Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

RSS
piątek, 30 października 2015

Lech  Lech

Rok 1976 - zwiastuny przyszły dużo wcześniej. Pisałem jak pod koniec 1975 roku nasze informacje z frontu wielkich inwestycji były tak złe, że wyższe szczeble władzy wolały ich nie dostawać - KLIK.

To zgadza się z informacją w wikipedii - KLIK - (proszę nie zamykać tego linku wrócę do niego kilka razy) :
Podczas VII Zjazdu Partii w grudniu 1975 roku Edward Gierek powiedział: "...problem struktury cen podstawowych artykułów żywnościowych wymaga (...) dalszej analizy".

Podwyżki cen żywności. To był pewien sposób na zwiększenie wpływu gotówki do państwowej kasy.
Oczywiście problemem nie była sytuacja polskiego rolnictwa lecz konieczność spłaty długów zaciągniętych między innymi na wielkie inwestycje, które nie przyniosły oczekiwanych efektów. Nie przyniosły żadnych efektów gdyż większość z nich nie zostala ukończona w terminie.
Jednak to nie inwestycje zaważyły, ich koszt wynosił tylko 20% wydatków państwa, większość funduszy przeznaczano na konsumpcję.

Kolejny cytat ze zlinkowanego powyżej artykułu wikipedii: "... społeczeństwo polskie zdążyło już się przyzwyczaić do wzrostu poziomu życia, stałego wzrostu płac oraz stałych cen".

To się zgadza. Rządowa propaganda głosiła: pracuj wydajnie, wypoczywaj fajnie.
Moje zarobki w porównaniu z rokiem 1971 wzrosły za Gierka prawie 4-krotnie. To był wyjątek, ale jednak zarobki szybko rosły. Przyspieszył program budowy mieszkań, na rynku pojawiły się samochody i wiele innych użytecznych dóbr.
Gorzej było z wydajną pracą. W latach 1971-74 rzeczywiście pracowałem dużo i wydajnie, ale czy owoce mojej pracy powiększały dochód narodowy?
Rok 1975 spędziłem głównie na zwolnieniu lekarskim, ale już w 1976 nie zrobiłem niczego użytecznego. Jednocześnie stwierdziłem, że istnieją całe komórki ogranizacyjne zatrudniające sporo ludzi, które nie robią praktycznie nic.
Kilku moich znajomych deklarowało - nie robię nic i jestem z tego dumny bo gdybym coś robil to tylko bym pogorszył sytuację państwa.
Do czasu moich doświadczeń z 1976 roku byłem na nich wściekły, potem już tylko smutny.

Podwyżki cen żywności. Że też nie potrafili niczego innego wymyślić? Wszak to już było w 1956 i 1970 roku i w obu przypadkach zakończyło się gwałtownymi protestami, zmianą władzy i wycofaniem się z podwyżek. Dlaczego Gierek myślał, że tym razem będzie inaczej?

Było tak samo, zaczęło się w Radomiu. Opis wydarzeń w zlinkowanym wcześniej artykule.
Tak jak w poprzednich przypadkach rząd wycofał się z podwyżek
Kilka spraw potoczyło się jednak inaczej:
- nie użyto broni - podobno na osobiste żądanie Gierka,
- rząd nie upadł,
- powstał (z inicjatywy Antoniego Macierewicza) Komitet Obrony Robotników - KOR - KLIK.

Można było poczuć, że historyczna gra dopiero się rozpoczęła

P.S. Do legendy przeszły długi Gierka. Nieco faktów jest tutaj - KLIK.

Obecne zadłużenie Skarbu Państwa wynosi ponad 900 mld złotych, w tym 274 mld to dług zagraniczny - KLIK. Uwzględniając inflację jest to nadal dużo, dużo, wiecej niż długi pozostawione przez rząd E. Gierka. Na dodatek za Gierka wszystkie instytucje, firmy, fabryki, banki były państwowe. Cały dług można było spłacić sprzedając tuzin dobrych firm. Obecnie Polska nie posiada już tuzina dużych, dobrze prosperujących firm.

Jako ciekawostkę polecam artykuł, który bardzo pozytywnie ocenia okres gierkowski - KLIK.
Nic dziwnego, autor artykułu - Paweł Bożyk - był szefem grupy doradców Edwarda Gierka.

środa, 28 października 2015

Wiesia  Wiesia

Czekałam na zaćmienie Słońca. Zapowiedziano je 30 czerwca, zaraz po zakończeniu nauki na Nowolipiu. W Warszawie przewidywano niecałkowite, w Sejnach i Suwałkach zupełne.

Kolejne zaćmienie całkowite widoczne z Polski oschły wektor informacji wskazywał dopiero w roku w 2135 r. po południu.
Miałabym wtedy 181 lat i pół dnia. Wiedziałam, że zaćmienia są normalnymi zjawiskami astronomicznymi, a nie wynikiem czarów, czy kary boskiej. Wiedziałam, że zaćmienie nastąpi i przeminie. Nie ma obawy, potem Słońce dalej zacznie docierać do każdego zakątka Ziemi. Niepełne zaćmienia Słońca należą do widowisk stosunkowo rzadkich i wzbudzają zainteresowanie. Gdzieś usłyszałam, że najbliższe lata po zaćmieniu całkowitym zapowiadają się nie najlepiej i trzeba je będzie umieć przeżyć.
 Bolesława Prusa zainspirowało zaćmienie Słońca  w sierpniu 1887 r. i  dlatego napisał Faraona. Jakich bohaterów i antybohaterów przedstawiłby pisarz dzisiaj? Jak wyglądałby jego współczesny Herhor ogłupiający biedny lud? Rozmyślałam, czy w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej ktoś dałby się nabrać, że zaćmienie Słońca może oznaczać koniec świata i jest karą za grzechy. Mowy nie ma – skonstatowałam wpatrując się w świadectwo ukończenia szkoły podstawowej - taki głupi nikt już u nas nie jest.

Na świadectwie nie miałam ani jednej czwórki, mózg mi wysechł dopiero w szkole średniej. Za świadectwo dostałam od rodziców wieczne pióro ze złotą stalówką. Zrozumiałe, że było „wieczne”, tylko z nazwy. Pompka do nabierania atramentu szybko się zepsuła i już przestało być „wieczne”. „Wieczności” nie ma, bo być nie może – uważałam - ponieważ nie mogłam jej sobie wyobrazić. Odrzuciłam też istnienie nieskończoności, przeze mnie niepojmowalnej. Najdłuższa nić na największej na świecie szpulce musi przecież mieć swój koniec - rozumowałam. Zastanawiałam się nad  żelaznym jądrem Ziemi, pełna obaw, że kiedyś przecież wystygnie. Mielibyśmy wtedy problem, ponieważ  generuje pole magnetyczne, które podobno ratuje ludzkość przed zabójczym promieniowaniem z Kosmosu. Ale rozum ludzi sobie z tym poradzi, bera zimnaja Miczurina jest kilka razy większa od normalnych gruszek, od nich smaczniejsza i może owocować daleko na północy. Radzieccy uczeni zawracają bieg rzek, a pustynie zamieniają w pola kukurydzy. Kto wie, czy nad potęgą mózgów uczonych poznanych w szkole nie zastanawiałabym się dalej, dochodząc do wniosku, że potęga człowieka jest niezmierzona, jeżeli tylko chce się uczyć, gdyby do drzwi nie zapukał sąsiad Ziutek Gawron młodszy ode mnie o dwa lata. Jego matka całą duszą pragnęła, żeby Ziutek został milicjantem, ale nie takim bez matury. Widziała swojego jedynego syna za biurkiem w Pałacu Mostowskich w mundurze. Przychodził do nas często i odrabiałam z nim lekcje, nieraz przedmiot po przedmiocie. Ale przecież tym razem nie o odrabianie lekcji mu chodziło. Zaczęły się już wakacje!
 Ziutek przyszedł w sprawie zaćmienia. Na kolonie wyjeżdżał tak jak ja i inni z naszej klasy dopiero za dwa tygodnie. Miał czas. Właśnie znalazł spory kawałek szkła z rozbitej szyby i chciał się czymś się przysłużyć mieszkańcom naszej klatki schodowej od Styczyńskich mieszkających na samej górze, po Roeslerów na dole. Ziutek postanowił rozbić szkło na kawałki, okopcić je, rozdać, żebyśmy razem mogli bezpiecznie oglądać, jak Księżyc nasuwa się na tarczę słoneczną. Słyszał przez radio, że ze względu na wzrok, gołym okiem  zaćmienia oglądać nie można. Drabinę na dach naprawiłem – zameldował –  nie brakuje już w niej żadnego szczebla. Dach na bloku, służył nam często. W słoneczne dni opalało się na nim sporo osób, chociaż miał dziwaczne wybrzuszenia i łatwo można się było z niego zsunąć. Moce niebieskie czuwały, gdy[W1]  na dachu popychaliśmy się ostro dla zabawy, zręczne czepiając kominów, że nigdy nikomu nic się nie stało.
Następnego dnia – zaskoczenie, Tato i jego przyjaciel Władzio Wicher zaproponowali mi wyjazd do Sejn, rankiem, w dniu zaćmienia. Do Sejn i do Suwałk miały wyruszyć z Warszawy pociągi zaćmieniowe organizowane przez  Orbis, na taką wycieczkę mało kto miał pieniądze. Ojciec i inż. Wicher mieli jechać do Sejn samochodem na dwa dni, w sprawach związanych z budownictwem. Znajomy pana Wichra obiecał, że będziemy mieli okazję zobaczyć zaćmienie w towarzystwie osób wchodzących w  skład oficjalnie powołanej ekspedycji zaćmieniowej. Osobą towarzyszącą Ojcu i panu Władziowi miała być pierwotnie żona inż. Wichra – pani Tania, ale ona jechać nie chciała. Po pierwsze zaćmienie ją nie obchodziło, po drugie przyjęła obowiązki jednej z ważniejszych organizatorek wystawy psów rasowych, która miała się odbyć za miesiąc w Warszawie. Moja radość, że mogłam jechać za panią Tanię, nie miała granic. Ziutek otrzymał informację, że jedno przydymione szkło nie będzie potrzebne.

