Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: szpital

niedziela, 18 października 2015

Lech  Lech

Na pożegnanie ze szpitalem napisałem poniższy wierszyk, który przekazałem ordynatorowi ortopedii - dr Nowickiemu. Tutaj dodałem kilka klików do moich obserwacji o charakterze medycznym, folklorystycznym i socjologicznym. 

Roi się na Kasprowym ceprów czereda,
ten jeździ jak Stenmark, tamten jak Bachleda.
Za to na dole jęczą ola-boga,

co który zjedzie, to złamana noga.

A potem z GOPRem epopeja mała,
wreszcie szpital, tu czeka już doktor Mrugała
i mruczy każdemu jak kapłan przed zgonem:
fractura spiralis cum dislocationem...  KLIK.

A potem pchają cię prosto na salę,
a tam po połowie - cepry i górale.
Wszystkie cepry złamane mają nogi prawe,
góralskie przypadki są bardziej ciekawe:

Temu palce przycięło kiedy w pociąg wsiadał,
ten młotkiem po głowie dostał od sąsiada,
tamtego koledzy kopnęli gdzieś z boku,
ów po imieninach wleciał do potoku...  KLIK

Lecz góral czy ceper, choć nie wiem jak ostry,
zaraz zmięknie w opiekę gdy wezmą go siostry.
One ze snu cię zbudzą już przed słońca wschodem,
i łóżko ci pościelą i przyniosą wodę.

A kiedy ci się z wdzięczności serce topi jak z wosku
to nagle cię zrugają niczym kapral w wojsku. 
A zastrzyki to robią z tak wielką ochotą,
że co drugi ma d... w dziurach jak rzeszoto...

Z operacji pamiętam przez narkozy męty
tylko doktor Trzebuni oczy jak diamenty.
Poczym czas mija szybko bowiem każda chwila
przybliża człowiekowi powrót do cywila... KLIK.

Za opiekę i troskę dziękuję wam ślicznie,
pobyt tutaj wspominać będę sympatycznie
no a przyszłego roku znów wrócę na deski,
ale nic sobie nie złamię - jakem Lech Milewski!  KLIK.

Tagi: szpital
10:54, pharlap
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 października 2015

Lech  Lech

Po powrocie z Anglii z entuzjazmem zabrałem sie do pracy, ale wkrótce na horyzoncie pokazały sie ciemne chmury. Nasz szef, pan Andrzej Zienkiewicz, poinformował nas, że system WEKTOR rezygnuje z naszych usług. 
Wyjaśnienie było dość oczywiste - przesyłane przez nas informacje były coraz gorsze. Zadania nie były wykonywane w terminie, zamówione urządzenia nie były uruchomione, mało tego, nie były nawet właściwie magazynowane.
Pan Andrzej był jednak optymistą: dopiero teraz nasz system jest przydatny. Przecież im wcześniej kierownictwo wie o nadchodzącym kryzysie tym lepiej może przeciwdziałać. Ma większą władzę. To nie są głupi ludzie, wkrótce ktoś pójdzie po rozum do głowy. W każdym razie my będziemy im wysyłali nadal nasze raporty. Za darmo, stać nas na to, sytuacja finansowa pracowni jest bardzo dobra.
Zupełnie inaczej widział tę sprawę Andrzej Targowski - jedna z najbardziej znaczących osób w polskiej informatyce - KLIK.
Tutaj link do jego wspomnień o systemie WEKTOR - KLIK. W zlinkowanycm wspomnieniu pisze: "System WEKTOR uwypuklił dobitnie, że systemy informatyczne w skali krajowej — to więcej niż systemy informatyczne: dobrze zaprojektowane stają się systemami władzy. System WEKTOR został zaprojektowany jako system kontrolujący m. in. resort budownictwa. W związku z tym, momentalnie minister tego resortu Karkoszka, były I sekretarz KW PZPR w Gdańsku, uruchomił swój układ partyjnych sojuszników, aby system WEKTOR nie wszedł do użytku, bowiem chciał uniknąć kontroli swojej działalności.".

Na Boże Narodzenie pojechaliśmy w trójkę do Bierutowic. Zapowiadało się pięknie, ale po kilku dniach Ania dostała bardzo silnego przeziębienia. Wysoka gorączka, na krótki czas straciła przytomność. Na szczęście trafiliśmy na bardzo dobrego doktora i wyzdrowiała.

