Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

RSS
środa, 30 września 2015

Lech  Lech

Szybko wdrożyliśmy się w nowy rytm życia. Mój udział był skromny i prosty. Po przyjściu z pracy wychodziłem z Anią na spacer. Wieczorem kąpałem ją, prałem pieluchy.

W pracy też było spokojnie. Jak dla mnie trochę za spokojnie. Niewielkie projekty dla budowlanej biurokracji nudziły mnie. Wolny czas wypełniałem zapoznawaniem się z bardzo bogatą biblioteką aplikacji opracowanych przez ICL. Był tam oczywiśćie konik naszego szefa - PERT, były systemy wyszukiwania informacji, optymalizacji, wiele systemów inżynierskich.

Tak doczekaliśmy zimy. Ponieważ teraz nie mieliśmy szansy wyjścia na imprezy kulturalne kupiliśmy telewizor. Pamiętam, że pierwszym filmem jaki obejrzeliśmy było Pozegnanie z bronia w G. Peckiem w roli głównej. Strasznie długi film, poszliśmy spać grubo po północy. Następnego dnia, popołudniu, Sylwia poszła z koleżanką na łyżwy. Zima była mroźna i na pobliskim stadionie Gwardii wylali wodę i zrobili sporą ślizgawkę. Panie wróciły dopiero po kilku godzinach - Sylwia z ręką w gipsie - złamanie w nadgarstku.

To był ogromny kłopot - jak sobie poradzić z niemowlęciem? Pracowałem dopiero kilka miesięcy i nie należał mi się urlop. Wydawało mi się oczywiste, że powinienem dostać zwolnienie lekarskie na opiekę nad żoną i dzieckiem. Nie dostałem. Dwa czy trzy dni coś tam pokombinowałem, ale na dłuższą metę to nie było możliwe. Sylwia z Anią przeniosły się do mieszkania Sylwii rodziców. Tam też nie było łatwo gdyż matka Sylwii była po wylewie i miała mocno ograniczoną ruchliwość.
Wydawało mi się to jawną niesprawiedliwością a przecież mieliśmy ustrój sprawiedliwości społecznej.

Interwencja

Postanowiłem zadziałać, zadzwoniłem do ministerstwa zdrowia. Tam kolejno w kilku działach dostawałem tę samą odpowiedź - nie możemy wydać zwolnienia lekarskiego zdrowej osobie. Próba połączenia się z ministrem zdrowia nie powiodła się. Postanowiłem zapukać o piętro wyżej - zadzwoniłem do gabinetu premiera (Jaroszewicza). Połączono mnie z osobistą sekretarką premiera. Brzmiała inteligentnie, głęboki głos przypominający czołową spikerkę telewizji, Irenę Dziedzic. Zrelacjonowałem sprawę krótko, zgodnie z prawdą i bardzo dramatycznie. Moja rozmówczyni była wstrząśnieta - jutro niedziela - do poniedziałku coś w tej sprawie zrobimy.
Rzeczywiście, całkiem wcześnie w niedzielę ktoś zadzwonił do drzwi, Elegancki pan, naczelnik jakiegoś departamentu w Ministerstwie Zdrowia. Wysłuchał sprawy i rozłożył bezradnie ręce -  nie możemy wydać zwolnienia zdrowej osobie - powtórzył znany mi argument. Pan powienien wziąć urlop. 
- Jaki urlop? Może bezpłatny? To z czego my będziemy żyć?
To czywiście nie była prawda, mieliśmy pewne zasoby gotówki, ale uważałem się za osobę głeboko skrzywdzoną przez biurokratyczny system.
Proszę przyjść jutro rano do rejonowej przychodni - zdecydował urzędnik - my tam przeprowadzimy kontrolę czy pana właściwie potraktowano. Poszedłem. Nie miałem zastrzeżeń co do zachowania lekarza, uważałem tylko, że przepisy nie były dość elastyczne. Chyba dali mi zwolnienie na 3 dni. Pojechałem dostarczyć je do pracy. Okazało się, że w dziale kadr też już mieli ministerialną kontrolę.
- Dlaczego pan ze mną o tym wszystkim nie porozmawiał - żaliła się kierowniczka kadr - znaleźlibyśmy jakieś wyjście. 
W rezultacie dostałem kilka dni urlopu wypoczynkowego, kilka dni urlopu bezpłatnego. Kilka dni Sywia z Anią spędziły u teściów i jakoś doczekaliśmy zdjęcia gipsu. Sylwia bardzo mężnie znosiła ból w nadgarstku. Mnie zrobiło się wstyd, że narobiłem tyle rabanu w sprawie, którą można było ugodowo załatwić. Ku mojemu zaskoczeniu, zamiast stać się pośmiewiskiem w pracy zyskałem spore uznanie...
- To jest facet, który, jeśli mu na czymś zależy, to potrafi nawet do premiera dotrzeć.

Już wkrótce przyszły efekty.

Andrzej ZienkiewiczW ETOB-ie funcjonowal zespół kontroli dużych projektów inwestycyjnych. Nie spotykało się tych ludzi często gdyż większość czasu spędzali w terenie. Ich kierownikiem był Andrzej Zienkiewicz. Ten człowiek promieniował energią i optymizmem. Przypominał mi ZMP-owców obudowujących Polskę i zwalczających analfabetyzm. 

Wyraźnie nie mieścił się z biurokratycznej strukturze ETOBu i postawnowił utworzyć niezależną pracownię na własnym rozrachunku. Tak powstała Pracownia EtobSystem. Nie minęło wiele czasu gdy zaproponowal mi pracę. Nie bardzo wiedziałem na czym będzie polegać ta praca, ale osobowość pana Andrzeja była magnetyczna. Postanowiłem to przedyskutować z moim szefem - inż. Husarskim. To był bardzo inteligentny i kulturalny człowiek, chyba żywił do mnie pewną sympatię, przypominał mi pana Tadeusza W. z Zelmotu, wiedziałem, że da mi dobrą radę. Poradził przyjąć propozycję. 
Pierwsza zmiana to system wynagrodzenia. Pracownia stosowała system biur projektów czyli niezbyt wysoka pensja plus premia zależna od wyników finansowych przedsiębiorstwa. W ETOB-ie dostawałem całkiem dobrą pensję - około 4,500 zł. Została chyba trochę zredukowana, ale na koniec kwartału wypłacono nam ponad 70% premii. Na marginesie dodam, że nadal kontynuowałem pracę na pół etatu w WZM. 

Zespół A. Zienkiewicza stosował do tego czasu tylko jeden system komputerowy - PROKOM - kontrola dużych projektów. System funkcjonowal na polskich komputerach ZAM, należało przenieść go na ODRĘ. Zaoponowałem - przecież tu funkcjonuje PERT, który na pewno spełni wszelkie wymagania użytkowników. Pan Andrzej tarł czoło - musimy się nad tym zastanowić, na razie mam dla pana kilka drobnych programów, ale pomyślimy o czymś większym.

A tymczasem w rodzinnym gnieździe... 
Wszystko biegło jednostajnym rytmem. Ania nie sprawiała wiele kłopotu, Sylwia starała się ją wdrożyć w regularny rytm posiłków, snu, spacerów. Zdawało to egzamin. Pamiętam nasze wysiłki by zapobiec ssaniu palca. Ania dostawała smoczek do ssania, ale w nocy gubiła go i ssała palec. Sylwia nie ustąpiła - dyżurowała przy łóżeczku i gdy Ania ssała palec podtykała jej smoczek. Poprosiła mnie o pomoc, ale oczywiście przespałem krytyczny moment i zostałem usunięty z tej funkcji.

Dla mojej Matki narodziny Ani były dużym wydarzeniem. Po pierwsze cieszyła się, po drugie i ważniejsze martwiła się, że na mnie spadły dodatkowe obowiązki, po trzecie - najmniejszy płacz czy krzyk Ani ogromnie ją niepokoił i sceptycznie odnosiła się do metod stosowanych przez Sylwię. W efekcie każda wizyta Babci była dość stresująca dla wszystkich stron.

Nadeszło lato. Nie należał mi się jeszcze urlop więc Sylwia i Ania spędziły 2 tygodnie lata w Bierutowicach w zaprzyjaźnionym domu wczasowym...

BierutowiceI krok

Reszte lata spędziły u Sylwii cioci we Włocławku. Stosunki Sylwii z ciocią były bardzo serdeczne, na dodatek córka cioci też miała córkę w wieku podobnym do Ani więc łatwiej było podzielić się obowiązkami. Ja dojeżdżałem tam na niedziele...

Włocławek

P.S. Polecam wspomnienie o A. Zienkiewiczu napisane przez jednego z jego najbliższych współpracowników - KLIK.

poniedziałek, 28 września 2015

Lech  Lech

Najpierw to Nowy Świat przybył do nas. Mieszkająca w Nowym Jorku Ciocia Krysia przyjechała w końcu maja na miesiąc do Polski.

Pierwsza sprawa to kwestia mieszkania. Moja Matka chciała w jakiś sposób zrewanżować się za swój pobyt u Cioci więc zdecydowaliśmy oddać nasze mieszkanie do dyspozycji Cioci, moja Matka zamieszkała z nią aby dopilnować gospodarstwa. Sylwia i ja wynajęliśmy pokój w willi należącej do matki naszej znajomej.
Druga sprawa to zorganizowanie pobytu. Oczywiście głównym jego punktem były spotkania rodzinne. Spotkań nie zliczę. Jedno było oficjalne - obiad w Hotelu Europejskim...

Ciocia Krysia

Odbyłem z Ciocią dwie wycieczki. Na Aleję Szucha i do Oświęcimia. Z okazji tej drugiej poleciałem pierwszy raz w życiu samolotem - do Katowic. Oba miejsca wywarły na Cioci wstrząsające wrażenie. Zdziwiłem się nieco - przecież Ciocia spędziła miesiące najpierw w sowieckim więzieniu potem w gułagu na Syberii. Ciocia kręciła przecząco głową - to zupełnie co innego. Tam mieliśmy do czynienia w ludźmi. Strażnicy w gułagu byli w pewnym sensie takimi samymi zesłańcami jak my. Oczywiście często byli okrutni, ale to była jakieś ludzkie, zrozumiałe okrucieństwo, a to... tego nie mogli zrobić ludzie tylko jakieś zaprogramowane automaty.
W sumie Cioci bardzo się w Polsce podobało. Wspominała, że może zachęci męża do przyjazdu, że może ona tu jeszcze wróci. Żaden z tych pomysłów się nie zmaterializował.

Po wyjeździe Cioci weszliśmy wraz Sylwią nasz nowy świat - za kilka tygodni miało urodzić się dziecko. Sylwia bardzo źle czuła się podczas ciąży, ostatnie dwa tygodnie ciąży spędziła w swoim miejscu pracy - Szpital Kliniczny Wojskowej Akademii Medycznej. Byłem tym mocno zdezorientowany. Nieco wcześniej złożyłem wymówienie w pracy więc obowiązki służbowe nie odrywały mnie od ciągłych obaw. Była połowa lipca (1971) , duże upały.  W nagrzanym mieszkaniu trudno było zasnąć, straciłem apetyt, od nadmiaru zimnej wody mineralnej dostałem strasznej chrypy.

Wreszcie nadeszła oczekiwana wiadomość - córka! O odwiedzinach na oddziale porodowym nie było oczywiście mody. Dwa czy trzy dni po porodzie pojechałem odebrać Sylwię i córkę. Wiadomo było, że będzie miała na imię Anna, urodziła się 2 dni przed 26 lipca. Sylwia położyła na stole w poczekalni niewielkie zawiniątko - przypilnuj Ani, ja jeszcze muszę pożegnać się na oddziale. Patrzyłem na to zawiniątko z wielką obawą - zdałem sobie sprawę, że całe moje dotychczasowe życie toczyło się w niezbyt realnym świecie, Tak czy siak, zawsze jakoś tam będzie. Zdałem sobie sprawę, że to małe zawiniątko to ogromny ciężar. Od tej chwili nie może być tak czy siak czy jakoś tam. Na szczęście Sylwia wróciła - pełna energii, optymizmu i pewności siebie.
Natychmiast po przyjeździe do domu Sylwia nakarmiła Anię. Ten sielski widok tak mnie rozczulił, że użaliłem się nad sobą - ja też bym coś zjadł.

