Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

RSS
czwartek, 30 kwietnia 2015

 Tadeusz

Z Lublina do Kielc przeprowadzka była słabo przygotowana. Ale inna w rok po wojnie być nie mogła. Rozpoczęliśmy od koczowania w maleńkim pokoiku w cztery osoby u dawnego znajomego. Po parunastu miesiącach dostaliśmy mieszkanie na ulicy Prostej 2.
Ładna piętrowa kamienica, choć bez specjalnych wygód - tylko kran z wodą i zlew w  kuchni. Ale prestiżowe wejście od ulicy i drugie "dla służby" od podwórka. Trzy pokoje i kuchnia. Piękny kaflowy piec, wysoki, z kaflami zdobnymi w tłoczone ornamenty stojący w wielkim salonie w rogu, na ukos.
Piec i trzeci pokój stały się powodem poszukiwań mieszkania innego. W tym trzecim mieszkali bowiem sublokatorzy - milicjanci. Jak już Lech pisał, większość komunalnych (chyba w większości pożydowskich) mieszkań i domów była zasiedlana wielorodzinnie. Piec natomiast wymagał palenia dużą ilością węgla. Milicjantów uznała babcia za zagrożenie totalne. A do pieca na węgiel nie tylko nie starczało pieniędzy, ale też sił do noszenia z dalekiej komórki. Latem miałem dużo miejsca do biegania, ale zima zeszła nam na siedzeniu w małym pokoju i kuchni - duży stał zamknięty bez ogrzewania.
Z jego okna był widok na całą ulicę Słowackiego prostopadłą do Prostej.

Jak pisałem, moja babcia była surowa i despotyczna. Moja mama ostatnie lanie dostała już jako ponad 20-letnia panna. Nic więc dziwnego, że i ja je dostawałem.
Pamiętam, jak raz widząc, że mama z paskiem idzie po jakimś moim wybryku, uciekłem pod łóżko, które stało na środku dużego pokoju. Mama je przesuwała na kółkach, a ja uczepiony jak małpka do sprężyn wraz z łóżkiem jeździłem. Sytuacja była na tyle komiczna, że oboje wybuchnęliśmy śmiechem.  
Od strony kuchennej było podwórko ograniczone płotami i komórkami na węgiel. Za płotem była grubo brukowana droga, drewniany dwór z wielkim czarnym krytym gontem dachem i gankiem. Przed budynkiem ogromny kasztan, pod którym chodziłem czekając, aż spadnie jakiś owocek, najpierw zrywany wiatrem malutki, kolczasty miękko, potem już większy, a w końcu same dojrzałe owoce.  Dalej ogrody i pola, aż do Psich Górek. W górę Prostej był drewniany dom, obórka, a w niej koza. Chodziłem do kozy po mleko zaraz po dojeniu, było jeszcze ciepłe.  

Na mamy rysunku ulica Słowackiego w całej swej okazałości z lat czterdziestych. Ja w płaszczyku z kocyka stoję przy kamiennym murku, na którym wysoka siatka, a za nią przytulone gęste ligustry. Za ogrodzeniem ukrywał się pałacyk Hueta.
Byłem u kolegi, który tam mieszkał. Jego rodzina przydzielony miała hol pałacyku, bardzo dziwnie to wyglądało z łóżkiem kanapą, stołem.
Przy pierwszym po lewej stronie słupie telegraficznym był dom państwa Sowińskim, a w nim ich wnuk, mój kolega Maciek. Kolejne inteligenckie dziecko, jedynak bez ojca. Umiał grać na fortepianie, nawet aranżować zasłyszane melodie. Mama zawsze mi powtarzała, że jeżeli nie będę się dobrze uczył to zostanę u niego stróżem. Prawie na końcu ulicy widać czerwoną plamę - to dom doktora Romszajda z rentgenem koło sypialni.
To jest skrzyżowanie z Poniatowskiego, vis a vis nasza szkoła. Chodziłem do niej z początku z mamą, potem sam.
Byłem przegrzewany zbyt ciepłym ubieraniem mnie,  raz mama zobaczyła przez okno jak po wyjściu z domu stopniowo zdejmuję z siebie warstwa po warstwie i idę z ubraniami w ręce już tylko lekko ubrany. 
Stare, duże drzewa zasłaniają koniec ulicy z Bazarem. Na prawym końcu był na rogu fryzjer, przed nim budka z napojami. Gdy miałem tylko 1 złoty to kupowałem małe piwo, gdy więcej to płynny owoc za 1,40. Piwo nie uchodziło za alkohol, nie było przy budce typowych dziś piwnych amatorów. Piwo było beczkowe - duża drewniana beczka z pompką i kranem, na niej bryła lodu, jeżeli szło się wczesnym rankiem ta bryła leżała przed budką. 
Lewy koniec ulicy to apteka Gieraltowskiego jeszcze sprzed I wojny, upaństwowiona w 1950 r., nad nią, na 2 piętrze, jadłodajnia Caritasu z panią Lodzią kucharką. 
Ponieważ łatwiej było zmienić mieszkanie na mniejsze, gorsze, więc już od drugiej klasy mieszkałem na Słowackiego pod numerem 13 - niskie domy na prawo i nieco w górę od motocyklisty. To było w piętrowej oficynie. Następnym razem opiszę jak się tam mieszkało.

Tagi: Kielce
10:01, tg1940
Link Komentarze (1) »
środa, 29 kwietnia 2015

Lech  Lech

Piąta klasa to był ogromny przełom.
Po pierwsze - doprawdy trudno mi ustalić właściwy priorytet zacznę więc od sprawy formalnej - oddzielono nas, chłopców, od dziewcząt. Byliśmy w klasie Vb.
Prawdę mówiąc dopóki klasa była koedukacyjna nie zwracałem na dziewczęta specjalnej uwagi. Po rozdzieleniu uświadomiłem sobie, że coś się zmieniło. Nie tylko w liczebności klasy.
Po drugie doszły nowe, poważne, przedmioty - biologia, geografia, fizyka.
Po trzecie - religii zaczął uczyć nas ksiądz.
Po czwarte -  jeszcze jeden nowy przedmiot, ale o specjalnym znaczeniu - język rosyjski.

