Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

RSS
poniedziałek, 31 sierpnia 2015

 Tadeusz
Po nauczeniu się na pierwszym roku jak manipulować odbiorcą rysunku by oglądał go tak jak mu twórca zasugeruje, w latach następnych weszliśmy na wyższe piętra fizjologii widzenia i kierowania odbiorcą. 

Kolor - pojawił się jako temat martwych natur, zestawów sztucznych owoców, zwykłych sprzętów, tkanin luźno rzuconych. Ustawiane były na drewnianych podestach, na tle białej, neutralnej sciany. Gdy jakiś  kształt barwny ludzkie oko widzi, wokół niego pojawia się otoczka, tło nawet, koloru przeciwnego. Można domyślać się, że to zjawisko pojawiło się w pierwotnym życiu sprzed tysięcy lat dla wyizolowanie poszukiwanego celu z tła, np. tropionego zwierzęcia w lesie. Gdy długo na kształt barwny patrzymy, to po spojrzeniu na neutralne, gładkie tło ten kształt pojawia się na nim w kolorze i walorze przeciwnym. Łatwo można to zobaczyć gdy spojrzeć na palącą się lampę, a potem po zamknięciu oczu na jasnym tle widać jej negatyw.  Biologicznym tego sensem jest być może zneutralizowanie natężonej uwagi wzroku przez wygenerowanie elektrycznych napięć przeciwnych uprzednim. Ale to już mój osobisty domysł.
Prymitywna wręcz zasada trójkąta barw wyjaśnia co znaczy kolor przeciwny, fachowo nazwany dopełniającym. Określenie "dopełniającym" ma sens i uzasadnienie - kolory przeciwne, dopełniające zmieszane ze sobą dają neutralną szarość (w wypadku światła pojawia się czysta biel). Niebieskiemu przeciwny jest oranż. Czerwonemu zielony. Żółty dopełnia fiolet. Niekiedy używa się modelu "koło barw", ale trójkąt jest nośniejszy informacyjnie -   kolory z rogów trójkata nie są przypadkowe - z ich mieszania można otrzymać wszystkie pozostałe kolory! Żadne inne takiego warunku nie spełniają. Ta triada tyczy barwników, kolorów przedmiotów, pigmentów. W wypadku promieni światła sytuacja jest nieco inna ale to już fizyka a nie malarstwo. Białemu przeciwna czerń, jasnemu ciemny - choć to już nie barwy lecz walory, stopnie nasycenia, rozjaśnienia lub ciemności. Reakcje oka i mózgu są czysto fizjologiczne, niezależne od naszej świadomości i wiedzy. Rolą artysty jest ułatwienie takich reakcji, ich wzmocnienie, niejako uprzedzenie fizjologicznej czynności mózgu, doprowadzenie do komfortu oglądania. Spowodowaniu by oglądający widział wyraźniej i dosadniej to co mu budowa jego mózgu nakazuje. Efektem może być zdziwione stwierdzenie widza - podoba mi się to, oglądam z przyjemnością, ale nie wiem dlaczego. A więc na jasnym oświetlonym żółtym słońcem śniegu cienie muszą być fioletowe. Gdy we wnętrzu źródłem światła jest niebo zza okna, cienie powinny być oranżowe, ale przecież ciemne, brązowe. Temperatura barwy to pozornie sprawa umowna - niebieski zimny, czerwony gorący. Kulturowa tradycja - lód, niebo, krew, ogień. Ale jednak zobiektywizowana elektroencefalografia czyli badania sygnałów elektrycznych mózgu pokazują, że znak i potencjał zapisu przy oziębianiu mózgu są takie same jak przy odbiorze koloru niebieskiego! Fale światła czerwonego są najdłuższe w widmie, poniżej są podczerwone rozpoczynające fale cieplne. Jest fizyczna logika tych uzależnień psychicznych, pozornie subiektywnych lub kulturowych.

Nasze geny decydują co jest gorące, a co zimne wedle naszego przekonania pozornie subiektywnego. Dokładniej - to ewolucja zdeterminowała taką, a nie inną interpretację, najskuteczniejszą zapewne w przetrwaniu gatunku. Artysta, manipulant emocji, musi umieć użyć tych zależności. Emocjonalne podejście do koloru także jest uwarunkowane genetycznie.  Zimno, czyli gama niebieskich odcieni jest odpychający, obcy i daleki, jak chłód, niebo i zima. Ciepło, a więc czerwienie, oranże i pełne żółcie miłe jak słoneczne promienie, owoce, lato. Są wyjątki - jaskrawa czerwień jest sygnałem zagrożenia, alarmu - z oczywistego powodu - krew i ogień - dwa najdramatyczniejsze objawy tragedii. Odbiór barw uzależniony jest od życiorysu ludzkości, wydarzenia dziesiątków tysięcy lat determinują budowę naszego mózgu, a więc i emocjonalną ocenę np. namalowanego czerwonego koła. Ta ocena nie musi być uświadomiona, najczęściej działa zupełnie bez wiedzy oglądającego. Zasygnalizowałem tylko zjawiska kolorystyczne. Bo przecież wśród czerwieni jest zimny buraczkowy karmin i gorący marchewkowy cynober,  wśród niebieskich zimny turkus i ciepła ultramaryna - ale to są już bardziej specjalistyczne detale.  
Kluczem do budowania obrazu jest tworzenie relacji barw. Używając banalnego, wręcz trywialnego przykładu - niebieska sukienka pięknie podkreśla złocistość i urok karnacji i włosów blondynki. Artysta musi znać takie zależności i ich używać. Artysta - poza swoją ewentualną hedonistyczną funkcją - musi być konsekwentnym realizatorem manipulacji odbiorcą. 

Perspektywa czyli zjawisko relacji przedmiotów bliskich i dalekich, ale też ważnych i nieważnych. Wbrew powszechnemu mniemaniu to nie jest sposób pokazania rzeczywistości i odwzorowanie jej obiektywnego widoku. Fotografia jest bliższa spełnianiu takiej roli. Celem użycia przez artystę perspektywy  jest narzucenie procesu obserwowania, także silna sugestia hierarchii poszczególnych fragmentów obrazu. Przedmiot, element na którym skupiona jest uwaga, powoduje, że jego otoczenie traci na wartości, na wyrazistości, w miarę oddalania się od niego. Zupełnie zgodnie z zasadą Newtona o spadku oddziaływania ciał w miarę ich oddalania. Przedmioty widziane peryferyjnie, kątem oka, rozmywają się, rozlewają - graficzne pokazanie tego zjawiska widać w malarstwie bizantyjskim, 
na ikonach częsta jest perspektywa rozbieżna dla laika wydająca się bezsensowna. Artysta może, a więc i powinien,  tak pokazać przedmiot istotny, by patrzący bezwiednie widział go przed innymi.
Perspektywa ma swe bardzo różne odmiany. Od intencjonalnej, w której to co ważne jest większe ( np. Egipt)  do wyrafinowanej i podstępnej zbieżnej, gdy cel jest w punkcie zbiegu (renesans). Podstępność polega na złudnym wrażeniu naturalności przedstawienia, gdy ono tymczasem jest przemyślanym sposobem kierowania uwagi oglądającego w zaplanowany sposób.
Kolejny przykład to perspektywa barwna - co bliższe ciepłe, co dalsze chłodniejsze. Perspektywa nie jest zjawiskiem intelektualnym, sztucznym ani umownym. Nasza fizjologia widzenia powoduje, że kolejne punktry oglądania powodują zmianę perspektywy, każdy ważny element obrazu może mieć swą własną. Artysta może tak tworzyć kolejne elementy obrazu by odbiorca bezwiednie szedł drogą zaplanowaną przez twórcę obrazu. Dobrym przykładem używającego tej metody był Paul Cézanne, także van Gogh.

Opisane zasady tworzenia wynikają z naszej fizjologii, genów, mózgu - a więc powinny być dostępne wszystkim. I są, ale ludzka osobnicza wrażliwość jest bardzo zróżnicowana. Genialni, nadwrażliwi artyści sami zauważają fizjologiczne zjawiska. Inni potrzebują podpowiedzi z zastanych dzieł i cytują je w swych własnych. Większość zwyczajnych, biernych użytkowników sztuki nie potrafi sobie uświadomić przeżywanych zjawisk, są one dla nich jak powietrze - 
naturalne, niezauważalne, choć funkcjonujące. 
Studia plastyczne to skrócone przejście przez tysiące lat obserwacji, rysunków i eksperymentów malarskich, dekoracyjnych, magicznych. Nie bez przyczyny dawniej malarze mieli swoje cechy rzemieślnicze i do cechów szewców, piekarzy, kowali czy płatnerzy byli dodawani. Ich cech malarzy i artystów miał swój herb. Ten pokazany z początku XX w.  jest nieco nadmiernie dekoracyjny, podstawowy to trzy małe białe tarcze na jednej dużej czerwonej. To jest zawód z rzeczowym, naukowym wyposażeniem, zbiorem faktów, instrukcji i zaleceń, skondensowana wiedza i praktyka pokoleń. Ale to tylko narzędzie, wyposażenie warsztatu, które czemuś i komuś musi posłużyć. A to już zupełnie inna sprawa.

