Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

RSS
sobota, 16 stycznia 2016

Lech  Lech

Komuna zniknęła więc przyszedł również czas na Dziecko Komuny.

Jak tu zacząć kończyć?

Od podziękowań. Najlepiej chronologicznie.
Pierwsze podziękowanie złożyłem już w 2006 roku. Najpierw w pracy. Zakończyłem ją jeden dzień po osiągnięciu wieku emerytalnego. Zaraz potem odszukałem na internecie Ruth L., tę która jako pierwsza dała mi dobre referencje w Australii.
Jakiś czas później miałem  przyjemność podziękować jej osobiście w Melbourne...

Ruth

Australię często nazywają krajem drugiej szansy. Jestem przykładem słuszności tej nazwy...
Nawet moje szkolne marzenie - brać udział w Olimpiadzie w Melbourne - w jakiś sposób się spełniło. Brałem udział w biegu, którego meta była na stadionie olimpijskim - MCG. Poniżej - przed biegiem, po najechaniu myszą - po biegu - rozglądam się za swoimi wspomnieniami z 1956 roku, znalazłem...

MCG

 

Spełniły się również jeszcze wcześniejsze dziecinne sny o śnieżnych wedrówkach narciarskich. Odkryłem narciarstwo biegowe i uczestniczyłem w maratonach narciarskich w 17 krajach. Ostatnim był Bieg Piastów.
Poniżej wyścigi w Australii - w słońcu i podczas śnieżycy (proszę najechać myszą)...

Słońce

Los byl tak skrupulatny, że spełnił moje zawodowe tęsknoty z Kuwejtu - opracować ciekawy system komputerowy na Univacu. Był to system sterowania wymianą części w samolocie...

TAA

Pisanie

Nawet taki kaprys jak napisanie opowiadania po angielsku zaowocował wymierną nagrodą.

Dziękuje Ci Australio, przyjęłaś mnie jak swoje naturalne dziecko a nawet dużo lepiej.

Obawiam się jednak, że nie odpłaciłem pięknym za nadobne. Zadowoliłem się drobnymi efekciarskimi sukcesami a zaniedbałem bardziej wymierne talenty.
W którymś momencie moje zarobki osiągnęły całkiem przyzwoity poziom. Kolega w pracy spytał:
- Akcje czy nieruchomości?
- Ani jedno ani drugie.
- Bardzo niedobrze - spojrzał nia mnie ze smutkiem - praca i zarobki z niej są tylko środkiem do celu.
- A co jest celem?
- Żeby to pieniądze na ciebie pracowały. 24 godziny na dobę. Ty sobie śpisz a twój kapitał rośnie.
Zasmuciłem się. Więc moja praca, która daje mi tyle radości, i która jest ceniona przez wiele osób, jest mniej ważna niż jakiś automat do pomnażania kapitału.

To był niewątpliwie wpływ komuny. Przez długie lata starano się wpoić ludziom przyzwyczajenie aby pracować 8 godzin a potem mieć czas na rekreację, kulturę, zabawę. 
Przypomniała mi się oglądana w telewizji rozmowa ze Światosławem Richterem - bywało, że razem z Dawidem Ojstrachem tłukliśmy się 2 dni pociągiem aby dać koncert w niewielkiej osadzie na Syberii. 
- Przecież o wasz występ ubiegały się najlepsze sale koncertowe świata - dziwił się reporter.
- Ludziom, którzy ciężko pracują w gdzieś na końcu świata też należy się dobra muzyka - odpowiedział S. Richter.

Ale nie powiedziałem o tym mojemu rozmówcy.

Paradoksalnie z pomocą przyszła mi Polska - dostałem bardzo przyzwoitą emeryturę dzięki umowie podpisanej z Australią w 2010 roku. Do stażu emerytalnego wliczono lata pracy w Australii.

I jeszcze jedna druga szansa, tym razem od szkolnego kolegi. Tadeusz jest jednym z najbardziej cenionych w Polsce specjalistów w dziedzinie heraldyki, autorem kilku herbarzy - KLIK. 
Opracował również szczegółową koncepcję internetowej wyszukiwarki herbów. Potrzebował tylko programisty i wybrał mnie mimo, że nie miałem żadnego doświadczenia w programowaniu stron internetowych. Dzięki jego inspiracji i pomocy zdobyłem nowe doświadczenie.
Wyszukiwarka funkcjonuje już prawie 10 lat - KLIK. Codziennie korzysta z niej kilkaset osób. Wprowadzone przez Tadeusza wyszukiwanie graficzne jest unikalnym rozwiązaniem i zyskało nam wdzięczność pracowników naukowych w archiwach i muzeach.

Któregoś dnia Michał po powrocie ze szkoły poprosił żebym wyszedł z nim na spacer. Zdecydowanym krokiem zaprowadził mnie na sąsiednią ulicę i pokazał świeżo postawiony płot.
- Tatusiu, ten płot zbudował tatuś Simona.
- Całkiem ładny płot - odpowiedziałem czując już co się święci.
- Tatusiu, a czy ty tutaj coś wybudowałeś?
Uśmiechnąłem się z zażenowianiem. Wskazałem lecący nad naszymi głowami samolot.
- Widzisz ten samolot? On leci bezpiecznie bo ja opracowałem system, który pilnuje żeby żadna część nie popsuła się podczas lotu.
Po minie Michała widziałem, że to żaden argument. Przypomniały mi się rozważania w okresie zakładania rodziny - komuna przetrwa jeszcze setki lat a my, polska rodzina, przetrwamy komunę. W takich warunkach odpowiedź na pytanie Michała byłaby prosta - mógłbym zaprowadzić go na cmentarz, na groby przodków, którzy żyli w czasach caratu, w czasach okupacji. Nasze życie było tylko kontynuacją.
Ale co odpowiedzieć kiedy przetrwanie komuny okazało się fraszką? Ale co odpowiedzieć w Australii gdzie nie odwiedza się grobów?

Jakąś odpowiedzią byłoby zbudowanie solidnej bazy finansowej dla rodziny i ukierunkowanie dzieci aby to kontynuowały. Tak właśnie zrobiło wiele osób będących w podobnej sytuacji jak ja. Osiągnęli sukces a startowali z dużo gorszej pozycji niż ja. Jestem jednak pewien, że żadna z nich nie nazwałaby samej siebie dzieckiem komuny.

Wydaje mi się, że życie w PRL, szczególnie w latach stalinowskich, spowodowało u mnie spore pomieszanie życia na jawie z marzeniami. W moim przypadku zaowocowało to z jednej strony dużą dozą satysfakcji i zadowolenia z siebie, z drugiej strony nie dawałem chyba poczucia pewności i stabilizacji osobom ze mną związanym.
Może to spowodowało, że nasze dzieci wybrały styl życia nieco odmienny od powszechnie praktykowanego.

Wracam do podziekowań - dziękuję naszym czytelników i komentatorom za poświęcony czas i pozytywne wibracje.
I wreszcie... najważniejsze - bardzo serdecznie dziękuję współautorom, Wiesi i Tadeuszowi, za wzbogacenie tego blogu wpomnieniami i refleksjami. A przede wszystkim za to, że byli i są ze mną.

Na koniec blogu potop. Nie, nie mam na myśli powiedzenia - po mnie potop. Moje utopie utopiły się już w połowie mojego życia. Od tego czasu płynę, jak bohater poniższej piosenki...

Życzę moim bliskim i dalekim żeby płynęli jak im się nawet nie śniło.

Tagi: 2016
10:24, pharlap
Link Komentarze (19) »
czwartek, 14 stycznia 2016

Moim pierwotnym zamierzeniem było odczekać w Australii aż w Polsce zakończy się stan wojenny, wszystko wróci do starego ładu - tego sprzed 1980 roku - i wrócić.
Lata mijały a sytuacja była wciąż zagmatwana.

Pierwsza odwiedzila Polskę Sylwia, w 1988 roku. Według jej relacji panował zupełny bałagan i niepewność.

W 1991 pojechala do Polski Ania. Była już na studiach - informatyka. Zaproponowaliśmy żeby przerwała studia i pojechała na pół roku do Europy, głównie do Polski. Zgodziliśmy się, że najlepszym sposobem wejścia w towarzystwo rówieśników będą studia. Nie było problemu z zapisaniem jej na 2 rok informatyki na Uniwersytecie Warszawskim.
Ania odwdzięczyła się obszernymi listami. Gdy pokazałem je swoim polskim znajomym w Kanadzie załatwili ich publikację w polskiej gazecie w Toronto... 