Nasza klasa zrobiła się nagle bardzo mała. Wydaje mi się, że nie przekraczała 20 uczniów. Rezultatem było bliższe poznanie się i nawiązanie głębszych związków.
Wiekszośc chłopców miała pseudonimy, najczęściej pochodzące od nazwiska. A więc:
Andrzej Paszkiewicz - Pasztet,
Janusz Gutwiński - Gucio,
Ryszard Ćwiąkała - Ćwikła,
Andrzej Ostaszewski - Ostaś.
Andrzej Wójcik - Wujo. I tak dalej.
Wyjątkiem był Staszek Śłósarczyk, którego przezywaliśmy Gasia. To było imię psa z jakiejś czytanki szkolnej i Staszek chyba naśladował tego psa na lekcji.
Mnie nazywano Miluch.
A Tadka Gajla? Jego nazwisko nie wpasowywało się w język potoczny. Korzystaliśmy więc z postaci historycznych, i tak Gaius Julius Caesar stawał się Gajlusem zaś gdy w wyższej klasie, na chemii, poznaliśmy prawo Gay-Lussaca, przezywaliśmy Tadka Gajlusak. 

Rysiek "Ćwikła" był niekwestionowanym prymusem.  Nie wiem czy widział w swoim szkolnym życiu stopień inny niż piątka. Był to drobny chłopiec, spokojny cichy i bardzo koleżeński. Chociaż nie wiem czy dawał komuś ściągawki. 
Jego mama była bardzo aktywna w komitecie rodzicielskim i wydaje mi się, że organizowała dyskretną pomoc dla chłopców z ubogich rodzin. Często z własnej kieszeni. Jej mąż był lekarzem.
Państwo Ćwiąkała organizowali Ryśkowi imieniny, na które zapraszali chyba całą klasę. Bardzo popularnym napojem był wtedy "Płynny owoc". Na pierwszych imieninach Ryśka jeden z kolegów wpadł w taki dobry humor, że mama solenizanta poprosiła męża żeby sprawdził czy w Płynnym owocu jest alkohol.

Drugą wyróżniającą się osobą był "Gasia". On wydawał mi się dużo bardziej dojrzały od reszty klasy. I to dojrzały w jakiś taki szlachetny, "przedwojenny", sposób. Czasami, gdy przypominałem sobie sceny z W pustyni i puszczy, odczuwałem pewien smutek gdyż to nie ja, ale właśnie Staszek lepiej nadawał się do roli Stasia Tarkowskiego.
To Staszek przynosił do klasy rtęć używaną do posrebrzania monet i odznak. Jego ojciec był dentystą więc miał ten materiał w gabinecie.

A Tadek? On przyciągał wielu chłopców swoimi praktycznymi osiągnięciami. Tadek wspominał na tym blogu wcześniej o pasji zbierania i wymieniania się znaczkami pocztowymi oraz o próbach robienia odlewów z ołowiu.
Tadek potrafił bardzo fachowo mówić o znaczkach, chyba nawet przyniósł do szkoły stary katalog Zumsteina. Nasza naiwna pasja nabrała nagle nowego wymiaru, To znaczy, my zbieraliśmy tak jak przedtem, ale mieliśmy świadomość, że Tadek posiada wyższy stopień wtajemniczenia.
Jesli chodzi o odlewy z ołowiu to uczestniczyłem w tym projekcie ale jako materiał. Któregoś dnia Tadek zaproponował mi wymianę kilkunastu ołowianych żołnierzy na jakiś znaczek. Postawił warunek że muszę tych żołnierzy pociąć na drobne kawałki. Myslałem, że to ma być śrut do jego procy. Tymczasem za kilka dni Tadek pokazał mi niewielką siekierę odlaną z ołowiu.
Siekiera! Wprawdzie nie był to tomahawk, ale wszystko jedno. Jedyne znane mi osoby, które miały siekierę to traperzy z powieści Curwooda. Musiałem ją mieć. Nie pamiętam jaką cenę zapłaciłem ani co się z tą siekierą stało. Pewnie, gdy mi się znudziła, Tadek wymienił mi ją na jakiś drobiazg.
Jeśli Staszek "Gasia" przypominał mi Stasia Tarkowskiego to Tadek Gajl przypominał mi Tomka Sawyera. Nie przypominał - on był Tomkiem Sawyerem.

Osobnym atutem Tadka było to, że mieszkał bardzo blisko szkoły, na tej samej ulicy, a przy jego domu był spory ogród. To było najczęstsze miejsce naszych zabaw po lekcjach. Tadek prezentował swoje najnowsze wyroby - proce, pistolety, łuki. Dawal praktyczne rady.
Tam też próbowalismy palić papierosy. Ja byłem głównym dostawcą. Na początku podkradałem kilka sztuk Matce. Potem, gdy bylo więcej zainteresowanych, robiliśmy składkę i ja szedłem kupić je w kiosku mówiąć, że to dla Matki.
Najczęściej były to papierosy Sport, ale pamiętam też papierosy Mewa o delikatnym waniliowym zapachu. Uczyliśmy się zaciągać się, puszczać dym nosem. Było sporo łez i krztuszenia się. Chyba nikt z nas nie popadł w nałóg.

Tadek wspominał również bardzo popularną zabawę w państwo, miasto, rzeka, góry... Wygrywał ten, kto podał nazwy największej ilości obiektów na zadaną literę.
Któregoś dnia Rysiek "Ćwikła" przyniósł do klasy zasilane baterią urządzenie do tej gry. Na tablicę kontrolną nakładało się planszę, na przykład geografia, na której na marginesie były pytania a na środku wiele odpowiedzi do wyboru. Gracz wtykał jedną końcówke przewodu w otwór przy pytaniu a drugą w dziurkę przy porawnej według niego odpowiedzi. Jesli odpowiedź była prawidłowa - zapalało się światło. Byliśmy zachwyceni.
Po lekcjach Tadek poprosił Ryśka żeby pożyczył mu tę grę na jeden dzień. Następnego dnia Tadek oddał grę a przy okazji przyniósł komplet zrobionych przez siebie plansz. Tam były pytania i odpowiedzi dotyczące naszej klasy, nauczycieli, ulic i placów w Kielcach. Lampka zapalała się gdzie było trzeba. Magia!!! Toż to był prekursor dzisiejszych hackerów!