Już pierwszego wieczora Sylwia nauczyła mnie kąpać Anię i to było moje stałe zadanie.

Gimnastyka

Ania

Ania i Mama

Po kilku dniach udało mi się nabyć wózek w prywatnym sklepie na Pradze. Na spacery jeździliśmy na Cmentarz Żołnierzy Radzieckich po drugiej stronie Alei Żwirki i Wigury.

Park- cmentarz

Łóżeczko dostaliśmy chyba od Sylwii siostry. Nic więcej nie było trzeba. Sylwia imponowało mi pewnościa siebie i kompetencją we wszystkich sprawach dotyczących dziecka. Nie wszystkie jej pomysły sprawdzały się, ale w każdym przypadku mogłem być pewien, że doprowadzi do rozwiązania problemu. To stwarzało mi duży komfort psychiczny i z chęcią stosowałem się do wszelkich wskazówek i poleceń.

6 tygodni po urodzinach Ani wkroczyłem w zawodowy nowy świat - nowa praca. Znalazłem ją kilka miesięcy wcześniej, złożyłem w Zelmocie regulaminowe 3-miesięczne wypowiedzenie. Zostało przyjęte ze zrozumieniem.
Moja nowa praca była w ETOBie - Centrum Elektronicznej Techniki Obliczeniowej Budownictwa. Centrum właśnie instalowało polski komputer ODRA-1300 - KLIK - budowany na licencji znanej mi firmy ICL. Zostałem zatrudniony w dziale obsługi procesów zarządzania kierowanym przez inż. Kazimierza Husarskiego.
Pierwsze tygodnie w ETOBie to była lekcja pokory. W Zelmocie byłem poza wszelką konkurencją, mogło mi się wydawać, że jestem najlepszy na świecie. Tak jak w tym dialogu:
- Mój tatuś jest najlepszym rewolwerowcem Teksasu! 
- Najlepszym rewolwerowcem Teksasu?
- A tak, w Ostrołęce. 
Już na drugi dzień wezwał mnie dyrektor techniczny - K. Jarosławski. 
- Pan pisze programy w asemblerze?
- Tak... to znaczy w języku PLAN, to jest macro-assembler.
- To powinien pan sobie poradzić. Niech się pan skontaktuje z naszym zakładem obliczeniowym na Woli, oni mają jakieś problemy.
Skontaktowałem się, okazało się, że chodzi o komputer Minsk-32 - KLIK. Mina mi zrzedła, nie po to przenosiłem się do ETOBU. Nie bardzo wiedziałem od czego zacząć. Okazało się, że bez dobrej dokumentacji i zaplecza technicznego jestem bezradny. W rezultacie w niczym nie pomogłem.
Na marginesie wspomnę, że już w Australii spotkałem emigranta ze Związku Radzieckiego, który stwierdził, że MINSK-32 wcale nie ustępował wiele komputerom produkowanym w tym czasie na Zachodzie.
Na drugim marginesie dodam, że dyrektor K. Jarosławski nie miałby problemów z programem w asemblerze, wkrótce porzucił dyrektorską posadę i dołączył do zespołu Jacka Karpińskiego pracującego nad budową komputera K-202 - KLIK.

W ETOBie istniał silny zespół obliczeń inżynierskich. Ci ludzie używali języków dostosowanych do obliczeń - ALGOL i FORTRAN. To była bardzo odległa mi dziedzina.
Mój szef z kolei był pasjonatem system PERT - KLIK - służącego do kontroli dużych projektów. Metodę PERT znałem wprawdzie ze studiów, ale nigdy nie stosowałem jej na komputerze.
Czekałem więc z niecierpliwością na uruchomienie ODRY, wtedy poczuję pewniejszy grunt pod nogami.
W moim zespole pracowały 4 osoby. Dwie z nich były specjalistami od zarządzania budownictwem. Ja i Andrzej M. mieliśmy przekształcać ich idee w systemy komputerowe.
Wreszcie ODRA ruszyła. Rozczarowaniem była jej mała prędkość, pewnie 3 razy wolniej niż ICL. Pociechą było, że całe oprogramowanie ICL funkcjonowało na niej bez zarzutu.  Byłem w domu.

piątek, 25 września 2015

Lech  Lech

narciarka

Początek roku nie zapowiadał żadnych wstrząsów. W lutym pojechaliśmy z Sylwią na narty do Bierutowic. Sylwia postanowiła rozpocząć studia techniczne - inżynierię sanitarną. Czuła, że to było jej powołaniem, ale rodzice nakłonili ją do studiów para-medycznych.
Tak więc, po porannych nartach a następnie obiedzie, Sylwia brała się za naukę a ja za projektowanie kolejnego modułu komputerowego systemu zarządzania produkcją.

Nasze wysiłki nie zaowocowały oczekiwanymi rezultatami.
W okresie egzaminów na Politechnikę Sylwia dostała ostrego zapalenie ucha i musiała pozostać w domu.
Moje projekty komputeryzacji przysporzyły kłopotów mojemu szefowi.
Po pierwsze to byłby za duży szok dla użytkowników. Kilkanaście osób musiałoby całkowicie zmienić sposób pracy a raczej musiałoby odejść z zajmowanych stanowisk i ustąpić miejsca... no właśnie - komu? Trzebaby wyszkolić całkiem nową kadrę. 
Podczas kilku lat pracy w Zelmocie przekonałem się, że robotnicy i związki zawodowe stanowią siłę, z którą trzeba się liczyć. Kiedyś uczestniczyłem w projekcie usprawnienia stanowiska pracy. Bardzo szybko znaleźliśmy stanowisko gdzie, po niewielkiej modyfikacji, wydajność rosła prawie trzykrotnie przy znacznie zmniejszonym wysiłku. Wydawało się, że trafiliśmy w dziesiątkę. Okazało się, że wprost przeciwnie. Pracownicy obsługujący to stanowisko zaprotestowali - jak to, my będziemy dawać 3 razy więcej produkcji za te same pieniądze? Nie ma zgody.
Argumenty, że wysiłek będzie mniejszy nie trafiały do przekonania. Wiedzieliśmy o co chodzi. To stanowisko to było wąskie gardło. Pod koniec miesiąca trzeba było pracować w nadgodzinach na podwyższonej stawce. Próby przekupienia kierownictwa - oddanie im autorstwa tego usprawnienia żeby zgłosili to jako wniosek racjonalizatorski - nie przyniosły rezultatu. To nie przejdzie, robotnicy nas zatłuką na śmierć - argumentowali. Przekupienie robotników - ustalenie stawki akordowej na poziomie zapewniającym wyższy zarobek - też spaliły na panewce. To spowoduje konflikty, każdy będzie chciał obsługiwać to stanowisko. Zresztą po paru miesiącach podkręcicie normę.
W rezultacie pomysł przepadł. To znaczy nie całkiem. Kierownik oddziału doniósł nam, że na trzeciej zmianie, gdy nikt nie widzi, robotnicy stosują nasze usprawnienie. Pracę przewidzianą na całą zmianę wykonują w 3 godziny, pozostałe 5 godzin śpią gdzieś w kącie.
Moje pomysły komputeryzacji spowodowałyby znacznie więcej problemów.
Po drugie (wyliczanka dotyczy moich projektów), to spowodowałoby otwarty konflikt z CROPI. Moje projekty kolidowały z ich planami. Być może były bardziej dostosowane do potrzeb zakładu, za darmo i bliskie ukończenia, ale nie miały żadnego oficjalnego wsparcia podczas gdy CROPI było wsparte autorytetem Ministerstwa.
Po trzecie wreszcie - Ministerstwo było na etapie pertraktacji z firmą IBM, która oferowała szeroko pojętą współpracę - dostawa sprzętu, gotowe systemy zarządzania, konsultacje, szkolenia - również w Austrii.
To wyglądało bardzo nęcąco, ale nie dla mnie. Gdzież tu miejsce dla mnie? - pytałem sam siebie. Oni będą nas szkolić w temacie, który już mam opracowany. Będę musiał pomagać we wdrażaniu systemów opracowanych przez kogoś innego. 
Schowałem swoje projekty do szuflady i postanowiłem szukać innej pracy. To nie było łatwe gdyż mój przyszły pracodawca musi mieć dobry komputer i silny zespół projektowy. Gdzie takiego znaleźć?

Póki co dostałem awans na jakieś fikcyjne stanowisko i korzystałem z drobnych przywilejów szarego pracownika - sporo wolnego czasu, wyjazdy na kursokonferencje.
Te ostatnie odbywały się chyba co kwartał i były znakomitymi imprezami towarzysko-rozrywkowymi. W ten sposób spędziłem kilka miłych dni w Ustroniu (szykowali się do produkcji części do polskiego fiata), w okolicach Kielc, w Augustowie gdzie FSO miało duży dom wczasowy.
Podczas konferencji w okolicach Kielc odwiedziłem Ameliówkę - KLIK. Cóż za zmiany! To nie było już miejsce na wakacje, ale gospodarstwo. Zarządzała nim wspomniana w zlinkowanym wpisie Ewa, która mieszkała w Ameliówce wraz z matką i córką. Wokół kręciło się kilku najemnych pracowników. Robota wrzała, nie było atmosfery do wspomnień.
Przy okazji konferencji w Augustowie odwiedziłem Tadeusza i Elizę, którzy mieszkali w Fastach koło Białegostoku. Dużą cżęść wieczoru spędziliśmy słuchając muzyki z bogatej kolekcji płyt gramofonowych. Teraz wiem, że były odtwarzane na adapterze Ziphona.

Wypadki Grudniowe

W takiej atmosferze doczekaliśmy grudnia 1970 roku.
12 grudnia ogłoszono informację o podwyżkach cen żywności, głównie mięsa. Przyjęliśmy to spokojnie, przyzwyczailiśmy się do tego rodzaju podwyżek rekompensowanych obniżką cen parowozów. Rozruchy robotnicze w Gdańsku były dla nas zupełnym zaskoczeniem.
Nie tylko sam fakt rozruchów, ile ich gwałtowność i rozmiary. O żądaniach robotników dowiadywaliśmy się oczywiście tylko z nieoficjalnych źródeł. W większości wydawały się być słuszne. Dla mnie oczywiste było na przykład żądanie zrównania praw pracowników fizycznych i umysłowych. Już wspominałem, jakim zaskoczeniem była dla mnie informacja, że w Polsce Ludowej obowiązuje przedwojenny kodeks pracy, który dyskryminuje rządzącą klasę robotniczą w dziedzinie praw do urlopu i zwolnień chorobowych. 
Prasa donosiła o podpaleniu siedziby Komitetu Partii, o rabunkach - to nie mogło zakończyć się ugodą. Odpowiedź władzy nastąpiła 17 grudnia - w Gdańsku zginęło 16 osób - pełna relacja tutaj - KLIK.
Oczywiste było, że po takich wydarzeniach musiały nastąpić poważne zmiany w rządzie. Od marca 1968 roku Władysław Gomułka stał się bardzo niepopularny...

Gomułka

...ludzie czekali na jego odejście, w ramach partii powstały rywalizujące ugrupowania, przyszła okazja żeby to wszystko rozładować.

Już 20 grudnia 1970 roku I sekretarzem partii został wybrany Edward Gierek - KLIK. Zewnętrznie była to duża zmiana na lepsze. Wyglądem przypominał popularnego autora i wykonawcę piosenek...