Na koniec cytat, wypowiedź prof. Stanisława Fijałkowskiego:
Malarz bez warsztatu nic nie znaczy. I to zarówno dawniej, jak i dziś. Bez dokładnej znajomości warsztatu malarz nic sensownego nie może powiedzieć. Tak jak w muzyce trzeba znać harmonię, by cokolwiek skomponować. Nawet jak pan odstępuje od harmonii, to pan wie, czemu chce zaprzeczyć. Wartość powstaje dzięki zaskoczeniu, bo istnieje jakiś system i w nim raptem pojawiają się rzeczy, które nie wynikają automatycznie z systemu. Musi istnieć organizacja warsztatu, by to, co się robi, miało jakiś sens ogólny.  

P.S. Od Lecha - polecam lekturę cyklu wpisów Tadeusza związanych z jego dojrzewaniem jako artysty:
- wybór zawodu - drukowanie tkanin - KLIK
- czego uczą na artystycznej uczelni - KLIK
- szukanie siebie - KLIK.

sobota, 29 sierpnia 2015

Lech  Lech

Rok 1968 rozpoczął się w listopadzie 1967 roku wystawieniem przez Kazimierza Dejmka Dziadów Mickiewicza w Teatrze Narodowym - KLIK. Polecam zlinkowany artykuł, według mnie rzuca nowe światło na bardzo ważne wydarzenie.
Tak jak wszyscy dookoła słyszałem, że sztuka wywołała skandal polityczny, że ambasador radziecki był oburzony, że ambasada zażądała zdjęcia sztuki ze sceny, że... Okazuje się, że było dokładnie odwrotnie, ale ponieważ wszyscy słyszeli to co ja to sprawa nabrała politycznego wymiaru, teatr zamienil się w miejsce patriotycznych i antyradzieckich demonstracji i w rezultacie stało się to co ludzie wykrakali - władze zdjęły sztukę ze sceny.
Nastąpiły protesty, demonstracje, ostra reakcja władz - spirala gniewu sama się nakręcała. Wielu studentów aresztowano, wiele osób zapłaciło za to karierą zawodową a w Polsce rozpętała się kampania antysemicka. I pomyśleć, że to wszystko w wyniku plotki. Aria o plotce tutaj - KLIK.

W ramach kampanii antysemickiej pracę utraciły dwie znane mi osoby - mój profesor S. Chajtman, który był pochodzenia żydowskiego i wspomniany niedawno W. Matwin, który odmówił zwolnienia z pracy ludzi o żydowskim pochodzeniu.

Na marginesie dodam, że wprawdzie wydarzenia marcowe okazały się być wynikiem nieporozumienia, ale to była tylko kwestia czasu, zgodnie z marksistowską dialektyką były one nieuniknione.
Wspominałem, że już w 1964 roku dowiedziałem się, że w partii istniały dwa ugrupowania - chamy i Żydzi. Po 6-dniowej wojnie w czerwcu 1967 roku - KLIK, podczas której kraje komunistyczne popierały stronę arabską, zwrócono uwagę na fakt, że wiele istotnych stanowisk w polskiej służbie zagranicznej i wywiadzie zajmowały osoby o żydowskim pochodzeniu. "Chamy" złapały wiatr w żagle.
Jeśli chodzi o nastroje społeczne, to może się mylę, ale mam wrażenie, że w roku 1967 nie były one jeszcze antysemickie. Sukces Izraela w wojnie 6-dniowej ludzie przyjęli z zaskoczeniem, ale i z pewnym uznaniem. Co do czystki w sferach rządowych to po pierwsze była ona robiona pod naciskiem Związku Radzieckiego, po drugie, w środowisku bezpartyjnych było to traktowane jako wewnętrzne rozgrywki rządzacej mafii. Dopiero gdy M. Moczar zaczął prowadzić swoją nacjonalistyczną i antysemicką kampanię zyskiwała ona popularność.
Osobna sprawa to znużenie ludzi rządami Gomułki. Właściwie nie można tym rządom wiele zarzucić - kilka podwyżek cen żywności rekompensowanych obniżką cen parowozów, opóźnienia w budowie mieszkań. Jednak po euforii wydarzeń 1956 roku ludzie oczekiwali czegoś więcej.
Przy okazji wspomnę, że w tym czasie Polska nie miała ani grosza długu. 

Zelmot jako bastion klasy robotniczej nie mógł pozostać obojętny. Mój partyjny kolega brał udział w "spontanicznej reakcji klasy robotniczej". Spędzili cały dzień w kinie czekając na manifestację studencką gdyż ich zadaniem było wyjście na ulice z kontrmanifestacją. Ale akurat w tym dniu manifestacji nie było. Takie są kaprysy historii.

Rok 1968 musiał być naładowany elektrycznością gdyż w styczniu rozpoczęła się "praska wiosna" - KLIK  - a w maju wybuchły bardzo poważne rozruchy we Francji - KLIK

Naszą prywatną rewolucją była przeprowadzka w połowie sierpnia 1968 roku do nowego mieszkania - ul. Racławicka 142...

Racławicka 142

Mieszkanie było na najwyższym (X) piętrze - lewy górny róg na tym zdjęciu z google street view. Koszt przeprowadzki pokryła Spółdzienia.
Przeprowadzka wypadła w okresie planowanego urlopu, Sylwia wyjechała już do Kudowy gdzie przebywał jej ojciec. Cały dzień spędziłem pakując nasz dobytek. Z samej przeprowadzki pamiętam tylko, że jeden z pracowników zainteresował się moją biblioteką - książką Stefana Kisielewskiego - Gwiazdozbiór Muzyczny. 
- Czy to ten Kisielewski, o którym mówił towarzysz Gomułka?
- Ten sam - zapewniłem. Wyjaśnię, że pierwszy zabrał głos Kisielewski nazywając władzę dyktaturą ciemniaków. Gomułka odpowiedział przemówieniem, w którym zjadliwie używał zwrotu "wielebny poseł Kisielewski". Władza odpowiedziała pobiciem Kisielewskiego na ulicy przez "nieznanych sprawców".
- Skoro pana to interesuje, to mam tu jeszcze książki Pawła Jasienicy - KLIK - dodałem. Mój rozmówca spojrzal na mnie z lękiem - to Jasienica jakieś książki pisał? Ja myślałem, że on tylko walczył w bandach.
To również nawiązanie do przemówienia W. Gomułki, który sugerował, że Jasienica nie poniósł konsekwencji za walkę w jednostce AK gdyż zgodził się na współpracę ze służbami bezpieczeństwa.
Mimo tych przerywników przeprowadzka przebiegła sprawnie. Nowe mieszkanie miało podobne rozmiary jak poprzednie (35 m2), lecz układ był bardziej praktyczny. Kuchnia była mniejsza, 4.5 m2, nie było pomieszczenia w korytarzu, za to mniejszy pokój miał aż 10 m2. Pierwszej nocy prawie nie spałem. Mieszkanie na najwyższym piętrze było mocno nagrzane, ale gdy otworzyłem wszystkie okna hulał w nim nadmiernie wiatr. Następnego dnia byłem w pracy a w nocy pojechałem pociągiem do Kudowy.

To było dla mnie odkrycie. Cały pierwszy dzień spędziliśmy gubiąc się w Błędnych Skałkach...

Błędne Skałki

Następnego dnia dotarliśmy na Szczeliniec gdzie spędziliśmy noc...

Szczeliniec

Kolejny etap to Wambierzyce - KLIK. To było dla mnie zaskoczenie - ogromny teren poświęcony na liczne obiekty sakralne - wambierzycka Kalwaria. W kościele gabloty wypełnione wotami na pamiątkę licznych cudów.
- Panie, jak ktoś jedzie całą noc pociągiem a potem przez cały dzień, na głodniaka, chodzi w procesjach to wieczorem, jak tu organy zagrają, to co drugi widzi jakieś cuda - komentował jakiś miejscowy.
Dla mnie cudem było, że w komuniźmie mogły istnieć tak ogromne obiekty poświęcone praktykom religijnym.
W Wambierzycach nocowaliśmy w jakimś schronisku we wspólnej sali. Naszymi towarzyszami była wycieczka szkolna. Chłopcy hałasowali po ciemku - opowiedz im jakiś film albo książkę to się uspokoją - doradziła Sylwia. Poskutkowało aż za dobrze. Chłopcy błyskawicznie zasnęli, ale zaczęli okropnie chrapać. Niestety mnie nikt nie uśpił.  

I na koniec Duszniki...

Duszniki

Byłem oczarowany tymi okolicami i mocno zawstydzony, że właściwie cała moja znajomość Polski ogranicza się do czterech czy pięciu miejsc.

Do Kudowy wróciliśmy zapewne 22 sierpnia gdyż zastaliśmy ojca Sylwii przy odbiorniku radiowym - zbrojna interwencja w Czechosłowacji, koniec praskiej wiosny. W Kudowie można było złapać audycje nadawane przez lokalne czeskie stacje radiowe. Niektóre były dramatyczne - widzę, że pod nasz budynek podjeżda czołg, forsuje bramę... nie - zatrzymał się, wyskakują dwaj żołnierze. Pojeżdża ciężarówka z wojskiem... Za chwilę będę musiał przerwać... nie zapomnijcie o nas!
Ojciec Sylwii odwiedził przejście graniczne w okolicach Kudowy. Było zamknięte. Niektórzy Polacy przynieśli na granicę kwiaty.