Toronto

Poniżej kilka wybranych fragmentów z listów Ani...

Ania  Ania

Doleciałam!
Muszę stwierdzić, że naprawdę niektórym ludziom miesza się w głowie podczas podróży. Wsiadam do samolotu a tu na moim miejscu Włosi. Ja do nich delikatnie, że siedzą na moim miejscu, a oni do mnie z całym wykładem po włosku. W końcu jednak ustąpili jak poprosiłam stewarda o pomoc.
Wcisnęłam się na moje miejsce przy oknie, zdjęłam akubrę, położyłam sobie poduszeczkę pod głowę i wyciągnęłam nogi. Włoska para patrzyła na mnie trochę dziwnie, ale jak się najedli to nawet próbowali ze mna rozmawiać.... 
DC9, którym leciałam z Rzymu do Polski, był malutki i tak klekotał, że myślałam, że sie w każdej chwili rozprśsnie. Ale się nie rozprysnął i wylądowaliśmy w Warszawie.

W sobotę rano poszliśmy na bazar. To znaczy stoją tam domeczki 3x3m z jasnego drzewa i gdyby było wiecej śniegu to można by pomysleć, że jest się na Alasce.

Niedziela, ledwo zdążyłyśmy do kościoła. Byłyśmy na mszy młodzieżowej. Może była ona i lepsza od innych, ale ja nie zauważyłam bo musiałam za duzo stać....

Następny tydzień Ania spędziła na nartach na Szrenicy. Potem spotkała się ze swoją australijską koleżanką szkolną Susan...

Właśnie wróciłam z mojej wyprawy z Susan. Najpierw pokazałam jej Warszawę - Stare Miasto, Łazienki.
Warszawa bardzo się Susan podobała bo ona uwielbia bazary i stragany a tego tutaj pełno. Kiedy się wałęsałyśmy po Warszanie spotkałyśmy "buskersów". I to z niebylekąd bo z Boliwii. No to po co jeżdzić do Ameryki Południowej jak Europa oferuje wszystko?

Potem wybrałyśmy się do Krakowa. Zanim tam dojechałyśmy i znalazłyśmy nocleg  to była już 14.
Popędziłyśmy więc pod Sukiennice. Obeszłyśmy rynek chyba 5 razy.
Następnego dnia poszłyśmy na Wawel a potem do Wieliczki razem z Kanadyjką, która mieszka z nami w pokoju.
Wieliczka to jest bajka. W Polsce przebywa teraz Steven Spielberg. Jak zobaczy Wieliczkę to na pewno tysiąc pomysłów przyjdzie mu do głowy.

W niedzielę rano , skoro dzień zaświtał, byłyśmy już na dworcu PKS. Kilku autobusów do Zakopanego nie było na rozkładzie. My załapałyśmy się na taki nieistniejący. Gdy wsiadałyśmy to powiedzieli nam, że wszystkie miejsca są już wysprzedane, ale oczywiście zmieściłyśmy się, my i jeszcze pięć osób bez biletu.
W Zakopanem przywitała nas piękna pogoda. Wjechałyśmy kolejką na Gubałówkę - Tatry wyglądały prześlicznie i bardzo blisko. Na dół zjechałyśmy na pupie.
W poniedziałek rano udałyśmy się do kolejki linowej. Zdecydowałyśmy się pojechać saniami, a że ja się spodobałam "kierowcy" to obniżył nam cenę i całowali po rączkach.
Na Kasprowy nie wjechałyśmy - 40,000 zł ($4) w jedną stronę to za drogo. Poszłyśmy za to na Giewont. Śnieg był po pas, zbocze strome, szlak nieprzetarty. Na szczyt nie dałyśmy rady wejść, ale zjazd na pupie był wspaniały.
Następnego dnia znowu trzeba się wcześnie pakować i jechać dalej - autobusem na Łysą Polanę. Ja przeszłam przez granicę bez problemu bo mam polski paszport, ale Susan musiała czekać na wizę i dzięki temu uciekł nam autobus. Nie wiedziałyśmy kiedy jest następny autobus, ale złapałyśmy autokar, który dowiózł nas do Tatrzańskiej Łomnicy.

W Czechosłowacji podróże i jedzenie są bardzo tanie, ale inne rzeczy są droższe niż w Polsce więc najadłyśmy się i pojechałyśmy do Popradu. Tam nie było co robić więc obejrzałyśmy film Komando a po filmie załapałyśmy sie na pociąg do Pragi. Jechałyśmy kuszetką, ale pociąg był bardzo rozklekotany a w przedziale gorąco, nie wyspałyśmy się.
Praga jest pięknym miastem, ale po siedmiu dniach ostrego chodzenia i pięciu dniach podróży dla nas mogła być tylko męcząca. Najbardziej nas ucieszyło kiedy spotkałyśmy buskerów z Boliwii i Peru i mogłyśmy usiąść na ulicy żeby ich posłuchać. Dotrwałyśmy jakoś do wieczora i znowu na pociąg.
Jeszcze rano kupiłam bilet, ale nikt mi nie powiedział, że trzeba kupić miejscówki. Jak głupia latałam po dworcu żeby się dowiedzieć, że 10 minut przed odjazdem pociągu już się miejscówek nie sprzedaje.

Pożegnałam się z Susan i wsiadłam do wagonu kuszetkowego. Tam dostałam nie tylko kuszetkę, ale cały przedział. W sąsiednim przedziale siedzieli jacyś faceci, którzy regularnie tu kursują i przewożą wódkę i koszulki do Polski. Zaczęli sie dziwować, że sama jadę i opowiadać mi historie o swoich podróżach tym właśnie pociągiem.
Jak to w Katowicach wsiadają rzezimieszki, którzy otwierają przedziały i wykradają wszystko, albo najpierw gazują cały wagon, żeby mieć zapewniony łup.
Włosy mi stanęły dęba a szczęka uderzyła twardo o podłogę ze strachu i zdziwienia.
Zanim poszłam spać namoczyłam sobie mały ręczniczek, zamknęłam przedział na zamek i łańcuch i położyłam się głową do okna. W ten sposób przechodzień nie widział kto jest w przedziale a ja widziałam jego.
Gdyby gazowali a ja bym się zorientowała, to mogłabym ręczniczkiem zakryć twarz i otworzyć okno. Byłam tak z siebie zadowolona, że nie mogłam zasnąć.
Po północy zbudzili mnie celnicy. Podstępowali paszport i poszli dalej. Godzinę później dojechaliśmy do Katowic, słyszałam jak faceci obok wysiadali.

Zostałam sama - dreszcze strachu.
Nagle obudziłam się, byliśmy na jakiejś stacji, pociąg już ruszał - Warszawa Zachodnia - odetchnęłam. 
Ubrałam sie piorunem i zadowolona wyparadowałam z przedziału. Pociąg właśnie się zatrzymał - Warszawa Centralna - próbuję otwarzyć drzwi a tu nic. Biegnę na drugi koniec wagonu - to samo. Panika! Na szczęście nie straciłam zmysłów i przeszłam do następnego wagonu a tam konduktor mnie wypuścił. Okazało się, że od Katowic wszystkie wagony były pozamykane przed rzezimieszkami a konduktor zaspał.

Studia.

Luty 1991... w poniedziałek zaczęły sie studia. Najpierw czułam się bardzo samotna, ale zainteresował się moją osobą pewien Staszek. Bardzo fajny chłopak, który robi wszystko żeby mnie gdzieś wyciągnąć.

Na wykładzeie często muszę prosić o przetłumaczenie pewnych słów. A czasem nawet jak rozumiem wszystkie słowa to nadal nie rozumiem zdania. Ale jak pytam innych studentów o wytłumaczenie to są bardzo pomocni.
Przedmioty mam następujące:
Algorytmy i struktury danych. Wykładowca - pan D. - jest świetny. Przedmiot bardzo oparty na matmie i bardzo mi się podoba.
Systemy Operacyjne - wykładowca - pan M. - jest nudny, ale mam kopie wszystkich notatek to nie muszę chodzić na wykłady.
Metody Przetwarzania Danych - pan W.
Tatusiu! Myśmy myśleli, że w Austrlii oni sobie robią żarty z tych baz danych, ale tutaj oni zupełnie zwariowali na punkcie zapisu relacji w sposób matematyczny. Wykładowca jest bardzo "profesorowy".
Metody Optymalizacji - wykładowca O. Pan O. właśnie wrócił z zagranicy i uważa się za wszechmogącego. Ale na razie zajęć nie było bo pan O. spóźnił sie o więcej niż studencki kwadrans.
Metody Translacji - pan L. Pan L. jest bardzo "cool". Przedmiot ten robiłam już  Australii jest bardzo fajny i w pewnym sensie lepiej uczony niż na uniwersytecie Monash.