GierekMłynarski

To znaczy wykonawca piosenek z upływem lat nabrał gierkowskiego, godnego, wyglądu.
Swych uczuć do przywódców Związku Radzieckiego nie demonstrował tak spontanicznie jak Gomułka...

GomułkaGierek

Życiorys miał równiez nietypowy - zamiast praktyki w moskiewskim Kominternie praca w kopalniach we Francji i Belgii.
Do tego silny, spokojny głos ze śląskim akcentem. Na pytanie - pomożecie? - ludzie odpowiedzieli potakująco.
Nikt nie miał wtedy złudzeń, że zasady systemu mogą się zmienić. Sprawy ofiar grudnia 1970 i los osób aresztowanych podczas rozruchów zostały zamiecione pod dywan.
Już 2 miesiące po zmianie władzy nastąpiły kolejne masowe protesty i rząd wycofał się z grudniowych podwyżek cen. Wycofanie się pod naciskiem robotników - to było cos nowego.

Kolejne działania Edwarda Gierka zyskały mu popularność. 
Mnie bardzo zaimponowało zniesienie w pierwszej połowie 1971 roku podatku od wynagrodzeń dla osób zatrudnionych w przedsiębiorstwach państwowych. Uważałem to za dowód operacyjnej wyższości systemu dyktatorskiego nad demokracją. Logika była prosta: cały efekt ekonomiczny działalności przedsiębiorstwa trafia do skarbu państwa. Jaki jest sens zmniejszać ten efekt płacąc ludziom pensje brutto a potem odzyskiwać część pieniędzy w formie podatku?
Zmiana bardzo upraszczała system obliczania zarobków i teoretycznie powinna była zaowocować istotną redukcją biurokracji.
Zarobki zostały zredukowane do wartości otrzymywanej poprzednio po potrąceniu podatku, ale na dłuższą metę korzyść pracowników była oczywista. 

Gierek planował znaczne polepszenie dobrobytu społeczeństwa i nie były to czcze obietnice.

Ale wybiegam w przyszłość. Dla nas końcówka 1970 roku przyniosła bardzo istotną zmianę - Sylwia była w ciąży!

wtorek, 22 września 2015

  Wiesia  Wiesia

Przedmowa Lecha.
W swoim poprzednim wpisie Wiesia wspomniała, że w jej klasie wisiały portrety przywódców PRL - od lewej: premiera Cyrankiewicza, I sekretarza Partii Bieruta i marszałka Rokossowskiego. Poniżej zdjęcie klasy...

 Klasa

Wiesia trzecia od prawej w drugim rzędzie.

W pociągu, który wieczorem wyruszył z Warszawy  do Wrocławia druhna Zosia zaprowadziła mnie do wagonu, w którym przy stoliku nad papierami siedział marszałek Konstanty Rokossowski. Dobrze, że tuż przed wejściem zapytałam, jak się mam się do niego zwracać, towarzyszu Konstanty, a może towarzyszu Marszałku, tak chyba lepiej brzmi?
Druhna Zosia krzyknęła, broń Boże! Żaden Konstanty, żaden  towarzysz! Panie Marszałku za każdym razem masz mówić.
Zapamiętaj: „panie”, nie „towarzyszu”! To jest bohater dwóch narodów, nie taki normalny człowiek, jak towarzysze Edmund, czy  Stach, którzy razem z innymi jadą, żeby pomagać.

Rokossowski

Rokossowski był w mundurze, wyglądał na znużonego, popatrzył w naszą stronę, jakby chciał mieć odwiedziny już za sobą. Po moim dygnięciu i poklepaniu po plecach druhny Zosi wziął mnie na kolana, dostałam paczuszkę z przyborami szkolnymi. Brwi wychodziły mu jeszcze wyżej na czoło, niż widziałam na portretach, z jednym okiem miał chyba coś nie w porządku, bo rzadko, albo nawet wcale go nie przymykał.
Druhna Zosia podawała Marszałkowi przygotowane wcześniej zapisane karteczki. Mówił jakoś sztywnie, niewyraźnie, ale rozumiałam. Pytał, czy szkoła, do której chodzę jest ładna, czy jest w niej sala gimnastyczna i kim w przyszłości chciałabym być?  
Biskupowi Czesławowi Kaczmarkowi w kieleckim Nazarecie powiedziałam, że chcę być zakonnicą, Rokossowskiemu, że nauczycielką. Wiedział, że moja mama pochodzi z Juszkiewiczów i zapytał czy Juszkiewiczowie z mojej rodziny  przybyli skądś w okolice Krakowa?  - bo widzisz, miałem w wojsku przyjaciela Adolfa Juszkiewicza, rewolucjonistę, nigdy go nie zapomnę. Walczyliśmy daleko stąd, robiliśmy razem udane wypady będąc w pododdziale zwiadowczym. Powiem ci, wojna jest ciężką próbą dla ludzi.
- Dlatego my walczymy o pokój – przypomniałam sobie co kazała mi mówić druhna Zosia, a ona dała znak oczami, że dobrze powiedziałam.
Co do moich dziadków mama mi opowiadała, że ich nazwisko pisane było przedtem przez „ż”, a nie przez „sz”, ale ksiądz w księgach parafialnych zmienił Jużkiewiczów na Juszkiewiczów, żeby się lepiej wymawiało. Zapytałam, czy jego przyjaciel pisał się przez „sz”, czy przez „ż”? Nie pamiętał dokładnie. Wspomniał, że to było w innym alfabecie, ale raczej przez „sz”.
Tak, jak mi polecono, wtrąciłam kilka zdań o bohaterskich czynach i talentach dowódczych Marszałka, zaczęłam wyliczać na palcach nadane mu odznaczenia bojowe:  Krzyż Virtuti Militari z Gwiazdą, Krzyż Grunwaldu I  Klasy, Order Świętego Jerzego i to nie jeden raz…  
Roześmiał się, że nie w tej kolejności, ale dziękuje, że wiem i poprosił, żebym to co mi teraz powie zapamiętała, na pewno przyda mi się w życiu.
Mam zapamiętać, że w sytuacjach trudnych, ale nie beznadziejnych, bo o takich w ogóle nie ma co mówić, liczy się nie tylko odwaga, umiejętności, ale przede wszystkim kalkulacja. Zanim człowiek podejmie decyzję należy wszystko przekalkulować i albo przystępuje się do działania, albo nie robi się nic, nieraz taktycznie. A wrogów trzeba usuwać. W wojsku polskim on osób podejrzanych mieć nie może. Rozumiesz?
Po chwili milczenia odparłam, że tak, czym uradowałam uważnie wsłuchującą się w słowa Marszałka druhnę Zosię. Dopowiedziała – otóż to!

Nie było mowy o wtłaczanych mi przez nią do głowy ustaleniach, jakie zapadły w Teheranie, Jałcie, a zwłaszcza w Poczdamie, ani o Trumanie, Churchillu, czy Stalinie - przyjacielu Polski. Całe szczęście, bo mogłam pokręcić, czy to Winston Churchill w Jałcie, czy też następny premier Anglii – Attlee, który Churchilla zastąpił w Poczdamie, nazwał paskudnie Polskę gęsią, która może się udławić, jeżeli nam oddadzą Wrocław oraz inne nasze miasta i ziemie na zachodzie, ale na szczęście Józef Stalin i tak postawił na swoim. Druhna Zosia z przebiegu spotkania z Marszałkiem była zadowolona.

Spałam w następnym wagonie z jakąś dziewczynką, która jak weszłam do przedziału leżała już w łóżku. Zdążyła mi powiedzieć, że mieszka na Woli, a jej blok ciągle nie jest otynkowany i tym się martwi. Jednak gdyby ją ktoś we Wrocławiu  spytał, powie, że jest otynkowany. Mój blok też otynkowany nie był, ale nigdy o tym nie rozmyślałam. Rano konduktorka przyniosła wszystkim w naszym wagonie śniadanie. Druhna Zosia zabrała do Wrocławia  z różnych warszawskich szkół dwadzieścia dziewcząt.

Dwustumetrowa hala Dworca Głównego dosłownie tonęła w czerwonych flagach poprzetykanych flagami biało czerwonymi. Walki o Festung Breslau nie zniszczyły, tak bardzo majestatycznego gmachu, jak całego miasta. Mógł być szybko przystosowany do użytku i przyjął pierwszych podróżnych w czerwcu 1945 r. We Wrocławiu odbył się już Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju, zorganizowano   Wystawę Ziem Odzyskanych. Tym razem Wrocław witał Kongres Ziem Odzyskanych zwołany przez Ogólnopolski Komitet Wyborczy Frontu Narodowego. Kolejny raz miało stąd zabrzmieć, że Ziemie Zachodnie nie czasowo, ale na zawsze są nasze. Druhna Zosia powtarzała mi wiele razy, że nie chodzi o byle co, ale o jedną trzecią terytorium Polski.

Na zapleczu wielkiej kongresowej hali, gdzie stałam z innymi dziewczętami myślałam o jednym - żeby jej nie zawieść. Jako pierwszy wystąpił premier Józef Cyrankiewicz, powiedział, że Ziemie Odzyskane to kawał serca każdego Polaka i Polski, święta sprawa dla Ojczyzny. Kiedy skończył druhna Zosia dała znać dziewczynkom, żeby tak, jak było wcześniej umówione, wbiegły za stół prezydialny i po kolei na szyjach gości zawiązały czerwone chusty. Czekałam na sygnał, kiedy ja mam wejść. Po zapowiedzi, że wystąpi ktoś, kogo Wrocław na pewno gorąco powita, druhna Zosia kiwnęła na mnie ręką. Wkroczyłam odważnie, ale kiedy stanęłam i zobaczyłam przed sobą falującą mgłę z głów, aż po horyzont, poczułam się nieswojo...

Na ZjeździeKopia zdjęcia zamieszczonego w tygodniku Świat - źródło - Archiwum Biblioteko Narodowej.
 
Wydawało mi się, że zapomniałam pierwszego zdania, ale jakoś samo, automatycznie znalazło się na końcu języka.  Kiedy powiedziałam „w imieniu dzieci walczących w Warszawie…”  sala wydała jakiś przeciągły jęk, potem nastąpił moment ciszy, po nim huk braw. Dalsze słowa uwięzły mi w gardle, szum zagłuszał to co mówiłam. Zamiast normalnym głosem beznadziejnie piszczałam o tym, że wszyscy w Polsce tak samo kochają Wrocław, jak Warszawę.
Zaczęłam cienko skandować po-kój! po-kój, a ludzie razem ze mną. Głos zabrał Marszałek Rokossowski. Zapewniał, że nie ma takiej siły, która mogłaby wydrzeć naszemu narodowi owoce tak krwawo okupionego zwycięstwa nad hitleryzmem.
Edward Ochab, późniejszy sekretarz KC PZPR, zapamiętany przez mojego ojca z tego, że podczas obrad Krajowej Rady Narodowej we wrześniu 1944 r. chciał, żeby w nowo organizującym się demokratycznym państwie dawne chwasty nie tylko nie mogły działać, ale przestały fizycznie istnieć, zaatakował businessmenów z Wall Street i imperialistów amerykańskich, niedawnych protektorów Hitlera za ich knowania przeciwko Polsce i pokojowi.
Wicepremier Stefan Jędrychowski przypomniał, że pół miliona rodzin chłopskich otrzymało od państwa na Ziemiach Odzyskanych ponad 4 mln ha ziemi, powstało prawie 4,5 tys. PGR-ów, odbudowaliśmy Pa-Fa-Wag we Wrocławiu. W mieście kształci studentów, byłych żołnierzy synów robotników i chłopów kilka wyższych uczelni. Oświadczył, że w ten sposób  pokazujemy siedmioletnim dorobkiem całemu światu co znaczy Polnische Volkswirtschaft. Zapowiedział, że w  województwie opolskim powstanie wielki zakład benzyny syntetycznej oparty na uwodornieniu węgla, zbudujemy kanał Wisła – Odra, pogłębiony zostanie tor wodny od Szczecina do Świnoujścia. Powstaną nowe linie kolejowe, drogi, domy towarowe, stołówki. Polska stanie się krajem wysoko uprzemysłowionym. Taki jest program wyborczy Frontu Narodowego – zakończył.