A przecież my, podczas naszych beztroskich wędrówek po górach i lasach, napotkaliśmy w lesie jakiś oddział wojska przykryty siatkami maskującymi. Nawet zastanawialiśmy się, czy nie zachowywaliśmy się zbyt swobodnie pod okiem wojskowych zwiadowców. 

Pisałem na wstępie, że rok 1968 musiał być naładowany jakąś energią. Mnie też to się udzieliło - pod koniec roku postanowiłem wybrać się na miesiąc do Anglii. Może sprzykrzyło mi się, że już od 4 lat nie byłem za granicą. Może, wzorem Niemców spotkanych w Goeteborgu, liczyłem że załatwię sobie pracę jako programista, wrócę do Polski załatwić formalności i wyjadę legalnie do pracy. 
Ciekawe, że dwóch kolegów z Zelmotu wyjeżdżało w tym samym okresie na urlop do Danii. Jednak ten rok musiał coś w sobie mieć. 

czwartek, 27 sierpnia 2015

 Tadeusz
Po pierwszym roku trzeba było wybrać specjalizację.
Projektowanie odzieży, tkactwo lub druk na tkaninie. Wszystkie kierunki miały wspólny trzon ogólny, artystyczny - malarstwo z rysunkiem i kompozycję, a także przedmioty  uzupełniające typu estetyka, historia sztuki, zasady projektowania wnętrz z różnymi rodzajami perspektyw, grafika warsztatowa. Także technologia malarstwa - opis technik, materiałów, pigmentów, chemikaliów używanych przez malarzy od początku świata! Moją zmorą było liternictwo - jego część obejmująca pisanie odręczne była dla mnie leworęcznego prawie niewykonalna - pisanie i rysowanie to są dwa zupełnie oddzielne działania dla mózgu.
Specjalizacja to było projektowanie przemysłowe ze wszystkimi jego aspektami technologicznymi. 
Absolwent naszej uczelni musiał być gotowy do podjęcia pracy w zakładzie przemysłowym, powinien znać proces produkcji, prowadzić nadzór autorski itp. To była uczelnia kształcąca kadry w sposób bardzo pragmatyczny, racjonalny. 

Wybrałem druk na tkaninie z racji na jego najbliższy kontakt z malarstwem - i to się okazał bardzo trafny wybór. Przez 4 lata opanowałem technologię druku w takim stopniu, że po absolutorium po V roku mogłem nie tylko projektować nowe wzory, ale też poprowadzić całą prostą drukarnię z filmdrukiem czyli drukiem ręcznym poklatkowym, a po krótkim rozeznaniu sprzętowym także rotacyjnym (przypominał on nanoszenie na ścianę wzoru wałkiem z deseniem). 
Opanowany miałem proces opracowania projektu pod względem technicznym czyli ustawienia modułu powtarzalnego (tzw. raport) tworzącego ciągły wzór, także cały proces przygotowania wyciągów barwnych, szablonów, receptur farb. Miałem rozeznanie o charakterystyce barwników, ich trwałości, celowości stosowania takiej, a nie innej grupy.
Ku memu zaskoczeniu przy pracach nad projektami drugorzędnie traktowane były demonstracje indywidualności, kreatywności. Na każdym początku kolejnych lat przedstawiane były przywożone z różnych wystaw i targów światowych najnowsze tendencje mody.  Do nas należało ich wdrożenie, tworzenie kolekcji wzorów wedle narzuconych wytycznych. Nie było tolerowane osobiste upodobanie, nowatorstwo, eksperymenty, najważniejsza była elastyczność projektanta wobec żądań odbiorców. Projektowanie obejmowało tkaninę zasłonową i odzieżową. O ile ta pierwsza miała swe uniwersalne typy wzorów i zasady, zmienność była powściągliwa niby moda męska, o tyle druga była kapryśna jak kobiece upodobania. Ściślej - jak merkantylne i wyrachowane zasady producentów tendencji w modzie odzieżowej.

Miałem poważne kłopoty z tą odzieżówką - uleganie wytycznym i podleganie cudzym wymaganiom wydawało się dalekie od twórczości i budziło we mnie wewnętrzny sprzeciw. Banalność używanych motywów nie ułatwiała mentalnego zaangażowania. Przez całe moje późniejsze życie zawodowe okazało się, że jednak właśnie umiejętność dostosowania się do wymagań zleceniodawcy jest cechą najcenniejszą - dającą największy zysk.
Po latach dopiero zdałem sobie sprawę jak wielki i decydujący wpływ na moją osobowość i postawę zawodową miała prof. Teresa Tyszkiewicz KLIK prowadząca zajęcia z projektowania tkaniny odzieżowej, ale też podczas zajęć, korekt i rozmów pokazująca nam wzorce postaw estetycznych, etycznych, intelektualnych. Miałem zaszczyt i szczęście mieć z nią parę rozmów prywatnych w jej pracowni. O ile nie podzielałem wtedy jej zachwytu dla muzyki Oliviera Messiaena, to jednak jej stosunek do koncepcji filozoficznych Pierre'a Teilharda de Chardin jest mi nadal bliski i inspirujący. O tym napiszę jednak później. Teresa Tyszkiewicz i Stanisław Fijałkowski to dwie osoby, które do opisanych już przeze mnie wcześniej 4 książek dodały swój udział nadal funkcjonujący. Na zdjęciu oni razem.

Do dziś istniejąca pozostałość z mojego romansu z robieniem projektów na sukienkowe wzory jest moje zainteresowanie roślinami. Bo kwiaty i liście były podstawą ówczesnego projektowania. Dla czystej satysfakcji uczyłem się nazw i wyglądu roślin, kupowałem atlasy, naukowe spisy i opisy, rośliny fascynowały mnie. Po latach, w czasie trudnego do zdobywania zleceń okresu stanu wojennego, te zainteresowania pozwoliły na stworzenie katalogu roślin leczniczych wydanego jako dodatek do Zielonego Sztandaru (organ ZSL - olbrzymi nakład!) poradnika zielarskiego.
Dał on mnie i grupie współpracowników, zakamuflowanych opozycjonistów, utrzymanie na parę lat. A i dziś mogę zobaczyć na trawniku żółte kwiatki i powiedzieć, że to pięciornik gęsi, a tam pięciornik kurze ziele. Że o tojeści - przepięknym chwaście, lub rzadkim arcydzięglu i storczyku kukawce i wielu, wielu innych, po łąkach i lasach chodząc, nie wspomnę. Ulubioną moją rodziną roślin są baldaszkowate. Każdy zna kwiatostany kopru, podobne są marchwi i pietruszki, ale rzadko dopuszcza się do ich rozkwitnięcia. Ciekawostka taka: w środku białego baldacha u marchwi jest jeden malutki bordowy kwiatek! W tej rodzinie są też dwie rosnące i u nas rośliny bardzo silnie trujące: cykuta i szczwół - podobno wbrew powszechnej opinii tą drugą, a nie pierwszą otruto Sokratesa. 
Samo projektowanie to była tylko artystyczna podstawa naszej edukacji. Były też warsztaty, na których ręcznie, pędzelkiem nanosząc wyciąg koloru na siatkę robiliśmy szablony  - w semestrze każdy miał swej własnej tkaniny parometrowy wydruk - jednej sukienkowej i jednej zasłonowej. Oczywiście technologia przygotowania i druku była najtańsza, bez profesjonalnego, przemysłowego zaplecza, farby pigmentowe mało odporne na ścieranie i spieranie. W naszym wynajętym pokoju na oknie wisiały zasłony mojego projektu. To była satysfakcja! Sukienek z moimi wzorami żona nie nosiła, zapewne z powodu tandetnej tkaniny użytej do produkcji.

Podczas wakacji mieliśmy praktyki w zakładach włókienniczych. Polegały one jednak nie na konkretnej pracy, ale na patrzeniu, pytaniu, podglądaniu sztuczek produkcyjnych, zwiedzaniu oddziałów przygotowujących tkaniny, a potem wykończających. 
Pierwsza praktyka była w Zakładach Przemysłu Bawełnianego im. J. Marchlewskiego w Łodzi - (dawne zakłady Poznańskiego). To był chyba największy zakład włókienniczy w Polsce. Na IV roku dostałem od nich stypendium fundowane. Tym samym, prócz 650 zł. na miesiąc czyli o 150 więcej od stypendium państwowego,  zagwarantowane miałem miejsce pracy po studiach. Tam po raz pierwszy zetknąłem się z prawdziwą klasą robotniczą. Ale też z jej rozwarstwieniem. Otumanione hałasem, niecierpliwie czekające końca zmiany snowaczki, natykaczki, prządki i tkaczki (dużo było zawodów o dość unikalnych nazwach) z jednej strony, z drugiej przedwojenni specjaliści robiący stalowe elementy do szablonów do druku wielkoseryjnych produkcji tkanin o drobnych wzorach, konserwatorzy maszyn, ślusarze precyzyjni umiejący dorobić zużytą część. Kółka w produkcyjnej machinie i fachowcy - rzemieślnicy.
Najsilniejsze i najbardziej przygnębiające wrażenie zrobiły na mnie dwa oddziały.
Bielnik czyli XIX -wieczna ciemna, duszna, mokra hala z latającymi z maszyny do maszyny taśmami tkanin bielonych po utkaniu, gryzący zapach podchlorynu. Widok bielnika w tych zakładach był miejscem kręcenia scen filmu "Ziemia obiecana" Wajdy, nie było potrzeby robienia scenografii.
Oddział drugi to tkalnia z setkami warczących i dudniących krosien, między którymi biegały i pochylały się szaro ubrane kobiety - każda obsługiwała po kilka krosien, często musiały wiązać urwany wątek lub osnowę. Takiego poziomu nieustającego, monotonnego hałasu nie spotkałem nigdzie. A jednak bardzo niechętnie tkaczki nakładały ochraniacze na uszy. 