W środę wieczorem byłam na musicalu Metro. Fantastyczne! Nareszcie ktoś użył technologię laserową. Jedna scena była nie do uwierzenia.

W czwartek byłam na koniach - piękne konie. Nie kopią, nie gryzą. Czasami zrzucają. Bez bata nie ruszają się, z batem - czasem głupieją. Nie są ostrzejsze od tego samego typu kona w Australii.

28/2/1991 - przebrnęłam przez drugi tydzień studiów i muszę powiedzieć, że do tej pory zawiodłam się. Tutaj są tylko dwaj prawdziwy komputerowcy, ale jeden to teoretyk więc zostaje jeden. Cała reszta to konie z klapkami na oczach, którzy chcą tylko skończyć bo wtedy będą zarabiali "melony"....
Nie mają tego błysku w oczach, nie rozmawiają z podnieceniem i przyspieszonym biciem serca, w oczach nie zabłyśnie im iskierka fantacji gdy wymawiają słowo UNIX.
Przecież jak my na Monash dostaliśmy konta na UNIX to resztę dnia spędziliśmy na komputerze.
A tutaj oni zobaczyli co mają w katalogu i sobie poszli. Nie chcieli hackować, nie chcieli wysłać maili, nie chcieli rozmawiać.
To po prostu ręce opadają. Po co oni robią ten kurs w takim razie?

W Tłusty Czwartek, czyli wczoraj, byłam drugi raz na koniach. Przywiozłam ptasie mleczko co bardzo spodobało się mojemu instruktorowi...
Szef zakładu nazywa się Witek i pamięta Janusza S. ze swoich młodych lat. A w ogóle to mu się bardzo spodobałam i pozwolił mi jeździć 2 razy w tygodniu.
Za 18 lekcji po 1.5 godz zapłaciłam 400,000 zł.
W ogóle towarzystwo końskie jest świetne - gorsi pijacy od Janusza! Tu nie ma mowy żeby ktoś wsiadł na konia bez strzemiennego. A jak skończą jeździć to piją dalej i grają w brydża. Co za życie!

Jak się łatwo domyślić Ania wkrótce przestała chodzić na Uniwersytet za to podwoiła, potroiła, ilość lekcji jazdy konnej.

W marcu wyjechała z kuzynką na narty do Zakopanego. W maju pojechala na spływ kajakowy na Dunajcu. Potem odbyła ponad miesięczną wędrówkę po Europie. Poniżej końcowy przystanek - wyspa St Michel...

Saint Michel

Jesienią 1991 ja pojechałem do Polski. Wrażenia podobne jak Sylwii i Ani - buskersi z Południowej Ameryki grali nadal...

Buskersi

Na każdym kroku sklepikarze, na Stadionie X lecia - sklepikarze, w Pałacu Kultury - sklepikarze. Zdałem sobie sprawę jak bardzo rządy komuny ograniczały prawdziwe aspiracje wielu moich rodaków.

W 1997 roku Michał, również student informatyki, powtórzył doświadczenie Ani. Z tym, że nie poszedł na studia. Spędził kilka tygodni na nartach na Słowacji i w Austrii a potem znalazł sobie niezłą pracę jako nauczyciel angielskiego w prywatnych szkołach. 
Wtedy Polska wydawała się już być ustabilizowanym krajem. Michałowi ogromnie się podobała. Zainteresował się polską literaturą, stał się wielbicielem książek Marka Hłasko. 
Miałem duże nadzieje, że po skończeniu studiów w Australii przeniesie się do Polski.  

Nie spełniły się. Odwiedził Polskę w 2008 roku wraz z żoną Australijką i dwójką dzieci. Ukoronowaniem wyjazdu był udział w festiwalu polonijnych zespołów folklorystycznych w Rzeszowie...

Polonez Melbourne

Powyżej występ na scenie na placu w Rzeszowie.

Poniżej - po festiwalu - pociąg Rzeszow-Kraków. Dla mnie to już ODJAZD...

Powrót

Tagi: 1991 Polska
08:43, pharlap
Link Komentarze (2) »
wtorek, 12 stycznia 2016

Lech  Lech

Moja pierwsza praca...

J.Gadsden Packaging czyli fabryka puszek do piwa w przemysłowej dzielnicy Coburg. Wydaje mi się, że moje doświadczenie z pracy w przemyśle było głównym atutem. 
Zaczęło się jak w Polsce - badanie lekarskie w fabrycznym ambulatorium.  Fabryka też dość podobna do polskich fabryk. Biura firmy i ośrodek komputerowy mieściły się w centrum Melbourne. 

Pierwsza pensja - $24,000 rocznie - była raczej kiepska, ale to był drobiazg, najważniejsze było dla mnie Australian experience.
Komputer HP3000 - całkiem przyzwoity minikomputer. Język programowania - COBOL. To nie było dla mnie problemem. Chyba od pierwszego dnia byłem w pełni wydajnym pracownikiem.
W ośrodku komputerowym było zatrudnionych 8 osób, byłem mile zaskoczony ich kwalifikacjami.
Moje pierwsze zadanie - planowanie produkcji - to była moja specjalność z pierwszej pracy w Polsce. Puszka do piwa w porównaniu z iskrownikiem motocykla to była fraszka. Chyba byłem zbyt arogancki gdyż pierwsza próba uruchomienia nowego systemu mojego autorstwa zakończyła się niepowodzeniem. Powtórka 2 tygodnie później poszła już dobrze.
Te 2 tygodnie to była istotna lekcja - w przypadku niepowodzenia nie wstydź się,  poproś o pomoc, ludzie są życzliwi.

W pierwszej pracy czułem się trochę nie w porządku. Zaczynałem ją z przeświadczeniem, że to tylko drobny stopień w dalszej karierze. Niech tylko uzbieram rok australijskiego doświadczenia i lecę dalej, wyżej. To było logiczne. Tylko zmiana pracy pozwoli mi znacząco podwyższyć zarobki. Poza tym to była zbyt mała firma i zbyt prosta produkcja. Nie widziałem tu wielkich perspektyw.  Jednak zarówno mój szef jak i współpracownicy byli tak sympatyczni, że było mi przykro myśleć o odejściu.
Większość pracowników ośrodka to byli Australijczycy, ale trafił się jeden Rosjanin, to znaczy Żyd z Białorusi, Arkady. Kapitalne poczucie humoru a do tego ileż wspólnych tematów. Któregoś dnia Arkady wziął mnie na spytki:
- Lech, powiedz jak to w Polsce było, bo u nas opowiadali tyle plotek.
- Jakich plotek?
- Są u was sklepy dewizowe? Można dostać paszport? Są prywatni lekarze? Są prywatni rolnicy? 
Lista pytań była długa. Na wszystkie udzieliłem odpowiedzi twierdzącej. Arkady popatrzył mi uważnie w oczy:
- Lech, wyście chyba oszaleli! Skąd wam przyszło do głowy zmieniać taki system? 
Przyznawałem mu rację.

Życie...
Już na początku marca wynajęliśmy mieszkanie w bloku niedaleko od szkoły Michała. Mając w pamięci upały wybraliśmy chłodne mieszkanie, z oknami na bezsłoneczne południe. W połowie marca przyszły takie chłody, że nabawiłem się gorączki reumatycznej. Wydaliśmy fortunę na grzejniki, elektryczną podkładkę pod prześcieradło itp.  

Gdy tylko dostałem pracę kupiłem samochód - Ford Cortina - używany, automatic, bardzo solidna i ciężka maszyna.
Oczywiście przed zakupem samochodu zdaliśmy oboje egzamin na prawo jazdy. Na szczęście musieliśmy zdawać tylko egzamin pisemny. Sylwia dostała arkusze egzaminacyjne w języku polskim. Do każdego pytania 4 odpowiedzi do wyboru. Kilka odpowiedzi zapamiętałem do dzisiaj:
Pytanie - czy podczas jazdy samochodem można wyrzucać śmieci przez okno?
Jedna z odpowiedzi - tylko na wsi.
Pytanie: jak się zachować gdy zobaczysz znak Szpital?
Jedna z odpowiedzi - zatrąbić.
Pytanie: jak się zachować gdy za tobą jedzie wóz strażacki na sygnale?
Jedna z odpowiedzi - ustąpić drogi a potem jechać za nim i pomagać gasić.
Pierwszą praktykę miałem wkrótce po zdaniu egzaminu. Przyszły nasze rzeczy wysłane drogą morską. Musiałem odebrać je z magazynu portowego.
To byl dobry test - wynająć samochód bagażowy w centrum miasta, przejechać przez miasto, znaleźć drogę w portowym labryncie. Wszystko w ruchu lewostronnym. Nie było trudno, po prostu jechać tak jak samochód przede mną. Jedyne poważne wątpliwości miałem gdy trzeba było skręcić w prawo z lewego pasa. To specjalność Melbourne - KLIK.
Samo prawo jazdy było ciekawym dokumentem - nie było na nim zdjęcia właściciela...