Religia prowadzona przez księdza - o tym będzie osobny wpis.

Nowe przedmioty. Do tego też jeszcze wrócimy, teraz wspomnę tylko o rosyjskim.
To była sprawa polityczna. Matka złorzeczyła w domu komunistom, wspominała rusyfikację z czasów carskich. Konkluzja była taka - należy się uczyć języka naszych wrogów żeby im się potrafić przeciwstawić.
Niestety bardzo mi się nie podobała nasza nauczycielka. Miała chyba jakąś drobną wadę wymowy i przez to jej mowa brzmiała jakoś niesympatycznie. Natomiast bardzo podobała mi się cyrylica. Nie tyle same litery ile to, że wystarczył niewielki wysiłek żeby mieć bardzo dobre wyniki z dyktanda. Dyktand chyba nie było zbyt wiele gdyż na moim świadectwie pojawiła się pierwsza trójka.

Poza szkołą również nastąpił przełom - Matka kupiła mi narty.

BirkrbeinerNarty! Wszak wspominałem, że Rodzice poznali się w Zakopanem i tam spędzili miesiąc miodowy. Oboje jeździli na nartach. Ojciec był członkiem Polskiego Związku Narciarskiego, mam Jego legitymację ze składkami opłaconymi do paźdiernika 1939 roku.
Matka nazywała narty sportem królów.
Wprawdzie bohaterowie książek Curwooda i Londona nie używali nart tylko śnieżnych rakiet - karpli, ale właśnie wtedy zacząłem czytać książki o podróżnikach polarnych - Nansen, Amundsen - oczywiście, że potomkowie wikingów zamienili rakiety na śmigłe narty.

Poniżej Psie Górki - niecały kilometr od naszego domu - mogłem tam dotrzeć na nartach...

Psie Górki

To było zbyt nęcące. Bardzo lubiłem szkołę i swoją klasę, ale zacząłem chodzić na wagary, na narty lub łyżwy.

Najlepszym narciarzem w klasie był Andrzej Paszkiewicz - Pasztet. W mistrzostwach szkoły - bieg narciarski dookoła Nowego Cmentarza - zajął drugie miejsce ulegając tylko jednemu zawodnikowi z dużo starszej klasy.
Andrzej poprowadził mnie na ambitniejsze trasy - Telegraf, Skocznia. Do narciarstwa pewnie jeszcze niejeden raz tu wrócę.

Moje świadectwo na koniec roku odpowiada tytułowi tego wpisu - pięć trójek, sześć czwórek i tylko dwie piątki, w tym jedna niezbyt zasłużona - ze sprawowania.

wtorek, 28 kwietnia 2015

 Tadeusz

Obaj jesteśmy przedstawicielami pewnej grupy społecznej, która pojawiła się po wojnie, umownie nazwijmy ją: inteligenckie jedynaki bez ojców.

Obie nasze matki przeżyły katastrofę zawalenia się ich świata. To była katastrofa śmierci męża, a jednocześnie śmierci świata obyczajów, ustroju, statusu społecznego. Z czasów przedwojennych nie pozostało absolutnie nic - prócz nas, żywych pamiątek i namiastek.
Obaj byliśmy chłopcami rosnącymi i coraz bardziej przypominającymi swych ojców. Obaj byliśmy jedynakami - słoneczkami swych matek w ciemnościach żałoby po utraconym świecie. Światy utracone również były podobne.

Była między nami istotna różnica - matka Lecha była całkowicie osamotniona, jej rodzina była daleko, w konsekwencji partnerem do rozmów lub raczej powiernikiem, słuchaczem był Lech. Moja miała obok siebie matkę i siostrę, środowisko małomiasteczkowe, bo kieleckie, klerykowskie i dość toksyczne, ale zapobiegające samotności. Dlatego też śmieszy mnie wyznanie Lecha, że traktował mnie jak starszego brata - w istocie był ode mnie dojrzalszy mentalnie bo bywał dopuszczany do frustracji matki, z nim dzieliła się poglądami, narzucała zobowiązania środowiskowe.
Ja z kolei miałem obok siebie nie dom starców czy byłych ziemian, lecz zwyczajne podwórko z mieszanym składem społecznym. 

Modelowe były stosunki naszych mam - przyjaźń, zrozumienie i poczucie wspólnoty pomieszane ze stałą choć ukrywaną rywalizacją o lepszość własnego dziecka. Stałe tematy rozmów: A mój Lesio, a mój Tadzio.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

 Tadeusz

Milewscy pochodzą z Mazowsza i nie ma co do tego żadnych wątpliwości. W XV wieku było wiele przypadków przenoszenia się szlachty na nowe, niezagospodarowane ziemie, a takim było wówczas Podlasie należące do Litwy. Były tu nieprzebyte puszcze, po których już śladu nie ma.
Szlachcic wywodzący się z wsi od której też miał nazwisko w nowym miejscu zakładał siedzibę i nazywał ją tak jak poprzednią. Siedzibę musiał oczywiście od księcia czyli właściciela dostać. Mamy na Podlasiu sporo nazw wsi dublujących starsze mazowieckie.

Kobylin-Borzyna

By mój wpis nie był tylko mądrzeniem się dodam wątek osobisty - gmina, w której jest owo podlaskie Milewo to Kobylin-Borzymy. A ja dla tej gminy projektowałem urzędowy herb. Specyficzny krzyż to symbol szlachty która tak licznie przyjechała i osiedliła się, że już na chłopów miejsca nie starczyło. Ta sytuacja liczebnej dominacji szlachty istnieje w wielu podlaskich gminach do dziś. 