W drodze do Sejn pan Wicher co najmniej po raz dwudziesty wychwalał do mnie Canalettę, za to, że dzięki zastosowaniu camery obscura i szkła powiększającego z takimi  szczegółami odwzorował na swoich obrazach wiele budynków osiemnastowiecznej Warszawy, cennych przy odbudowie miasta. Ojciec prowadził, pan Władzio mówił, także o zaćmieniu. Już je widzieli w Ameryce Północnej, zahaczy o Polskę i przeniesie się do Azji. Gdy przyjechaliśmy w Sejnach się przejaśniło, od rana w mieście padał bez przerwy drobny deszcz. Zanim zrobiło się ciemno, bezgwiezdne niebo przybrało dziwaczną barwę, stanęło w kolorze seledynu o niepokojącym odcieniu, nie znanym dotąd, ani ze wschodów, ani z zachodów Słońca. Na lewo od Słońca widoczna była Wenus. Kiedy dotarliśmy do ekspedycji zaćmieniowej, w której działał kolega pana Wichra inż. Rybarski za jakieś pół godziny w biały dzień  koguty zaczęły gromadnie piać, kury pospiesznie wracały do kurników, gołębie szalały. Gdy się ściemniało, temperatura powietrza gwałtownie spadła. Nastała zupełna ciemność i jeszcze bardziej jakby powiało chłodem. Muszę przyznać, ogarnęła mnie, osobę światłą, po podstawówce, trwoga. Głupio się przyznać, pomyślałam, że to koniec. Nie mogłam zobaczyć nikogo z komisji zaćmieniowej, bo było ciemno, ale czułam, że cały jej skład, tak jak ja, stoi zdrętwiały. Nikt nie wykrztusił z siebie słowa. Poczułam się pyłkiem, nikim.

Ekspedycję zaćmieniową zorganizowało Polskie Towarzystwo Miłośników Astronomii. W Sejnach pokazywano mi chronoheliograf połączony z radiem i z chronografem. Nie za bardzo zrozumiałam w jaki sposób te połączone urządzenia rejestrowały tzw. sygnały zaćmieniowe, które nadawał Główny Urząd Miar i Wag w Warszawie z zegarów kwarcowych, oznaczając czas wykonania poszczególnych zdjęć. Nie to jednak było najważniejsze z tego czego doświadczyłam w Sejnach podczas zaćmienia.

PS. Na internecie znalazłem informacje o tym zaćmieniu. Jest tam nawet zdjęcie chronoheliografu i inż. A. Rybarskiego - KLIK.

Tagi: Wiesia
10:42, pharlap
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 października 2015

Lech  Lech

Chyba w 1976 roku dostałem wezwanie z Urzędu Podatkowego żeby zapłacić podatek z tytułu bardzo wysokich zarobków.

Wspominałem, że "za Gierka" zniesiono podatek od wynagrodzeń uzyskanych w sektorze państwowym co uważałem za wyjątkowo logiczne posunięcie. Jednak osoby, których roczny zarobek przekroczył 120,000 zł musiały zapłacić dość wysoki domiar. Do wezwania dołączona była lista wydatków, które można było odjąć od opodatkowanych zarobków. Jedną z pozycji było wykupienie na właśność mieszkania spółdzielczego. Odetchnąłem z ulgą, kilka miesięcy wcześniej wykupiliśmy mieszkanie, to była spora kwota, która sprowadzała moje zarobki do normy.
Był jeden problem - nominalnym właścicielem mieszkania była Sylwia. 

Udałem się na rozmowę do Urzędu Podatkowego. Mój argument był prosty - prowadzimy wspólne gospodarstwo, moje zarobki są wielokrotnie wyższe niż Sylwii. W samej rzeczy w ciągu ostatnich 5 lat Sylwia przebywała głównie na urlopie bezpłatnym z tytułu opieki nad dziećmi i jej zarobki z tego okresu były minimalne. Oczywiste więc jest, że to ja wykupiłem mieszkanie.
Urzędnik roześmiał się - to jak pan dzieli się pieniędzmi ze swoją żoną to nie nasza sprawa. Zarobił pan to trzeba płacić.
Ja jednak nalegałem na rozmowę z kierownikiem działu.  Powtórzyłem mu swoje argumenty. Wysłuchał uważnie i spytał czy mogę udokumentować niewielki dochód Sylwii. Oczywiście, że mogłem - zawsze przychodziłem do urzędów właściwie przygotowany - miałem ze sobą świadectwa zarobków z pracy Sylwii. To był chyba decydujący argument. Domiar został anulowany.

Gdy urzędnik dowiedział się o tej decyzji złapał się ze zgrozą za głowę - nie wiem jakich pan użył argumentów, ale ten kierownik sobie kiedyś biedy napyta.

Opowiedziałem tę historię znajomemu Polakowi, którego żona pracowała wiele lat w australijskim Tax Office. Też złapał się za głowę - no widzisz jaka korupcja była za tej komuny! 
- Jaka korupcja? - oburzyłem się - przecież ja temu kierownikowi nie dałem żadnych pieniędzy ani nie obiecałem żadnych korzyści. Po prostu nie był bezduszny tylko logicznie pomyślał. 
Znajomy nie ustępował: 
- W tym właśnie rzecz -  przepisy nie były przestrzegane. Naginało się je stosownie do logiki lub innych - wiemy jakich - argumentów.

Chyba mial rację. Zasmuciło mnie to. W ciągu długich lat życia w PRL zbudowałem sobie swoisty sposób myślenia. Akceptowałem fakt, że w kraju panuje władza absolutna. W zamian za to oczekiwałem operatywnych decyzji bez czekania co na to powie opozycja, opinia publiczna, parlament. 

Zresztą z moim mieszkaniem była podobna historia. Wspominałem, że mieszkanie dostaliśmy w ramach porozumienia mojego zakładu pracy ze spółdzielnią mieszkaniową. No to w jaki sposób Sylwia była jego nominalną właścicielką?
Znowu nieubłagana logika. Gdy przydzielano mi mieszkanie Warszawa była miastem zamkniętym to znaczy żaden nowy przybysz nie mógł się w Warszawie zameldować. Gdy przyszło do ostatecznego przydziału spółdzielnia zażądała dowodu zameldowania w Warszawie a ja takiego nie posiadałem. Logika przyszła z pomocą - wstawcie tam moją narzeczoną, ona jest zameldowana w Warszawie. Teoretycznie mogliśmy przyspieszyć datę ślubu gdyż małżeństwo dawało prawo do zameldowania, ale uważałem to za, za... jakby to powiedzieć... za korupcję instytucji małżeństwa. Moja praca zgodziła się - tylko jak narzeczona puści pana z wiatrem to drugiego mieszkania już panu nie przyznamy - żartowali.

Jednak raz logika nie zadziałała.
To było kilka lat później gdy często wyjeżdżałem za granicę i mogłem zaoszczędzić nieco dewiz z otrzymywanych na wyjeździe diet. 
Dewizy można było legalnie wymienić na bony dewizowe Pewexu (sklepu, ktory sprzedawał towary za dewizy) albo sprzedać prywatnie czyli nielegalnie. Pośrednią opcją była wymiana w Pewexie na gotówkę po kursie 72zl za dolara amerykańskiego. Prywatnie, dobrym znajomym, sprzedawało się w tym okresie po kursie 80 zł. Nasi dobrzy znajomi dewiz nie potrzebowali więc sprzedawałem w Pewexie.
Któregoś dnia stałem w kolejce do kasy gdy podszedł do mnie jakiś starszy pan i poprosił żebym mu sprzedał dewizy bo potrzebuje na lekarstwa dla dziecka. Zaproponowałem żeby poczekał aż wymienię na bony to wtedy mu je sprzedam. Nieznajomy jednak prosił o dolary, chyba użył argumentu, że lekarstw które potrzebuje nie sprzedają za bony. Uległem. Kasjerka rzuciła mi ostrzegawcze spojrzenie, ale zignorowałem je.

Gdy wyszedłem ze sklepu czekał na mnie cywilnie ubrany milicjant, a nawet dwóch. chyba dobrze, że dwóch bo pierwszym odruchem było - UCIEKAĆ. Obał mnie zimny pot - nie wydadzą mi paszportu. Milicjanci poprosili o dowód, spisali protokół o handlu dewizami i poprosili o podpis.
- Ależ panowie - oponowałem. Przecież dokładnie znacie sytuację - sprzedałem po cenie oferowanej przez Pewex a więc oczywiste jest, że nie robiłem tego dla zysku. Chciałem pomóc człowiekowi w ludzkiej potrzebie. 
- W ludzkiej potrzebie - ironizowali milicjanci. - To zawodowy handlarz dewizami, dlatego chciał gotówkę. Sprzeda je na czarnym rynku.
- Zaraz, skoro panowie wiecie, że to zawodowy handlarz to dlaczego w pierwszym rzędzie jego nie zatrzymacie?

Na to pytanie nie otrzymałem odpowiedzi. Jestem przekonany, że był to podstawiony przez milicję prowokator gdyż po kilku dniach zapukał do naszego mieszkania i proponował mi wspólne napisanie jakiegoś pisma. Skąd znał mój adres? Nie wpuściłem go do środka. 
Po kilku tygodniach dostałem wezwanie do zapłacenia kary. Zapłacić trzeba było w kasie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (a może Sprawiedliwości?). Tam potraktowali mnie jak na to zasługiwałem - handlarz walutą :(

Na szczęście Biuro Paszportów nie dowiedziało się o moich wykroczeniach.

Żeby mój wpis nie był zbyt formalny dodam wspomnienie jeszcze jednej konfrontacji z władzą.

Pod koniec lat 60., ubiegłego wieku oczywiście, wydarzył sie w Warszawie napad na bank, gdzieś przy ulicy Brackiej. Zapamiętałem dobrze o wydarzenie gdyż tego samego wieczoru byłem w raz z kolegami z pracy na śledziku w restauracji na ul. Kredytowej. Zaprowadził nas tam oczywiście pan Tadeusz W, miłośnik dobrego jedzenia. Nie pamiętam nazwy restauracji, pan Tadeusz nazywał ją - "u Żyda".
Następnego dnia dowiedzieliśmy się z gazet o napadzie i skojarzyliśmy sobie zbieżność czasu i miejsca. Gdybyśmy tak wyszli z restauracji trochę później...?
Za kilka dni ukazały się w gazetach pamięciowe portrety włamywaczy. Jeden z nich miał pociąglą twarz, był ostrzyżony na krótkiego jeża, na dodatek ubrany był w kurtkę podobną do mojej, którą dostałem od cioci z Ameryki.
Jednak upłynęło kilka miesięcy zanim dostałem wezwanie na milicję - w charakterze świadka. Żeby było ciekawiej ubrałem tę kurtkę-złodziejkę. Milicjanci przyjrzeli mi się uważnie, poprosili żebym usiadł. Jeden z nich zapytał: co pan robił wieczorem 23 grudnia ubiegłego roku?
Znowu dowcip przeważył nad rozsądkiem - zamiast udać głębokie zamyślenie wyrecytowałem gotową formułkę - byłem na śledziku w restauracji XX w towarzystwie 5 osób z pracy!

