Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Wpisy z tagiem: Norwegia

piątek, 07 sierpnia 2015

Norge

Lech  Lech

Pojechałem więc z moim kadrowcem na policję. Prócz paszportu wziąłem jeszcze swój bilet powrotny. Wszystko się zgadzało, pan Syversen kiwał ze zdumieniem głową na takie przeoczenie, ale jednak zachował się po dżentelmeńsku. Oświadczył, że mogę zostawić rzeczy w swoim pokoju i że może skorzystam z okazji i pojadę którymś z samochodów ciężarowych wyjeżdżających jutro rano z fabryki.

To była duża pomoc - pozostawało pytanie - dokąd pojechać? Tylko 5 dni. Z tego chciałem spędzić dwa dni w Oslo. Marzeniem było Bergen, ale to było za daleko. A zatem przynajmniej do jakiegoś porządnego fjordu. Hardangerfjord - podpowiedział pan Syvertsen...

Hardangerfjord

Jutro rano nasza ciężarówka jedzie do Hønefoss, to w tym kierunku. Zgadzało się. W Hønefoss szybko złapałem samochód, którym podróżowali jacyś młodzi Niemcy. Wjechaliśmy na ogromny płaskowyż Hardangervidda - KLIK. Niekończąca się trawiasta pustynia. Namiot a przy nim renifery...

Renifery

To była Norwegia moich marzeń, żeby tak jeszcze w zimie. Po pewnym czasie dojechaliśmy do rozwidlenia dróg. Niemcy jechali na północ, droga do Hardangerfjord prowadziła na zachód. Tu nie było szosy tylko oznaczone tyczkami kamieniste drogi. Usiadłem na przydrożnym kamieniu i czekałem na okazję. Godziny mijały a na horyzoncie żadnego pojazdu. Robiło się późno, na szczęście letnia noc jest tu bardzo krótka więc okazję złapałem jeszcze w promieniach zachodzącego słońca.
- Skąd ty się tu wziąłeś? - zapytał zaskoczony kierowca.
- Jadę autostopem, poprzedni samochód tu mnie wysadził.
- Jak mogli cię tu wysadzić? Pamiętasz ich numer rejestracyjny? To trzeba zgłosić na policję.
- Sam ich prosiłem żeby mnie tu wysadzili bo oni nie jechali do Hardangerfjordu.
Dowiedziałem się, że to jest rzadko uczęszczana droga i miałem szanse spędzic na tym pustkowiu kilka dni. Koło północy dojechaliśmy do Kinsarvik na brzegu fjordu. Kierowca pomógl mi znaleźć nocleg. Następnego dnia pojechałem na wycieczkę promem wokół fjordu a po południu złapałem samochód do Geilo.
Geilo to popularny resort narciarski, w lecie było tam czynne tylko schronisko młodzieżowe. Beztroska atmosfera, młodzież z calego świata. Większość z nich zrobiła sobie przerwę w studiach i spędzała kilka miesięcy wedrując po Europie. Po raz pierwszy poczułem, że mieszkając w PRL mamy jakieś istotne ograniczenie.
Następnego ranka zabrałem się do Oslo z dwoma Francuzami wędrującymi po Norwegii rozklekotanym citroenem. Dołączyła do nas dziewczyna z Australii. Pierwsze pytanie Francuzów brzmiało czy znam piosenkę Kalinka. Powiedzmy, że znałem - KLIK. Wydzieraliśmy się więc w trójkę na cały głos. Australijka była mocno przestraszona.
W Oslo przywitała nas wielka ulewa więc nie pozostawało nic innego jak udać się do schroniska młodzieżowego Haraldsheim. Następnego dnia kręciłem się po śródmieściu Oslo, odwiedziłem muzeum obrazów E. Muncha, zajrzałem do sklepów gdzie zrobiłem dwa poważne zakupy - plecak ze stelażem i buty zimowe dla Matki. Buty miały bardzo zmyślnie wyprofilowane zelówki i Matka bardzo sobie je chwaliła podczas ślizgawic. Następnego dnia pojechałem do Holmenkollen obejrzeć zimowy stadion nad którym dominowała skocznia narciarska...

