kapitanem w Anglii.

Po powrocie do domu podliczyłem swoje oszczędności dewizowe i zdecydowaliśmy kupić samochód - fiat 126p - czyli maluch. Kupując za dewizy - około 1,300 dolarów - nie musiałem czekać w kolejce. Sylwia czymprędzej zrobiła prawo jazdy.

W listopadzie wykorzystałem, nieco przedwcześnie, swój pracowniczy przywilej - bezpłatny przelot. Polecieliśmy razem z Sylwią do Budapesztu gdzie mieszkała dobra koleżanka Sylwii. Dziećmi zajęła się matka Sylwii.
To była moja pierwsza wizyta w kraju demokracji ludowej. Budapeszt zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie - spokój, elegancja, tradycja - podobnie jak w Wiedniu.
Zdążyliśmy odwiedzić operę, piękny stary gmach, znowu skojarzenie z Wiedniem...

Opera 

Wystawiali W.A. Mozarta - Uprowadzenie z seraju , w wersji koncertowej. Tu spostrzeżenie - język węgierski bardzo mnie frustrował, nie potrafiłem zapamiętać żadnego słowa. Zapamiętałem jedno jedyne - dziękuję - köszönöm - wymawia się: kesenem - właśnie na tym spektaklu.
Do tego jeszcze wizyta w cesarsko-królewskim pałacu...

Pałaz

Stosownym zakończeniem roku był wyjazd do ośrodka komputerowego Air France na francuskiej Rivierze.  Air France korzystało z komputera i systemu rezerwacji UNIVAC i miało pełnić rolę starszego brata w naszym projekcie. 
Centrum było imponujące. Przede wszystkim lokalizacja w pięknych górach. Na sąsiedniej górze znajdowało się centrum badawcze IBM, w którym pracował mój kuzyn Andrzej Milewski.
Ten wyjazd miał dla mnie bardziej rodzinny niż służbowy charakter. W okolicy mieszkał stryjeczny brat moje Ojca - Józef oraz jego dwaj synowie - Józef i wspomniany powyżej Andrzej. Spotkaliśmy się i spędziliśmy razem jeden wieczór.

Do domu przywiozłem butelkę wina beaujolais - wypiliśmy toast za udany rok, kolejny zapowiadał sie równie dobrze.

PS1 Wspomnienie o tym jak spędzałem wolny czas w Birmingham - KLIK.
PS2 Andrzej Milewski był zapalonym lotniarzem. Był chyba reprezentatntem Francji w tej dyscyplinie. Gdy przeszedł na emeryturę spędzał czas następująco: całe lato latał na lotni we Francji, w grudniu przyjeżdżał latać w Australii a w marcu przenosił się na 2 miesiące do Maroka.
Znalazłem filmik z jego lotu - rok 2013 - czyli liczył sobie ponad 80 lat - KLIK

12:35, pharlap
Link Komentarze (1) »