W lutym znowu na śnieg. Tym razem na Bukowinę. Ja z Anią i siostrzenicą Sylwii - Kasią. Znowu nieudany wyjazd. Wielka odwilż, cały śnieg stopniał, Bukowina tonęła w błocie. Nasza prywatna kwatera też nie była najlepsza - gdy wygasł żeliwny piecyk w pokoju robiło się niezwykle zimno. Całą noc hałasowały myszy. Rada gospodarzy - na noc trzeba sobie zasłonić uszy żeby mysz się w nie nie wkręciła. Skutkowało - nikomu mysz się nie wkręciła, ale nie wystarczyło żeby stłumić hałasy.
Nie można było jeździć na nartach. Spacery w błocie nie były żadną atrakcją. W pobliżu nie było żadnych dzieci. Dziewczynki się nudziły. 

W pracy dowiedzieliśmy się, że ludzie z Komisji Planowania udzielili nam upomnienia za dostarczanie niezamówionych raportów (dla systemu WEKTOR). Pan Andrzej tłumaczył wszystko pozytywnie - dobrze, że jest jakaś akcja, znaczy zauważają, wkrótce zrozumieją, że to dla nich korzystne.
Optymizm nie trwał długo. Któregoś poranka zastaliśmy na korytarzu milicjantów. Dwa pokoje, w których pracował zespół obsługujący WEKTOR były zapieczętowane. Pan Andrzej nie pojawiał się w pracy.  
Sprawa wyjaśniła się chyba za dwa dni. Okazało się, że milicja zrobiła rewizję pokojów naszej praconi i w dwóch znaleźli wiele tajnych dokumentów niewłaściwie zabezpieczonych. One nie były wcale zabezpieczone, to był skutek uboczny skierowania uwagi rządu na potrzeby ludzi. Pan Andrzej robił wiele starań zeby znaleźć dla pracowni osobny lokal, żeby zakupić odpowiednie szafy, ale to nie było możliwe. Administracja lokali dostała polecenie żeby nie przyznawac instytucjom lokali nadających się na mieszkania. Sklepy meblowe dostały polecenie żeby nie sprzedawać instytucjom mebli. To tłumaczy dlaczego nasza pracownia miała nadmiar gotówki - bo nie mogła niczego kupić. Na marginesie dodam, że sklepy spożywcze dostały polecenie żeby zamówienia instytucji załatwiać na końcu. O tym ostatnim dowiedziałem się w przedszkolu Ani gdzie tłumaczono rodzicom trudności w przyrządzeniu dzieciom posiłków. 
Pan Andrzej pojawił się w pracy, ale na krótko. Został służbowo przeniesiony do Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego. Kierownictwo Etobsystemu przejął inż. W.

W zlinkowanej powyżej publikacji Andrzeja Targowskiego nie ma wzmianki o EtobSystemie, jest za to wspomniane Centrum ETOB i nazwiska naszych konsultantów organizujących zbieranie danych w terenie. Formalnie jest to  poprawne - nasza Pracownia była wprawdzie na własnym rozrachunku, ale nie maiła pełnej osobowości prawnej, działu kadr itp. 

Pod koniec kwietnia nasz zespół dostał zaproszenie na konferencję na temat baz danych w Nowym Sączu. Bohaterem imprezy był system bazy danych Rodan - KLIK projektowany przez zespół pod kierownictwem Witolda Staniszkisa. Kolejny inteligentny, dobrze wykształcony, energiczny człowiek.