Holmenkollen

Serce zabiło mi mocniej gdy na liście rekordzistów skoczni znalazłem nazwisko Stanisława Marusarza. Prócz tego zwiedziłem muzeum łodzi wikingów, jakiś skansen w którym dominował kościółek dokładnie taki jak kościół Wang w Bierutowicach. Nie mogłem odżałować, że nie udało mi się odwiedzić statku Fram - może następnym razem. Następny raz nastąpił dopiero za 39 lat.

Ostatniego dnia dojechałem autostopem do Moss gdzie pan Henryk zorganizował dla mnie pożegnalny obiad. Wieczorem wyjazd. Około 3 rano pociąg dojechał do Goeteborga gdzie zaplanowałem dwa dni przerwy. Trzeba było doczekać dnia na dworcu i wtedy rozejrzeć się za noclegiem. Na dworcowych ławkach drzemało dość podejrzane towarzystwo. Od czasu do czasu przechodzili strażnicy, sprawdzali czy mają bilety i niektorych wyganiali z dworca. Wdałem się w rozmowę ze swoim sąsiadem - Finem. Fin nie znał angielskiego ani niemieckiego więc rozmowa dotyczyła głównie sportu. Na szczęście znałem sporo nazwisk fińskich sportowców - Nurmi, Hakkulinen, Maentyranta. Fin rewanżował się nazwiskiem polskich sportowców. W którymś momencie spróbowałem przerzucić się na tematykę polityczną - Kekkonen (ówczesny premier Finlandii). Fin zamyślił się, wreszcie odpowiedział - Piłsudski! 
Mimo bariery językowej Fin udzielił mi dobrej rady - załatw sobie noclegi w hotelu na wodzie - na planie miasta pokazał jak tam dojść. Gdy się rozjaśniło zjadłem na dworcu śniadanie i ruszyłem pod wskazany adres. Okazało się, że kiedyś była to pływająca kaplica. Pastor żeglował nią od statku do statku i świadczył usługi duchowe. Po przejściu pastora na emeryturę urządzono tu tani hotel...

Hotelik

Wnętrze zachowało charakter kaplicy z tym, że w miejscu ołtarza stało duże łóżko, w którym wylegiwał się jakiś Hindus.
Pokręciłem się trochę po Goetebrogu, ale nie pamiętam niczego godnego uwagi. Spróbowałem więc odwiedzić Szweda spotkanego w Warszawie przez wyjazdem do Norwegii. Znalazłem, mieszkał w domu akademickim w świetnie urządzonym jednoosobowym pokoju.- Trochę lepiej niż na Akademickiej 5 - zauważył. Wieczorem poszliśmy razem na zabawę do klubu studenckiego. Było podobnie jak w Warszawie. Dość szybko wróciłem do mojego hoteliku odespać poprzednią noc.

Rano okazało się, że w hoteliku przebywa kilku młodych Niemców z NRF. Z rozmowy wynikało, że przyjechali do Goeteborga załatwić sobie pracę w fabryce Volvo. Niemcy szukają pracy za granicą? - zdziwiłem się. Z ciekawości pojechałem razem z nimi do fabryki i udało mi się obejrzeć dwa działy produkcyjne. W porównaniu z Zelmotem miały więcej przestrzeni wokół stanowisk roboczych. Wszyscy Niemcy dostali pracę, teraz wracali do domu, pracę zaczną za dwa tygodnie. Dostali pracę w Szwecji, ale na razie wracają do domu - to było dla mnie również coś niebywałego.
Tym razem udałem się na dworzec po północy. Po kilku godzinach podróży dojechałem do Malmo gdzie postanowiłem spędzić dzień na zwiedzaniu miasta. Wydało mi się ciekawsze niż Goeteborg, może dlatego, że było dużo mniejsze przez co dominowały tu stare ulice i budynki. Niespodziewaną atrakcją była wizyta amerykańskiego statku o napędzie atomowym - n/s Savannah. Dołączyłem do długiej kolejki zwiedzających, ale statek to jest statek, atomów nie było widać.

