Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

RSS
poniedziałek, 30 listopada 2015

W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji, 
Rybak naprawia błyszczącą sieć. 
Skaczą w morzu wesołe delfiny, 
Młode wróble czepiają się rynny 
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata 
Kobiety idą polem pod parasolkami, 
Pijak zasypia na brzegu trawnika, 
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa 
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa, 
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa 
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów, 
Są zawiedzeni. 
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb, 
Nie wierzą, że staje się już. 
Dopóki słońce i księżyc są w górze, 
Dopóki trzmiel nawiedza różę, 
Dopóki dzieci różowe się rodzą, 
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem, 
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie, 
Powiada przewiązując pomidory: 
Innego końca świata nie będzie, 
Innego końca świata nie będzie.

Czesław Miłosz - Piosenka o końcu świata.

Lech  Lech

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rok 1980, Niedziela Palmowa, która została wyznaczona na niedzielę handlową (większość sklepów otwarta) przed nadchodząca Wielkanocą. 

Sylwia wyszła z Anią po zakupy i odwiedzić koleżankę, zostałem w domu z Michałem. Wczesnym popołudniem do drzwi zadzwonił pan wojskowy
- Obywatel Milewski? Wezwanie na ćwiczenia wojskowe... o, proszę - podał mi dokument - proszę zabrać potrzebne dokumenty i jedziemy. 

Przypomnę, że podczas studiów odbywałem regularną służbę wojskową i po ostatnim obozie wojskowym - rok 1963 - zostałem przeniesiony do rezerwy w stopniu kaprala podchorążego. Zapowiedziano nam, że zostaniemy wezwani na 3-miesięczny obóz, po ukończeniu którego dostaniemy awans na podporucznika. Lata mijały i nie słyszałem żeby wezwali któregokolwiek z moich kolegów więc miałem nadzieję, że doczekam wieku 40 lat - to już za rok - i to zakończy moją karierę wojskową.
Czyżby jednak mnie dopadli? Przeczytałem wezwanie - wynikało z niego, że to 3-dniowe ćwiczenia. Odetchnąłem z ulgą.

Pan wojskowy niecierpliwił się - samochód czeka, musimy jeszcze podebrać kilka osób...
- Chwileczkę, czy ja mam wziąć syna ze sobą? - wskazałem Michała. 
- W żadnym wypadku, przecież żona...
- Żona wyszła i nie wiem kiedy wróci - handlowa niedziela.
- To może obywatel zostawi u sąsiadów?
.....
Stanęło na tym, że jak tylko żona wróci to pojadę pod wskazany adres.
- Byle przed 6. - nalegał wojskowy - bo potem przyślemy po obywatela WSW (policja wojskowa).

Sylwia wróciła przed 6. Zgodnie z instrukcją wziąłem książeczkę wojskową i pojechałem tramwajem na Okęcie. Zbiórka była w bazie transportowej na ulicy Łopuszańskiej, tuż za zakładami ZELMOT, w których pracowałem 10 lat temu.
W stronę bazy szło sporo osób. Wkrótce obstąpili nas handlarze wódką.
- Pan kierowca? Napij się pan dobrze bo inaczej będziesz pan całą noc ciężarówkę prowadził.
To był poważny argument. Na szczęście mnie nie dotyczył bo nie wziąłem prawa jazdy. Wielu mężczyzn kupowało alkohol i spożywało go na miejscu gdyż podobno w bramie rewidowali.

Odczekałem w kolejce do rejestracji i wręczyłem wezwanie i książeczkę wojskową.
- Prawo jazdy - zażądał rejestrujący nas oficer.
- Nie wziąłem.
- Jak to nie wzięliście? - oficer zaniemówił.
- W instrukcji pisało tylko żeby wziąć książeczkę wojskową. Nie wziąłem żadnych innych dokumentów żeby się nie zniszczyły podczas ćwiczeń.
Oficer sapał ze zdenerwowania - toż przed dwa lata wbijaliśmy wam w głowę, że jesteście kierowcą. Co za baran!
Wolałem nie wspominać, że jestem kapralem podchorążym i szkolono mnie na stanowisku dowódcy drużyny, a może nawet plutonu samochodowego.

Polecono nam czekać na dalszy ciąg wydarzeń. Atmosferę nieco ożywił jeden z "poborowych". Był lekko upity, na wesoło. Poprosił o pozwolenie skorzystania z telefonu gdyż wyszedł nie powiadomiwszy rodziny.
- Zośka, słuchaj uważnie. Wojna idzie! Nic więcej ci nie powiem bo mnie tu słyszą. Leć do sklepu i kupuj mąkę, ziemniaki, co sie da, no sama wiesz...
- Proszę natychmiast to przerwać! - zainterweniował oficer.
- Zabierają mi telefon - krzyknął rozpaczliwym głosem - pamiętaj co mówiłem, powiedz matce i siostrze. Dbaj o dzieciaki bo nie wiem kiedy się zobaczymyyyyy....

Wreszcze, koło 8. zakończono rejestrację. Wydano nam ekwipunek, chyba nie dostaliśmy broni. Oficer polecił żeby zgłosili się trzeźwi kierowcy. Nie było ich wielu, ale braki uzupełniono kierowcami wojskowymi. Przewieźli nas do jednostki wojskowej na Pradze. Tam wydali nam posiłek i powiadomili o dalszym planie. Jutro - poniedziałek - wyruszymy bardzo wcześnie żeby nie zakłócić ruchu transport komunalnego. Pobudka o 4. Teraz dostaniemy prowiant na śniadanie gdyż rano nie będzie czasu na posiłek.
Po odbiorze prowiantu odbył się apel naszej kompanii...
- Słyszeliście żołnierze, pobudka o 4. Zarządzam pobudkę kompanii o 3. żebyśmy zdążyli się porządnie i bez pośpiechu spakować. Do namiotów, na wypoczynek nocny, rozejść się!
Namiot był obszerny, porządne polowe łóżka. Zaczęliśmy szykować się do snu, ale przerwał nam dowódca naszego plutonu...
- Pobudka kompanii o 3. słyszeliście. My zrobimy cichą pobudkę, o 2. to się pierwsi załadujemy i będziemy mieli spokój. A teraz chłopaki nie kładźcie się. Porozpinamy wszystkie wiązania w namiocie bo rano będzie za duże zamieszanie.
Porozpinaliśmy. Cała konstrukcja chwiała się na lekkim wietrze. Całe szczęście, że nie było silnego wiatru czy deszczu. Była już pewnie 11. Dowódca plutonu i kilka osób nie kładło się spać, chyba grali w karty.

O 2. dowódca osobiście każdym potrząsnął - cicha pobudka. Spakowaliśmy się, zlożyliśmy namiot i łózka. Za chwilę przybiegł do nas wartownik - co tu się dzieje? Cisza nocna! Postawić mi tu natychmiast ten namiot spowrotem.
Postawiliśmy prowizorycznie. Wkrótce pobudka kompanii. Nie pozwolili nam jeszcze składać namiotów. Wreszcie 5. - oficjalna pobudka. Za kilka minut byliśmy gotowi do drogi. Minęła godzina, jak oni zamierzają uniknąć korków na ulicach?
Bardzo prosto, przyszło polecenie komendy ruchu Milicji Obywatelskiej, żeby nie wyruszać przed 10. Uruchomiono kuchnię i polecono wydać nam śniadanie. W drogę ruszyliśmy koło południa.

Jechaliśmy gdzieś na wschód. Do celu dojechaliśmy dość późno, lekko mżyło. Dowództwo uznało, że już za późno na rozbijanie namiotów. Nocleg pod namiotami z pałatek... 

Namiot

Na internecie zauważyłem, że obecnie pałatka jest w Polsce całkiem popularna. Inne nazwy to peleryna wędkarska i poncho. Produkowane z dobrych materiałów, starannie wykończone. Nasze pałatki były zgrzebne, z jasno-zielonego brezentu, nie było wątpliwości, że to moda z Kraju Rad. Nie miały też żadnych zatrzasków ani nawet guzików. Zamiast guzików były drewniane kołki. To było praktyczne rozwiązanie - gdy kołek się urwał można było go zastąpić kawałkiem gałęzi.

Zgodnie z regulaminem namiot budowało się z trzech pałatek. Nie był zbyt szczelny, brezent łomotał na wietrze, przez szpary wlewała się woda. Chyba wcale nie spałem. Na szczęście pobudka była nie o regulaminowej 6., ale dużo wcześniej. Nie pobudka - ALARM!
Poprowadzono nas na dużą łąkę. Dopiero wtedy zorientowałem się jak dużo nas było. Deszcz rozpadał się na dobre. Za chwilę przybył dowódca zgrupowania. Wyskoczył z samochodu i szedł w stronę prowizorycznego podium dyskutując o czymś z oficerami.
Padły komendy - zgromadzony tłum zamarł w skupieniu...
- Żołnierze! Pół godziny temu dostałem specjalny komunikat ze Sztabu Generalnego - wróg napadł nasz kraj... 

Nie! Nie, to niemożliwe! To nie może tak być! - czułem zimny skurcz w sercu. Przez zgrupowanie przebiegł jęk przerażenia. Ktoś w pobliżu wybuchl płaczem...
- Syn mi się wczoraj urodził! Jeszcze go nie widziałem, czy ja go w ogóle zobaczę?
Rozum powtarzał w kółko jedną frazę - to tylko ćwiczenia, to tylko ćwiczenia.
Dowódca kontynuował - atak nastąpił z powietrza, nasze wojska nie dały się zaskoczyć, walka powietrzna trwa, wojska lądowe jeszcze nia naruszyły naszych granic, ale wróg zrzuca na spadochronach niewielkie grupy dywersantów. Równiez w naszych okolicach. W związku z tym zarządza się stan wyjątkowej czujności oraz zakaz opuszczania terenu zgrupowania. Dzisiaj, po kolacji, zabrania się odwiedzin w pobliskiej wsi a szczególnie zabrania się zakupu alkoholu gdyż może być zatruty.

To ostatnie całkowicie rozładowało napięcie, rozległy się śmiechy, Radośnie wróciliśmy do obozu ustawić namioty. Reszty dnia nie pamiętam. Po kolacji ogłoszono kolejny alarm - dywersanci są we wsi i mogą nas zaatakować. Postaliśmy trochę ukryci w krzakach wypatrując wroga. Jedna osoba - w cywilu telewizyjny reporter sportowy - miała broń, pistolet. Wyciągnął go wzbudzając śmiech otoczenia.
Alarm odwołano w porę i punktualnie o 10 położyliśmy się spać.
Następny dzień to pakowanie i powrót do Warszawy. Bez pośpiechu, żeby dojechać gdy zmniejszy sie popołudniowy ruch na ulicach.

Tagi: 1980 wojsko
07:11, pharlap
Link Komentarze (2) »
piątek, 27 listopada 2015

Wiesia  Wiesia

Bieruta przywiezionego z Moskwy wystawiono na widok publiczny w gmachu KC PZPR. Stała nad nim palma. Należało przechodzić prawie biegiem, stojąc wcześniej w kolejce, która zaczynała się na Krakowskim Przedmieściu, ciągnęła przez Nowy  Świat i przecinała Aleje Jerozolimskie. Przestałam w tej kolejce z koleżankami prawie całą noc.
Kolejka dyskutowała swobodnie, ludzie rozmawiali ze sobą jakby byli w domu. Z czymś takim jeszcze się nie spotkałam,  każdy wiedział, że do obcych mówi się co innego, niż do swoich. Hamulce wyraźnie puściły. Żartowano, że Bierut pojechał w futerku, a wrócił otruty  w kuferku.
Nikt ze stojących nie przyjął wiadomości o jakimś zawale. Wojsko roznosiło gorącą kawę zbożową. Ktoś głośno i bez przeszkód perorował, że w KC zobaczymy sobowtóra Bieruta, prawdziwego kilka lat wcześniej otruł oficer NKWD. Usłyszałyśmy, że tak samo zginął przywódca Czechosłowacji Klement Gottwald, który wrócił z Moskwy żywy, ponieważ w jego przypadku zastosowano truciznę działającą z opóźnieniem.
Takich opowieści czasem wyssanych z palca krążyło bez liku.
Był marzec. W październiku nie celowo, ale przypadkowo znalazłam się wśród półmilionowego tłumu na Placu Defilad, kiedy przemawiał Władysław Gomułka. Bałam się, że mnie uduszą, z trudem stamtąd się wydostałam. Słyszałam, jak wołają „Rokossowski do Moskwy!”

Prawdopodobnie w wyniku tzw. gomułkowskiej odwilży w naszej klasie mieliśmy nową koleżankę Marysię Malawko, rodowitą lwowiankę, złote serce. Przyjechała z Wilna. Do Polski w tym czasie wróciło 29 tys. Polaków. Po maturze Marysia, którą  koledzy nazywali Myńką, została studentką Wydziału Matematyki Uniwersytetu Warszawskiego, potem doktorem nauk matematycznych.
Wskazówki zegara przesunęły się i naszą szkołę na Smoczej opuściła Krysia Zielińska. Na pływalni ledwo udawało mi się wepchnąć jej gęste, czarne włosy pod czepek, bo sama nie dawała sobie z nimi rady. Rozpuszczone przykrywały Kryśki plecy, jak falujący płaszcz. Nagle jej zabrakło. Po pewnym czasie dowiedziałam się, że została wybrana wicemiss Tel Awiwu.

Partyjniacy wzięli się jeszcze mocniej za głowy, zwyciężyła frakcja Gomułki. Ważni dla szaraków ludzie w białym gmachu, w którym wystawiono w marcu Bieruta, mieli na biurkach fotografie, ze wspólnych polowań z aktualnym, pierwszym sekretarzem KC PZPR.
Polska z przerażeniem przyjęła najazd radzieckich czołgów na Węgry i utopieniu węgierskiego powstania w morzu krwi.