Druga praktyka była po IV roku w Zakładach Przemysłu Lniarskiego w Walimiu koło Wałbrzycha. Stary, z XIX w. niemiecki zakład jedwabniczy, maszyny tkackie, także żakardowe czyli robiące tkane wzory, tak zużyte, że zamiast cienkiego jedwabiu luzy w ruchomych częściach pozwalały jedynie na grube nici lniane.
To było miejsce wymarzone pod względem piękna okolicy - dolina wśród Gór Sowich. Ale też moich kompetencji - tamtą drukarnię filmdruku potrafiłbym sam prowadzić. Felerem był brak potrzeb projektowych, cała produkcja szła na eksport wedle przesłanych wzorów. PRL była słynna z polskich tkanin lnianych, lnem obsiane było 100 tysięcy hektarów.  Atutem zakładu była potrzeba posiadania własnej komórki wzorcującej czyli atrybutu potwierdzającego rzetelny status i prestiż  zakładu włókienniczego. I ten atut wiązał się z nowymi wydarzeniami mojego życia, co skwapliwie po roku wykorzystałem. 

Specjalizacja zawodowa, rzemieślnicza, była prozą moich studiów i chlebem powszednim. Poezją lub raczej magią albo też omastą smakowitą były sprawy sztuki czystej - a więc malarstwo z rysunkiem i kompozycja. To osobny nurt studiów, z którego rzemiosło tylko częściowo czerpało.

 
wtorek, 25 sierpnia 2015

Wiesia  Wiesia

W Polonii, repertuar zmieniano zazwyczaj co miesiąc. Do kina wchodziło się od Pięknej. Bileterki i kasjerki dobrze znały takich zawziętych kinowidzów,  jak ja, którzy każdy film oglądali do końca. Kino mieściło się w przedwojennej kamienicy Kohnów z adresem Marszałkowska 56, istniało przed wojną, w czasie wojny i po wojnie, ale już nie go ma.
Z dawnego  Kina Polonia znajdującego się w obrębie Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej ( MDM w maju tego roku wpisana została do rejestru zabytków), pół kroku na Plac Konstytucji. W czerwcu 1952 r. po zakończeniu roku szkolnego, jako osoba nawykła do częstych podróży tramwajem i pieszo z Muranowa do  Śródmieścia, bywałam w tych okolicach niemal każdego dnia. Lato smażyło, lubiłam upał. W domu myśleli, że jestem w Ogrodzie Saskim razem z koleżankami i siedzimy razem gdzieś koło stawu, albo fontanny, a ja przez godzinę, albo i dwie obserwowałam, jak wielki warszawski  Plac wyłania się zza  gorącej mgły wapiennego kurzu, którego zapach z przyjemnością wdychałam. Pachniało chemiczną czystością i farbami. Mniej obchodziły mnie monumentalne domy z wysokimi podcieniami, potężne kandelabry - na moich oczach robotnicy okładali je płytami z piaskowca -  czy wyjątkowo ogromne rzeźby, ale to, że powietrze rosnącego MDM pachnie inaczej, niż reszta miasta.

Warszawa ciągle była miastem gruzów i baraków, na Placu Konstytucji, jeszcze bez nazwy, szalał rozmach. O MDM układano wiersze, Chór Czejanda ćwiczył pieśń: bo MDM, bo MDM rośnie w górę z każdym dniem. Na dole piach, na dole gruz, a tu piętro widać już - KLIK !Dopóki stałam przy szaflikach z jakimiś białymi płynami różnej gęstości, które robotnicy porywali na rusztowania, jakby mnie nikt nie zauważał, ale kiedy próbowałam wejść na Plac głębiej, wyrzucano stamtąd bez ceregieli, jak wielu innych gapiów.

 Dzięki sztandarowej inwestycji lud pracujący miał zamieszkać w Śródmieściu. Przed wojną – słyszałam w radio – było ono parterowe, kapitalistyczne, handlarskie, jubilerskie, teraz będzie podobne do ulicy Gorkiego w Moskwie. Dzielnica miała być większa, niż powstała, planowano, ze obejmie m. in. ulicę Lwowską i że zamieszka w niej  45 tys. ludzi.  Nie wyszło, ponieważ zabrakło pieniędzy. Struktura oddawanych mieszkań wyglądała następująco:  20 proc. kawalerek, 25 proc mieszkań składających się z dwóch pokoi i kuchni, 25 proc. mieszkań dwupokojowych z niszami w kuchniach dla służących i 5 proc. lokali dużo większych, niestandardowych. Tak to socjalistycznie w praktyce wyglądało. Pierwszy etap budowy MDM  od Wilczej do Placu Zbawiciela na 22 lipca nie był w pełni zrealizowany, ale Plac Konstytucji czekając na uroczystości i oficjalne nadanie nazwy stał biały i gotowy. W relacji dziennikarza Expressu Wieczornego  tego dnia na Plac Konstytucji „wlał się falujący tłum, kandelabry lśniły, jak klejnoty, błyszczał po deszczu asfalt”. Nie byłam tam, wyjechałam z Warszawy na wakacje. Pierwszy tydzień miałam spędzić u Babci w Krakowie, potem miesiąc w rodzinnej wiosce Mamy – Gwoźdźcu, z którego podobno niektórzy widywali przy bardzo ładnej pogodzie Tatry.

U Babci w Krakowie spałam na mięciutkim łóżku w pokoju pod lampą z wiszącymi kryształkami. Na ścianie wśród obrazów znajdowała się moja duża fotografia  w złotych, szerokich ramach, lekko ręcznie podkolorowana przez ciocię Józę. Miałam na niej bladoniebieską kokardę na czubku głowy. Dzieło mojego wujka, brata Babci – dwumetrowego  Adama Karasia, legendarnego krakowskiego fotografa z ulicy Szewskiej, farbującego sobie włosy na zielono i  różowo, i jak tylko chciał. W wielkim dziwacznym atelier  pomalowanym piekielnymi kolorami czerwonym i czarnym zbierali się artyści krakowscy. Żona wujka, ciotka Henia, która przez niego swoje wycierpiała, bo ją często zdradzał, a potem na klęczkach przepraszał, zawsze miała później w garnku trochę kaszy dla całej Piwnicy pod Baranami. Ewa Demarczyk i inni urządzali u Karasiów swoje przyjęcia. Wujek wykpiwał krakowskie mieszczaństwo i bez pardonu atakował rodzinkę, którą kochał. Tutaj nie można było się nudzić, ani myśleć o MDM. Nie lubiano w Krakowie Warszawy, prawie tak, jak Nowej Huty. Babcia mówiła, że jacyś przodownicy pracy z Huty przepasani szarfami z krepiny, na których im wypisano, że wyrobili  po 400, 500 proc. normy i inne bzdury zasiadają w lożach Teatru Słowackiego i to  jest skandal. Przypomniałam sobie, ze przy budowie MDM cieśla Tomaszewski wyrabiał 200 proc. normy, a robotnik Piechociński – 352 proc. Obaj w nagrodę dostali dwupokojowe mieszkania, bez niszy w kuchniach, wszyscy tam o nich mówili, ale nie bąknęłam na ten temat ani słowa.

W Krakowie był inny świat. Babcia napominała mnie, żebym nigdy do teatru nie przychodziła w stroju dwuczęściowym, „jak te z Huty” tylko w sukience. Kuliłam się w sobie, bo mama przysłała mnie do Krakowa w znoszonej spódnicy i nędznej bluzce, wiedziała, że moje ubranie u Babci wyląduje w śmietniku, ale ja strasznie się wstydziłam. Babcia i siostry Ojca zaczynały od rozebrania mnie do naga i przebrania w inną delikatniejszą bieliznę, sukienkę oraz nowe, odpowiednie dla Krakowa skarpety i buty. Słyszałam strzępki rozmów pomiędzy ciotkami: popatrzcie, jaka ona jest zaniedbana, czegoś takiego u nas nie może nosić! Po dwóch, trzech dniach wszystko miałam nowe, a proste włosy w lokach. Jadłam pyszności na porcelanie, posrebrzanymi  sztućcami, nie to co w domu i w stołówce szkolnej. Wieczorem przyjęcie u cioci Lonki, rudowłosej krakowskiej piękności w ogromnym mieszkaniu, do którego wchodzili w parach państwo mecenasostwo, profesorstwo i inni tacy, byłam im przedstawiana, jako córka brata, niestety, widzicie po niej – z  Warszawy. Przybyli państwo Pindelscy, którzy mieli coś wspólnego z filmem z dwoma rozbuchanymi chłopakami  mniej więcej w moim wieku. Musiałam  przed wszystkimi i dygać, na szczęście  dygania nauczyły mnie zakonnice w kieleckim Nazarecie, ciotki  z tego były zadowolone. Obok mnie siedziały siostry cioteczne, ubrane tak pięknie, że opisać się nie da: żorżety, tiule, muśliny, jedna z nich była szczupła, druga grubiutka, najbardziej z nas inteligentna i wygadana (pierwsza została lekarzem pediatrą, druga sędzią). Babcia  z włosami upiętymi do góry i broszką ze sztucznym diamentem pod brodą biegała między wnuczkami i przestrzegała, jak zwykle: dziewczynki pamiętajcie, tylko z Bogiem, z czcią, z honorem. Długo nie wiedziałam o co chodzi.