Kolejna noc w pociągu i wreszcie Polska.

środa, 05 sierpnia 2015

Norge

Lech   Lech 

28 czerwca 1964 roku dostałem paszport. Dopiero teraz mogłem załatwiac zakup biletu kolejowego.
Pobiegłem do kas Orbisu. Po odstaniu godziny w kolejce dostałem plik formularzy do wypełnienia i poinformowano mnie, że jeśli wszystko pójdzie dobrze to dostanę bilet za 3 dni. Praktyka zaczynała się 1 lipca. Pospieszyłem do Rady Naczelnej ZSP - nie mam szansy zdążyć na czas, wstyd dla całego kraju, zróbcie coś!. Ku mojemu zaskoczeniu zrobili - zadzwonili do zlokalizowanego na Nowym Świecie biura podróży Wagon Lits Cook i po krótkiej rozmowie poinformowali mnie, że tam dostanę bilet od ręki. Dostałem.

W dniu wyjazdu, podczas śniadania w stołówce akademika, usłyszałem przy sąsiednim stoliku rozmowę w języku angielskim. Spojrzałem, jeden z rozmówców wyglądał zdecydowanie na Skandynawa. Dosiadłem się, ten nordyk był Szwedem a jego ciemnowłosy towarzysz Norwegiem. Co za zbieg okoliczności. Okazało się, że przyjechali do Polski na praktykę IAESTE. Szwed był bardzo rozmowny, podał mi swój adres w Goeteborgu, zachwalał Szwecję, wydało mi się, że o Norwegii wyrażał się z pewnym lekceważeniem. Na pewno tak było bo gdy odszedłem od stolika podbiegł do mnie ten Norweg, który przez cały czas rozmowy był bardzo małomówny i zapewnił, że Norwegia to bardzo nowoczesny kraj.

Podróż przez Rostock, Trelleborg, Goeteborg trwała chyba 36 godzin. 1 lipca rano wysiadłem na stacji Moss, 60 km na południe od Oslo. Do fabryki papieru Peterson A/S - KLIK - można było trafić na nosa - znakiem rozpoznawczym był silny zapach celulozy. Wkrótce poznałem termin - Mosselukta - KLIK - zapach Moss. 
W dziale kadr fabryki przywital mnie pan Syvertsen. Dostałem zakwaterowanie w niewielkim budynku kilkaset metrów od fabryki, dowiedziałem się, że moja stawka godzinowa to 8 koron - około 1 dolara za godzinę, płatne w każdy piątek. Praca rozpoczyna się o 7 rano, 5 dni w tygodniu po 8 godzin. W warsztacie remontowym pracuje spawacz polskiego pochodzenia, jeśli nie mam nic przeciwko temu, to będę pracował pod jego opieką. Zgodziłem się. Udałem się do kasy pobrać zaliczkę, do magazynu, pobrać robocze ubranie i do warsztatu poznać się z moim szefem - panem Henrykiem Ostrowskim. Resztę dnia miałem wolną. 