W Chórze Dziecięcym Filharmonii Warszawskiej dowiadywałam się o strasznych szczegółach. Zbieg okoliczności, że po serii koncertów polskiej muzyki dawnej, nasz Chór ciężko przedtem pracując był gotowy do zaprezentowania muzyki Bela Bartoka. Tak się złożyło, że wchodziliśmy na scenę Sali koncertowej w budynku przy Jasnej, kiedy w Budapeszcie kolejny dzień lała się krew. Publiczność na stojąco słuchała pieśni węgierskiego kompozytora. Bisy się nie kończyły, dyrygent Witold Rowicki, pod batutą którego zawsze występowaliśmy, kłaniał się nisko.
Po koncercie zbierano pieniądze, żeby pomóc walczącym braciom. Wśród banknotów znajdowały się pierścionki i obrączki, koło historii próbowało zatoczyć swoje koło. Z Chórem Filharmonii parokrotnie wyjeżdżałam na kolonie. Odwiedzał nas nie tylko  Witold Rowicki, którego córka Magda śpiewała w drugich głosach, ale i Witold Lutosławski, żeby posłuchać jak  ćwiczymy jego kompozycje dla dzieci.
W Sławnie próbowaliśmy m. in. psalmy Mikołaja Gomółki, w dużym budynku poniemieckiej szkoły, w nim chór mógł mieszkać razem. W Deszcznie rozlokowano nas w domach prywatnych. Profesor Stanisław Wasiak, kierownik zespołu, przechadzał się pod oknami tych domów z dubeltówką na plecach do północy, pilnując, żeby nikomu nic się nie stało. Uważał, że Filharmonia i on osobiście przyczyni się do uczynienia z nas, jak mówił, kulturtragen. Przestrzegał, że wyróżnikiem nosicieli kultury jest szacunek dla innych.

Mijały ostatnie wspólne miesiące z moją przyjaciółką Maliną. Jej mama Maria Marcinkowska z domu Wiłkomirska usiłowała nas uczyć gramatyki niemieckiej, chociaż w tym języku nie była biegła. Śmieszył nas Plusquamperfekt, nie dlatego, że mówi o sytuacji lub zdarzeniu z przeszłości, które wydarzyło się przed tym zdarzeniem, czy sytuacją w jeszcze dalszej przeszłości, ale ta nazwa!  Insekty na Muranowie długo dawały się we znaki. Pani Marcinkowska zrezygnowana, spoglądała na nas ze smutkiem.

Czas niepotrzebnie przyspieszył, mama Maliny  zmarła w szpitalu na Oczki. W szpitalnej sali było okropnie zimno, poprosiła o grzejnik, kiedy go przyniosłyśmy usiadła na łóżku, rozcierając  zziębnięte nogi i nagle do tyłu upadła. Powiedzieli, że skrzep dostał się do serca. Malina została sama. Z piwnicy wyniosłyśmy na górę dwie skrzynie, które kiedyś pokazała jej mama. Były w nich dziwne ubrania, długie rzeźbione białe fajki i przeróżne ozdoby. Pani Marcinkowska przed wojną razem ze swoim mężem dużo podróżowała po świecie i w tych nie otwieranych  przez lata skrzyniach zamknęła wspomnienia zupełnie innego życia, niż my dotąd poznałyśmy, Przerzuciłyśmy zdjęcia państwa Marcinkowskich pod palmami w Egipcie i w Monte Carlo. Nie pomogło przebranie w japońskie kimona. Mimowolnie oczy wędrowały w stronę drzwi wejściowych do jednopokojowego mieszkania z wnęką na kuchnię, jakby mama Maliny zaraz miała nadejść. Kiedy u niej byłam Malinę odwiedziła Wanda ze swoim mężem Mieczysławem Rakowskim, do którego pani Marcinkowska miała zastrzeżenia, gdy przychodził, jako narzeczony Wandzi.
Wolałabym nie pamiętać tej wizyty, ale cóż, była. Chcemy, czy nie, czas przeszły nie znika. Niektórzy uważają, że i czas przyszły wisi gdzieś nad nami, jak makaron. Malinę zabrano do Lublina, tam zdawała maturę.

Szkoła na Smoczej otrzymała imię Romualda Traugutta. Mieliśmy już nową dyrektorkę Janinę Starzycką. Ściągnęła  do nas nauczycielkę historii Janinę Kolendo, która dość często prosiła, żebyśmy zamknęli książki, a kto chce niech zapisuje to co będzie mówić. Było o Legionach i Błękitnej Armii, drugiej wojnie  w Europie i na Pacyfiku…. Nie tylko ja przechowuję jak relikwie dwa bruliony wykładów tej niezwykłej nauczycielki.
Dyrektor Starzycka przyjęła na Smoczą  nowego, wymagającego nauczyciela matematyki. Narobiłam sobie zaległości, było kiepsko i z trygonometrią i z algebrą. Miałam szczęście, moim chłopakiem został najlepszy w szkole matematyk, wkrótce finalista IX Olimpiady Matematycznej. Był wzorem odpowiedzialności i spokoju. Z uporem, wlewał mi rozum do głowy. Jego babcia uważnie się we mnie wpatrując i stukając w podłogę laseczką powiedziała do mnie kiedyś - pamiętaj, on jest herbu Topór - wizerunek herbu Topór i lista rodów tutaj - KLIK.  Po maturze wybrał  Wydział Łączności na Politechnice Warszawskiej, ja zaczęłam studia na Filologii Polskiej Uniwersytetu.

Życie mojej rodziny i moje osobiste wkrótce się skomplikowało, ale te zawirowania, dla mnie fundamentalne, nie są istotne dla zamieszczanych wpisów, które przecież nie są życiorysami. Mogłam studiować także po urlopie dziekańskim. Na myśl mi nie przyszło, że z braku środków nie dam rady. Udzielałam korepetycji, pisałam referaty dla Ligi Kobiet, siedziałam po nocach w drukarni przy Okopowej i Domu Słowa Polskiego, jako korektorka.
Studia magisterskie i pomagisterskie na uczelniach były bezpłatne. Studiowałam z Wojtkiem Młynarskim, Jackiem Fuksiewiczem, Andrzejem Wernerem. Historię literatury wykładał profesor Julian Krzyżanowski, logikę Jerzy Peltz, zajęcia z logiki prowadziła Barbara Stanosz, oboje namaszczeni przez profesora Jana Kotarbińskiego. Historia filmu należała do Aleksandra Jackowskiego, języka polskiego do profesora Stanisława Skorupki, poezja dwudziestolecia - Artura Sandauera.
Filozofię  wykładał profesor Leszek Kołakowski, autor bestsellera „13 bajek z królestwa Lajlonii”,  w zapełnionym po brzegi Audytorium Maximum. Nie tylko studenci Uniwersytetu Warszawskiego, ale i innych uczelni, chcieli mieć podpis Kołakowskiego w swoich indeksach. Był uwielbiany.
W czasie egzaminu, który zdawałam u Marka Fritzhanda nadmiernie zachwycając się „Myślą etyczną młodego Marksa”, profesor chcąc sprowadzić mnie na ziemię zapytał, kto właściwie tak bardzo mi się podoba, młody Marks, czy stary Fritzhand? Bo broszura, którą mu streszczam, to jest jego interpretacja myśli młodego Marksa.
Pracę magisterską z pogranicza literatury i socjologii pisałam pod kierownictwem Stefana Żółkiewskiego. Ponownie zaczęłam ubiegać się o indeks. Zdałam egzaminy i zostałam przyjęta Studium Dziennikarskie. Złożyłam podanie i dostałam stypendium, bony na śniadania obiady i kolacje w stołówce studenckiej na Krakowskim Przedmieściu. Dziekan powiedział, że mogliby mi przyznać miejsce w akademiku, gdybym nie była zameldowana w Warszawie. Po paru miesiącach zostałam sekretarzem redakcji tygodnika „Politechnik”. Zbliżał się rok 1968.

Tagi: Wiesia
09:59, pharlap
Link Komentarze (9) »
wtorek, 24 listopada 2015

 Tadeusz
Ostatnio opisywałem jak przebiegała moja praca w kombinacie Fasty. Wspomniałem o mojej 
inicjatywie założenia pisma zakładowego. Znaleziono nie tylko etaty dla redaktorów prowadzących, ale na dodatek to byli ludzie z pewną praktyką dziennikarską. Prawda, że skład zmieniał się dość często - prestiż pracy w zakładowym piśmie nie był wysoki, mała była skala wydarzeń istotnych. Obowiązki czysto polityczne i oficjalne raczej zniechęcające. W składzie redakcyjnym przez ostatnie lata mojej pracy w kombinacie był późniejszy senator z Porozumienia Centrum (ależ plama w życiorysie, dlatego nie podaję nazwiska). Był też późniejszy naczelny najpopularniejszej gazety białostockiej w stanie wojennym - Kuriera Podlaskiego.  

Ja zrobiłem całą oprawę graficzną, winiety: główną i do rubryk. 
Potem doszła z pomocą graficzka po liceum plastycznym. Musiałem uzgodnić z Komitetem Zakładowym  PZPR ramówkę - cele polityczne, kulturalne, produkcyjne, stałe rubryki, dobrać obsługę techniczną, zebrać amatorów fotografików i współpracowników-informatorów z poszczególnych wydziałów  zakładu. Czyli ustalić kościec pisma, które co tydzień musiało być wypełnione. Aż się dziwię, że to zrobiłem. Aby pokazać nieco mojego udziału w pracy pisma przedstawiam winietę czołową i pierwszy z kilku odcinków moich wspomnień z odwiedzin u rodziny w Wielkiej Brytanii jesienią 1970 r.. Tak pisałem do paru tysięcy natykaczek, snowaczek, obciągaczek, tkaczek i wielu włókniarzy o dziwnych nazwach specjalności. 
Dziś, czytając ten tekst widzę, że ustrzegłem się w nim przed zbyt nachalną socjalistyczną propagandą, choć temat wręcz wydawał się takiej wymagać. Był rok 1971 - tuż po wymianie rządzącej ekipy partyjnej, ale z obowiązującym tym gorętszym entuzjazmem dla ustroju. 
Przed wyjazdem miałem w domu wizytę funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa, który poinformował 
mnie, że niechybnie będę atakowany przez służby wraże, i że w wypadku takich kontaktów muszę raport po powrocie złożyć. Nie kazał niczego podpisywać, po powrocie raportu nie składałem, stąd też w aktach IPN tylko fakt starania o paszport jest uwidoczniony. Podoba mi się język prosty i łatwy do zrozumienia przez każdego czytelnika niezależnie od wykształcenia. Może razić pewne moralizatorstwo, ale jego intencje wydają mi się jednak w wielu wypadkach aktualne także dziś. Najbardziej spektakularnym i całkowicie bezdyskusyjnym skokiem ku Zachodowi w ciągu tylu lat wydają się być rowery, co zwłaszcza w Białymstoku jest widoczne - ścieżki rowerowe, miejskie bardzo popularne wypożyczalnie rowerów. Zgryźliwie dodam - przegoniliśmy Anglię w bezrobociu. Tekst bez żadnych zmian, korekt czy opuszczeń,  jest obrobiony cyfrowo tylko dla czytelności. To jest więc tekst źródłowy, historyczny.

Mamy codziennie dobre połączenie kolejowe z Wielką Brytanią. Wygodny wagon jedzie z Warszawy aż do Hoek van  Holland, małego portu holenderskiego,  gdzie czeka prom do Harwích. Sporo jest  W Polsce narzekania na opóźnienía pocíągów, sporo też opinii o niedoścignionej  dla nas punktualnoścí kolei na Zachodzie.  Gdy wíęc mój międzynarodowy ekspres  przyjechał do Holandií z czterogodzínnym opóźníeniem, mimo że punktualnie wyjechał z Warszawy, czułem się jak u síebie w Polsce, a wysoką ocenę kapítalístycznej  organizacji koleí  musíałem míędzy bajki włożyć. Znalazłem síę wíęc w Holandíí, prom  już odpłynął, następny za 12 godzín. Byłem niewyspany, głodny, ale w gruncíe rzeczy zadowolony z okazji zwiedzenia kawałka obcego kraju, czułem się także bogaty, bo miałem 5 dolarów. Holandia słynie z tulípanów, mlecznych krów, wíatraków, starego malarstwa i gospodarnoścí. Był paźdzíerník, tulipanów więc już nie było, a krowy pasące się na ogrodzonych pastwískach widziane z daleka, z okien pociągu, nie zrobiły na mnie wrażenia. Wiatrakí służyły niegdyś do pompowania wody z rowów melioracyjnych, teraz stoją na polach bezużyteczne, zastąpíone przez silniki, zachowane jedynie dla tradycji i urozmaicenia nudnego płaskiego krajobrazu. Muzeum z obrazami starych místrzów malastwa w tym maleńkim míasteczku także  nie było. Pozostała do podziwíanía gospodarność,  a raczej jej przejawy rzucające się w oczy  jednodníowemu turyście. A wíęc zaczynając od dworca í restauracjí dworcowej, w której na zwyczajny obiad typu 25-30 zł (czyli ówczesne ca 30 centów)  straciłem połowę mego dewízowego majątku, tzn. 2,50 dolara. Dla bywalca dworca w Bíałymstoku, Warszawíe Wileńskíej,  czy Łodzí zjawískíem wprost cudownym  jest czystość í poszanowaníe míenia społecznego. Nie widzíałem śmiecí, rozbítych  szyb, poobíjanych drzwí, poplamíonych,  porysowanych ścían í boazeríi. Níemal  wszystkie polskie bary i rastauracje dworcowe są w kolorach zimnych - szarych i brudnoniebieskich, nasze stolikí, lady barowe i  sklepowe pokryte płytamí o kolorach jak  w szpítalu lub... umywalní. Koloryt lokalí  publicznych tak w Hoek van Holland, jak i później oglądanych angielskích, jest ciepły, przeważają beże, czerwienie i wszędzie dużo koloru drewna. Dzięki użytym  kolorom i powszechnie stosowanym wyściełanym krzesłom i kanapkom, podróżny w poczekalni dworcowej, czy klient w  barze czuje się przytulníe, prawie jak w  prywatnym mieszkaniu. Inna sprawa, że tak elegancko choć  niedrogo (tworzywa sztuczne) urządzone  wnętrze chyba niedługo utrzymałoby się  u nas przy rozwydrzonych, podpitych często młodzieńcach i przy biernym, wyrozumiałym stosunku reszty społeczeństwa do  tych niszczących wspólną własność chuliganów.  Dziwną mi się doprawdy wydaje rzeczą, że w kapítalistycznej przecież Holandii  stosunek do społecznego mienia jest lepszy niż u nas, że przeciętny Holender czy  Anglik więcej dba o czystość ulicy swego miasta lub o miejski autobus niż robotnik fastowski o własną, fabryczną ubikację czy białostoczanin o całość chroniącej go przed deszczem wiaty, np. tej  przy końcowym przystanku linii 9 i 7.  Ta dbałość o estetykę i czystość nie  jest tylko powierzchowna. Jadąc widziałem z okna pociągu zakłady przemysłowe  i gospodarstwa rolne. Śmiało mogę powiedzieć, że nasze ,,Fasty” także i na Zachodzie należałyby do najładniejszych zakładów, jeżeli pominąć nasz niezbyt nowoczesny biurowiec.  Ale w estetyce zaplecza nie dorastamy im nawet do pięt. Nasze zabłocone zaplecze zakładów, nasze sterty brudów i odpadków przy magazynach i rampach, kupy śmieci czy pełne błota wyrwy w jezdniach i przejściach nie zdarzają się w takich firmach jak np.  ,,Stork”, z której pochodzą nasze maszyny w drukarni. Holendrzy równie dbają  o gości, dla których są główne wejścia,  fasady budynków, biurowce i dworce, jak  i o samych siebie, bo przecież tyły zakładów i zaplecza gospodarstw rolnych są  dla ludzi, którzy tam pracują.