Milicjanci pokiwali głowami, coś zapisali i jeden z nich zajrzał do szuflady. Kątem oka zauważyłem, że miał tam zdjęcia i rysopisy rabusiów banku.
- Czy mógłby pan podać nam swój rysopis?
- Proszę bardzo, blondyn, krótko ostrzyżony, pociągła twarz, wysoki, dobrze zbudowany.
- Znaczy szczupły - przerwał jeden z milicjantów.
- Gdzież tam szczupły - zaprotestowałem - chyba sam pan widzi.
- Znaczy krępy? - stwierdził drugi milicjant.
- Też nie. Powiedziałem - dobrze zbudowany.
Milicjanci kręcili z niezadowoleniem głowami - może być albo szczupły albo krępy.
I wyszedłem na wolność.

08:21, pharlap
Link Komentarze (4) »
sobota, 24 października 2015

Lech  Lech

Michal

Rok 1976 zaczął się spokojnie i nie zapowiadały się istotne zmiany.
Michał rozwijał się dobrze - dużo jadł, dużo spał. Jedynym kłopotem była podatność na zaziębienia.

W lutym pojechałem z Anią na wczasy, tradycyjnie do Bierutowic. W domu wczasowym Ania trafiła na doskonałą partnerkę da zabaw - Edytkę, która byla tam pod opieką dziadków. Ulubioną zabawą była inscenizacja Kopciuszka. Ja odgrywałem niezmiennie macochę. Dziewczynki wymieniały się rolą Kopciuszka i prosiły żebym na nie strasznie krzyczał. 

 Ania i Edytka


Nieco gorzej było na zabawie dla dzieci. Tam nikt nie krzyczał, ale w tłumie dzieci obie dziewczynki były bardzo speszone. 

Dziadek

 

 

Mój rozkład zajęć był bardzo napięty. Po śniadaniu 2-godzinny spacer, sanki. Po obiedzie leżakowanie. Potem minimum godzina spaceru. Po kolacji zabawa dzieci i uśpienie Ani. Wreszczie czas dla siebie - spędzałem go często na wczasowych zabawach. Na balu przebierańców wystąpiłem jako dziadek nocnikowyi zasłużenie wygrałem pierwszą nagrodę.

Po powrocie do pracy wszystko mi się pomieszało.
Wspominałem wcześniej, że Pracowni EtobSystem wyrwano zęby - usunięto kierownika - Andrzeja Zienkiewicza. Należało uzbroić się w cierpliwość i czekać jak sprawy sie potoczą. To nawet wpasowywało się dobrze w sytuację rodzinną - więcej czasu dla domu i dzieci.
Nasza sytuacja finansowa była bardzo dobra. Nie mając na co wydać pieniędzy zgromadziliśmy pewne oszczędności. Pewnego razu odwiedziła nas moja znajoma z mężem Hansem - Szwedem. Hans wspomniał o możliwościach dobrego zarobku - samochody Polski Fiat 126 można było kupić za 65,000 zł i sprzedać za 100 tys. Jedyny kłopot to trzeba wpłacić całą kwotę z góry i czekać około 2 lat na dostawę, ale jeśli ktoś ma zapasy gotówki...
Roześmiałem się pod nosem -  skoro tak dobrze zarabiam robiąc to co lubię to dlaczego miałbym się przekwalifikować na handlarza samochodami?
Wydawało mi się to bardzo dowcipne,ale zapomniałem, że akurat nie robiłem wiele tego co lubiłem.

W takim właśnie stanie umysłu przyjąłem propozycję awansu na zastępcę kierownika Pracowni. To było bez sensu, wiedziałem, że dni istnienia Pracowni są policzone, nie miałem żadnej idei co na tej pozycji chciałbym osiągnąć. Może uległem namowom kierownika Pracowni - pana Ł? Może intrygowało mnie czy Partia wyrazi zgodę gdyż to stanowisko podlegało już politycznej kontroli. Najchętniej tłumaczyłem sam sobie, że zrobiłem to pod wpływem telewizyjnego serialu Czterdziestolatek - KLIK. Bardzo nam się ten serial podobał i rozbawił mnie fakt, że główny bohater - inż Karwowski - złamał sobie nogę w czasie gdy ja kurowałem swoją złamaną nogę. Trzeba trafu, że w okresie gdy pan Ł namawiał mnie na kierowniczy awans inżynier Karwowski awansowal na dyrektora. 

Awans łączył się z wymiernymi stratami. Pensję nieco mi podwyższono, ale premia kierownictwa była niższa niż premia naszego zespołu. Poza tym musiałem zrezygnować z pół etatu w WZM. Znacznie gorsze było, że nie miałem wiele do roboty i najchętniej spędzałem czas promując opracowany przy moim udziale system SEZAM. Na moje szczęście po kilku miesiącach, we wrześniu 1976 roku, Pracownię EtobSystem rozwiązano a ja zostałem przekazany do dyspozycji dyrekcji Centrum ETOB. 

Życie rodzinne biegło swoim trybem - wczasy, wyjazd Ani na wakacje z siostrą Sylwii. Bolesna była sprawa mojej Matki. Prawie 3 lata wcześniej oceniła, że nie jest w stanie samodzielnie egzystować i wprowadziła się do nas. Niestety mieszkanie z nami układało się niedobrze. Matkę denerwowało wiele rzeczy i jej stan promieniowl na cały dom. Miała bardzo silną osobowość i często, wracając z pracy, już 200 m od domu mogłem wyczuć, że nie jest dobrze. W domu zastawałem zamknięte drzwi od pokoju Matki i silny zapach papierosów.
Kilka razy Matka wyjechała na dłuższe odwiedziny do swojej siostry Stanisławy. Bardzo brakowało jej towarzystwa życzliwych osób jak pp Bobrowicz w Kielcach. Wreszcie złożyła podanie o przyjęcie do domu rencistów. W lutym 1976 roku przeprowadziła się do domu w okolicy placu Narutowicza. To było blisko do jej sióstr, dość blisko do nas, ale pokoje były małe i miała dwie współlokatorki. Po kilku miesiącach załatwiła sobie przeniesienie do domu rencistów w Białołęce. To było bardzo daleko, ale warunki bytowe były dobre a otoczenie piękne.

 Tymczasem ja, zamiast poddać się życzliwemu mi losowi i czekać co też zaproponują mi w ETOBie, wpakowałem się znowu w niepewne układy. Dostałem propozycję objęcia stanowiska głównego specjalisty w zjednoczeniu przemysłu elektronicznego UNITRA. Propozycja wyglądała ciekawie - na miejscu byli już angielscy konsultanci z firmy ICL, miano zastosować znany mi software dla przemysłu, kilka fabryk należących do zjednoczenia miało już komputery ICL, samo zjednoczenie miało nowoczesny komputer ICL-2903, był zespół młodych entuzjastycznych ludzi. W październiku 1976 roku zgodziłem się.

W praktyce wszystko wyglądało bardzo ponuro. Angielscy konsultanci skarżyli się, że od miesięcy siedzą bezczynnie. Zespół młodych pracowników - to samo. Chyba 4 programistów plus kierowniczka sekcji, która prowadziła z nimi regularne ćwiczenia przy tablicy żeby jakoś zabić czas i nie wyjść zupełnie z wprawy. Do tego jeszcze 3 analityków byznesu, którzy też nie wiedzieli co mają zrobić.
Od dyrekcji wiedziałem, że podstawowym naszym zadaniem jest wdrożyć system zarządzania produkcją w zakładach radarowych. Pierwsza wizyta wypadła fatalnie. W fabryce istniał dział informatyki, który miał ambicję samodzielnie opracować taki system i nie chciał słyszeć o wdrażaniu cudzych pojektów. Nie chciał słyszeć o żadnym rodzaju współpracy. Przypomniała mi się moja sytuacja w Zelmocie, tam też ja miałem pomysły, które uważałem za najlepsze. Ale byłem sam i nie zamierzałem toczyć bojów z resortowym ośrodkiem.
Jedynym jasnym punktem była przyjęta nieco później niż ja pani Ewa Kubacka. Ją też przeraziła bezczynność pracowników. Miała tę przewagę, że znała sporo osób w zjednoczeniu i udało jej się znaleźć jakieś niewielkie systemy do oprogramowania. Moim najpoważniejszym osiągnięceim było wysłanie do domu angielskich konsultantów. Po trzech miesiącach nieudanych wysiłków zacząłen gorączkowo rozglądać się za jakąś inną posadą. Żadne tam kierownictwo - konkretna praca na komputerze.

Szczęście mi znowu dopisało

środa, 21 października 2015

Wiesia  Wiesia

Nikt  się nie martwił, że po skończeniu podstawówki trzeba będzie szukać liceum ogólnokształcącego po całej Warszawie. Budowali dla nas szkołę przy ulicy Smoczej. Pojawiły się już jej mury. Wkrótce maszyny walcowały muranowskie gruzy pod przyszłe boisko. Budynek był większy, niż ten szkoły podstawowej TPD przy Nowolipiu 8. Zaplanowany został według modelu szwedzkiego. Miał być wewnątrz wykończony drewnem, żebyśmy się w nim dobrze czuli. Pani dyrektor Jadwiga Puchalska zamierzała przeprowadzić się na Smoczą razem z nami. Co będzie po Smoczej? Oczywiście studia – ja jeszcze nie wiedziałam kim w przyszłości chciałbym naprawdę być, ale niektóre koleżanki wiedziały. Jedna chciała zostać lekarzem i została, jedna sędzią, po skończeniu prawa i latach pracy dostała nominację od prezydenta. Kolega, który marzył o architekturze ma do dziś swoją pracownię. Kilku kolegów zostało inżynierami, choć jeden nieoczekiwanie po maturze poszedł do seminarium duchownego i został księdzem.

Ostatnia klasa

Ostatnia klasa w szkole podstawowj TPD na Nowolipiu. Autorka siedzi z chustka na szyi i rogalikiem w dłoni.