Prawo jazdy

Dla wiekszości osób był to jedyny dokument tożsamości, nie było (i nie ma nadal) żadnych dowodów osobistych czy kart identyfikacyjnych.

Wszystkie formalności okazały się bardzo proste - konto w banku, zasiłek rodzinny, ubezpieczenie, wynajęcie mieszkania, załatwienie tefonu. To ostatnie najbardziej nam zaimponowało gdyż w Polsce nie doczekaliśmy się telefonu. Tu czekaliśmy niecałą dobę.

Szkoła dzieci. Wszystko szło bardzo dobrze. Michał asymilował się w Australii...

Bumerang

Ania błyszczała nadal blaskiem angielskiej szkoły. Któregoś dnia zadzwonil do mnie jej wychowawca.
- Ta twoja córka jest nadzwyczajna. A już w językach obcych.
- ????
- Jak ona świetne zna francuski! Poziom maturalny. Ona chyba się nudzi na lekcji.
- Nie szkodzi. Nowy kraj, sporo stresów. Niech się zrelaksuje na jednym przedmiocie.
- O tym chciałem z tobą porozmawiać. Co myślisz o przeniesieniu jej na język grecki?
- Grecki? Co za pomysł dziwny?
- Jest taka sprawa, że mamy tu nauczyciela greckiego, ale jak nie zbierzemy 16 uczniów to on straci pracę. Wszak też jesteś nowym imigrantem. Powinieneś to zrozumieć.
Spytałem Ani o zdanie. Śmała się - ta cała szkoła to jeden żart, wszystkie przedmioty. Może być grecki. Zgodziłem się. Ania z greckim nie miała żadnego problem, ale też niczego się nie nauczyła.
Jedyna sprawa, która mnie smuciła to brak kontaktu dzieci z rówieśnikami. Po szkole każde dziecko wracało do domu. Nie było podwórek, nikt nie bawił się na ulicy. W naszym bloku nie mieszkały żadne dzieci.

Możliwości pracy dla Sylwii były mocno ograniczone. W Polsce ukończyła pomaturalną szkołę techników fizjoterapii. Tutaj taka specjalność nie istniałą. Albo pielęgniarka albo fizjoterapeuta. Oba zawody wymagały długoletnich studiów. 
Narazie priorytetem był język angielski. Na szczęście były dostępne kursy angielskiego dla świeżoprzybyłych migrantów. 

Radosnym wydarzeniem była kilkudniowa wizyta w Melbourne mojego kuzyna - Józefa Milewskiego...

Józef M.

Józef był dyrektorem wielkiej francuskiej kopalni azbestu w Brazylii i przyjechał do Australii służbowo.
- Chcesz sprzedawać azbest w Australii? - zdumiałem się - tu właśnie zaczęła się antyazbestowa histeria.
Józef zapewniał mnie, że azbest z jego kopalni jest bezpieczny. Ulubionym zajęciem jego trójki dzieci było turlanie się w dół w tumanach pyłu z azbestowych hałd. Jednak Australijczyków nie przekonał. Na marginesie wspomnę, że Józef odkrył złoża azbestu w Brazylii, stoczył wielką batalię o zezwolenie francuskiej firmie na budowę kopalni i w końcu został tej kopalni dyrektorem. Na interecie znalazłem tylko maleńki ślad tej pasjonującej historii - KLIK.
Dla mnie ta wizyta była bardzo istotna, nie żyjemy na zupenym odludziu, nie zostaliśmy całkiem zapomniani.

Oczywiście niezawodną ostoją był gościnny dom Basi i Janusza. Wkrótce potrzebowaliśmy ich rady i pomocy w bardzo poważnej sprawie.
Bank ANZ ogłosił, że dla nowych migrantów znosi na 3 miesiące ograniczenia w udzielaniu kredytów na dom (2 lata systematycznego oszczędzania, spory depozyt).
- Absolutnie powinniście z tego skorzystać - radziła Basia - własny dom to najlepsza inwestycja. Jak nie skorzystacie teraz to będziecie jeszcze przez 2 lata płacić za nieswoje a przez 2 lata ceny pójdą w górę.
Dostaliśmy pożyczkę - $30,000, plus obietnicę dodatkowej pożyczki prywatnej do $10,000. Musieliśmy kupić dom w ciągu 3 miesięcy, potem pożyczka przepadała.
Każdy weekend spędzaliśmy na poszukiwaniach.
- Szukajcie w dobrych dzielnicach - radziła Basia - najgorszy dom w najlepszej dzielnicy, to powinno być waszą dewizą.
Znaleźliśmy...

Dom

Cena $63,500. O dużo za dużo. Bank pożyczył nam w sumie $40,000. Wysupłałem wszystkie oszczędności, resztę pożyczyli nam Basia i Janusz.
Spłaty dwóch pożyczek w banku plus pożyczki od Basi i Janusza to było bardzo duże obciążenie. Sylwia podjęła pracę jako szwaczka w fabryce kostiumów kapielowych.
Na wprowadzenie się do naszego domu musieliśmy czekać 3 miesiące. Prawie co weekend podjeżdżaliśmy sprawdzić czy dom jeszcze stoi. Podczas jednej z wizyt spotkaliśmy naszego sąsiada - George'a. Okazało się, że był weteranem bitwy pod Tobrukiem i pamiętał udział Polaków w tej bitwie...

Polskie szczury Tobruku

Powyżej polscy weterani Bitwy pod Tobrukiem na corocznej paradzie w Melbourne.

Po sprawdzeniu czy słyszeliśmy o królu Janie Sobieskim wyraźnie nas zaakceptował. Poinformował nas, że dom jest niezamieszkały, my nie mamy jeszcze prawa wstępu, ale on przejdzie przez dziurę w płocie i zacznie kosić regularnie trawę gdyż w innym przypadku tak zarośnie, że żadna kosiarka jej nie weźmie.

We wrześniu wprowadziliśmy się do własnego domu. Wymagał sporo drobnych prac. Część udało nam się wykonać. Resztę powinniśmy zrobić podczas letnich wakacji.
Lato w grudniu. To było dziwne i nienaturalne. Wigilię spędziliśmy u Basi i Janusza. Próżno było czekać na pierwszą gwiazdę. Polskie dania wigilijne smakowały dziwnie podczas upału.

Po Świętach wiele instytucji zawieszało działalność na minimum 2 tygodnie. Tak było w Sylwii i mojej pracy. To był właściwy czas na poważniejsze prace wokół domu. Jednak stare przyzwyczajenia tak łatwo nie ustepują. Wszak od dzieciństwa wiedzieliśmy, że w lecie dzieci jadą na wakacje. Kupiliśmy duży namiot i dwa dni przed końcem roku pojechaliśmy zwiedzić Sydney i okolice.

07:28, pharlap
Link Komentarze (4) »
niedziela, 10 stycznia 2016

Lech  Lech

Do Australii lecieliśmy liniami Qantas. Zawodem dla mnie było niezwrócenie uwagi na fakt przekraczania równika.

Z pierwszymi promieniami słońca spojrzeliśmy na ląd pod nami - pustynia. Czy my czasem nie wróciliśmy do Kuwejtu?
Zbliżaliśmy się do Melbourne, jeszcze kilkanaście minut lotu a pod nami wciąż pustynia. Pilot powiadomił, że w Melboune upały, blisko 40C. Po Kuwejcie nie było to nic nadzwyczajnego, ale jednak nie spodziewaliśmy się tego.
Wreszcie lądowanie. Najpierw do samolotu wkroczyła ekipa denzynfekcyjna. Powiadomiono nas, że obowiązują tu ostre restrykcje mające na celu ochronę bardzo delikatnej struktury biologicznej. Panowie w kombinezonach pokropili leciutko pasażerów jakimś płynem. Mogliśmy wysiadać.

Przeszliśmy przez kontrolę graniczną...

Wiza

8 lutego 1983 stanęłiśmy na australijskim gruncie.