Reportaż Polskiej Kroniki Filmowej ze Zjazdu Ziem Odzyskanych tutaj - KLIK.

Zostałyśmy wyprowadzone zza kulis przed stół prezydialny, machałyśmy czerwonymi chustami do tysięcy zgromadzonych na sali ludzi. Rozległy się okrzyki na cześć Bieruta, Stalina i ludu pracującego. Zaraz po manifestacji z druhną Zosią i kilkoma jej przyjaciółmi przydzielonymi druhnie do pomocy poszłyśmy zwiedzić wrocławskie ZOO. Gromada osób z aparatami fotograficznymi wybiegła za nami, ale wszystkich przepędzono. Znajdowałam się w samym środku grupy. O tym, żeby ze mną  ktoś mógł porozmawiać nie było mowy.

08:52, pharlap
Link Komentarze (8) »
niedziela, 20 września 2015

Lech  Lech

Po przyjeździe do Polski wróciłem natychmiast do pracy.  Wydaje mi się, że wiele osób było zaskoczonych, że nie przedłużyłem urlopu. Dwaj koledzy, którzy wyjechali do Danii w tym samym okresie co ja, przedłużyli urlopy o miesiąc czy dwa i wrócili do Polski z używanymi samochodami.

W pracy rzuciłem się w wir komputeryzacji. W Zelmocie utworzono osobny dział Przetwarzania Danych. Kierownikiem zostal pan Marian L. Już sam wybór kierownika świadczył o poważnym traktowaniu tematu. Pan Marian zajmował przedtem bardzo ważne stanowisko Głównego Technologa i cieszył się w Zelmocie dużym respektem.
W dziale na początku było nas 5 osób w tym 2 koleżanki, które ukończyły ten sam wydział co ja. Systemy projektował dla nas nadal Centralny Resortowy Ośrodek Przetwarzania Informacji (CROPI). Nasza rola polegała na współpracy przy analizie zagadnień i formułowaniu rozwiązań, a następnie wdrażanie i eksploatacja systemu.

System był przetwarzany na angielskim komputerze ICL 1900 zlokalizowanym w zakładach radiowych im. Marcina Kasprzaka. Podstawowym nośnikiem informacji były nadal karty perforowane. 
Eksploatacja systemu wyglądała w następujacy sposób - najpierw wszelkie informacje wejściowe były dziurkowane na kartach. Po wydziurkowaniu każda karta była powtórnie "dziurkowana" na sprawdzarce. Sprawdzarka sygnalizowała przypadki gdy wprowadzane dane nie zgadzały się z pierwotnym dziurkowaniem. Wówczas kartę trzeba było porównać z dokumentem źródłowym i ewentualnie wydziurkować od nowa.
Następnie karty były sortowane na sorterze, który układał je w kolejności zgodnej z logiką przetwarzania - według numerów części, według daty, itp. Wprawdzie komputer potrafił szybko posortować dane z kart, ale jednak jego czas był wydzielany bardzo oszczędnie więc opłacało się poświęcić pół godziny na sortowanie żeby oszczędzić 5 minut czasu komputera na bardziej istotne czynności.
Teraz można było jechać do Kasprzaka na przetwarzanie. 

ICL 1900

Komputer ICL 1900 to było kilka wielkich szaf umieszczonych w klimatyzowanej sali. Prócz tego była tam konsola operatora, czytnik taśmy perforowanej, czytnik kart i drukarka. Pamięć operacyjna komputera liczyła sobie 96 kB czyli tyle ile zajmuje zdjęcie w nagłówku tego blogu. Komputer nie był wyposażony w dyski, nośnikiem informacji była taśma magnetyczna. To tłumaczy dlaczego tak istotne było właściwe kodowanie a następnie sortowanie informacji. Żeby dotrzeć do informacji na taśmie trzeba ją przewinąć do właściwej pozycji co zajmuje sporo czasu. Logiczne jest przewijanie tylko w jedną stronę. Cofanie taśmy bardzo zwalnia przetwarzanie, a zbyt częste grozi jej uszkodzeniem.
Nie pamiętam jaka była szybkość procesora, pewnie kilkadziesiąt tysięcy operacji na sekundę. To była zawrotna szybkość, 90% czasu przetwarzanua zajmowało wczytywanie kart, organizacja informacji na taśmach magnetycznych i drukowanie wyników.

Dygresja - wpółczesny czytelnik może roześmiać się - komputer o pamięci 96kB, procesor o szybkości kilkudziesięciu tysięcy operacji na sekundę. Odpowiem słowami Gogola - z kogo się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie.
Powyższe możliwości są całkiem wystarczające do przetwarzania informacji dla przedsiębiorstwa średniej wielkości. Wszystko ponad to, to jest "user friendly interface" czyli umizgiwanie się do użytkownika.

Pierwszym etapem przetwarzania było formalne sprawdzenie danych na kartach - czy użyto właściwych kodów, poprawność dat, itp. Na ogół program znajdowal jakieś błędy i na tym sesja się kończyła. Jeśli błędów było niewiele a ich poprawa oczywista to była szansa wykonać poprawki na miejcu i ubłagać operatorkę żeby przetworzyła jeszcze raz. Najczęściej jednak trzeba było wrócić do zakładu, poprawić dane i czekać na kolejny dostęp do komputera.
Komputer pracował całą dobę. Oczywiście pierwszeństwo miał jego właściciel, użytkownicy zewnętrzni mieli przydzielany czas po godzinach pracy. Sesje dłuższe niż godzina były naogół przydzielane w nocy. W poczekalni dla użytkowników poznałem sporo ciekawych osób z instytucji o bardzo róznorodnym profilu. Niektóre znajomości twają do dzisiaj.

Płynny czas pracy otworzył przede mną nowe możliwości. Przyjąłem propozycję pracy na pół etatu w Warszawskich Zakładach Mechanicznych (WZM) na Czerniakowie. Moim zadaniem było opracowanie projektu komputeryzacji zakładu. 

Frania

Moje dochody stały się całkiem pokaźne. Pensja w Zelmocie ponad 3,000 zł, do tego szkoła zawodowa - kilkaset złotych miesięcznie, pół etatu w WZM - 1,800 zł.
Nie było wielkich możliwości wydawania pieniędzy. Żywność nie była zbyt droga, mieszkanie było niewielkie więc nie stwarzało pokusy do ulepszania zresztą nie było wielkiego wyboru mebli ani sprzętu domowego. O przepraszam - udało nam się kupić lodówkę i mechaniczną pralkę Frania - zdjęcie ze strony Legendy-PRL.pl
Książki i rozrywki kulturalne były tanie. 

Nowe mieszkanie miało pewne minusy. Było na X piętrze, na szczęście winda działała dość sprawnie i tylko kilka razy trzeba było wdrapywać się po schodach. Natomiast poważnym minusem było oszczędnościowe ogrzewanie centralne. Nie wiem zresztą czy było oszczędnościowe gdyż oszczędzono tylko na kranach - nie było ich - a zatem kaloryfera nie można było regulować ani wyłączyć. Przez cały sezon grzewczy kaloryfery grzały całą parą. U nas, na najwyższym piętrze, były oczywiście najgorętsze. Trzeba było mieć przez cały sezon grzewczy otwarte lub przynajmniej uchylone okna, Podczas deszczu czy silnego wiatru trzeba je było jednak przymykać. Prócz tego trzeba było trzymać pod kaloryferem pojemniki z wodą gdyż powietrze było zbyt wysuszone. Do tego doszły stuki w kaloryferach. To rezultat zapowietrzenia. Jednak żeby odpowietrzyć trzeba było prosić Spółdzielnię o pomoc, to trwało kilka dni. W rezultacie, przed pójściem spać, schodziłem do piwnicy i zakręcałem kaloryfery w całym naszym pionie. Rano, natychmiast po wstaniu je odkręcałem - wtedy dopiero słychać było stuki. Wstawałem dość wcześnie, ale pewnie niejedna osoba budziła się przede mną, w wyziębionym mieszkaniu. Niektórzy lokatorzy składali skargi, dozorczyni patrzyła na mnie dość podejrzliwie, ale ona patrzyła na każdego podejrzliwie, więc sądzę, że nie zostałem zdemaskowany.
Oczywiście złożyłem w tej sprawie zażalenie i prośbę o kolejną wymianę wadliwego mieszkania. Wydaje mi się, że nadmiar zajęć w pracy nie pozwolił mi nadać tej sprawie właściwego rozgłosu i wytrzymaliśmy w tym mieszkaniu chyba 4 lata.

Wspominałem, że podczas mojego pobytu w Anglii Syiwia pojechała na wczasy do Bierutowic. Poznała tam bardzo sympatyczną parę - Bożenę i Krzysztofa. To znaczy na początku pobytu nie byli oni jeszcze parą, dopiero pod okiem Sylwii ich znajomość zakwitła. Po kilku latach pobrali się.
Nasz pierwszy bliższy kontakt to był wspólny wyjazd do Zakopanego na narty na Wielkanoc 1969 roku. Śniegu była masa. Bożena i Krzysztof jeździli na nartach bardzo dobrze, Sylwia też zrobiła pewne postępy. Jeździliśmy głównie na Kalatówkach gdyż o wjeździe kolejką na Kasprowy można było tylko pomarzyć. Jednak raz wdrapaliśmy się z Krzysztofem przez Boczań na Halę Gasiennicową.

Zakopane

Znajomość z Bożeną to było dla mnie odkrycie nowego świata. Jej ojciec prowadził prywatny zakład naprawy maszyn liczących, posiadał autoryzacje wszystkich poważnych producentów tych maszyn. Rodzice mieli elegancką willę na Mokotowie w sąsiedztwie rezydencji zagranicznych dyplomatów. Siostra Bożeny mieszkała na stałe w Szwajcarii. Do tego czasu słowo "prywaciarz" podobnie jak "badylarz" miało dla mnie pejoratywny charakter. Okazało się, że w polskiej komunie można było prowadzić zaawansowaną technicznie, nowoczesną i zyskowną działalność. Oczywiście nad każdym "prywaciarzem" wisiała groźba domiaru ze strony wszechmocnego urzędu podatkowego. Ojciec Bożeny żartował, że dobrze mieć samochód podrapany z jednej strony i tak go parkować pod urzędem podatkowym  żeby właśnie ta strona była widoczna z okien.
Bożena przebywała jakiś czas w Anglii, pracowała, zarobiła na samochód - volkswagen garbus. 

Wspominałem, że umiałem programować i na prośbę użytkowników dopisywałem do opracowanego przez CROPI systemu dodatkowe programy. Gdy projekt wkroczył w sferę planowania i rozliczenia produkcji zacząłem projektować i programować całe moduły systemu. Zacząłem również ulepszać istniejące programy. Jeden z nich, planowanie kosztów materiałowych produkcji, przekraczał możliwości komputera niewyposażonego w dyski. Program przewijał wielokrotnie taśmę i chyba nigdy nie zakończył swojej pracy sukcesem. Zmieniłem całkowicie koncepcję programu i udało mi się skrócić jego pracę do kilkunastu minut i do jednego przewinięcia taśmy.
W tym okresie czułem, że potrafiłbym opracować systemy bardziej przydatne dla Zelmotu niż robiło to CROPI, ten przypadek to udowodnił. Moje usprawnienie nagrodzono wieloma pochwałami, ale to mi nie wystarczało - przecież CROPI dostało dużo pieniędzy za ten system, skoro tak to mnie należy się przynajmniej nagroda za racjonalizację. Mój szef mnie poparł, wysokość nagrody 10,000 zł. Okazało się jednak, że przepisy dotyczące wynalazczości i racjonalizacji nadążały za postępem - dodano jednoznaczny przepis, że usprawnienia programów komputerowych nie zaliczają się do racjonalizacji. Podziwiam wytrwałość mojego szefa, który wymógł na dyrekcji przyznanie mi nagrody, nie wiem z jakiego konta.