Pan Henryk był bardzo sympatyczny. Polecił mi iść do swojego mieszkania, trochę odpocząć i przyjść do fabryki na 3 to pójdziemy razem do jego domu na obiad.
Pan Henryk pochodził z Bydgoszczy. Po zajęciu miasta przez Niemców w 1939 roku jego rodzina dostała propozycję podpisania Reichslisty czyli uznania za rodowitego Niemca. To było dużo lepsze niż Volkslista, ale nie skorzystali. W rezultacie on, jego ojciec i brat zostali wysłani na roboty przymusowe do Niemiec. Pod koniec wojny Niemcy przetransportowali do Norwegii wielu przymusowych robotników, być może liczyli, że to będzie ważne miejsce oporu, ale tak się nie stało. Po zakończeniu wojny Norwegia zorganizowała obozy przesiedleńcze dla tych ludzi. Jeden z nich był na wyspie Jeloya na przeciwko Moss. Było tam wielu Polaków, większość bardzo zdezorientowana - wracać do Polski czy nie wracać.
Przyjechał do nas reprezentant Rządu Londyńskiego - w Polsce panuje komuna, po powrocie wielu z was grozi wysyłka na Sybir.
Kilka dni później przyjechał reprezentant PRL w znoszonym mundurze wojskowym, z orzełkiem na czapce - rodacy, Polska jest wolna i bardzo zniszczona, wracajcie, potrzebujemy was żeby odbudowywać naszą ojczyznę.
Ludzie płakali. Większość wróciła do Polski, kilkuset wyemigrowało do Anglii i USA, około 100 pozostalo w Norwegii, około tuzina w Moss.
Pan Henryk mieszkał we własnym, niewielkim, świeżo wybudowanym domku. Miał żonę Norweżkę i kilkunastoletnią córkę. Norweżki zupełnie nie potrafią gotować - skarżył się. Do obiadu podał bimber własnej roboty. Alkohol był w Norwegii bardzo drogi więc wielu Polaków produkowała spirytus z cukru. Udawało im się uzyskiwać moc 85%. Rozcieńczali to coca-colą. Na szczęście pan Henryk miał dość słabą głowę więc nie musiałem zbyt wiele tego pić.
Dość szybko poznałem większość Polaków z Moss. Ich przeszłość była taka sama jak pana Henryka, jeden był marynarzem, większość robotnikami, tylko jeden był urzędnikiem. Ten ostatni był również przedstawicielem Rządu Emigracyjnego. Sprawiłem mu przykrość swoją niewiedzą o działalności Rządu. Nie wiedziałem nawet kto jest premierem - Antoni Pająk. Miał kilka roczników paryskiej Kultury, dzięki której nieco uzupełniłem swoją edukację polityczną. Zaskoczyły mnie informacje, że zjednoczona z nazwy partia posiada dwa rywalizujące ze sobą odłamy - Puławy i Natolin lub bardziej po proletariacku - chamy i Żydy. Poczułem zbierającą się burzę, ale co mnie to obchodzi, przecież nie należałem do partii. 
Tenże pan poinformował mnie o procedurze na wypadek gdybym chciał wybrać "wolność". Trzeba się zgłosić na policję i złożyć oświadczenie, że z powodów poliycznych nie chce pan opuścić Norwegii. Oni wsadzą pana natychmiast do aresztu, ale proszę się nie obawiać tam są doskonałe warunki, rząd zapewni panu dobrego prawnika. Norwegia niechętnie udziela azylu, chyba że ktoś jest naprawdę prześladowany a pan już drugi raz wyjeżdża za granicę więc ten argument odpada, ale sprawą zajmie się Rząd Londyński. O azyl w Anglii też nie jest łatwo, ale pozostaje USA. Według mnie ma pan ponad 90% szansy na azyl. Słuchałem tego z uśmiechem. W Polsce była Sylwia, Matka, praca, kilka miesięcy do dyplomu. Nie widziałem siebie w Norwegii ani w USA.