Na lotnisku czekała na nas kuzynka Sylwii, Basia. Wioząc nas do swojego domu ostrzegła, że w Melbourne panują niezwykłe upały, są ograniczenia w zużyciu wody i poważne zagrożenie pożarowe. Nie brzmiało to sympatycznie. Jeszcze gorsze wrażenie robił widok z okna samochodu.  Jechaliśmy przez dzielnicę przemysłową, jeśli przemysłem można nazwać jakieś nieduże warsztaty, magazyny, budki z blachy falistej. Basia pocieszała, że ich dom znajduje się w starej dzielnicy z dużą ilością drzew i parków. 
Rzeczywiście, dzielnica była elegancka i zadbana, ale trawa w parkach była wypalona przez słońce, drzewa szare, liście zwiędłe. To wynik restrykcji wodnych, nie wolno podlewac ogrodów.
Wreszcie dom - piękna stara rezydencja, grube mury, wysokie sufity, przyjemny chłód. Na zewnątrz korty tenisowe, spory basen. Tak sobie wyobrażaliśmy Australię. 

Po przywitaniu z domownikami - mąż Basi, Janusz był dentystą, dwoje dzieci - Iwonka i Andrzej w szkole średniej - zajrzałem do gazety.
Był wtorek a zatem według informacji uzyskanej w konsulacie powinny być w niej ogłoszenia o miejscach pracy dla informatyków. Pracownik konsulatu zapewnil mnie, że jesli bardzo mi zależy na pracy to mogę zadzwonić do agencji prosto z lotniska i już po lunchu zacząć pracę. Aż tak bardzo mi nie zależało, zadzwoniłem przed lunchem i umówiłem się na spotkanie następnego dnia.

Druga sprawa to szkoła dla dzieci. Tuż obok znajdowała się szkoła podstawowa - Auburn Primary School - KLIK - poszedłem tam z Anią i Michałem.
Z Michałem nie było problemu, zgodziliśmy się, że najlepiej jak zacznie naukę od I klasy. Co innego z Anią. Świadectwo z Kuwait English School zrobiło duże wrażenie. 
- Ona uczęszczała do angielskiej szkoły!  Nic tu po nas. Zapisz ją do szkoły średniej.
Nie pomogły argumenty, że Ania była dopiero w 5. klasie. Trzeba było szukać dalej.
Nie było to takie proste. W dwóch szkołach państwowych odprawili nas z kwitkiem - nie było wolnych miejsc. Znalazło się dopiero w John Gardiner High School. Ta szkoła już nie istnieje i nie pozostawiła żadnego śladu na internecie. 
Michał miał do szkoły 5 minut spacerem, Ania ponad kilometr do przystanku trmawajowego i kilka przystanków jazdy.

Następnego dnia odwiedziłem agenta w sprawie pracy. Zreferowałem krótko swoją dotychczasową karierę, wręczyłem świadectwa pracy z Kuwejtu i podałem swoje oczekiwania.
Poinformował mnie, że komputery UNIVAC to w Australii rzadkość. W Melbourne mają je moze dwie firmy, w tym linie lotnicze, ale oni nie potrzebuja pracowników. W ogóle to Australia jest obecnie w stanie lekkiej recesji, w branży komputerowej zastój, ale nie ma strachu, na pewno znajdą mi pracę. Przerzucił moje papiery...
- A jakie jest Twoje doświadczenie w pracy w Australii (Australian experience)? - zapytał. 
- Przecież powiedziałem ci, że wczoraj przyjechaliśmy do Australii.
- Ach, tak, tak, oczywiście. To nie ma żadnego znaczenia.
Zapadło dłuższe milczenie.
- Więc nie masz żadnego doświadczenia w pracy w Australii?
Nie wiedziałem co odpowiedzieć żeby go nie urazić.
- Świetnie, świetnie. Powinniśmy wkrótce coś dla ciebie znaleźć. Skontaktujemy się z tobą telefonicznie. 

W ciągu następnych dni odbyłem kilka podobnych rozmów.
Nadszedł weekend, Basia zabrała nas na Polanę w Healesville - KLIK - gdzie odbywał się dzień harcerza. Po drodze wstąpiliśmy do Healesville Sanctuary - KLIK - gdzie spotkaliśmy po raz pierwszy kangura wallaby...

Kangur

... a także, emu (proszę najechać myszą na zdjęcie), dziobaka, mrówkojada (echidna).

Dzień harcerza z jednej strony podnosił na duchu, tyle młodzieży podtrzymuje polskie tradycje, tylu ochotników dba o ośrodek. Z drugiej strony zdałem sobie sprawę jak znikoma jest nasza obecność w tym wielkim kraju.
Była również okazja do rozmowy z wieloma Polakami. Zorientowaliśmy się, że nasi gospodarze, Basia i Janusz, są bardzo popularni w środowisku polonijnym i na wiele sposobów wspierają polonijne inicjatywy.
Większość osób, z którymi rozmawiałem przybyła do Australii szlakiem Armii Andersa poprzez Syberię, Iran a potem Indie lub Bliski Wschód. Bardzo porządni, uczciwi, pracowici ludzie, ale ich poglądy wydały mi się nieco archaiczne, na przykład tęsknota za kresami i nadzieje, że wrócą one kiedyś do Polski.
Przy okazji dowiedziałem się o bardzo energicznej akcji Polonii w celu przyjmowania do Australii solidarnościowej emigracji - KLIK. Wszyscy sądzili, że ja jestem właśnie takim uchodźcą i moje wyjaśnienie, że przyjechałem tu prywatnie i nie byłem w Polsce nigdy prześladowany wzbudziły sporą konsternację.

Po weekendzie zaczęło się znowu bezskuteczne szukanie pracy. Wydało mi się, że może w Sydney są nieco bardziej elastyczni i poleciałem tam na dwa dni. O dziwo państwowe linie lotnicze TAA uznały moją legitymację LOT i dały mi bezpłatny bilet.
Niestety było tak jak w Melbourne. Wracałem w środę, 16 lutego. Gdy zbliżaliśmy się do lotniska rozpoczęły się niezwykłe turbulencje, czasem wydawało się, że samolot zatrzymał się w powietrzu poczym następował gwałtowny spadek w dół. Ludzie krzyczeli. Pilot wyjaśnił, że w pobliżu szaleją wielkie pożary i masy gorącego powietrza utrudniają lot. 
Wreszcie wyladowaliśmy, w powietrzu czuć było spaleniznę. Następnego dnia gazety donosiły - Ash Wednesday - środa popielcowa - w okolicy Mt Macedon - KLIK. Setki spalonych domów, 75 osób straciło życie w ogniu.
Melborne nawiedziła burza piaskowa - dust storm. Czytaliśmy o tym w W pustyni i puszczy, przeżyliśmy w Kuwejcie gdzie drobny piaskowy pył przenikał przez zamknięte okna, ale żeby coś takiego...

Dust starm

Powyższe zdjęcie z facebook, chyba trochę podretuszowane.

Coraz mniej mi się tu podobało. Tygodnie mijały. Codziennie odbierałem Michała ze szkoły. Patrzył na mnie ponuro:
- Wszystkie inne dzieci zabierają ze szkoły mamusie.
- Widzisz jakie ty masz szczęście. Ciebie odbiera tatuś. 
- Wcale nie szczęście, bo to znaczy, że nie masz pracy. 
To było błędne koło. Wszystkie ogłoszenia pochodziły od agentów. Byłem pewien, że gdyby mi się udało dotrzeć do pracodawcy to przekonałbym go o swojej wartości. 
Raz się udało, to była wyższa uczelnia. Odbyłem interview przed sporą komisją i widziałem, że zrobiłem dobre wrażenie. Następnego dnia dostałem powiadomienie, że  zakwalifikowałem się "do finału" - shortlisted - i mam przyjść na następne interview. Tym razem poszło fatalnie. Na drugim interview wiekszość osób była ta sama co na pierwszym. Zadawali te same pytania. Wydało mi się to bez sensu, nie pamiętają co mówiłem 3 dni temu? Udzielałem lakonicznych odpowiedzi, straciłem cały entuzjazm. Nie dostałem pracy.
Ktoś zwrócił mi uwagę, że nie powinienem ubiegać się o pracę u zbyt wielu agentów bo rozniesie się pogłoska, że jestem pechowy, niezatrudnialny. Pojechałem ponownie do Sydney.