Od tej chwili wyznaczono mi znacznie szersze pole działania i w każdej wolnej chwili, nawet w niedziele i podczas urlopu, wymyślałem coraz to nowe zastosowania komputera. Zorientowałem się, że praca dla zakładu przemysłowego średniej wielkości, do tego nie posiadającego własnego komputera, to dla mnie za mało. Zacząłem rozglądać się za inną pracą. W międzyczasie napisałem cykl artykułów o moich projektach, które zostały opublikowane w miesięczniku Organizacja i Zarządzanie. Honoraria były całkiem wysokie, pieniądze pchały się do mnie drzwiami i oknami. 
Przyznam się do jeszcze jednego, moralnie podejrzanego, czynu - napisałem dla kogoś pracę magisterską. Moja praca dyplomowa została nagrodzona. Podobno prof. Chajtman prezentował jej fragmenty na wykładach. Nic dziwnego, że zrobił mi reklamę. Nie miałem wielkich wyrzutów sumienia gdyż mój klient był już inżynierem i wiedziałem, że jest dobrym fachowcem. Tytuł magisterski był mu potrzebny do otrzymania dodatku do pensji.

A propos tytuł magisterski. Kierownik działu administracyjnego Zelmotu zawsze pamiętał o tytule osoby, z którą rozmawiał. Gdy zrobiłem dyplom zaczął mnie tytułować inżynierem magistrem.
- Ja wiem, że poprawnie mówi się magister inżynier - tłumaczył - ale dla mnie jednak inżynier to jest inżynier. Rozumiemy się panie inżynierze magistrze? Bo magister to już nie wiadomo. Na przykład ten P. M-a-g-i-s-t-e-r P. Skąd on ma ten tytuł? Skąd on ma to nazwisko? Rozumiemy się panie inżynierze magistrze? My, ludzie z cenzusem, musimy trzymać się razem. Niech pan do mnie wpadnie to panu dam kalendarz TENO. One są tylko dla dyrekcji, ale mam kilka dodatkowych, Dla pana, dla magistra W (pana Tadeusza). Dla ludzi z cenzusem. Rozumie pan.

Mimo pewnych zapasów finansowych nie chciałem słyszeć o kupnie samochodu czy jakiejś podmiejskiej działki. Posiadanie nieruchomości przerażalo mnie, posiadanie samochodu również - wydawało mi się, że jest to uzależnienie się od niezbyt uczciwych mechaników samochodowych. Dużo bardziej wolałem spędzać czas nad projektowaniem i projektowaniem. Wyrosłem na idealne dziecko komuny - od każdego według jego możliwości - tak, czułem w sobie duży potencjał i szukałem kogoś kto zechce i potrafi to wykorzystać.
Co do drugiej strony medalu - każdemu według jego potrzeb - nie miałem jasnego stanowiska. Wydaje mi się, że byłbym w stanie zaakceptowac tę zasadę gdyby była powszechnie stosowana. Tak jak akceptowałem powojenną biedę, która była udziałem wszystkich znanych mi osób.

Tagi: 1964-71 praca
09:16, pharlap
Link Komentarze (8) »
piątek, 18 września 2015

 Tadeusz
Rok piąty na studiach to dla wszystkich normalnych studentów rok ostatni. A u mnie to tylko absolutorium. Okazuje się, że sztuki plastyczne są tak złożone i takiego wymagają nakładu czasu przy tworzeniu nowego fachowca co i  medycyna, która jest przecież dziedziną najważniejszą ze wszystkich na świecie. Obok, jak się okazuje, sztuk plastycznych.A ja w ten rok wstąpiłem w roli podwójnej. Zawodowej i prywatnej, rodzinnej.

Pojawił się przedmiot nowy -  tkanina unikatowa. Prowadził ją Lech Kunka, malarz znany, uczeń Legera, ale chyba ani jednej tkaniny nie zrobił. I my też ani jednego projektu tkaniny nie zrobiliśmy, same malarskie projekty, o realizację nie troszcząc się absolutnie. Z mojego ulubionego przedmiotu - kompozycji u prof. Fijałkowskiego - robiłem analizę formalną Piety z Avignonu, arcydzieła, którego autorem był Mistrz Piety z Avignonu. Z niczego innego nie był znany. Arcydzieła potrafią żyć swym życiem bez rodziców! Bardzo mi szkoda, że nie mam żadnej dokumentacji tej pracy. To było kilkanaście par zestawu  dzieła z jego wektorową analizą. Mgliście pamiętam, że to były aspekty wedle poszczególnych osi symetri i przekątnych zestawionych także z negatywami fotograficznymi. Bo analiza dzieła może być interpretowana na różne sposoby. A wszystko w czerni i bieli bo nie mialem możliwości technicznych pokazania koloru - takie to były czasy bez barwnej fotografii. Wyszło dobrze i zdobyłem zaliczenie. Pieta nadal jest dla mnie arcydziełem. W malarstwie w tamtym okresie trochę się zagubiłem. Nigdy nie miałem wizji siebie, bo siebie w tej dziedzinie nigdy nie ceniłem. To nie jest skromność - ani wtedy ani dziś nie widzę indywidualności na miarę światowego twórcy na polskiej arenie sztuki. Gorzej - ja tej indywidualności nie widzę  obecnie nigdzie na świecie! To był okres gdy narastał kryzys dotychczasowego malarskiego ładu i logicznej konsekwencji. A dalej była tylko albo pustka albo cyrk w rodzaju opakowywania papierem toaletowym mostu. Nadchodził dekadencki okres instalacji do dziś trwający. Czułem to i byłem bezradny. 

Prywatnie czekaliśmy na dziecko. Strategiczne decyzje już podczas praktyki w Walimiu zostały podjęte. Widziałem możliwości zostania na uczelni, ale z niską płacą asystenta i, co najważniejsze, bez żadnych szans na mieszkanie. Nie wiedzieliśmy jaka płeć będzie, wówczas jeszcze żadne USG nie istniało. Chłopiec miał być Mateuszem, a dziewczynka? Moja i Elizy przyjaciółka Monika Gawińska, koleżanka ze studiów,  zaproponowała Magdalenę, Magdę. Bardzo nam się spodobało. I w ten sposób stała się cywilną matką chrzestną naszego dziecka.
Wieczorami słuchaliśmy muzyki z nowego adapteru. Prawie codziennym utworem był XX koncert Mozarta na fortepian w wykonaniu Światosława Richtera. Ta płyta nadal u nas jest, link do tego właśnie wykonania KLIK Przez dużą część swego płodowego życia nasze dziecko go słuchało. 
Załóżmy, że dziecko reprezentowane było przez fortepian Richtera - oto jestem, nowe dziecko świata, nowe życie, piękne, harmonijne, czeka i tęskni  do was. A świat czyli orkiestra pod batutą Stanisława Wisłockiego odpowiada - jesteś jak my, czekamy na ciebie, świat jest twój i nasz. Mówimy tym samym jezykiem, piękno twoje jest takie samo jak nasze. Przychodź! Bardzo jestem ciekawy co moja córka na taką interpretację tego koncertu Mozarta odpowie. To chyba niemożliwe by swe życie prenatalne pamiętała!

Muzyka była zawsze moim ideałem sztuki. Całkowicie abstrakcyjna, a realia i realne uczucia wspaniale przekazująca. Czułem się jako plastyk gorszy wobec tamtej dziedziny sztuki.  To był dręczący mnie kompleks. Dopiero po latach znalazlem aspekt nie wyższości, bo to niemożliwe, ale odrębnej wartości - sztuki plastyczne nie wymagają, jak muzyka, zaufania ani zgody - atakują w ułamku sekudy i mogą w tej jednej chwili opanować odbiorcę. 
Chodziliśmy co tydzień na koncerty do filharmonii łódzkiej. Na jednym podczas koncertu skrzypcowego Beethovena dziecko kopnęło żonę tak mocno, że spadła z jej kolan torebka. Nie pamiętamy ani wykonawcy ani dyrygenta. To był luty lub początek marca 1965.  Po latach dziecko okazało się być muzykologiem!

Mama Moniki Gawińskiej była lekarzem, a więc zaprotegowała nas do najlepszej wówczas kliniki porodowej w Łodzi czyli milicyjnej. Żona była tam traktowana prawie jak zaprzyjaźniona osoba, lekarze wiedzieli nawet jakie przewidziane są imiona. Noc porodu spędziłem u Moniki.  Miała telefon co nie było częste w tamtych czasach.  Wieczorem usłyszałem wiadomość, że Eliza właśnie poszła na porodową salę. To był ten moment, który wywoływał we mnie poczucie inności i gorszości jednocześnie. My mężczyźni rodzić nie możemy. To było magiczne poczucie wyobcowania z jakiejś nadzwyczajnej metafizycznej czynności.

Po paru godzinach wiadomość - ma pan córkę.
To było o północy 13 marca 1965. Mogło być 14, ale żona wybrała tę datę bo 13 lubimy.  Poród był długi, męczący, ale normalny.
Pierwsze słowa odbierającego poród lekarza to - Jest Magda!
Pierwszymi słowami żony było: Dajcie papierosa!
Dnia następnego szedłem rozsłonecznioną ulicą w wiosenny marcowy poranek i nagle poczułem, że jestem człowiekiem dorosłym. Nie boję się niczego, wszystkiemu dam radę. Odpowiadam za życie nowego człowieka, muszę mu zapewnić bezpieczeństwo i zrobię to. Pierwszy raz w życiu miałem przekonanie, że jestem dla kogoś, a nie dla siebie! Odpowiedzialność - cecha, która we mnie tylko nieśmiało pączkowała stała się jedną z najważniejszych.

Potem to było normalne życie. Jako małżeństwo studenckie dostaliśmy darmową wyprawkę. Dwa kaftaniki dla noworodka i kapturek by uszy nie odstawały - ze zwykłego pościelowego szorstkiego płótna, żadne dzisiejsze delikatności i batysty. 12 pieluszek tetrowych - norma w tamtych czasach. Musieliśmy dokupić jeszcze dwa  tuziny. Kocyk flanelowy. Ceratka.  
Przez pierwsze dni przychodziła położna i pokazywała jak dziecko kąpać, przewijać, trzymać do beknięcia po karmieniu.  Potem sam wszystkiego się nauczyłem. Także prać pieluchy - czynność dziś zapewne nieznana. Wychodziło do 20 pieluch dziennie.  Wieczorne kąpanie było w miednicy o średnicy około 60 cm. Pożyczyliśmy ją od sąsiadki. Fajnie było trzymać plecy niemowlęcia w rozpostartych palcach i z opartą na nadgarstku jego główką i jednocześnie myć resztę - to wymagało uwagi i staranności. 
Magda nie miała łóżeczka dziecinnego. Spała w wiklinowym koszu na bieliznę. Takim owalnym, z uchwytami na końcach. Wieczorami sporo pracowałem przy projektach, rysunkach. Lampę osłaniałem szmatką by dziecka światło nie raziło. Ale dym z papierosów - paliliśmy sporo, zwłaszcza ja przy pracy - otaczał dziecko bez przerwy. Nie było wówczas powszechnej świadomości szkodliwości palenia, walka z papierosami rozpoczęła się dopiero po latach. 