 Wiedzieliśmy, już jako czternastolatki, że będziemy Warszawie potrzebni. Nie miałam czasu, żeby dalej gryzła mnie złość i narastała we mnie  podejrzliwość. Przez jakiś czas mną szarpało, że dom, szkoła, ba, większość dorosłych, oszukuje mnie i kłamie. Zastanawiałam się dlaczego i doszłam do wniosku, że dla własnego bezpieczeństwa. Ludzie się boją i nie ufają niemądrej gadule. Przypomniałam sobie pouczenia matki Maliny, która mówiła, że czasy nie są łatwe, mówić trzeba nie o wszystkim i rozważnie. Analizowałam, swoje rozmowy z różnymi osobami, nie wypadałam we własnych oczach najlepiej.
Stwierdziłam, że chyba nawet mała Monika,  półtora roku młodsza ode mnie postępuje rozsądniej, milczy i się uśmiecha. O kapitalistycznym kraju z którego przyjechała nie wspomina. A przecież mogłaby zabrać głos, potwierdzić, że we Francji jest źle, że niektórzy są tam obrzydliwie bogaci, a większość przez nich wykorzystywana przymiera z głodu. U nas tego nie ma. U nas nie wyzyskują. Mamy po tyle samo. Nosimy podobne ubrania, nie głodujemy. Głodni uczniowie dostają w szkolnej stołówce za darmo zupę, a jak poproszą kucharek to i drugie danie. Dla niemowląt w ośrodkach zdrowia na Muranowie przygotowane są butelki z pokarmem na cały dzień. Przynosi się z poprzedniego dnia czyste butelki i wymieniają je na pełne, bez żadnych pieniędzy. Nikt nie jest lepszy i gorszy i się nie wyróżnia. Poza tym walczymy o pokój, a taki kapitalista chce wojny, szczególnie ten, który bogaci się na handlu bronią.
W szkole wbijano mi do głowy, że Bóg nie istnieje. Zastanawiałam się nad tym. Na lekcjach religii na Lesznie (przemianowanej na ulicę generała Karola Świerczewskiego) ksiądz z przekonaniem mówił, że Bóg na każdego patrzy z wysokości, więc jest. Każdy może to sprawdzić w swoim sercu. Ale czy mógł odpowiadać nam inaczej? Najlepiej o tym nie rozmyślać usłyszałam podczas spowiedzi w Kościele Świętego Augustyna przy Nowolipkach. Po prostu mam wierzyć. Siedemdziesięciometrowa wieża kościoła Augustyna z czerwonej klinkierowej cegły górowała od lat nad całym Muranowem. Tam była nasza parafia, jednak najczęściej w niedziele chodziliśmy z Dzielnej przez Park Krasiński do Kościoła Garnizonowego przy Długiej (dzisiaj Katedry Polowej Wojska Polskiego N.M.P. Królowej Polski). O wiele bardziej wolałam Garnizonowy od Augustyna. Nie mogłam w kościele na Długiej oderwać oczu od posągu Matki Boskiej z białego marmuru. Ocalała z wojny. Przepiękna.

Trudno było wybaczyć Ojcu, że dopiero śmierć Stalina rozwiązała Mu trochę język. A szkoła? Uczyliśmy się wierszy o Stalinie, deklamowaliśmy ..siedemdziesiąt lat Stalinowskich nad Kremlem powiewa…, śpiewałam na koncertach „Stalin to mądrość i sława, sława…” wśród grzmotu uderzeń w talerze. Teraz mówią o Stalinie prawie głośno i prawie oficjalnie okropne rzeczy. W Polsce…
Dostawałam listy od Niny Gałoczkiny, z Oriechowa Zujewa pod Moskwą, dziewczyny wylosowanej na lekcji rosyjskiego do prowadzenia z nią korespondencji.  
- Dzięki listom poznacie lepiej piękny, rosyjski język – piszcie, zachęcała do utrzymywania kontaktów rusycystka, którą lubiliśmy.
A Nina pisała, że choć Stalin umarł, ona dalej go kocha i że Generalissimus jest dla niej ciągle droższy, niż rodzony ojciec (po latach dowiedziałam się, że był popem i w tym czasie siedział w więzieniu). Dostałam od niej list zalany łzami. Myślałam, że kapały, kiedy pisała i atrament popłynął. Na drugiej kartce włożonej do koperty przepraszała, że od łez po prostu nie mogła się powstrzymać i zapytała, czy ja też, tak jak ona za Stalinem ciągle płaczę? Było dla mnie jasne, że Ninę dalej oszukują. Nie odpisałam, postanowiłam, że poczekam, co do mnie napisze za miesiąc, dwa.
Ale co tam Nina Gałoczkina i jej Stalin! Wygrałam konkurs przystosowując tekst opowiadania „Timur i jego drużyna” do inscenizacji. Bardzo chciałam wygrać i  przygotować przedstawienie na koniec siódmej klasy, niestety kółko dramatyczne w szkole nie powstało. Nie zapytałam nikogo, na jakim froncie w 1939 r. przebywali ojcowie rodzin, którym niewidzialna ręka drużyny Timura, pomagała w codziennych obowiązkach. Odgoniłam czarne myśli. Nagroda za pierwsze miejsce okazała się dziwaczna. Otrzymałam gipsowe popiersie Feliksa Dzierżyńskiego średniej wielkości. Może mieli dwa w szkolnym magazynie i zbywało? Nie doniosłam go do domu, ponieważ z koleżankami ciągnęłyśmy je na pasku po ulicy z Nowolipia na Dzielną i po drodze się rozleciało.

Znów mnie w szkole pytano kim w chciałabym kiedyś być? Kluczyłam. Czy rzeczywiście nauczycielką? Może będę spadochroniarką – pomyślałam i powiedziałam dodając, że tak naprawdę jeszcze się nie zdecydowałam. Pomysł wziął się stąd, że chciałyśmy zapisać się z Maliną na kurs spadochronowy, ale brakowało nam lat, trzeba było mieć szesnaście. Poczekamy, czułyśmy obie, że świat do nas należy. Poszłyśmy zobaczyć jak wygląda nauka skoków z metalowej wieży stojącej nad Wisłą. Tylko spojrzałam i miałam dosyć. Zupełnie zapomniałam, że mam lęk przestrzeni. Jak mnie jeszcze raz zapytają o wybór zawodu odpowiem, że zamierzam studiować astronomię, nie w Warszawie lecz w Toruniu, w którym nigdy nie byłam i nikogo z tego miasta nie znałam. Poza podziwianym Kopernikiem, który setki lat wcześniej uznał, że niebo, w  które się wpatrywał ogarnia wszystko co jest piękne, jednak nie ono się kręci, ale nasza ziemia.
 
 Zapamiętałam jedną z końcowych lekcji biologii w szkole na Nowolipiu. Miałam omówić budowę oka. Trzymałam szklany model najdelikatniej, jak tylko mogłam. Od dawna mi się podobał. Miałam go w końcu w swoich rękach, nagle stało się coś strasznego, oko wyślizgnęło mi się, spadło na podłogę i stłukło. Straciłam dech, wydawało mi się, że zasłużyłam co najmniej na wyrzucenie przez otwarte okno, tymczasem nauczycielka nawet mnie nie skrzyczała. Mało tego, kiedy usiadłam w ławce kompletnie załamana powiedziała, że stawia mi bardzo dobry. Tego nie można zapomnieć!
 Czuliśmy się na Muranowie pewnie i u siebie. Gruz cały czas usuwano, wystawały z niego pogięte widelce łyżki, metalowe kubki, kości, a nas nie w ogóle nie interesowało czyje to łyżki i  kości, kto kiedyś tutaj mieszkał. U mnie w domu nie słyszałam o tym ani słowa, w szkole też. Wydawało się, że zostaliśmy wrzuceni na jakąś zgruzowaną ziemię niczyją, której przeszłość nie istniała. Jakbyśmy to my, ze szkoły na Nowolipiu i nasi rodzice przybyli tu pierwsi. Byliśmy zajęci własnym życiem. Na Smoczej przed wojną tłoczyły się sklepiki, wśród  nich falował tłum. Kiedy budowano dla nas szkołę ulica była cicha i pusta. Na Dzielnej, z której do szkoły na Nowolipiu miałam dziesięć minut po kładkach z desek nad gruzami piętnaście lat temu stał dom przy domu. Gruzy powalonej Dzielnej, Smoczej, Nowolipia i innych muranowskich ulic wywożono m. in. na Ochotę. Usypana została z nich Górka Szczęśliwicka. Widzę ją przez okno. Muranów za mną chodzi.

P.S. Od Lecha. A czy Autorka wpisu pamięta, że w Kielcach była wieża spadochronowa? Tuż obok stadionu...

Wieza

Źródło - Gazeta Wyborcza - cały artykuł tutaj - KLIK.

Uwaga: gdy kliknąłem w link do tego artykułu yświetlił się tylko pierwszy paragraf poczym pokazała się informacja - wykorzystałeś już limit płatnego internetu...
Jednak gdy kliknąłem w powyższy KLIK wyświetlił się cały artykuł. Nie wiem co przytrafi się czytalnikom. Prywatnie dodam, że jestem zwolennikiem płatnego internetu - bez reklam.
 

Tagi: Wiesia
10:24, pharlap
Link Komentarze (2) »
niedziela, 18 października 2015

Lech  Lech

Na pożegnanie ze szpitalem napisałem poniższy wierszyk, który przekazałem ordynatorowi ortopedii - dr Nowickiemu. Tutaj dodałem kilka klików do moich obserwacji o charakterze medycznym, folklorystycznym i socjologicznym. 

Roi się na Kasprowym ceprów czereda,
ten jeździ jak Stenmark, tamten jak Bachleda.
Za to na dole jęczą ola-boga,

co który zjedzie, to złamana noga.

A potem z GOPRem epopeja mała,
wreszcie szpital, tu czeka już doktor Mrugała
i mruczy każdemu jak kapłan przed zgonem:
fractura spiralis cum dislocationem...  KLIK.

A potem pchają cię prosto na salę,
a tam po połowie - cepry i górale.
Wszystkie cepry złamane mają nogi prawe,
góralskie przypadki są bardziej ciekawe:

Temu palce przycięło kiedy w pociąg wsiadał,
ten młotkiem po głowie dostał od sąsiada,
tamtego koledzy kopnęli gdzieś z boku,
ów po imieninach wleciał do potoku...  KLIK

Lecz góral czy ceper, choć nie wiem jak ostry,
zaraz zmięknie w opiekę gdy wezmą go siostry.
One ze snu cię zbudzą już przed słońca wschodem,
i łóżko ci pościelą i przyniosą wodę.