Mnie poproszono o krótką prezentację SEZAMu. Po prezentacji nie czekaliśmy na zakończenie obrad, pospieszyliśmy do Zakopanego. Następnego dnia był 1 maja, dzień wolny a tu masa śniegu. My to oczywiście trzon zespołu SEZAM - ja, Andrzej M. i Janek R. Zjeżdżaliśmy  z Kasprowego na Halę Gąsiennicową. Kolejka do wyciągu nie była zbyt długa, słoneczny dzień, puszysty śnieg - rozkosz.
Ooops - śnieg tylko wyglądał na puszysty. Był świeżutki, bielutki, ale bardzo mokry i przy dotknięciu kleił się w gęstą masę. Osobiście tego doświadczyłem. Na samym końcu zjazdu chciałem efektownie skręcić w głębokim śniegu, śmignąć chmurą białego puchu. Nie śmignąłem. Leżałem w stercie śniegu i wydawało mi się, że moja prawa stopa jest uwięziona w jakichś kleszczach.
- Czy to pan krzyknął? - zapytał przejeżdżający w pobliżu narciarz.
- Krzyknął? Nie słyszałem żeby ktoś krzyczał.
- Czy z panem wszystko w porządku? Moze pan wstać? - dopytywał się narciarz.
- Oczywiście, że w porządku. Zaraz wstanę... tylko jeszcze chwilkę odpocznę. 
Za chwile podjechali do mnie Andrzej i Janek.
- Wszystko w porządku - odpowiedziałem na ich pytania -  tylko w bucie coś mnie okropnie gniecie.
Buta nie potrafiliśmy zdjąć, trzeba było wołać GOPR. Dwóch ratowników poradziło sobie z butem, ale nie mieli wątpliwości - złamana noga. O kuracji złamanej nogi napiszę w osobnym wpisie gdyż zrobiła się z tego niezależna opowieść.
Przy okazji trzeba było wyjawić kolegom rodzinny sekret. Janek i Andrzej odwiedzili mnie w szpitalu i oczywiście powiedzieli, że wieczorem zawiadomią Sylwię.
- Nie, nie róbcie tego - prosiłem - po co ma sie martwić.
- Ale przecież i tak się dowie. Zresztą ty nie wrócisz z nami do Warszawy. Trzeba ją powiadomić jak najszybciej.
- Ale, ale... - machnąłem ręka z rezygnacją - ale ona jest w ciąży, tylko się zdenerwuje. 

Do domu wróciłem dopiero pod koniec maja. Sylwia energicznie wzięła się za moją kurację za pomocą diety. Kuracja przyniosła dobre efekty. Pod koniec czerwca zdjęto gips i sprawdzono stan złamania. Zrosło się tak dobrze, że nie trzeba było już zakładać gipsu. Standardem było zakładanie krótkiego gipsu na dodatkowe 3 tygodnie. 
Jednak przez następne 2 miesiące musiałem poruszać się o kulach . Sylwia znowu źle znosiła ciążę - co zrobić z Anią na lato. Na 2 tygodnie wzięła ją siostra Sylwii, na następne dwa wysłaliśmy ją na prywatne kolonie w okolicach Warszawy. Kolonie okazały się bardzo kiepsko zorganizowane. Na szczęście udało nam się załatwić wczasy rodzinne w Ryni nad Zalewem Zegrzyńskim - to były dwa tygodnie doskonałej pogody i miłego wypoczynku.

We wrześniu wróciłem do pracy. Mieliśmy trochę zadań, ale wiadomo było, że EtobSystem niedługo zakończy swój żywot.

Ja miałem jednak ważniejsze sprawy na głowie - 30 paździenika urodził się Michał. Ania przyjęła urodziny brata entuzjastycznie. A więc może koło fortuny zaczęło się kręcić we właściwą stronę?