Na uliczkach miast Holandii i Anglii,  obok dużej ilości samochodów jeszcze więcej widziałem rowerów i motorowerów.  Gdy w Polsce kupiłem sobie rower, moi sąsiedzi spoglądali na mnie lekceważąco,  a ich szacunek do mnie wyraźnie się zmniejszył. Chciałbym ich posłać do Rotterdamu czy Londymu, aby zobaczyli jak  bogaci Holendrzy jadą do pracy rowerami, a wiekowe, dobrze ubrane Angielki wybierają się po zakupy motorowerami.  
Wydaje mi się, że trzeba przeżyć epidemię motoryzacji, aby nabrać szacunku i przekonania do roweru. O popularności  roweru w Holandii  niech świadczy fakt, że parkingi rowerowe są tam przed każdym większym sklepem, a przy dworcu  w Hoek van Holland, miasteczku 6-tysíęcznym stało na stojakach około 200 rowerów. Mój prom odpływał o północy, więc  mogłem zobaczyć nocne życie miasteczka.  Sennie było i pusto, ulice wyludnione już  od 6-ej po południu, kawiarenkí zamykane o 10-tej, niezbyt pełne przez cały wieczór. Spokojne, stateczne życie. Okna  bez zasłon odkrywały wnętrza mieszkań. Wszystkie jednakowe, urządzone jakby  przez jednego człowieka, z tymi samymi meblami w staroświeckim stylu, z telewizorem na środku salonu i ustawioną  przed nim kanapą. Brak zasłon, pozwalający przechodniom podglądać życie mieszkańców, pochodzi podobno z czasów prześladowań religijnych - dowodził wtedy,  że w mieszkaniu nie wykonuje się żadnych zakazanych praktyk.  
Prom wiozący mnie do Harwich wyglądał jak spory statek pasażerski, tylko  tył szeroko rozwarty 
przez duży otwór  wjeżdżały samochody. Podróżnych było sporo, największą grupę stanowili oczywiście Anglícy, a drugą w do liczebności Niemcy z NRF.  Na promie i w portach wszystkie instrukcje i wskazówki dla podróżnych są  w języku angielskim i niemieckim, niekiedy holenderskim i francuskim - jedynie przepisy celne widziałem na promie także po polsku. Widocznie i tam są znani nasi turyści, którzy jako ,,pamiątkę” z Anglii przywożą do kraju np. po  50 bluzek elastycznych...  
Prom 
płynie przez kanał La Manche 6 godzin, a więc w moim wypadku całą  noc. Kołysanie nie było zbyt silne, raczej  usypiające i większość pasażerów pokładła się po prostu na wyścielonych miękkim chodnikiem podłogach lub stojących pod ścianami kanapach. Koło 2 w nocy największe pomieszczenie dla podróżnych kojarzyło mi się z literackimi opisami  statków wiozących emigrantów do Ameryki - przyćmione światła, głębokie, wolne kołysania statku, szum fal rozbijających się o burty, cała podłoga pokryta leżącymi pokotem śpiącymi ciałami, głowy  na łokciach, torbach lub walizkach, otwarte usta, dziwaczne nieraz pozy drzemiących ludzi. I żadnych ludzkich odgłosów, prócz oddechów i płaczu jakiegoś rozbudzonego dziecka.  Wielka Brytania - kraj, do którego należała niegdyś połowa świata - a ludzie w tych posiadłościach harowali po to, by  bogaciła się ta niewielka przecież wyspa.  Przez dziesiątki lat bogactwa Azji, Afryki, Ameryki płynęły tu i zostawały. Kraj,  który ostatnią okupację przeżył 900 lat  temu - tu nigdy nie trzeba było odbudowywać przemysłu, tu domy stoją nieraz po 300-400 lat, nie trzeba więc tak  dużo budować nowych. U nas wiele lat  był carski i pruski żandarm, był też kapo w niemieckich łagrach, a tu stale od lat ten sam bobby, policjant w śmiesznym hełmie. Nieprzerwane, długie życie społeczeństwa daje lojalność obywatelowi, pewność jutra, kulturę współżycia.
Schodziłem z promu na angielską ziemię 
ze świadomością tego wszystkiego, z ciekawością, czy to się sprawdzi wśród ludzi, czy tak chwalony przez zachodnią propagandę dobrobyt nie jest przesadzany. Wielka Brytania od lat przestała już 
przecież być mocarstwem, jej kolonie wywalczyły wolność, coraz mniej frajerów chcących pracować w Afryce czy Indiach  dla panów z Londynu. Anglicy muszą już płacić za surowce, które dotychczas dostawali prawie darmo ze swych posiadłości, a zapasy złota i pieniędzy kończą się.  
Pierwsze wrażenia nie były jednak  związane z gospodarką, ekonomiką czy polityką - po prostu 
oglądałem z samochodu krajobrazy wschodniej Anglii. Anglia to kraina w państwie Wielka Brytania -  tak jak Mazowsze czy Podlasie w Polsce. Pejzaże angielskíe są piękne, co mnie  raczej zaskoczyło - spodziewałem się zastać krajobraz typu naszego Śląska, gęsto zabudowany, z szerokimi, prostymi autostradami - tymczasem kręte, wąskie, ale świetnie utrzymane szosy wiją  się wśród malowniczych pól i porośniętych lasami wzgórz. Była wczesna jesień,  piękna pogoda, ani śladu mgieł, dużo morskiego ptactwa, bo w Anglii nigdzie  do morza nie jest daleko. Trudno tu jednak znaleźć miejsce na wypoczynek na  łonie natury - pełno tabliczek „własność prywatna” - tam nie należy wchodzić i Anglicy ściśle tego przestrzegają. W lasach sporo grzybów, których nikt  nie zbiera prócz zamieszkałych tu Polaków. Anglicy nie mają, takich jak my  kłopotów z określeniem jaki grzyb jest  jadalny, a jaki trujący. Obowiązuje zasada, że grzyby jadalne, to grzyby hodowane (przeważnie pieczarki), reszta jest
niejadalna. W zasadę tę chyba wszyscy  święcie wierzą do tego stopnia, że znajdowałem w parkach mnóstwo pieczarek, które, ponieważ dziko rosły, traktowane  były jako niejadalne.  
Podobały mi się 
małe miasteczka, może dlatego, że tak różne od polskich, powstawały wiele lat temu, remontowane i odnawiane utrzymały swój starośwíecki wygląd, co daje wrażenie przytulności i solidności.  Tylko reklamy, szyldy, napisy i stojące na wąskich uliczkach samochody, a  wszystko to w ostrych, mocnych kolorach,  oraz anteny telewizyjne, przypominają,  że minęły czasy królowej Wiktorii i jest  wiek XX. 

Bardzo podobało mi się malowanie tynków domów na różne, czasem  intensywne, ciemne kolory, co wraz z  białymi framugami okien stwarzało miły,  wesoły obraz. Przeważają domki jednorodzinne o większym jednak niż u nas  metrażu. Są ładne, z gankami, facjatami, ale zupełnie nieznane są balkony, nie  spotkałem ani jednego. Duże budynki to urzędy, banki lub pałacyki, ale jest ich  w małych miastach niewiele. Niemal wcale nie ma też, poza największymi miastami, bloków mieszkalnych. Tak więc  większość ludzi mieszka w małych domkach własnych lub wynajmowanych. Koszt takiego wynajmu mieszkania, także w blokach, to największe pozycje w budżetach angielskich rodzin.  
Jak żyją 
przeciętni mieszkańcy? Trzeba przyznać, że strasznie nudno i monotonnie. Przeciętny Anglik spędza czas po pracy przeważnie w domu z rodziną, przy telewizorze. Telewizory są bardzo  drogie, o wiele droższe niż u nas, więc  szeroko praktykowane jest wypożyczanie  aparatów. Płaci się abonament, który zapewnia obsługę, naprawy, wymianę zużytego aparatu itd. Telewizja kolorowa  powszechna jest jedynie na wystawach  magazynów ze sprzętem elektrycznym,  jej cena jest tak wysoka, że rzadko kto może sobie pozwolić na kupno telewizora  do barwnego odbioru, a wypożyczenie takiego aparatu jest około 3 razy droższe od telewizji czarno-białej.   Na dochody przecíętnej rodziny składają się przeważnie tylko zarobki męża,  zaś możliwość dorobienia przez kobietę jest  tylko teoretyczna. 

Bezrobocie, które istnieje w Wielkiej Brytanii utrzymuje się  na znośnym poziomie jedynie dzięki pozostawaniu kobiet w domu, gdyby zaś one  chciały szukać i żądać pracy, osiągnęłoby olbrzymie rozmiary.  
Jakkolwiek by nie przeliczać zarobków  z funtów szterlingów na dolary czy na złotówki, to 
średnio zarabiający robotnik  z dwojgiem dzieci i żoną, po zapłaceniu czynszu mieszkaniowego, zakupie drogiej  odzieży, wydaniu masy pieniędzy na kosztowną elektryczność i gaz pozostałą  kwotę musi wydać już tylko na wyżywienie. Ceny żywności, mimo, że niższe  niż w innych krajach zachodnich, są po ostatnich podwyżkach (zwłaszcza na mięso)  wysokie w stosunku do zarobków. 

Może on sobie kupić najtańszy nowy samochód po 10  latach oszczędzania, rezygnując z rozrywek, wakacji, alkoholu, papierosów itp. Jest tak, mimo że samochody w  stosunku do naszych cen są bardzo tanie.  Porównywanie cen na ten tak luksusowy  u nas produkt jest mylące i wprowadzające w błąd.  
A jak bawi się przeciętny Anglik? Najpopularniejszym miejscem jego pozadomowej rozrywki jest 
pub (wymawia się  pab). Jest to połączenie piwiarni z barem  i kawiarnią. Przeciętny Anglik ma „swój” pub, do którego chadza spotykać się z innymi stałymi bywalcami tego lokalu, którymi na ogół są mieszkańcy paru najbliższych ulic. Tu także czasem urządza się  urodziny czy obchodzi jakieś wydarzenie (które u nas najczęściej oblewa się w domu paroma litrami czystej wyborowej). Wygląda to w ten sposób, że solenizant zaprasza  swoich gości do swojego pubu, stawia  wszystkim po 1 piwie (dość drogim) czy  1 kieliszku whisky (jeszcze droższej) i parę herbatników, a potem goście, jeśli chcą, bawią się na własny rachunek. Podobno zdarzały się wypadki, że wyjątkowo hojny solenizant stawiał również drugie piwo, o ile nie było zbyt dużo gości.  Whisky, przypominającą w smaku nasz winiak, pija się rozcieńczoną specjalnym  piwem imbirowym lub wodą sodową z lodem.  Puby zastępują właściwie odwiedziny  w domu, toteż spotkania w mieszkaniu  są rzadkie i dotyczą wąskiego kręgu najbliższych znajomych lub rodziny.  Niektóre puby typu młodzieżowego posiadają grającą szafę, czasem mały zespół muzyczny i tam można w niektóre  dni tygodnia potańczyć, a raczej podreptać w miejscu, bo tłok jest niesamowity,  zwłaszcza, że metrażem te lokale przypominają średniej wielkości sklep. Lokale zarówno te, jak i wszystkie inne, zamykane są o godz. 23 i tylko raz w roku,  na Sylwestra, za specjalnym zezwoleniem  władz miasta, są otwarte aż do 1 w nocy. Całonocne bale sylwestrowe nie są  tam znane, bo też i Nowy Rok jest zwykłym dniem pracy. A w ogóle to świąt jest  w Anglii bardzo mało: Wielkanoc, Boże  Narodzenie i jeszcze jedno typowo angielskie - Dzień Bankowy czy coś w tym  rodzaju. W sumie 4 dni w roku. Anglicy  znający nasz kraj jedynie z tendencyjnych, a więc niechętnych nam opisów w  gazetach czy tv nadziwić się nie mogli,  gdy im opowiadałem o  ilości naszych  świąt, w większości  kościelnych. 
Pojęcie Anglików o naszym kraju i brak rozeznania w naszych warunkach, mniemanie, że jesteśmy 
zacofanym, niemal barbarzyńskim obszarem, powszechne zwłaszcza w niższych warstwach społecznych, nie wynika tylko z przekręcania faktów o krajach socjalistycznych przez  prasę czy radio. Jest wśród Brytyjczyków przekonanie, że wszystko co angielskie  jest najlepsze, cała reszta zaś gorsza. Rzecz jasna najgorsze są rzeczy, które  najbardziej odbiegają od angielskich wzorów. Jednak od czasu, gdy Wielka Brytania staje się coraz słabsza ekonomicznie  i politycznie, Anglicy coraz mniej są o  tym przekonani.  
Pojęcie o innych krajach, a więc i o  Polsce, zależy w dużym stopniu od 
poziomu danego człowieka. Angielskíe środki masowego przekazu  są mocno zróżnicowane. 

