Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

RSS
środa, 30 grudnia 2015

Lech Lech

Dojechaliśmy do Niagara Falls. Nie wiem gdzie podziali się ci motorowodniacy i Baptyści bo wszędzie była masa wolnych kwater. Na szczęście nasza była bardzo porządna.

Większość pierwszego dnia spędziliśmy na wycieczce historycznej. Była ciekawa i bardzo dobrze zorganizowana, ale dzieci pewnie wolałyby posiedzieć nad wodą.
Wieczorem pojechaliśmy obejrzec wodospad w nocy. Posłuchałem instrukcji pana w punkcie informacyjnym.

Jechaliśmy do wodospadu wzdłuż długiego muru. Gdy dojechaliśmy do bramy z tabliczką Water Authority - Unauthorised access prohibited  - nacisnąłem lekko bramę a ta otworzyła się bez trudu. Wjechaliśmy. Szosa prowadziła w dół i wkrótce zamieniła się w betonowy kanał. Z boku tabliczka - Danger! Water can be flushed down without warning.
Przypomniał mi się film Chinatown i scena spuszczania wody ze zbiornika. Toż tutaj też w każdej chwili mogą spuścić wodę. Poleciłem Sylwii i dzieciom wysiąść z samochodu, sam podjechalem pod najbliższy most żeby ukryć samochód przed okiem gapiów i policji. Wdrapalismy się pod bardzo stromą górę, przeszliśmy przez niski płot i rzeczywiście byliśmy w najlepszym miejscu do podziwiania wodospadu. Inna rzecz, że mnie drążył niepokój czy samochód jeszcze nie został spłukany, czy brama jest nadal otwarta.

Następnego dnia wybraliśmy się zobaczyć wodospad za dnia. 

Najpierw wycieczka statkiem. Z góry wyglądało to pewnie tak...

Statek

Dostaliśmy oczywiście płaszcze nieprzemakalne.
Prócz tego spacer po pomoście po wewnęttrznej stronie wodospadu - między brzegiem a masami spadającej wody. 

Więcej zdjęć z Niagara Falls tutaj - KLIK.

Kolejny etap wyprawy to Nowy Jork. Jechaliśmy znowu przez tak piękne okolice, że żal nam było, że nie mogliśmy się zatrzymać tam na dłużej...

Po drodze

Szczególnie przypadły nam do gustu Finger Lakes - KLIK. Kaskady w parku Watkins Glen podobały nam się bardziej niż Niagara...

Watkins Glen

Bardzo podobały nam się mijane niewielkie miejscowości. Porządne, kolorowe, o przyjaznej atmosferze. Podczas jednego z postojów znaleźliśmy się w pobliżu sporego parkietu tanecznego pod dachem. Tabliczka informowała, że praktyki square dances odbywają się dwa razy w tygodniu o 5. Square dances - co to może być? Za chwilę zobaczyliśmy na własne oczy - KLIK.

Jedną noc spędzilismy na campingu. Zauważyliśmy tam młode małżeństwo szykujące sałatkę z pomidorów.
- Popatrzcie, sałatka z pomidorów, jak w Polsce - zauważyła na głos Sylwia.
- Bo my jesteśmy z Polski - padła odpowiedź.
Przysiedliśmy się. Przypadkowi znajomi mieszkali w Nowym Jorku, podali nam swój numer telefonu, który okazał się być bardzo przydatny.

Wreszcie Nowy Jprk. Starannie sprawdzałem na mapie drogi wjazdowe obawiając się jazdy w tak wielkim mieście. Nie po raz pierwszy podczas tej wycieczki wszystko się jakoś pokręciło i zobaczyłem tablicę informacyjną - Harlem. Poleciłem pasażerom zamknąć okna, zablokować drzwi i unikać kontaktu wzrokowego z przechodniami. Nie na wiele to pomogło bo oto stanęliśmy w korku na światłach. Między samochodami kręcili się potężnie zbudowani Murzyni oferujący wymycie okien. Co robić? Poleciłem Sylwii żeby dyskretnie dała mi dwa dolary. Za chwilę do samochodu podszedł zmywacz, zapukał w okno, uśmiechnął się szeroko. Nie było szansy na ucieczkę, skinąłem głową z aprobatą. Zgrabnie wymył  przednią szybę. Z duszą na ramieniu uchyliłem okno
- Ile się należy?
- Co łaska. Witam w Nowym Jorku!
To już chyba nic złego nie może nas w tym mieście spotkać.

Nowy Jork

Joe Kubiak zarezerwował nam pokój w hotelu bardzo blisko samego centrum Nowego Jorku. Odwiedzaliśmy kolejno najbardziej znane miejsca - Liberty Island, Rockefeller Center, St Patrick Cathedral, Time Square, Twin Towers gdzie podziwialiśmy panoramę miasta z najwyższych pięter.

Odwiedziliśmy Central Park gdzie akurat odbywał się koncert symfoniczny na świeżym powietrzu. W bocznej alejce spotkaliśmy patrol policji na koniach. Rozmawiali z panem, który został przed kilkoma minutami obrabowany.
Oczywiście skontaktowaliśmy się z poznanymi na campingu Marianem i Wandą. Wanda zaproponowała nam wizytę w miejscu, o którym nigdy nie słyszeliśmy - The Cloisters - KLIK - muzeum w budynku skonstruowanym z fragmentów starych europejskich opactw...

The Cloisters

Ostatni wieczór spędziliśmy z Joe Kubiakiem i jego dziewczyną. Dzieci zostawiliśmy w hotelu i poszliśmy na obiad do restauracji a potem na koncert symfoniczny do Lincoln Center. Pamiętam, że w repertuarze był koncert na wiolonczelę A. Dworzaka.

Ostatnie dwa dni pobytu zamierzaliśmy poświęcić cioci Krysi. Na mój list pisany jescze z Kuwejtu nie odpowiedziała. Natychmiast po przyjeździe do USA zadzwoniłem do niej, była bardzo zdenerwowana i powiedziała, że w żadnym wypadku nie możemy się spotkać. Rozumiałem to, toż to była zawsze przysłowiowa ciocia z Ameryki. W wyniku szeregu niepomyślnych wydarzeń znalazła się na starość w dość skromnym domu dla starszych osób, nie chciała być widziana w takiej sytuacji.
Po przyjeździe do Nowego Jorku zadzwoniłem ponownie z propozycją, że wpadniemy na krótko i pójdziemy razem gdzieś na herbatkę. Zgodziła się.
Dom, w którym przebywała ciocia znajował się gdzieś na dalekim skraju Long Island. Zarezerwowałem pokój w hotelu i spróbowałem wynająć samochód. Brak karty kredytowej był czynnikiem dyskwalifikującym. Nie pomogły żadne argumenty. Zresztą nie dano mi wiele czasu na ich przedstawienie
- Ha-ha-ha, weźmiesz samochód i tyle będziemy cię widzieli - odłożenie słuchawki.
Zadzwoniłem do Mariana po pomoc, może udzieli mi gwarancji, może wynajmie dla nas samochód. Zaproponował dużo prostsze rozwiązanie - weźmiesz samochód z mojego składu, oczywiście gratis.
Skład był na zupełnym odludziu. Kilometry pustych ulic, po obu stronach jakieś wymarłe budynki, fabryki, magazyny. 

Jakże inna była jazda przez Long Island, znowu urocze miasteczka, domki, parki. Ciocia prezentowała się całkiem dobrze, jej dom też.

Ciocia Krysia

Na początku była mocno skrępowana, w restauracji długo szukala najtańszych dań. Potem rozluźniała się w czym na pewno duża zasługa Sylwii. Na pożegnanie mieliśmy niespodziankę - zostajemy  tym hotelu na noc, spotkamy się ponownie jutro. Spotkanie następnego dnia było bardzo sympatyczne.

Ciocia Krysia

Na noc wróciliśmy do gościnnego domu Mariana i Wandy. Następnego dnia wieczorem odlatywaliśmy do Kuwejtu, ranek spędziliśmy na spacerze po okolicy - Greenpoint - dzielnica ta przez długi czas nosiła przydomek Mała Polska - KLIK

Wróciliśmy do domu. Bez przerwy dzwoniły telefony - prezydent Reagan udzielił Polakom amnestii wizowej. W związku ze stanem wojennym żaden Polak przebywający w USA nie może zostać wydalony. 
- No to zostajecie u nas - podsumował sytuację Marian - nie musicie się spieszyć, znajdziemy szkołę dla dzieci, znajdziecie sobie mieszkanie w sąsiedztwie, poszukasz pracy.
- Pracę mam w Kuwejcie - zaoponowałem - urlop kończy mi się za 3 dni.
- Chyba żartujesz. Taka szansa. To już się nie powtórzy. Zależy ci tak na pracy? Jak chcesz to możesz jeszcze dzisiaj w nocy iść pilnować mojego składu samochodów. Teraz straż trzyma mój ojciec - profesor AGH w Krakowie - ty pójdziesz z moim bratem, on taki nerwowy.

Brat był rzeczywiście nerwowy. Kilka razy wracał do tematu - w jakiej sytuacji może użyć broni?
- W żadnej - tłumaczył spokojnie Marian. - Twoim zadaniem jest tam być przytomnym i wezwać policję gdy zauważysz coś podejrzanego. W żadnym wypadku nie próbowac gonić złodziei ani do nich strzelać. Chcesz sobie postrzelac? Zrób to w biały dzień, jak jesteś pewien że nikogo nie ma w zasięgu strzału. To nawet może być dobre. Rozniesie się pogłoska, że tam jakieś wariaty bez przerwy strzelają.

Poniżej przed domem Mariana i Wandy...

Przed domem
... z lewej Wanda, z prawej - nerwowy brat.

Zdjęcia z Nowego Jorku tutaj - KLIK. Również dość niezwykła historia kariery Mariana i Wandy w Nowym Jorku.

Późnym wieczorem wylecieliśmy do Kuwejtu.

Tagi: 1982 Kuwait USA
10:38, pharlap
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 grudnia 2015

Lech  Lech

Do USA wylecieliśmy 26 lipca. Po drodze był dwugodzinny postój w Londynie. Wieczorem dolecieliśmy do Nowego Jorku i dotknęliśmy amerykańskiej ziemi...

Wiza

Mieliśmy w USA dwójkę krewnych. Ja - ciocię Krysię. Z wyprzedzeniem uprzedziłem ją listownie o naszym przyjeździe, ale nie dostałem odpowiedzi. Sylwia miała wujka w Filadelfii. Odwiedził kiedyś Polskę - pełen energii, optymizmu i wiary w Amerykę. Był naukowcem, doktorem chemikiem, pracowal w dużej firmie na odpowiedzialnym stanowisku. Sylwia miała ciche nadzieje, że może zostanie z dziećmi u wujka kilka dodatkowtych tygodni. Jednak wujek potraktował nasz plan wyjadu na urlop do USA podobnie jak urzędnik amerykańskiego konsulatu. tylko z odwrotnej pozycji...
... przyjeżdża tu wielu Polaków, Polonia pomaga im znaleźć jakąś pracę, po pewnym czasie mają szansę dostać zieloną kartę, ale wy tam chyba jakimiś szejkami naftowymi jesteście. Na miesięczny urlop do Ameryki! Ja pracuję w swojej firmie 30 lat, przysługuje mi 2 tygodnie urlopu rocznie, ale nigdy nie biorę więcej niż tydzień. Wszyscy tak robią. Przecież jakby mnie nie było w pracy dwa tygodnie to szef mógłby zacząć się zastanawiać czy ja w ogóle jestem potrzebny.