Była coraz cieplejsza wiosna i zaczęliśmy starania o wózek. Polegało to na pytaniu czy ktoś wie o wózku, który już przestał być potrzebny. Znajomi znaleźli znajomych, którzy za ćwierć ceny nowego sprzedali nam pojazd, Magda była dopiero trzecim jego użytkownikiem. Brakowało mu jednego resoru, ale uzupełniłem to sznurkiem. Poza spacerami specjalnymi było codzienne wędrowanie do stołówki na obiad. W obie strony około 3-4 kilometrów. W czasie naszego obiadu wózek z dzieckiem zostawał na dziedzińcu przy wejściu - stołówka była w suterenie. Prawie każda muzyczka, plastyczka czy aktorka - bo taki był zestaw studentów - przed zejściem na obiad do wózka zaglądała i uśmiechała się. Nigdy nie musieliśmy biec do płaczącego dziecka. Chłopcy byli mniej aktywni w okazywaniu sympatii stołówkowej maskotce.
To były najpiękniejsze miesiące roku - kwiecień, maj, czerwiec. Ostatnie dni naszego pobytu w Łodzi. 

P.S. Od Lecha - Pieta z Avinionu - to chyba to:

Pieta

Proszę kliknąć w obraz żeby przeczytać informacje w wikipedii.


 PS od Tadeusza: Światosław Richter zdominował  komentarze więc dodaję moją karykaturę z lutego  1977 przy recenzji z koncertu w Białymstoku.
 Ś.  Richter słynął z wielkich, ciężkich dłoni.

środa, 16 września 2015

Lech  Lech

Jagoda i jej mąż obracali się głównie w polskim środowisku. Pamiętam, że raz zaproszono nas na brydża. Wśród gości było sporo starej Polonii, chyba był nawet jakiś minister Rządu Londyńskiego. Oczywiście grali stosując zapis polski. Ja też uczyłem się brydża w tym systemie, ale w 1955 roku brydż został zaakceptowany w Polsce jako dobry sposób spędzania czasu, powstały kluby brydżowe, pojawił się brydż sportowy i wraz z nim zapis międzynarodowy, który bardziej faworyzował precyzję gry podczas gdy zapis polski zachęcał do ryzyka.
Grałem z dużym przejęciem gdyż gospodarz zaprosił mnie do stołu słowami - zobaczmy czy też nowe, wychowane w Polsce, pokolenie jeszcze umie grać w brydża. Chyba sprostałem wyzwaniu.

Innym pamiętnym spotkaniem była wizyta pana zatrudniownego w sekcji polskiej radia BBC. Bardzo kulturalny i elokwentny, z przyjemnością go słuchałem - pięknie budowane zdania, świetna dykcja. Temat rozmowy był też ciekawy - planowanie edukacji dzieci. Pan Wojciech (mąż Jagody) przykładał wielką wagę do zachowania przez Kasię czystego polskiego języka. W związku z tym planował, ze Kasia pójdzie do francuskiego przedszkola a potem do francuskiej szkoły. Dzięki temu złapie poprawny francuski akcent a równocześnie jej polszczyzna nie zostanie zdominowana przez wszechobecny angielski. Jego rozmówca gorąco popierał tę koncepcję.
Słuchałem tego jak opowieści z innej planety. Dla mnie oczywiste było, że przedszkole i szkoła są państwowe i zrejonizowane. Wszystko ponadto to był dla mnie kaprys.

Kilka razy pomagałem nieco panu Wojciechowi; drobne prace gdy z jakiegoś mieszkania wyprowadzili się lokatorzy. Przy tej okazji obejrzałem te mieszkania. Pojedyńcze spore pokoje w dużych ładnych willach. W każdym mieszkaniu indywidualny licznik zużycia eletryczności i gazu. Do licznika trzeba było wrzucić monety, gdy kredyt się wyczerpał światło gasło.
Pewnego razu odwiedziliśmy jedngo z lokatorów - emerytowany oficer, który większość służby odbył w Indiach. Bardzo elegancki i dystyngowany pan. Przy szklance whisky zebrało mu się na wspomnienia.
Wiele razy wysyłano mnie z misją przygotowania gruntu na dla nowego zarządcy miasta czy rejonu. Poprzedni zarządca się wypalił - pił, nie pilnował dyscypliny, wojsko i urzędnicy się zdemoralizowali, miejscowa ludność zaczynała się buntować.
Przyjeżdżałem razem z kompanią wojska. Starą kompanię natychmiast odsyłaliśmy do macierzystej jednostki wojskowej. Oddział żołnierzy hinduskich zostawał rozwiązany. Zarządca już był zawieszony w obowiązkach, przejmowałem jego rolę. Następnego dnia, w południe, przy największym upale, maszerowałem na czele kompanii główną ulica miasta. Uroczystość przejęcia terenu. Na zakończenie ogłaszaliśmy werbunek ochotników. Zgłaszali się chętnie gdyż oferowaliśmy niezłe warunki. Nowoprzyjęci byli poddawani twardej dyscyplinie i wielogodzinnej musztrze. Słabsi szybko się wykruszali. W tych, którzy wytrzymali staraliśmy się wyrobić poczucie wyższości nad niezdyscyplinowanym tłumem. Udawało się. Po 2 tygodniach mogłem powiadomić centralę , że teren jest gotowy na przybycie nowego zarządcy.
Na pytanie jak znosił gorący klimat miał prostą odpowiedź - mocna, gorąca herbata i whisky.
Po wizycie wyraziłem zdziwienie, że człowiek po takiej karierze nie ma własnego domu.
- Żona złamała mu karierę - wyjaśnił pan Wojciech.
- Żona? W jaki sposób? To przecież bardzo elegancka i inteligentna kobieta.
Pan Wojciech spojrzał na mnie jak na kogoś dziwnego.
- Jak to? Nie rozumie pan? Hinduska.

Odnosiłem wrażenie, że Jagoda i jej mąż byli ciekawi czy podejmę jakieś starania o pracę. Chyba z myślą o tym skontaktowali mnie z Polakiem, który podobno chciał się ze mną spotkać i ewentualnie skorzystać z mojej pomocy. Był to bardzo kulturalny pan, który zaprosił mnie na lunch i pogawędkę. Na wstępie spytał czy mógłbym mu pomóc w czyszczeniu dywanów. Dla mnie, który wynegocjował wymianę mieszkania z powodu złej jakości dywanów, było to ciekawe doświadczenie. Dywany były dużo lepszej jakości niż te na Radarowej i dużo staranniej położone. Czyszczenie polegało na spryskaniu dywanu pianą i odkurzeniu go gdy piana dobrze wyschnie. Do oczyszczenia były chyba 2 pokoje i zajęło mi to pewnie pół godziny czasu nie licząc przerwy na schnięcie podczas której gospodarz poczęstował mnie herbatą. Nieco zażenowało mnie, że mój gospodarz nalegał żebym przyjął zapłatę za ten niewieki wysiłek. Nie chciałem jej przyjąć, ale odniosłem wrażenie, że dla niego było to dość istotne więc w końcu przyjąłem.
Na lunch pojechaliśmy do POSK (Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny) - KLIK. Tam mój gospodarz zapoznał mnie z panią Moniką, młodą dziewczyną, która przyjechała tu z Polski kilka miesięcy temu i miała dobre rozeznanie w możliwościach pracy. Pani Monika też była bardzo miła i rzeczywiście znała się na rzeczy. Najpopularniejszym zajęciem były renowacje domów i mieszkań. Zaoferowała mi kontakt z właściwymi osobami, zapewniła, że mój brak jakiegokolwiek doświadczenia nie jest przeszkodą. Ona pracowała w zespole remontowym a prócz tego w restauracji jako kelnerka. Twierdziła, że oficjalny, wpisany w wizę, zakaz pracy nie jest żadnym problemem. Mieszkała w sporym mieszkaniu wynajętym przez sporą grupę Polaków. Przypomniał mi się dowcip opowiadany przez Joyce:
- Straszny wypadek, zagniotło 12 Pakistańczyków.
- Co się stało?
- Łóżko się zawaliło.
Czyżby ta, rozpoczynąjąca się literą P, narodowość ofiar to była jakaś aluzja?

Po kilku dniach pobytu wybrałem się z wizytą do Joyce. Mieszkała w niewielkim domku w dzielnicy Pinner. Rzeczywiście trudno było tam kogoś ugościć. Ich syn Stefan był młodszym oficerem na staku pasażerskim i w lutym miał być na morzu, jednak z powodu choroby był w domu tak, że jego sypialnia była zajęta.
Joyce była typową Angielką, jakby wyjęta ze znanych mi angielskich filmów. Stefan był bardzo przystojnym mężczyzną, z długimi włosami wyglądał jak któryś z Beatlesów. Poznałem też jego narzeczoną - Lynne - też zgadzała się ze stereotypem atrakcyjnej młodej Angielki. Pojechaliśmy obejrzeć zamek Windsor - tylko z zewnatrz. Wstąpiliśmy na piwo do pubu, poszliśmy chyba do kina na jakiś popularny właśnie film.

Po kilku tygodniach przyjechał wujek Rysiek i w tym czasie odwiedziłem ich kilka razy...

Wujek Rysiek

Rozmawialiśmy o rodzinie, o pracy wujka. Wujek mówił, że nie spodziewa się żeby Stefan został na stałe na morzu, choćby ze względu na Lynne.  Widziałem, że wujek czuje się w domu trochę jak gość. Joyce urządziła wszystko po swojemu, w końcu ona spędzała tu cały czas. Wujek wspomniał żartem, że Stefan ma zdolności do gier hazardowych. Nawet miał z tego powodu kłopoty w szkole gdyż organizował różnego rodzaju totalizatory.
Życie potwierdziło przydatność tych zainteresowań. Stefan zaczął pracowac jako makler w bardzo szacownej firmie Furness Withy - KLIK i doszedł tam do stanowiska dyrektora naczelnego. Ożenił się z Lynne.
Któregoś dnia wybraliśmy się samochodem do centrum Londynu. Objechaliśmy znane mi już z pieszych wędrówek trasy, odwiedziliśmy opactwo Westminster i katedrę św Pawła. W katedrze Joyce zwróciła moją uwagę na malutki fragment witraża - sylwetka samolotu myśliwskiego i polska flaga. To uhonorowanie udziału Polaków w Bitwie o Anglię - oznajmiła. Pewnie wybrzydzam, ale odniosłem wrażenie, że Czesi dostali większy kawałek witraża.
W internecie znalazłem wizerunki kilku witraży katedry St Paul z polską tematyką...

Witraże

... ale chyba powstały już po mojej wizycie.

Wstąpiliśmy też na piwo do słynnego pubu - Prospect of Withby - KLIK.

Pamiętnym wydarzeniem była wizyta z Wukiem i Joyce w teatrze na musicalu Fiddler on the Roof. Do tego czasu znałem musicale amerykańskie w wersji filmowej - Walking in the Rain, Amerykanin w Paryżu. Musical na scenie to było coś nowego, do tego z wielką ilością żydowsko-polsko-kresowego folkloru - choćby wioska Anatewka - KLIK (właściwa piosenka zaczyna się po 1 minucie). Podany link to fragment filmowej wersji, według mnie znacznie słabszej od żywego i bardzo zwartego przedstawienia na scenie tetralnej.
W teatrze niemile zaskoczył mnie brak szatni. Była zima. Prawdopodobnie zakładano, że do teatru przyjeżdża się samochodem. Jednak większość ludzi miała ze sobą płaszcze, kapelusze, parasole. Niby elegancki teatr a dopóki nie zgaszono świateł to miałem wrażenie, że jestem w poczekalni na dworcu. W Australii zastałem podobne obyczaje chociaż w ostatnich latach szatnie robią się coraz popularniejsze. W większości przypadków są darmowe. W tym punkcie komuna była daleko do przodu - szatnie były ogromne, płatne i chyba przynosiły więcej dochodu netto niż bilety.