Najpoważniejsze  gazety jak np.: londyński „Times” czy  programy państwowej telewizji, mimo niechęci do naszego ustroju potrafią docenić nasze zdobycze, komentarze radiowe BBC (radio brytyjskie) często obiektywnie przedstawiają nasz kraj, choć  czynią to w sposób niepełny i wolą podkreślać błędy niż sukcesy. Jednak spora część społeczeństwa nie  jest na tyle wyrobiona i wykształcona, by korzystać z tej na wysokim poziomie uprawianej publicystyki. Dla tych ludzi codziennym źródłem informacji o świecie jest cała masa podłej  gazetowej szmiry, gdzie więcej  pisze się  o sensacjach w rodzaju mordów i gwałtów niż gospodarce czy polityce. Na łamach tych gazet politycy opísywani  są nie od strony poczynań zawodowych  lecz ich prywatnego życia, od strony ich stylu ubieranía się, rozwodów, zdrad małżeńskich itp. Jest to zresztą zjawisko typowe dla zachodniej prasy, najjaskrawiej  chyba występujące w USA. Stąd też i z naszego obozu wyłapywane są przez te gazety wiadomości o wykolejonych pociągach, śmiertelnych wypadkach czy kataklizmach, te właśnie wiadomości najwięcej znajdują czytelników. Ta pogoń  za tanią sensacją jest zresztą znana i u nas. Spora, choć mniejsza niż w Anglii,  jest przecież grupa ludzi w Polsce, dla których najciekawszą rubryką w gazecie  jest kronika nieszczęśliwych wypadków. Angielski urzędnik czy robotnik po nieźle płatnej, ale o wiele cięższej niż u nas pracy nie ma już ambicji by rozwijać  się intelektualnie. Istnieje więc, zwłaszcza wśród młodzieży popyt na tanią, ogłupiającą rozrywkę, która dostarczana jest w wielkiej ilości w formie szmirowatych  filmów, książek, niektórych programów telewizyjnych. Rzecz jasna, biernie odbierana, głupawa rozrywka w nadmiarze jest po prostu nudna. I stąd właśnie, gdy  nie ma co robić z wolnym czasem, gdy  nie ma chęci by sięgnąć do zajęć trudniejszych, ambitniejszych, wymagających dokształcenia się jak np.: muzyka poważna, dobra książka lub choćby majsterkowanie czy jakieś inne hobby, otwiera się  nowa droga prowadząca do nikąd - rozluźnienie obyczajów, pornografia, narkomania.  Nie sądzę, by znudzone pubami społeczeństwo angielskie już na tę drogę wstąpiło. Ale stawia pierwsze kroki w jej  kierunku.  
Sprawy społecznego zaangażowania, czy 
politycznego uświadomienia, w których górujemy nad Anglikami w sposób przytłaczający, nie rzucają się jednak w oczy przy codziennych zakupach czy załatwianiu formalności w urzędzie. Tu najważniejszą rolę gra kultura stosunków międzyludzkich, kultura współżycia. W tej dziedzinie, my Polacy, mamy ogromne zaległości.  Chcąc krótko, a dosadnie ująć różnicę  między stosunkami angielskimi, a polskimi, trzeba powiedzieć, że tam po prostu  nie ma chamstwa, a przynajmniej jest  go dużo, dużo mniej. I to była jedyna  rzecz, której szczerze Anglikom zazdrościłem.  Urzędnicy, którzy chcą pomóc petentom  i robią to z uśmiechem, ekspedienci, którzy cierpliwie zachęcają do kupna i sami  biegną rozmienić większy banknot, kierowcy cieżarówek, którzy sami zjeżdżają  na bok szosy, by przepuścić mniejsze auto, zawsze całe automaty telefoniczne, czy  konduktorzy autobusów pomagający staruszkom - to są tam zasady, a u nas wyjątki, o których czyta się w gazetach  wraz z podziękowaniami i wyrazami uznania,  A jak nie zazdrościć spokojnych ulic i parków, po których można chodzić samemu nocą bez narażenia się na zaczepki czy pobicie? Anglia słynie ze swych trawników,  pięknie strzyżonych, puszystych, zawsze świeżych i zielonych, mimo że wolno po  nich chodzić. Anglicy powiadają, że aby takie trawniki wyhodować wystarczy po prostu codziennie je strzyc przez jakieś 100-200  lat. Myślę, że to samo dotyczy kultury  współżycia. Po prostu wystarczy ludzi tego codziennie uczyć przez jakieś 100-200 lat. Ale Polacy są podobno zdolniejsi, może nam mniej czasu to zajmie.    

niedziela, 22 listopada 2015

Lech  Lech

Rok 1980 zaczął się dobrze. W lutym polecieliśmy na kilka dni do Moskwy na spotkanie z personelem ośrodka komputerowego Aerofłotu. My to mój bezpośredni szef Marek, szef całego projektu Krzysztof S. i ja. 
Aerofłot używał komputera i systemu rezerwacji UNIVAC. Ich doświadczenia wydały mi się dużo ciekawsze i bardziej pożyteczne niż te z Air France. Powód był prosty - ich komputer miał o wiele mniejszą moc obliczeniową w związku z czym musieli samodzielnie opracować wiele procedur zastępczych i awaryjnych. Ich programiści zaimponowali mi wiedzą, doświadczeniem i pomysłowością. Wprawdzie LOT miał dostać najnowszą wersję UNIVACa - model 1100/62 i dostawca gwarantował, że maszyna sprosta wszelkim wymaganiom, ale czułem, że na dłuższą metę współpraca w Aerofłotem może być bardzo potrzebna i korzystna.

Ze spraw pozasłużbowych wspomnę, że zasypana śniegiem Moskwa wyglądała ładnie. Moskiewskie metro prezentowało się lepiej niż londyńskie. Zajrzałem do wielkiego domu towarowego GUM - KLIK. Podałem link do angielskiej wersji wikipedii gdyż jej autorzy jeszcze zachowali naiwność i obszernie informują o faktach, które w Polsce nikogo nie powinny interesować.
W GUMie kupiłem zabawkę - czołg dla Michała. Coż to był za czołg!  Nie do zatrzymania, z łatwością przejeżdżał przez zabawki, które w poprzednich latach kupiłem w Anglii czy Francji. W GUMie zwróciłem uwagę na starsze panie, do ktorych idealnie pasowało określenie babuszka, siedzące obok stosów zakupów. Później dowiedziałem się, że są to osoby z prowincji, które zostały wydelegowane na zakupy dla całej wsi czy osiedla.
Dla siebie kupiłem prostownik do ładowania akumulatora w naszym samochodzie. No tak, od początku wiedziałem, że samochód otworzy worek problemów. W sklepie z artykułami elektrycznymi była ogromna kolejka okazało się jednak, że klienci zagraniczni obsługiwani są poza kolejnością. Prostownik był wielkości niedużej walizki i ważył pewnie 15 kg. Na szczęście jako pracownik LOT nie miałem restrykcji bagażu. 
Prostownik działał równie niezawodnie jak czołg. Zima w Polsce była ostra, akumulator trzeba było na noc zabierać do domu i dość często ładować. 

Dziwnym zbiegiem okoliczności dwa tygodnie później byłem znowu w Moskwie. Tym razem w drodze na narty.
Na marginesie wspomnę, że na narty jeździłem każdego roku. Moimi stałymi partnerami byli wspomniani wielokrotnie Andrzej M. i Janek R.
Tym razem narty zapowiadały się wyjątkowo atrakcyjnie - wycieczka PTTK w Wysoki Kaukaz. Jedną dobę spędziliśmy w Moskwie, w hotelu Kosmos...

Kosmos

Ogromny budynek, na każdym piętrze urzędowała "etażnaja" czyli opiekunka piętra, która rejestrowała starannie ruchy gości hotelowych.

Wśród broszurek informacyjnych zauważyłem coś ciekawego, w języku angielskim - Khatyn masacre. Rosjanie piszą o Katyniu - zdumiałem się. Lektura broszurki rozwiała złudzenia:
.. jeśli przyjechałeś do Związku Radzieckiego odwiedzając po drodze nasze bratnie kraje, Czechosłowację czy Polskę, to prawdopodobnie zetknąłeś się z nazwą Khatyn (Chatyń). Tu znajdziesz wszelkie informacje na ten temat. Chatyń to niewielka wioska na Białorusi. Cała ludność tej wioski została w 1943 roku zamordowana przez niemieckich faszystów...
To jest prawda - patrz tutaj - KLIK. Wydaje mi się, że to był majstersztyk manipulacji.

Otoczenie hotelu było ciekawe. Z jednej strony pomnik zdobywców kosmosu...

Pomnik kosmonautów

Z drugiej strony malutka stara cerkiew. Wszedłem do środka. Trwało jakieś nabożeństwo. Prawie same starsze kobiety, atmosfera zupełnie niepodobna do naszego kościoła. Kobiety krążyły po cerkwi jak po własnym domu, Zapalały świeczki, śpiewały. W końcu wyszedł pop i przyniósł stertę malych kawałków chleba na tacy. Komunia? Czułem się nieswojo i dość szybko wyszedłem. Tuż po mnie wyszło młode małżeństwo z pewnie 10-letnia córką. Odwrócili się w stronę cerkwi i przeżegnali się, tak prawosławnie, trzy razy. Ich córka tylko zamarkowała znak krzyża. Zrugali ją i dopilnowali żeby się wyraźnie przeżegnała. Podszedłem bliżej i spytałem co to za kościół.
- To stara cerkiew pod wezwaniem Matki Boskiej Kazańskiej.
- Acha - podziękowałem za informację.
- A kto to Matka Boska Kazańska wiesz?
- Nie wiem.
- To dlaczego nie spytasz? 
Bardzo mi się to podejście spodobało. Wyjaśnili, że to odpowiednik naszej Matki Boskiej Częstochowskiej. 
- Teraz wiesz? - upewnili się.
Jak widać zapamiętałem to przez 35 lat. 

Następnego dnia pojechaliśmy na lotnisko Wnukowo i polecieliśmy do miasta Nalczyk - stolicy republiki kabarsko-bałkarskiej - KLIK. a stamtąd autobusem do naszej bazy - dużego hotelu u podnóża wielkiej góry.
Było późno więc tylko zjedliśmy obiad i zapoznaliśmy się z naszymi przewodnikami. Na obiad była dość rzadka zupa i ryż z sosem z niewielkini kawałkami mięsa i kawałkiem kwaszonego ogórka. Do tego pół litra wódki na stolik.
Nasz hotel był na wysokości 2,200 m, miałem kłopoty z zaśnięciem.
Następnego dnia zaczęły się narty. Po pierwsze kierownictwo hotelu było bardzo zmieszane naszą obecnością. Zrozumieliśmy, że jest to miejsce niedostępne dla cudzoziemców - duża ilość instalacji militarnych i tarcia etniczne. Trochę czasu zajęło wyjaśnienie, że nasz pobyt jest legalny. Po drugie wyjaśniono nam, że zasadniczo powinniśmy być cały czas w zasięgu wzroku naszych przewodników. Po trzecie - udaliśmy się do stacji wyciągu krzesełkowego. Byliśmy u stóp bardzo stromej góry, której szczyt tonął w chmurach. Jednoosobowe krzesełka szybko znikały we mgle. Kilka osób od razu zrezygnowało. Mieli trochę racji. Krzesełka były w dużej odległości od siebie, również odległość między słupami była bardzo duża. Pod nogami przepaść bez dna. Bylo bardzo zimno a nie było żadnych okryć. Na dodatek wyciąg zatrzymał się raz czy dwa razy. W rezultacie kilka osób było bliskich ataku histerii. 
Na górze był mały raj - świeciło słońce, było stoisko serwujace niezwykle smaczne szaszłyki. Większość naszej grupy zdecydowała zostać tu cały dzień i zjechać wyciągiem na dół. Gdy spojrzalem na trasę zjazdu miałem ochotę do nich dołączyć. Była piekielnie stroma, nie widać było końca, nie wiadomo było co jest po bokach. Od dawna nie padał śnieg więc można było się spodziewać zmrożonego, twardego i bardzo szybkiego śniegu. 
- Jesli tu upadnę to nic mnie juz nie zatrzyma - pomyślałem i ruszyłem w dół. 
Ku mojemu zaskoczeniu śnieg okazał się wyjątkowo przyjazny. Mam na myśli fakt, że narty wykonywały bardzo posłusznie wszelkie moje zamiary. Jeździłem w tę i spowrotem. Oczywiście o kontakcie z przewodnikami nie było mowy. Kilku dobrych narciarzy popędziło na łeb na szyję, przewodnicy razem z nimi. Ja musiałem kilka razy się zatrzymać, inni zatrzymywali się jeszcze częściej.