Pierwszy nocleg załatwił nam poznany w Kuwejcie Amerykanin polskiego pochodzenia Joe Kubiak. 
Pierwszy dzień walczyliśmy z różnicą czasów. Popołudniu odwiedziliśmy dom rodzinny Joe. W telewizji baseball, na talerzach polska kiełbasa.  

ten tola

Coprawda naszym założeniem było wrócić po urlopie do Kuwejtu, ale po doświadczeniu ze stanem wojennym mieliśmy poczucie zawodności wszelkich planów. A nuż Irak albo Iran napadnie na Kuwejt? W związku z tym zabraliśmy ze sobą wszystkie pieniądze. Za część z nich kupiliśmy sztabkę złota - ten tola .

Następnego dnia rano polecieliśmy na Florydę, do Jacksonville. Na lotnisku czekal na nas Ken i zawiózł nas do swojego letniego domu. Dom byl przestronny, kilka kilometrów od szosy, w gęstym lesie nad jeziorem. Na brzegu było ostrzeżenie o krokodylach. Było bardzo ciepło, parno i często padały deszcze. Nie było to problemem bo padały krótko a po nich następowało lekkie ochłodzenie i wyraźnie odświeżenie powietrza. Po kuwejckiej spiekocie była to duża ulga.

Floryda


Kilka dni spędziliśmy w domu Kena a potem wybraliśmy się na kilkudniowy objazd Florydy. Sea World, DisneyWorld. W tym drugim spędziliśmy dwa dni. Dla dzieci była to wielka zabawa...

DisneyWorld

Niezliczona ilość atrakcji, co parę godzin na głównej ulicy odbywała się wielka parada, każda z innym tematem przewodnim - dziki Zachód, myszka Miki, przybysze z kosmosu. Nad wszystkim królowała sylwetka zamku Neuschwannstein.
Mnie osobiście najbardziej podobały się przejażdżki zwariowaną kolejką - roller coaster. W drugim dniu pobytu zacząłem zauważać rysy pod lukrową powierzchnią rozrywkowej maszyny - kwiaty były sztuczne, młodzi ludzie udający radosne automaty w licznych paradach nie byli automatami i nie byli tacy radośni, liczne meksykańskie orkiestry w rzadkich chwilach odpoczynku nie ukrywały znużenia.

Kolejny etap wycieczki był dla mnie jakiegoś rodzaju odtrutką na ten fikcyjny świat - Kennedy Space Centre  na przylądku Canaveral - KLIK.

Statek kosmiczny

Tu były prawdziwe statki kosmiczne pamiętne z często dramatycznych relacji z pierwszym wypraw w kosmos. Dla dzieci było to jednak rozczarowanie - nie można nacisnąć żadnego guzika, nic się nie błyska ani nie trzęsie.

Za namową Kena odwiedziliśmy również najstarsze miasto w USA - St Augustine - KLIK.

W domu Kena spędziliśmy jeszcze kilka dni - więcej zdjęć z pobytu na Florydzie tutaj - KLIK.

Kolejnym etapem wakacji był Waszyngton. Ken poradził pojechać tam autobusem Greyhound. Gdy wysadzał nas na stacji Greyhound w Jacksonville mina mu zrzedła. Dworzec był w dzielnicy opuszczonej przez mieszkańców, na pustych ulicach pojawiali się czasem mocno podejrzani osobnicy. Jednak w środku budynku panowal porządek. Kupiłem bilety, nadałem bagaż i spytałem gdzie zajedzie nasz autobus. Tego bileterka nie wiedziała - rozejrzyj się po przystankach.
Rozejrzałem się. Nie widziałem nigdzie tabliczki z napisem Waszyngton. Ktoś wyjaśnił mi, że musimy wsiąść do autobusu udającego się do Toronto. W końcu znaleźliśmy. Podróż trwała całą noc. Do Waszyngtonu dojechaliśmy bardzo wczesnym rankiem. Poszedłem odebrać bagaże. Pani w okienku popatrzyła na mnie ze zdumieniem
- A ty skąd się tu wziąłeś?
- Jak to skąd, z Jacksonville.
- To niemożliwe, twój bagaż przyjedzie dopiero za 2 godziny. Przyleciałeś tu samolotem?
Dworzec był znowu w podejrzanej okolicy. Co pewien czas zajeżdżała limuzyna albo taksówka i wysiadał z niej bardzo elegancko ubrany Murzyn. Siadał na ławce w poczekalni i nieomal zapadał w sen, ale zanim zasnął przyjeżdżała po niego taksówka albo limuzyna.
Po poczekalni nieustannie krążyli strażnicy z pałkami przypominającymi kije baseballowe. Ich zadaniem było chyba wyganiać ludzi bez biletów. Co pewien czas zbiegali do toalety i tam sprawdzali wszystkie kabiny po kolei najpierw waląc kijem w drzwi a potem zagladając do środka.
Wreszcie przyjechał bagaż. Miałem powazne obawy czy taksówka zawiezie nas do hotelu, ale zawiozła.

W Waszyngtonie odwiedziliśmy okolice Białego Domu gdzie bardzo nas ujął pomnik Tadeusza Kościuszki wśród pomników bohaterów Amerykańskiej Rewolucji - KLIK.

Kosciuszko

Po najechaniu myszą na powyższe zdjęcie pokaże się inna strona pomnika, ta z podpisem Racławice i mottem: and freedom shrieked as Kosciuszko fell.

Prócz tego odwiedziliśmy cmentarz wojskowy Arlington, National Gallery, Smithsonian Institute i muzeum dinozaurów.
W National Gallery trafiliśmy na bardzo bogatą wystawę malarstwa El Greco. Przy okazji wstąpiliśmy na lunch w miejscowym barze. Domowe jedzenie - klops z kapustą i gotowanym ziemniakiem. Szczególnie ten ziemniak przypadł Michałów do gustu gdyż dotąd naogół jadaliśmy frytki. Nic dziwnego, że gdy następnego ranka planowaliśmy rozkład dnia zaproponował - a może jeszcze raz do Galerii? Posłuchalismy tej rady.

Zdjęcia z pobytu w Waszyngtonie tutaj - KLIK.

Ostatniego dnia wypożyczyliśmy auto i ruszyliśmy w dalszą drogę. Przy wynajmie samochodu pewnym kłopotem był fakt nieposiadania przeze mnie karty kredytowej. W Kuwejcie można było założyć tylko kartę Diners's Club, kosztowała dość drogo a ja nie widziałem żadnej korzyści w posiadaniu karty. Agentka Hertza zrobiła kopię mojego paszportu i biletów lotniczych, widziałem, że czuła się bardzo niepewnie.

Ruszyliśmy na północny wschód. Naszym ostatecznym celem był Nowy Jork, ale kolejny etap podróży wybrało za nas przeznaczenie...

Niagiara

Punkt informacyjny Niagara Falls. W środku przywitał nas niezwykle elokwentny pan. 
- Chcecie odwiedzić wodospad Niagara! Doskonale trafiliście, U nas macie ostatnią szansę załatwić sobie przyzwoitą kwaterę.
- Ale my tam dojedziemy dopiero za dwa dni.
- Czy wiecie co tam się teraz dzieje?
- ???
- Motorowodne mistrzostwa Ameryki, kilkanaście tysięcy kibiców i masowy chrzest Baptystów, ponad 3,000 do ochrzczenia, każdy przyjedzie z rodzina i przyjaciółmi.
Zadzwonił i dość szybko załatwił nam noclegi i namówił nas jeszcze na wykupienie wycieczki historycznej po okolicach wodospadu.
W zamian dał mi kopię artykułu w gazecie o tym jak zjechał w zimie na nartach po zamarzniętym poboczu wodospadu i został za to aresztowany oraz udzielił rady jak podjechać wieczorem w pobliże wodospadu i znaleźć bez problemu parking.
Ruszyliśmy w drogę. Okolice były tak piękne, że trochę żal nam było, że tak pędzimy zamiast zatrzymać się gdzieś w lesie nad rzeczką.

Ciąg dalszy za dwa dni...

Tagi: 1982 Kuwait USA
01:35, pharlap
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 grudnia 2015

 Lech   Lech

Przypomnienie ostatniego wpisu - Sylwię i Michała zaskoczył stan wojenny w Polsce. Brak łączności, zapowiadała się długa rozłąka.

Na Sylwestra... około godziny drugiej zadzwonił telefon. Usłyszałem głos Sylwii...
- Co za szczęście, mamy połączenie! Skąd dzwonisz?
- Z lotniska w Kuwejcie. Czy możesz po nas przyjechać?

Nie wierzyłem własnym uszom. Wiadomość była zbyt zaskakująca i zbyt dobra, ale nie zwlekając wskoczyliśmy z Anią do samochodu i pojechaliśmy.
Zgadzało się, Sylwia i Michał czekali na nas. Wsród bagaży wyróżniał się spory płócienny worek. Gdy go podniosłem coś zabulgotało. Wiadomo co.

Sylwia

Nie zdradziliśmy nikomu przyjazdu Sylwii i Michała i poszliśmy w czwórkę na Sylwestrowe przyjęcie. Sensacja była ogromna. Sylwia już po kilku minutach poczuła się jak u siebie w domu, albo nawet lepiej.

Tuż po wprowadzeniu stanu wojennego Biuro Paszportów przestało funkcjonować, wszystko przeszło pod kontrolę wojska. W przypadku Sylwii było to poważnym atutem. Ona była pracownikiem instytucji wojskowej i jej oryginalny paszport był wydany dopiero po uzyskaniu zgody MON. Cała dokumentacja była w wojskowych aktach teraz należało ją reaktywować. Nie było to łatwe, wymagało sporo tupetu i poczucia humoru ,ale to były Sylwii mocne strony.
Pozostała kwestia dojazdu do Kuwejtu. Bezpośrednie loty były wstrzymane. Sylwia odwiedziła biuro LOT żeby dowiedzieć się jakie są opcje. Szczęśliwie natrafiła na moją znajomą z czasu pracy w LOT, panią Basię W.  Okazało się, że 30 grudnia jest lot czarterowy do Damaszku, stamtąd już latają Kuwait Airways.
Samolot do Damaszku mocno się opóźnił ze względu na mgłę, gdy dolecieli na miejsce samolot Kuwait Airways był już gotowy do odlotu i chyba czekał tylko na Sylwię i Michała. W sumie podróż trwała kilkanaście godzin.
Na marginesie wspomnę, że nasz dobry znajomy dr Jerzy B. przyleciał do Polski w sobotę 12 grudnia. Przez wiele tygodni nie mógł wrócić do Kuwejtu mimo, że tutejszy szpital gdzie był szefem wydziału ginekologicznego wysyłał oficjalne pisma z prośbą o umożliwienie mu powrotu do pracy.

Co robić dalej?
W pracy miałem ustabilizowaną pozycję i mogłem być pewien przedłużenia kontraktu. Ale ile czasu trzeba będzie tu zostać? Rok? dwa lata? pięć lat? Kuwejt nie był całkiem bezpiecznynm miejscem. Tuż za miedzą toczyła się wojna iracko-irańska i samoloty bojowe obu stron czasem przelatywały nad Kuwejtem, czasem nawet spuściły bombę gdzieś na pustyni.