A kiedy ci się z wdzięczności serce topi jak z wosku
to nagle cię zrugają niczym kapral w wojsku. 
A zastrzyki to robią z tak wielką ochotą,
że co drugi ma d... w dziurach jak rzeszoto...

Z operacji pamiętam przez narkozy męty
tylko doktor Trzebuni oczy jak diamenty.
Poczym czas mija szybko bowiem każda chwila
przybliża człowiekowi powrót do cywila... KLIK.

Za opiekę i troskę dziękuję wam ślicznie,
pobyt tutaj wspominać będę sympatycznie
no a przyszłego roku znów wrócę na deski,
ale nic sobie nie złamię - jakem Lech Milewski!  KLIK.

Tagi: szpital
10:54, pharlap
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 października 2015

 Tadeusz
Musiałem w urzędowy sposób zdobyć papiery mistrzowskie artysty plastyka. 
Praca dyplomowa w mojej uczelni miała postać złożoną. Składała się z czterech niezależnych członów. Dwa przedmioty czysto zawodowe, zgodne ze specjalizacją, to zestawy projektów drukowanych tkanin odzieżowych i tkanin dekoracyjnych. Każdemu zestawowi towarzyszyła jedna realizacja czyli wydrukowana tkanina. Zestaw projektów sukienkowych potraktowałem czysto rutynowo - parę z kwiatami, parę z fakturami, trochę wzorów tureckich z pieprzami i owocami granatu - te klasyczne lubiłem najbardziej. Po konsultacjach jeden wzór z kilkudziesięciu został przez prof. Teresę Tyszkiewicz wybrany do realizacji. Zakład pracy poszedł mi na rękę i tkaninę wydrukował. Mgliście pamiętam, że to było coś z drobnymi kwiatkami w gamie pomarańczowej. Nie miałem serca do tej części dyplomu i zapewne dlatego uciekła z mojej pamięci. 
Tkanina dekoracyjna czyli mówiąc potocznie po prostu na zasłony do okien cieszyła się moim większym zainteresowaniem. Wybrałem sobie jako temat wiodący wzornictwo koptyjskie. Tkaniny koptyjskie to piękny rozdział w historii tkaniny. Przetworzenie tych zabytkowych, ręcznie tkanych wzorów z  wczesnego  średniowiecza na technikę filmdruku to była degradacja,  przerabianie dzieła sztuki na współczesną tandetę. Ale współczesność cała jest tandetna. Wybrany do realizacji projekt przedstawiłem na komisji weryfikującej zjednoczenia. Został przyjęty jako dopuszczony do puli oferty Zjednoczenia Przemysłu Lniarskiego. Już bez żadnej łaski i przychylności został wydrukowany w moim zakładzie pracy. Mam dzięki temu jego zdjęcie. Oczywiście bez kolorów, a były one gamą brązów, żółcieni i oranżów. 
Głównym zestawem prac było malarstwo. W pracy nad tą częścią dyplomu miałem trzy utrudniające aspekty. 
Pierwszy był czysto techniczny. Jeżdżenie na korekty z Walimia do Łodzi determinowało poręczny w autobusie, pociągu i podczas przesiadek format i ciężar. Porównując do muzyki przesiadłem się z form symfonicznych na kameralistykę. Takie podejście powodowało zwiększanie uwagi na intelektualną zawartość, ostrzejszą kontrolę przekazu, nacisk na wiedzę, a nie emocje. Moje prace były bardzo zimne, oschłe, pokazywały co wiem o malowanym przedmiocie, przemyślane oceny, a nie moje uczucia. A wszystko wedle nauczonych zasad kompozycji - logicznych, obiektywnych, naukowych. Zachowało mi się zdjęcie pracy z tego zestawu. Kolorystyka zredukowana do minimum. Techniczne wymiarowanie elementów. Niemal matematyczne tworzenie przeciwieństw, kontrastów, dopełnień. Portret J. S. Bacha to wręcz przykładowa wizja muzyki pozbawionej emocji, a wypełnionej idealną formalną prawidłowością. To była bardzo wybiórcza, okrojona wersja opisania osobowości Bacha. Obrazek - format ca 30 x 40 - jest już po dyplomie sygnowany bo zawiozłem go w prezencie do przyjaciół w Moskwie. 
Drugim utrudnieniem nad tworzeniem obrazów było moje odczuwanie atmosfery dekadencji malarstwa światowego, w konsekwencji także we mnie nie było koncepcji kreacji czegoś istotnie nowego, kroku naprzód. Byłem przekonany, że modne trendy w świecie typu  op-artu, malarstwa gestu czy różne land-arty wydawały mi się konwulsjami umierającego procesu rozwoju sztuki rozpoczętego kilkanaście tysięcy lat wcześniej. Czysto subiektywnie odczuwałem smutek, że uczestniczę w tym grzebaniu pięknego procesu od neolitu do pierwszej połowy XX wieku. Dziś sądzę, że moje obawy potwierdziły się. Sztuki plastyczne poszły dwoma nurtami - działalność pogrobowców mniej lub bardziej naiwnego realizmu i nonszalanckie sugerowanie egzystencjalnej głębi przez pokazanie banalnych zdarzeń bądź też przez szokowanie odbiorcy drastycznym komunikatem. Mętne intencje twórców utożsamiane są z wartościami artystycznymi - po prostu koszmar!
Po latach, gdy już pracowałem w dziennikarstwie, nowe sztuki plastyczne nazwałem egomanieryzmem. Przy takiej postawie praca nad dziełami malarskimi była trudna, żaru artystycznego mocno brakowało. 
Trzecie utrudnienie pracy twórczej wynikało z mojego nazbyt teoretycznego podejścia do sztuk wizualnych. A spowodował to czwarty składnik pracy dyplomowej - praca z historii sztuki. W lecie 1965 przeczytałem w miesięczniku "Problemy"  artykuł prof. Henryka Greniewskiego pt. Język czy kod (gdy Lech wspomniał to nazwisko pomyślałem, że to ten sam tylko imię mi się pomyliło - ale to jednak inny Greniewski KLIK ). W artykule klarownie opisane cechy kodu - typowego narzędzia stosowanego przez cybernetykę KLIK 
Moje wyobrażenie ideałów piękna opisałem parę miesięcy temu  KLIK .
BB miałem przy sobie, o swoje upomniał się Pitagoras. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 12 października 2015

Lech  Lech

Po powrocie z Anglii z entuzjazmem zabrałem sie do pracy, ale wkrótce na horyzoncie pokazały sie ciemne chmury. Nasz szef, pan Andrzej Zienkiewicz, poinformował nas, że system WEKTOR rezygnuje z naszych usług. 
Wyjaśnienie było dość oczywiste - przesyłane przez nas informacje były coraz gorsze. Zadania nie były wykonywane w terminie, zamówione urządzenia nie były uruchomione, mało tego, nie były nawet właściwie magazynowane.
Pan Andrzej był jednak optymistą: dopiero teraz nasz system jest przydatny. Przecież im wcześniej kierownictwo wie o nadchodzącym kryzysie tym lepiej może przeciwdziałać. Ma większą władzę. To nie są głupi ludzie, wkrótce ktoś pójdzie po rozum do głowy. W każdym razie my będziemy im wysyłali nadal nasze raporty. Za darmo, stać nas na to, sytuacja finansowa pracowni jest bardzo dobra.
Zupełnie inaczej widział tę sprawę Andrzej Targowski - jedna z najbardziej znaczących osób w polskiej informatyce - KLIK.
Tutaj link do jego wspomnień o systemie WEKTOR - KLIK. W zlinkowanycm wspomnieniu pisze: "System WEKTOR uwypuklił dobitnie, że systemy informatyczne w skali krajowej — to więcej niż systemy informatyczne: dobrze zaprojektowane stają się systemami władzy. System WEKTOR został zaprojektowany jako system kontrolujący m. in. resort budownictwa. W związku z tym, momentalnie minister tego resortu Karkoszka, były I sekretarz KW PZPR w Gdańsku, uruchomił swój układ partyjnych sojuszników, aby system WEKTOR nie wszedł do użytku, bowiem chciał uniknąć kontroli swojej działalności.".

Na Boże Narodzenie pojechaliśmy w trójkę do Bierutowic. Zapowiadało się pięknie, ale po kilku dniach Ania dostała bardzo silnego przeziębienia. Wysoka gorączka, na krótki czas straciła przytomność. Na szczęście trafiliśmy na bardzo dobrego doktora i wyzdrowiała.

W lutym znowu na śnieg. Tym razem na Bukowinę. Ja z Anią i siostrzenicą Sylwii - Kasią. Znowu nieudany wyjazd. Wielka odwilż, cały śnieg stopniał, Bukowina tonęła w błocie. Nasza prywatna kwatera też nie była najlepsza - gdy wygasł żeliwny piecyk w pokoju robiło się niezwykle zimno. Całą noc hałasowały myszy. Rada gospodarzy - na noc trzeba sobie zasłonić uszy żeby mysz się w nie nie wkręciła. Skutkowało - nikomu mysz się nie wkręciła, ale nie wystarczyło żeby stłumić hałasy.
Nie można było jeździć na nartach. Spacery w błocie nie były żadną atrakcją. W pobliżu nie było żadnych dzieci. Dziewczynki się nudziły. 

W pracy dowiedzieliśmy się, że ludzie z Komisji Planowania udzielili nam upomnienia za dostarczanie niezamówionych raportów (dla systemu WEKTOR). Pan Andrzej tłumaczył wszystko pozytywnie - dobrze, że jest jakaś akcja, znaczy zauważają, wkrótce zrozumieją, że to dla nich korzystne.
Optymizm nie trwał długo. Któregoś poranka zastaliśmy na korytarzu milicjantów. Dwa pokoje, w których pracował zespół obsługujący WEKTOR były zapieczętowane. Pan Andrzej nie pojawiał się w pracy.  
Sprawa wyjaśniła się chyba za dwa dni. Okazało się, że milicja zrobiła rewizję pokojów naszej praconi i w dwóch znaleźli wiele tajnych dokumentów niewłaściwie zabezpieczonych. One nie były wcale zabezpieczone, to był skutek uboczny skierowania uwagi rządu na potrzeby ludzi. Pan Andrzej robił wiele starań zeby znaleźć dla pracowni osobny lokal, żeby zakupić odpowiednie szafy, ale to nie było możliwe. Administracja lokali dostała polecenie żeby nie przyznawac instytucjom lokali nadających się na mieszkania. Sklepy meblowe dostały polecenie żeby nie sprzedawać instytucjom mebli. To tłumaczy dlaczego nasza pracownia miała nadmiar gotówki - bo nie mogła niczego kupić. Na marginesie dodam, że sklepy spożywcze dostały polecenie żeby zamówienia instytucji załatwiać na końcu. O tym ostatnim dowiedziałem się w przedszkolu Ani gdzie tłumaczono rodzicom trudności w przyrządzeniu dzieciom posiłków. 
Pan Andrzej pojawił się w pracy, ale na krótko. Został służbowo przeniesiony do Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego. Kierownictwo Etobsystemu przejął inż. W.