Dodane 28 kwietnia.
Lech   Lech

Zamyśliłem się nad tym herbem. Specyficzny krzyż - zajrzałem do wspominanej już Wyszukiwarki herbów polskich - ile herbów zawiera ten symbol? Aż 96. Zawęziłem poszukiwanie do herbów z czerwoną tarczą - wynik 40...

Herby

 Proszę kliknąć w powyższe zdjęcie żeby skorzystać z Wyszukiwarki.

A teraz analiza herbu gminy Kobylin-Borzymy przez pryzmat marksistowkiej dialektyki.
Herb zawiera dwa symbole krzyż i kłos. W ten sposób nawiązuje do starej maksymy Ora et Labora - módl się i pracuj.
Jednak zgodnie z teorią ewolucji, krzyż symbolizujący starą tradycję ulega degeneracji, kłos reprezentujący nieubłagane siły natury złoci się pełnym blaskiem.
Na czym polega degeneracja krzyża? Na dodaniu na dole niepełnego ramienia.
Co nam teraz przypomina ten krzyż? Odwołajmy się do dialektyki Hegla - przypomina drabinę z ułamanym dolnym szczeblem.
Tak jest! Dodany szczebel nie jest u dołu lecz u góry. Stary dolny szczebel reprezentujący klasę szlachecką kruszy się i łamie. Jedynym ratunkiem dla ginącej klasy jest wspiąć się na wyższy szczebel , dołączyć do pracującego chłopstwa i wspólnie budować dobrobyt społeczeństwa.
 

niedziela, 26 kwietnia 2015

Lech  Lech

Wzmianki o rodzinie moich Rodziców staram się ograniczać tylko do osób, z którymi osobiście się spotkałem gdyż ten blog nie jest kroniką rodzinną. W przypadku rodziny Milewskich dokonałem drobnego odstępstwa gdyż nazwisko to jest dość powszechne i conajmniej cztery osoby o tym nazwisku wzbudziły zainteresowanie mediów. Ostatni przypadek - patrz komentarze do pierwszego wpisu w tym blogu.

Posiadam kopię dokumentu z 1429 roku, aktu przyznania Stanisławowi Milewskiemu wsi Milewo w powiecie surażskim...

Nadanie

Prosze kliknąć w powyższe zdjęcie żeby zobaczyć więcej szczegółów, w tym pełne tłumaczenie na polski.

Miejscowości o nazwie Milewo jest w Polsce wiele. Wzmianka o rzece Ślina wskazuje, że chodzi o miejscowość, która obecnie nazywa się Milewo Zabielne - KLIK.

Zaskoczyło mnie bardzo, że książe Witold darował Milewskiemu Milewo. Taki zbieg okoliczności?
Wszak pierwsze nazwiska wywodziły się z nazwy miejca pochodzenia. Np. znani z Krzyżaków Maćko z Bogdańca czy Powała z Taczewa. Czy tak Tadku? 
Skoro więc Stanisław nazywał się Milewski jeszcze przez otrzymaniem Milewa to pewnie pochodził z innego Milewa. A skąd to Milewo miało taką nazwę?
Tradycja rodzinna mówi, że korzenie rodu tkwią na Mazowszu - Ciechanów, Przasnysz, Pułtusk, Mława. 
Nie odżegnuję się więc od Milewskich niewymienionych w dokumentacji rodzinnej.

Poniżej moja Babka - Jadwiga z domu Chełchowska i mój Dziadek - Jakub Milewski...

Babka JadwigaDziadek Jakub

Za swój udział w spadku Dziadek wykupił majątek Rembówko - KLIK - 25 włók czyli trochę ponad 400 hektarów.

Dziadkowie mieli sześcioro dzieci.
Kazimierz zmarł w wieku 6 lat w tragicznym wypadku, Ludmiła zmarła również tragicznie u progu pełnoletności.
Pozostało 4 braci: Stanisław, Jerzy, Lech, Ziemowit. 

Atmosferę domu tworzyła ich Matka - Jadwiga. Z domu rodzinnego wyniosła silne tradycje zangażowania w działalność polityczną i społeczną. Jej brat - Stanisław Chełchowski - był uznanym botanikiem, etnografem, działaczem oświatowym, społecznym, politycznym. Przez krótki czas, podobnie jak jego przyjaciel Roman Dmowski, był posłem do Dumy - rosyjskiego parlamentu.
Babka miała podobne zainteresowania, ogromny entuzjazm i energię. Mój Dziadek natomiast nie czuł się dobrze jako właściciel gospodarstwa ziemskiego i mocno hamował i ograniczał akcje swojej żony uważając, ze cały wysiłek trzeba skoncentrować na domu.
Mimo to Jadwiga prowadziła szkolenia gospodarcze dla kobiet zamieszkałych w pobliskich majątkach. We własnym gospodarstwie zorganizowała ochronkę dla dzieci tych kobiet. Zbierała ludowe pieśni i opowiadania i publikowała je w czasopiśmie etnograficznym, prowadziła badania na temat higieny ludu i publikowała je w piśmie Zdrowie. 

Dzieci były wychowywane po spartańsku, proste ubrania, udział w czynnościach gospodarskich. Osoby zainteresowane codziennym życiem dzieci w dworku mazowieckiej szlachty mogą poznać więcej szczegółów z pamiętników Stryja Stanisława pod tymi linkami - KLIK - KLIK - KLIK - KLIK.

Szkołę średnią dzieci ukończyły w Warszawie chłopcy w gimnazjum Konopczyńskiego. Ludmiła na pensji. Poniżej mój Ojciec (ten z kołnierzykiem jak ksiądz) i jego młodszy brat na stancji...

Na stancji

Ojciec otrzymał świadectwo maturalne w czerwcu 1914 roku - wersja rosyjska - KLIK, wersja polska - KLIK.