Do wyboru były 4 kraje prrzyjmujące migrantów - USA, Kanada, Australia i Południowa Afryka. Rozpatrywaliśmy 3 pierwsze.
W konsulacie USA wysłuchałem wykładu jak wielkim przywilejem jest otrzymanie prawa pobytu na amerykańskiej ziemi. Straciłem chęć ubiegania się o ten przywilej.
W konsulacie kanadyjskim miły młody człowiek z francuskim akcentem zachwalał politykę imigracyjną swojego rządu, wręczył mi plik broszurek na ten temat, wreszcie popatrzył na mnie badawczo...
- Mogę ci zadać trzy pytania?
- Proszę bardzo.
- Ile masz lat?
- 41.
- Ile pieniędzy przywieziesz do Kanady.
- Około $10,000.
- Czy masz w Kanadzie rodzinę albo bliskich przyjaciół?
- Nie.
- Powtórzę to co powiedziałem na początku, nasz kraj jest nastawiony na multikulturalizm, twoja aplikacja będzie potraktowana bardzo pozytywnie, ale prywatnie powiem ci - jeśli jesteś taki stary, taki ubogi i taki samotny to lepiej zostań tam skąd pochodzisz.
Ta rada bardzo mi się spodobała, Wyjeżdżając do Kuwejtu wyobrażałem sobie, że po kilku latach wrócę do Polski. Mamy dobre mieszkanie, dobrą szkołę, mam dobrą pracę, dobrą rodzine i znajomych, urozmaicone życie kulturalne. Jeśli uda mi się odłożyć w banku na Zachodzie około 10,000 na okazję wyjazdów do Europy to nic więcej nam nie potrzeba. 
Nadal uważam, że to było najlepsze co mogło nas spotkać, ale zasady gry zmieniły się radykalnie.

Następny był konsulat australijski.
- Jaki jest twój zawód? - spytali.
- Programista komputerów.
Urzędniczka złapała mnie za rękę. - Ja ciebie stąd nie wypuszczę dopóki nie podasz numeru telefonu. Twój zawód jest na pierwszym miejscu na liście naszych potrzeb.
Zostawiłem numer telefonu, wziąłem formularze imigracyjne.
- W Australii przynajmniej nikt nie będzie nam wypominał, że zrobili nam jakąś łaskę.  powiedziałem w domu.

Po jakimś czasie odbyliśmy interview. Jedynym minusem był mój wiek, ale spełnialiśmy wszystkie pozostałe kryteria. Badania lekarskie, prześwietlenie. W kwietniu powiadomiono nas o przyznaniu prawa stałego pobytu. Wiza była ważna na rok czyli nie ma potrzeby przedłużania kontraktu w Kuwejcie.
Teraz istotne było zgromadzić jakieś oszczędności na start w nowym kraju. 
Fakt przyjęcia Darka K. do pracy na unwersytecie za pośrednictwem Polservice otwierał jakąś szansę. Po wybadaniu sytuacji w konsulacie polskim przestałem płacić daninę do Metronexu i złożyłem podanie do Polservice. Wydaje mi się, że Janek zrobil tak samo.
Z dużą pomocą przyszedł mi niezawodny Andrzej M. - załatwił mi pracę po godzinch w jakiejś prywatnej firmie. Wspominałem już, że takie prace podjęła większość polskich komputerowców.

Zdecydowaliśmy się posłać Michała do szkoły, do której uczęszczała Ania - Kuwait English School. Była druga połowa roku szkolnego więc przyjęli go na doczepkę do klasy przedszkolnej. Miał duże trudności w asymilacji. Już po kilku dniach wrócił ze szkoły z płaczem..
- Nauczyciele kłamią!
- Jak to kłamią? - Michał wziął kartkę papieru i napisał literę A. 
- Co to jest?
- Rozumiem. To litera, po polsku wymawiamy ją - a , a po angielsku - ei. O to ci chodzi?
- To nie może tak być! Rozumiem, że każdy język ma swoje własne słowa, ale litery przecież są wspólne. Rozumiem, że litery arabskie wymawia się inaczej, ale to jest ta sama litera.
Żadne argumenty go nie przekonywały. W rezultacie w szkole buntował się przeciw wszystkiemu, zaczął się bić z każdym z osobna i z całą klasą jednocześnie. Skończyło się na tym, że Sylwia siedziała obok niego w ławce i uspokajała go gdy widziała, że z czymś się nie zgadza.
Po 2 tygodniach przyzwyczaił się.

Nadeszło lato. Od połowy czerwca temperatury rzadko spadały poniżej 40C. W lipcu często dochodziły do 50C. Kąpiel w morzu nie sprawiała przyjemności gdyż gorąca słona woda drażniła skórę. 
Tu wspomnę, że większość znajomych jechała podczas weekendu na odległą około 100 km od naszego domu Getty Beach.  Tu mieliśmy większe poczucie swobody. Wielu zostawało na plaży na noc. Spróbowaliśmy i my. Nie było to dobre doswiadczenie. Po pierwsze ostrzegano nas, że nad ranem do morza idą skorpiony z pustyni więc trzeba mieć się na baczności. Jak tu mieć się na baczności? Porobiliśmy różne barykady wokół naszego legowiska ale i tak nie zmruzyliśmy w nocy oka.
Po drugie nad ranem opadła na ziemię gęsta rosa i wszystko było mokre. Już więcej nie pozostawaliśmy na noc na plaży.
Wielu znajomych sprawiło sobie deski z żaglem. Nie udawało mi się utrzymać równowagi na desce , ale w gronie deskowych żeglarzy poznałem sympatycznego Amerykanina Kena Relyea. Wykładał on biologię morza na uniwersytecie.

Mieliśmy poważny dylemat - gdzie wyjechać na urlop? Do Polski nie ma mowy, zabiorą passport i nie wypuszczą. Nawet konsulat to potwierdzał. Europa Zachodnia to był poważny koszt. Wtedy z pomocą przyszedł Ken.
- Mamy domek w lesie na Florydzie i tam spędzamy lato. Ostrzegam, że lato na Florydzie jest okropne - duszno i ciągłe deszcze, ale jeśli Wam to nie przeszkadza to możecie się u nas na kilka dni zatrzymać.
Tropikalne lasy, zielono, deszcze - to wyglądało jak raj. W kontrakcie z uniwersytetem był zapewniony przelot na urlop do kraju zameszkania lub portu , do którego latał Kuwait Airways. A więc Nowy Jork. Z radością przyjeliśmy ofertę. Złożyłem papiery o wizę turystyczną do USA.

Bob Stratton, ten który słuchał co rano Głosu Ameryki i powiadomił mnie o stanie wojennym w Polsce, w każdy weeked grał w softball z pracownikami konsulatu USA. Wiedział o moich staraniach o wizę i któregoś dnia wspomniał mimochodem, że konsul dostał powiadomienie, że Polacy masowo nadużywają wiz turystycznych i pozostają w USA. Spojrzał przy tym na mnie badawczo. Zapewniłem go, że nie rozważamy takiej opcji, mamy wizy do Australii, chcę pozostać w Kuwejcie do końca kontraktu i odłożyć trochę pieniędzy. Bob spytał jescze co zrobimy z samochodem. Zostawimy pod opieką dozorcy, cóż innego możemy zrobić?
Nie wiem czy to miało znaczenie, ale wizę dostaliśmy bez trudu. Pamiętne było końcowe interview. Odbywało się w obecności sporego tłumu w poczekalni konsulatu. Tuż przed nami przechodziła przez nie młoda dziewczyna z Bangladeszu.
- W jakim charakterze jesteś w Kuwejcie?
- Służąca.
- Czy to typowe dla służących z Bangladeszu wyjeżdżać na wakacje do USA?
- Nie rozumiem... pzez dwa lata nie miałam urlopu, chcę pojechać do Ameryki.
- Czy masz w USA rodzinę?
- Tak , wujka w Nowym Jorku, to właśnie do niego jadę...
- Dziekuję - przerwał urzędnik - odmowa wizy. - z rozmachem przybił pieczęć w paszporcie.
Ta pieczęć najwyraźniej zmyliła petentkę gdyż zaczęła wylewnie dziekować.
- To jest odmowa wizy - powtórzył.
- Ale dlaczego?
- Bo jak masz rodzinę w Ameryce to znikniesz tam bez śladu.
- A ta pieczęć?
- To odmowa wizy. Żeby nasi urzędnicy nie tracili czasu gdybyś starała się powtórnie.
- Ale...
- Następny! 
Następni byliśmy my. Dostaliśmy wizy bez żadnych pytań.

Do Nowego Jorku polecieliśmy w końcu lipca.

Ciąg dalszy już po Świętach a teraz życzę czytelnikom pogodnych i radosnych Świąt.
 

Tagi: 1982 Kuwait
13:00, pharlap
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 grudnia 2015

 Lech  Lech

Poprzedni wpis skończyłem w kościele więc kontynuuję temat,

Kuwait to kraj muzułmański, obowiązywało "sharia law", ale jednocześnie władza absolutna czyli władca ustala granice tolerancji. W Kuwejcie były one szerokie.
Jeśłi chodzi o "sharia law" to ostrzegano nas żeby w przypadku konfliktu z Kuwejtczykiem zawsze załatwić sprawę polubownie, nie dopuścić żeby trafiła do sądu, gdyż w sądzie każda sprawa jest najpierw weryfikowana przez duchownych - czy nie było obrazy boga. Jeśli druga strona ma złośliwego adwokata to sprawa może się bardzo źle skończyć.

Wspominałem już o tolerancji religijnej. Poza kościołami katolickimi były też kościoły innych religii chrześcijańskich. Sporo Syryjczyków i Irakczyków mieszkających w Kuwejcie to chrześcijanie.
Było chyba tylko jedno poważne zastrzeżenie - nie wolno prowadzić pracy misyjnej - jeśłi jakiś muzułmanin chciałby zmienić wiarę to wszystkie zaangażowane w to strony są na straconej pozycji.

Stroje kobiet były bardzo różnorodne, od czarnych sukien i nakryć głowy do całkiem swobodnych europejskich strojów, również mini spódniczki. Oczywiście mini na miarę 1981 roku.
Na uniwersytecie funkcjonowała, nie wiem czy społecznie czy urzędowo, grupa kontrolująca czy warunki pracy nie kolidują z praktykami religijnymi. W centrum komputerowym była salka do modlitw. Sporo dyskusji było na temat czy mężczyźni i kobiety mogą pracować na tych samych terminalach. W końcu zgodzono się, że mogą, ale na wszelki wypadek była osobna salka terminali tylko dla kobiet.

Niedaleko naszego domu był meczet. Kilka razy dziennie słychać było śpiew muezzina - KLIK. Niestety z głośnika i to nienajlepszej jakości. 

Któregoś dnia w stołówce uniwersyteckiej zauważyłem, że we wszystkich papierowych serwetkach były dziury. Okazało się że było tam logo uniwersytetu, na którym był cytat z Koranu. Wycierać usta cytatem ze świętej księgi i potem wyrzucać to do śmieci? Grupka ochotników wycinała logo z setek tysięcy serwetek, Wycięte fragmenty miały być spalone we właściwy sposób.
Muszę przyznać, że odebrałem to pozytywnie. Nie zażądali żeby wszystkie serwetki wymienić na nowe, w końcu nie byłby to wielki wydatek. Uznali prawo instytucji do błędu i osobiście włożyli wiele wysiłku żeby to naprawić.

Dwa razy doświadczyliśmy Ramadanu. Z tej okazji skrócono czas pracy o godzinę - od 7 do 13. Podczas Ramadanu obowiązuje post od zachodu do wschodu księżyca. Nie wiem co się dzieje gdy jest nów czyli księżyc nie ukazuje się na niebie. Szef ośrodka zalecił, żeby jeść, pić i palić papierosy tylko przy zamkniętych drzwiach. Ostrzegano również, żeby nie zapominać o ramadanie w samochodzie. Kierowcom często się zdaje, że nikt ich nie widzi.
W pobliżu naszego domu było kilka eleganckich willi.  Pod koniec dnia służba wyciągała przed wille dywany. Gdy pojawił się księżyc rozsiadały się tam grupy chyba tylko mężczyzn i do rana świętowali.
W naszym centrum tylko kilka osób było praktykującymi muzułmanami. Po spędzeniu nocy na biesiadzie byli ledwie przytomni. Szef polecił nam nie rozmawiać z nimi na tematy służbowe, ani na żadne inne. Dać im przetrwać do końca dnia. 
Ramadan kończył się radosnym świętem - Eid al Fitr. Już kilka dni wcześniej przy wielu domach pojawiały się zakupy na świąteczną ucztę...

