Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

RSS
sobota, 30 maja 2015

 Tadeusz
Pierwsze wrażenie w liceum: wróciła sytuacja sprzed lat - jestem w grupie najmłodszych, smarkaczy, po korytarzu chodzą prawie dorośli koledzy ze starszych klas. Drugie: jestem w liceum, w gronie młodzieży, to już nie dzieci z podstawówki. Ambiwalencja,  relatywizm - to moje zmory i błogosławieństwa. Budynek i klasy jakby prymitywniejsze, surowe w nastroju, mniej eleganckie od nazaretańskich, ale wyraźnie dostojniejsze. Czuło się czas, który w tym budynku upłynął. Jeszcze nie miałem świadomości jacy wspaniali ludzie przede mną w tych ławkach siedzieli, po tych podłogach biegali. Lech opisał strukturę - 2 kondygnacje, 2 korytarze i klasy po bokach, dobudowany segment stanowił szatnię, klatkę schodową i dwie pracownie - biologiczną i fizyczną. Na końcu górnego korytarza była lada, za nią na stołku wiadro z chochlą, para unosiła się, na ladzie emaliowane szare talerze, aluminiowe  łyżki i miska z kromkami chleba. Na dużej przerwie sprzedawana była bardzo tanio zupa, dzieci wedle klucza sierocego dostawały za darmo. Ja dostawałem. Smakował mi kapuśniak i krupnik, mniej ogórkowa. Nie były wodniste. Zupę jedliśmy stojąc przy oknach z szerokimi parapetami. Mury były grube na pół metra, to i parapety jak stoły rozległe.
Po korytarzu chodzili, biegali, rozmawiali uczniowie ze wszystkich klas. Stale chodził też któryś z nauczycieli.  Profesor Zdzisław Bielas, ktorego Lech już wymienił,  chodził zawsze z zapalonym papierosem. Już po naszym skończeniu szkoły, w 1978, umarł na raka płuc. Wśród uczniów zdarzały się bójki, zupełnie na serio, ale wedle sportowych, bokserskich zasad. Także mocowanie się, zapasy. Zawsze wewnątrz klasowe, nie było dominacji starszych nad młodszymi  (a może ja nie zauważyłem). Kopanie było niedopuszczalne, dwóch na jednego przyniosło by wstyd. Nie zdarzały się żadne wulgarne wyrazy. Starsi byli szanowani! Młodsi nie byli pomiatani, chociaż traktowani nieco protekcjonalnie! Dziwne czasy, niespotykane dziś maniery. 
Na pierwszych lekcjach z polskiego był sprawdzian naszych umiejętności. Chyba było dyktando. Ale mnie w pamięci zaryło się zwyczajne czytanie. Każdy po kolei, uczeń po uczniu po kilka zdań. Kilku uczniów sylabizowało - przeważnie to absolwenci szkół wiejskich. Większość czytała wolno ale płynnie. Parę osób tekst interpretowało czyli rozumiało treść już przed jego głośnym odczytaniem. Z klasy na klasę było nas mniej, stopniowo ilość zmniejsza się, mimo że repetujący z klas wyższych przybywają. Dwie klasy VIII czyli pierwsze w liceum miały w sumie ponad 60 uczniów. Maturę zdała połowa. Spory odsiew. Lekcje były od 8 rano. Po południu w naszym budynku funkcjonowała szkoła dla pielęgniarek. Czasami wychodząc po ostatniej lekcji spotykaliśmy się na schodach. Ale nie w szatni - nie wiem jak to było zorganizowane. 
Podczas karnawału organizowane były zabawy taneczne, zapraszane były dziewczęta z innych szkół. Grała malutka orkiestra, na podium było pianino, wówczas nie istniały magnetofony, gramofony nie miały wzmacniaczy do nagłośnienia sali. Pod ścianami stały krzesła. Nasze sukcesy taneczne były bardzo nieporadne. Pierwsze kroki do walca i tanga mieliśmy jeszcze w podstawówce na WF, ale to było takie odrabianie ćwiczeń, po dwóch chłopców niechętnie udawało, że tańczy. Na początku liceum rozróżniałem 4 tańce: tango, walca, fokstrota i polkę. Walc był najtrudniejszy, nigdy nie nauczyłem się go tańczyć w lewo. Oczywiście tango było najbardziej lubiane, bo pozwalało na przytulanki. Było też białe tango - dziewczęta prosiły chłopców. Nie wiem czy to jeszcze bywa praktykowane. Ze szkoły poprzedniej został mi wyrażający szacunek dystans do dziewcząt. Bywały więc sytuacje trochę groteskowe, gdy przy namiętnym tangu doły ciał się przytulały, a góry zwracały per koleżanko, kolego. Dziewczęta trzymały w mankietach rękawów chusteczki pachnące perfumami. Po zabawie, już w domu, wąchałem swoje dłonie i czułem ten dziewczęcy zapach. W starszych klasach chodziliśmy na zabawy do liceów żeńskich. Mieliśmy dwa zaprzyjaźnione. Liceum Królowej Jadwigi czyli doroślejsza wersja naszej zakonnej podstawówki. Tam był zawsze świetny poczęstunek - kanapki, ciasta, oranżady, kompoty. Tańce były w tej samej sali, w której przed laty, w II lub III klasie tańczyłem trojaka i kujawiaka  na jedynej ćwiczonej przez parę tygodni zabawie. Na następnej ulicy było liceum Królowej Kingi, jego 
właściwa powojenna nazwa to imienia Śniadeckich. Tam były ładniejsze, liczniejsze i łatwiejsze w kontakcie dziewczęta. Bywało, że najadaliśmy się w jednym miejscu i szliśmy do drugiego. To nie było ładne - ale nie będę ukrywał - pamiętniki powinny zawierać nieco szczerości. Szukam w pamięci strojów na, jakby nie było, dancingach (dziś słowo już chyba nie funkcjonuje). I tylko białe bluzki i plisowane granatowe spódniczki kryjące kolana przychodzą na myśl. Ale marynarskich kołnierzy to już nie było. Nie istniały jeszcze rajstopy, wyłącznie pończochy z podwiązkami. Oczywiście żadnych szpilek! Chłopcy również zwyczajnie, codziennie ubrani, ja parę razy byłem w butach narciarskich. 
Z Kingą raz na Prima Aprilis zrobiliśmy doskonały kawał. Zamieniliśmy się klasami. Nie chce mi się dziś wierzyć, że kadra nauczycielska nie zauważyła przemieszczania się chłopaków w żeńskiej szkole, ani dziewcząt u nas. Tym bardziej w takim dniu o wzmożonej podejrzliwości i czujności. Ale nic po sobie poznać nie dali. Nasza lekcja u Kingi była krótka, ale zupełnie sympatyczna, bez wyrzutów czy złości. Natomiast dziewczęta trafiły na naszego profesora od Przysposobienia Obronnego - Wrońskiego. To był weteran z wojsk Andersa, rubaszny facet z dziobatą twarzą. Na widok dziewczyn podobno wpadł w zachwyt, tryskał zarówno dowcipami jak i anegdotami z wojny. Nauczycielki z Kingi zabrały swe uczennice tak szybko, jak tylko mogły. To był dowcip, który z pewnością spodobał się wszystkim stronom. Tak przy okazji - bardzo źle wypadłem na pierwszej lekcji z profesorem Wrońskim. Na pytanie z czego składa się nabój karabinowy powiedziałem, że z czubka, łuski i kapiszonu. Ani jedna nazwa nie była prawidłowa!
Na lekcjach dwa zwyczaje wydają mi się już całkowicie historyczne. Podczas klasówek polegających na pisaniu wypracowań, rozwiązywaniu szeregu zadań, opisywaniu procesów - wybieranie odpowiedzi z podanych czyli obecne testy jeszcze nie były stosowane - czasami komuś brakło atramentu w wiecznym piórze. Dochodziło wtedy do procedury pożyczania z pióra do pióra po kropelce na stalówkę. Oczywiście pod bacznym okiem profesora. 
Drugie zjawisko wynikało z rzadkości posiadania zegarków. W naszej klasie był chyba jeden szczęśliwiec, niestety nie pamiętam kto. Był on bardzo nagabywany by na palcach pokazywać ile minut do końca lekcji pozostawało. Swój pierwszy zegarek miałem w maturalnej już klasie po naprawie u zegarmistrza starej Cymy taty. Rodzinna relikwia po ojcu, niestety już zawodna. Przed samą maturą dostałem Roamera - zegarek wysokiej jakości, do dziś jest sprawny. To był prezent od stryja z Anglii. 