Jako wielki osobisty sukces Babka uważała przekonanie swego męża, z wykształcenia prawnika, do zapewnienia wyższego wykształcenia swoim synom.
Wkrótce po wybuchu I Wojny, w sierpniu 1914 roku niemieckie wojska toczyły walki w okolicach majątku dziadków. Jadwiga pokazała mężowi płonące budynki
- Widzisz co się stało z Twoim kapitałem? A mój kapitał - wskazała zdjęcia synów - trwa. 

W czerwcu 1920 roku, gdy synowie przyjechali na letnie urlopy, zapytała ich na przywitanie: co, wy nie w mundurach?
- W mundurach Mamo - odpowiedzieli. 

Jerzy, Stanisław

 Jerzy -- Stanisław

Lech 1920Ziomek

 

 Lech ---- Ziemowit

Stanisław i Ziemowit ukończyli studia rolnicze, Jerzy i Lech techniczne. Jerzy został inzynierem elektrykiem, mój ojciec inżynierem budownictwa lądowego.

Po ukończeniu studiów, w 1921 roku, Stanisław przejął majątek po ojcu...

Stanisław

Rodzicom przekazał pewien kapitał i zapewnił regularna rentę. Nieco później rozliczył sie z braćmi...

Podział

By zobaczyc całość dokumentu proszę kliknąć w powyższe zdjęcie.

Dziadkowie przenieśłi się do Warszawy. Dziadek nareszczie poczuł się w swoim żywiole. Zaczął działać w sądownictwie i w krótkim czasie został sędzią. Babcia, oddalona od bliskiego jej świata wsi i ziemiaństwa, czuła się niezbyt dobrze.

Po kilku latach pracy Dziadek przeszedł na emeryturę i zaangażował się w działalność charytatywną - był jednym z najwydajniejszych kwestarzy Stowarzyszenia św Wincentego a Paulo.

70 lat później - współautor tego blogu przeszedł na emeryturę i zaangażował się w pracę charytatywną w St Vincent de Paul Society.

Na początku 1935 roku Dziadek poczuł się źle. Wezwany lekarz stwierdził niedomaganie serca i przepisał leki. Kiedy Dziadek poczuł zapach kamfory odmówił przyjecia lekarstwa -
- Miałem Pokólińskiego (lekarza) za człowieka porządnego, a tymczasem on chce sztucznie podtrzymywać moje życie. Nie będę brał tych proszków. 
W nocy zmarł we śnie. 

Stryj Jerzy w krótkim czasie po studiach został wspólnikiem firmy instalacji elektrycznych. Firma świetnie prosperowała.
Mój Ojciec był z kolei wspólnikiem w firmie budowlanej. Do niego należała strona techniczna, nadzór nad budowami. Sporo z nich to były zamówienia rządowe - Centralny Okręg Przemysłowy. W zbiorach mam pocztówki wysyłane przez Ojca ze Skarżyska, Radomia. W tej ostatniej adres jest prosty - Radom, Rakiety. 
Ziemowit znalazł zatrudnienie jako zarządca majątków hrabiego Raczyńskiego. Najpierw w Złotym Potoku niedaleko Częstochowy, następnie w Bełczącu w województwie lubelskim, gmina Czemierniki.

Oto czterej bracia w roku 1935..

Bracia

Jerzy, Ziemowit, Stanisław, Lech.

Stryj Jerzy zdecydował się pozostać kawalerem, Ziemowit ożenił się i miał trzy córki - Jadwigę (Jagodę), Annę i Teresę.

Wyglądało na to, że mój Ojciec pozostanie również w stanie bezżennym, a jednak...

Akt ślubu

Podróż poślubna oczywiście do Zakopanego...

Podróż poślubna

Wszystko układało się dobrze. W 1939 Rodzice mieszkali w Przasnyszu gdzie Ojciec nadzorowal kolejną budowę.

30 sierpnia rząd ogłosił powszechną mobilizację. Ojciec i Ziemowit zgłosili się do punktu mobilizacji. Ojciec nie został przyjęty ze względu na zły stan serca.

O losach rodzin Matki i Ojca podczas wojny w osobnym wpisie.

 

Tagi: rodzina
09:00, pharlap
Link Komentarze (3) »
sobota, 25 kwietnia 2015

Lech  Lech

Kilka dni temu pisałem o łyżwach śnieżkach, głównie o braku informacji o nich.
Tadek natychmiast znalazł właściwe zdjęcie. 
Dzisiaj otrzymałem wsparcie od szkolnej koleżanki i sąsiadki - Ewy - wspomnianej w drugim wpisie. Też znalazła łyżwy śnieżki... 

Śnieżki

.. nawet z korbką do zaciskania uchwytów.

Bardzo dziękuję.

05:36, pharlap
Link Komentarze (1) »
piątek, 24 kwietnia 2015

 Tadeusz

Dzisiejsza nienawiść dzieci do szkoły jest dla mnie niezrozumiała. Lubiłem szkołę, była 
urozmaiceniem po domowej jednostajności.
Wakacje były szkoły pozbawione, ale czasem zdarzały się wyjazdy. Pierwszy taki wyjazd to był pobyt z mamą na św. Katarzynie, wsi z klasztorem, u podnórza Łysicy, koło 25 km od Kielc. Mieszkaliśmy w izbie w nowej chacie miejscowego szewca  Łakomca. Okno wychodziło na drogę do klasztoru.

 

Dni schodziły na spacerach, zbieraniu grzybów, jeżyn, piciu cudownej wody ze źródełka św. Franciszka. Gdy ja buszowałem po krzakach mama siadała z kartką i kredkami rysowała, w domu poprawiała akwarelą.

Gospodyni zebrane grzyby suszyła na gałązkach tarniny nabijając kapelusze na kolce i wstawiając taką choinkę do wygasłego, ale gorącego paleniska.
Na tym terenie zbierana i jedzona była odmiana prawdziwka z czerwonym trzonem. Po latach dowiedziałem się, że to grzyb nieco trujący i wśród świętokrzyskich chłopów nazywany poćcem.