Obiad

Na ucztę przeznaczony ten osobnik po prawej stronie. Proszę kliknąć w zdjęcie żeby przeczytać dokładniejszy opis końca Ramadanu

Bardzo istotną sprawą była nauka dzieci. W Polsce Ania chodziła do 3 klasy, Michał był w klasie przedszkolnej. Dzieci większości naszych znajomych w Kuwejcie chodziły do prywatnej Kuwait English School - KLIK. Był to spory wydatek więc zamierzaliśmy posłać do tej szkoły tylko Anię, Michała dopiero za rok. 
Póki co posłaliśmy ich oboje do anglojęzycznego przedszkola prowadzonego przez Hindusów. Dzieci nudziły się tam mocno, szczególnie Ania. Postępy w angielskim były bardzo małe. Radosna wiadomośc przyszła z Anglii - wujek Rysiek napisał, że jego syn Stefan wraz z żoną Lynne zapraszają Anie na 2 tygodnie do siebie do Londynu. Mają dwóch chłopców nieco młodszych od Ani.
W konsulacie angielskim złożyłem papiery wizowe.
- Proszę przyjść jutro po wizę - powiedziała sekretarka.
- Jutro? - zdumiałem się.
- To nasz normalny tryb - odpowiedziała - jeśli ci się spieszy to możemy załatwić w ciągu kilku godzin, ale musisz pokryć koszty teleksu. 
- Aż tak mi się nie spieszy. Zadowala mnie normalny tryb, ale moja córka ma polski paszport.
- To przyjdź jutro odebrać wizę.
Gdy wróciłem do pracy sekretarka powiadomila mnie, że dzwonili z konsulatu angielskiego i prosili o telefon. Zadzwoniłem.
- Przepraszamy, sekretarka udzieliła ci błędnej informacji. Załatwienie wizy dla twojej córki zajmie conajmniej 3 tygodnie.
Postanowiłem trochę go podręczyć.
- Co się stało, przecież wszystkim załatwiacie w ciągu 24 godzin?
- Sekretarka się pomyliła, nie wszystkim. Są różne kategorie, niektóre wymagają więcej czasu.
- Co ja mam powiedzieć mojej córce? Że należy do kategorii, która wymaga więcej czasu na decyzję?
Mój rozmówca czuł się bardzo niezręcznie, ale widocznie przepisy zabraniały mu wyjawienia oczywistego dla mnie faktu. Poprosiłem żeby wizę, lub odmowę jej wydania, przesłali do konsulatu angielskiego w Warszawie.

W maju w Kuwejcie było już gorąco. Temperatury codziennie przekraczały 35C. Koło domu mieliśmy malutki basen,  w którym dzieci spędzały sporo czasu...

Basen

Dużo przyjemniej było jednak na plaży - płatnej - poniżej dzieci na Messilah Beach...

Plaża

Na początku czerwca Sylwia pojechała z dziećmi do Polski. Dosyłałem im czasem paczki z owocami. Oczywiście nie pocztą, ale przez Kuwejtczyka wybierającego się do Warszawy. Było ich sporo. Już podczas załatwiania prawa jazdy (nie musiałem zdawać egzaminu) stwierdziłem, że wielu Kuwejtczyków zna kilka polskich słów. Przede wszystkim - kolezianka. Nie zaskakiwało mnie więc gdy czasami dzwonił do moich drzwi jakiś Kuwejtczyk z prośbą - list do kolezianki.
Przynosili listy nabazgrane bardzo słabą angielszczyzną. Zawierały często wiele bajkowych wyznań uczuć. Tłumaczyłem na polski a Kuwejtczyk żalił się - ja ją tak kocham a ona do mnie nie pisze. Czy wszystkie Polki takie zimne?
Czasem wspominali pobyt w Warszawie...
- Restauracja Kongresowa, ta z fontanną na środku. Byłem w Paryżu, Londynie, w Las Vegas, ale nigdzie nie jest tak pięknie jak w Kongresowej. Jak gasną światła, świecą się tylko strumienie wody a Krzysztof Krawczyk śpiewa - Rysunek na szkle - KLIK
- Rysunek na szkle. Co to znaczy? To coś o miłości, prawda? 
Kończyłem tłumaczenie a on, w rewanżu, proponował wieczorną przejażdżkę samochodem. Jechał do najbliższego centrum handlowego gdzie w tę i spowrotem krążyli samochodami jego koledzy. Krążyły wolno, kierowcy przesyłali sobie pozdrowienia wyrazistymi gestami. Czasem zatrzymywali się kupić sok owocowy lub pepsi-colę. I tak grubo ponad godzinę. Nic dziwnego, że jeden raz mi wystarczył.
Istotne było, że dzięki tym kontaktom mogłem prawie co tydzień znaleźć kogoś wylatującego do Warszawy. Bez problemu zabierał kilka kilo owoców.

Ania dostała wizę bez problemu i pod koniec czerwca poleciała do Londynu. Sylwia doniosła mi w trybie alarmowym, że na lotnisku zauważyła, że Ania ma wszy. Prawdopodobnie złapała je w przedszkolu. Czymprędzej powiadomiłem Lynne. Nie była zbytnio zaskoczona i szybko pozbyła się nieproszonych gości. Ciocia Lynne otoczyła Anię serdeczną opieką. Na początek kupiła jej śliczną sukienkę...

Ania i Lynne

Podczas pobytu Ani w Londynie miał miejce ślub księcai Karola i księżniczki Diany. Ceremonię ogladali w telewizji, ale następnego dnia przewieźli Anie trasą ślubnego orszaku.

Ania i kuzyni

Powyżej - z angielską rodziną - Paul, Stefan, Ania, Carl

W sierpniu wziąłem urlop i dołączyłem do rodziny w Polsce...

Nad Narwią

Do Kuwejtu wróciłem tylko z Anią. Wszak zaczynał się rok szkolny. Sylwia z Michałem postanowili zostać w Polsce do Wszystkich Świętych.

Podczas zapisów Ani do szkoły wypytywałem się o program nauczania i jak sobie radzą z uczniami nie znającymi angielskiego.
- Standardowy program angielskiej szkoły. Prace egzaminacyjne wysyłane są do Anglii do oceny, Dzieci dostają świadectwa szkolne honorowane w Anglii. W programia - angielski, science (czyli nauki wszelakie), sport, muzyka, francuski oraz lokalne dodatki - arabski i wprowadzenie do Islamu.
-  Francuski? - zdziwiłem się. Moja rozmówczyni speszyła się nieco.
- O, słyszałeś już o tym. Tak, francuskiego nie uczy rodowita Francuzka, ale Angielka, ale zapewniam cię, francuski to jej pierwszy język. Ona... 
- Ale jak ona przekazuje dzieciom instrukcje - przerwałem.
- Po angielsku, ale ona...
- Ale przecież moja córka nie zna angielskiego. 
- Ach, o to ci chodzi. Jesteśmy przygotowani na to, że wielu naszych uczniów nie zna angielskiego i w każdej klasie mamy 3 poziomy językowe - początkujący, średni i "native speaker" czyli mówiący po angielsku od urodzenia. Normalnie po 6 tygodniach początkujący przechodzą na poziom średni, ale te wszystkie dzieci, które chodziły do szkoły w Europie Wschodniej przechodzą po 6 tygodniach na poziom zaawansowany. 
I tak właśnie z Anią było. 

W Polsce Sylwia i Michał spędzali czas w jesiennej atmosferze.

Ognisko

Powyżej Michał i jego pediatra - dr Żmudzka. Na patyku chleb, kiełbasy nie można było dostać.

Tymczasem na uniwersytecie mieliśmy istotne wydarzenie. Do naszego ośrodka zaangażowano nowego pracownika z Polski - Darka Kucharskiego. Znałem go dobrze jeszcze z mojej pierwszej pracy, bardzo sympatyczny i powszechnie lubiany. Istotne dla mnie i Janka było to, że Darek przyjechał na kontrakt indywidualny pod egidą Polservice czyli tak jak nam się od początku marzyło. 
Nasz szef poinformował nas, że podczas starań o wizę do Polski zastrzegł, że Metronex nie umieści już na uniwersytecie żadnego pracownika i poprosił o oficjalny kontakt z Polservice. Wspomniał również, że zamierza zatrudnić więcej osób z Polski.

Uznaliśmy to za nową szansę, postanowiliśmy ponowić starania o przeniesienie na kontrakty indywidualne.
O końcówce roku 1981 i  stanie wojennym z perspektywy Kuwejtu pisałem tydzień temu - KLIK.  Wspominałem tam, że Wigilię i Święta spędziliśmy z Anią u Bożenki i Andrzeja. Sylwester zapowiadał się podobnie.

Ostatni dzień roku wypadał w czwartek czyli dzień wolny od pracy. Ranek i południe spędziliśmy z Anią dość smętnie w domu gdy, około godziny drugiej, zadzwonił telefon. Usłyszałem głos Sylwii...
- Co za szczęście, mamy połączenie! Skąd dzwonisz?
- Z lotniska w Kuwejcie. Czy możesz po nas przyjechać?

Tagi: 1981 Kuwait
10:22, pharlap
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 grudnia 2015

 Tadeusz

Rok 1981 był szczególny, nadzwyczajny - rok politycznego przewrotu, wybuchu nadziei i na koniec paroletniego zatrzaśnięcia wszystkiego. W styczniu zespół redakcji Kontrastów  usunął własnymi silami konformistycznego naczelnego. Nowy był równolatkiem  zespołu, gotowy rzucić się wir politycznej dysputy o wolności, prawie i sprawiedliwości. Formalnie jeszcze nie był kimś, a więc niczym nie ryzykował. Przez cały rok teksty zaangażowane  przeciw dzierżącej  władzę jedynej partii zdominowały pismo mimo istnienia cenzury. Utraciłem tym samym malutki graficzny monopolik na opozycję polityczną. Niemniej kilka miesięcy nadal istniałem na łamach.
Styczeń 1981. Czy stolica ma szansę? Ten rysunek to dwa symbole - pycha władzy i społeczeństwo. Władza to oczywiście jedynie słuszna partia dzierżąca całkowitą kontrolę we wszystkich organach państwowych i wszystkich miejscach decyzyjnych i siłowych. Prowincja - ludzie gorszego sortu, pozbawieni skutecznej prawnie siły swej reprezentacji. Ale co paw znaczy każdy wie - gdy skuli ogon jest tylko krzykliwym bezsilnym ptakiem. 


Luty 1981. Oficjalna propaganda lansowała hasło odnowy, władza w rękach ludzi właściwych bo nowych. Koniec rządów poprzedniej ekipy to był marazm gospodarczy i ambicjonalny, załamanie nadziei na podniesienie dobrobytu i postępu pojawiającego się jeszcze parę lat wcześniej. Jak pokazuje historia - wybuchy niezadowolenia i rewolucje wybuchają nie w najgorszych okresach, lecz gdy postęp polepszania bytu jest zbyt wolny, rozczarowujący. 

Marzec 1981. Wszystkim znany plakat pokazujący jedynie słuszną i jej głównych przewodników partię jako sternika Polski, tu ukazujący jak ta wiodąca partia jest kierowana przez karła -  pompatyczna fasada ma marne zaplecze i złe kompetencje. Aż się dziwię, że ten rysunek przeszedł przez cenzurę. 

 

 

 

Kwiecień 1981. W prasie bardzo częste były cytaty z Marksa o zasadach socjalizmu, sprawiedliwości społecznej, obronie praw robotników. Ich wymowa dokładnie zaprzeczała słuszności polityki uprawianej przez jedynie słuszną partię. A u Marksa o chłopach nic. Ale nie tylko o chłopów mi chodziło. Są grupy zawodowe, także i dziś, bez możliwości protestu skutecznego. Nauczyciele, pielęgniarki i salowe, strażacy, obecni bezrobotni, ludzie pracujący na szaro - oni nie mieli i nadal nie mają siły by skutecznie przekonać o swych racjach.