Michal 

Pewnym urozmaiceniem w pracy było prywatne zlecenie z Mennicy Państwowej, która znajdowała się bardzo blisko ETOBu. Moim zadaniem było opracowanie systemu komputeryzacji gospodarki materiałowej. Pewnym rozczarowaniem było, że system nie obejmował metali szlachetnych, te miały osobny system rozliczeń pod kontrolą władz zwierzchnich.
W Mennicy poczułem powiew Zachodu - dobra organizacji, dobre wyposażenie biurowe, maszyny liczące Olivetti w księgowości. Bardzo sympatyczny dyrektor, pan Biernacki. Miejscem mojej pracy był Dział Gospodarki Materiałowej, praca szła dobrze i szybko, bardzo rzeczowi ludzie. Za wyjątkiem jednego - bardzo niepozorny pan o smutnych oczach, zauważyłem, że uważnie przysłuchuje się naszym rozmowom. Któregoś dnia zagadnął mnie:
- Na jakim lomputerze będziecie przetwarzać nasz system?
- ODRA- 1300, nowoczesny polski komputer.
- A czy są takie komputery.. Honeywell? - Jego wiedza zaskoczyła mnie.
- Są, to bardzo dobre komputery (znałem je z pobytu w Anglii w 1964 roku), ale w Polsce ich nie ma.
- Są, są -  zaprzeczył pan R. ze smutnym uśmiechem.
Ta informacja zbulwersowała mnie. Praca na zachodnim komputerze to było marzenie każdego informatyka sledziłem więc dokładnie co też dzieje się w innych instytucjach. Po powrocie do pracy natychmiast pobiegłem do mojego poprzedniago szefa pana K. Husarskiego -
- Szefie, czy ktoś w Polsce ma Honeywella??
- Oczywiście, że nie, przecież pan śledzi te sprawy lepiej niż ja. A skąd to przyszło panu do głowy?
- Jeden facet w Mennicy, szeregowy pracownik, powiedział, że ktoś ma. 
Następnego dnia pan Husarski czekał na mnie od rana...
- Kto panu to powiedział?
- No mówiłem, szeregowy pracownik, nikt.
- Panie, Honeywella ma Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. To zupełna tajemnica. Ten pana  "szeregowy pracownik" musi mieć dobre wtyczki w Bezpiece. 
Popędziłem do dyrektora Biernackiego..
- Panie dyrektorze ten pan R??
- Tak?
- On jest taki trochę dziwny...
- Pan Różański? - drektor zrobił znacząca przerwę - tak to TEN - KLIK. (przepraszam, że aż dotąd posługiwałem się inicjałem, ale chciałem czytelników zaskoczyć).
Polecam lekturę artykułu w wikipedii, leniwym wyjaśnię, że było to pan  bardzo zaangażowany w stosowanie tortur w stalinowsko-bierutowskim aparacie bezpieczeństwa. Po przewrocie 1956 roku został skazany na więzienie, ale dość szybko ułaskawiony.
Siedzieliśmy z dyrektorem chwilę w milczeniu.
- Tak - przerwał milczenie dyrektor - odsiedział wyrok, przyznano nu emeryturę, ale nie mógł wytrzymać bezczynności i prosił o jakąś pracę więc przysłali go do nas. Tu ma zapewnione bezpieczeństwo.
On tylko markuje pracę, nie przydziela mu się żadnych poważnych zadań, ale raz okazał się użyteczny - ciągnął dyrektor - My współpracujemy blisko z mennicą w Wiedniu. Kiedyś przysłali mi zaproszenie na jakąś uroczystość. Zaproszenie zostało przetrzymane w Ministerstwie Finansów i nie było wystarczająco dużo czasu żeby wydali mi paszport. Pan R. usłyszał jak skarżyłem się na to sekretarce, bo on potrafi tak jakoś bezszelestnie wszędzie się wślizgnąć. Spytał czy może wejść do mnie do gabinetu. Zgodziłem się.
- Panie dyrektorze, czy ja mogę prosić o przepustkę na wyjście poza zakład?
- Ale dlaczego mnie? To może wydać pana kierownik.
- Panie dyrektorze, bardzo proszę, to tylko na 5 minut, do budki telefonicznej.
- Ale przecież może pan zadzwonić z pracy...
- Panie dyrektorze... - wypisałem mu przepustkę. Za trzy godziny sekretarka dostała telefon, że może odebrać mój paszport.

System gospodarki materiałowej został wykonany zgodnie z planem. Dodatkową nagrodą dla mnie był medal wykonany przez Mennicę na zlecenie Polskiej Akademii Nauk.

Medal PAN

P.S. Wikipedia wspomina o pracy J. Różańskiego w Mennicy, ale podaje, że w 1969 roku przeszedł na emeryturę. Nie dałbym sobie uciąć ręki za to, że opisywana scena miała miejsce w 1975 roku, ale na pewno nie wcześniej niż druga połowa 1973 roku.

czwartek, 30 lipca 2015

Lato 1963 roku zapowiadało się interesująco.