Lech

Lech dodaje swoje trzy grosze...
Jak to dobrze móc porównać z kolegą swoje wspomnienia. Prawie żadnego z podanych przez Tadeusza wydarzeń nie pamiętałem, ale gdy o nich przeczytałem to przypomniałem sobie. Tak własnie było.
Jedna uwaga - bójki - wydaje mi się, że bójki na pięści miały miejsce głównie w szkole podstawowej. W Liceum chyba tylko w pierwszym roku. Zasadą było - walka do pierwszej krwi. Pamiętam jak raz, chyba w VI klasie, dostałem niezłe lanie a krew nie chciała lecieć, ani z nosa, ani z wargi. Musiałem dalej trwać.
Opowiadałem o tym synowi - był przerażony - Tatusiu, biłeś się na pięści? w katolickiej szkole? Spojrzałem na niego ze smutkiem - takie istotne doświadczenie życiowe go ominęło. 

 Tadeusz dodaje następne trzy grosze...
Z tymi bójkami to nie było tak świetlanie jak Lech pamięta. W X klasie jeden z kolegów pobity przez drugiego nosił kilka tygodni gips bo miał złamaną szczękę, ale że nie wykazano złej woli sprawcy obyło się bez poważniejszych dyrektorskich konsekwencji.  Ja też w tym okresie walczyłem w przejściu obok szkoły. Gdy byłem już wygrany przeciwnik sięgnął po kamień brukowy i zamierzył się. Stanąłem prosto, ręce opuściłem. Zreflektował się i kamień odrzucił, szlachetny etos walki zwyciężył :).

piątek, 29 maja 2015

Lech

We wrześniu 1954 roku rozpoczęłiśmy naukę w Liceum im. Stefana Żeromskiego. Szkoła założona w 1737 roku przez księży komunistów. Nawet nie księży-patriotów, ale po prostu - komunistów - KLIK.

Liceum

To była szkoła męska, ale tym razy było nas w klasie około 30. Program klasy VIII nie różnił się wiele od ostatnich lat szkoły podstawowej, przybyły tylko dwa języki - niemiecki i angielski. Mimo, że szkoła była państwowa to mieliśmy nadal lekcje religii.
Największą zmianą był skład grona pedagogicznego - przeważali mężczyźni. Pierwszy z nich to nasz wychowawca - pan Wypych, który również uczył języka rosyjskiego - ten pan w jasnym płaszczu na zdjęciu w czołówce blogu. Moim pierwszym wrażeniem było, że to jest rodowity Rosjanin, ale jednocześnie było to wrażenie sympatyczne. Pan Wypych budził autorytet, potrafił dobrze organizować klasę, świetnie prowadził lekcje, ładnie śpiewał. Po szkole podstawowej potrafiłem dobrze pisać i czytać po rosyjsku i z chęcią zabrałem się do nauki. Pod koniec pierwszego okresu pan Wypych zapowiedział sprawdzian z całego przerobionego materiału i nastąpił zimny prysznic. Nauczyciel wezwał mnie do odpowiedzi i polecił wyrecytować wiersz, którego uczyliśmy się na początku okresu. Bardzo łatwo uczyłem się wierszy na pamięć i równie ławo je zapominałem. Z tego wiersza pamiętałem tylko jedną linijkę - ...liogkuju pachodku Lenina. Ale na lekkim kroku Lenina daleko nie zajechałem - dwójka. Uznałem to za okropną niesprawiedliwość tym bardziej, że nikt inny z klasy nie został wezwany do recytacji tego wiersza. Od tego czasu miałem do wychowawcy duży i trwały żal. Nadal go lubiłem, ale już tylko na dystans.
Drugi nauczyciel, którego dobrze zapamiętałem to pan Bielas - matematyk.  Pod koniec przerwy ktoś z kolegów wycierał na sucho tablicę i nie oparł się pokusie żeby taką, pełną kredowego pyłu, szmatą w kogoś rzucić, ten rzucił w następnego. Wchodzi nauczyciel, wszyscy wstają a ja mam w dłoni tę nieszczęsną szmatę. Czymprędzej rzuciłem ją w stronę tablicy i trafiła w ramię pana Bielasa, który niespodziewanie szybko przeszedł od drzwi do stolika. Wielka biała plama na ramieniu, klasa zamarła. Kto to rzucił? - spytał pan Bielas. Nie było co się ukrywać - ja. Pan Bielas popatrzył mi długo w oczy, słusznie uznał, że był to przypadek, otrzepał marynarkę i wezwał dyżurnego żeby wypłukał szmatę.

Program nauczania nieco mnie rozczarował. Każdy przedmiot poza matematyką to było powtórzenie materiału znanego nam ze szkoły podstawowej. Oczywiście było to powtórzenie pogłębione i rozszerzone, ale właśnie to mnie zniechęcało. Geografia to nie było już odwiedzanie miejsc znanych mi z książek podróżniczych lecz wiadomości o gospodarce i bogactwach mineralnych. Historia to nie były wizyty na królewskich dworach i emocjonujące bitwy lecz polityka i walka klas. Jedynie pogłębianie wiadomości z fizyki było dla mnie interesujące.

Koledzy... 30 chłopców w klasie, tylko dwóch z nich znałem ze szkoły postawowej. Zaskoczyło mnie, że w nowym towarzystwie czułem się bardzo dobrze. Chodząc do prywatnej szkoły miałem poczucie pewnej elitarności, okazało się że chłopcy z innych szkół niczym się od nas nie różnili. Poziom był mniej więcej wyrównany, nie było zdecydowanego prymusa, nie było oferm klasowych. Oczywiście utrzymywaliśmy nadal bliski kontakt z naszymi kolegami, którzy wybrali klasę z łaciną. Wszystko było w porządku.

W szkole średniej działał Związek Młodzieży Polskiej - ZMP. Muszę przyznać, że czułem sympatię do tej organizacji. Na kronikach filmowych oglądałem dziarskich Zetempowców jak pomagali przy żniwach, walczyli z analfabetyzmem, pomagali na wielkich budowach socjalizmu. Ja też chciałem coś takiego robić. Miałem świadomość, że Matka izoluje mnie od trudów życia. Widziałem też, że za tym trudem kryje się radość i satysfakcja. Jednak ZMP był nie do zaakceptowania ze względów ideowych. Swoją drogą spora ilość jego członków to byli moi starsi koledzy z Nazaretanek.

Szkoła... trzon szkoły to był stary budynek sprzed 150 lat. Długi korytarz, po obu stronach spore klasy. Po północnej stronie był dobudowany nowszy segment, w którego dolnej części miesciła się szatnia.
Szkoła nie miała sali gimnastycznej i w zimie chodziliśmy na lekcje W.F. do sportowej hali Wojewódzkiego Domu Kultury (WDK). Tam poznałem grę w koszykówkę. Bardzo mi się spodobała - byłem chyba najwyższym uczniem w klasie więc nieco łatwiej było mi trafić do kosza.

Nowe przedmioty - niemiecki i angielski - o tym w osobnym wpisie.

PS. Jak widać w czołówce wpisu zmieniłem uczesanie na bardziej dorosłe.

czwartek, 28 maja 2015

Lech  Lech

Nadszedł czas wakacji i poważny kłopot. Nikt z nie wybierał się do Ameliówki. Nikt nie miał ochoty zabrać mnie ze sobą na wakacje. Matka znowu była zrozpaczona. W końcu udało jej się coś załatwić - jak 3 lata temu do Pieszyc, do rodziny pani, u której jadałem obiady. Nie umywało się to do Ameliówki, ale wspomnienia z Pieszyc miałem miłe, może być. Matka ucieszyła się, to świetnie. Pani S wspominała, że bedzie tam też jej syn Janek i , że on bardzo chciał żebym przyjechał do Pieszyc. Ta wiadomość zmroziła mnie. Długo się wahałem, wreszcie wykrztusiłem - ja nie chcę z nim być na wakacjach.

Co się stało? Dlaczego?
To wydarzyło się chyba w lutym, kiedy Janek był w Kielcach w okresie przerwy międzysemestralnej. Któregoś dnia pani S powiedziała - mój syn jest studentem medycyny, chciał z tobą porozmawiać na tematy medyczne, podam ci obiad w drugim pokoju.
Janek zamknął drzwi i wyjaśnił, że jestem w okresie dojrzewania, nie mam w rodzinie mężczyzny a właśnie teraz potrzebna jest mi męska rada. W duszy przyznałem mu rację. Potem... mówiąc krótko i po angielsku "indecently touched me". To mi się zupełnie nie podobało. Zjadłem podaną zupę siadając w ten sposób żeby nie mógł mnie dotknąć a na drugie danie przeszedłem do głównego pokoju.
Janek wrócił na studia a ja zupełnie zapomiałem o tym incydencie, ale teraz skojarzenie było oczywiste.