Maj 1981.  "Rzucili demokrację" to nawiązanie do częstego zawołania do sąsiadów czy znajomych - rzucili mięso, cukier, albo zapałki. Termin "rzucili" dziś dla młodzieży niezrozumiały oznaczał dostępność towaru w sklepie. Łagodniejsze określenie było w pytaniu "co tu dają" czyli co jest do kupienia. Możliwość swobodnego wyrażania swych sądów o rządzie była jeszcze większym rarytasem dla narodu niż głupia kiełbasa czy masło. Entuzjazm wypowiedzi był ogromny i powszechny. Euforia ogarnęła masy pracujące miast i wsi. Czasami miało to nawet anarchistyczny wydźwięk, co stało się później pretekstem do dramatycznych wypadków w grudniu.

Czerwiec 1981. Znów partia jako sternik narodu i państwa. Ale obraz jej już inny. Zapowiadany nadzwyczajny programowy zjazd jedynie słusznej partii wciąż odkładany był z powodu dynamicznie zmieniającej się sytuacji społecznej. Partia nie wiedziała co robić by zachować swą władzę i jednocześnie uspokoić nastroje wybuchowe, spontaniczne i wymykające się spod wszelkiej kontroli. Demonstracje w obronie demokracji i o nią samą stały się niemal codziennością. Fale bardzo już burzliwe. Pytanie o ojca to ukryte zagrożenie żandarma nadzorującego cywilną politykę. 

Lipiec 1981. Wydawnictwa oficjalne były pod coraz ostrzejszą kontrolą cenzury. Każdy tekst czy rysunek odczytywany był przez odbiorców jako aluzja polityczna. Nawet brak tekstu był kpiną z systemu politycznej prewencji! Pusta chmurka pokazuje knebel zakładany ludziom przez cenzurę. Ten rysunek w innym czasie i w innym miejscu byłby po prostu bezsensowny.

 

 

Sierpień 1981. W zakładach przemysłowych, coraz częściej trwały strajki domagające większych praw dla ludzi pragnących usunięcia nadzoru partyjnego nad wszystkim - od sztuki poprzez naukę do produkcji i mediów. Skutkiem tego produkcja malała, zaopatrzenie było coraz gorsze, rodziny borykały się z trudnościami z zaopatrzeniem w podstawowe artykuły. 

 

 

Od września miesięcznik Kontrasty zredukowany został o kolejny arkusz drukarski czyli 8 stron. Bardzo aktywni koledzy dziennikarze nie mieścili się w okrojonym miejscu wypowiedzi. Słowo było ważniejsze od obrazka, na moje rysunki zabrakło miejsca. 
W listopadzie, gdy szykowałem grudniową okładkę, największym lękiem było zagrożenie bratnią pomocą radziecką. To był powszechny strach, wbrew późniejszym gadaniom o braku takiej groźby. Mój szwagier lat wówczas 30 powiedział, że jeżeli "oni" wejdą to pójdzie do lasu walczyć. Mieliśmy wszyscy szczęście, że pokazane pod choinką na okładce żołnierskie buty były polskie a nie sowieckie, nie było tysięcy ofiar jak na Węgrzech. Ale gwiazda na choince na parę lat została czarna.

Cały nakład został zmielony z powodu stanu wojennego. Zostało kilka egzemplarzy przemyconych z drukarni. 

piątek, 18 grudnia 2015

Lech  Lech

Wpisy o stanie wojennym i utarczkach z Metronexem mam już za sobą i mogę spokojnie napisać o naszym codziennym życiu.

Po pierwsze praca. W połowie stycznia uruchomiono komputer i naszym zadaniem było załadować i uruchomić setki systemów i programów oraz napisać kilka drobnych programów w celu umożliwienia drukowania po arabsku. Przez dwa tygodnie mieliśmy zapewnioną pomoc przedstawiecieli UNIVAC z Anglii. Szczególnie jeden z nich - Peter Burwood - ten łysawy na zdjęciu poniżej, był bardzo pomocny...

Praca

Drugi z Anglików - John Gunn - był bardziej zajęty sprawami formalnymi. Niezawodny Ibrahim Ezzo ostrzegł mnie, że John robi jakieś notatki podczas moich wystąpień publicznych...

Prezentacja

To była prawda. Po akceptacji systemu przez Uniwersytet John wyznał, że miał bardzo poważne obawy czy nasz wątły zespół podoła zadaniu i prowadził na wszelki wypadek tajny rejestr wszystkich naszych niedociągnięć. Jednak daliśmy radę. Według niego był to dowód, nie tyle naszych umiejętności, ale raczej niezawodności systemu.
Przez następne kilka miesięcy mieliśmy sporo pracy, ale były to już rutynowe zajęcia. Na dodatek do zespołu dołączył bardzo sympatyczny pracownik - Ramachandra. Też Hindus, ale w przeciwieństwie do Rakesha, otwarty i nie obawiający się zgłoszenia jakiejś własnej propozycji czy opinii.

Po drugie dom

Dom

Powyżej Michał i Ania przed domem. Dom był solidny i wygodny, otoczenie typowe dla Kuwejtu - piaszczyste pole. Na pobliskich ulicach nie było chodników. Większość ulic nie miała nazw, domy nie miały adresów. Poczta była dostarczana do skrytki na poczcie.
W centrum miasta i w okolicy centrów handlowych były normalne ulice i chodniki, ale to były oazy.
Zaskoczyło mnie, że nie było również kanalizacji. Codziennie po naszej okolicy krążyły cysterny z pitną wodą i pompowały ją do zbiorników na dachach budynków. Ograniczeń wody nie było, ale powiedziano nam, że konieczne jest zezwolenie na posadzenie drzewa we własnym ogrodzie i płaci się za to podatek.

Do czasu przyjazdu rodzin stołowaliśmy się wraz z Jankiem na Uniwersytecie. Byla tam stołówka, która wydawała bardzo tanie i sute obiady.
Tuż koło naszego domu było lokalne centrum handowe - poczta, supermarket. Dla przybysza z Polski zaopatrzenie w żywnośc było doskonałe. Nie było oczywiście wieprzowiny ani alkoholu.
Ciekawostka - w Kuwejcie nie było coca-coli. Były to podobno sankcje za kontakty z Izraelem. Podobne sankcje doknęły firmę samochodową Ford. Były za to pepsi-cola i samochody innych amerykańskich marek. 

Po przyjeździe Sylwii obiady były oczywiście w domu. Raz czy dwa pojechaliśmy na targ warzywno owocowy. Było tam zapewne bardzo egzotycznie, ale  nie potrafilismy tego docenić. 
Ceny były wprawdzie niskie, ale trzeba było kupować całe skrzynki owoców, które potem psuły się w domu więc nie kontynuowaliśmy tam zakupów.
Większym uznaniem cieszyły się  magazyny importowanej żywności. Kupowaliśmy tam wołową szynkę w puszce i polskie wafelki Price-Polo.

Wyposażenie mieszkania było niezłe. Jeszcze przed przyjazdem Sylwii kupiłem telewizor i dobre radio stereofoniczne  - Marantz. 

Po podpisaniu ugody z Metronexem zrezygnowaliśmy z wynajmu samochodu i trzeba było coś kupić. Już wcześniej odwiedziłem tutejszą giełdę samochodową i wydawała mi się dobrze zaopatrzona. Teraz wybrałem się tam z całą rodziną. Był upalny, duszny, dzień. Jak na złość nie widziałem żadnego samochodu w dobrym stanie. W którymś momencie Ania i Michał wskoczyli do jakiegoś samochodu, otworzyli okno i zaczęły radośnie krzyczeć - Mamusiu, Tatusiu, wsiadajcie, jak tu fajnie zimno!

simca

Rzeczywiście było fajnie zimno. Samochód marki simca. Znajomi, Wojtek i Ika, mieli taki samochód i go nie polecali, ale wizja dalszych poszukiwań była tak niemiła, że kupiłem.
Właściciel samochodu zawołał zarządcę placu, ten napisał coś po arabsku na skrawku papieru, wpłaciłem zaliczkę i opłatę placową. Właściciel samochodu wręczył mi pęk kluczy i obiecał przyjść następnego dnia. Dlaczego tyle kluczy? Do bagażnika jest inny i jeszcze do wlewu paliwa i do drzwi. Zapalił się sygnał alarmowy - ten samochód musiał mieć sporo napraw czy przeróbek, ale lenistwo przeważyło - wziąłem klucze. Właściciel samochodu zniknął. Zasiadłem dumnie za kierownicą, spróbowałem włożyć klucz do stacyjki - nie pasował. Próbowałem po kolei wszystkie klucze - bez skutku. Koło samochodu zebrało się kilku ciekawskich. Za chwilę rozległy się śmiechy i zbiegło się więcej osób. Wezwali zarządcę - rołożył ręce - jutro właściciel przyjdzie do ciebie to da ci klucze. Ale teraz musisz przesunąć samochód pod mur, nie może zostac na środku placu. Zgromadzony przy samochodzie tłumek tylko na to czekał. Wrzuciłem luz a kilka osób radośnie pchało samochód, trzy razy tyle biegło obok i krzyczało. Oczywiście kierownica zablokowała się i samochód cały czas skręcał. Musieliśmy zrobić kilka kółek zanim wylądowaliśmy w dozwolonym miejscu. 

Następnego dnia otrzymałem klucze. Najwyższa pora bo w hotelu Hilton organizowali wystawę pisanek i chciałem żeby Ania coś tam wystawiła. Pojechaliśmy we dwójkę. W pobliżu hotelu coś w samochodzie zacharczało i zatzymał się. Nie miałem pojęcia co zrobić. Nim zdążyłem mrugnąc okiem koło samochodu zebrało się kilka osób, podnieśli maskę, zaczęli stukać kamieniami w styki akumulatora. Z trudem okiełznałem ich entuzjazm i poprosiłem żeby popchali nas w pobliże hotelu. Zrobili to bardzo chętnie i ze śmiechem mimo sporego upału. Zatrzymaliśmy się naprzeciwko hotelu, popychacze już mieli odejść gdy z bramy wypadło dwóch strażników z karabinami - tu jest konsulat amerykański, zabierać ten samochód bo zawołamy wojsko. Popychacze radośnie popchali nas pod sam hotel.
Zostawiliśmy pisankę i wyszliśmy na ulicę szukać przystanku autobusowego. Już po chwili zatrzymał się jakiś samochód i kierowca zaoferował, że nas podwiezie. Był to rodowity Kuwejtczyk, mówił słabo po angielsku. Zaprosiłem go do domu na herbatę, ale kategorycznie oświadczył, że chętnie wstąpi, ale tylko na whisky. To zakrawało na prowokację.
W Kuwejcie był zakaz sprzedaży alkoholu, ale nie było zakazu spożywania go. Na lotnisku pozwalano podróżnym oficjalnie wwieźc jedną butelkę alkoholu na osobę. Sylwia przywiozła pewnie z pięć. 
Uznałem jednak, że nasz wybawiciel jest zbyt obcesowy i powiedziałem, że nie mamy w domu whisky.

Zorganizowałem jakoś przewóz simci do warsztatu. W warsztacie stwierdzili, ze największym problemem jest klimatyzacja i najlepiej żebym jej nie używał. Wymiana klimatyzacji to był juz spory koszt. W rezultacie po kilku dniach kupiłem nowy samochód - mitsubishi lancer - taki jaki przedtem wynajmowaliśmy. Salon samochodowy Al-Mulla potraktował mnie szlachetnie - przyjął nieszczęsną simcę i obniżył cenę zakupu lancera o kwotę jaką zapłaciłem na giełdzie.