Wieś chyba zaczynała być atrakcyjna letniskowo, bo w innej chacie mieszkali dwaj chłopcy z naszej szkoły - Adam i Tadek Massalscy. Ja zdałem do drugiej klasy więc wołali za mną "drugaki-głuptaki", a ja za nimi "pierwszaki" lub "trzeciaki-głuptaki".

Popołudniami mama czytała mi "Białego kła" Londona. 

Obiady jedliśmy w klasztorze, była piękna biała  sala z długim ciemnym drewnianym stołem pokrytym białym obrusem. Było sporo jedzących, siedziałem z ciasno przyłożonymi łokciami do boków - tak wówczas należało. Dania wydawane były w okienku z obrotową szafką. Zakonna reguła nie pozwalała na kontakt z ludźmi z zewnątrz.
U zakonnic można było kupić miód wyjątkowy. Ciemnozielony, aromatyczny, ze spadzi z jodeł puszczańskich robiony. 

Miałem pecha wyjątkowego - rozbolał mnie ząb trzonowy, chyba 5-ka. Parę nocy bolesnych i decyzja - idziemy po pomoc. Jedynym dentystą była zakonnica, bardzo bałem się rwania przez okienko, ale w tak wyjątkowym przypadku wyszła zza krat. Całe wyposażenie to szczypce i jakiś spryskiwacz z UNRRY tylko powierzchownie znieczulający. Mama wyszła z salki do kościoła, ale i tam za murami słychać było mój wrzask. Już na zawsze pozostał mi uraz do dentystów. 

Rok czy dwa później byliśmy znów na wsi, tym razem w Podmarzyszu. Także mieliśmy swoją izbę, pierzyny, poduchy. Oglądałem układanie nowej strzechy. Gospodarz brał wiązkę słomy, skręcał ją, okręcał wokół krokwi i ściągał do dołu, obok następna wiązka, tworzył się fartuch z końcami źdźbeł do dołu.  kolejne górne rzędy przykrywały wcześniejsze. Strzecha była normą na wsi. Była tania, dość trwała i miała ogromną zaletę - strych był chłodny latem. Niestety była łatwopalna. 
W gospodarstwie było dwóch chłopców, moich rówieśników. Byli bardzo zapracowani. Pasienie krów nie było tylko siedzeniem przy ognisku i sporadycznym pogonieniem zwierząt.

Marzysz - sosny przy drodze

Idąc na pastwisko drogą przy lesie sosnowym ryli motykami piach i wyciągali długie, równe korzenie, niektóre po kilka metrów. Korzenie były obdzierane ze skóry,  cieńsze  przecinane wzdłuż. Z odpowiednio grubych robione były obręcze - przyszłe rusztowanie. A potem płaskimi cieńszymi korzeniami wyplatali koszyki - takie, jakie spotkać można i dziś w muzeach wsi, czasami na wiejskich rynkach. Nauczyli mnie też jak wyciąć patyk z gałęzi wierzby gruby około centymetra a długi na  5-10, trzonkiem noża ostrożnie otłuc korę, ściągnąć ją, przyciąć odpowiednio drewno, wsunąć korę z powrotem i powstawał gwizdek. Im grubsza gałąź tym niższy dźwięk. Niestety gwizdek już następnego dnia wysychał i pękał. Tam też widziałem jak gospodyni przed robieniem ciasta czy makaronu szła do komory i tam mełła na żarnach mąkę. Jedną ręką drewnianym kołkiem obracała ciężki kamień z szybkością 2-3 obrotów na sekundę, drugą dosypywała ziarno do środka. Szara mąka sypała się do podstawionego naczynia. Z wiejskimi chłopcami byłem w bardzo dobrej komitywie, nikt nie był lepszy ani gorszy choć każdy z nas był nieco inny.  Gdy chodziliśmy przez wieś niekiedy przed jedną z chat bawiła się paroletnia dziewczynka. Koledzy wołali: Jadźka, pokaż pickę! A ona z uśmiechem podnosiła sukienkę. Wiejskie dziewczynki latem oczywiście nie nosiły majtek. Potem spokojnie szliśmy dalej.

Byłem także dwa razy na koloniach dla dzieci pracowników magistratu gdzie mama pracowała. Pierwszy wyjazd był w 1948 roku. Przez całą noc jechaliśmy pociągiem na stojąco, w korytarzu. Przez okno widziałem niesamowite pióropusze ognia w hutach i koksowniach Śląska. 
Dojechaliśmy różnymi pojazdami do Matejkowic koło Jeleniej Góry. Kolonie były w 
poniemieckim bogatym gospodarstwie. Ogromna sala wyłożona ciemnym drewnem, bilardowy 
stół, na którym nigdy nie zdołałem zagrać bo byłem najmłodszy. Dzień zaczynał się apelem na 
dworze, śpiewanie - "Kiedy ranne wstają zorze" i jakiś młodzieżowy hymn socjalistyczny. Na śniadanie było mleko robione z proszku, który niestety osiadał na dnie. Plusem był zupełny brak kożuchów znienawidzonych przeze mnie. Oczywiście były też inne rzeczy do jedzenia ale nie wryły mi się w pamięć. Potem był całkowity luz bez żadnego nadzoru. Ja chodziłem zupełnie sam w góry okoliczne, zwiedzałem pola, zagajniki. Nigdy nie zauważono mojej nieobecności. Obok budynku był górski strumień z kamieniami, po których przechodziło się między brzegami. Któregoś dnia prowadziliśmy wojnę na kamienie (chyba nieduże). Jedna strona okazała się słabsza i jej uczestnicy przechodzili do przeciwnika. Tak jakoś wyszło, że zostałem sam. Oberwałem kamieniem tak, ze zalałem się krwią, co normalne przy skaleczeniu głowy. Sprawca wystraszył się i do końca dnia zabawiał mnie, opowiadał dowcipy i historyjki ciekawe. I to był mój najlepszy dzień na całym turnusie. Nie pamiętam żadnego wychowawcy, opiekuna. 
Drugie kolonie były pod Kielcami na Sitkówce, piękna rzeka Nida z piaszczystym dnem, łachy czystego piachu na brzegu. Skład był mało mi przyjazny, rozpoznano we mnie rozpieszczonego jedynaka i nazywano "pańskim cyckiem". To określenie jeszcze parę razy pojawiało się w moich spotkaniach z młodzieżą spoza szkoły. Tu również opieka i nadzór były niewidoczne. Pilnowano leżenia w łóżkach po obiedzie, to była jakaś mania wychowawcza. Czytałem wtedy "Starą baśń". Pamiętam zabawę z niewybuchami, pociski długości około 30 cm. Stawiałem je w ziemi pionowo, czubkiem do dołu, chowałem się za drzewkiem grubości nogi i uderzałem wyciągniętą ręką kamieniem z nadzieją, że zapalnik jest właśnie z tyłu pocisku. Do końca kolonii nie doczekałem bo napadła mnie jakaś infekcja z wysoką gorączką. 
Najprzyjemniejsze i najlepiej wspominane wakacje to były wyjazdy z mamą na wczasy. Byliśmy nad morzem, co opisałem, ale też w Zakopanem. Nie wydarzyło się tam nic specyficznego, wartego opowiadania.  