Matka była zdruzgotana. Najpierw ogarnęła ją wściekłość - zgłosimy to na milicję, powiadomimy akademię medyczną, taki człowiek nie może mieć uprawnień lekarskich. Uspokajałem ją, że przecież nic mi się nie stało, że właściwie już o wszystkim zapomniałem. W końcu uznała, że ewentualne zeznawanie na milicji czy w akademii medycznej będą dla mnie większym stresem niż samo wydarzenie i dała spokój.

Pozostała sprawa wakacji. Matka napisała list do brata Ojca, stryja Ziemowita, malując w najczarniejszych barwach perspektywy moich wakacji - w domu z chorymi, z gruźlicą rozpadową i syfilisem snującymi się po korytarzach. Stryj odpisał proponując żebym przyjechał do Sopotu. Ciekawe, ze wile osob nie mowilo Sopot tylko Sopoty.

Następnego dnia Matka spakowała mnie i wyprawiła pociągiem do Sopotu. Tam na dworcu czekał na mnie stryj. Pieszo przeszliśmy do miejsca jego zamieszkania. Piękna stara willa na ulicy Krasickiego blisko ulicy Armii Czerwownej (obecnie ul. Armii Krajowej, w czasie wojny Horst Wessel Strasse, przed wojną Kronpzinzenstr.). W tej willi mieszkała moja stryjenka Helena a stryj wynajmował pokój na poddaszu. Trudno to zresztą nazwać pokojem. Była to część strychu pod stromym dachem i bardzo wysoki stryj nie mógł się tam wyprostować. W pomieszczeniu było łóżko oparte na cegłach oraz łóżko polowe dla mnie. To wszystko.

Stryj zapoznal mnie ze stryjenką Heleną i zaprowadził na pobliską ulicę Mickiewicza na kolację do domu stryja Wladysława.

Dygresja rodzinna. Pisałem obszernie o rodzinie Ojca. Stryjenka Helena, stryj Władysław - to były dzieci Antoniego, brata mojego dziadka Jakuba. Matka wspominała tę gałąź mojej rodziny z wielkim uznaniem - Antkowicze - jak oni się trzymali. Ojciec na posadzie, dziewięcioro dzieci. Wszystkie pokończyły studia. Założyli rodzinną spółdzielnię, ci którzy już zarabiali wpłacali składkę na fundusz na studia młodszego rodzeństwa...

 Antkowicze

Na powyższym zdjęciu stryjenka Helena to chyba ta dziewczynka po prawej a stryj Władysław to na pewno ten chłopiec obok niej, w czarnym ubraniu, ze szpicrutą w dłoni.

Stryj Władysław mieszkał z rodziną w ładnej willi. Potężnie zbudowany mężczyzna o silnym głosie i ciemnych włosach. Przed wojną ukończył szkołę morską w Tczewie, tę samą co brat Matki wuj Rysiek, tylko wydział mechaniczny. Wojna zaskoczyła go w Gdyni, brał udział w obronie Helu i spędził wojnę w niemieckim oflagu. Obecnie był dyrektorem Polskiego Rejestru Statków. Poznałem również jego żonę - stryjenkę Wandę i trzy córki - Kasię, już studentkę, Anielę, maturzystkę, i Joasię - 7 lat. Prócz nich były tam jeszcze dwie córki stryja Antka - najmłoszy chłopiec na powyższym zdjęciu - Basia, maturzystka i Dorota, 7 lat.
Tyle nowych twarzy. Byłem mocno oszołomiony. Tu masz zawsze bezpieczną przystań - powiedział stryj Ziemowit.

Następnego dnia wprowadził mnie w nowy rytm życia. Przedstawił mnie właścicielom naszej kwatery - miłe małżeństwo w średnim wieku. Spytał czy prowadzę rejestr wszystkich wydatków. Nie prowadziłem. Dał mi więc notesik i polecił robić to codziennie. Pierwsza pozycja to opłacenie kwatery. Stryj rozliczył mój udział w koszcie mieszkania na 2 dni, potem będę mieszkał sam i zapłacę za to właścicielce.
Następnego dnia rano poszliśmy na śniadanie do baru mlecznego przy dworcu kolejowym. Kawa z mlekiem i bułka z serem. Potem poszliśmy na plażę. Bezpłatną, obok Łazienek Północnych. Na obiad do baru mlecznego - makaron z jajkami - cena chyba 6.70 - to było najdroższe danie. Na kolację do stryjostwa Władków. Po kolacji dorośli grali w bridża. Dowiedziałem się, że od najbliższego poniedziałku rozpocznę pracę na polach doświadczalnych Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin (IHAR), w którym pracowała stryjenka Helena. Stryj wyjechał w niedzielę po południu.

To było dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Nigdy dotąd nie mieszkałem sam, nigdy nie musiałem się troszczyć o swoje sprawy bytowe. Nigdy nie pracowałem zarobkowo. Jednak nie był to dla mnie żaden szok. Matka nie przekazała mi żadnych praktycznych umiejętności, ale przekazała jakiś fatalizm, pozytywne godzenie się z losem - świat wokół ciebie może się w każdej chwili zawalić a ty masz dalej robić swoje.

W poniedziałek rano stryjenka Helena pojechała ze mną na pola doświadczalna gdzie zapoznano mnie z moją pracą. Miałem pracować jako pszczółka - zapylać kwiaty ziemniaka To było proste. W pudełku od zapałek miałem kwiaty których pyłek miałem użyć do zapylania. Na wyznaczonej działce rosły ziemniaki, które miały być zapylone. Najpierw trzeba było każdy kwiat wykastrować - wykałaczką odciąć mu pręciki. Na paznokieć kciuka lewej ręki sypałem pyłek z kwiatów w pudełku od zapałek i zanurzałem w tym pyłku czubek słupka zapylanego kwiatu. Oprócz mnie zapylał jeszcze jeden chłopiec, mój rówieśnik. Na poletku była z nami para etatowych pracowników Instytutu.
Pracowałem 5 dni w tygodniu, tylko gdy nie padał deszcz. Zaczynaliśmy pracę chyba o 6:30, 6 godzin. Po zakończeniu pracy szybko szedłem do stacji Sopot-Wyścigi i jechałem kolejką do Sopotu żeby zdążyć na plażę.

Gospodarze mojej kwatery pozwolili mi korzystać z bardzo prowizorycznej kuchni. Był to mały pokoik bez okna wyposażony tylko w zlew i maszynkę elektryczną.
Maszynkę elektryczną.... zaraz przecież teraz nikt nie zrozumie co mam na myśli - google zasypuje mnie ofertami eletrycznych płyt kuchennych. Maszyka eletryczna było to urządzenie o średnicy dużego talerza, wysokości około 8 cm, w którym, w ceramicznej obudowie, znajdowała się niczym nie przykryta spirala elektryczna. Można było na niej postawić garnek lub czajnik i gotować. Ja ograniczałem się do gotowania wody na herbatę a w niedzielę jajek na twardo. Do tego kromka lub dwie chleba z masłem i serem i śniadanie załatwione. Biegiem do przystanku tramwajowego i jazda do pracy. Lodówek nie było a kuchnia na poddaszu mocno się nagrzewała więc trudno było robić jakiekolwiek zapasy. Nawet pół kostki masła zdążyło się czasem roztopić zanim je skończyłem.
Gdy docierałem nad morze nie było już tam moich znajomych więc przeniosłem się na plażę obok Łazienek Południowych gdyż serwowano tam dobre obiady - fasolkę po bretońsku. W zatłoczonej, dusznej i gorącej sali kłębił się tłum, zlana potem załoga dwoiła sie i troiła. Trzeba było odczekać w kolejce conajmniej pół godziny. Potem miałem już wolne.
Plażowanie kończyłem około 5 i kierowałem się na ul. K Rokossowskiego (obecnie Bohaterów Monte Cassino, poprzednio - Meerstr - ulica Morska). Tam sprzedawali włoskie lody a na przeciwko był (i chyba jest nadal) Klub Międzynarodowej Książki i Prasy. 
Jak spędzałem wieczory? W Sopocie były dwa kina, w lecie zmieniały program 2 razy w tygodniu więc było co ogladać. Miałem wprawdzie stałe zaproszenie do domu stryja Władysława, ale nie korzystałem z niego zbyt często gdyż nie było tam nikogo w moim przedziale wiekowym więc wpadałem tam aby pożyczyć książki. Przeglądałem książki i inne materiały zgromadzone w moim pokoiku. Był tam pięknie wydany Mein Kampf i albumy z walk niemieckich łodzi podwodnych.
Pamiętam, że wkradłem się przed dziurę w siatce do Opery Leśnej, w której wystawiano Fausta Gounoda w wersji koncertowej.
Zapylanie ziemniaków kończyło się pod koniec lipca. Stryj zakładał, że wkrótce potem wrócę do Kielc, ale Matka poleciła mi zostać do końca wakacji. Wtedy miałem okazję plażować razem ze szkolnymi kolegami. Byli to głównie koledzy, których ojcowie byli lekarzami. Był więc oczywiscie Staszek Ś. Pamiętam jak starał się mnie usilnie przekonać żebym zmienił klasę i przeniósł się do klasy A, w której była większość kolegów z Nazaretu. Jego argumenty - solidarność, siła przebicia - wydawały mi się zupełnie nie z tej ziemi. Wiedziałem, że i tak będzie jak będzie.
Już po powrocie do Kielc otrzymałem przekaz pocztowy z moimi zarobkami - 420 zł. Matka kręciła głową z niedowierzaniem - może metody wychowawcze braci Ojca nie były takie złe.