Po trzecie czas wolny. 
Gdy przyjechaliśmy do Kuwejtu w styczniu pogody były całkiem umiarkowane, dość chłodno, czasem nawet mżawka. Jednak bardzo szybko ocieplało się. Zanim zaczął sie sezon kapielowy wyjeżdżaliśmy w weekendy na plażę. My to spora grupa polskich komputerowców i lekarzy. Czasem dałączali do nas jacyś znajomi z innych krajów. Czasem przyjeżdżali jakimś ciekawym samochodem, ten poniżej to lamborghini...

Pustynia

W marcu, gdy przyjechała Sylwia z dziećmi było już całkiem gorąco. Plaża było blisko domu, w którym mieszkali nasi najbliźsi przyjaciele Andrzej i Bożena i kilka polskich rodzin, ale to była plaża bezpłatna.
Pierwsze doświadczenie było szokujące. Mężowie pojechali samochodami do pracy a żony z dziećmi wybrały się piechotą na plażę. Już po chwili zostali otoczeni przez sporą grupę mężczyzn. Ciemne twarze, długie szaty, głodne oczy. Mężczyźni wpatrywali się łakomie w kobiety, szukali okazji żeby się otrzeć. Nie minęło wiele czasu gdy pojawiła się policja. Mężczyźni rozpierzchli się a policja była bardzo zgorszona zachowaniem kobiet - zachowujecie się w sposób niegodny i prowokacyjny. Alternatywą była plaża płatna. Nie była droga, ale trzeba było dojechać samochodem.

Istotnym przerywnikeim były niedzielne wyjazdy do kościoła. Niedziele to był normalny dzień roboczy. Msze katolickie odbywały się wczesnym wieczorem. Kuwejt był państwem tolerancyjnym. W centrum miasta była duża katedra, ale na niedzielnych mszach był tam ogromny tłok. Dużo sympatyczniejsze były msze  w odległym około 40 km Ahmadi. Ahmadi powstalo w latach 40 ubiegłego stulecia, gdy w Kuwejcie odkryto zloża ropy naftowej. Tam mieściła się siedziba brytyjskiego Kuwait Oil Company i mieszkało kilka tysięcy Anglików. Było sporo zieleni, przestronno, czysto. 
Kościół był niewielki, proszę najechać na mnie myszą to się pokaże...

Ahmadi

Na zdjęciu na odwrocie Sylwia i żona Janka z dziećmi.
Proboszczem był ksiądz pochodzący z Malty. Do kościoła przychodziła spora grupa Filipińczyków, którzy pięknie śpiewali.

Tu zetknąłem się po raz pierwszy z anglojęzyczną liturgią. Śmieszyła mnie... baranku Bozy, który gładzisz grzechy świata to - Lamb of God who takes away the sins of the world.
Take away - znaczy na wynos. Grzechy na wynos? 
Jakże piękna jest polska wersja - który gładzisz - gładzisz znaczy zabijasz, ale również głaszczesz, wygładzasz, łagodzisz ból, goisz rany.
Myślałem, że może to jakaś uproszczona, filipińska, wersja liturgii. W Australii okazało się, że jest to oficjalny tekst. Nie dziwię się, że Anglicy odrzucili religię katolicką - grzech na wynos - to jakiś kupiecki kalwinizm.

Zniosło mnie z kursu. Ciąg dalszy w następnym odcinku.

Tagi: 1981 Kuwait
10:09, pharlap
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 grudnia 2015

Lech Lech

Do Kuwejtu przylecieliśmy z Jankiem późną nocą. Nie mieliśmy wiz tylko list z Kuwait University potwierdzający nasze zatrudnienie. Spodziewaliśmy się, że na lotnisku będzie nas oczekiwał przedstawiciel Uniwersytetu (albo Metronexu) i pomoże załatwić formalności wjazdowe i dotrzeć do miejsca zamieszkania, którego adresu nie znaliśmy.
Funkcjonariusz graniczny popatrzył na pismo uniwersytetu, odłożył je na bok i powiedział coś do nas po arabsku. Pozostało nam czekanie.

ArafatkaRozglądałem się wokół i mina mi rzedła. Tłumy ludzi, zdecydowana większość z Dalekiego Wschodu - Indie? Pakistan? Prócz nich Arabowie różnych nacji w białych sukniach i chustach "arafatkach" , z tym , że wiele chust było w kolorze czerwonym.
Prawie nikogo w europejskim stroju. Do tego gwar, tłok i absolutny bałagan. Obawiałem się, że będziemy czekać do rana.
Ku mojemu zaskoczeniu załatwiono nas bardzo szybko. Na lotnisku czekał na nas kierowca uniwersytetu, który zawiózł nas do naszych mieszkań - mieszkaliśmy w tym samym budynku.
Wyjaśnił, że następnego dnia będzie czwartek, dzień wolny od pracy - tamtejsza wolna sobota - ale on przyjedzie po nas rano i zawiezie na uniwersytet na krótkie spotkanie informacyjne.
Słowa dotrzymał - jechal nieco dłuższą trasą żeby pokazać nam miasto z najlepszej strony

Gulf Road

W biurze ośrodka komputerowego czekał na nas kierownik ośrodka, znany nam pan Nissar Shariff. Kompletowanie zespołu juz prawie zakończone. Praca 5 dni w tygodniu - sobota do środy, 7 godzin dziennie - 7 do 14. Przez tydzień będzie nas przywoził i odwoził kierowca. Przed upływem tego czasu powinniśmy sobie załatwić własny transport.
Mamy opłacone mieszkanie, elektryczność, wodę - o tu jest świadectwo - to jest potrzebne przy załatwianiu wielu formalności, telefon na rozmowy lokalne.
Kuwait University to bardzo respektowana instytucja, jako jej pracownicy nie powinniśmy mieć trudności w otrzymaniu kredytu na samochód ani przy żadnych innych formalnościach. Z drugiej strony oczekuje się po nas godnego reprezentowania instytucji - porządny samochód i strój, nienaganne zachowanie. A teraz proszę iść do kasy i odebrać z góry miesięczne wynagrodzenie. Do widzenia w sobotę.
- Chwileczkę - przerwałem - przecież my tu jesteśmy na kontrakcie Metronexu. Dostaliśmy informację, że to oni będą nam wypłacać wynagrodzenie. 
Nissar skrzywił się niecierpliwie
- Nic podobnego. Oni coś nam próbowali tłumaczyć, ale postawiliśmy sprawę jasno - jesteśmy instytucją państwową, nie wolno nam, ani naszym pracownikom,  korzystać z usług pośredników czy agentów. Żaden kontrakt nie istnieje.

Pożegnaliśmy się i poszliśmy do kasy. Wypłacili nam gotówką po 820 dinarów - niecałe $3,000. Byłem mocno zdezorientowany i przy najbliższej okazji odwiedziłem polski konsulat żeby lojalnie powiadomić ich o sytuacji i wyjaśnić sprawę.
Złożyliśmy konsulowi pisemne oświadczenie, że Metronex nie skontaktował się z nami od chwili przyjazdu, i że pracodawca "zmusił" nas do  pobrania wynagrodzenia. Gdybyśmy go nie pobrali, nie mielibyśmy za co kupić żywności.
Konsul - pan Kozak - był nieco zakłopotany i też narzekał na Metronex. Póki co polecił brać co dają.

Był weekend więc mieliśmy czas na zapoznanie się z okolicą i odwiedziny u znajomych z Polski. Byli tam przede wszystkim moi koledzy z pracy sprzed 10 lat - Andrzej M i Janek R. Obaj z rodzinami. Mieszkali w bloku niezbyt daleko od nas. W tym i sąsiednim bloku mieszkało kilku polskich komputerowców z rodzinami.

W sobotę kilka minut po 6. rano przyjechał po nas kierowca. W drodze na uniwersytet podebrał jeszcze dwóch naszych kolegów - John H. Amerykanin i Naim też Amerykanin, ale pochodzenia egipskiego...

Zespół

Powyżej powitalne ciasteczko - od lewej Ibrahim, ja, Janek , Naim, John.

Dostaliśmy kontrakty do podpisania - 1 strona po angielsku i tuzin stron po arabsku. Podpisaliśmy wraz z Jankiem bez wahania. John patrzył na nas z niedowierzaniem - podpisujecie nie wiedząc co? On zamierzał zabrać swój kontrakt do sprawdzenia w ambasadzie USA. Naim znał dobrze arabski i podpisał - bez czytania. 
Sprawę wyjaśnił doświadczony pracownik ośrodka , uwieczniony na zdjęciu Ibrahim Ezzo. Widzicie - na końcu kontraktu jest klauzula - إن شاء الله - Insz Allah - jeśli Bóg pozwoli. To rozwiązuje wszelkie dysputy.
Ibrahim był Libańczykiem, przypomniał nam, że Libańczycy to potomkowie dawnych Fenicjan. Następnie zapytał jakie mamy wynagrodzenie. John zbladł, odczekał chwilę i zwrócił Ibrahimowi uwagę, że to wyjątkowo niedyskretne pytanie - to tak.. jakbyś mnie spytał czy miałem z żoną stosunek ostatniej nocy. 
- Nie ma problemu - odpowiedział niezmieszany Ibrahim - dowiem się od Mohammeda bo on zarządza systemem obliczania zarobków.

Następn sprawa to odciski palców. Zaraz pojedziemy na policję, tam złożymy odciski palców i oddamy paszporty na przechowanie. Dostaliśmy karty identyfikacyjne unowersytetu, one są koniecznym i wystarczajacym dokumentem tożsamości. Jeśli zamierzamy wyjachać z Kuwejtu musimy dostać urlop z Uniwersytetu i wtedy oddadza nam paszporty. Po zakończeniu kontraktu musimy opuścić Kuwejt w ciągu tygodnia.
To była zdecydowanie za dużo dla Johna - nigdy nie oddam paszportu! A co jeśli tu wybuchnie wojna czy rewolucja jak w Iranie? To bezprawie, muszę dostać opinię ambasady USA.

My nie mieliśmy tego rodzaju zastrzeżeń. Mnie bardziej interesowała sprawa naszego zespołu, kto będzie naszym szefem, kim będą nasi koledzy? Przecież my nie mieliśmy żadnego doświadczenia pracy na UNIVACu. Nissar SHariff udzielał dość wymijajacych odpowiedzia.
Po dwóch dniach w ośrodku pojawił się nasz pierwszy kolega - Rakesz Kumar, Hindus. Miał kilka lat doświadczenia, ale wydawał się być bardzo przestraszony. Przyjechał na uniwersytet prosto z lotniska, wraz żoną i córką. One też były wystraszone i czekały w kącie na koniec godzin pracy. Po pracy zabrali się z nami do samochodu.
- Moja żona i córka są bardzo zmęczone, całą noc spędziliśmy w samolocie. Może kierowca odwiezie nas na początku? - zaproponowal Rakesz. Zanim zdążyłem wyrazić zgodę wtrącił się John
- We have such a nice saying - so what? (no i co z tego?)
Hinduska rodzina skurczyła się jeszcze bardziej. Najpierw odwieźliśmy Johna.

Po następnych dwóch dniach John zniknął z Kuwaitu. Nissar Shariff skarżył się, że zostawił nieuregulowany duży rachunek telefoniczny. Jednocześnie okazało się, że reszta zakontraktowanych osób zrezygnowała. Przyjadą jeszcze tylko szef obsługi komputera (operations manager), Bob z USA, i programista do naszego zespołu - Ramachandra z Indii.
Jednocześmie szef ośrodka zlecił naszej trójce zadanie domowe - napiszcie każdy z osobna listę zadań na najbliższe dwa tygodnie.
Zaproponowałem Jankowi, że napiszemy razem, ale nie wykazał żadnego zainteresowania tym tematem. Napisałem więc sam. Rakesh też coś napisał, ale już z daleka widziałem, że czuje się bardzo niepewnie. 
Rezultat był łatwy do przewidzenia - zostałem kierownikiem zespołu programistów systemowych.