niedziela, 23 sierpnia 2015

Lech  Lech

Po uzyskaniu dyplomu otrzymałem podwyżkę pensji - 2,400 zł. Pan Tadeusz znalazł dla mnie natychmiast dodatkowe źródło dochodów - przyzakładowa szkoła zawodowa. Uczyłem dwóch przedmiotów - organizacji pracy i maszynoznawstwa - dwa razy w tygodniu po dwie godziny. Oczywiście "odrabiałem" ten czas po godzinach.
Praca w szkole była dla mnie sporym wyzwaniem. To nie była łatwa młodzież, grozą przejęła mnie relacja, że nauczycielkę rosyjskiego wystawili wraz z krzesłem przez okno na podwórko - szkoła mieściła się w parterowym baraku.
Nie czułem w sobie charyzmy, nie znałem sposobu utrzymania młodzieży w dyscyplinie. Postanowiłem zastosować metodę mojego nauczyciela angielskiego - pana Ertla - włączyć młodzież do udziału w lekcji, często testować i stawiać dużo stopni - najlepiej dobrych. Wymagało to sporo pracy nad przygotowaniem każdej lekcji, ale zdawało dość dobrze egzamin.

Natomiast moja podstawowa praca nie zdawała egzaminu. Stawałem się urzędnikiem. Czasem trafial się jakiś organizacyjny temat - wprowadzenie na taśmie akordu zespołowego, modyfikacja jakiegoś stanowiska roboczego, ale to były wyjątki. Najczęściej wraz z panem Tadeuszem redagowaliśmy odpowiedzi dyrekcji na liczne pisma przychodzące z jednostki nadrzędnej. Bardzo szybko osiągnąłem w tej dziedzinie dużą wprawę.
Przychodziło na przykład zarządzenie opracowania planu przygotowania zakładu na wypadek poważnych zakłóceń w dostawie energii. Nie ma problem - za kilka godzin plan był gotowy. Zastanawiało nas, że nikt nigdy nie zwrócił uwagi na to, że skoro tak dobrze by nam szło przy braku prądu elektrycznego to dlaczego co kwartał mamy tyle problemów z wykonaniem planu, mimo że prąd dostarczany jest bez zakłóceń.

Nie było mi jednak wesoło - ta praca nie miała sensu podobnie jak całe moje wykształcenie. Powróciły refleksje na temat celu życia. Jak wspominałem w poprzednim wpisie czas wolny spędzaliśmy dość atrakcyjnie, ale to mi nie wystarczało. Nie zapowiadało się żeby w najbliższym czasie przyszły dzieci - co więc robić?

Nie pierwszy raz dopisało mi szczęście - w przemyśle motoryzacyjnym zaczęto wprowadzać informatykę. Termin informatyka nie był wtedy jeszcze znany. Działalność zaczęła się od zastosowania kart perforowanych...

karta perforowana

Fabryka Samochodów Osobowych na Żeraniu (FSO) używała takich kart do rozliczeń materiałowych i miała ambicje stać się ośrodkiem resortowym stąd propozycja dla Zelmotu, żeby się do nich dołączyć. Na karcie można było wydziurkować tylko informacje numeryczne. Uwaga: na pokazanej powyżej karcie widać w niektórych kolumnach więcej niż jedną dziurkę a zatem jest to karta alfanumeryczna - to już bardziej zaawansowana technologia. Zadaniem, które mi przypadło było numeryczne zakodowanie wszelkich używanych przez system symboli - numery części, indeks materiałowy, symbole wydziałów i magazynów, itp. Po zakończeniu miesiąca wszystkie dokumenty związane z ruchem materiałów były dziurkowane na kartach i wysyłane do FSO do przetworzenia. Przetwarzanie nie odbywało się na komputerze, ale na zestawie maszyn analityczno-liczących - KLIK. O tych maszynach uczono mnie na studiach, ale ten przedmiot nie wzbudził we mnie zainteresowania.

Nasza jednostka nadrzędna - Zjednoczenie Przemysły Motoryzacyjnego - zainteresowała się tematyką organizacji i zarządzania. Dyrektor Zelmotu został wysłany na kurs managerski prowadzony przez Centralny Ośrodek Kadr Kierowniczych - CODKK. Wykładowcami byli konsultanci z Anglii. Na koniec uczestnicy uczestniczyli w grach kierowniczych. Nasz ówczesny dyrektor robił na mnie wrażenie bardzo prostego człowieka byłem więc ciekaw jego wrażeń z tego kursu.
- Panie, to łatwizna. Zamawiasz pan materiały a one dostarczane są w terminie. Potrzebne pieniądze - bierzesz pan kredyt w banku. Trzeba tylko pilnować żeby produkcja szła i spłacać kredyty w terminie. To dziecinna zabawka. Ileż ja tu muszę się naużerać z dostawcami, transportem, zjednoczeniem.
Pytałem więc Anglików o opinię.
- Jesteśmy mile zaskoczeni. Wasi dyrektorzy uzyskują w testach wyniki lepsze niż angielscy kierownicy.
- No to dlaczego tu takie problemy z wykonaniem planu?
- Za bardzo zcentralizowany system - odpowiadali - narzekacie na biurokrację. To nieunikniowe w wielkich instytucjach. Problem w tym, że u was są tylko wielkie instytucje.
To zgadzało się z prawem Parkinsona, o którym dowiedziałem się w tym czasie - KLIK

Przy tej okazji poznałem dyrektora CODKK - Władysława Matwina. Władysław Matwin - doskonale pamiętałem to nazwisko - KLIK - przyjaciel młodzieży, wieloletni przewodniczący Związku Młodzieży Polskiej (ZMP). Przy spotkaniu osobistym zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, czuć było nieprzeciętna osobowość. Mówił niewiele, słuchał uważnie, rzucał krótkie, bardzo celne uwagi. Pod jego skrzydłami działali ludzie, którzy zamierzali wprowadzić cybernetykę do procesów zarządzania na przykład Marek Greniewski - KLIK. Cybernetyka w zarządzaniu - muszę przyznać, że robiło to na mnie wrażenie pięknosłowia. 

W 1968 roku zgłosił się do Zelmotu Centralny Resortowy Ośrodek Przetwarzania Informacji - CROPI - z propozycją opracowania i wdrożenia systemu rozliczeń materiałowych przy zastosowaniu komputera. Propozycję przyjęto a mnie wysłano na kurs programowania angielskiego komputera ICL-1900. To było TO! Tworzenie programu komputerowego miało w sobie jakiś boski wymiar - tworzę coś z niczego i zyskuję w jakimś sensie władzę nad użytkownikami systemu. Na dodatek, w przeciwieństwie do inżynierii, nie wymagało to żadnych materiałów poza papierem. Błąd inżynierski groził natychmiast wymiernymi stratami. Konsekwencją błędu w programie była tylko strata mojego czasu a tym się nie martwiłem.

CROPI dostarczyło nam kompletny system, ale wkrótce użytkownicy zwrócili się do mnie z prośbą o napisanie dodatkowych programów. Zaczęły mi się marzyć nowe systemy szczególnie w dziedzinie planowania produkcji. Nareszcie moja praca zaczynała nabierać sensu.

Tagi: 1964-71
07:25, pharlap
Link Komentarze (3) »
piątek, 21 sierpnia 2015

Wiesia  Wiesia 

Kina warszawskie były zatłoczone po południu  i wieczorami. Kiedy tylko wystałam bilety, na jakiś film siedziałam szczęśliwa w kinie. Do kina chodziłam sama, zapominając  kim jestem i gdzie jestem. Wstawałam nie jeden raz z fotela porządnie ogłupiała. Bilet na legitymację szkolną kosztował niewiele, ale sprawdzano przy okazji, ile ma się lat. To była udręka. Do ulubionej przeze mnie Polonii, czy do Palladium, albo Syreny wpuszczano na filmy od szesnastu o wiele młodszych, ode mnie, ale tylko na wczesne seanse. Przychodzili na nie wagarowicze z tornistrami, wpuszczano ich, żeby podnieść ranną frekwencję.
Ja na wagary jeszcze nie chodziłam. Pierwszy raz poszłam trzy lata później, razem z całą klasą do nowoczesnego, pierwszego w Warszawie dwusalowego kina Muranów. Grali „Czarownicę” z Mariną Vlady, która, tak jak słyszeliśmy, rzeczywiście odsłoniła piersi i wszyscy byliśmy w szoku.