wtorek, 26 maja 2015

 Tadeusz
Zaćmienie słońca w czerwcu 1954 to znak z kosmosu o moim przejściu od dzieci do młodzieży. Znak formalny to  świadectwo ukończenia szkoły podstawowej. Mądrością dzisiejszego starca mogę na chłodno obejrzeć i ocenić jak zostałem uformowany przez  siedem klas życia. Całkowicie odrzucam analizowanie moich właściwości genetycznych - jakie by nie były, są poza kontrolą i manipulacją. A więc pozostają wpływy środowiskowe. Po namyśle uważam, że byłem indoktrynowany przez cztery centra wpływu i, jakby to nie brzmiało, przemocy psychicznej. Nie jestem oryginalny, takie centra tyczą przeważnie wszystkich, różne tylko bywają ich zakresy i skuteczności.
Centrum pierwsze - Dom
Wychowywany przez trzy, później dwie kobiety, a wszystkie z przegranym życiem, przekonywany byłem, że poza domem, poza nimi kochającymi i oddanymi mi bezgracznie - jestem całkowicie sam. Nie należy mi się, i nikomu nie zależy by to zmienić, absolutnie nic. Wszystko muszę zdobyć. Nie istnieje żadne powoływanie się na przeszłość, pochodzenie, zasługi przodków - to umarło, wszystko zaczynać muszę od nowa. Moja broń to moja nauka, dobre oceny, stawanie się potrzebnym innym. Moje przyszłe szczęście mam zbudować z pracy, skuteczności działania, odpowiedniego zawodu.  Była wdrażana bardzo ważna wytyczna, do dziś podstawa mojej etyki - ja sam oceniam siebie z całą bezwzględnością, przed sobą nie nie mogę nic ukryć ani siebie okłamać, oszukać.   Nie istniało w domu pojęcie grzechu, istniały błędy przeciw mojemu przyszłemu życiu, przeciw szacunkowi ludzi, który mam obowiązek zdobyć, przeciw szacunkowi dla siebie. 
Centrum drugie - Szkoła
Prywatna szkoła zakonna będąca pod srogą kontrolą rządu była oazą prawdziwego czystego chrześcijaństwa. Realizowane to było tak konsekwentnie, że w to wierzyłem. Oczywiste, ale głęboko ukrywane polityczne poglądy,  poczucie wrogości, zagrożenia zakonnic i nauczycielek nie docierały do mnie - bo nie powinny. Chyba nigdy przedtem ani nigdy potem nie uczono dzieci tak czystej doktryny Jezusa, bez ambicji politycznych, oceny władz doczesnych. To był okres gdy na apelach z prasówkami i obchodach świąt państwowych pokornie oddawano cesarzowi co cesarskie. Szkoła, poza normalną nauką, wiedzą wdrażaną starannie, uczyła szacunku do starszych, rodziców, miłości bliźniego. Zło w postaci chciwości, zawiści, klamstwa było złem w sposób naturalny, nie związany z religią. Religia mogła być odczytywana  jako ceremoniał przypominania prawd humanizmu i zapowiadania nagrody wiecznej. Jedynym doktrynalnym wyjątkiem była sprawa seksu - to był element zła bez istotnego ludzkiego uzasadnienia. Co gorsze, był piętnowany, zanim powstała we możliwość jego oceny, a nawet zauważenia. I ten aspekt trochę mi w życiu wewnętrznym popsuł. 
Centrum trzecie - Państwo
W domu odgrodzony byłem od antykomunistycznych nastrojów, nikt nie szeptał mi o Katyniu, morderstwach Stalina, cudownościach utraconej Polski, w szkole te tematy oczywiście nie mogły być poruszane. Państwowa propaganda działała na mnie zarówno w radio, prasie, na capstrzykach i festynach, ale też w szkolnych programach historii. Równość ludzi, walka o sprawiedliwość, pokój - to były hasła zbieżne z naukami Jezusa o ludziach sprawiedliwych, ubogich, pracowitych, uczciwych. Do dziś uważam, że każdemu należy się to, co wypracował, a słabemu należy pomagać. Także dziś jestem pewien, że państwo, niczym ojciec wielkiej rodziny,  powinno troszczyć się o los większości czyli jednak miernot i bronić przed wykorzystywaniem i agresją nielicznych ludzi silnych i uzdolnionych. No cóż, najczęściej poglądy polityczne czy religijne są bliższe marzeniom niż realiom. Zupełnie nie miało na mnie wpływu sienkiewiczowskie nauczanie patriotyzmu - czytałem je jako przygody podobne do indiańskich czy muszkieterskich. Nie chciałem być Stasiem Tarkowskim, który walczył z lwami i Arabami. Wolałem być Timurem - radzieckim chłopcem, który pomagał sąsiadom. Lech trafnie ujrzał we mnie Tomka Sawyera - zwyczajnego chłopca z sąsiedztwa. 
Centrum czwarte - Podwórko
Ono nie ogranicza się do ul. Słowackiego 13. To także koledzy szkolni, znajomi rówieśnicy spotkani na wyjazdach. W tych miejscach nie istniały, przynajmniej ja ich nie zapamiętałem, ideologie, doktryny, światopoglądy, dyskuje na takie tematy. Mam na myśli oczywiście lata szkoły podstawowej! W tym środowisku znajdowałem to, czego zupełnie jako jedynak w domu nie miałem. Kontakt z ludźmi niedorosłymi, takimi jak ja, nie podczas regularnych zajęć szkolnych, ale na wolności. Moje podwórko chyba miałem wyjątkowo szczęśliwie udane. Nie spotkałem zła, przemocy, chamstwa. Nauczyłem się, że razem można zrobić więcej, lepiej, zabawniej, ciekawiej. Podwórko pokazało mi wartość życia zespołowego, a także uznawania hierarchii, kompetencji osobistych, odrębności i zysków dla zespołu z tego wynikających.  Także odpowiedzialności przed innymi i za innych. Chyba nie da się przecenić wartości zdobytych na podwórku - umiejętności życia w społeczności i satysfakcji z tego płynących.

W chwili stawania się młodzieżą  do głowy by mi nie przyszło, że tak można by moją osobowość opisać i na czynniki pierwsze rozłożyć. Bardzo skracając - miałem już w sobie zasiane najważniejsze cechy mojej osobowości - samokrytycyzm i odpowiedzialność. Obie dające więcej memu otoczeniu niż mnie. Dom, szkoła, państwo - żadne nie mówiło o szczęściu, przyjemności, pojawiała się  w to miejsce satysfakcja. Tylko podwórko odrabiało w sporym stopniu te zaniedbania.
Czytając niektóre wspomnienia Lecha zauważam, jak zdeformowane są wiedzą dziesiątków lat późniejszych. Na początku uzgadniania zasad naszych pamiętnikow Lech zakładał, że pisać będzie z punktu widzenia dziecka czy młodzieńca. Ale to jest  zupełnie niemożliwe. Tamtej osobowości już od dawna nie ma. Każdy z nas jest budynkiem wielokrotnie przebudowywanym, przerabianym, unowocześnianym. Pisząc wspomnienia mam wrażenie grzebania w piwnicach by dotrzeć do najstarszych fundamentów.

poniedziałek, 25 maja 2015

Pharlap  Lech

Nazaretanki to była prywatna szkoła więc na zakończenie edukacji podstawowej (klasa VII) musieliśmy zdawać egzaminy z wszystkich przedmiotów oprócz W.F i religii. Taka próba bardzo zmotywowała mnie i wydaje mi się, że zdałem z wynikiem lepszym niż moje stopnie w szkole. Wydaje mi się gdyż niestety moje świadectwo VII zostało przekazane gimnazjum i nie mam go w soich zbiorach.