czwartek, 23 kwietnia 2015

Tadeusz  Tadeusz

Aż nie chce się wierzyć, jak klimat się zmienił przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Pisze Lech o śnieżnych zimach. Mama z okna magistratu gdzie pracowała narysowała róg ulicy Leonarda i Długiej na placu Partyzantów - centrum miasta, reprezentacyjny plac, a śnieg pokrywa wszystko. 



 

Muszę nieco dodać o łyżwach. Lech pokazał na zdjęciu lodówki. Śnieżki miały przody inne, zagięte jak na moim zdjęciu z dorysowaniem. Śnieżki uchodziły za gorsze, mniej prestiżowe, dziewczyńskie.
Niestety ja takie miałem, oczywiście ze zwykłymi trzewikami, nie ta elegancja ze zdjęcia.

łyżwy śnieżki

Tadeusz  Tadeusz

Codzienność dziecięca przed rozpoczęciem czytania była monotonna - podwórko, rysowanie, klocki, kasztany, patyczki, druciki, miś...  Gdy przychodziła niedziela chodziłem na spacery z mamą. Najczęściej na Karczówkę, niecałe 3 km od domu. Najpierw przez park, piękną aleją z kasztanami. Mijaliśmy staw, a to zawsze ciekawe miejsce. Za parkiem kościół garnizonowy - dawna cerkiew. Przed kościołem po obu stronach ul. Karczówkowskiej stały liczne szeregi żołnierzy. Wojsko przybywało na swą mszę. Potem przejście przez tory, piesi mieli ustawione krzyżaki z drewnianych belek, jak w obrotowych drzwiach. Za torami już tylko pola i widok na klasztor na wzgórzu wystający spomiędzy sosen . Zboża były wysokie, wyższe ode mnie. W tamtych czasach słoma była długa. W zbożu chabry i kąkole, czasami maczki. Miedze wąziutkie, z trawą sterczącą na boki, wystające z ziemi, pod miedzą mogły zmieścić się zajączki, kuropatwy, najczęściej żaby. Przy piaszczystej drodze bardzo zniszczone i nieliczne kapliczki stacji drogi krzyżowej, niekiedy ze zwiędłymi i suchymi kwiatami w puszkach lub słoikach stojacych we wnękach najczęściej pustych, bez figur . Od podnóża góry ziemia stawała się czerwona jak cegła, stało kilka chat, ogrody warzywne i ziemniaczane małe pólka. Samo strome zbocze było skaliste, dróżka wiła się w górę serpentynami. Klasztor z kościołem otoczony był lasem z rzadkich sosen i krzakami tarnin, które w maju biało kwitły i pachniały, jesienią miały cierpkie granatowe owoce. Tarniny rosną tylko na wapiennej glebie, na mojej obecnej Białostocczyźnie nie ma ich wcale. Stojąc już na szczycie, pod murem klasztoru, widok na Kielce był wspaniały, całe miasto było widoczne jak na wielkiej makiecie. Na horyzoncie z każdej strony był las. Pierwszy raz w życiu zauważyłem jak plama cienia od chmury przesuwa się po polu, mieście - zaskoczony byłem, że gdy ja mam cień to u kogoś innego może być słonecznie. Pierwsza lekcja relatywizmu. W Kielcach mówiło się, że jeżeli ciemna chmura idzie od Karczówki to burza. I słusznie - burze przeważnie idą od zachodu. Dziś Karczówka to tylko wyspa zieleni prawie w środku miasta. 

Moja mama miała wielka pasję - malowała i rysowała. Zachowało się kilkanaście jej obrazków. Dziś Karczówka. Do miasta na prawo.

Tagi: Kielce
16:48, tg1940
Link Dodaj komentarz »

Lech 1949 Lech

Zima.
Och co to były za zimy! Poważne opady śniegu zaczynały się w połowie grudnia. Na Święta wszystko było przykryte grubą warstwą śniegu. Mielśmy podwójne okna. Na tych zewnętrznych zakwitały lodowe kwiaty. Trzeba było w nich wyskrobać niewielką szczelinę żeby zobaczyć wskazania termometru.
Na ulicach brzęczały dzwonki sań. Nikt nie zawracał sobie głowy odśnieżaniem ulic czy chodników. Droga do szkoły to była jedna wielka ślizgawka. Nie trzeba było wiele. Dzieci idące do szkoły co chwila podbiegały kilka kroków i śilzgały się po śniegu. Po kilkunastu minutach takiego traktowania wyślizgany śnieg zamieniał się w czarny, błyszczący lód. Podczas powrotu do domu miałem na trasie kilkanaście pięknych ślizgawek.
Na Placu Obrońców Stalingradu była jeszcze większa atrakcja. Na wschodniej stronie placu było spore wzniesienie, na którym powstawało kilka całkiem długich ślizgawek, na których można było rozwinąć sporą prędkość.
W czwartej klasie dostałem łyżwy śnieżki...