Od Sylwii dostałem list z informacją, że w Anglii właśnie przebywa jej kuzynka i dobra przyjaciółka z dziecinnych lat, poleciła mi skontaktować się z nią. Zadzwoniłem - okazało się, że Basia przebywa na stałe w Australii, do Anglii przyjechali na dwa, trzy lata, jej mąż - dentysta - ma tu dobry kontrakt. Mieli dwuletnią córkę - Iwonkę. Przyjechali po mnie czerwonym jaguarem i spędziłem z nimi jeden dzień. Mieszkali w Basingstoke - 70 km od Londynu gdzie Janusz pracował.

Basia i Janusz

W drodze zwiedziliśmy katedrę w Winchester. Wiele czasu spędziliśmy na wzajemnym przedstawianiu się - pokrewieństwo Basi z Sylwią, jak dostali się do Australii, skąd ja znalazłem się w ich rodzinie i w Londynie. Było to znamienne spotkanie - po latach nasze ścieżki życiowe zbiegły się bardzo blisko.

Wspominałem, że śwital mi w głowie pomysł pracy w Anglii. Jedyna praca, która mnie interesowała to programowanie komputerów. Ku mojemu zaskoczeniu ogłoszeń o pracy nie było zbyt wiele a co gorsza przeważająca większość dotyczyła programowania komputerów IBM w nieznanym mi języku PL1. Pan Wojciech bardzo sceptycznie odnosił się do moich poszukiwań.
- Tu jest recesja, bezrobocie. Jeśli już zatrudnią obcokrajowca to tylko jakiegoś wybitnego specjalistę z USA. Ja panu radzę rozważyć działalność marketingową na rynku polskim.
- ????
- Oni szukają nowych rynków zbytu. Czują potencjał w krajach komunistycznych, ale nie znają lokalnych warunków, boją się. Pan ma szanse wzbudzic ich zaufanie
- Ale co mam im zaoferować? Pomoc w sprzedaży komputerów w Polsce? Przecież to absolutnie poza moją strefą działania.
- Nic nie oferować. Po prostu przedstawić się. Niech oni myślą jak wykorzystać pański potencjał.
Muszę przyznać, że ta idea ogromnie mnie rozbawiła i postanowiłem spróbować. Znana mi firma ICL miała już przedstawicielstwo w Warszawie, IBM to była za duża ryba, wybrałem firmę Honeywell. Pan Wojciech osobiście wyekwipował mnie na tę wizytę. Pierwsza sprawa to musi pan mieć porządną teczkę a w niej sporo papierów. Umówiłem się telefonicznie i o wyznaczonym czasie pojawiłem się w sekretariacie z bardzo elegancką teczką. Przedstawiłem się zgodnie z prawdą jako zapaleniec komputeryzacji, który chciałby pracować na nowoczesnych komputerach. Wspomniałem, że zainstalowane w Polsce komputery ICL i IBM nie spełniają moich oczekiwań więc, po pierwsze - czy Honeywell ma jakieś koncepcje, po drugie - czy mógłbym być w jakiś sposób przydatny we wprowadzeniu ich na polski rynek.
Trafiłem w dziesiątkę. Najpierw poświęcili sporo czasu na przedstawienie mi swoich produktów. To było naprawdę ciekawe. Potem spotkałem się z ludźmi z marketingu. Zaczęli omawiać ze mną różne możliwości działania. W tym momencie ogarnął mnie strach. To przybierało realne kształty. Oczyma wyobraźni widziałem jakie podejrzenia mogę wzbudzić u polskich władz, jakich deklaracji lojalnosci mogą ode mnie zażądać. A przede wszystkim - w tym były może pieniądze i wyjazdy zagraniczne, ale nie było tego o co mi chodziło - programowania komputerów. Ostatnia godzina to było dyplomatyczne rozwadnianie całej sprawy. Mam nadzieję, że mi się udało i że nie pozostawiłem po sobie złego wrażenia.
Komputery Honeywell dotarły do Polski i dzięki Bogu nie miałem z tym nic wspólnego, ale o tym dopiero za 5 lat.

Mój pobyt dobiegał końca. Droga powrotna przebiegła bez żadnych wydarzeń i emocji. Wróciłem do domu syty wrażeń i z wielkim sentymentem do Londynu.
Uwaga końcowa - wydaje mi się, ze moje wszystkie wydatki w Londynie nie przekroczyły $120. To były dolary.

niedziela, 13 września 2015

Wiesia  Wiesia

Nasza pani dyrektor biegła truchtem przez hall. Gdy znalazłam się blisko, gwałtownie wyhamowała, chwyciła mnie za ramię, burknęła coś pod nosem, wyjęła z torebki grzebień, przyczesała moje włosy, kazała porządnie obciągnąć szkolny fartuch i zaprowadziła do pokoju nauczycielskiego. Nie wiedziałam o co chodzi?  Siedzieli tam dwaj panowie i pani, a przed nimi koleżanka z młodszej niż ja klasy, która poprzedniego dnia podczas uroczystości rozpoczęcia roku recytowała wiersz o Warszawie śpiewnym głosem. Goście polecili jej wrócić na lekcje. Kiedy wyszła grymasili, że za dobrze wygląda, poza tym zaciąga i dlatego absolutnie się nie nadaje. No to macie taką – westchnęła dyrektorka lekko popychając mnie w ich kierunku. Kazali mi się obrócić się dookoła, zbliżyć bardziej do siebie, popatrzyli po kolei prosto w twarz, potem musiałam coś czytać, deklamowałam. Dyrektorka dawała znaki, żebym wykonywała polecenia gości.

Zaczęli wypytywać o mojego ojca i mamę, o to gdzie spędziłam wakacje? Mniej ja mówiłam, więcej pani dyrektor, o tym, że przyjechałam do Warszawy dopiero do piątej klasy, a przedtem nigdy w Warszawie nie byłam. Rodzice też nie stąd, matka jest urzędniczką w banku, pochodzi ze wsi, ojciec inżynier architekt z Krakowa został pełnomocnikiem ministra do spraw budownictwa z gliny, są w porządku, a ja urodziłam się w Krakowie, uczę się nieźle, ale jeszcze ze mnie dzieciuch. Dobrze, bardzo dobrze, o to nam chodzi – odezwał się jeden z przybyłych. Kazali mi się przechodzić do drzwi i z powrotem. Kobieta, którą miałam nazywać druhną Zosią podeszła do mnie, pochyliła się i obejrzała odrapania na wystających kolanach, poczułam muśnięcie jej czarnych włosów po moim policzku. Pogładziła mnie po głowie.
 Tak, jak chcieli zaczęłam opowiadać o wakacjach u babci i dziadka Juszkiewiczów w Gwoźdźcu, panowie coś szybko zapisali, ale zaraz przestały  ich obchodzić moje wakacje, zaczęli dopytywać co wiem o Warszawie, czy ktoś mi opowiadał co się tutaj działo w czasie wojny? Może z rodziny?  Odpowiedziałam już nie speszona, ale poirytowana, że wszyscy wiedzą co się działo, bo słyszeli - Warszawę zburzyli Niemcy. Ale jak to było, po kolei, może wiesz?  – dociekali. Zrzucali bomby, podpalali domy, strzelali – spojrzałam zdesperowana na panią dyrektor, a potem na druhnę Zosię. Nasza dyrektorka milczała. Ani na moment nie usiadła na krześle, cały czas stała. Druhna Zosia zadowolona uśmiechała się do mnie i z aprobatą kiwała głową. No to ją zabieramy – oświadczyli goście. Pani dyrektor zwolniła mnie z wszystkich lekcji, a w następnych dniach, zaraz po obiedzie w szkolnej stołówce, spod szkoły miała mnie zabierać ze sobą druhna Zosia. Dyrektorka obiecała osobiście zawiadomić moich rodziców, że przez kilkanaście dni wracać będę trochę później i ich zapewnić, że jestem pod dobrą opieką.  Razem z druhną Zosią popołudniami przyjeżdżać będę samochodem w to samo miejsce przed szkołą na Nowolipiu 8, z którego zostałam zabrana i pójdę  sobie spokojnie do domu. Do odwołania byłam zwolniona z odrabiania lekcji ze wszystkich przedmiotów.
Znaleźliśmy się pokoju z dywanem i palmą w wielkim gmachu w alei Szucha 25 (dziś siedziba Ministerstwa Edukacji Narodowej)...  

Po najechaniu myszą na powyższe zdjęcie powinno pojawić się zdjęcie tego budynku podczas okupacji.

Druhna Zosia przedstawiła mi panów poznanych w szkole, jako towarzyszy Stacha i Edmunda, tak miałam się do nich od tej pory zwracać. Powiedziała, że to są jej i moi przyjaciele, wspaniali ludzie, można im zaufać, patrioci – internacjonaliści. Mają wielkie serca, kochają  Ojczyznę z jej prastarymi, polskimi Ziemiami Odzyskanymi, które wróciły do Polski. Zapytała, co wiem o Ziemiach Odzyskanych? Nie wiedziałam nic. Nie szkodzi, dowiesz się od nas, zobaczysz filmy, jak były zrujnowane po wojnie i jak je Polacy szybko odbudowują. Otóż moi przyjaciele, a teraz także i twoi zrobią dla Polski wszystko, są gotowi i dla nas na każde poświęcenie. Kochają proletariat i Związek Radziecki. Wiedzą co naprawdę jest dobre, a co złe. W tym wieku co ty dziewczyna ma prawo w czymś pogubić, czegoś nie rozumieć,  nie przejmuj się tym, pytaj bez skrępowania Stacha, Edmunda, albo mnie. Wytłumaczmy. Poprosiła, żebym kilkakrotnie powtórzyła słowa: patriota, internacjonalista, proletariat. Nie miałam z tym problemu. Druhna zaznaczyła, że nie jest patriotą ten, kto nie jest internacjonalistą, a internacjonalistą ten, kto nie jest patriotą.
Towarzysz Edmund wskazał palcem portrety w pokoju na ścianie. Zapytał, czy wiem kim są ci panowie? Odpowiedziałam: w środku wisi Bolesław Bierut - prezydent, obok niego Józef Cyrankiewicz – premier, z drugiej strony Konstanty Rokossowski – marszałek. Tacy sami wiszą u nas w klasie...

Portrety 

Na powyższym zdjęciu nie ma marszałka Rokossowskiego.