Rozpoczęło się w szpitalu na ul Barskiej. Przepuklina to bardzo prosta operacja, ale w tym czasie wymagała 10-dniowego pobytu w szpitalu po operacji żeby pacjent nie wykonał jakiegoś wysiłku, który mógłby zniweczyć trud chirurga.
Potrzebny był równiez 2-dniowy pobyt w szpitalu przed operacją żeby wykonać wszystkie potrzebne badania. Dlaczego nie można było wykonać tych badań przed wizytą w szpitalu? Dobrze poinformowani twierdzili, że w ten sposób szpital poprawia wskaźniki ekonomiczne - łóżko zajęte a koszt obsługi pacjenta żaden.
Ze mnie szpital odniósł dodatkowe korzyści. Na mojej sali oprócz mnie leżały trzy osoby operowane na wrzód dwunastnicy. Po tej operacji pacjenci ciepieli mocno a pielęgniarka obsługiwała kilka sal.
- Panie student, czy to tak ładnie? Pan się wyleguje, ja mam ręce pełne roboty a koledzy się męczą. - Przyznałem, że nieładnie. Przydzieliła mi dwa zadania - pierwsze - zwilżać chorym usta wodą przy pomocy szpatułki owiniętej gazą. Drugie - pomagać im oddać mocz do "kaczki".
- Chyba bardziej przystoi żeby to kolega trzymał koledze fajfusa - uzasadniała pielęgniarka.
Pacjenci gorączkowali, mieli kłopoty z oddaniem moczu, miałem więc sporo zajęcia.

Wreszcie operacja pod znieczuleniem miejscowym. Chirurg podźgał mi trochę brzuch strzykawką a potem już nic nie czułem. Następnie 10 dni leżenia na plecach w bezruchu. To było bardzo ciężkie, ale jakoś minęło. Pod reką miałem długi bandaż przywiązany do przeciwnej poręczy łóżka. Nazywano to lejcami - dzięki nim mogłem się podciągnąć do pozycji siedzącej. Gdy zobaczyl to mój współlokator Wiesiek to zaproponował - chcesz, załatwimy ci wczasy hippiczne?

Lech

Zamiast wczasów w siodle miałem obóz za kierownicą. Przypomnę, służyłem w wojskach samochodowych. Trzeba przyznać, że treningu za kierownicą nam nie brakowało. W Warszawie były to samochody osobowe. Zmorą było zapalanie silnika na korbę. Szczególnie gdy silnik zgasł podczas przejazdu przez tory tramwajowe w godzinach szczytu. Patrzyłem błagalnie na instruktora żeby pozwolił użyć startera, ale on patrzył w niebo. Wysiadałem z samochodu z korbą i kręciłem. Tramwaj dzwonił, pasażerowie na stopniach wygrażali mi a silnik ani mru-mru. Spoglądałem pytająco na instruktora a on coś pokazywał na migi.
- Wyłączyłem stacyjkę bo zostawiłeś silnik na biegu.
Na obozie w Ostródzie prowadziliśmy ciężarówki i ćwiczyliśmy bardziej specjalistyczne operacje - jazda w kolumnie, jazda nocna, wjazd ciężarówką na wagon kolejowy. Wszyscy zdali egzamin bez problemów. Dostałem zawodowe prawo jazdy. Powyżej fotografia z prawa jazdy.

Po obozie miałem chyba 3 tygodnie wolnego, potem wycieczka. Było nas około 30 osób. Wycieczka odbywała się na zasadzie bezdewizowej wymiany z jakąś austriacką organizacją studencką. Oni zapewniali nam transport, zwiedzanie, wyżywienie i noclegi. W zamian za to ich wycieczka zwiedzała Polskę na takich samych zasadach. Mogliśmy wykupić kieszonkowe 200 szylingów czyli około 8 dolarów.
W wycieczce brały udział jeszcze dwie osoby z naszego wydziału. To mnie zdziwiło - nie widziałem was na liście kandydatów. A bo myśmy się zakwalifikowali w ramach puli rady naczelnej. A więc byli równi i równiejsi.
Sporym przeżyciem było podwójne przekraczanie granicy czechosłowackiej. Kilkugodzinna kontrola pociągu, psy, strażnicy z przemyślnymi lusterkami na kółkach, które wsuwali pod siedzenia żeby sprawdić czy czegoś tam nie ukryliśmy. Przed granicą czesko-austracką do pociągu wsiedli jacyś panowie w nieznanych nam mundurach i obserwowali z ironicznym uśmiechem te procedury kontrolne. Wreszczie pociąg ruszył, przekroczył żelazną kurtynę a panowie przypięli piękne odznaki austrackiej straży granicznej - witamy w wolnej Austrii. Moi towarzysze w przedziale zrelaksowali się. Wszyscy zaczęłi wyciągać ukryte dotąd dolary. Byłem chyba jedynym, który zadowolił się kieszonkowym. Zaczęły się rozmowy na tematy handlowe. Co też warto w Wiedniu kupić i gdzie. Co do ostatniego pytania odpowiedzi były zgodne - u Skoczylasa (a może Szumilasa?), WipplingerStrasse 11. Zorientowałem się, że para studentów z mojego wydziału (małżeństwo) ma duże doświadczenie handlowe - z Bułgarii kożuszki, z Turcji skórzane kurtki. A co z Austrii? Ortalionowe płaszcze i koszule non-iron - brzmiała poprawna odpowiedź.