Po egzaminach pozostało jeszcze kilkanaście dni roku szkolnego, ale nie było się już czego uczyć. Nasz nauczyciel W.F. zorganizowal nam zawody pływackie. W programie 4 dystanse stylem dowolnym i 100m stylem klasycznym. W stylu klasycznym startowal chyba tylko Staszek Ś. W stylu dowolnym wygrałem wszystkie konkurencje. Nasz nauczyciel był mocno zaskoczony, przecież z W.F. miałem tylko trójkę.

Komitet Rodzicielski planował imprezę na koniec roku szkolnego. Dla nas, chłopców, był to przecież koniec nauki w tej szkole. Rozważali wycieczkę. Zaskoczył nas Staszek Ś, który zaproponował zabawę taneczną z koleżankami z równoległej klasy. Przecież my żyjemy w izolacji od dziewcząt - argumentował - teraz wchodzimy w nowy etap życia i większośc nie wie jak się zachować w towarzystwie dziewcząt. Proponował kilka sesji lekcji tańca i bal. Muszę przyznać, że bardzo mi zaimponował - tak, on był jak Staś Tarkowski. Po cichu przyznawałem mu rację, ale głośno skwitowałem tę propozycję tak jak większość kolegów - śmiechem - kto by tam się chcial bawić z dziewczynami.
Skończyło się na wspólnym podwieczorku i towarzyskim meczu siatkówki. Oto połaczone klasy siódme i grono pedagogiczne...

Ostatnia klasa

Ja - w dolnym rzędzie z lewej, Tadeusz - 4 pozycje w prawo ode mnie, trochę z tyłu.

W Kielcach były chyba 4 szkoły średnie ogólnokształcące i kilka techników, ale mnie znana była tylko jedna szkoła - Liceum im Stefana Żeromskiego. Znaczna większość moich kolegów wybrała tę właśnie szkołę. Kolejna decycja to - którą klasę wybrać - łacina, francuski czy niemiecki, angielski. Dla mnie jako kandydata na inżyniera wybór byl prosty - tę drugą. Ostatecznie klasę "humanistyczną', z łaciną, wybrało chyba 12 kolegów. Klasę "techniczną" tylko trzech - Tadek, Andrzej Paszkiewicz (najbardziej po prawej w pierwszym rzedzie) i ja.

niedziela, 24 maja 2015

 Tadeusz
Byłem pewny, że temat relacji damsko-męskich to będę opisywał najwcześniej w liceum. Ale grzebiąc w najmłodszych latach zdałem sobie sprawę, że to byłoby banalne i wszystkim znane opisywanie rozwiniętego kwiatu, z pominięciem fazy wschodzenia, ukorzeniania, rozwoju, pączkowania...
Mój pierwszy kontakt z dziewczęcym urokiem był w trzecim roku życia, gdy postawiano przede mną kubek z mlekiem. To był mój własny kubek aż do matury, do wyjazdu z domu na studia. Te trzy dziewczynki stały się wzorcem piękna dziewczęcego i zalążkiem ich idealizacji. Uśmiechnięte, wiosenne, ukwiecone, śliczne po prostu. Tak się złożyło, że nie miałem z prawdziwymi dziewczynkami bezpośredniego kontaktu aż do szkoły. W klasie dziewczynki, poza sporadycznymi wyjątkami, były grzeczne, uśmiechnięte, z cieniutkimi głosikami, czasami płaczące. I nawet czasami ładniejsze od tych z kubka - miały grube jasne warkocze, wielkie kokardy, wyraziste oczy. Miały też cechę bardzo niepokojącą - wabiły swym wyglądem, a były zupełnie niepożyteczne, zbędne, wręcz przeszkadzające podczas chłopięcych zabaw czy rozmów. Nauczycielki uczyły nas, że koleżanki należy szanować, pomagać im. Dziewczynki to są kobiety, a mężczyźni kobiet muszą bronić i opiekować się nimi. Im starszy się stawałem tym bardziej chciałem dziewczynkę dotknąć. Podczas przerw bawiliśmy się w sali rekreacyjnej pod nadzorem nauczycielek. Potrącenie, popchnięcie skutkowało koniecznością przeproszenia dziewczynki. Należało dziewczynkę poprosić o wybaczenie i pocałować w rączkę. A więc często popychałem, podstawiałem nogę, łapałem za warkocz. W starszych klasach pojawiało się niezrozumiałe pożądanie, zderzało się ono z już wpojonym przez religię grzechem nieczystości. Naturalne dojrzewanie stawało się piętnem zła. Idealizacja dziewczynek stawała się wręcz magiczna - oto powabne istoty, słabe i bezradne pragnę zbrukać, skrzywdzić. Świadomość, że dziewczynki wyrosną na kobiety, a właściwie już są kobietami, sytucję bardzo komplikowała i dramatyzowała. W moim domu były kobiety, które od zawsze musiały walczyć o jedzenie, mieszkanie, ogrzewanie, ubranie, musiały nosić węgiel i kartofle, rąbać drzewo na rozpałkę.  Miałem te sytuacje wokół siebie na codzień. Babcia została z trojgiem dzieci po śmierci męża przygniecionego przez konia na polowaniu. Nie miała żadnego zawodu, za mąż wyszła jako szesnastolatka. Mając lat 35 poszła na kurs akuszerski, dwójkę z trójki dzieci musiała oddać pod opiekę bogatszej obcej rodzinie. 



Moja mama w roku 1937 w Wilnie  i 1942 - już w Lublinie

Drugie pokolenie czyli moja mama po urodzeniu mnie została sama w obcym państwie, otoczona kolejno wrogimi Litwinami, bolszewikami, Niemcami.  Wdowa po wysokim urzędniku państwowym nosiła cegły na budowie, mnie rocznego pod płotem zostawiając. To były czyny bohaterskie. Samotne kobiety z dziećmi podczas dwóch wojen światowych. Samce alfa ginęły w walkach, czynach męskich, pozostawiając kobiety z małymi dziećmi. Zadbana, delikatna pani domu musiała stanąć na czele rodziny, przeistoczyć się  w waderę.
Moja idealizacja kobiet stawała się więc totalna, obejmowała już nie tylko urok młodego ciała, ale też wspaniałość i siłę dojrzałego charakteru. Uzupełnieniem ideału kobiet była ich zdolność do rodzenia dzieci. Ta niedostępna mężczyznom cecha niosła ze sobą poczucie ogromnej odpowiedzialności za męskie egoistyczne zmuszanie ich do zachodzenia w ciążę.   Jednocześnie coraz mocniejsza była chęć ich uwiedzenia, wykorzystania, grzechu, a więc krzywdy. Poczucie odpowiedzialności odzierało z romantyzmu całą sferę miłości.  
W wiek młodzieńczy wkraczałem ze sporym bagażem kłopotliwych rozterek na temat relacji chłopca i dziewczyny.  Okres rozwijania się zalążka męskości, stawania się mężczyzną, był u mnie chyba najciekawszy. Potem to już tylko wyświechtane przez literaturę liryczne miłostki, upoetycznione dramaty, pikantne historyjki. Poza paroma kluczowymi momentami.