Zimą  większości kin prawie nie ogrzewano, można w nich było porządnie zmarznąć. Wydawało mi się kiedyś, po przyjściu z Polonii, w której obejrzałam „Lichwiarza Gobseka”, że odpadną mi stopy, gdy ściągałam trzewiki, tak przemarzły mi nogi.
W mieszkaniach muranowskich ledwo grzały kaloryfery, na oknie od zachodu w zimne noce zawieszaliśmy koc, stolarka była taka, że wydymał się od przepuszczanego wiatru, jak nadmuchiwany balon.
Film o Gobseku produkcji radzieckiej  nie ze wszystkim zgadzał się z przesłaniem noweli Balzaka, która weszła do balzakowskiego cyklu Komedii Ludzkiej. Lichwiarz w filmie radzieckim stanowił tylko i wyłącznie zakałę społeczeństwa. Jego ohydna twarz i  cała postura pokazywała, że przeżarł go kapitalizm, myśl o gromadzeniu pieniędzy, powiększaniu zysków, kosztem innych.
Produkcji radzieckich obejrzałam bez liku. Śmiejące się, zdrowe dziewczyny z kołchozów  śpiewały, tańczyły czastuszki i przeżywały sercowe kłopoty, ale wszystko dobrze się kończyło. Bogacze byli  brzydcy i źli, biedni  ładni i mądrzy, wiedzieli, że należy popierać partię.

Z przyjemnością obejrzałam komedię „Skarb” z Danutą Szaflarską. Była na filmie prawie tak samo elegancko ubrana, jak moja ciocia Józa z Krakowa. Zakochanego w Szaflarskiej  filmowego kierowcę autobusu grał  Jerzy Duszyński (*). Kiedy usłyszałam w radio o pojawieniu się na ekranach filmu Aleksandra Forda „Młodość Chopina” natychmiast pobiegłam. Nie żałowałam.
 „Nie ma pokoju pod oliwkami” od osiemnastu zobaczyłam dzięki naszej sąsiadce, która dostała w pracy za darmo trzy bilety, jej mąż, tak jak ona pochodzili spod Bieżunia. Mąż sąsiadki w ogóle  do kina nie chodził. Wzięła więc ze sobą mnie i swojego syna. Wpuszczali wszystkich.  Darmowe bilety na seans otrzymały różne zakłady, prawie cała sala podczas filmu spała pochrapując, zupełnie nie zainteresowana wątkiem sensacyjnym, ani niezwykłą urodą Lucii Bose, która została  Miss Italii, pokonując Ginę Lollobrygidę i Silvanę Mangano.
Ludzie się ożywili, dopiero wtedy, kiedy na ekranie pojawiły się stada baranów. Sąsiadka powiedziała do mnie, że w życiu nie widziała takich pięknych sztuk. Jej syna barany też nie obchodziły, dalej spał. Sąsiadka marzyła, żeby kiedyś jej Ziutek pracował w Pałacu Mostowskich, odległym od naszego bloku  pięć minut drogi, co się ziściło. Mieściła się w nim siedziba Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej. Chodziłyśmy z moją przyjaciółką Maliną po chodniku, ułożonym tuż przy budynku Komendy na skróty do przystanku tramwajowego przy Placu Dzierżyńskiego. Ktoś nam powiedział, że od spodu w chodnik przy Mostowskim stukają alfabetem Morse`a. Natrafiłyśmy na stukanie w lecie, mając na nogach pepegi  z cienką gumową podeszwą. Było jeszcze wyraźniejsze, kiedy na chodniku stawałyśmy boso. Przejście zamknięto.
Kino  miało być ważnym instrumentem edukującym mnie, kinowidza. Posada kinooperatora, nie mówiąc o angażu dyrektorskim, była posadą prestiżową.  Dyrektorem jednego z kin był ojciec ucznia naszej szkoły, dziewczyny paskudnie mu się podlizywały.
Żeby zostać kinooperatorem należało posiadać  nie tylko zaświadczenia o niekaralności, ale i specjalne zezwolenia z podpisem Prezesa  Rady Ministrów Józefa Cyrankiewicza.

Mnóstwo ważnych ludzi  wytypowano, żeby czuwali nad kształtowaniem poprzez film mojej świadomości. Przedstawiciel Filmu Polskiego zasiadał w komisji ds. filmu Komitetu Centralnego. Na wniosek Stanisława Albrechta powołany został, jako ciało doradczo -cenzorskie, Centralny  Urząd Kinematografii  podlegający  bezpośrednio Radzie Ministrów. Przy Centrali Wynajmu Filmów działała Komisja Oceny Filmów. Z którejś z tych instytucji padła propozycja, żeby w Polsce w ogóle zaprzestać wyświetlania filmów anglosaskich i zachodnioeuropejskich, jako zatruwających umysły, ale nie przeszła. Ustalono, bez słowa sprzeciwu z jakiejkolwiek strony, że na ekranach pojawi się jeszcze więcej filmów radzieckich.

Lech

Trzy grosze Lecha.
Marina Vlady - pamiętam ją doskonale z filmu Przed potopem. To był film o grupie młodych Francuzów, którzy ogromnie się bali wojny atomowej i planowali uciec na jakąś spokojną wyspę. Wśród moich znajomych nikt nie bał się wojny atomowej, wszak wspominałem, że ludzie bardzo niechętnie podpisywali Apel Sztokholmski (zakaz broni jądrowej). Film robił furorę dzięki fryzurze Mariny Vlady - koński ogon. 
Marina Vlady odsłoniła... Tego nie pamiętam, pewnie przez ten koński ogon. Natomiast pamiętam, że odsłonięte piersi pokazała Ulla Jacobson w filmie Ona tańczyła jedno lato. Recenzja tego filmu w piśmie Film była ozdobiona zdjęciem właśnie tej sceny. Wykorzystałem tę stronę pisma do obłożenia zeszytu do Przysposobienia Wojskowego. Nauczyciel, pan Wroński, zauważył to a ja zauważyłem, że mój zeszyt mu się spodobał. Zadziwiające, google znalazło chyba setkę zdjęć Mariny V. ale na żadnym nie ma końskiego ogona natomiast wspomniane zdjęcie Ulli Jacobson wyskoczyło od razu.

* patrz komentarze.

08:45, pharlap
Link Komentarze (2) »
środa, 19 sierpnia 2015

Lech  Lech

Jak to było z tym mieszkaniem? Gdy wpisano mnie na listę oczekujących obiecywano, że będzie gotowe w roku 1966. W związku z tym zamieszkaliśmy u rodziców Sylwii gdzie na noc odgradzaliśmy się od reszty domu kotarą. Ta prowizorka trwała jednak ponad rok.

Moja Matka wyprzedziła nas, dostała mieszkanie spółdzielcze pod koniec 1964 roku. W 1966 przeszła na emeryturę i twierdziła, że nie ma problemów finansowych. W jej sąsiedztwie mieszkało kilka koleżanek z pracy więc nie była samotna.

Na początku roku 1967 spółdzielnia mieszkaniowa (WSM) zaprosiła przyszłych lokatorów na zebranie, na którym poinformowano nas o nowinkach technicznych, które będą zastosowane w naszym domu - na podłodze dywany zamiast klepki, na ścianach suche tynki. Podobnie jak inni podnieśliśmy okropny krzyk - ryzykowne eksperymenty! Ja posunąłem się krok dalej, nie na darmo w Zelmocie, pod okiem pana Tadeusza, nauczyłem się pisać pisma urzędowe w wydawałoby się beznadziejnych sprawach. Napisałem list do pisma Sztandar Młodych przedstawiając dramat młodego małżeństwa na dorobku, które już na progu nowego, wspólnego, życia dośwadcza takiego rozczarowania. Sztandar Młodych opublikował mój list.
Mając taki atut udałem się do zarządu Spółdzielni i poprosiłem o udzielenie mi pisemnej gwarancji, że jeśli nowe technologie nie sprawdza się to otrzymamy w trybie pilnym nowe mieszkanie a przeprowadzka odbędzie się na koszt Spółdzielni. 
Ta sprawa przeciągała się nieco, ale zadowoliłem się wysyłaniem co miesiąc listem poleconym pism stwierdzających, że brak odpowiedzi uważamy za akceptację naszych żądań.

Latem 1967 roku otrzymaliśmy mieszkanie w bloku pod adresem ulica Radarowa 2a...

Radarowa 2a

Powyższe zdjęcie pochodzi z google street view, za naszych czasów blok nie wyglądał tak ładnie.

Nasze mieszkanie mieściło się na 4. piętrze, okna wychodziły na południe. Było to tak zwane mieszkanie rozwojowe - M3 dla młodego małżeństwa. Składało się z kuchni 6 m2, łazienki, dużego pokoju i śmiesznie małego pokoiku - chyba 5 m2. W sumie 35 m2. Prócz tego była jeszcze mała komórka, w którą wbudowałem półki i mieściły się tam wszystkie ubrania, pościel itp.

W dużym pokoju była nasza, już dwuletnia, wersalka i półki z książkami. W malutkim pokoiku wstawiliśmy kanapkę gdyż nic użytecznego tam się nie mieściło. W kuchni był stół i tam spożywaliśmy posiłki. Nie potrzebowaliśmy niczego więcej.

Chyba wszyscy lokatorzy byli pracownikami Zelmotu, lecz stosunki miedzysąsiedzkie były bardzo luźne. Prawdziwie serdeczny był tylko pan K. - sekretarz partii na jednym z wydziałów produkcyjnych. Gdy tylko się urządził zaprosił nas do siebie. Okazało się, że w tym malutkim pokoju urządził kaplicę - nakryty białym obrusem stolik, kryż, świeże kwiaty. Na ścianach świątobliwe obrazki. Przed stolikiem dywanik - tylko się modlić. Oczywiście mieszkanie zostało już poświęcone przez księdza. Nam nie przyszło to do głowy - poczułem się człowiekiem bardzo małej wiary - mieli rację, że nie przyjęli mnie do Partii.