W Wiedniu zamieszkaliśmy w domu akademickim na Pfeilgasse gdzie dostawaliśmy raczej skromne śniadania i kolacje. Na gorący posiłek popołudniowy jeździliśmy do stołówki Mensa*.
Pierwszego ranka po przyjeżdzie stałem się dość popularną osobą - tłumaczem w banku gdzie wszyscy wymieniali dolary na szylingi. A zatem wymaganie znajomości języka obcego nie było decydującym kryterium kwalifikacyjnym, ważniejszy był kontakt w Radzie Naczelnej.
Poszedłem też z moimi towarzyszami do sklepu na WipplingerStrasse. Obsługiwał nas sam pan Szumilas (a może Skoczylas?), ponoć przed 1956 rokiem był wyższym urzędnikiem w jakimś ministerstwie w Polsce.
- Witamy przedstawicieli klasy robotniczej - pozdrawiała nas kasjerka.
- To nie klasa robotnicza pani Irenko, to jest już czerwona burżuazja - korygował ją właściciel. Miał rację.
Podliczyłem moje zapasy waluty. Płaszcz ortalionowy był poza moim zasięgiem - chyba 130 szylingów (5 dolarów) - po 1300 zł w Polsce - komentowała koleżanka z wydziału. Kupiłem nylonowe pończochy dla Matki i Sylwii oraz koszulę non-iron dla siebie. Pozostała mi jeszcze połowa kieszonkowego.

Pierwsza wizyta w stołówce Mensa była dla mnie pamiętna. Mogliśmy wybrać jedno gorące danie i jedną butelkę napoju - woda mineralna, lemoniada, Coca Cola. Coca Cola? - toż to był symbol zgniłego kapitalizmu. Piłem ją z nabożeństwenm i pewnym niepokojem - czy też to mi nie przewróci w głowie? Nie przewróciło. Po powrocie do Polski znalazłem gdzieś doskonałą charakterystykę tego napoju - jakbyś łykał piłeczki pinpongowe.

Naszym głównym zajęciem było zwiedzanie Wiednia, ale to trudniej opisac niż drobne scenki rodzajowe. Zwiedziliśmy cesarski pałac, letnią rezydencję Schönbrunn - KLIK, kilka kościołów i muzeów. Podczas zwiedzania katedry św Stefana zauważyłem ogłoszenie o wieczornym koncercie organowym. Opuściłem kolację żeby go wysłuchać. Innym wydarzeniemn muzycznym był koncert symfoniczny w sali ratuszowej. Grali nieznaną mi do tego czasu VII symfonię Beethovena.

Oczywiście nie obyło się bez porównań warunków życia. Wiedeń nie ucierpiał wiele podczas wojny więc nie było można porównywac go do Warszawy. Do Krakowa dał się jednak porównać. Oczywiście budynki na miarę wielkiego cesarstwa, ale to zasługa dawnych czasów. Zdecydowaną różnicą była ilość samochodów i ruch na ulicach. Dużo sklepów, ładne wystawy, dużo reklam - tego można było się spodziewać.
Amerykański dolar był wart około 25 szylingów. W tym samym czasie oficjalny kurs dolara w Polsce, po którym kupowałem swoje kieszonkowe wynosił 24 zł. Patrząc na ceny na wystawach odnosiłem wrażenie, że są bardzo podobne do tych w Polsce. Pozostawało pytanie - jakie są tu zarobki? Niestety nie mieliśmy kontaktu z nikim z miejscowych więc nie znaliśmy odpowiedzi. Nasi przewodnicy unikali dyskusji na takie tematy.
Na marginesie dodam,  że istniał rówież jeszcze bardziej oficjalny kurs dolara - 4 zł, ale nie wiem w jakich przypadkach był stosowany. Na czarnyn rynku kurs dolara wynosił około 100 zł. W 1972 roku utworzono sklepy Pewex, które skupowały dolary po 72 zł.