Wieczorem obiad podobny do wczorajszego i znowu pół litra wódki na stolik. Po wyczerpującym dniu i z perspektywą kolejnego intensywnego dnia nikt nie miał ochoty na wódkę. Poprosiliśmy kierownika wycieczki o interwencję - prosimy bez wódki, ale może trochę więcej jedzenia, przynajmniej jarzyn.
Bardzo szybko otrzymaliśmy wyjaśnienie - zgodnie z umową wasza racja żywieniowa ma kosztować ileś tam rubli. Jedzenia u nas brak więc kompensujemy to wódką.
To była prawda. W hotelu był mały kiosk z żywnością były tam owoce, słodycze. Żeby kupić pół kilo jabłek trzeba było kupić również ćwiartkę wódki.
Na szczęście nasi przewodnicy natychmiast znaleźli rozwiązanie. Pomógł im przypadek jednego z naszych kolegów. Podczas zjazdu upadł, wypięła mu się narta i odjechała kilkadziesiąt metrów. Zanim doszedł do narty zjawił się ratownik (a może strażnik), podniósł nartę i poczekał na właściciela. Jednak nie oddał mu jej tylko zapytał gdzie jego przewodnik. Tego oczywiście narciarz nie wiedział w związku z czym "ratownik" nie oddał mu narty lecz asystował mu aż do hotelu gdzie zameldował o wykroczeniu.
Rozwiązanie było proste - oddajcie nam niewykorzystaną wódkę, również tę z kiosku, a my załatwimy wam wyciągi bez kolejki i przychylność "ratowników". Chętnie się zgodziliśmy i mogliśmy rozkoszować się emocjonującymi zjazdami.
Inna rzecz, że uprzywilejowana pozycja w kolejce do wyciągu nie zyskała nam przychylnośc miejscowych narciarzy. Gdy rano szliśmy do wyciągu ludzie w kolejce mruczeli gniewnie pod nosem i podstawiali nam nogi. 

A co poza nartami?
W naszej grupie było kilka inteligentnych osób więc wieczorne rozmowy były ciekawe. Hotel leżał koło jakiejś malutkiej wioski czy osady. Tam jedynym miejscem publicznym był spory bazar nastawiony głównie na hotelowych gości. Było tam trochę lokalnych wyrobów ludowych, ale jedyne co dobrze zapamiętałem to węgierskie wino - Egri Bikaver. Zapamiętałem ponieważ jeden z moich współlokatorów (pokoje były 4-osobowe) nie mógł w nocy spać i tylko czekał na jakiś poranny ruch w pokoju. Spałem naprzeciw niego i wystarczyło żebym otworzył oczy a już słychać było bulgotanie i za chwilę pojawiała się przy moim łóżku szklanka z winem.
Ciekawa była rozmowa z młodą uczennicą. Szedłem do sąsiedniej wioski na jakieś występy ludowe i dołączyłem do pary miejscowych - ojca i córki. Gdy zorientowali się, że jestem Polakiem dziewczynka zapytała:
- Czy ja mogę o coś spytać obywatela z Polski?
- Oczywiście, pytaj o co chcesz - odpowiedziałem. Jej ojciec rzucił mi pełne nagany spojrzenie, odczekał chwilę, wreszcie powiedział:
- Możesz, ale to jest nasz gość więc masz się zachowywać z szacunkiem.
- Obywatelu z Polski - czy w Polsce kościół ma dużą siłę? - zapytała, ojciec rzucił jej nieco gniewne spojrzenie.
- Kościół, siłę... - odpowiedziałem - jak we wszystkich krajach demokracji ludowej panuje u nas tolerancja religijna. Kościół jako instytucja nie ma u nas siły, siła jest u wiernych a u nas jest ich wielu.
- Ale księża? Oni podobno są w Polsce bardzo bogaci.
- Skąd bogaci? Kościół nie ma własnego majątku, wszystkie dochody to datki wiernych. Księżą, których znam poświęcaja większość pieniędzy na utrzymanie kościóła i żyją bardzo skromnie.
- Jak to jest Tato? U nas nauczyciel mówił, że księża w Polsce dostają pieniądze z CIA. Dostają? - to było skierowane do mnie.
- Nauczyciel powiedział wam to co jest właściwe - ojciec uprzedził moją odpowiedź - to bardzo niegrzeczne podawać w wątpliwość słowa nauczyciela w obecności gościa z Polski.
Zmieniliśmy temat rozmowy.

Nawiększą atrakcję zachowano na przedostatni dzień turnusu - wycieczka na Elbrus...

Elbrus

Taki widok mogliśmy podziwiać codziennie spod naszego hotelu i ze szczytu góry, z której zjeżdżaliśmy na nartach.
Po godzinie jazdy autobusem znaleźliśmy się u stop góry. Kolejka linowa wjeżdżała na wysokość sporo ponad 4,000 m. Śnieg miał bajeczne właściwości, bardzo szybki a jednocześnie zgadywał zamiary narciarza. Jazda była cudowna. Spędziliśmy kilka  godzin na górze zadawalając się krótkimi zjazdami (i podchodzeniem) gdyż obawialiśmy się, że po zjeździe na dół spędzimy resztę dnia w kolejce do kolejki linowej. Końcowy, wielokilometrowy zjazd na dół był wielkim przeżyciem. Wiele lat później miałem okazję jeździć na nartach w Nowej Zelandii, USA, w St Moritz i Davos, ale żadne zjazdy nie dorównały Elbrusowi.

Cały ostatni dzień spędziliśmy w drodze. Najbardziej dramatyczna była jazda autobusem do Nalczyk. Autobus popsuł się. Kierowca powiadomił o tym pasażerów i zapadł w sen w swoim fotelu.
- Co się stało? Trzeba coś zrobić - wyrwaliśmy go z drzemki. Wzruszył ramionami:
- Ja i tak nie mam żadnych narzędzi ani części zapasowych.
Jednak zmusiliśmy go do podniesienia maski. Pękło jakieś cięgno i udało się to naprawić kawałkiem drutu. Zdążyliśmy na samolot.

P.S. Tytuł wpisu - LOTem dalej - to parafraza reklamowego hasła - LOTem bliżej. Hasło to wymyślił Melchior Wańkowicz, autor popularnego przed wojną hasła reklamowego - Cukier krzepi.

Tagi: lot narty zsrr
11:08, pharlap
Link Komentarze (6) »
czwartek, 19 listopada 2015

Lech  Lech

Bazą wszystkich moich przedsięwięć było mieszkanie nr 1 w domu przy ul. Sąchockej 2...

Sachocka 2

Powyższe zdjęcie pochodzi z google maps view, za naszych czasów nie było tych drzew od strony ulicy. W ogóle nie pamiętam tego domu od strony ulicy Sąchockiej gdyż zawsze dochodziłem do niego z przeciwnej strony.

Mieszkanie przydzieliła nam Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa w 1974 roku. Było to juz trzecie mieszkanie otrzymane od tej spółdzielni. Sądziliśmy, że zostaniemy tam do końca życia. Stało się inaczej, ale gdybyśmy pozostali w Polsce to chyba nigdzie indziej nie chcielibyśmy mieszkać.

Dom był zbudowany dla pracowników Ministerstwa Obrony, ale okazało się, że nie spełniał wymagań zleceniodawcy. Dla nas był całkiem satysfacjonujący. Nieduży, tylko 24 przestronne mieszkania, niewielki plac zabaw dla dzieci.
Najważniejsi byli jednak sąsiedzi - trzech lub czterech naukowców, trzech czy czterech lekarzy, dwaj pracownicy LOT, para tancerzy z zespołu Mazowsze, reszta to inżynierowie o wysokich kwalifikacjach. 
W rezultacie w bloku wszyscy się znali, lubili i wzajemnie sobie pomagali - pomoc w drobnych naprawach, czy przy dzieciach. Istotną sprawą stało się zaopatrzenie w żywność, której coraz bardziej brakowało na sklepowych półkach. Pamiętam jak nieraz ktoś z sąsiadów zapukał z rana w drzwi - dają masło, kostka na osobę. Podrywałem Anię i Michała i biegliśmy do odległego o niecałe 100m sklepu.
Z chwila wprowadzenia kartek kwitł handel wymienny. My mieliśmy zawsze zbyt dużo cukru i Sylwia wymieniała go na inne produkty.

W bloku mieszkało conajmniej 12 dzieci, z tego kilkoro w podobnym wieku co Ania i Michał więc dzieci miały dobre towarzystwo.
Sylwia załatwiła dla dzieci miejsce w przedszkolu pracowników wojska (pracowała w szpitalu Wojskowej Akademii Medycznej). Było niezbyt daleko i bardzo dobrze wyposażone.

Gornik

Powyżej Michał (w środku) świętuje Barbórkę.

W 1978 roku Ania poszła do szkoły, również bardzo blisko domu, nie trzeba jej było tam odprowadzac ani odbierać. 

Nigdy nie doczekaliśmy się w Polsce własnego telefonu, ale w naszym bloku, przy wejściu, był automat telefoniczny - to była duża wygoda.

Dla Michała wielką atrakcją była przebiegająca 200m od naszego bloku linia kolejowa. Pod choinkę dostał akcesoria konduktorai - czapkę, opaskę na ramię, chorągiewkę, torbę i dziurkacz biletów. Prawie codzień chodziliśmy nad tory gdzie odprawiał pociągi na linii Warszawa-Kraków.

Istotną rolę w naszym życiu zaczął odgrywać kościół parafialny Opatrzności Bożej przy ul. Dickensa - KLIK. Wspominałem, że jeszcze przed ślubem widziałem jako cel swojego życia założenie rodziny, która przechowa patriotyczne wartości następnym pokoleniom. Gdy nadeszła pora chrztu Ani zastanowiliśmy się wraz z Sylwią nad tematem religii. Dla nas ten temat nie był zbyt istotną sprawą, ale doszliśmy do wniosku, że dzieci należy wychowac w katolickiej tradycji a w związku z tym my musimy regularnie uczestniczyć w życiu religijnym. Nie sprawiło nam to kłopotu a raczej dało sporo satysfakcji. Duża w tym zasługa wspomnianego wielokrotnie w zlinkowanym artykule naszego proboszcza, księdza Kołakowskiego.
Polecam lekturę zlinkowanych wspomnień o naszej parafii. Wynika z nich, że byla to jedna z najbardziej przebojowych parafii w Polsce. Większość opisywanych dramatycznych akcji wydarzyła się przed naszym włączeniem się do życia parafialnego i pozostaliśmy biernymi parafianami. Być może gdybyśmy włączyli się wcześniej stałbym się z czasem członkiem ukrytej opozycji. Jednak los kierował mymi krokami w ten sposób abym pozostał Dzieckiem Komuny.

Po rozpoczęciu szkoły Ania zaczęła uczęszczać na prowadzone przy kościele lekcje religii. W maju 1980 roku przystąpiła do I komunii. Poniżej ze swoim katechetą - ks. Józefem...

I Komunia

Częścią obchodów komunijnych był wyjazd na Jasną Górę. Pojechałem tam z Anią. Ksiądz Józef dokwaterował nam do samochodu starszą panią z  wnuczką.

Oczywiście bardzo znaczącym faktem był wybór Polaka na papieża. To potwierdzało słuszność naszej decyzji. Gdy Ania opanowała pisanie wymyśliłem jej projekt - będziemy co tydzień odwiedzać jakiś kościoł i ona, na podstawie mojej relacji, coś o tym kościele napisze. Może wspólnie zrobimy jego rysunek. Jak uzbiera się cały zeszyt to wyślemy to Papieżowi w prezencie. Z przyczyn obiektywnych nie uzbierało się 

Przy okazji kilka słów o wakacjach. Staraliśmy się żeby dzieci spędzały całe lato i dwa tygodnie zimy poza Warszawą. Najlepszym rozwiązaniem były oczywiście wczasy - Sylwii w Kamieńczyku nad Bugiem, siostry Sylwii gdzieś nad morzem, ojca Sylwii w Sasku na Mazurach. Wczasy zimowe do była moja domena - 4 razy w Bierutowicach i raz w Augustowie.

Gdy wczasów nie starczało szukaliśmy prywatnego letniska. Raz trafiliśmy do Świdra pod Warszawą. Najpierw Sylwia z Anią, Michałem i koleżanką z dwójką dzieci. Okazało się, że gospodarz letniska zajmuje się również (a raczej głównie) produkcją bimbru. Sylwia odziedziczyła po ojcu bardzo silną głowę i zyskała dużą popularność wśród klientów meliny. Wielu z nich to byli kierowcy z pobliskiej bazy transportowej.
Po dwóch tygodniach zmieniłem Sylwię. Nie zyskałem sobie żadnej popularności.