Dywan na podłodze był szary i zgrzebny, nie rokowaliśmy mu długiego żywota. Z naszego mieszkania ja miałem 10 minut piechotą do pracy, Sylwia bardzo długą jazdę tramwajem. Wprawdzie pracowała tylko 5 godzin, ale wliczając dojazdy praca zajmowała jej tyle samo czasu co mnie. W szpitalu była dobra stołówka więc przywoziła z pracy obiady i dla mnie. W ten sposób już przed godziną 4 byliśmy oboje po pracy, po obiedzie - można było zaczynać życie. A więc we wtorki koncert w Sali Kameralnej Filharmonii, soboty - koncert w dużej sali, kino, teatr, opera, bridż. Dzieci jakoś nie kwapiły się  z przyjściem na świat.

jarzębiak

Od czasu do czasu urządzaliśmy prywatki. Najpopularnieszym napojem był jarzębiak. Do tego robiło się niezliczoną ilość kanapek, w zimie Sylwia raczyła gości bigosem. Zachęcaliśmy gości do tańca żeby przetestować wykładzinę dywanową. Zdarzało się, że któryś z gości zasypiał w wannie.

Z nadejściem jesieni i jesiennych deszczy okazało się, że drzwi od symbolicznego balkonu nie są szczelne, na wykładzinie dywanowej zrobiła się brązowawa plama. Również w niektórych miejscach dywan porozciągał się, porobiły się fałdy. Na początku roku 1968 odkleiła się z jednej strony płyta tynkowa na suficie w kuchni. Spółdzielnia podparła płytę drewnianym słupkiem w samym środku kuchni.
Uznałem, że teczka w moimi listami i reklamacjami urosła do wystarczających rozmiarów i udałem się do zarządu WSM na Żoliborzu z żądaniem wymiany mieszkania.
Przyjął mnie starszy pan, który działał w Spółdzieni jeszcze przed wojną. Gdy pokazałem mu zawartość mojej teczki - katalog wszystkich wysłanych listów oraz ich kopie, każda z potwierdzeniem wysyłki listem polecony - złapał się z podziwu za głowę. 
- Panie, gdzie pan pracuje? Ja chętnie pana zatrudnię jako kierownika kancelarii.
Co do meritum sprawy ogłosił pełną kapitulację - nie ma co gadać zawaliliśmy sprawę. Za kilka miesięcy wykończymy duży blok przy ulicy Racławickiej, dostaniecie tam państwo mieszkanie.

Tagi: 1964-71
08:13, pharlap
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Lech  Lech

Już od kilku dni oczekiwałem tego wezwania i zastanawiałem się jak rozegrać  rozmowę. Jedno wiedziałem na pewno - nie wstąpię.
Znałem najprostszą wymówkę - nie stać mnie na płacenie składek. Nie  wiedziałem jakiej wysokości były te składki, ale argument wydawał mi się bezsensowny. Przecież przynależność do parti politycznej to deklaracja chęci działania dla jakiejś idei. Mam ochotę działać, ale mnie na to nie stać? To było może dobre tłumaczenie dla klubu jachtowego. Jednak podobno partia akceptowała takie tłumaczenie. Przypomniało mi się jak Matka odmówiła przyjęcia zwolnienia lekarskiego gdy zamiast na wycieczkę szkolną poszedłem na procesję Bożego Ciała - to będzie znak, że się ich boję. To im wystarczy. Do czasu.
No więc co powiedzieć? Że religia mi nie pozwala? Że idea jest mi obca? Że...?

Towarzysz Trzciński przyjął mnie bardzo grzeczne, Pogratulował zakończenia studiów. Sączyliśmy kawę, prowadziliśmy grzecznościową rozmowę. Siedziałem jak na szpilkach. Wreszcie przeszedł do sedna sprawy:
- Pan wie dlaczego tu pana poprosiłem?
- Domyślam się.
- To mój obowiązek. Mam obowiązek proponować wstąpienie do partii każdemu wartościowemu pracownikowi zakładu a pana uważam za bardzo wartościowego.
Skłoniłem głowę.
- Widzi pan - ciągnął Sekretarz - ja mam ogromny szacunek dla tej partii. Moi rodzice żyli w tej okolicy ( Okęcie ) przed wojną. Nie mieli żadnego zawodu. Pracowali dorywczo gdzie popadnie, byli traktowani przez pracodawców bardzo podle. Nawet nie myśleli jaki los czeka ich na starość. Po wojnie ta partia umożliwiła im ukończenie szkoły podstawowej i kursów zawodowych. Dostali pracę w fabryce, dostęp do opieki lekarskiej, edukację dla dzieci, emeryturę. Ja ukończyłem technikum. Obserwuję pana i wiem, że pan wychował się w zupełnie innym środowisku i ma pan pewnie inne poglądy niż ja i prawdopodobnie nie przyjąłby pan mojej propozycji. W związku z tym ja jej panu nie złożę. Dlatego, że za bardzo pana cenię żeby pana wystawiać na takie próby i za bardzo cenię moją partię żeby doświadczać jej odrzucenia.
Sekretarz wstał. Wstałem i ja. Uścinął mi dłoń - proszę pamiętać moje słowa - będzie dla mnie ogromną radością jeśli pan z własnej woli wstąpi do partii.

Zaskoczene mieszało mi się ze wzruszeniem - ktoś traktuje mnie i swoją misję na serio.
Pan Tadeusz oczekiwał niecierpliwie mojego powrotu. Gdy zdałem mu relację z rozmowy był bardzo zaskoczony
- Porządny człowiek ten Trzciński - skomentował 

Za niecały rok skończyła się kadencja pierwszego sekretarza. Pan Trzciński wrócił do swoich obowiązków zawodowych (elektryk). Sekretarzem partii został młody i bardzo sympatyczny ekonomista z wyższym wykształceniem, pokolenie ZMS-owców brało ster w swoje ręce, ale nie wydawało mi się żeby partia stawała się przez to lepsza.

Tagi: 1964-71
07:05, pharlap
Link Komentarze (2) »
sobota, 15 sierpnia 2015

Lech  Lech

W poprzednich wpisach wspominałem wielokrotnie pana Tadeusza - dobrego ducha mojej egzystencji w Zelmocie.
Pan Tadeusz Wyczański - stryjeczny brat znanego historyka - KLIK - pochodził z zamożnej rodziny. Jego ojciec był prawnikiem i taką samą przyszłość planowal dla swojego syna. Po studiach w Polsce pan Tadeusz studiowal jeszcze na uniwersytecie w Wiedniu. Z jego opowiadań wynikało, że nie spieszyło mu się do pracy i korzystał w pełni z uroków młodości wspartej sporymi zasobami gotówki.

Wybuchła wojna. Któregoś dnia spędził noc na bridżu u znajomych. Ze względu na godzine policyjną każda dłuższa wizyta wieczorna musiała trwać do rana. W nocy do drzwi zastukało Gestapo. U właścicieli mieszkania znaleźli jakieś materiały konspiracyjne więc wszystkich przebywających w mieszkaniu zabrali na Pawiak. Panu Tadeuszowi nie przedstawili żadnych zarzutów, ale profilaktycznie wysłali go do obozu Auschwitz.
Przy rejestracji w obozie spytano o kwalifikacje: prawnik - czyli bez żadnych kwalifikacji - skierowany do ciężkich robót. 
- Tam trudno było przeżyć dłużej niż kilka tygodni - wspominał pan Tadeusz.
Przypadek zrządził, że podczas pracy do jego grupy podszedł jakiś niemiecki oficer. Pan Tadeusz odpowiedział na jego pytanie płynnie po niemiecku.
- Skąd znasz tak dobrze niemiecki?
- Studiowałem prawo w Wiedniu.
Oficer też. Załatwił panu Tadeuszowi pracę w kuchni dla esesmanów.
- Wie pan jaki był nasz największy przysmak? Obierki z ziemniaków. Suszyliśmy je na piecu, po kilku godzinach smakowały jak frytki. Panie jak myśmy te ziemniali obierali, obierki grube na palec. Już przy nas się ci esesmani nie pożywili.
To był jego sposób wyrażania się - straceńczy humor.

Kiedyś ktoś zapytał:
- Tyle pan przeżył. Gdzie było najgorzej?
Pan Tadeusz pozorował długie zastanowienie
- W podchorążowce - odpowiedział. 
Nie stronił też od dość rubasznych sformułowań. 

Według jego relacji życie w Oświęcimiu stało się możliwe gdy zezwolono więźniom otrzymywać paczki żywnościowe. Oczywiście jego rodzina była w stanie przygotować dobre paczki. W pierwszym rzędzie trzeba było podzielić się zawartością paczki z właściwymi osobami. Drobna animozja mogła kosztować życie. 
Słuchałem tych opowieści z pewnym niedowierzaniem. Pan Tadeusz polecił mi lekturę książki 5 lat kacetu - KLIK. To było o obozie w Mauthausen, ale to była taka sama maszyna śmierci. Jednak niektórzy przeżyli.

Pod koniec wojny pana Tadeusza przeniesiono właśnie do Mauthausen.
- W porównaniu z Mauthausen Oświęcim to było sanatorium - wspominał. Wikipedia potwierdza tę opinię - KLIK.
Pan Tadeusz pracował w kamieniołomach. Zmiana robocza trwała 12 godzin. Ilość wypadków przy pracy była zatrważająca. Nikt się nie liczył z ludzkim życiem.
- Widziałem jak ciężarówka strącała w przepaść idących bokiem drogi więźniów.
W maju 1945 roku Mauthausen został wyzwolony przez armię amerykańską. Pan Tadeusz wrócił do Warszawy - przez głowę mi nie przeszło żeby zostać na Zachodzie.