Po jednym interview wiedziałem, że to strata czasu. Poszedłem na przystanek autobusu na lotnisko żeby wrócić do domu. Czekając na autobus zauważyłem na sąsiednim budynku tabliczkę z nazwą firmy rekrutacyjnej. W gazecie znalazłem ich anons i nr telefonu. Uznałem to za dziwny zbieg okoliczności i zadzwoniłem. Telefon odebrała jakaś pani, zaproponowała żebym przyszedl po lunchu.
- Ja stoję właśnie na przystanku pod waszym budynkiem, albo przyjmiesz mnie teraz albo jadę na lotnisko.
- No dobrze, to na 2. piętrze.
Stary budynek, solidne drewniane schody. Z góry dobiegało stukanie maszyny do pisania. Czasem następowała przerwa i ktoś mruczał - psiakrew, cholera.
Przy maszynie siedziała elegancka pani w średnim wieku.
- Dzień dobry - pozdrowiłem ją po polsku.
- Ach to ty. Przepraszam, ale jedyne znane mi polskie słowa to przekleństwa, których nauczyła mnie moja żydowska babcia.
Poczułem się w domu. Już po kilku słowach relacji moja rozmówczyni przerwała mi...
- Australian experience?
- Tak. Powiedz mi Ruth co ja mam zrobić. Całe moje doświadczenie się tu nie liczy?
- Tu nie chodzi o doświadczenie tylko o asekurację.
- ????
- Ci agenci nie mają kwalifikacji żeby kogokolwiek ocenić. Im jest potrzebna asekuracja na wypadek gdybyś nie spełnił wymagań pracodawcy. Referencje od kogoś pracującego w Australii.
- W jaki sposób ja mogę zdobyć takie referencje? To błędne koło...
- To proste - przerwała mi Ruth - ja ci dam dobre referencje.
Zadzwoniła do agenta w Melbourne. Za 4 dni miałem pracę. 

piątek, 08 stycznia 2016

Lech

Jak boginie w oceanie sinym.
Kąpią się urocze Filipiny.
Wulkanami lazur nieba kłują,
Palmy stopy im wachlują.
Kraj piękniejszy nie śnił się i muzom
Od urody cudnej wyspy Luzon
I pieszczonej spojrzeniami gwiazd
Manilli, perły miast.
Manilla! Manilla!...
Kabaret Starszych Panów - KLIK.

Kontrakt z Uniwersytem gwarantował na zakończenie kontraktu bilet lotniczy do kraju zamieszkania dla mnie i mojej rodziny. Ponieważ nie wracaliśmy do Polski mogliśmy otrzymać bilety na dowolny lot liniami Kuwait Airways. 
Do Australii nie latali wybraliśmy więc Filipiny.

Do Manilli przylecieliśmy rano. Zieleń jak na Florydzie a jednocześnie znośne temperatury i słoneczna pogoda. Postanowiliśmy spędzić tu kilka dni. 

Atmosfera miasta oczarowała nas. Przede wszystkim przyjaźni ludzie. Po prostu było przyjemnie zmieszać się z nimi na ulicy. Jeszcze przyjemniej wsiąść do zatłoczonego miniautobusiku - jeepney - KLIK. Dokoła pomocne ręce, uśmiechnięte twarze. Kręciliśmy się dość chaotycznie po mieście. Na zdjęciu uwidoczniona wizyta w ogrodzie botanicznym (a może w ZOO) ...

 W dżungli

Najbardziej bawił mnie fakt, że gęsta dżungla dookoła robiła znacznie większe wrażenie niż ta na obrazku. 

Kolejne dwa dni spędziliśmy na wycieczkach w okolice Manilli.
Pierwsza - Tagaytay - wulkan w jeziorze, jezioro w wulkanie -  KLIK.

Po drodze odwiedziliśmy fabrykę, w której produkowano ulubione przez nas jeepneye (proszę najechać myszą to pokaże się jeepney w akcji)...

Jeepney

Nasz kierowca i przewodnik był bardzo sympatyczny i udzielał wyczerpujących informacji o mijanych miejscach. 

Oto cel naszej wycieczki, proszę najechać myszą to pokaże sie cała rodzina...

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na plantacji ananasów. Degustacja na miejscu...

Ananas

Na następny dzień mieliśmy zaplanowaną wycieczkę do wodospadu Pangsanjan - KLIK.

Oczywiście zamówiłem ją w tej samej firmie i poprosiłem żeby towarzyszył nam ten sam przewodnik. 
Ledwie zdążyłem złożyć to zamówienie, odwiedził nas Filipińczyk, dla którego Sylwia przewiozła paczkę od jego żony pracującej w Kuwejcie. Bardzo nie podobał mi się pomysł wiezienia do obcego kraju paczek od nieznanych osób, ale uczynność Sylwii nie zna granic. 
Filipińczyk był bardzo wdzięczny i koniecznie chciał się jakoś zrewanżować. Gdy usłyszał o planowanej wycieczce zaczął nalegać żebyśmy pozwolili jemu to zorganizować. Byłem przeciwny, już zamówione, sympatyczny przewodnik na nas liczy. Jednak nasz gość prosił ze łzami w oczach, zgodziliśmy się.

Następnego dnia nasz nowy przyjaciel spóźnił się ponad pół godziny. Okazało się, że zepsuł mu się samochód. Jednak pożyczył samochód od kolegi. Była to dość mała, nieklimatyzowana toyota. Co gorsza samochód został pożyczony razem z właścicielem a zatem cała nasza czwórka musiała upchać się na tylnym siedzeniu. 
Dojechaliśmy na miejsce gdzie zaczynał się spływ rzeką. Droga zamknięta i informacja, że wyłączne prawo do spływu ma miejscowa firma, koszt spływu był większy niż koszt wycieczki zamówionej w firmie turystycznej. Mocno się zdenerwowałem, ale nasi gospodarze zapewnili nas, że oni załatwią to dużo taniej. Skręciliśmy z szosy gdzieś w las. Wkrótce dojechaliśmy do jakiejś wioski, otoczył nas rozkrzyczany, przyjazny tłum. Wygladało to na bardzo biedną wioskę, ale ludzie nie byli wychudzeni i mieli uśmiechy na twarzach. Nasi gospodarze udali się szukać przewoźnika a my odwzajemnialiśmy uśmiechy otaczającego nas tłumu. 
- Wydaje mi się, że się stąd nie wydostaniemy jeśli nie opłacimy wyżywienia całej wioski przez miesiąc - stwierdziłem.
Nie pomyliłem się. Nasi gospodarze wrócili radośni, znaleźli przewoźnika, cena mniejsza niż oficjalna. Okazało się jednak, że do łodzi mieści się dwójka pasażerów a więc 3 łodzie gdyż musimy zafundować wycieczkę naszym gospodarzom. Zapłaciłem i czekaliśmy na łodzie. Po pewnm czasie zjawił się przewoźnik. Miał stroskaną minę - policja patroluje rzekę, trzeba zapłacić łapówkę. Nie było odwrotu, zapłaciłem. Kolejne pół godzimy czekania i ruszyliśmy.
Rzeka Bumbungan, która płynęliśmy, to miejsce gdzie nakręcono sceny do filmu Apocalypse Now (luźniej adaptacji Jądra ciemności J. Conrada). W filmie Amerykanie wypatrywali na każdym zakrecie zasadzki Vietcongu, my wypatrywaliśmy z równymi emocjami patrolu policji. Obyło się bez ofiar (proszę najechać myszą, pokaże się inny widok rzeki)...

Pangsanjan

Droga do wodospadu wiodła wąskim, kamienistym, stromym, wąwozem. Nasi wioślarze przepychali a czasem przenosili łódź wraz z pasażerami. Poniżej zdjęcie z wąskiego gardła...

Przeprawa

Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Pod wodospad podpływało się tratwą (za dodatkową opłatą).

Wodospad

Wieczorem zostawiliśmy dzieci w hotelu a sami wybraliśmy się do kasyna.

Naopowiadałem Sylwii tyle o moich przygodach w kasyno w Birmingham - KLIK, że chciała osobiście sprawdzić. W kasynie obowiązywał strój wieczorowy. Nie miałem zbytniej ochoty zakładać garnituru, na szczęście dowiedziałem się, że jako strój wieczorowy traktowana jest ozdobna filipińska koszula jaką sobie kupiłem.
Kasyno nas rozczarowało. Było bardzo tłoczno, głośno a różnica między minimalną a maksymalną stawką nie pozwalała podwoić stawki więcej niż 5 razy.

Przedostatni dzień spędziliśmy w okolicach hotelu. Był tam duży bazar, na którym kupiliśmy kilka drobiazgów. Było też kilka restauracji oferujących lokalne potrawy, muzykę i towarzystwo (proszę najechać myszą a pokaże się towarzystwo właściwe dla mnie)...