Wczasy zimowe w 1980 roku były nieco inne od poprzednich. Po pierwsze zaprzyjaźniona z nami kierowniczka domu wczasowego Słoneczna w Bierutowicach wybudowała własny dom i wynajmowała tam pokoje, trzeba było z tego skorzystać. Po drugie po raz pierwszy zabrałem na wczasy zimowe dwójkę dzieci. Podczas całonocnej jazdy pociągiem do Jeleniej Góry w przedziale było bardzo gorąco. Kilka razy musiałem w nocy przebierać dzieci gdyż były całe mokre od potu. Następny etap to autobus do Karpacza. Miałem sporo bagażu - plecak, dwie walizki, 3 pary nart. Należy tak się ustawić żeby drzwi autobusu wypadły tuż przede mną. To nie było bezpieczne, autobus buksował po zamarzniętych koleinach, z tyłu napieral na nas tłum, dzieci miały się trzymać uchwytów walizek. Udało się, otworzyły się drzwi, ale z tymi bagażami nie byłem w stanie wspiąć się na stopień. W końcu ktoś mnie podsadził. 
Po godzinie Michał musiał skorzystać z nocnika, miałem go oczywiście na wierzchu, niedługo później zaczęły się ostre zakręty i dla Ani była potrzebna torba. Wreszcie dojechaliśmy. Nasza gospodyni załatwiła nam obiady w domu wczasowym, śniadania i kolacje trzeba było przygotować samemu. Przygotowanie nie było problemem, problemem było zaopatrzenie. Wstawałem przed 6 rano i biegłem do sklep spożywczego. O tej porze mogłem dostać chleb i mleko, czasem jajka czy masło. 
Po śniadaniu szedłem z dziećmi na narty. Ania miała prawdziwe narty i próbowałem ją trochę uczyć. Michał miał dziecinne plastikowe nartki, polecałem mu zdjeżdżac w kucki i na dole się przewracać gdyż było ryzyko, że wjedzie na szosę. Wywracał się we właściwym miejscu, ale nie miał ochoty się podnosić. Zjeżdżałem więc po niego, wnosiłem go na góę na ramieniu i od początku. Po 1.5 godzinach wracaliśmy się przebrać i szliśmy na obiad. Po obiedzie dzieci leżakowały dwie godziny a ja pędziłem na narty. Mieszkaliśmy w Karpaczu, niedaleko stacji wyciągu, o tej porze kolejka do wyciągu znacznie malała więc miałem szansę na kilka zjazdów z Kopy. Widzę, że nic się tam nie zmieniło - KLIK.
Po powrocie do domu podrywałem dzieci na intensywny spacer, potem kolacja, bajeczka i spać. Nie pamiętam żebym wiele razy poszedł jeszcze na wieczorek zapoznawczy. 

wtorek, 17 listopada 2015

 Tadeusz

Wejście w strukturę dużego zakładu pracy wymaga zdobycia sobie prestiżu - zwłaszcza, jeżeli jest to składnik tej struktury zupełnie nowy. Potrzeba nowego wzornictwa była tu równie problematyczna jak w Walimiu. Jednakże ambicje dyrekcji,  skala możliwości i wpływu w terenie nieporównywalne. Aby zaistnieć jako osoba niezbędna musiałem wymyślić i uruchomić działania znaczące na skalę kombinatu. Siedzenie w komórce wzorcującej i malowanie wzorów było przeraźliwie nudne, nie miało realnego sensu, w efekcie bardzo było nużące i niezauważalne. I ten fabryczny tryb pracy od 7 rano! Postawiłem na propagowanie kultury wśród robotników. To wymagało uruchomienia sposobów i narzędzi. Podstawowym sposobem było wpływanie na naczelnego dyrektora. Był nim członek Komitetu Centralnego PZPR Bronisław Ciuła, człowiek prosty, ale też wrażliwy na dolę tysięcy kobiet oddanych mu pod zarządzanie, przeniesionych z podbiałostockich wsi do miasta, był on skłonny słuchać argumentacji o potrzebie kultury młodej klasy robotniczej. Wizja awansu kulturowego załogi  podobała się także Komitetowi Zakładowemu, bardzo uczulonemu na takie humanizujące działania. Nie było w tym nic zaskakującego - cała niemal załoga to byli ludzie przerobieni z chłopów na robotników, i ten awans powinien mieć jakiś objaw obyczajowy. Nie było to więc  jakieś moje nadzwyczajne odkrycie -  w całym kraju, a nawet całym tzw. obozie socjalistycznym taka tendencja narastała. Nigdy po okresie PRL ludzie sztuki nie byli tak mocno popierani, nagradzani, kokietowani. Stosowano wobec nas bardzo złagodzoną cenzurę, nie wymagano tępej subordynacji ani deklaracji. Tylko jednoznaczny  sprzeciw wobec Partii i ZSRR był zakazany. Wyostrzona uwaga cenzury występowała wobec masowych publikacji. 

W ciągu paru lat odniosłem kilka spektakularnych sukcesów. Uczestniczyłem w stworzeniu radiowęzła, prawie samodzielnie uruchomiłem gazetę zakładową.

Uczestniczyłem w inicjatywie i realizacji budowy pomnika na leśnym cmentarzu  4 tysięcy mieszkańców Białostocczyzny rozstrzelanych przez Niemców. 
Pomnik stoi nadal, zdjęcie z albumu o Białostocczyźnie. Projekt jest mój, ale największym wyzwaniem technicznym było opracowanie sposobu realizacji przez zakładowych specjalistów od remontów. Szalunek brył to było najłatwiejsze zadanie. Problem był z reliefami na kilku bokach. Wpadłem na pomysł robienia osobnego szalunku na każdą z takich zdobnych powierzchni. Sam na płytę nabijałem rysunek przy pomocy pasków klinowych do maszyn. Zużyłem cały zakładowy zapas! Relief miał głębokość ca 2 cm. Najtrudniej szedł napis - paski klinowe są poprzecznie dość sztywne,  a chciałem zachować krągłość liter. To było  zadanie nieco przypominające moje zlecenie na obudowę pieca-kozy dla zakładu metalowców - opisywałem to w komentarzu do Lecha tekstu.  

Rozprowadzaniem biletów na różne imprezy zajmowały się związki zawodowe. Ale niektóre wydarzenia kulturalne ja podpowiadałem. Na koncercie Ewy Demarczyk w Białymstoku spora część sali wykupiona została przez kombinat Fasty! Bardzo nieliczne robotnice wyglądały na zawiedzione, znudzone mimo, że dla większości było to ich pierwsze zetknięcie z wysoką sztuką!     
Takie moje działania w sztandarowym socjalistycznym zakładzie przemysłowym województwa zwracały na mnie uwagę prasy - głównego powszechnego medium. O kulturze robotniczej to niewiele mogłem opowiadać, ale program ambitnej rywalizacji fastowskiego wzornictwa z Paryżem to wymyśliłem bez trudu. Zwłaszcza, że baza sprzętowa czyli bardzo nowoczesna drukarnia była ładnym zapewnieniem deklaratywnie obrzydzanej, ale faktycznie pożądanej kapitalistycznej jakości. Pokazuję początkową stronę z reportażu w miesięczniku "Kontrasty", tekst nie ma znaczenia, ja na zdjęciu też, na okładce pisma nasza najśliczniejsza rysowniczka wyglądająca spoza wyciągu kolorów do szablonów drukarskich. 

Nie mam pojęcia czy moje działania kulturotwórcze czy też ranga zakładu spowodowały nagrodę ministra Kultury i Sztuki za działalność kulturalną. (maj 1971) Jestem przekonany, że z pewnością nie było to samo wzornictwo - żaden projekt z naszej komórki wzorcującej (rozrosła się nieco do kilkunastu osób, a komórka stała się wydziałem) nie wszedł do masowej produkcji. 
Natłok prac społecznych odpowiednio pokazywany i podkreślany spowodował zgodę dyrekcji na przeniesienie pracy projektowej do domu, nielimitowany czas pracy, i brak konieczności podpisywania o 7 rano listy obecności - a to była dla mnie zmora zatrudnienia w przemyśle. 
Pomalutku wchodziłem w środowisko dziennikarskie, zacząłem pod pseudonimem pisać recenzje plastyczne. Robić pierwsze satyryczne rysunki do Gazety Białostockiej - jedynej gazety codziennej regionu. Organu partyjnego oczywiście. Technika druku na tkaninie bliska jest poligrafii, zacząłem więc projektować plakaty i okładki do książek.  

Nadszedł czas odnowy - Gierek zamiast Gomółki. Dla Białegostoku zmiana była inna - Zdzisław Kurowski zamiast Arkaszki Łaszewicza. To była zmiana zupełnie radykalna. To była zamiana Azji na Europę. Kurowski, młody i energiczny, był autorem największego skoku cywilizacyjnego i intelektualnego miasta. Skutecznie zainicjował wyznaczenie Białegostoku na gospodarza Dożynek Centralnych 1973 - czysto politycznej imprezy o najwyższej krajowej randze co powodowało duże inwestycje w infrastrukturę, wbrew zgryźliwym uwagom do dziś funkcjonujące. Ściągnął świetnych fachowców od mediów - Janusza Weroniczaka do radia i Klemensa Krzyżagórskiego do prasy kulturalnej. Już nigdy potem nie mieliśmy takiej klasy organizatorów kultury. Z nimi przyszło kilkunastu innych. Jeżeli ktoś powinien mieć ulicę w Białymstoku to Kurowski właśnie, niestety komuch patronem ulicy być nie może. Choć za kilkanaście lat - kto wie? 

sobota, 14 listopada 2015

Lech  Lech

Wspominałem, że czułem, że w FSO nie zagrzeję zbyt długo miejsca. Przyczyną praktyczną była duża odległość od domu. Przyczyną merytoryczną świadomość, że przez długi czas nic nowego mnie tu nie czeka. 
Jak na polskie warunki FSO było wystarczająco wyposażone w sprzęt komputerowy. Jeśli chodzi o wprowadzanie nowych systemów na istniejącym sprzęcie to szanse były niewielkie. Osobna sprawa to niezbyt jasne powiązanie naszego działu z właściwym centrum komputerowym. Stosunki z pracownikami centrum były koleżeńskie, ale ambicje kierownicze mogły przeszkadzać w szerszej współpracy.

Jeśłi nie w FSO to gdzie? Kłopot w tym, że Polska ekonomia była w sytuacji kryzysowej.
Na marginesie wspomnę, że moi koledzy z ETOBu - Andrzej M. i Jan R., z którymi utrzymywaliśmy bliski kontakt towarzysko-rodzinny - przenieśli się do pracy w centrum przemysłu maszynowego, które dysponowało komputerami IBM/370. Jakoś przegapiłem tę okazję.

LOT Polish Airlines.svg

Nie wiem na co liczyłem, ale nie przeliczyłem się. Na początku 1979 roku skontaktował się ze mną Marek Ch. mój partner ze spływu kajakowego, również informatyk. Z Markiem i jego żoną Elą utrzymywaliśmy regularny kontakt i grywaliśmy w brydża.
Okazało się, że Marek pracuje w LOCie jako kierownik zespołu odpowiedzialnego za wdrożenie systemu rezerwacji. System i komputer dostarczy firma UNIVAC - KLIK - w tamtym okresie zdecydowany potentat w dziedzinie produkcji najbardziej zaawansowanych technicznie komputerów i obsługi linii lotniczych. 
Marek zaproponował mi stanowisko kierownika zespołu programistów systemowych czyli ludzi odpowiedzialnych za funkcjonowanie software komputera. Dostawa komputera była planowana na początek przyszłego roku, pracownicy mieli przejść gruntowne szkolenie w centrum UNIVAC w Birmingham.
Wyglądało to jak wygrana na loterii. Praca na najbardziej zawansowanym technicznie sprzęcie, po raz pierwszy właściwe szkolenie przed rozpoczęciem pracy, roboczy kontakt z zagranicznymi fachowcami, szkolenie w Anglii. Sama praca w LOCie wydawała się być sympatyczna. Stały kontakt z zagranicznymi partnerami narzucał wyższe standardy. Prócz tego pracownikom przysługiwał raz w roku bezpłatny przelot na trasie obsługiwanej przez LOT. To wyglądało na spokojne gniazdo aż do emerytury.
Pewnym minusem był charakter pracy - programista systemowy czyli obsługa programów napisanych przez kogoś innego. Miałem jednak nadzieję, że z upływem czasu znajdą się dla mnie bardziej twórcze zadania.

Projekt dopiero startował i byłem pierwszym pracownikiem w swoim zespole. Od razu przyszły mi do głowy dwie kandydatury współpracowników - pracujący w naszym zespole na tłoczni Piotr Z. i pracujący w FSO doświadczony programista systemowy Adam R. Obaj wyrazili chęć zmiany pracy.

Złożyłem wypowiedzenie. W lutym zdążyłem jeszcze skorzystać z wczasów pracowniczych w Augustowie. Na wczasach było trochę nudno - dużo śniegu, ale szaro i mokro. Sensacji dostarczyła Ania, która zajęła drugie miejsce w turnieju warcabowym dla dorosłych, bez żadnej taryfy ulgowej. W drodze powrotnej do domu wpadliśmy na kilka godzin do Tadeusza i Elizy, którzy mieszkali w Białymstoku.

Koniec pracy w FSO zbiegł się z ważnym wydarzeniem rodzinnym. Moja Matka przeniosła się z domu rencistów w Białołęce do Domu Rencistów Chemik - KLIK. To była ogromna zmiana na lepsze. Po pierwsze Dom byl odległy około 200 m od naszego domu więc wzajemne wizyty były bardzo łatwe. Po drugie, niezależne mieszkanie wyeliminowalo wszelkie tarcia między moja Matką i Sylwią. Bardzo szybko Sylwia stała się najbliższą przyjaciółką mojej Matki.

Pracę w LOCie rozpocząłem w końcu marca, w połowie kwietnia pojechaliśmy na pierwsze, trzytygodniowe, szkolenie do Birmingham. Pojechało nas czterech, prócz mnie Marek, Piotr i Adam. Tematem kursu było programowanie w assemblerze i Fortran4. Dawaliśmy sobie dobrze radę, Wydaje mi się, że Piotr i Adam wyróżniali się wśród uczestników kursu.
Jedynym minusem było mieszkanie - duży hotel w środku miasta. Małe, ciemne sypialnie gdyż okna wychodziły na betonową ścianę. Brak miejsca gdzie moglibyśmy wspólnie spędzić czas - przedyskutować przerobiony materiał, porozmawiać, pooglądać wspólnie telewizję. Gdy dowiedzieliśmy się, że UNIVAC płaci za to 16 funtów dziennie przyszedł czas na akcję.
Zaproponowaliśmy żeby dali nam te pieniądze a my znajdziemy sobie coś bardziej odpowiedniego. Firma była zaskoczona, prócz tego pewnie miała wątpliwości czy wynajmieny coś o właściwym standardzie. Wszystkie rozmowy prowadził z nimi Marek i zgodzili się.

Następne szkolenie odbyło się chyba na początku lipca. Już drugiego dnia znaleźliśmy sobie zakwaterowanie. W dużym domu w znanej mi z poprzedniego pobytu dzielnicy Edgbaston. Było jasno, przestronnie, duża kuchnia, pokój telewizyjny.
Płaciliśmy około 20 funtów tygodniowo od osoby. Nasza sytuacja finansowa była bardzo mocna, dostawaliśmy dziennie diety 15 funtów plus 16 funtów na mieszkanie. 
Marek starał się integrować nasz zespół. Na lunch chodziliśmy do chińskiej restauracji, obiady szykowaliśmy sobie sami, nie jakies tam konserwy czy zamrożone dania, porządny obiad. Marek lubił i umiał gotowac i pod jego kierunkiem nabraliśmy wprawy.