piątek, 22 maja 2015

 Tadeusz
Dzięki dokładnemu opisaniu przez Lecha naszego świata politycznego i tła ustrojowego,  mogę się spokojnie ograniczyć do pokazania detali materialnych tych naszych lat pięćdziesiątych. 
Po śmierci babci miałem aż do powrotu mamy z pracy całe mieszkanie dla siebie. Po opisie podwórka i ogrodu pora na pokazanie mojej kuchni. Poza zlewem już opisanym i piecem kuchennym z duchówką, w którego palenisku eksplodował mi pocisk świetlny, najważniejszą częścią był stół. Nad nim wisiała lampa. Była ona jedynym źródłem energii elektrycznej. A więc musiała być do niej wkręcona złodziejka czyli rozgałęziacz między oprawką i żarówką. Dziś takie urządzenie jest trudno dostępne i uchodzi za muzealne. Spod żarówki więc zwisał kabel zasilający maszynkę elektryczną do gotowania. Poranny pośpiech śniadaniowy nie pozwalał na rozniecanie ognia w piecu, maszynka była więc rozwiązaniem. Również szybkim, ale jednak wolniejszym w uruchamianiu, sposobem był prymus - bardzo ciekawe urządzenie na naftę, z efektownym rozpalaniem płonącym denaturatem, drucikiem do każdorazowego przetykania dyszy, z pompką do nafty i głośnym, dźwięcznym szumem palącego się palnika - to był starodawny prototyp obecnej gazowej kuchenki turystycznej. 
Moje zainteresowanie wzbudzała jednak tylko maszynka. Miała odkrytą spiralę żarzącą się na czerwono. Ułożone na pokrywce od jakiegoś blaszanego pudełka kawałki ołowiu dawały się stopić. Gdy spirala ulegała przepaleniu skręcałem końce i znów wszystko działało. 
Podręcznik do fizyki pokazał mi schematyczny rysunek elektrycznego dzwonka. Uznałem, że warto sobie taki dzwonek zrobić. Rdzeń elektromagnesu był jak podkowa, a najbliższy jej kształtu był skobel. Owinąłem go więc posiadanym drutem, zwój przy zwoju jak rysunek pokazywał, skonstruowałem blaszkę z przerywnikiem, zgodnie ze schematem przewody połączyłem i podłączyłem do gniazdka w złodziejce. Niestety spaliły się korki. Naprawiałem je z wprawą - wystarczył kawałek drutu. Miałem świadomość, że nie może być gruby. Próby z dzwonkiem spełzły jednak na niczym.
Następnym eksperymentem była lampa łukowa. Dwa pręciki węglowe ze starych bateryjek węglowo-cynkowych na elektrody nadawały się świetnie. Niestety korki znów poszły. Prawo Ohma podpowiedziało - za mały opór, robi się krótkie spięcie! Połączyłem szeregowo z maszynką do gotowania. Rewelacja! Trochę prób z bezpiecznym, bo przez szmatkę, uzyskiwaniem odstępu elektrod i łuk świecił niby domowe słońce, pięknie syczał. Zapach ozonu rozchodził się po domu - choć jeszcze nie wiedziałem co to ozon. Łuk był niestabilny, krótkotrwały, sypał czasem iskrami - nie wiedziałem, że prąd zmienny słabo się do tego nadaje. Prawdę powiedziawszy prądy zmiennego tośmy jeszcze wtedy nie przerabiali na lekcjach. Nikt jakoś nie zauważył zużycia prądu po moich badania świata elektryczności. Korki czyli bezpieczniki, były reperowane po kilka razy dziennie. Automatyczne wówczas jeszcze nie istniały.
Galwanotechnika skończyła się całkowitą klęską, prąd zmienny się do niej nie nadawał, baterie były zbyt drogie. Kto jeszcze pamięta typową baterię płaską 4,5 V, podstawę energii do latarek. Radia na baterie jeszcze nie istniały. Latarka  z taką baterią świeciła tylko parę godzin. 
W pokoju nęcącym i intrygującym przedmiotem był głośnik. Wierzyłem, że istnieje możliwość przeróbki takiej, by można było odbierać inne stacje. Próby skończyły się na  równoległym doprowadzeniu przewodu od gniazdka głośnikowego do słuchawki telefonicznej zawieszonej na dywanie przy łóżku. Mogłem słuchać  w łóżku nawet przy wyłączonym głośniku głównym! Chyba doszedłem do fazy zastosowania potencjometru.
Parę lat później zacząłem kupować Radioamator - miesięcznik dla chcących budować własne radio, nawet miałem już kupione 2 lampy 3S4T - niektórzy przypomną sobie takie coś. Ale na tym się skończyło - chassis, zasilacz, potencjometry, kondensatory itp to przekraczało moje możliwości. Ale działanie triody potrafię wytłumaczyć nawet dziś. 
Naprzeciw stołu w kuchni stało łóżko. Do 1952 spała na nim babcia. Żelazne, czarne, z wysokimi poręczami i stalową siatką. Na niej leżał siennik czyli wielka koperta, poszwa z grubego szarego płótna wypchana słomą. Każdego końca lata, po żniwach, kupowaliśmy snopek słomy, wówczas długiej ponad metr. Była ona łamana, zgniatana, skręcana, mierzwiona i wciskana do siennika. Na to derka, prześcieradło. Kołdra, kapa. Taki materac był jakiś czas bardzo sprężysty. Pokojowe materace były dwojakiej jakości. Gorsze wypchane tzw. trawą morską. Lepsze, dziś już zupełnie unikalne i bajońsko zapewne drogie - włosiem końskim. 
Ciocia Jadzia, siostra mamy, pracowała w izbie skarbowej. Nie istniały wówczas maszyny liczące w biurach. Gdy przychodził okres bilansu nie starczało czasu biurowego na wszystkie obliczenia. Ciocia przynosiła do domu sterty dokumentów i w kuchni, czasem do rana, stukała liczydłami - sumy z różnych źródeł musiały się zgodzić, bywało, że szukanie 1 grosza zabierało wiele godzin pracy. Czasami, gdyśmy spać już poszli, ciocia zabierała się do grania na gitarze, przypominała sobie lata dawne. To były różne tęskne melodie, zbiór nut jeszcze mam, tylko "oczy czarne" z tytułu pamiętam. Gitara była piękna, 7-strunowa, inkrustowana masą perłową. Obecnie wisi na ścianie u córki. Ciocia była panną, i aż do śmierci nalegała by tak się do niej zwracano  - panno Jadziu. Była zgorzkniała, sentymentalna i religijna. Za młodu bardzo ładna. Miała narzeczonego, który został jedną z ofiar przewrotu majowego z 1926 r. Poległ po stronie rządowej więc nienawidziła Piłsudskiego. A jej siostra była żoną legionisty z 5 pułku piechoty, a brat ułanem u Beliny Prażmowskiego - obie formacje z I Brygady. 
Na zdjęciu obok - Jadwiga Malanowska w wieku 20 lat.
To tyle o kuchni na ul. Słowackiego 13 m. 5.

Trzy grosze Lecha... Doskonale pamiętam tę lampę łukową. Nazywałem ją łukiem Volty.  Oprócz prętów węglowych z baterii próbowałem również używać grafity z ołówka - wychodziło całkiem efektownie. Oczywiście było wiele przypadków spalonych korków, nie raz kopnął mnie prąd. Istny cud, że to nie zakończyło się tragicznie.
"Ciocię Jadzię" też dobrze pamiętam. Moja Matka również pracowała jako księgowa, ale pani Jadwiga pracowała chyba na wyższym stanowisku gdyż Matka wyrażała się z wielkim szacunkiem o Jej znajomości tematu. Pamiętam ją jako piękną kobietę naznaczoną wielką tragedią osobistą.