Bal

Gorąco zapraszali nas na wieczorny bal. Ze względu na dzieci przyszliśmy jako jedni z pierwszych. Za chwilę zaczęły się występy.  Konferansjer zaanonsował bardzo szumnie jakiegoś śpiewaka a po zakończeniu jego występu postawił na scenie słoik i zasugerowano żeby wrzucać tam wymierne oznaki uznania. Chyba byłem pierwszym , który coś wrzucił, niewiele, może $5. Konferansjer spytal mnie o nazwisko i kraj i szumnie ogłosił:
- Nasza impreza jest sponsorowana przez pana Milewskiego z Polski! 
W miarę upływu czasu przybywało gości. Po każdym występie  była zbiórka do słoika, anons nowych dawców , czasem bardzo szczodrych, i przypomnienie:
- Nasza impreza jest sponsorowana przez pana Milewskiego z Polski!

Oprócz wystepów były różne konkursy dla widzów. Wszyscy w nich ochoczo uczestniczyliśmy (proszę najechac myszą a pokaże się Michał  akcji)...

Zabawa

Mnie najbardziej przypadł do gustu taniec, podczas którego trzeba było skakać przez bambusowe pręty...

Taniec

To tinikling - KLIK

Robiło się późno, zbieraliśmy się do wyjścia, ale podbiegł do nas mistrz ceremonii o poprosił żeby zostać jeszcze chwilę gdyż odbędzie się ceremonia dekoracji Królowej Balu a dokona tego Honorowy Gość... czyli ja (po najechaniu myszą pokaże się zblizenie )...

Koronacja

Gdy wreszcie wychodziliśmy z balu orkiestra zagrała nam fanfarę a konferansjer poprosił całą publiczność o powstanie.

Następnego dnia wyszedłem kupić mleko i pieczywo na śniadanie. Był późny ranek, po ulicy spacerowały parami młode dziewczyny, wyraźnie poszukujące sponsora. Na mój widok machały przyjaźnie dłońmi
- Good morning Mr Milewski from Poland.

Pomyślałem, że gdybyśmy tu dłużej zostali to może zostałbym prezydentem tego sympatycznego kraju, ale wieczorem australijskie linie Qantas zabrały nas w dalsza drogę.

P.S. Jako motto do tego wpisu wybrałem piosenkę Manilla. Na internecie znalazłem tylko tekst przypisywany Kabaretowi Starszych Panów. Piosenki nie znalazłem na youtube, ale moja pamięć mówi, że wykonawcą była Maria Koterbska i w piosence nie było ostrych antykolonialnych akcentów, które znalazłem w zlinkowanym tekście wiersza.

Tagi: 1983 Filipiny
07:59, pharlap
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 stycznia 2016

Lech  Lech

Kilka tygodni przed wyjazdem zacząłem szukać w Kuwejcie jakiegoś Australijczyka żeby z pierwszej ręki dowiedzieć się jakichś konkretów o miejscu naszego przeznaczenia. Nie było to łatwe co uznałem za dobrą wiadomość - znaczy, że tam tak dobrze, że nie szukają pracy w innych krajach.
W końcu znalazłem, zaprosiłem do domu na obiad. Był bardzo sympatyczny, ale wydawał się nieco bezradny
- Oj żeby tu była moja żona to by wam wszystko dobrze wyjaśniła, ona wszystko wie.
- Macie dzieci?
- Tak dwóch chłopców, jeden ma.... chyba 8 lat... oj żeby tu moja żona była. 7 albo 8, drugi o dwa lata młodszy.
- Szkoła...-
O, szkoły w Australii są najlepsze na świecie. A już najbardziej dla migrantów jak wy.
- Dlaczego?
- Dzieci mogą robić uproszczony kurs angielskiego a poza tym... ileż tam uczą języków obcych.
- ???
- Na przykład w szkole mojego syna są trzy okresy (terms). W pierszym uczą włoskiego, w drugim francuskiego, a w trzecim mają pływanie.
I tak dalej...

Gdy odwoziłem go go hotelu zatrzymaliśmy się na światłach. Światło zmieniło się na zielowe, ktoś zatrąbil na spóźnialskich.
- Co się stało, policja? - zaniepokoił się Australijczyk.
- Nie, ktoś spóźnił się na zmianie świateł.
- Spóźnił na zmianie świateł? U nas, w Australii, dopiero jak przegapisz trzy zielone to na ciebie zatrąbią.
To spodobało mi się najbardziej. Powtórzyłem Sylwii z komentarzem - jak tam jest, tak jest, ale chyba w takim kraju damy sobie radę.
Na marginesie wyjaśnię, że mój rozmówca był ze stanu Queensland a tam rzeczywiście życie toczyło się nieco wolniej.

Bardziej konkretne były rozmowy telefoniczne ze wspominaną na tym blogu kuzynką Sylwii , Basią. Wraz z rodziną mieszkała w Melbourne i tam właśnie radziła nam się osiedlić. Jednocześnie zaoferowała nam mieszkanie do czasu aż znajdziemy sobie coś odpowiedniego.
Przy okazji doradziła aby ubiegać się o miejce w Migrant Centre.
- Chodzi o to, że na początku trzeba załatwić wiele formalności - prawo jazdy, ubezpieczenie, itp. Oni wiedzą co załatwić i zrobią to za was. Po dwóch dniach przeniesiecie się do nas a zaoszczędzicie masę czasu i zachodów.

Nieco inaczej wyglądały rozmowy w konsulacie australijskim.
Niejaka pani R. wyraźnie sobie mnie upodobała i podczas każdej wizyty poświecała mi sporo czasu. Jej główną troską było aby nasze pierwsze wrażenie z Australii było pozytywne.
- Jesteście wszak ludźmi o dużej kulturze i tradycji. Zmiana kraju to będzie dla was duży szok, szczególnie dla dzieci. Ważne jest żebyście od pierwszej chwili byli przekonani, że jesteście we właściwym miejscu i wśród właściwych ludzi. Dopiero wtedy można zacząć budować nowe życie. Czy zdecydowaliście już gdzie zamierzacie się osiedlić?
- To będzie zależało od tego gdzie znajdę pracę. Zamierzamy przylecieć do Melbourne. - pani R. skrzywiła się z dezaprobatą.
- Melbourne jest dużo lepsze od Sydney, ale to są kosmopolityczne metropolie, wiewiele różnia się od Nowego Jorku. W takim mieście nigdy nie czujesz się jak u siebie. Gorąco doradzam ci Perth. To juz jedyne na wskroś australijskie miasto.
Przyjąłem to do wiadomości.

Nic dziwnego, że gdy zapytałem panią R. o formalności zwiazane z załatwieniem pobytu w Migrant Centre to doznała szoku
- Naprawdę chciałbyś zamieszkać w Migrant Centre?
- A co w tym złego?
- Złego? Nic złego, rzad australijski dokłada wszelkich starań zeby ułatwic migrantom start w Australii. Ale żeby ty, profesjonalista, człowiek o dużej kulturze, do Migrant Centre... - kręciła z niedowierzaniem głową.
- Ale co tam jest złego? - popatrzyła mi w oczy i ściszonym głosem wyjaśniła.
- Wszak bedziesz z dziećmi, europejskimi dziećmi. Pomyśl sobie jaka będzie ich reakcja gdy pewnego dnia spotkają na schodach wietnamską rodzinę konsumującą kotka, z którym twoje dzieci dzień wcześniej się zaprzyjaźniły!
Nie wiem co o tym mysleć, ale ta wizja mnie rozśmieszyła.
- Czy mogę prosić o formularz aplikacyjny do Migrant Centre?
Pani R. rzuciła mi lodowate spojrzenie, wstała, i poleciła mi udać się do recepcji. Już więcej jej nie zobaczyłem.
Złożyłem aplikację, ale jakimś dziwnym trafem gdzieś się urzędnikom zawieruszyła i nie zdążyli załatwić jej w terminie. Nie przejmowałem sie tym zbytnio, uważałem że osobiste załatwianie formalności będzie dobrym przygotowaniem do życia.

Końcówka w pracy przebiegła spokojnie. O zakończeniu kontraktu poinformowałem dużo wcześniej, tak że szef zdążył znaleźć dobrego nastepcę. Był to Amerykanin hinduskiego pochodzenia, miał duze doświadczenie i nie bał się podejmować nowych projektów.
Trochę mi było szkoda odejść własnie w takim momencie. Jako kierownik rozwoju systemów pracowałem nad projektem przeniesienia systemu administracji studentów na system bazy danych. Zamówiłem już odpowiedni software - DMS-1100 uchodził za najlepszy system bazy danych. Do tego system przetwarzania tranzakcji on-line (TIP). Świerzbiały mnie ręce żeby wreszcie opracować i wdrożyc jakąś dużą aplikację. Może w Australii?