Lata powojenne były okresem rozkwitu przedsiębiorczości. Niektórzy bardzo szybko robili fortuny. Pan Tadeusz zainwestował w zakup amerykańskich ciężarówek z demobilu i założył firmę transportową.
- 18 studebakerów - wspominał - wszyscy byli w ruchu, nigdy nie mieliśmy chwili przestoju.
Perłą w koronie był bardzo intratny kontrakt ze szwedzkim Czerwonym Krzyżem na przewóz paczek UNRRA. Ten kontrakt go zgubił. W 1947 roku państwowa firma PKS - Państwowa Komunikacja Samochodowa - okrzepła na tyle, że zwróciła się do Szwedów o przekazanie jej przewozu paczek. Szwedzi odpowiedzieli, że obecnie mają wiążący kontrakt, gdy kontrakt się skończy mogą rozważyć nowe oferty.
To wyglądało na sabotaż, dywersję i wrogą robotę. Firmę pana Tadeusza rozwiązano, majątek upaństwowiono a głównego sprawcę skazano na karę śmierci.
- Siedziałem na Koszykowej. W celi śmierci. Razem ze zbrodniarzami hitlerowskimi - opowiadał - ileż oni mieli ze mnie zabawy: przeżył Auschwitz i Mauthausen a swoi go zastrzelą.

Po roku prezydent Bierut skorzystał z prawa łaski i zamienił wyrok śmierci na dożywotnie więzienie. Pana Tadeusza przenieśli do więzienia na Rakowieckiej.
W roku 1956 został wypuszczony z więzienia w ramach powszechnej amnestii. Nie został jednak zrehabilitowany. Nie pozostawało mu nic innego tylko przycupnąć na spokojnej posadzie.

Jednak jego indywidualność przyciągała do naszego działu wiele osób. W pierwszym rzędzie członków dyrekcji, którzy bardzo często zasięgali u niego rady. Wpadał więc do nas dyrektor naczelny, rzucał na biurko pana Tadeusza jakieś pismo:
- Niech pan to przeczyta! Co ja mam zrobić? Co ja mam zrobć? - i krążył po pokoju, do drzwi i spowrotem.
- A cóż pan tak latasz jak Żyd po pustym sklepie? Usiądź pan - to była typowa reakcja. Czytał pismo i na ogół wymyślał jakąś zgrabną odpowiedź.
Mnie opowiedział taki dowcip:
Do pracy przyjęto nową sekretarkę. Gdy dyrektorzy zasiedli w swoich gabinetach zapukała do drzwi dyrektora naczelnego.
- Dzień dobry panie dyrektorze, jestem nową sekretarką. Czy pan dyrektor ma jakieś specjalne zlecenia?
- Nie, nie... ale chwileczkę. Proszę się odwrócić. Proszę pani, ten żakiet jest źle uszyty, marszczy się pani na plecach. Proszę koniecznie oddać to do poprawki.
Następnie zapukała do drzwi dyrektora ekonomicznego, to samo pytanie:
- Nie, dziękuję, nie mam specjalnych życzeń, ale... oj proszę pani, pani ma nierówno obcięte włosy, o tu, z lewej strony, to trzeba poprawić.
Sekretarka wyszła do kuchenki przygotować herbatę. Za chwilę wszedł tam stary woźny i uszczypnął ją.
- Co! Co za bezczelność! Ja jestem sekretarką dyrektora...
- A co to mi za dyrektorzy. Przed wojną jeden był krawcem, drugi fryzjerem, a ja byłem dyrektorem tej fabryki.

Inny typ gości to byli gawędziarze, którzy lubili posłuchać opowieści pana Tadeusza a miał on o czym opowiadać. Chociaż dwóch czy trzech regularnych gości wzbudzało u mnie silniejsze emocje. Byli to panowie, często o staropolskich lub arystokratycznych nazwiskach, którzy w 1956 roku musieli zmienić rodzaj pracy i zostali kierownikami działów wymagających zaufania władz - kadry, zabezpieczenie zakładu, tajna kancelaria. W ich obecności pan Tadeusz lubił powracać do wspomnień z pobytu w celi śmierci na Koszykowej, słuchali go z dużym zrozumieniem.

Pan Tadeusz chyba posiadał pewne zasoby finansowe poza skromną pensją gdyż kupił ładne mieszkanie własnościowe w wieżowcu przy Rondzie Waszyngtona a w każdy poniedziałek opowiadał nam o bardzo smakowitych kolacjach w najlepszych warszawskich restauracjach. Pod koniec lat 60. chyba dostał odszkodowanie za pobyt w obozach gdyż w lecie wyjeżdżał na urlopy do Jugosławii.

Jak widać z poprzednich wpisów był mi ogromnie życzliwy i wiele razy służył mi radą i pomocą. Gdy zrobiłem dyplom ostrzegł mnie, że wkrótce dostanę propozycję wstąpienia do partii. Popatrzył na mnie bardzo poważnie - zna pan moją przeszłość, ale gdybym był na pana miejscu przyjąłbym taką propozycję. Oni będą tu jeszcze bardzo długo rządzić, warto żeby w tej partii było trochę myślących ludzi.
Nie minęło dwa dni gdy sekretarka pierwszego sekretarza partti zaanonsowała - panie inżynierze, towarzysz Trzciński zaprasza pana na godzinę drugą na rozmowę.

W swoim archiwum nie znalazłem żadnych zdjęć z Zelmotu. Poniżej zdjęcie z 1991 gdy odwiedziłem Warszawę już jako Australijczyk...

Pan Tadeusz

Tagi: 1964-71
04:25, pharlap
Link Komentarze (2) »
czwartek, 13 sierpnia 2015

Lech  Lech

Sylwia i ja byliśmy już samodzielnymi i niezależnymi ludźmi. Minęło ponad trzy lata naszej znajomości, trzeba było podjąć wiążącą decyzję. Dręczyły mnie poważne wątpliwości natury egzystencjalnej. Nie widziałem większego sensu w swoim życiu i nie miałem odwagi wiązać kogoś z sobą. Nie znasz realiów życia - to mówiło mi wiele osób - gdy założysz rodzinę i będziecie na swoim to nie będzie czasu na takie rozterki. Miałem poważne wątpliwości. Rzeczywiście widziałem dookoła jak ludzie krzątają się wokól wielu drobnych spraw żeby jakoś się urządzić, ale ta zapobiegliwość mnie śmieszyła - czy to miał być cel życia?. Nie czułem potrzeby urządzania się ani gromadzenia przedmiotów.
Kiedyś widziałem swoją przyszłość jako ojca rodziny dbającego o zachowanie polskości i rodzinnej tradycji. To przeważyło. Widziałem, że moi stryjowie, bracia Ojca, lubili i cenili Sylwię, akceptowali ją jako członka rodziny.

Któregoś dnia wracaliśmy z Sylwią z Zielonej Budki gdzie można było dostać jej ulubione rurki z kremem. Gdy przekraczaliśmy ulicę Rakowiecką wstąpiliśmy do urzędu stanu cywilnego i zaplanowaliśmy ślub na 12 czerwca 1965 roku.
To był pewnie mój pierwszy kontakt z "prawdziwym życiem" - wiele drobnych spraw do załatwienia. Najbardziej bliski ciału był garnitur ślubny. Wydawało mi się, że wystarczy ciemny garnitur przywieziony przez Matkę z USA, ale panna młoda zamówiła suknię ślubną, trzeba było trzymac fason. Garnitur szył mi prywatny krawiec. Z prawdziwej bielskiej wełny. usztywniany włosianką.
- Panie, kapota musi mieć smak - powtarzał krawiec przy każdej przymiarce. Muszę przyznać, że dobrze wywiązał się ze swojego zadania.

12 czerwca odbyły się dwa śluby, cywilny w urzędzie na ulicy Rakowieckiej i kościelny w kościele św Anny. Po ślubie cywilnym wujek Sylwii, posiadacz przedwojennego samochodu marki fiat, zawiózł nas na spacer do Wilanowa. Towarzyszył nam nasz świadek, Ryszard - partner w moich wyprawach do filharmonii...

Wilanów

Ślub kościelny odbył się wieczorem. W tamtych czasach nikt nie śmiał robić fotografii podczas ceremonii kościelnych. Po ślubie wstąpiliśmy na zdjęcia do zawodowego fotografa. To nie była przyjemna wizyta. Fotograf ustawial nas w sztucznych pozach, wołał - ślinić usta! - klik.

Foto

Wesele odbyło się w mieszkaniu moich teściów. Nie mogę się doliczyć ilości gości weselnych i nie mogę pojąć w jaki sposób tyle osób zmieściło się przy stole w jednym pokoju średniej wielkości. Następnego dnia były poprawiny i wreszcie wyjechaliśmy na 2-tygodniowy urlop do Augustowa.

Jak łatwo obliczyć w tym roku była 50 rocznica tego wydarzenia. Wydaje mi się, że garnitur najlepiej przetrzymał te pół wieku - nadal "ma smak". Miałem go na sobie podczas rocznicowej uroczystości...

50 lat

Tagi: 1964-71
04:25, pharlap
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2