Kierownik

Nissar Shariff wyjaśnił, że jest to stanowiko tymczasowe, nadal szukają kogoś doświadczonego. W związku z tym moja pensja pozostaje bez zmian.
Naim został kierownikiem zespołu pracującego nad konwersja starego systemy rejestracji studentów na nowy komputer. Oto trzon zespołu...

Zespół

Rakesz , w okularach, w środku dolnego rzędu.

Mijał tydzień, należało zorganizować sobie transport. W międzyczasie zorientowaliśmy się na jakich warunkach pracują nasi koledzy przysłani tu przez Metronex. Dostawali pensje w wysokości 240 dinarów plus zwrot za wynajęcie samochodu - jeden na dwie (a może 4 osoby), ryczałt za benzynę, jeszcze kilka drobiazgów  i... 1.20 dinara miesięcznie na napoje chłodzące.
Wynajęliśmy więc samochód - mitsubishi Lancer i postanowiliśmy spróbować uniezależnić się od Metronexu. Ja byłem chyba przesadnie czuły na formalne załatwianie spraw i poprosiłem naszego szefa o oficjalne oświadczenie, że Kuwait University nie ma żadnego kontraktu z Metronexem. Poniżej fragment listu w tej sprawie...

Jaki kontrakt?

Janek nawiązał kontakt z przedstawicielem POLSERVICE . Był to bardzo miły człowiek, ale nic nie mógł nam pomóc - polskie centrale handlu zagranicznego nie mogą ze sobą konkurować.

Najważniejszą sprawą było sprowadzenie do Kuwaitu rodzin. Paszporty w Polsce można było w tym okresie otrzymać dość łatwo, ale Sylwia była zatrudniona w instytucji wojskowej (szpital) a to bardzo komplikowało sprawę. Znowu mój szef musiał pisać pismo - oświadczenie, że jednym z warunków mojego zatrudnienia jest sprowadzenie do Kuwejtu całej rodziny. Nie było to całkiem zgodne z prawdą, ale ludzie Wschodu szybko się uczą.

Tydzień przez Wielkanocą, w środę, przyleciały do Kuwaitu - Sylwia z dziećmi oraz żona Janka z synem. Tym samym samolotem przyleciała delegacja Metronexu w celu ostatecznego załatwienia naszej sprawy. 

Za dwa dni dostaliśmy wraz z Jankiem wezwanie do konsulatu. Czekała tam na nas trzyosobowa delegacja.
- Czy panowie zgadzacie się na  podpisanie kontraktu z Metronexem?
- Nie.
W takim razie proszę pokwitować otrzymanie tego pisma... 

Odwołanie

Spodziewamy się powrotu panów do Polski w najbliższą środę, ostatecznie tydzień później.

Zreferowaliśmy sprawę naszemu szefowi, zorganizował spotkanie z vicerektorem Uniwersytetu. Dr Ryad postawil sprawę prosto - nie wiem jaki los was czeka po powrocie do Polski, ale to już wasza sprawa. Póki co jesteście naszymi pracownikami i bez naszej zgody nie mozecie opuścić Kuwaitu, wszak mamy wasze paszporty. Dopóki jesteśmy zadowoleni z waszej pracy nic wam nie grozi.
Spokój nie trwal jednak długo. Następnego dnia, pod koniec pracy, dr Ryad przyszedł do nas z bardzo strapiona miną.
- Bardzo was przepraszam, ale czegoś takiego nie mogłem przewidzieć. Wczoraj odwiedził mnie oficjalnie wasz konsul. Przyjechał samochodem z flagą waszego kraju.  Oświadczyl, że jeśli nie dojdziecie do zgody wówczas Polska wystąpi oficjalnie o wasza ekstradycję.
Przepraszam was bardzo, ale gdy rozmawialiśmy wczoraj nic podobnego nie przyszło mi do głowy. W końcu jesteście szeregowymi pracownikami, nie zrobiliście niczego złego. Moim zdaniem on bluffuje, pozostawiam to do waszej oceny, ale jednak jeśli wasze ministerstwo spraw zagranicznych zwróci się o wydalenie was z Kuwaitu to nie będziemy oponować. Tu już stosuje się klauzula InszAllah - wola boża.

W domu zrobiliśmy naradę obu rodzin. Sylwia namiawała żeby się zgodzić.
- Ty sobie nie wyobrażasz jak teraz ciężko żyć w Polsce. Ledwie zakosztowaliśmy tu słońca, owoców i mamy wracać? Nigdy! Jakoś tam przecież przetrzymamy.
Żona Janka była chyba tego samego zdania. Janek nie dawal wyraźniej odpowiedzi, ale myślę, że nie chciał się poddać. 
Nadeszła środa przed Wielkanocą, późna nocą delegacja wracała do Polski. Przez Andrzeja M. przesłali nam informację, że są w konsulacie i będą do ostatniej chwili czekać na naszą decyzję.
Moje zdanie chyba przeważyło - zgodziliśmy się.  
W konsulacie powitano nas z wielką uprzejmiością. Tak srodzy panowie z Metronexu ściskali nam serdecznie dłonie.
- Wiedzieliśmy, że się dogadamy. Jak Polak z Polakiem. Jak panowie chcecie przesłać rodzinie w Polsce jakieś paczki to my weźmiemy.
Rozkładali ręce do uścisków - jak tu rodakowi odmówić uścisku na drogę?

Tagi: 1981 Kuwait
11:41, pharlap
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 grudnia 2015

Lech  Lech

Dzisiejsza rocznica skłoniła mnie do zmiany chronologii moich wspomnień.

Rok 1981 - od stycznia przebywałem na kontrakcie w Kuwejcie. W marcu dołączyła do mnie rodzina.
Wraz z moim kolegą Jankiem uważaliśmy, że zostaliśmy niecnie wykorzystani przez Centralę Handlu Zagranicznego Metronex i staraliśmy się znaleźć sposób żeby przenieść się do centrali POLSERVICE. Wydawało nam się, że dobrym ruchem taktycznym będzie wymiana naszych służbowych paszportów na prywatne. Wydawało się to łatwe gdyż po sierpniu 1980 roku paszporty wydawano masowo.
Podczas wakacji letnich 1980 roku, ktore spędziliśmy w Polsce, złożyłem podanie o paszport. -
- Proszę przyjść za jakieś 6 tygodni - poinformowała mnie pani przymująca dokumenty. Biuro Paszportowe nie wysyłało powiadomień o załatwieniu sprawy, trzeba było pofatygować się osobiście.

Po wakacjach wróciłem do Kuwejtu tylko z Anią, Sylwia i Michał pozostali w Polsce. Spodziewałem się, że wrócą na początku listopada, po Wszystkich Świętych. Wtedy pojadę do Warszawy na kilka dni, oddam paszposrt służbowy, odbiorę prywatny (jeśli mi go przyznają) i wrócę do Kuwejtu jako wolny człowiek. Wymagało to załatwienia formalności wizowych, ale Kuwait University już przyzwyczaił się, że obaj z Jankiem wymagaliśmy specjalnej troski.

Pobyt a Anią w Kuwejcie wymagał pewnych zabiegów. Musiałem zorganizować jej transport do i ze szkoły i opiekę na czas kiedy byłem w pracy. Z pomocą przyszli mi sąsiedzi Libańczycy i oczywiście nasi najbliżsi przyjaciele Bożena i Andrzej M. 
W podobnej do mnie sytuacji był nasz znajomu Olek K. Jego żonie nie chciano wydać paszportu i tak jak ja był samotnym ojcem z córką. Dziewczynki bardzo się lubiły więc zajmowaliśmy się nimi na zmianę - jednego dnia przebywały u mnie, Ola zostawała na obiad i na noc, następnego dnia obie mieszkały u Olka.

Ania i Ola

Ania (po lewej) i Ola - w parku.

Na początku listopada Sylwia poinformowała mnie, że zostanie w Polsce nieco dłużej,  zarezerowała lot na 10 grudnia. Zdecydowaliśmy z Jankiem, że nie możemy dłużej odwlekać odebrania paszportów. Kupiliśmy bilety na lot w niedzielę 13 grudnia - do Warszawy przez Kair i powrót LOTem w środę.

Na początku grudnia Sylwia poinformowała mnie, że jednak nie zdążyła wszystkiego załatwic i przesunęła wylot na 17 grudnia. To była duża niewygoda gdyż musiałem zostawić Anię samą na 4 dni. Oczywiście Bożenka i Andzrej oferowali pomoc.

13 grudnia pojechałem rano na kilka godzin do pracy. Podwiózł mnie mieszkający niedaleko Amerykanin - Bob. Janek miał podebrać mnie z pracy w drodze na lotnisko.
- Czy słuchałes dzisiaj rano Głosu Ameryki? - zapytał jak zwykle Bob. 
- Nie, ja słucham tylko Głosu Związku Radzieckiego -  to była moja tradycyjna odpowiedź.
- Akurat dzisiaj może warto było słuchać Głosu Ameryki - odciął się Bob - w Polsce ogłoszono stan wojenny. 

Cały plan się zawalił. Co z Sylwią i Michałem? Całe szczęście, że nie polecieliśmy dzień wcześniej, wtedy Ania zostałaby sama w Kuwejcie na niewiadomo jak długo.

W pracy poczekałem na Janka i razem pojechaliśmy do hotelu Marriotte gdzie w halu stały teleksy głównych agencji prasowych - Reuter, Associated Press, Agence France-Presse. Co pół godziny teleksy drukowały tę samą wiadomość- nie mamy kontaktu z naszym przedstawicielem w Warszawie.

Pojechaliśmy do polskiego konsulatu. To samo - nie mamy łączność z Ministerstwem Spraw Zagranicznych.
Telefon w domu nie łączył z Polską.
Wątpliwą pociechą był komentarz wspomnianego wcześniej Boba - Głos Ameryki mówi, że blokada informacji z Polski jest dużo skuteczniejsza niż ta podczas rewolucji islamskiej w Iranie - mówił to z wyraźnym uznaniem .
A więc Polak potrafi. 

Zbliżały się Święta, koniec roku. Oczywiście Bożena i Andrzej zaprosli mnie i Anię na wszytkie świąteczne imprezy. 
Byliśmy im wdzięczni, ale przecież smutni. Ten rok zapowiadał się tak dobrze. 

Tagi: 1981 Kuwait
05:21, pharlap
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 grudnia 2015

W lutym 2011 roku odwiedziła Melbourne legendarna para - pan Andrzej Gwiazda i jego żona, pani Joanna Duda-Gwiazda.  

Spotkanie z nim odbyło się na Polanie w Healsville. Polana w Healsville to polonijny ośrodek położony w bardzo malowniczej okolicy - KLIK. Nasze dzieci wyjeżdżały tam wielokrotnie na letnie i zimowe wakacje.

Legendy

Przyjechałem na Polanę wraz ze znajomą, osobą bardzo zaangażowaną w pracę społeczną. Zaraz po przyjeździe znajoma zgłosiła się do pomocy a ja dołączyłem do grupki mężczyzn popijających piwo.
Zorientowałem się, że w większości są to osoby, które wyjechały z Polski przed wprowadzeniem stanu wojennego. Wprowadzenie stanu wojennego w Polsce dało im preferencje w uzyskaniu prawa wjazdu do Australii.
Mam dużo szacunku dla tych ludzi. Mieli znacznie gorszy punkt startowy niż ja. Nie przywieźli ze sobą żadnych pieniędzy, nie mieli doświadczenia w pracy poza Polską, w chwili przyjazdu znali gorzej ode mnie albo wcale nie znali angielskiego. Mimo to większość z nich osiągnęła lepszą ode mnie pozycję materialną. Niewątpliwie lepszy materiał emigracyjny.