Kolejnym etapem był Linz. Jedynym uzasadnieniem pobytu w tym mieście była chyba wizyta w hucie i obejrzenie spustu surówki z wielkiego pieca. Tak jak w Nowej Hucie. W Linzu doszło do niemiłego incydentu. Obiad dostaliśmy w zakładowej stołówce a tam napoje można było sobie kupić w automacie. Kilka osób podniosło wielki krzyk - co za traktowanie!? Nasi przewodnicy zauważyli, że po pierwsze na stołach są dzbanki z wodą a po drugie właśnie na ten cel mamy kieszonkowe. Krzykacze nie ucichli - o chlebie i wodzie nas tutaj trzymają. Na szczęście nie umieli tego powiedziec w żadnym jezyku obcym a ja uchyliłem się od tłumaczenia. Oczywiście najwiecej krzyku podnieśli ci, którzy przewieźli do Austrii najwięcej dewiz.

Następny etap - Salzburg...

Salzburg

Tu spędzilismy chyba dwa dni. Oczywiście odwiedziliśmy dom rodzinny Mozarta. Mieszkaliśmy w hotelu młodzieżowym (Jugend Herberge) w pobliżu lotniska. Było tam pianino. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności zagrania menueta Mozarta. Moja pycha została ukarana, nie mogłem żadnego sobie przypomnieć, skończyło się na uproszczonej wersji Serenady Schuberta.

Następnego dnia pojechaliśmy do Zell am See. Kierowca autobusu wybrał krótszą trasę, która przechodziła przez Niemcy Zachodnie. Jakież było jego zdumienie gdy dowiedział się, że my nie możemy wjechac do NRF (nawet na 20 minut) bez wizy. Jechaliśmy więc dłuższą trasą przez Austrię, sceneria jak w bajce. Oto cel podróży...

Zell am See

Odbyliśmy wycieczki na lodowiec Kaprun i na Schmittenhohe. Drugiego dnia pobytu w Zell am See wypadał 1 września. Nagle zdałem sobie sprawę, że to przecież rocznica wybuchu II Wojny Światowej. Usłyszałem język niemiecki, wesołe śmiechy. W Polsce ten dzień nie robił na mnie specjalnego wrażenia, ale tutaj tak. Poczułem zażenowanie, że właśnie w tym dniu wypoczywam w tak pięknym miejscu w towarzystwie beztroskich ludzi mówiących po niemiecku. 1 września 1939 roku pewnie było tu tak samo jak teraz. Jakąś rekompensatą było wspomnienie odwiedzonego kilka dni wcześniej w Wiedniu pomnika ku czci żołnierzy radzieckich - KLIK
Pobyt dobiegał końca a mnie zostało pół kieszonkowego. Wydałem je bardzo rozsądnie. W Zell am See poszedłem do kawiarni w której występowali jodłujący śpiewacy i tancerze w krótkich skórzanych spodniach - KLIK. Niemiecka wersja tutaj - KLIK. Zostało mi kilka szylingów na zakup butelki Coca-Cola żeby mieć przy czym opowiadać Sylwii o moich wrażeniach.

Ostatniego dnia spędziliśmy jeszcze kilka godzin w Wiedniu - kolacja w restauracji pod gołym niebem na Grinzingu. Podawali młode wino, orkiestra grała walce i polki. Wielu gości częstowało muzyków winem i obawiałem się, że orkiestra szybko wymknie się spod kontroli. Nie ma obaw, muzycy tylko maczali usta w szklance i przelewali zawartość do dzbanów pod krzesłami.

* Mensa to organizacja zrzeszająca osoby o wysokim IQ - KLIK. Polecam test podany na zlinkowanej stronie.