Chyba teraz zajmiemy się ich życiorysami, zaproponował, ale druhna Zosia mocno się żachnęła. Nie wiesz po co? Wystarczy powiedzieć jej tyle co można o Rokossowskim. Towarzysz Edmund upierał się, że powinnam przynajmniej wiedzieć, że Bierut jest nie tylko prezydentem, ale również stoi na czele KC PZPR i że niedługo odbędą się w naszym demokratycznym państwie wybory do Sejmu,  wysuwani są kandydaci na posłów, a jako pierwszy na każdym zebraniu Bolesław Bierut. Druhna  Zofia kazała mu się puknąć  w czoło. Jej grafik przewidywał za pół godziny spacer ze mną po Łazienkach. Upierała że nie przedłuży rozmów nawet o minutę. Usłyszałam, że na świeżym powietrzu przebywać trochę muszę, żebym zaczęła wyglądać na żywą istotę, a nie na ducha z powstania, bo patrząc na mnie ktoś tak może pomyśleć.
Nie wiedziałam o tym, że zostałam wytypowana, żeby przemawiać na Kongresie Ziem Odzyskanych w Wrocławiu, jako dziecko urodzone w Warszawie, które przeżyło Powstanie Warszawskie.  Towarzysz Stach, który albo ziewał, albo przypalał papierosa od papierosa był ciekawy kto ten zwariowany, spektakl wymyślił? I kto przydzielił im do wykonania zadania tego żałosnego Edmunda? Popatrywał w sufit, albo na druhnę Zosię. Zdecydował, że na spacer pójdziemy zaraz we trójkę, bo w takim napięciu bez spaceru przez tyle godzin pracować nie sposób. Rokossowski miał być potem.

piątek, 11 września 2015

 Tadeusz
Czwarty rok studiów, poza normalnym i opisywanym już wchodzeniem w tajniki sztuk wizualnych, miał także trochę aspektów prywatnych. Piszę - prywatnych - na myśli mając, że to co z zawodem artysty jest związane to nie jest prywatne, osobiste, ale należy do diaspory przez los preferencjami obdarowanych i także do warsztatu manipulacji odbiorcami dzieł sztuki dopuszczonych. 
A więc na początku roku akademickiego startowałem do uczelnianego konkursu o stypendium artystyczne. Poza oczywistą odpowiednią średnią ocen (wraz z lekceważonymi przedmiotami typu historia tkaniny, chemia barwników, perspektywa itp.) należało zrobić wystawę malarstwa, która decydowała o przyznaniu mocno limitowanego wyróżnienia. Prestiż  tego stypendium był ogromny! W uczelni artystycznej (chyba każdej) student wyróżniający się był przez kolegów bardzo szanowany! Gdy w okolicy grudnia poznałem decyzję o przyznaniu mi tego stypendium  byłem wręcz wniebowzięty. Poza oczywistym prestiżem także finansowe skutki - 1000 zł miesięcznie, zawieszenie pobierania stypendium fundowanego z przemysłu, no i wyrównanie od października. Do Sokółki (miasteczko na północ od Białegostoku) jeździłem by kupić stereofoniczny adapter Ziphona z NRD, najwyższej jakości amatorski sprzęt do odtwarzania winylowych płyt stereo. Władze PRL, zapewne słusznie, nachalnie promowały prowincjonalne miejscowości i sklepy Gminnych Spółdzielni, i tam dostępne były bardzo poszukiwane w "wielkich" miastach produkty. Tyczyło to także książek, aż do końca PRL najlepsze pozycje w rodzaju "Ulissesa" czy "Imienia róży" kupowałem w sklepach GS w Gródku, Surażu czy Lipsku gdzie leżały jako towar niechodliwy. Kto dziś uwierzy, że książka może być towarem reglamentowanym? Do ciekawostek czasów zaliczyć też można, że nieformalny koniak albański Skanderbeg  był tylko w wiejskich placówkach Gminnych Spółdzielni wzbudzając obrzydzenie.

Tak banalny dziś sprzęt czyli odtwarzacz muzyki na odpowiednim poziomie technicznym zmienił nasze nawyki  jak też preferencje zakupowe. Rozpoczęło się kolekcjonowanie płyt ze wspaniałymi nagraniami radzieckiej Miełodii i enerdowskiej Eterny, także węgierskiego Hungarotonu. Z tamtych czasów mam np. "Requiem" Verdiego z E. Schwarzkopf i G. di Stefano (pamiętają te nazwiska znawcy albo mamuty). 

A pod koniec akademickiego roku okazało się, że spodziewamy się dziecka. Miałem przed sobą jeszcze cały rok do absolutorium, a więc pojawił się lęk o miejsce zamieszkania. Gdy przed paru miesiącami dostaliśmy psa to gospodyni twardo postawiła warunki - pozbywamy się psa albo won. Ale w wypadku dziecka okazała się bardzo sympatyczna - młodzi dziecko mieć powinni i ona to akceptuje!  

Wakacje były radosne. Pojechaliśmy autostopem nad morze do Dziwnówka. Podróż traktowaliśmy z należytą starannością wobec błogosławionego stanu małżonki. Dnie zwyczajne, trochę machania na samochody, trochę marszu przez miasta, jeżeli samochód ciężarowy to żona w szoferce. Ale noce luksusowe, w hotelach, choć też raz w stodole. Dziwnówek naraił nam mój profesor Stefan Wegner od estetyki, adorator mojej żony po plenerze w Sieradzu. 
Nawet dla niej obraz namalował z jej tańczącym wizerunkiem (kto znajdzie jej profil na obrazie?). Widać wyraźnie zastosowanie reguł kompozycji - duża grupa luźnych niebieskich plam w lewej górnej części zrównoważona małą i gęstą grupą żółtych w prawym dolnym rogu. Czyste wykoncypowanie kompozycji - te żółcie nie istniały nigdzie, to był powidok czyli reakcja oka na błękity - wiedza teoretyczna ułatwiła znalezienie pięknego wyważenia stron według prawej przekątnej. Użyte nienaturalne kolory mają swoja wymowę - cieplejsza ultramaryna to niebiańskość zjawiska, chłodniejsze turkusy na platoniczność stosunków wskazują. Ten obraz z pewnością był przeżyty przez starego profesora.

 Po parodniowym dojeździe na miejscu okazało się, że w wynajętej izbie chaty w nocy utrapieniem były pchły, a w dzień nie było co jeść, bo tylko jeden barakowóz służył jako restauracja z bardzo niewyszukanym menu. Ale morze jest dla mnie wartością samą w sobie - niezależnie od pogody mogę godzinami plażą iść i stale jestem szczęśliwy. Siedzieliśmy na brzegu po każdej zmianie pogody, morze zmieniało barwy wraz z niebem z każdym innym promieniem słońca, każdym zamgleniem, zachmurzeniem, każdy kierunek wiatru zamieniał scenę morza i nieba w inne widowisko. Dziwnówek nie był jeszcze modny ani popularny, ludzi było mało, a przy zachmurzeniu plaża wręcz pusta. Powrót był bez niespodzianek ani przygód prócz samej końcówki - ostatnie 20 kilometrów do Łodzi przeszliśmy pieszo podczas ulewnego deszczu po rozbijanym przez wielkie krople świeżym asfalcie. Po pas byliśmy pokryci drobinami smoły - ówczesny asfalt był marnej jakości.

Potem była praktyka w zakładach lniarskich w Walimiu, do którego dojazd autostopem na ciężarówce z prętami zbrojeniowymi i samą miejscowość trochę  już opisałem. Tam uzgodniłem, że u nich pracę podejmę za rok. Mieszkanie dostanę. Stanowisko kierownika komórki wzorcującej otrzymam. W środku Gór Sowich zamieszkamy.  

środa, 09 września 2015

Lech  Lech

Zadzwoniłem do Jagody - o to ty - ucieszyła się. A wiesz wczoraj dostaliśmy list od Twojej cioci, spodziewałam się, że zadzwonisz.
- No i co ciocia pisze?
- Leszuńcia, przyjeżdżaj do nas to sobie przeczytasz.
- Zaczekaj, otwórz list i przeczytaj mi go teraz.
- Leszuńcia, jak nie odbiera telefonu, to i tak musisz do nas przyjechać - wsiądź w pociąg do Ealing, stamtąd kilka minut piechotą. - taka była Jagoda.
Mieszkała z mężem, córką i teściową w ładnym starym domu. Chyba w tym...

Woodville Gdns

Męża poznała w Południowej Afryce gdzie przebywał od czasów wojny. Niecałe dwa lata temu zdecydowali przenieść się do Anglii. Mąż Jagody, pan Wojciech Ż., to był typowy przedwojenny inteligent. W Afryce Południowej zajmował się byznesem. Po przeniesieniu się do Anglii kupił kilka domów, w których wynajmował pokoje. Od kilku lat w Angli rządziła Partia Pracy pod przywództwem Harolda Wilsona - KLIK - gospodarka przechodziła poważny kryzys, ceny nieruchomości spadały co spędzało panu Wojciechowi sen z oczu.
Córka Jagody - Kasia - miała około 2 lat. Płynnie mówiła po polsku. Na przywitanie "przeczytała" mi z pamięci bajkę o wróbelu elemelu.

Czym prędzej przeczytałem list Joyce. Wyjaśniała w nim, że wujek Rysiek jest obecnie na morzu za to w domu, niespodziewanie, jest ich syn, Stefan, który jest chory. Gdy nas odwiedzisz to sam zobaczysz, że w takich warunkach nikt dodatkowy nie może u nas zamieszkać.
Na szczęście teściowa Jagody - z domu hrabina Rzewuska - ze stoickim spokojem przyjmowała kolejne zrządzenia losu i nie miała nic przeciwko temu żebym nocował w salonie na łóżku polowym, które na dzień chowałem do komórki.

Londyn mnie oczarował, ileż tu się działo, mógłbym spędzić tu z łatwością rok. Większość czasu spędzałem poza domem. Wydeptałem chodniki w śródmieściu, odwiedziłem wiele słynnych miejsc. Prawie w każdy czwartek odwiedzałem National Gallery gdyż w czwarki wstęp był bezpłatny. W British Museum podziwiałem nowatorskie ekspozycje, które pozwalały widzowi na samodzielne badania lub eksperymenty. Odwiedziłem gabinet figur woskowych Madame Tussaud - to nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia. Co innego speakers corner w Hyde Parku. Trafiłem na wystąpienie jakiegoś Murzyna, który stojąc na drewnianym pudle wygłosił gorące przemówienie na temat wyższości czarnej rasy. Niezbyt liczni słuchacze, sami biali, słuchali pogodnie i często potakiwali.
Odwiedziłem teatr - sztuka Żołnierze niemieckiego pisarza Rolfa Hochhutha - KLIK - , o której sporo pisała prasa w Polsce. Pisano, że wzbudziła kontrowersje w Anglii z powodu oskarżenia Churchilla o zaplanowanie wypadku, w którym zginął generał Sikorski. Nawet dziwiłem się dlaczego nie wystawiono sztuki w Polsce. Gdy zobaczyłem zrozumiałem - powodem domniemanego zamachu na Sikorskiego była jego nieugięta postawa w sprawie Katynia - oskarżanie ZSRR, które było w tym okresie kluczowym partnerem antyhitlerowskiej koalicji. Dla Anglików bolesne musiało być oskarżenie o zbrodnie wojenne w Niemczech - bombardowanie Hamburga. Jak wynika z wikipedii Rolf Hochhuth to dość podejrzana osoba.

Zadomowiłem się w Londynie do tego stopnia, że kilka razy poszedłem pojeździć na łyżwach na lodowisku Crystal Palace Ice Rink...

Crystal Palace

Odwiedziłem znany mi z historii olimpiad stadion White City - KLIK. Akurat rozgrywano na nim wyścigi psów. To też była ciekawa impreza. Wyścigi i psy niezbyt mnie interesowały natomiast fascynowały mnie poczynania bookmacherów. Chyba każdy miał pomocnika, który miał dłonie obandażowane prawie do łokci. Co kilka minut pomocnik machał dłońmi, wyraźnie był to jakis język migowy. Żeby wzmocnić efekt bookmacher oświetlał te obandażowane dłonie latarką. Po nadaniu komunikatu bookmacher chwytał za lornetkę i wpatrywał się w przeciwległy koniec stadionu. Stamtąd nadawano mu jakąś odpowiedź. Niewątpiwie istotną gdyż natychmiast zmieniał wypisane na tablicy stawki wygranych.

Lunch najczęściej jadłem w Wimpy Bar - KLIK...

Wimpy bar

To było coś bardzo podobnego do MacDonalda, którego w Londynie jakoś wtedy nie zauważyłem.

Osobna sprwa to angielska waluta - funt nie był jeszcze zdecymalizowany i składał się z 20 szylingów a każdy szyling z 12 pensów. Wart był ponad 3.5 dolara amerykańskiego. Żeby było jeszcze ciekawiej to używano również terminu gwinea chociaż taki banknot/moneta fizycznie nie istniał (1 funt + 1 szyling) oraz półkorona (2 szylingi i 6 pensów). Uwielbiałem obliczać w pamięci koszt zakupów - na przykład: 2s6p + 3s6p + 10p + 12p. Ile reszty powinienem dostać jeśli dam kasjerce 1 funta? Proszę spróbować policzyć.

O spotkaniach rodzinnych napiszę w kolejnym odcinku.

07:03, pharlap
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2