Łyżwy

Źródło: Wikipedia.

Nie, nie, źle! Google - najwyższy autorytet w dziedzinie faktów - nie potrafił znaleźć śladu informacji o łyżwach śnieżkach.
A były. A więc UWAGA - tego czym TUTAJ piszę możecie dowiedzieć się tylko w tym miejscu! Również Tadek relacjonował to kilka dni temu w komentarzu.
Moje łyżwy i buty były podobne do tych na zdjęciu, ale były mocowane do obasa w inny sposób. W obcasie szewc robił spore wglębienie i przybijał na nim blaszkę. Łyżwa miała z tyłu specjalną końcówke, którą wkładało się w otwór w blaszce, przekręcało się łyżwę i trzymała się jak przykuta.
Szczękowe uchwyty obcasów, takie jak na powyższym zdjęciu, spotykało się w łyżwach śnieżkach nieco innego kształtu. Matka nazywała je turfle. Google nazywa je uparcie mutant Ninja turtles.

Na łyżwach śnieżkach można było w zimie jeździć wszędzie. Oczywiście jeździłem na nich do szkoły. Jeździło się po chodniku. Na jezdnię zjeżdżało się gdy była okazja doczepić się z tyłu do sań.
Tadek już pisał o tym w komentarzu, ale to są informacje tak cenne, że przeniosłem je do wpisu - może teraz google znajdzie.
Oczywiście najlepiej było jeździć na ubitym i wyślizganym zboczu na Placu Obrońców Stalingradu.

W czwartej klasie po raz pierwszy doczekałem w szkole do końca roku i rozdania świadectw. Po raz pierwszy na świadectwie były oceny inne niż bardzo dobry - KLIK.

Ciocia Stasia uznała, że wakacje w gronie dzieci opóźnionych umysłowo już nie dla mnie i Matka miała kłopot ze znalezieniem innego miejca. W końcu pani Sz, u której się stołowałem załatwiła mi wakacje u swojej rodziny zamieszkałej w Pieszycach na Dolnym Śląsku.

Rano przyjechaliśmy do Pieszyc. Pierwsza rzecz jaką zauważyłem to, że na słupach ogłoszeniowych, obok oficjalnych komunikatów w języku polskim, wisiały ogłoszenia drukowane jakimiś kanciastymi hieroglifami.
- To po niemiecku? - spytałem.
- Nie, to po żydowsku - brzmiała odpowiedź, która mnie bardzo zdziwiła.

Pieszyce nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Wiele lat później dowiedziałem się, że wraz z sąsiednim Dzierżoniowem i Bielawą tworzą one trójmiasto, któremu nadano pieszczotliwą nazwę - PierDzieLawa.

Na miejscu okazało, że moi opiekunowie mają syna - chyba Andrzeja - starszego ode mnie o dwa lata. Andrzej już mnie wyczekiwał i wkrótce wziął mnie na eskapadę do miejscowego zamku - KLIK.
Celem wyprawy było wypróbowanie modelu samolotu zbudowanego przez Andrzeja. Zamek był najwyższym budynkiem w Pieszycach i Andrzej chciał puścić samolot z wieży.
Zamek był zamknięty, ale Andrzej znał wejście do piwnic przez rozbite okno. Z piwnicy dostaliśmy się na salony. Bardzo obawiałem się, że zaraz ktoś nas złapie, Anrzej uspokajał mnie zapewniając, że zamek jest całkiem opuszczony
Przechodziliśmy przez ogromną salę, pewnie sala balowa. Dekoracyjne parkiety a na nich składnica maszyn rolniczych.
Wdrapaliśmy się na najwyższą wieżę, otworzyliśmy okno i Andrzej puścił swój model. Niestety samolot był chyba za ciężki bo szybko stracił nośność i spadł na dach. Nie było sposobu żeby go odzyskać.

Za kilka dni dołączył do nas kuzyn Andrzeja i razem spędzaliśmy czas.
Jak? Nie pamiętam, ąle na pewno byłem z ich towarzystwa zadowolony. Obaj lubili książki i podsunęli mi nowe lektury. Sporo z nich to były książki radzieckich autorów, jedyna która pamiętam to Opowieść o prawdziwym człowieku - KLIK - historia lotnika z czasów II Wojny Światowej, który pilotowal samolot mimo amputacji obu nóg.

Pamiętam, że chodzilismy razem do kina. A pamiętam dlatego, że któregoś dnia Andzrej przybiegł zdenerowowany - musimy koniecznie zobaczyć film, który właśnie grają bo to jest ostatni czeski film.
Ostatni czeski film? To była smutna wiadomość, czeskie filmy bardzo mi się podobały. Nie bardzo wierzyłem, ale gdy pospieszyliśmy pod kino na plakacie widniało czarne na białym -Statni Cesky Film *. Obejrzeliśmy, Andrzej chyba nawet dwa razy. Bardzo się zdziwiłem gdy kilka miesięcy później, w Kielcach, zobaczyłem plakat innego czeskiego filmu. I też był "ostatni". Uznałem to za typowo czeski trick reklamowy.

W Pieszycach nabyłem ważną umiejętność - nauczyłem się pływać.
Do tego czasu nie miałem wiele kontaktu z wodą i brak umiejętnoścui pływania mi nie przeszkadzał. W Pieszycach mieszkał z nami wujek Andrzeja i on zaczął mnie uczyć bardzo systematycznie.
Najpierw strzałka, potem nurkowanie. A potem wystarczy tylko dodać ruchy rąk i płynąłem. Nie mogłem uwierzyć, że to takie proste. Byłem bardzo dumny - opanowałem wysoko cenioną wśród moich kolegów umiejętność. I to naprawdę dobrze opanowałem.
Przywiązałem się też do tego wujka. Chyba wtedy po raz pierwszy poczułem, że dobrze byłoby mieć w gronie bliskich osób jakiegoś mentora - mężczyznę.

* Statni znaczy po czesku państwowy.

 
1 , 2 , 3