Już po chwili poczułem się w ich towarzystwie obco. Zaskoczyło mnie, że ci ludzie, młodsi ode mnie o 5-15 lat, mieli zupełnie inny obraz Polski niż ja. W rozmowach przeważala złość i drwiny pod adresem komuchów, którzy kiedyś rządzili Polską i nadal mają w niej wielkie wpływy. Rozmowy stawały się coraz gorętsze. odniosłem wrażenie, ze jest to moralna rozgrzewka przed ostatecznym rozprawieniem się z tajnym współpracownikiem Bolkiem.

Bardzo zaskoczyło mnie, że przebywałem w Australii już prawie 30 lat, wiekszość naszych kontaktów to Polacy, ale takich jak ci, w tym dniu na Polanie, jeszcze nie spotkałem.

Spora sala była zapełniona, ponad 200 osób. Państwo Gwiazdowie zostali entuzjastycznie przywitani. Centralnym tematem było - kiedy pan A. Gwiazda zorientował się, że Lech Wałęsa jest agentem komuny i dlaczego nie zareagował. 
Zorientował się od razu. Nie zareagował... nie miał dowodów czarno na białym a jako wiceprzewodniczący Solidarności był w bardzo niezręcznej sytuacji - mógł być oskarżony, że chce wysadzić przewodniczącego z siodła żeby zając jego stanowisko. A poza tym... proszę państwa, gdziekolwiek pojawił się Wałęsa tam ludzi ogarniał jakiś obłędny entuzjazm, temu niesposób było się oprzeć.

Moje wrażenia ze spotkania na pewno są nieco mgliste i zdeformowane. Na szczęście zachowałem tekst wywiadu jakiego państwo Gwiada udzielili Tygodnikowi Polskiemu w Melbourne. Wywiad przeprowadziła pani Jagoda Williams. Poniżej kilka cytatów...

"Co by było gdyby... Gdyby mnie wybrano na przewodniczącego KK. Jaruzelski nie mógłby czekać aż "S" przygotuje się do stanu wojennego, musiałby uderzyć szybciej. Cała polska i światowa opinia publiczna szybko zostałaby przekonana, że stan wojenny to wina extremy, czyli moja. Wałesę wykreowaliśmy na rozsądnego zbawcę narodu, który umie postępować z komuną. Jedynego człowieka, który potrafi komunę oszukać, a narodowi zapewnić niepodległość. 
Taka propaganda wspierana przez kapitał korporacyjny, Wolną Europę, Głos Ameryki, 'siły' Związku Radziekiego, miejscową agenturę i część Kościoła odniosłby niewątpliwy sukces. Być może 'okrągły stół' były o kilka lat wcześniej. Być może Gorbaczow wcześniej mógłby ogłosić likwidację komunizmu."

I jeszcze jedno...
"Wszystkie analizy wskazują, że decyzja o odrzuceniu komunizmu zapadła około 1968 roku w najwyższych kręgach KGB i GRU (wywiad wojskowy). W spisek wciągano coraz szersze kręgi służb specjalnych, a nie trudno się domyslić, że spoiwem spisku była nadzieja na wielkie korzyści materialne. Korzyści z przechwycenia na własność majątku narodowego. Proces przygotowania pierestrojki prowadzony był w uzgodnieniu z decydentami 'Zachodu' czyli USA.
(...) W 1980 roku, po dziesięcioletnim okresie przygotowań, być może władcy bloku komunistycznego byli juz gotowi do pierestrojki. Być może Polskę wybrano na teren rozpoczęcia akcji.  Być może prowokowane w 1980 roku strajki miały stworzyć uwiarogodnienie procesu.
Lecz tu nastąpił wypadek przy pracy. Polacy dali się sprowokowac i utworzyli Solidarność. A Solidarność z całą pewnościa nie pozwoliłaby na przejęcie majątku przez sekretarzy i pułkowników ani na jego wyprzedaż i zrujnowanie."

Zbyt odległe to dla mnie sprawy żebym mógł wyrazić jakąś opinię na ich temat. Przyznam się, że wiele argumentów przemawia mi do przekonania. 
Tylko nie mogę się zorientować czy Lech Wałęsa (agent Bolek czy też nie) przysłużył się spiskowcom z KGB i kapitałowi korporacyjnemu czy też skomplikował ich działania. 

Atmosfera spotkania była bardzo gorąca. Podejrzewam, że gdyby L. Wałesa był gdzieś pod ręka to nie wyszedłby cało.
Goście i dyskutanci poszli pośpiewać przy ognisku. Nie bardzo wiedziałem co ze sobą  zrobić. Na szczęście pod ręką była moja znajoma i poprosiła mnie o pomoc przy sprzątnięciu sali. Odrobina pracy fizycznej bardzo dobrze robi na spokojny sen.

Tagi: 1980
10:16, pharlap
Link Komentarze (2) »
środa, 09 grudnia 2015

Tadeusz

Rok 1980 to wyraźne i zasadnicze rozdzielenie się losów moich i Lecha. Ja zostałem tu, on wyjechał tam. Lukę czasową między moim ostatnim wspomnieniem z bawełnianego kombinatu Fasty, a tym właśnie rokiem wypełnię dość zdawkowo. Całe tło polityczne szczęśliwie Lech akurat opisał w swoim parowozie dziejów. Moje sukcesy w pracy kulturotwórczej spowodowały propozycję zatrudnienia w prasie. W 1974 roku stałem się redaktorem graficznym w miesięczniku społeczno-kulturalnym Kontrasty KLIK To był w czasach gierkowskich jeden z dwóch periodyków regionalnych, który miał oddźwięk w całej Polsce. Drugim była wrocławska Odra. Naczelnym obu był ten sam Klemens Krzyżagórski - człowiek wyjątkowo sprawny organizacyjnie i inteligentny, duża osobowość. Pod koniec lat 70 ocenił, że w PRL źle się dzieje i na prowincji stanie się najgorsze. Porzucił  Kontrasty i nas. Wyjechał do Warszawy i tam niestety zagubił się w zawiłościach politycznych. W roku 1980 funkcjonował dawny zastępca, a teraz naczelny pisma  Dionizy Sidorski, słaby charakter, rozchwiane poglądy, rozdźwięk między prywatnymi sądami a służbowym stanowiskiem. To nie był dla młodego wiekiem i temperamentem zespołu łatwy okres. W końcu my sami, załoga redakcyjna, usunęliśmy go ze stanowiska! Ale to już na początku 1981, wyrzucanie dyrektorów przez załogi było wtedy w modzie.  
Opisywanie moich wystaw obrazów, plenerów, udziałów w konkursach malarskich itp. wydaje mi się banalne, nudne i nikomu niepotrzebne. Pokażę moje rysunki satyryczne z tego roku ostatniego w życiu Lecha w ojczyźnie i ostatniego pokojowego okresu monopolu władzy PZPR. Mój udział znaczący, bo na całej 3 stronie okładki, rozpoczął się w lipcu. Pod konformistycznymi rządami Sidorskiego teksty nie były zbyt odważne, cenzura działała rutynowo. Obrazki były traktowane mniej uważnie i poważnie. Mnie więc przypadła rola łagodnej politycznej opozycji. Rysunki odnoszą się do sytuacji o miesiąc wcześniejszej bo przygotowanie tekstów, skład, druk  nie były  wówczas tak szybkie jak obecnie. Gra z cenzurą polegała na aluzjach, których cenzorzy mogli nie zrozumieć, a czytelnicy owszem. Kontrasty, jak to określił niedawny naczelny Klemens, to legitymacja inteligenta. I na tym jechaliśmy bez rozczarowań! Siedziba cenzury była w tym samym korytarzu co i redakcja. Stosunki były pozornie przyjacielskie, ale podejrzliwość ogromna. Ja od czasów moich publikacji i rysunków z czasów fastowskiej gazetki byłem pod starannym nadzorem. Dziś rysunki polityczne z tamtych czasów są zupełnie nieczytelne. Społeczeństwo nam po prostu spsiało, przykro mi to pisać, ale tak to odczuwam. Trochę głupio się czuję tłumacząc satyryczne rysunki, to jak wyjaśnianie dowcipów, żałosna funkcja dla obu stron. W tamtych czasach PRL-u odbiorcy każdego tekstu, informacji czy rysunku szukali ukrytych podtekstów. Cenzorzy również! Czasami dochodziło do śmiesznych sytuacji.

Lipiec 1980. Propaganda mocno podkreślała warcholstwo i kłótliwość opozycji. Cenzura z tekstu zdjęła słowa "A ja" z którymi wyraźniej widać, że tylko prostytutka konfliktów nie powoduje. Słusznie wyczuli intencję. Fragmentaryczna ingerencja chyba skuteczna nie była, ale ich usprawiedliwiała przed pracodawcą czyli KW PZPR. W cenzurze nie pracowali sami źli ludzie. Na sąsiedniej stronie wiadomość o zmniejszeniu objętości miesięcznika o 1 arkusz z powodu trudności na rynku papierniczym spowodowanych wzrostem cen dewizowych papieru drukarskiego. To był w tamtych czasach towar reglamentowany - objętości i naklady wydawnictw regulowane były przydzialami papieru, taka nieoficjalna kontrola wydawnictw. Bardzo skuteczna.

Sierpień 1980. Propaganda sukcesu i dobrobytu była totalna, wręcz hipnotyzująca. W tym samym czasie w tv funkcjonował niejaki Kaszpirowski, uzdrowiciel telewizyjny. Nasuwa się bardzo brzydki termin zglajszachtowanie. Takie miało być w intencjach PZPR nasze społeczeństwo. Malutki złośliwy detal - miska pod kaloryferem - socjalistyczne zawory w tamtych kaloryferach zawsze przeciekały po próbie regulacji.

Wrzesień 1980. "Aby mieć prowincję daję jej wciąż nowe szanse..." Czy to i dziś nie funkcjonuje? Czy lekceważone obszary Polski nie dają się nadal nabierać na obietnice władców, polityków, czy nie są podatne na manipulacje? Ściana wschodnia to termin już późniejszy, ale już wówczas zjawisko istniało. Podczas szykowania numeru jeszcze nie było pełnych informacji o gdańskich strajkach.

 

 

 

Październik 1980. "Pieje kogut na grzędzie - tak będzie, a gdy zapieje na ziemi to się odmieni". Kogut jak władca i pyszałek, wysoko siedzi. Jak PZPR! Ale gdy spadnie... Cienka to aluzja, nie wychwycona przez cenzurę. A i dla dzisiejszego odbiorcy niezrozumiała. Dawny inteligent (dziś nie ma dawnych inteligentów) rozumiał aluzję, wiedział, że nie można wprost powiedzieć, szukał interpretacji pozornie bezsensownego cytowania ludowego przysłowia. Porozumienia sierpniowe już istniały, kogut zaczynał się chwiać

Listopad 1980. Znów rysunek z ingerencją cenzury. Na pojemniku był napis TV. Usunięty. Bo wiadomo, że TV to tylko polska TVP. Na to był zapis szczególny! Z partyjnego punktu widzenia rysunek nie powinien zostać puszczony - społeczeństwo jako hodowla w klatkach? Ale udało się! A akcja zdrowotnego biegania była wówczas w telewizji lansowana, wyolbrzymiana, taka próba odwracania uwagi od wydarzeń politycznych.

Grudzień 1980. Św. Mikołaj i Dziadek Mróz niosący dary, idący po linie nad przepaścią i jeden z nich mówi do drugiego: Tylko nie podskakuj. Sytuacja wówczas była bardzo gorąca. Ale na święta nie zrobiłem nazbyt prowokacyjnego rysunku, tylko takie dobrotliwe ostrzeżenie.

A potem to już był rok 1981 - dużo zmian. I kilka następnych rysunków. 

Tagi: 1980 cenzura
10:16, tg1940
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2