czwartek, 21 maja 2015

 Tadeusz
Schody w końcu podwórka prowadziły do ogrodu. Ciągnął się on aż do ulicy Śniadeckich, zakończony  drewnianym płotem, wysokim na 2-2,5 m z wąskich, poczerniałych sztachet. Wciskając stopę miedzy sztachety i skręcając ją wchodziliśmy na plot jak na drabinę. Ogród był długi na prawie 60 m, szeroki około 20 m. Po bokach miał płoty następnych ogrodów, rzadko odwiedzanych. Tak więc wykorzystując parę odchylanych sztachet całość naszego królestwa to było niemal pół hektara terenu z drzewami, krzewami, zaroślami, rzadkimi grządkami.
Nasz ogród miał środkiem alejkę z piwoniami, po bokach grządki lokatorów z jarzynami, kwiatami, zajmowały one około 1/3 po środku ogrodu. Moja rodzina grządek nie miała ponieważ zamieszkaliśmy tu za późno. Do chłopięcej  dyspozycji był teren na początku i na końcu ogrodu. Na początku, tuż za schodami były bzy, walące się komórki, dwa duże orzechy włoskie, których cień nie pozwalał na żadne uprawy. Dach drwalek pod moim balkonem był nad ziemią  w ogrodzie tylko na pól metra, tędy do ogrodu chodziłem. 
W maju zrywaliśmy wszystkie kwiaty bzów, dzieliśmy na bukiety i zanosiliśmy do każdego lokatora po jednym. W czerwcu przy schodkach zakwitał na różowo kwitnący stary głóg, wyrastający ponad nasze domy.  Jesienią strząsane i zrywane były orzechy. Dzielone na równe kupki i jak bukiety bzów po wszystkich rodzinach roznoszone. To był okres czarnych rąk od zrywania łupin z orzechów. Nie pamiętam żadnego trybu nacisku, dozoru doroslych. Stefek mówil: no to dziś zbieramy orzechy. I zbieraliśmy. 
Zabawy w chowanego, podchody, strzelanie - to była codzienność. Zimą lepienie bałwanów, fortec - zawsze na koniec dnia  burzonych. 
Każdy znany nam dorosły mężczyzna w tamtych czasach palił papierosy - a więc i my podejmowaliśmy takie próby. Jednak papierosów nie kupowaliśmy, lecz robiliśmy je z suszonych liści różnych roślin. Najlepsze okazywały się te z orzecha. Oczywiście nie było mowy o jakimkolwiek zaciąganiu się, również oczywiste, że mam na myśli okres wczesny, z podstawówki. Ceremonia przebierania liści, darcia gazet, skręcania papierosów, w końcu palenia, nie mogły rzucać się w oczy więc robiliśmy sobie kryjówki. 
Kryjówka  to właściwie była nasza obsesja stała, niezależnie od papierosów. Często to był szałas z oberwanych gałęzi. Czasem zbita z desek od walącej się komórki nowa komórka. Czasem gęsto rozrośnięte krzaki tuż za płotem w ogrodzie obok.  Częstą kryjówką była korona któregoś drzewa, szczególnie dużego klonu na końcu ogrodu, obok gruszy, śliwy, drugiego klonu. W kryjówce omawiane były nowe wiadomości, komentowane wydarzenia, wyniki gier - pod orzechami na gołej, płaskiej ziemi graliśmy w państwa, gra była z rysowaniem granic, zakreślaniem ich zmian, wedle reguł, których już nie pamiętam. W kryjówce pokazywaliśmy sobie zdobycze, znaleziska: pociski, czubki, łuski, planowaliśmy ich wykorzystanie, wymianę. Różne maszyny i ich fragmenty dobre do rozkręcania i ponownego składania, stare transformatory, z których miedziany drut był skarbem do wielu zastosowań - choćby do obciążania czubków strzał do łuku lub kuszy. Zdobyty nabój od rakietnicy to było zajęcie na wiele dni. Rozbieranie, próbne zapalanie prochu, kawałków kostek na kolorowo płonących i rozrzucających iskry. W okolicy kryjówki robione były skrytki do takich zabawek.
Przez jakiś czas mieliśmy mały rewolwer bez okładek na kolbie, iglicy i sprężyny. Był fascynujący, malutki, chromowany, tylko nieco zardzewiały. Z bębenkiem na chyba 5 naboi.  Po parodniowej, burzliwej dyskusji wrzuciliśmy go do jedynej dostępnej studni - u kolegi z ulicy Śniadeckich - Marka Bieńkowskiego. Do niego była droga prosta - przez płot, ulicę i już. Jego dom był własnością jego rodziny. Ogród przypominał nasz, ale dom już był inny. Był ze wszystkim wewnątrz jeszcze sprzed wojny i mieszkała w nim jedna rodzina! Najważniejsza była szafka z książkami! Same wydania sprzed wojny. Różne Verny, Guliwery, Robinsony, baśnie, dziesiątki tytułów, których nie pamiętam choć wszystkie przeczytałem. 
Jedna z kryjówek była najwspanialsza, ale też bardzo naganna, wręcz przestępcza. Ściana murowanej szopy z sąsiedniej posesji wychodziła na ogród i miała na stryszku małe okrągłe okienko. Wiele tygodni, wspinając się po stercie gałęzi i chwastów, nożami, drutami, gwoźdźmi wydłubywaliśmy cegły aby otwór powiększyć. W końcu dostaliśmy się na pusty niski stryszek. Mogliśmy tam posiedzieć, odczekać deszcz, poszeptać - pod podłogą z desek była ubikacja często odwiedzana i drwalki. Ale strych był nasz!
Czasami na niebie pojawiał się samolot - to był kukuruźnik czyli dwupłatowiec z płóciennym obiciem kadłuba i wielkim śmigłem - biegliśmy na podwórko, gdzie niebo nie było gałęziami przysłonięte i wrzeszczeliśmy: Lotnik, lotnik, puść ulotki. I zdarzało się, że puszczał. Chmura kartek frunęła po niebie niczym stado gołębi, spadała na ulice, dachy, z rzadka nawet jakaś spadła do nas. Młody historyk ująłby to jako poniżające, haniebne wtłaczanie komunistycznej propagandy do domów i umysłów zniszczonej wojną i zatrwożonej nowym reżimem ludności. A myśmy się z tej żółtawej przeważnie kartki cieszyli jak z trofeum i chowali do swych skrytek nawet nie czytając. 
Mimo mieszanego składu urzędniczo-robotniczego sąsiadów nie poznałem wówczas żadnych wulgaryzmów. Najgorszymi przekleństwami były cholera jasna i psiakrew. Wśród kobiet nadużywane było zawołanie dziś już zapomniane całkowicie: Matko Boska! albo Jezus Maria! Wiejskie Olaboga znam tylko z literatury. Moja jedna z pierwszych miłości, Iwonka, jeszcze z podstawówki, mówiła "o jeżuś", co mnie bardzo urzekało. Nie pamiętam żadnej podwórkowej terminologii genitalnej - prócz bardzo zabawnego palca bez paznokcia. No i picki Jadźki  spod Marzysza.
Siedząc na progu, na którym przeważnie pan Siekański rozwarstwiał opony, 30 czerwca 1954 roku (sprawdziłem w Wikipedii) oglądaliśmy prawie całkowite zaćmienie słońca. Przygotowania do niego trwały parę dni. Błony od zdjęć rentgenowskich dobre do obserwacji były już dawno zużyte. To były błony celuloidowe doskonale do robienia rakiet, palące się gwałtownie niczym proch wydobywany z pocisków. A więc musieliśmy zrobić filtry z szyb osmalanych sadzą. Problem polegał na osmaleniu zanim szyba pękła od gorąca  płomienia świecy. To nie było łatwe i wiele szyb zmarnowaliśmy. Samo zaćmienie było zwyczajne, jak to zaćmienie - zapowiedziane, zrozumiałe, oczywiste, tylko trochę ciemniej się stało.
To był koniec szkoły podstawowej.
Wołania nas przez matki do domu było rzeczą równie nieprzyjemną jak gimnastyka poranna w radio o godzinie 7. Czasami tylko kończyło się powrotem do ogrodu z kromką chleba ze smalcem, albo nawet garścią bobu lub kilkoma plackami ziemniaczanymi  do podziału.
Pewnego dnia, już w czasach liceum, tuż za bzami postawiono gęsty wysoki parkan. Rozpoczęła się budowa milicyjnej siedziby.  
Na zdjęciu z 2008 r. za schodami widać jasny optymistyczny budynek. To był nasz mroczny koniec chłopięcego raju. Widać też wystający i chyba właśnie kwitnący głóg.

środa, 20 maja 2015

Lech   Lech

Nie bardzo potrafię rozróżnić czego uczyliśmy się w poszczególnych klasach od piątej do siódmej, ale pamiętam, że poczułem duży szacunek do wiedzy.

Tales z Miletu

Wydaje mi się, że głównym tego sprawcą był Tales z Miletu.
Zaczęliśmy właśnie naukę geometrii a tam wszystko zaczynało się od Talesa, przede wszystkim definicja trójkąta. Następnie twierdzenia Talesa - KLIK.
Przy tej okazji poznaliśmy klasyczną strukturę logicznego dowodu: przedstaw założenia, sformułuj tezę, przeprowadź dowód. Istotnym zastosowaniem było twierdzenie Pitagorasa. 
Do tego Archimedes i Euklides. A to wszystko tuż po poznaniu historii starożytnej Grecji. Mitologiczni herosi przybrali postać naukowców i filozofów.
Jeśli do tego dodać podstawy astronomii, prostotę i logikę układu heliocentrycznego i piękno rzeźb Fidiasza to trudno było oprzeć się złudzeniu, że wszystko jest ze soba spójne a umysł ludzki potrafi rozwiązać wszystkie problemy.
W programie matematyki, poza geometrią, było rozwiązywanie równań z jedną niewiadomą. W programie fizyki masa, przyspieszenie, siła, moc, praca, energia. Wszystko tak proste i logiczne.
Nawet język polski był w zgodzie z naukami ścisłymi. Na przykładzie komedii Moliera uczono nas struktury klasycznej tragedii: jedność czasu, jedność miejsca, jedność akcji. Do tego struktura dramatu bardzo przypominająca matematyczny dowód: przedstawienie postaci, konflikt, rozwiązanie. 
Oczywiście nie zdawałem sobie sprawy z tych analogii ani nikt nie zwrócił mi na nie uwagi, ale to tak pięknie układało się w głowie.
Ciekawostka. Bardzo dobrze pamiętam, że nasza polonistka wielokrotnie wspominała nazwisko Boileau jako teoretyka teatru na dworze Ludwika XIV i twórcę wspomnianych wyżej tetralnych teorii. Poszukałem potwierdzenia w google. Dostałem natychmiast kontakt na facebook z panem Francois Boileau, wyższym komisarzem EU do spraw językowych, natomiast wikipedia twierdzi, że teoretykiem teatru na dworze Króla-Słońce był niejaki Francois Hedelin - KLIK
Nicolasa Boileau znalazłem dopiero w Encyclopedia Britannica - KLIK. Okazuje się, że rzeczywiście napisał on wysoko kiedyś ceniony traktat na temat zasad klasycznej poezji, ale - cytuję: "Boileau did not create the rules of Classical drama and poetry, although it was long assumed that he had—a misunderstanding he did little to dispel". Boileau nie stworzył zasad klasycznego dramatu i poezji choć długo mu to przypisywano - nieporozumienie, któremu nie usiłował położyć kresu. Rzeczywiście długo - 300 lat.