Ostatnie szkolenie odbyło się w lipcu lub sierpniu. Pojechaliśmy na nie w nieco zmienionym składzie. To było już bardzo zaawansowane technicznie szkolenie więc Marek ustąpił miejsce świeżoprzyjętemu do mojego zespołu - Jankowi N.

Podczas poprzedniego pobytu zarezerwowaliśmy sobie miejsce w tym samym mieszkaniu, nawet zostawiliśmy w lodówce jakieś puszki. Podczas jazdy autobusem zauważyłem, że jedna z pasażerek przysłuchuje się z uśmiechem naszym rozmowom.. Wreszcie zagadnęła:
- Jak miło posłuchać takich młodych i sympatycznych ludzi. Co panowie robicie w Birmingham?
Wyjaśniliśmy naszą sytuację.
- To może panowie zamieszkacie u mnie? 
- Mamy zamówione wcześniej mieszkanie - zaoponoiałem.
- Och, to zawsze można anulować. Zapraszam na herbatę to sami panowie zobaczycie, to po drodze.
Wstąpiliśmy i jak się można domyślić pozostaliśmy. Pani Helenka była bardzo sympatyczną osobą. Jej mąż, John,  Anglik, również. Czuliśmy się u nich jak w rodzinie.
Oczywiście musiałem zadzwonić do naszej poprzedniej gospodyni i powiadomić ją o zmianie. To było trudne do przełknięcia dla obu stron. Na szczęście okazało się, że nasza poprzednia gospodyni jest klientką pani Helenki, która między innymi była kosmetyczką. Panie dogadały się i podobno nasza poprzednia gospodyni nie miała do nas żalu.

Tym razem szkolenie było dla mnie trudne. Szczegółowa analiza systemu operacyjnego. Bardzo dużo detali do skojarzenia i zapamiętania. Moi koledzy dawali sobie radę lepiej ode mnie.

Podczas pobytów w Anglii odwiedziłem kilkakrotnie mojego wujka i jego rodzinę w Londynie. Wujek był już od kilku lat na emeryturze jednak z powodu szeregu kryzysów naftowych jego firma poprosiła go o powrót do pracy. Renesans przechodził węgiel, uruchomiono kilka wcześniej zamkniętych kopalni i wzrosło zapotrzebowanie na usługi  żeglugi przybrzeżnej. Podczas jakiejś narady w firmie narzekano na wysokie koszty pilotów wprowadzających statki do portów. Ktoś wspomniał dawne dobre czasy kiedy to kapitanowie statków mieli uprawnienie pilotów.
- Chwileczkę. Pamiętacie kapitana Umińskiego? On miał chyba uprawnienia pilota na wszystkie angielskie porty, również na Tamizę.
Okazało się, że uprawnienia były jeszcz ważne i wujek wrócił na kilkanaście miesięcy do pracy. Była to dla niego ogromna satysfakcja. Przypomnę, że wujek miał polski tytuł kapitana i przez całą wojnę, jako kapitan, prowadził statki pod brytyjską banderą, przez Atlantyk i do Murmańska. Jednak po wojnie jego tytułu kapitańskiego nie uznano i musiał odbyć 7-letni staż jako I oficer. Teraz okazał się być najwszechstronniej kwalifikowanym kapitanem w Anglii.

Po powrocie do domu podliczyłem swoje oszczędności dewizowe i zdecydowaliśmy kupić samochód - fiat 126p - czyli maluch. Kupując za dewizy - około 1,300 dolarów - nie musiałem czekać w kolejce. Sylwia czymprędzej zrobiła prawo jazdy.

W listopadzie wykorzystałem, nieco przedwcześnie, swój pracowniczy przywilej - bezpłatny przelot. Polecieliśmy razem z Sylwią do Budapesztu gdzie mieszkała dobra koleżanka Sylwii. Dziećmi zajęła się matka Sylwii.
To była moja pierwsza wizyta w kraju demokracji ludowej. Budapeszt zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie - spokój, elegancja, tradycja - podobnie jak w Wiedniu.
Zdążyliśmy odwiedzić operę, piękny stary gmach, znowu skojarzenie z Wiedniem...

Opera 

Wystawiali W.A. Mozarta - Uprowadzenie z seraju , w wersji koncertowej. Tu spostrzeżenie - język węgierski bardzo mnie frustrował, nie potrafiłem zapamiętać żadnego słowa. Zapamiętałem jedno jedyne - dziękuję - köszönöm - wymawia się: kesenem - właśnie na tym spektaklu.
Do tego jeszcze wizyta w cesarsko-królewskim pałacu...

Pałaz

Stosownym zakończeniem roku był wyjazd do ośrodka komputerowego Air France na francuskiej Rivierze.  Air France korzystało z komputera i systemu rezerwacji UNIVAC i miało pełnić rolę starszego brata w naszym projekcie. 
Centrum było imponujące. Przede wszystkim lokalizacja w pięknych górach. Na sąsiedniej górze znajdowało się centrum badawcze IBM, w którym pracował mój kuzyn Andrzej Milewski.
Ten wyjazd miał dla mnie bardziej rodzinny niż służbowy charakter. W okolicy mieszkał stryjeczny brat moje Ojca - Józef oraz jego dwaj synowie - Józef i wspomniany powyżej Andrzej. Spotkaliśmy się i spędziliśmy razem jeden wieczór.

Do domu przywiozłem butelkę wina beaujolais - wypiliśmy toast za udany rok, kolejny zapowiadał sie równie dobrze.

PS1 Wspomnienie o tym jak spędzałem wolny czas w Birmingham - KLIK.
PS2 Andrzej Milewski był zapalonym lotniarzem. Był chyba reprezentatntem Francji w tej dyscyplinie. Gdy przeszedł na emeryturę spędzał czas następująco: całe lato latał na lotni we Francji, w grudniu przyjeżdżał latać w Australii a w marcu przenosił się na 2 miesiące do Maroka.
Znalazłem filmik z jego lotu - rok 2013 - czyli liczył sobie ponad 80 lat - KLIK

12:35, pharlap
Link Komentarze (1) »
środa, 11 listopada 2015

Wiesia  Wiesia

Po zakończeniu  pierwszej licealnej kolejny raz byłam w Krakowie. Przyjechałam razem z rodzicami. Jak zwykle na drugi dzień czekał  na nas w swoim atelier przy Szewskiej wujek Karaś. Wiele jego prac uznano za dokumenty. Można je obejrzeć w Muzeum Historycznym Miasta Krakowa. Najsłynniejsze zdjęcie Adama Karasia rejestruje manifestację mieszkańców Krakowa tuż po zajęciu odwachu 31 października 1918 r. Kraków, jako pierwsze polskie miasto po 123 latach niewoli odzyskał niepodległość. Cała rodzina krakowska uważała, że wolność nadeszła z Krakowa i gdyby nie Kraków świat by się na pewno zawalił. Od dziecka słyszałam, że jestem krakowianką. Prawie przez 80 lat wujek Karaś stał na posterunku dokumentując wydarzenia na Wawelu i w mieście.
Na stronie opisującej wystawę historycznych fotografii Krakowa można znaleźć:
Niewątpliwie najważniejsze zdjęcie wykonał słynny krakowski fotograf Adam Karaś, który zarejestrował zajęcie odwachu 31 października 1918 roku - KLIK.

Od Lecha - polecam kliknąć guzik - Następny - Brygadier Piłsudski w Krakowie.
 
Słynął, jako twórca dowcipnych, nostalgicznych lub refleksyjnych fotomontaży wielkości kartek pocztowych, a przede wszystkim z  niekonwencjonalnych zdjęć portretowych. Wiele osób zachowywało swoje Portrety z Szewskiej tylko dla siebie, gdyż fotografowani nie zawsze wyglądali się na nich zbyt pięknie. W atelier wujka, ci, którzy tam wchodzili nabierali humoru i wigoru. Jakże można było dalej trwać w beznadziei, kiedy zaraz po wojnie, a nawet w latach pięćdziesiątych i później, Wujek igrając z ogniem wyciągał skrzynkę zapełnioną zdjęciami żołnierzy 1. Frontu Ukraińskiego marszałka Koniewa, sfotografowanych w jego zakładzie w zegarkach od nadgarstków po łokcie. Pokazywał te fotografie komu chciał. Od zdjęć u wujka nikt z rodziny nie mógł się wymigać, każdy miał obowiązek zostawić u niego „swój wizerunek dla potomności”. Siadałam, wujek podjeżdżał ze swoim ogromnym aparatem własnej konstrukcji. Z tyłu tej przedziwnej maszynerii zagrzebywał głowę w jakieś szmaty i stamtąd stłumionym głosem wymuszał śmiech.
Z powodu krzywych zębów na górze starałam się nie uśmiechać, ale Wujek  nawet do odsłonięcia swojej duszy, jeśli tylko chciał, różnymi sztuczkami zmusił każdego.  Przysięgłam sobie, że tym razem mowy nie ma, nie poddam się.
Zapytał mnie o narzeczonego i kiedy  ślub? Zdjęcie wykonał podstępnie, kiedy ze złością odpowiedziałam:  Wujku, coś ty? Kwaśna, zbolała mina, zmarszczone czoło i krzywulce w buzi złożyły się na portret, który potem długo wisiał w gablocie przy Szewskiej 12. Na nic były moje prośby, żeby wreszcie zdjęcie zdjął, upierał się, że ono coś „wyraża” i  że tylko fotografia prawdę mi powie.
W Warszawie normalny fotograf zrobił mi zdjęcie, na którym wyglądam ładnie. Całe szczęście, że z naszej klasy nikt mojego portretu wykonanego przez wujka Karasia nie widział.  Szczególnie jeden chłopak, na którego uwagę zwróciła mi moja przyjaciółka Malina. Fajny jest – oceniła – i mi go nie szarp, kiedy pociągnęłam go kiedyś za krzywo założoną chustę. Nic nie odpowiedział.

Wujek w czasie nędzy mięsnej w sklepach wyczarowywał skądś wielką szynkę, albo pęto kiełbasy – umieszczał za zasłonką i kiedy zależało mu na osłupieniu, albo uśmiechu od ucha do ucha, odsłaniał delikates i wygłaszał  przed nim krótki  polityczny, albo romantyczny komentarz.
Podczas obiadu w eleganckiej restauracji mama mało nie spaliła się ze wstydu – Wujek zapłacił rachunek pieniędzmi, które wywlókł z trudem, banknot po banknocie, z nylonowej pończochy. Ojciec głośno śmiał się z widowiska, żona Wujka, ciocia Henia nie reagowała, kelnerka znała wujkowe popisy, ale Mama czerwona, jak burak po wyjściu z lokalu była wściekła. Panowie szybko ją udobruchali kupując kwiaty. Wręczali je mamie na Rynku klęcząc wśród gołębi. Tato tak się rozochocił, że głośno zaśpiewał, to co Mamie w domu śpiewał często „Nino, ach uśmiechnij się…”, nie ciągnął dalej, bo jęknęła, że naprawdę ma tego dosyć. Jeszcze trochę i pęknie jej głowa, albo zemdleje.

Po pobycie w Krakowie wyruszyłam z ojcem do Zakopanego, miałam iść z nim w góry trasą, którą przebył z kolegami ze szkoły przed wojną. Słusznie z góry założył, że nie dam rady. W schronisku na Polanie Chochołowskiej, w którym skończyła się nasza eskapada, spotkaliśmy kilku Duńczyków. Przyjechali do Polski delegowani  i wspomagani finansowo przez jakąś duńską partię na V Światowy Festiwal Młodzieży, ale po jednodniowym pobycie w Warszawie ruszyli w Tatry. Z tego co powiedzieli, zaczęli górską wspinaczkę kolejką na Kasprowy. Przed naszym wyjazdem Warszawę została tak udekorowana, że trudno ją było poznać.  Otwarto Stadion Dziesięciolecia, podziwiać można było Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina, na razie jeszcze nie oddany do użytku, choć budowniczowie gonili czas się, nie dali rady. Trochę, ale nie za bardzo było mi szkoda, że wyjeżdżam. Nie byłam zbyt zdziwiona, że goście z Danii zamiast uczestniczyć w festiwalowych imprezach, w których miało wziąć udział 30 tys. uczestników ze 114 krajów wybrali  wejście na Wołowiec i Trzydniowiański Wierch. Mówili nie tylko po duńsku, ale i po niemiecku.

W liceum na Smoczej 6 (dzisiaj budynek zajmuje Zespół Szkół Plastycznych im. Wojciecha Gersona) przydzielona zostałam do klasy z językiem  niemieckim, ale, wstyd powiedzieć, po roku nauki niemieckiego nie znałam tego języka prawie wcale. Tłumaczami byli Tato i chłopak, którego spotkaliśmy na Chochołowskiej - Jarek Trylski. Z dyskusji Jarka z  Duńczykami dowiedziałam się, że w Londynie został opublikowany manifest podpisany przez Alberta Einsteina przeciwko używaniu broni jądrowej. Jarek po niemiecku  mówił płynnie. W szkole uczył się francuskiego, a niemieckiego nauczyła go ciocia, która go wychowała i czekała na niego w Zakopanem. Rodziców nie miał. Mieszkał na Żoliborzu. Kiedy Duńczycy go zapytali, czy jak dorośnie zostanie komunistą, odpowiedział,  że zostanie fizykiem.

P.S. Od Lecha - dziękuję Wiesiu za przygotowanie tego wpisu tuż przed rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości, chociaż Kraków był trochę szybszy.