W zlinkowanej powyżej publikacji Andrzeja Targowskiego nie ma wzmianki o EtobSystemie, jest za to wspomniane Centrum ETOB i nazwiska naszych konsultantów organizujących zbieranie danych w terenie. Formalnie jest to  poprawne - nasza Pracownia była wprawdzie na własnym rozrachunku, ale nie maiła pełnej osobowości prawnej, działu kadr itp. 

Pod koniec kwietnia nasz zespół dostał zaproszenie na konferencję na temat baz danych w Nowym Sączu. Bohaterem imprezy był system bazy danych Rodan - KLIK projektowany przez zespół pod kierownictwem Witolda Staniszkisa. Kolejny inteligentny, dobrze wykształcony, energiczny człowiek.

Mnie poproszono o krótką prezentację SEZAMu. Po prezentacji nie czekaliśmy na zakończenie obrad, pospieszyliśmy do Zakopanego. Następnego dnia był 1 maja, dzień wolny a tu masa śniegu. My to oczywiście trzon zespołu SEZAM - ja, Andrzej M. i Janek R. Zjeżdżaliśmy  z Kasprowego na Halę Gąsiennicową. Kolejka do wyciągu nie była zbyt długa, słoneczny dzień, puszysty śnieg - rozkosz.
Ooops - śnieg tylko wyglądał na puszysty. Był świeżutki, bielutki, ale bardzo mokry i przy dotknięciu kleił się w gęstą masę. Osobiście tego doświadczyłem. Na samym końcu zjazdu chciałem efektownie skręcić w głębokim śniegu, śmignąć chmurą białego puchu. Nie śmignąłem. Leżałem w stercie śniegu i wydawało mi się, że moja prawa stopa jest uwięziona w jakichś kleszczach.
- Czy to pan krzyknął? - zapytał przejeżdżający w pobliżu narciarz.
- Krzyknął? Nie słyszałem żeby ktoś krzyczał.
- Czy z panem wszystko w porządku? Moze pan wstać? - dopytywał się narciarz.
- Oczywiście, że w porządku. Zaraz wstanę... tylko jeszcze chwilkę odpocznę. 
Za chwile podjechali do mnie Andrzej i Janek.
- Wszystko w porządku - odpowiedziałem na ich pytania -  tylko w bucie coś mnie okropnie gniecie.
Buta nie potrafiliśmy zdjąć, trzeba było wołać GOPR. Dwóch ratowników poradziło sobie z butem, ale nie mieli wątpliwości - złamana noga. O kuracji złamanej nogi napiszę w osobnym wpisie gdyż zrobiła się z tego niezależna opowieść.
Przy okazji trzeba było wyjawić kolegom rodzinny sekret. Janek i Andrzej odwiedzili mnie w szpitalu i oczywiście powiedzieli, że wieczorem zawiadomią Sylwię.
- Nie, nie róbcie tego - prosiłem - po co ma sie martwić.
- Ale przecież i tak się dowie. Zresztą ty nie wrócisz z nami do Warszawy. Trzeba ją powiadomić jak najszybciej.
- Ale, ale... - machnąłem ręka z rezygnacją - ale ona jest w ciąży, tylko się zdenerwuje. 

Do domu wróciłem dopiero pod koniec maja. Sylwia energicznie wzięła się za moją kurację za pomocą diety. Kuracja przyniosła dobre efekty. Pod koniec czerwca zdjęto gips i sprawdzono stan złamania. Zrosło się tak dobrze, że nie trzeba było już zakładać gipsu. Standardem było zakładanie krótkiego gipsu na dodatkowe 3 tygodnie. 
Jednak przez następne 2 miesiące musiałem poruszać się o kulach . Sylwia znowu źle znosiła ciążę - co zrobić z Anią na lato. Na 2 tygodnie wzięła ją siostra Sylwii, na następne dwa wysłaliśmy ją na prywatne kolonie w okolicach Warszawy. Kolonie okazały się bardzo kiepsko zorganizowane. Na szczęście udało nam się załatwić wczasy rodzinne w Ryni nad Zalewem Zegrzyńskim - to były dwa tygodnie doskonałej pogody i miłego wypoczynku.

We wrześniu wróciłem do pracy. Mieliśmy trochę zadań, ale wiadomo było, że EtobSystem niedługo zakończy swój żywot.

Ja miałem jednak ważniejsze sprawy na głowie - 30 paździenika urodził się Michał. Ania przyjęła urodziny brata entuzjastycznie. A więc może koło fortuny zaczęło się kręcić we właściwą stronę?

Michal 

Pewnym urozmaiceniem w pracy było prywatne zlecenie z Mennicy Państwowej, która znajdowała się bardzo blisko ETOBu. Moim zadaniem było opracowanie systemu komputeryzacji gospodarki materiałowej. Pewnym rozczarowaniem było, że system nie obejmował metali szlachetnych, te miały osobny system rozliczeń pod kontrolą władz zwierzchnich.
W Mennicy poczułem powiew Zachodu - dobra organizacji, dobre wyposażenie biurowe, maszyny liczące Olivetti w księgowości. Bardzo sympatyczny dyrektor, pan Biernacki. Miejscem mojej pracy był Dział Gospodarki Materiałowej, praca szła dobrze i szybko, bardzo rzeczowi ludzie. Za wyjątkiem jednego - bardzo niepozorny pan o smutnych oczach, zauważyłem, że uważnie przysłuchuje się naszym rozmowom. Któregoś dnia zagadnął mnie:
- Na jakim lomputerze będziecie przetwarzać nasz system?
- ODRA- 1300, nowoczesny polski komputer.
- A czy są takie komputery.. Honeywell? - Jego wiedza zaskoczyła mnie.
- Są, to bardzo dobre komputery (znałem je z pobytu w Anglii w 1964 roku), ale w Polsce ich nie ma.
- Są, są -  zaprzeczył pan R. ze smutnym uśmiechem.
Ta informacja zbulwersowała mnie. Praca na zachodnim komputerze to było marzenie każdego informatyka sledziłem więc dokładnie co też dzieje się w innych instytucjach. Po powrocie do pracy natychmiast pobiegłem do mojego poprzedniago szefa pana K. Husarskiego -
- Szefie, czy ktoś w Polsce ma Honeywella??
- Oczywiście, że nie, przecież pan śledzi te sprawy lepiej niż ja. A skąd to przyszło panu do głowy?
- Jeden facet w Mennicy, szeregowy pracownik, powiedział, że ktoś ma. 
Następnego dnia pan Husarski czekał na mnie od rana...
- Kto panu to powiedział?
- No mówiłem, szeregowy pracownik, nikt.
- Panie, Honeywella ma Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. To zupełna tajemnica. Ten pana  "szeregowy pracownik" musi mieć dobre wtyczki w Bezpiece. 
Popędziłem do dyrektora Biernackiego..
- Panie dyrektorze ten pan R??
- Tak?
- On jest taki trochę dziwny...
- Pan Różański? - drektor zrobił znacząca przerwę - tak to TEN - KLIK. (przepraszam, że aż dotąd posługiwałem się inicjałem, ale chciałem czytelników zaskoczyć).
Polecam lekturę artykułu w wikipedii, leniwym wyjaśnię, że było to pan  bardzo zaangażowany w stosowanie tortur w stalinowsko-bierutowskim aparacie bezpieczeństwa. Po przewrocie 1956 roku został skazany na więzienie, ale dość szybko ułaskawiony.
Siedzieliśmy z dyrektorem chwilę w milczeniu.
- Tak - przerwał milczenie dyrektor - odsiedział wyrok, przyznano nu emeryturę, ale nie mógł wytrzymać bezczynności i prosił o jakąś pracę więc przysłali go do nas. Tu ma zapewnione bezpieczeństwo.
On tylko markuje pracę, nie przydziela mu się żadnych poważnych zadań, ale raz okazał się użyteczny - ciągnął dyrektor - My współpracujemy blisko z mennicą w Wiedniu. Kiedyś przysłali mi zaproszenie na jakąś uroczystość. Zaproszenie zostało przetrzymane w Ministerstwie Finansów i nie było wystarczająco dużo czasu żeby wydali mi paszport. Pan R. usłyszał jak skarżyłem się na to sekretarce, bo on potrafi tak jakoś bezszelestnie wszędzie się wślizgnąć. Spytał czy może wejść do mnie do gabinetu. Zgodziłem się.
- Panie dyrektorze, czy ja mogę prosić o przepustkę na wyjście poza zakład?
- Ale dlaczego mnie? To może wydać pana kierownik.
- Panie dyrektorze, bardzo proszę, to tylko na 5 minut, do budki telefonicznej.
- Ale przecież może pan zadzwonić z pracy...
- Panie dyrektorze... - wypisałem mu przepustkę. Za trzy godziny sekretarka dostała telefon, że może odebrać mój paszport.

System gospodarki materiałowej został wykonany zgodnie z planem. Dodatkową nagrodą dla mnie był medal wykonany przez Mennicę na zlecenie Polskiej Akademii Nauk.

Medal PAN

P.S. Wikipedia wspomina o pracy J. Różańskiego w Mennicy, ale podaje, że w 1969 roku przeszedł na emeryturę. Nie dałbym sobie uciąć ręki za to, że opisywana scena miała miejsce w 1975 roku, ale na pewno nie wcześniej niż druga połowa 1973 roku.

sobota, 10 października 2015

Lech  Lech

Na początku sierpnia 1974 wylądowałem w Londynie.