Tylko biologia i chemia nie pasowały mi jakoś do klasycznej formuły. Biologia wydawała mi się czysto pamięciowym przedmiotem. Nauczycielka prowadziła nas wiosną na Psie Górki i kazała by jej wskazać gdzie rośnie zboże jare a gdzie ozime. To było ponad moje zdolności obserwacji przyrody.
Chemia - początki były nawet dobre - tablica Mendelejewa, symbole, masy atomowe - to było jak matematyka. Ale potem wychodził z tego śmierdzący siarkowodór i żrący kwas siarkowy. 

Z tego wszystkiego wywiodłem praktyczną konkluzję, że zostanę inżynierem elektrykiem. Że zostanę inzynierem to wiedziałem od początku, przecież Ojciec był inżynierem. Po lekturze Strasznego dziadunia M. Rodziewiczówny nęciła mnie kariera inżyniera budowniczego mostów, ale elektryczność przeważyła. To było takie czyste, niewidoczne i potężne. Na lekcji fizyki dowiedziałem się, że moc to iloczyn napięcia i natężenia. O ile to prostsze niż masa, przyspieszenie, droga, praca, czas. Wraz z Tadkiem projektowaliśmy łódź podwodną wzorowaną na Verne'owskim Nautilusie. Tadek rysował a ja starałem się wymyślić sposób jakby tu zmanipulowac działanie transformatora aby uzyskać perpetuum mobile.

W tym czasie jeden ze stryjów dał mi w prezencie książkę E. Rheina - Ty i elektryczność. W życiu nie czytałem lepszej książki popularno-naukowej. Wydana we Wrocławiu w 1949 roku. Nie wznowiono jej.
Poszukałem na internecie. Jest! Znalazłem kogoś kto odebrał tę książkę tak samo jak ja - KLIK. Ten pan został elektrykiem, publikuje, jest działaczem Stowarzyszenia Elektryków Polskich. Moja kariera zawodowa ułożyła się zupelnie inaczej.

Wspominałem o bardzo słabych stopniach na świadectwie V klasy. W klasie VI poprawiło się - same czwórki. Piątka tylko ze sprawowania, trójki z rosyjskiego i W.F.

wtorek, 19 maja 2015

 Tadeusz
Większość ulic kieleckich poza ścisłym śródmieściem miała charakter wsi ulicówki.   Czyli dom od frontu, za nim jakieś budynki typu oficyna albo szopa, drwalki, potem ciągnący się aż do następnej równoległej ulicy ogród. Od wsi różniły się tym, że przeważnie były murowane.Taka też była posesja na ul. Słowackiego 13. Była ona własnością miasta, prawdopodobnie pozostałość po wymordowanych Żydach. Jest to tylko moje przypuszczenie, ale nie widzę innego wytłumaczenia zamieszkiwania przez kilkanaście przypadkowych rodzin, z których żadna nie była właścicielem. Od ulicy parterowy budynek z trzema rodzinami. Wielka, dziś już nie istniejąca dwuskrzydłowa drewniana brama z drzwiami w jednym skrzydle. Po obu stronach wybrukowanego okrągłymi kamieniami podwórka stały piętrowe oficyny. Lewa była większa, stykała się z frontowym budynkiem. To moja. Mieszkałem na 1 piętrze, w głębi. Drewniane schody, okno na klatce schodowej, a po jego bokach szafki służące za spiżarki. Drewniane drzwi zamykane na zamek z wielkim kluczem i dodatkowo na kłódkę. Oba klucze od śmierci babci nosiłem na sznurku na szyi, pod swetrem. Na drzwiach był okrągły dzwonek -  z pokrętłem z zewnątrz, a od wewnątrz czaszą dzwonka i młoteczkami w kształcie kółek - to działało  jak ręczny dzwonek do roweru. Kuchnia z kranem i zlewem przy oknie. Charakterystyczny był zlew, dziś już takiego kształtu nie spotykam. Pozioma dolna ćwiartka  kuli o średnicy pół metra, zewnątrz matowa, czarna, wewnątrz pożółkła emalia, z tyłu zlew zamknięty ścianką wychodzącą  ponad jego krawędź około 40 cm. Odpływ to kilkanaście dziurek. Kran oczywiście mosiężny, nigdy nie psuły się w nim uszczelki! 
Z kuchni wejście do sporego pokoju, ca 4 na 5 m.  Dwa okna na podwórko i wyjście na balkon bez balustrady, ale wprost na dach drwalek. 
Wszystkie okna  podwójne, z oberluftami, skrzydła zewnętrzne otwierane na zewnątrz - mycie było niebezpieczne.
Pod nami mieszkała rodzina z dwoma synami - młodszym i starszym ode mnie. Sporo starszy Stefek był naszym przywódcą, ale nie powodowało to żadnych sytuacji konfliktowych, przykrych, po prostu lepiej wiedział od maluchów co i jak należy robić.
Ich ojciec był robotnikiem lub dozorcą. Całe pogodne popołudnia spędzał na progu wejścia i rozdzielał stare opony na warstwy. To była złożona procedura, na którą patrzyliśmy jak zafascynowani. Najpierw przy pomocy długiego noża i młotka odcinanie brzegowych utwardzonych drutem obręczy. Trudne  oddzielanie pierwszych centymetrów, odciąganie obcęgami jedną ręką, drugą nacinanie. Potem płat unieruchamiany był w odchyleniu dłonią, łokciem. Częste ostrzenie szewskiego noża na osełce. Warstwy gumy grubości do pół centymetra, grubość kontrolowana przez pojawianie się nicianego wzmocnienia. Płaty były dostarczane do wytwórców kapci na podeszwy. To była najtańsza ale też najtrwalsza forma obuwia letniego i domowego, kupowana na straganach na rynku. 
Naprzeciw, też na parterze mieszkał Andrzej - późniejszy kolega z liceum, rok ode mnie młodszy. Czterech chłopców na jednym podwórku, żadnej dziewczynki. Byliśmy bardzo zgraną grupą. Dołączał do nas syn stolarza z sutereny sąsiedniego domu, tego w którym mieszkał dr Krasowski. Dzięki niemu mieliśmy dostęp do narzędzi stolarskich. 
Oficyna prawa był krótsza, mieszkania mniejsze. Nie było w nich żadnych dzieci. Z piątki lokatorów dwoje było ciekawych. Na piętrze w głębi mieszkało małżeństwo, ona była podobno w młodości cyrkówką, jedynym tego potwierdzeniem było wychodzenie przez okno na dach innych drwalek i opalanie się tam lub rozwieszanie prania. On natomiast po swej biurowej pracy, miał konika - dziś hobby - oprawiał książki. U niego poznałem podstawy introligatorstwa - rozdzielanie na arkusze, podklejanie, szycie na specjalnym urządzeniu z deseczek, oprawa twarda i łączenie jej ze zszytym blokiem. Mam kilka książek, które sam po tamtych lekcjach, już po wielu latach, sobie oprawiłem. 
Również na piętrze, w pojedynczym pokoju mieszkała mocno zdziwaczała pani. Miała trzy koty, kurę i bardzo zniszczony dziecinny wózek. Codziennie koty zamykała, a kurę sadzała na krawędzi wózka i jechała z nią na jakieś działki czyli ogródki uprawne. Wracała wieczorem, z kurą i pękami roślin - marchwi, buraków. W domu słyszałem rozmowę, że ona jest koleżanką mamy i cioci z gimnazjum pani Krzyżanowskiej - prywatnej szkoły z czasów tuż przed i po I W.Ś. Poznały to po nazwisku i śladach podobieństwa. Ale nie chciały się jej przypominać, chyba bały się kłopotliwego nawiązania bliższych stosunków.  
Niedawno natrafiłem w internecie na stronę: KLIK
tam jest zdjęcie (mylnie datowane na 1920, w istocie to okolica 1914) z panną Wandą Kozierkiewicz. Wśród uczennic siedzi ksiądz. Mam zdjęcie klasowe mojej mamy z tym samym księdzem! A więc podsłuchane wiadomości o koleżance były prawdziwe. 



Na zdjęciu z 2008 r. widać podwórko, już z cementową peerelowską nowoczesnością zamiast bruku. Prawa oficyna zasłonięta budą, której nie było. Okno od pani Kozierkiewicz otwarte, bez szyb, chyba nikt nie mieszka. W głębi widać schody. To wejście do ogrodu, na zdjęciu zamiast niego gmach milicji, teraz policji. Nowy temat, nasz chłopięcy świat. 

 
1 , 2 , 3