Tagi: Wiesia
10:31, pharlap
Link Komentarze (1) »
niedziela, 08 listopada 2015

 Tadeusz

Walim był osiedlem na 1500 osób. Możliwości zleceń nie było. Jako miejsce rekreacyjne było wspaniałe, jako miejsce do twórczego, aktywnego życia było końcem świata. A to nie były czasy internetu. Rozmowa telefoniczna międzymiastowa wymagala zamówienia, czekania parę godzin i wrzeszczenia w słuchawkę. Po zdobyciu dyplomu szybko zostałem członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków oddziału we Wrocławiu w sekcji malarskiej. W prasie przeczytałem, że w białostockim kombinacie przemysłu bawełnianego Fasty powstaje najnowocześniejsza w Polsce drukarnia filmdruku rotacyjnego. Zupełna technologiczna nowość importowana z Holandii. Dawny płaski szablon z syntetycznej siatki zamieniony zostaje w metalowy ażurowy rulon  z mikroskopijnymi otworami, farba wlewana do środka wyciskana jest jak dawniej raklem w tej rurze działającym, tkanina przesuwa się pod obracającymi się rurami-szablonami.  A wszystko działa w jednym procesie, czyli wszystkie, nawet kilkanaście, kolory jednocześnie są drukowane. Podczas jednej z delegacji do zjednoczenia lniarskiego skręciłem nieco z Łodzi na Białystok. Jeszcze miałem ważną legitymację studencką, w akademiku Akademii Medycznej przenocowano mnie zupełnie sympatycznie i bez żadnych zastrzeżeń za jedyne 10 zł. Rano pojechałem do leżącego na przedmieściach Białegostoku zakładu, a właściwie kompleksu wielu oddziałów produkcyjnych powstających od lat 50. na bazie wyposażenia radzieckiego - krosna tkackie, maszyny wykończalnicze, sama konstrukcja budynków i struktura zakładu.  To był moloch, który w swym największym rozkwicie zatrudniał ponad 6 tysięcy pracowników. Własna przychodnia lekarska, dentystyczna, elektrociepłownia, stołówka, parę ośrodków wczasowych. Pracownicy dowożeni specjalnymi autobusami z każdego większego osiedla. Praca na trzy zmiany.
Przyjęto mnie z otwartymi rękami. Prace montażowe samej drukarni były na ukończeniu, ekipa techniczna była w trakcie kompletowania. Sekcja wzornictwa, jak zwykle bardziej prestiżowa niż potrzebna, nieco zapomniana. A ja byłem stypendystą zjednoczenia bawełnianego - swój człowiek. Uzgodnienia były krótkie i rzeczowe - przyjeżdżam do pracy we wrześniu 1967, mieszkanie na mnie czeka - dwa duże pokoje z kuchnią, łazienka, parkiety, szafy i antresole wbudowane, spora loggia, centralne ogrzewanie, transport rodziny i majątku zapewniony. Stanowisko Kierownika Komórki Wzorcującej, której jestem całą obsadą. Biuro czyli pracownia projektowa czyli gabinet  to była spora pusta sala w cichej i spokojnej części zakładu. Wtedy to skromnie, socjalistycznie wyglądało, dziś zapewne byłbym nazwany dyrektorem do spraw disajnu i oczywiście po angielsku.

Więcej o zakładzie można poczytać w pliku, który niedawno w internecie znalazłem. W nim, prócz historii, rozmowy z dawnymi pracownikami, aż z trzema znaliśmy się dobrze, można powiedzieć, że byliśmy zaprzyjaźnieni. To Adam Karwowski, Jurek Jamiołkowski i Antoni Chodorowski. Na zdjęciu na stronie 7, takim z Moskwy, nawet ja jestem - pierwszy od lewej. KLIK  Publikacja - praca licealistów -  powstała w 2000 r., bardzo obiektywnie jednak stare peerelowskie stosunki pracy zostały pokazane! Zapewne to zasługa nadzoru do dziś znanego i cenionego licealnego nauczyciela historii, nawet mój wnuk do niego na korepetycje chodził.
We wrześniu z mieszkaniem był mały poślizg. Musiałem cały tydzień czekać w pokoju gościnnym na skończenie remontu po poprzednikach. Bo to były tzw. bloki awaryjne przy samym zakładzie. Komendant  straży pożarnej, specjaliści od ciepłownictwa, wodociągów, elektrowni zakładowej, straży przemysłowej, kierowcy czyli  niezbędne podręczne zaplecze techniczne fabryki.  Mój majątek czyli parę mebli i książki przyjechał przed żoną z dzieckiem, która u rodziców się parę dni w Krakowie przechowywała. Przyjechała do Białegostoku całkiem w ciemno, nigdy tego miasta wcześniej nie widziała.  
Wrażenia po Walimiu - jak tu dużo nieba, jak tu płasko!
Na jednym z pierwszych spacerów z wózkiem dziecinnym i małą Magdą idąca z przeciwka młoda kobieta syknęła do Elizy: ty polka job twoju mać. Szokujące i zupełnie absurdalne, nigdy się potem z takim potraktowaniem nie spotkaliśmy. To było pechowe zdarzenie, które na bardzo wiele lat wyrobiło w nas poczucie obcości, ale też sporej nieufności do tego miasta. Być może incydent był jakimś odpryskiem nastrojów narodowościowych województwa. I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR był wówczas  Arkadiusz Łaszewicz, Białorusin. Wpadały w ucho plotki lub przecieki, że zgłosił on stronie radzieckiej pomysł przyłączenia wschodniej Białostocczyzny do Białoruskiej Republiki Radzieckiej. Gdy po latach w jakiejś konkretnej sytuacji określono mnie jako zwolennika Białorusinów, to aż się roześmiałem - nie bym przeczył, albo się zgadzał, ale z powodu łaciatości i płytkości ludzkich ocen. 
Z naszego mieszkania na przedmieściu był tylko jeden miejski autobus nie jeżdżący zbyt często. Załoga była przecież przywożona specjalnymi autobusami. Trasa biegła przez  osiedla drewnianych domków, ale też wzdłuż łąk i pastwisk. Pewnego razu dwuletnia Magda wyglądająca przez okno  wrzasnęła na cały autobus: - Mamo, patrz, słoń! - To była pierwsza krowa przez nią widziana.

Tagi: 1967 fasty
11:48, tg1940
Link Komentarze (4) »
piątek, 06 listopada 2015

Lech  Lech

Wkrótce otrzymaliśmy informację o szkoleniu - 2-tygodniowy kurs projektowania systemów informatycznych w ośrodku IBM w Essen. Mamy opłacony hotel, dostaniemy diety 20 marek dziennie - niecałe 12$.

Wyjechaliśmy chyba w lipcu 1978 roku. Przed wyjazdem zrobiliśmy w domu Jacka naradę roboczą. Głównym tematem był oczywiście prowiant. Jacek zadeklarował, że upiecze boczek, prócz tego każdy z nas zabierze konserwy. 
Polecieliśmy LOT-em do Frankfurtu a stamtąd Lufthansą do Essen. Podczas przesiadki musieliśmy na nowo odprawić bagaże.
Przy odbiorze walizek zagadnął nas bagażowy:
- Przeglądu Sportowego nie macie? - nie mieliśmy, okazało się, że to rodak z Bytomia.
Podczas odprawy urzędnik wpatrywał się uważnie w ekran wreszcie zapytał:
- Czy przewozi pan jakąś broń? - połapałem się o co mu chodzi.
- To tylko nóż kuchenny. Wiozę go w pokojowych celach (do krojenia boczku).
Urzędnik poprosił mnie o pokazanie noża. Grzebałem w walizce a zza kurtyny wychylił się policjant z wymierzonym we mnie pistoletem maszynowym. Czułem, że duch we mnie rośnie. Ustalono, że nóż poleci w osobnym opakowaniu.

Do Essen przyjechaliśmy wieczorem. Pierwszy widok miasta zaskoczył nas. Wszak to centrum Żagłębia Ruhry - przemysł ciężki, kopalnie, huty, Krupp i jeszcze gorzej...

Krupp

Spodziewaliśmy się szarych kamienic i zamglonego dymem powietrza, jak w Katowicach. Tymczasem domy były kolorowe i świeżo malowane, ulice czyste. Na placu przed dworcem zakończyła się właśnie jakaś impreza. Ostatnie zadęcia orkiestry, ostatni kufel piwa, weseli ludzie rozchodzili się do domów. 

Nasz hotel a raczej hotelik znajdował się niedaleko. Niewielki, świeżo odmalowany domek. W recepcji czekał na nas list od organizatorów szkolenia.  Zawierał wyjaśnienie, że nasze noclegi zostały opłacone z funduszy przekazanych z Polski, z tym że za takie pieniądze nie można było znaleźć w Essen żadnego przyzwoitego miejsca. Przepraszają, że załatwili nam bardzo skromne lokum, ale i tak musieli za nie dopłacić ze swojej kasy.
Mieszkanie było w porządku - przestronny pokoik na 3 osoby. Tyle, że w suterenie. Okno znajdowało się poniżej poziomu ulicznego chodnika. Nad głowami rozlegał się stukot butów nielicznych przechodniów.
Rano dostawaliśmy śniadanie za to korzytanie z łazienki było płatne - 2 marki - klucz w recepcji. Oczywiście zakładalśmy, że to opłata od pokoju, nie od osoby. Zdarzało się również, że gdy rano usłyszeliśmy odgłos otwieranych drzwi od łazienki dostawałem polecenie:
- Lechu, szybko, powiedz temu esesmanowi, że zostawiłeś mydło w łazience.

Kurs odbywał się w ośrodku IBM w zielonej i zalesionej podmiejskij dzielnicy. Dojeżdżaliśmy autobusem - koszt 4 marki w jedną stronę. To był poważny wydatek.
Organizatorzy przywitali nas bardzo sympatycznie. Podczas przerwy na poranną herbatę rozdano uczestnikom informację o pobliskich miejscach gdzie można udać się na lunch. Urocze restauracje, najtańszy lunch jaki znalałem na liście kosztował ponad 14 marek. Koledzy z kursu (nie było ani jednej kobiety) proponowali nam podwiezienie samochodem, ale odmówiliśmy tłumacząc, że musimy wykorzystać przerwę na przedyskutowanie przerobionego materiału i przygotowanie się do popołudniowych zajęć. 
Podczas przerwy trafiliśmy na zatrudnionego w centrum Polaka. Pan Rudolf (Rudek) obsługiwał kserograf. Pzy okazji spytaliśmy go o zasady funkcjonowania stołówki, w której popijaliśmy poranną herbatę. Zauważyliśmy tam menu na lunch z atrakcyjnymi daniami po bardzo umiarkowanych cenach - około 3 marek. Pan Rudek wyjaśnił, że to stołówka pracownicza. Dla gości jest otwarta tylko na poranną i popołudniową herbatkę. Spuściliśmy nosy na kwintę. Jednak pan Rudek zrozumiał. Za dwa dni, gdy spożywaliśmy nasze lunchowe kanapki, odwiedziła nas oficjalna delegacja. Dyrektor centrum wyjaśnił, że jesteśmy pierwszymi kursantami z Polski, że czują się bardzo zaszczyceni naszą wizytą i chcieliby w jakiś sposób podkreślić nasz honorowy status. Jedyne co przychodzi im do głowy to dać nam karty identyfikacyjne o tych samych kolorach jakie mają pracownicy centrum. Dziękowaliśmy nieco zdezorientowani. 
- Karty te uprawniają do korzystania ze stołówki pracowniczej -  wspmniał mimochodem dyrektor centrum.
Byliśmy urządzeni. Posiłki były smaczne i obfite. Wystarczyło kupić we włoskim sklepie chleb i wino na kolację w hotelu.

Sam kurs nie był dla nas rewelacją. Wszyscy mieliśmy spore doświadczenie w projektowaniu systemów i podczas naszej pracy wyrobiliśmy sobie pewne standardy działania. Oczywiście każdy taki kurs dostarcza jakichś nowych informacji, które pewnie gdzieś i kiedyś mogą być przydatne. 
Istotne było utrzymać się językowo na powierzchni. Wiedziałem, że dłuższe słuchanie wykładu w dość obcym języku ma silne właściwości usypiające więc przyjąłem agresywną taktykę. Bardzo często podnosiłem rękę żeby zadać jakieś pytanie, na które często znałem odpowiedź albo żeby coś skomentować. Zresztą kurs był prowadzony metodą interaktywną, co kilkanaście minut wykładowca inicjował dyskusję lub ćwiczenie.
Wieczorem, w hotelu, spędzałem sporo czasu czytając ze słownikiem w ręku material na dzień następny i zapisywałem sobie pytania i komentarze do wtrącenia. Moi towarzysze mieli mi pomagać znajdować słówka, ale na ogół pogrążali się w zażartej dyskusji na temat - dlaczego tu tak dobrze a u nas taki gnój?
Zauważyłem, że czasami nad naszym oknem cichł na chwile stukot obcasów. Pewnie jakiś spóźniony przechodzień zainteresował się coż to za awantura w tej suterenie.

W czasie naszego pobytu wypadał jeden weekend. Spędziłem go w miasteczku Remscheid z moją korespondencyjną znajomą Inge i jej rodziną. Mieli dwoje dzieci - Nora i Jochen, 10 i 8 lat, bardzo wesołe i sympatycznie psotne.
Jacek wyjechal na weekend do znajomych w Luksemburgu lub innym BeNeLuxie a Bogdan spędził chyba jeden dzień w gościnie u naszego znajomego - pana Rudka.

Na zakończenie kursu podzielono uczestników na zespoły. Każdy zespół miał za zadanie przygotować 15-minutową prezentację projektu systemu.
Tu moi koledzy poderwali się do działania. Szczególnie Bogdan nalegał żebyśmy przedstawili coś zupełnie oryginalnego. Stanęło na metodzie HIPO - Hierarchical Input Processing Output - KLIK. To było coś czego nie przerabialiśmy na kursie i wydaje mi się, że zrobiło to dobre wrażenie na wykładowcy i nieco zamieszało w głowach naszym kolegom z kursu.

Nie pamiętam czy udało nam się zaoszczędzić wiele marek, jedyne zakupy jakie pamiętam to elektroniczne zegarki.

08:35, pharlap
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2