Praca w dziale remontowym nie była zbyt intensywna. Pan Henryk był spawaczem więc do moich zadań należało oczyścić krawędzie, które miały być spawane oraz oczyścic i wygładzić ukończoną spoinę. Prócz tego pan Henryk pozwalał mi pospawać mniej odpowiedzialne kawałki. Szczególnie podobało mi się spawanie gazowe, które wymagało koordynacji ruchu palnika i spoiwa. Spawanie elektryczne było prostsze, nieco trudniej było spawać stal nierdzewną gdyż elektroda złośliwie przyklejała się do spawanych elementów.
Którego śdnia mieliśmy nieco trudniejsze zadanie - przyspawać dodatkową rurę do zgięcia w rurociągu. Najpierw wycięliśmy wstępnie otwór w zgięciu a następnie staraliśmy się wyprofilować dodatkową rurę do tego otworu. To nie było proste, wymagało wielu drobnych dopasowań. Zauważyłem, że pan Henryk przygląda mi się z pewnym wyczekiwaniem więc dokładałem wszelkich starań żeby być pomocnym. Gdy skończylismy pan Henryk powiedział:
- Pamiętasz, mówiłem ci, że dwa lata temu był tu student jak ty, z Poznania. Mieliśmy dokładnie taką samą robotę. On poprosił żeby mu dać duży arkusz papieru i miejsce do rysowania. Za pół godziny wyciął z tego papieru szablony, które wystarczyło przyłożyć do rur i ciąć. Wszystko idealnie pasowało, nie trzeba było żadnych dopasowań. Najlepsi spawacze czegoś podobnego nie widzieli, dostał wyróżnienie od dyrekcji.
Poczułem jak oblewa mnie rumieniec - geometria wykreślna! Dokładnie tego nas uczyli i ja miałem z tego przedmiotu dobrą ocenę. Ale to było 5 lat temu i wszystko zapomniałem. Gdybym był tu po pierwszym roku studiów to na pewno bym pamiętał. Było mi okropnie przykro, że sprawiłem panu Henrykowi taki zawód.
Na naszym wydziale było jeszcze trzech praktykantów takich jak ja, dwóch Norwegów i studiujący w Norwegii obywatel Ghany - Adjei, który mieszkał w tym samym domku co ja...

z kolegami

Mieszkałem w jednoosobowym pokoiku. Łazienka, toaleta i kuchnia były wspólne. W domku były 4 pokoje. Tylko ja i Adjei mieszkaliśmy tam długoterminowo. W pozostałych pokojach pojawiali się krótkoterminowi goście. Posiłki przyrządzaliśmy sobie sami. Adjei był całkiem doświadczonym kucharzem, ja szykowałem sobie potrawy wymagające najmniej wysiłku. Wolałem zjeść obiad w małej charytatywnej restauracji. Daniem, na które czekałem z utęsknieniem był hvalbiff czyli befsztyk z wieloryba...

Hvalbiff

Pyszne, smakowało jak wołowina, ale było znacznie bardziej delikatne. Do tego bardzo tanie gdyż świeżo upolowanego wieloryba trzeba było zjeść w ciągu kilku dni.

Pan Henryk powiedział mi, że dobrze trafiłem, owoce bardzo kiepsko obrodziły więc rząd zniósł restrykcje na import. Te importowane są dużo smaczniejsze i tańsze. Były jednak pułapki. Zauważyłem, że w jednym sklepie sprzedawali pomarańcze dużo ładniejsze i tańsze niż w pobliskim supersamie więc oczywiście tylko tam je kupowałem. W pracy, podczas przerwy śniadaniowej, podszedł do mnie starszy robotnik, obejrzał skórkę z pomarańczy - widziałeś to? - wskazał na małą nalepkę - importowane z Afryki Południowej. One są dlatego takie tanie bo zbieraję je niewolnicy. W krajach komunistycznych tyle mówicie o walce z kolonializmem a ty kupujesz produkty od rasistów?
- U nas państwo dba o to żeby w sklepach były tylko właściwe produkty - odparowałem, ale nie byłem tego taki pewien.

Czas wolny spędzałem na lekturze Kultury i innych emigracyjnych wydawnict oraz na spotkaniach z norweskimi kolegami. Te ostatnie wydawały mi się dość dziecinne. Wpadaliśmy do jedynej w Moss kawiarni, zamawialiśmy coca-colę i słuchaliśmy muzyki z szafy grającej. Jeśli któryś z Norwegów dysponował samochodem rodziców to jechaliśmy do kawiarni na wyspie Jeloya i to samo. Koledzy z wielkim entuzjazmem planowali wyjazd na weekend do Goeteborga żeby napić się do syta piwa. To wcale mi się nie uśmiechało ze względu na spory koszt i niewielką ochotę na szwedzkie piwo. Zaprosiłem ich do siebie na polską wódkę. Przywiozłem jej 2 butelki, jedną podarowałem panu Henrykowi.
45% alkoholu - już to wywołało u Norwegów lekki zawrót głowy natomiast z zawartością mieli kłopoty, musieli rozcieńczać wodą lub sokiem. Nie, wyjazd na pijaństwo do Goeteborga w ogóle mnie nie nęcił. Pan Henryk bardzo ucieszył się z mojej decyzji i załatwił mi na ten weekend godziny nadliczbowe w fabryce.