Lotnisko Heathrow, ruch, gwar, mieszanka ras. To robiło duże wrażenie. Natomiast śródmieście Londynu w gorące, sierpniowe popołudnie, wydawało się jakby uśpione. Tylko na dworcach pełna czujność - to był rok licznych akcji terrorystycznych Irlandzkiej Armii Republikańskiej (IRA)
Nie pamiętam jaka to rządowa instytucja przyznała mi stypendium. W ich siedzibie atmosfera tez była raczej senna. Bardzo rzeczowa pani udzieliła mi podstawowych instrukcji. Moje stypendium pokrywa koszt szkoleń, noclegów i dojazdu na szkolenia. Prócz tego będę otrzymywał kieszonkowe 5 funtów dziennie, 8.5 funta za dni spędzone w podróży.  Na dzisiejszą noc mam załatwiony hotel w pobliżu. Jutro mam pojechać do Birmingham, tam tez mam załatwioną jedną noc w hotelu. Kolejnego dnia rano mam się wyprowadzic z hotelu i stawić w ośrodku szkoleniownym. Oni zajmą się resztą spraw.

W banku pobrałem gotówkę i udałem się do hotelu. Nazywał się chyba Janeczek i był prowadzony przez starsze polskie małżeństwo. Hotelowi nadali imię swojego syna.
Wolny wieczór spędziłem w teatrze, na słynnym od kilku lat musicalu Hair - KLIK. Tym razem był to spory zawód. Dopiero film w reżyserii Milosa Formana w pełni to zrekompensował. Należy tu uwzględnić upływ czasu. Musical powstał w 1968 roku gdy wysiłek militarny USA w Wietnamie sięgał szczytu. Zabawy hippisów nie były traktowane poważnie. Film powstał w 1979 roku gdy wojna została już przez USA przegrana (1975). W wielu krajach trwała pamięć młodzieżowych protestów przeciwko wojnie. Podany link to scena z filmu możliwa do wyobrażenia sobie dopiero po przegraniu wojny - kolumna żołnierzy maszerująca do samolotu i jej transformacja w groby na cmentarzu Arlington - podkład muzyczny - Let's the sun shine. Na rosyjski to się tłumaczy - Pust wsiegda budiet sołnce - KLIK. Mnie pociesza fakt, że żołnierz o polskim nazwisku nie zdążył na samolot. Czy ktoś potrafi rozpoznać jego nazwisko?

W Birmingham opiekę nade mną sprawowała firma szkoleniowa prowadzona chyba przez Johna Kenny. Jeszcze w Polsce miałem z nim kontakt i współnie opracowaliśmy program szkolenia.
Prawdę mówiąc to tak długie szkolenie nie było mi potrzebne. Jako samouk miałem spore luki w wiedzy a jednocześnie w niektórych dziedzinach miałem bardzo duże praktyczne doświadczenie. Z pewnym smutkiem patrzyłem na inne osoby, które były pod opieką firmy. W większości byli to obywatele dawnych brytyjskich kolonii, których pracodawcy wytypowali na przekwalifikowanie się na informatyków. Zaczynali od początku w usystematyzowany sposób.
W Polsce wyjazdy na Zachód były tak atrakcyjne, że aby się na nie zakwalifikować trzeba było najpierw wykazać się osiągnięciami, które często przewyższały poziom zagranicznych szkoleń. Tak było z moim wyjazdem do Norwegii, tak było teraz, tak będzie jeszcze conajmniej raz.

Firma Johna zajmowała się głównie organizacją szkoleń. Miałem w programie szkolenia w kilku firmach. W biurze Johna spędziłem trochę czasu na wysłuchaniu specjalistycznych wykładów i chyba na dwóch szkolenich.

Kwang Yeow Tan

Na koniec pierwszego dnia zajęć John poprosił dwóch studentów żeby pojechali ze mna do mojej kwatery w Birmingham. Był to hostel prowadzony przez jakąś organizację religijną. Znajdował się w dzielnicy Edgbaston. 
Moimi przewodnikami byli studenci z Singapuru, panowie Tan i Too. Gdy wspomniałem o tym w liście kolegow w pracy przechrzcili ich na Tu i Tam.
Na zdjęciu Kwang Yeow Tam, który odnalazł mnie dwa lata temu na facebooku.
Yeow był chyba najbliższa mi osoba w Birmingham. Towrzyszuyl mi nawet raz czy dwa na koncertach w filharmonii. 

Z innych wydarzeń kulturalnych pamiętam dwa filmy The Exorcist and Rosemary's baby. Na pierwszym zrobiło mi się słabo, drugi bardzo mnie przestraszył.
Odkryciem literackim była książka 1984. W Anglii nie miałem okazji jej przeczytać, dowiedziałem się o niej z artykułu podsumowującego sytację na 10 lat przed prorokowanymi wydarzeniami. Podsumowanie było bardzo uczciwe, wolny świat nie ustępował wiele ustrojom totalitarnym w manipulowaniu ludźmi.

W hostelu mieszkało ponad 100 osób, większość to studenci z różnych krańców brytyjskiego imperium. Bardzo widoczna była grupka z Ghany i Nigerii. Przy pierwszym spotkaniu zapytali mnie czy czytałem książkę Chata wuja Toma. Oczywiście, że czytałem - jakie wzruszające. Rzucili sobie znaczące spojrzenia i wytłumaczyli mi, że ta książka wyrządziła wiele szkody ruchom walczącym o wolność dla krajów afrykańskich. Wuj Tom cierpi w milczeniu, wszyscy mają łzy w oczach i dziękują Bogu, że w niebie wynagrodzi ludziom wszelkie cierpienia.

Głównym miejscem spotkań była oczywiście kuchnia. Ze wstydem wyznaję, że w gotowaniu byłem wtedy bardzo słaby i nie miałem chęci się nauczyć a okazja była doskonała. Wydaje mi się, że jadłem gorące posiłki na lunch w taniej restauracji a w hostelu ograniczałem się do kanapek lub jakiejś gotowej potrawy, któa należało tylko podgrzać.
Wydarzeniem był lunch w chińskiej restauracji, do której zaprowadzili mnie panowie Tam i Tu. Kelnerki rozwoziły po sali niewielkie dania gotowane głównie na parze. Bardzo smaczne. Dopiero w Australii zorientowałem się, że to nazywa się yum-cha...

yum-cha

Z kursów wyjazdowych najbardziej pamiętne były kursy ICL prowadzone w ośrodku w okolicach Windsoru. Ogromna posesja byłej szkoły prowadzonej przez Jezuitów. Na środku pomnik św Stanisława Kostki - KLIK.

Gdy o jedzeniu mowa to wspomnę, że któregoś dnia, w wielkiej tajemnicy, pan Too poczęstował mnie otrzymanym z domu psim mięsem. Oczywiście było przesłane w mylącym celników opakowaniu. Pan Too ostrzegł mnie, że powoduje ono gwałtowny przypływ energii i dlatego nie należy spożywać go przed snem. Odkroił dla mnie kawałek suszonego mięsa. Było okropnie twarde, musiałem je dość długo żuć.  Miało słodki smak, nie przypominam sobie żeby przybyło mi energii.

Kilka weekendów spędziłem w Londynie. Odwiedziłem oczywiście wujka Ryśka i Joyce. Ich syn Stefan ożenił się z Lynne i właśnie urodził się im syn - Carl. Sprawy dziecięce były dla mnie istotne. sporo czasu spędziłem w sklepach sieci Mothercare kupując ubranka dla Ani.

Pamiętna była dla mnie grę sytuacyjną - kierowanie projektem informatycznym. Szczęśliwie moim partnerem był Kwang Yeow Tan. W grze uczestniczyło kilka zespołów. Każdy zespół dostał informację o składzie zespołu roboczego i zadaniach do wykonania. Należało przydzielić zadania na nadchodzący tydzień. Wtedy dostawaliśmy informację o przypadkach jakie się wydarzyły - ktoś się rozchorował, nastąpiła zmiana jakiegoś fragmentu projektu, itp. Trzeba było to uwzględnić planując zadania na następny tydzień. Zauważylismy, że jeden z członków zespołu regularnie nie przychodzi do pracy w poniedziałki. A więc to nie tylko polski zwyczaj. Co z tym zrobić? Udzielić nagany? Wyrzucić z zespołu? Yeow zaproponował proste rozwiązanie - nie przydzielać mu na poniedziałek żadnych zadań. Minęło kilka tygodni zanim prowadzący grę zorientował się co jest grane i dostaliśmy informację o proteście załogi. Z tym też sobie jakoś taktownie poradziiśmy. Wydaje mi się, że w ostatecznym rozrachunku wykonaliśmy projekt najmniejszym kosztem a jeśli chodzi o termin wykonania to zajęliśmy drugie miejsce.
Okazało się, że problemy ludzkie powodowały najwięcej kłopotów. Projekt prowadzony przez zespół z Iranu w ogóle nie został zakończony ze względu na strajki i protesty pracowników.

Muszę stwierdzić, że mimo lektury książki R. Townsenda i pracy pod kierownictwem pana Andrzeja Z. nie wykazywałem zrozumienia problemów pracowniczych. Częścią gry było przeprowadzenie iinterview z kandydatem do pracy. Wczułem się w sytuację bezwzględnego kapitalisty, który chce wykorzystać pracownika i przepytywalem kandydata bardzo agresywnie. Prowadzący zajęcia był zaskoczony
- Lech, przecież tego nikt nie zniesie, kandydat demonstracyjnie wyjdzie z inrterview, może jeszcze ci naubliża. Zdumialem się - wyjdzie z interview? No to co, rąk do pracy nie brakuje.
- To u was tak jest? - dziwił się instruktor.
- Nie u nas, u nas każdy ma pracę zapewniona. Tak jest u was!
Koledzy z Ghany i Nigerii potakiwali. 

Pobyt kończył się na początku listopada. Przed powrotem do Polski miałem obowiązek złożyć w polskim konsulacie sprawozdanie z pobytu. Dopiero przed drzwiamu zorientowałem się, że był 1 listopada - Wszystkich Świętych. Drzwi były zamknięte a na nich powiadomienie - dzisiaj w Polsce mamy Bank Holiday, biuro nieczynne. 
Jak nazwa wskazuje bank holiday to dzień, w którym banki nie funkcjonują a zatem nie może funkcjonowac wiele instytucji uzależnionych od banków - KLIK
Informacja polskiego konsulatu bardzo mi się spodobała - po pierwsze stwarzała pozory, że Polska to kraj funkcjonujący podobnie jak Anglia, po drugie śmierć bez wątpienia jest pewna jak w banku.. a może nawet jeszcze bardziej.

Tagi: Anglia
12:46, pharlap
Link Komentarze (4) »
czwartek, 08 października 2015

Lech  Lech

Rok 1974 obfitował w liczne ważne wydarzenia.