Mój szef , Nisar Shariff, pożegnal mnie bardzo sympatycznie. Zorganizował nawet u siebie w domu pożegnalny obiad, na który zaprosił wszystkich Polaków i Amerykanów zatrudnionych w ośrodku...

Pozegnanie

Drugi od prawej - wspomniany kilkakrotnie w tym blogu Bob Stratton, trzeci od prawej - Darek Kucharski, ostatni po prawej - mój następca. Na froncie, w jasnych ubraniach, mój szef i jego żona. 

Jako prezent pożegnalny dostałem poniższą pamiątkę. To najbardziej charakterystyczna budowla Kuwejtu - KLIK...

Wieze

Po najechaniu myszą na zdjęcie pokaże się oryginał.

Komentarz Darka: jeśli kiedykolwiek zatęsknisz za Kuwejtem, to usiądź na tym.
Nie tęsknię za Kuwejtem w sensie, że nie odczuwam jego braku, jednak czas tam spędzony uważam za bardzo dobry i istotny.

Pozostało jeszcze zdjąć tabliczkę z mojego biurka...

Tabliczka

Ostatnia msza w Ahmadi i spacer ze znajomymi...

Po mszy

Ostatni spacer po zimowej plaży...

Na plazy

Wieczorem polecieliśmy do ciepłych krajów.

Tagi: 1983 Kuwait
10:02, pharlap
Link Komentarze (1) »
niedziela, 03 stycznia 2016

Lech  Lech

Pokonanie różnicy czasu między USA a Kuwejtem było jeszcze trudniejze niż podczas podróży w przeciwnym kierunku. Po kilku dniach jednak wróciliśmy wszyscy do normy.

Pierwsza sprawa to szkoła dzieci. Michał dołączył do Ani w Kuwait English School. Ania po trzech miesiącach nauki w poprzednim roku szkolnym czuła się w szkole bardzo pewnie i dobrze. Przy jej zachęcie Michał ochoczo wdrażał się w zawiłości języka angielskiego.

Czytanie

Ania święciła triumfy na łamach lokalnej anglojęzycznej gazety Kuwait Times...

Kuwait Times

Średnio dwa razy w miesiącu wygrywala konkurs kolorowania obrazków - nagroda małe pudełeczko klocków Lego. Po powrocie z USA wygrała konkurs na wspomnienie z wakacji - ogromne pudło klocków.
Michał znalazł sobie dobrych kolegów...

Michal i Joseph 

Druga rzecz - praca. Moja pozycja była bardzo dobra. Jeszcze w kwietniu dostałem awans na kierownika rozwoju nowych systemów i podwyżkę pensji...

Awans

Ośrodek zatrudnił oprócz wspomnianego wcześniej Darka K - szefa działu obsługi użytkowników - jeszcze dwie osoby z Polski. Wszyscy przez Polservice.
Wspominałem, że od początku roku przestałem płacić daninę Metronexowi. Po przyjeździe z urlopu dowiedziałem się, że w końcu uzyskaliśmy wraz z Jankiem zgodę na przeniesienie do Polservice. Poniformowal mnie o tym osobiście konsul, pan K. przypominając jednocześnie, że on osobiście mocno zaangażował się w tę sprawę i ma nadzieję, że rozliczę się finansowo z Polservice za minione miesiące. Co racja to racja, to było ponad $8,000, ale jednak zapłaciłem jak rówmież późniejsze comiesięczne wpłaty.

Nasze życie w Kuwejcie ustabilizowało się. Przypomnę, że poza normalną pensją miałem jeszcze dochód z dodatkowej pracy po godzinach. 
Właściwie to trochę było mi żal zbliżającego się wyjazdu.  Do tego czasu nie było wiele szans rozejrzeć się dookoła, poznać bliżej otaczający nas arabski świat, odwiedzić zabytki w sąsiednim Iraku czy bliskiej Syrii i Jordanii. Niektórzy robili nawet wycieczki do Izraela. Nie było to proste gdyż wiza izraelska w paszporcie uniemożliwiała powrót do Kuwejtu. Ale od czego głowa? Na Cyprze można było od ręki załatwić wizę izraelską i nie wbijali jej do paszportu lecz dawali na osobnej kartce.

Na razie musieliśmy się zadowolić miejscowym bazarem...

Bazar

Zadomowiliśmy się na tyle, że nawet mieliśmy kota - Samirkę...

Dzieci i kot

Dla mnie istotne było, że znalazłem w Kuwejcie polską dentystkę. 

Jeszcze kilka niepozbieranych wspomnień...

Próbowałem uczyć się jezyka arabskiego. Zapisałem się na kurs dla pracowników uniwersytetu. Początki były nawet dobre. Pierwsze zacięcie nastąpiło na rozróżnieniu kilku odcieniów wymowy litery h. Moją mocną stroną było pismo, ale też tylko do czasu. Nasz wykładowca, Egipcjanin z pochodzenia, miał doktorat z kaligrafii i nie pozwolił nam ograniczyć się do podstawowej formy liter jakiej używano na przykład w gazecie. Pisał starannie literę na tablicy a potem, z lubością, ozdabiał ją wieloma apostrofami. To przekraczało moje możliwości. Trzecia wreszcie przeszkoda to brak skojarzeń ze znanym mi słownictwem łacińskim czy greckim. W rezultacie po kilku tygodniach zrezygnowałem. Koledzy pochodzenia hinduskiego radzili sobie dużo lepiej, mieli chyba lepszy słuch a prócz tego arabski kojarzył się z innymi znanymi im językami jak na przykład urdu.

LampaHinducy koledzy. Na pamiątkę po nich została mi lampa.
Któregoś dnia jeden z kolegów zwrócił się do mnie z prośbą abym fikcyjnie zatrudnil jego matkę jako pomoc domową. W Kuwejcie panowały bardzo ostre restrykcje imigracyjne. Podstawowym kryterium była oczywiście praca. Osoba pracująca musiala wykazać sie odpowiedznimi zarobkami aby móc sprowadzić najbliższą rodzinę. Prócz tego liczył się chyba charakter pracy. Ale matkę? Nie wiem czy takie same kryteria stosowano wobec Amerykanów i Europejczyków, w każdym razie mój Hindus nie mógł. 
Oczywiście spełniłem jego prośbę. Zorganizował wszystkie potrzebne dokumenty i  w wyznaczonym dniu udałem się do urzędu. W poczekalni ogromny tłum, krzyki, bałagan. Urzędnik, chyba Egipcjanin gdyż to Egipcjanie opanowali kuwejcką biurokrację, przyjął moje papiery i odłożył je na stertę. W poczekalni pojawiał się od czasu do czasu asystent. Najczęściej pojawiał się z tacą, na której roznosił kawę i herbatę do pokoi biurowych. Czasem podchodził do któregoś z urzedników i brał z jego biurka papiery. 
Wypatrzyłem właściwy moment  i na migi poprosiłem asystenta żeby wziął moje papiery. Zrobił to. Podczas kolejnej rundy roznoszenia herbaty skinął na mnie żebym wszedł z nim do gabinetu. W środku siedział Kuwejtczyk. Wskazał mi krzesło a sam zajął się herbatą. Gdy skończył spytał o coś asystenta, ten wskazał papiery na tacy. Kuwejtczyk sięgnął po moje dokumenty. Typowe było, że nie wziął ich palcami, lecz całą garścią mnąc niemiłosiernie kartki. Rzucił okiem na zmiętoszoną kartkę, przybił pieczęć i skrobnął długopisem.
- Szukran - شكر - dziękuję . To jedyne arabskie słowo, które zapamiętałem. 
Kolega byl niezmiernie wdzięczny i w rewanżu podarował mi powyższą lampę. 
- Ile S.K.J. zapłacił ci za przyjazd matki? - Ibrahim Ezzo wiedział wszystko.
- Nic, przecież to koleżeńska przysługa.
- Wiesz, że to kosztuje 1,000 dinarów? Nie rób tego więcej bo się rozniesie, że w ten sposób dorabiasz sobie  do pensji i możesz mieć nieprzyjemności. 

W połowie grudnia Ania upadła podczas zabawy i złamała ręke powyżej łokcia. Świeta Bożego Narodzenia 1982 przywitała z reką na temblaku...

Choinka

Tagi: 1982 Kuwait
04:11, pharlap
Link Komentarze (1) »