Oczywiście wiele razy odwiedziłem dom pana Henryka. Był dużo bardziej oczytany niż inni Polacy w Moss, lubil rozmawiać na tematy ogólne. Starał się też zorganizować mi wyjazdy poza Moss. I tak odwiedziliśmy jakiś safari park, domek letniskowy jego znajomych, zrobiliśmy całodniową wycieczkę do Oslo. Stolica Norwegii nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia - ciche, spokojne miasto. Pałac królewski niewiele różnił się od zwykłej kamienicy. Jedynym pamiętnym miejscem był Frogner Park a raczej zgromadzone tam rzeźby Gustawa Vigelanda - na przykład te dwie obrazujące różnice w stosunku kobiet i mężczyzn do dzieci...

kobieta

Vigeland

Odbyliśmy też wyprawę po zakupy do Szwecji. Do granicy było zaledwie 50 km. Po obu stronach granicy były wielkie namioty ze stoiskami handlowymi. Norwegowie kupowali po stronie szwedzkiej, Szwedzi po norweskiej. Podejrzewam, że ceny po obu stronach były takie same. Największym przeżyciem z tego wyjazdu był wjazd na szwedzką szosę gdyż w Szwecji był wtedy jeszcze ruch lewostronny. Długi sznur pojazdów po obu stronach granicy, masa świateł i policji kierującej samochody na właściwy pas.
Przy okazji nasłuchałem się wielu komentarzy krytycznych w stosunku do Szwedów. Wspomniałem, że w Polsce Skandynawia uchodzi za wyjątkowo uczciwy rejon.
- O, tak, kiedyś tak było, ale teraz za dużo Szwedów tu się kręci a to okropnie złodziejski naród. 

W każdy poniedziałek sympatyczny pan Syvertsen z działu kadr zapraszal mnie podczas przerwy śniadaniowej na kawę i wypytywal o wrażenia z pracy i rekreacji. Te ostatnie iteresowały go dużo bardziej. Zaiuważyłem, że robił notatki gdy opowiadałem o wyjazdach poza Oslo. Wspomniałem o tym polskim znajomym. - A to kot - skomentowali. - On donosi na policję o wszystkich twoich ruchach.
- Donosi na policję? - zdumiałem się.
- A tak, W wielu fjordach są instalacje wojskowe, ty jesteś z komunistycznego kraju, muszą cię pilnować.

Praktyka dobiegała końca. Pobrałem z kasy ostatnią wypłatę. Miłym zaskoczeniem był kilkuprocentowy dodatek za pracę w miesiącach letnich. Pan Syvertsen podziękował mi za pracę, wręczył zaświadczenie o pomyślnym odbyciu praktyki i oferował się, że zawiezie mnie wieczorem na dworzec kolejowy. Podziękowałem i powiedziałem, że transportu na dworzec nie potrzebuję bo jutro jadę autostopem zobaczyć trochę Norwegii. Pan Syvertsen okropnie się zdenerwował, zbladł - nie możesz pozostać w Norwegii ani dnia dłużej niż czas praktyki.
- O przepraszam, ja mam wizę na dwa miesiące a praktyka trwała tylko 8 tygodni. Mogę tu zostać jeszcze 5 dni.
- To niemożliwe!
- Możliwe, tak jest na pieczęci w moim paszporcie.
Pan Syvertsen zadzwonił na policję i po krótkiej rozmowie spytał czy mogę pojechać z nim na komisariat i pokazać im swój paszport.