Główne funkcje systemu Sezam zostały zakończone i uruchomione. Użytkownicy mogli korzystać z systemu bez naszej pomocy. To był duży sukces. Szef Pracowni - pan Andrzej Z. cieszyl się z tego nie mniej niż my. To było potwierdzenie słuszności jego metody - znaleźć dobrych ludzi, dać im swobodę, rezultaty przewyższą oczekiwania.

Na marginesie dwa drobiazgi z życia naszego zespołu. Któregoś dnia nazbierało się wiele zadań do wykończenia. Trzeba było zostać po godzinach i wszystko skończyć. Ja miałem jednak zadanie domowe - wyjść z Anią na spacer. Zapowiedziałem, że muszę zrobić przerwę na 2 godziny, potem wrócę i będę pracował do skutku. Na to koleżanka, która właśnie wychodziła do domu zaoferowała się, że może mnie zastąpić. Dałem jej list polecający do Sylwii (telefonu wszak nie mieliśmy) i mogłem pracować dalej.
Drugi przykład - do zespołu dołączyła nowa osoba, pani Helena K, którą nie jestem pewien dlaczego, nazywaliśmy panią Zosią. Z jednej strony nie znała komputera ODRA ani stosowanego tu języka Z drugiej - ukończyła wydział matematyki, metody numeryczne - pracowała przy systemach obliczeniowych na Wojskowej Akademii Technicznej (WAT). Od razu zorientowaliśmy się, że znacznie nas przewyższa wiedzą na temat programowania. Daliliśmy jej więc bardzo duże zadanie - zaprogramować moduł selekcj danych i drukowania raportów. Nie mieliśmy żadnej specyfikacji. Pokazaliśmy jej tylko działanie angielskiego systemu FIND i powiedzieliśmy - niech pani pomyśli jak coś podobnego zrobić. Jak będzie pani miała jakiś pomysł to porozmawiamy jak się do tego zabrać. Pierwszy pomysł jakim pani Zosia się z nami podzieliła, to że według niej warto tu zastosować odwrotną polską notację - KLIK. Po naszej reakcji chyba uznała, że nie warto tracić czas na szczegóły i za niecałe 2 miesiące samodzielnie zaprojektowała i zaprogramowała cały moduł.
Pani Zosia zaimponowała mi jeszcze jednym. Ktoś podczas narzekań na urzędniczkę czy sprzedawczynię użył słów - głupia baba ze wsi. Pani Zosia zainterweniowała - przepraszam, ja jestem ze wsi i nie uważam żeby było tam więcej głupich ludzi niż w mieście.

W Polskim Towarzystwie Cybernetycznym wysłuchałem wykładu na temat budowy baz danych. Wspomniano o śpiewce przyszłości - relacyjnej bazie danych. Poskrobałem się po głowie - bardzo wiele podobieństw. Nasz Sezam był conajwyżej biednym kuzynem relacyjnej bazy danych, ale mial dwie zalety - funkcjonował i wystarczył mu komputer wyposażony w taśmy magnetyczne.
Z jednej strony - gdybym wiedział o tym wcześniej to użylibyśmy pewnie w Sezamie terminologii właściwej dla relacyjnej bazy danych. Z drugiej - być może w ogóle nie podjąłbym się takiego zadania gdyż prerekwizytem systemu bazy danych był komputer wyposażony w dyski.
Szczęśliwi ludzie małej wiedzy. 

Kilka ośrodków obliczeniowych kupiło Sezam dla swoich zastosowań. Ja dostałem awans na dziwne stanowisko Głównego Projektanta, łączyła się z tym podwyżka. Premie nie spadały poniżej 120%.

Czas było pomyśleć o sobie.
Pierwsza sprawa to mieszkanie. Wspominałem o oszczędnościowym systemie ogrzewania, który powodował stałe przegrzanie. Po kilku interwencjach przyszła do nas komisja, kiwali ze zrozumieniem głowami, ale oczywiście nie mogli niczego zrobić, to wymagałoby zmiany instalacji grzewczej w całym bloku. 
Udałem się do prezesa spółdzielni (WSM Rakowiec). Gdy się przedstawiłem powiedział
- O, ja o panu słyszałem, pan jest znanym rozrabiaką.
A więc moja absurdalna interwencja u premiera - KLIK - stawała się legendą. 
Zaproponowałem ustrzelenie dwóch wróbli jednym strzałem. Prosimy o przeniesienie nas do mieszkania M-6 (obecne to było M-3). Po pierwsze przestanę składac skargi na ogrzewanie, po drugie my planujemy powiększenie rodziny - kolejne dziecko, plus moja Matka mieszka samotnie w mieszkaniu spółdzielczym, ale spodziewamy się, że w niedługim czasie będzie wymagała opieki i przeprowadzi się do nas. To była prawda. Prawdę mówiąc Matka liczyła na to, że gdy zacznę pracować będzie mieszkać ze mną. To nie nastąpiło i nieco obawialiśmy się jak będzie się układać wspólne życie.
Prezes słuchał uważnie, robił notatki, pożegnaliśmy się sympatycznie. Nie miałem o co rozrabiać.

Snieznik

Po drugie wybrałem się na wczasy narciarskie PTTK, na Śnieżnik, który właśnie był promowany jako alternatywa dla Zakopanego.
Widok był jan na zdjęciu, ale warunki już nie bardzo - najpierw kilkugodzinna wspinaczka z całym ekwipunkiem, wyciąg nieczynny a elektryczność tylko w wyznaczonych godzinach.
Natomiast bajkowy był śnieg i towarzystwo.

Po powrocie z wczasów dostaliśmy z WSM powiadomienie, że mają dla nas propozycję zmiany mieszkania. Prosili nas o wizję lokalną żeby znowu nie doszło do skarg i żądania kolejnej zamiany. Mieszkanie było rozmiaru M-6 - trzy pokoje o akceptowalnych rozmiarach, w niewielkim, 4-piętrowym bloku, na parterze. Dowiedzieliśmy się, że blok był początkowo przeznaczony dla pracowników Ministerstwa Obrony, ale nie zaakceptowali go. Stąd tak niespodziewana oferta. Oferta przewyższała nasze oczekiwania. Zaakceptowaliśmy.
Przeprowadzka wypadła znowu podczas nieobecnosci Sylwii, która pojechała z Anią na 2 tygodnie do Zakopanego. Wszystkie firmy przeprowadzkowe miały pełno zleceń na najblizsze 2 tygodnie. Ktoś wspomniał o prywatnej firmie Węgiełek. To brzmiało jak kontynuacja Lalki B. Prusa. Zadzwoniłem. Gdy usłyszeli, że chodzi o przeprowadzkę z M-3 roześmieli się. My specjalizujemy się w dużych przeprowadzkach - rezydencje zagranicznych dyplomatów. M-3 - toż to robota na godzinę, nie warto wysyłać ludzi... chwileczkę... mamy tu okienko.
Robota na godzinę? Poprzednia przeprowadzka trwała ponad pół dnia a przecież od tego czasu nieco obrośliśmy w piórka.
W przeddzień przeprowadzki odwiedził mnie kierownik załogi. Spojrzal krytycznie na przygotowane pudełka - proszę niczego nie pakować, my nie ponosimy za to żadnej odpowiedzialności.
- Ale kryształy, wazony - oponowałem. Powiedziałem - my robimy wszystko i ponosimy za to odpowiedzialność. Rozejrzał się po mieszkaniu.
- Gdzie pan trzyma dolary i kosztowności?
- Nie trzymam.
- Jak pan chce. Ja powiedziałem - za wszystko co dostaliśmy do spakowania ponosimy odpowiedzialność.
Zaczął coś notować na pudełku od papierosów - ja tutaj robię plan przeprowadzki. Niech pan się nie waży niczego przestawiać bo cały plan mi się zawali.
Na koniec zapytał:
- Ile pan myśli, że to będzie kosztowało?
- Pewnie 2,000 zł.
- Mam dla pana propozycję: Węgiełkowi zapłacimy 1,600, 100 zl dla mnie, 200 zł dla chłopaków, 100 zł dla pana. Zgadza się pan?
- Zgadzam.
- No to niech pan mi da te 100 zł teraz jak chłopaki nie widzą. A jutro, jak już skończymy, to ja zapytam pana - no co, chyba chłopaki się dobrze spisali? A pan potwierdzi i da mi te 200 zł. Zgadza się?
Zgadzało się. Następnego dnia rano przyjechał wraz z 4-osobową ekipą. W ciągu 20 minut mieszkanie opustoszało. Do nowego mieszkania było tylko 300 m. Nie nadążałem pokazywać gdzie co ma stać. Chłopaki spisali się dobrze.

Po trzecie - za namową mojego szefa, pana Andrzeja Z., złożyłem podanie o przyznanie mi stypendium rządu angielskiego. Dostałem świetne opinie z pracy, zdałem egzamin państwowy z angielskiego. Czekał mnie jeszcze egzamin z angielskiego w British Council. Poprosiłem ich żeby podali mi kontakt do jakiegoś rodowitego Anglika mieszkającego w Warszawie i chętnego do udzielenia lekcji konwersacji.
Znaleźli - młodą Angielkę, która wyszła za mąż za Polaka. Konwersacje odbywały się w ich mieszkaniu. To była nie tylko nauka konwersacji, ale równeż powiew angielskiego klimatu. Gdy przychodziłem, zazwyczaj około 2., moja korepetytorka była jeszcze w piżamie, podobnie jej 2-letnia córka. W mieszkaniu niesamowity bałagan. Nie wiadomo czy dziecko jadło śniadanie. Nie wiadomo gdzie szukac ubrania.
- Opowiadaj coś bo u mnie nic się nie dzieje - prosiła i szukała ubrań w szafach i walizkach. Relacjonowałem więc wiadomości kulturalne i sportowe. Muszę przyznać, że słuchała uważnie i wychwytywała błędy. Dawała celne komentarze. Przerobiła ze mną starannie kilka często używanych zwrotów. Wystarczyło - egzamin w British Council przeszedl bardzo sympatycznie. Wkrótce potem przyszło powiadomienie o przyznaniu mi stypendium. Na 3 miesiące, początek w sierpniu. Moją bazą miało być Birmingham.

Nadeszło lato. Znowu podzieliliśmy się z Sylwią wakacjami - spędziłem 2 tygodnie z Anią w Mielnie.

Na początku sierpnia poleciałem do Londynu. O pobycie w Anglii w osobnym wpisie.

 
1 , 2